Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00397 008516 10744646 na godz. na dobę w sumie
Trzecie stadium ewolucji - ebook/pdf
Trzecie stadium ewolucji - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3785-9578-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook (-33%), audiobook).
Zbiór siedmiu opowiadań fantastyczno-naukowych wydany po raz pierwszy w 1980 r. przez Wydawnictwo „Śląsk” Obecnie prezentowana elektroniczna wersja została poddana przez autora niewielkiej autokorekcie.
W opowiadaniach spotykamy się między innymi z uwieńczonym sukcesem naukowym eksperymentem mającym na celu stworzenie repliki istoty ludzkiej, a także z raczej mało sympatyczną wizją przeludnionego świata i wynikającymi z tego faktu dla ludzkiego rodzaju nieoczekiwanymi konsekwencjami.
W opowiadaniu „Śmieciarze Przestrzeni” dwaj przedstawiciele tego szacownego zawodu w trakcie dokonywania programowej utylizacji resztek najrozmaitszej aparatury wynoszonej niegdyś beztrosko na najrozmaitsze orbity w epoce pionierskiego zagospodarowywania wokółziemskiej przestrzeni natrafiają niespodziewanie na zainstalowaną tam w czasie walk na ideologicznym podłożu sprawną wyrzutnię nuklearną nadal stanowiącą śmiertelne zagrożenie dla ziemskiej społeczności.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Janusz szablicki Trzecie sTadium ewolucJi © Copyright by Janusz Szablicki e-bookowo Projekt okładki: e-bookowo ISBN 978-83-7859-578-6 Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie II 2015 Spis treści HOLOMAN KŁAMSTWO ANDROID ŚMIECIARZE PRZESTRZENI UCIECZKA OLIMPIJCZYK TRZECIE STADIUM EWOLUCJI 6 39 58 100 130 150 165 Od Redakcji: Zbiór siedmiu opowiadań fantastyczno-naukowych wy- dany po raz pierwszy w 1980 r. przez Wydawnictwo „Śląsk” Obecnie prezentowana elektroniczna wersja została podda- na przez autora niewielkiej autokorekcie. W opowiadaniach spotykamy się między innymi z uwień- czonym sukcesem naukowym eksperymentem mającym na celu stworzenie repliki istoty ludzkiej, a także z raczej mało sympatyczną wizją przeludnionego świata i wynikającymi z tego faktu dla ludzkiego rodzaju nieoczekiwanymi konse- kwencjami. W opowiadaniu „Śmieciarze Przestrzeni” dwaj przed- stawiciele tego szacownego zawodu w trakcie dokonywania programowej utylizacji resztek najrozmaitszej aparatury wy- noszonej niegdyś beztrosko na najrozmaitsze orbity w epoce pionierskiego zagospodarowywania wokółziemskiej prze- strzeni natrafiają niespodziewanie na zainstalowaną tam w czasie walk na ideologicznym podłożu sprawną wyrzutnię nuklearną nadal stanowiącą śmiertelne zagrożenie dla ziem- skiej społeczności. 5 wydawnictwo e-bookowo HOLOMAN Mozolnie gramoliłem się z ciężkiego, jakby oślizgłego snu. Wokół mnie to się zwijała, to znów w dalekim od równomier- ności rytmie rozwijała dygotliwa, niemożliwa do przenik- nięcia czerń. Niczym dokuczliwy kolec tkwiło we mnie nie wiadomo skąd się biorące przekonanie, że ukrywa się w niej coś nieprzyjaznego, czyhającego na moment najbardziej sto- sowny do wyrządzenia mi jakiejś bliżej niesprecyzowanej krzywdy. Przez cały ten czas miałem dziwaczne, raczej nie zaliczające się do kategorii najprzyjemniejszych wrażenie, że całe me ciało, od stóp aż po same koniuszki włosów, pulsuje w rytm pracy jakiejś potężnej acz nie wolnej od technicznych usterek, raz po raz zachłystującej się pompy, to wtłaczającej w me tkanki jakąś bliżej nieokreśloną materię, zagęszczającej ją do wprost niewyobrażalnych wartości, to zaś wytwarzają- cej w nich próżnię niezmiernie bliską ideału. Jednocześnie w uszy moje wpadały najrozmaitsze, rodzące się jakby w od- dali, poza jakąś nie nazbyt szczelną przegrodą, dźwięki – coś na kształt głuchych, gardłowych postękiwań, monotonnych, absolutnie z niczym mi się nie kojarzących szelestów, a także wysokie, ostre trele szkła, zupełnie jakby ktoś gdzieś nie na- zbyt ode mnie daleko zabawiał się infantylnie otwieraniem 6 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Trzecie stadium ewolucji i zatrzaskiwaniem lufcika, w którym wyschnięty na wiór kit tylko jakimś cudem podtrzymywał szyby. Gdyby mnie ktoś o to spytał, w żaden sposób nie po- trafiłbym określić, jak długo to wszystko trwało – czas był wówczas dla mnie tylko pustym, nic nie znaczącym słowem. Po prostu trwałem sobie w pozycji horyzontalnej cichutko, grzeczniutko, bez drgnięcia jednego muskułu, utrzymując kontakt z otaczającym mnie niepojętym światem li tylko za pośrednictwem zmysłu słuchu i niezmiernie słabiutkiego oddechu. Głowy bym za to nie dał, lecz zdaje się, że owym bodźcem, który ostatecznie wytrącił mnie z tej swoistej katalepsji, był głód. Wtenczas mi naturalnie ani przez myśl nie przeszło, że tu faktycznie może chodzić o to. Po prostu w pewnym momencie zaczęły mi się boleśnie skręcać kiszki, a z wnę- trza trzewi dobyło się żałosne, dosyć skutecznie wyciszające wszelkie inne odgłosy burczenie. Otworzyłem oczy. A może już wcześniej miałem je roz- warte, teraz dopiero zdając sobie z tego sprawę? Tak czy owak, w niczym nie zmieniło to mej sytuacji, nadal było bo- wiem ciemno choć oko wykol. Myśli rozsypywały mi się ni- czym najprawdziwsze plewy na porywistym wietrze. Wresz- cie niemal nadludzkim wysiłkiem udało mi się jednak ująć je jakoś w ryzy i zacząłem się mozolnie zastanawiać nad swoim położeniem. Czyżby ów koszmar, który dopiero co dane mi było przeżyć, był jedynie snem? No cóż, tego nie można było wykluczyć. Tylko, do cholery, co mnie wobec tego właściwie przebudziło?! 7 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Trzecie stadium ewolucji Na oślep wyciągnąłem rękę do szafki, chcąc zapalić noc- ną lampkę i zorientować się, która to już jest godzina. Lecz tam, gdzie się ona winna znajdować, natrafiłem na pustkę. Co u diabła? Opadła mi bezwładnie ręka. I wtedy pod dłonią wyczułem metal. Ściśle mówiąc, metalową ramę łóżka. Lecz przecież u mnie w mieszkaniu nigdy nie było żadnego łóżka, zawsze przedkładałem bowiem nad nie pozostawiające w po- mieszczeniach o wiele więcej swobodnej przestrzeni wersal- ki! Więc gdzie ja właściwie w takim razie jestem?! Jakiś czas leżałem bez ruchu, z ledwie tlącym się odde- chem, jakoś nie mogąc się na nic zdecydować; wreszcie jednak postanowiłem podjąć próbę spenetrowania miejsca mego pobytu choćby po omacku. Poruszyłem się, próbując się wywindować przy pomocy łokci do pozycji siedzącej, lecz wówczas skronie prześwidrował mi tak potworny ból, że nie zdoławszy zdławić w krtani chrapliwego jęku pacnąłem po- tylicą o poduszkę. Minęło ładnych parę sekund, nim zaciekłość fachowo roz- walających mi czaszkę pneumatycznych młotów poczęła za- cichać. Z niemałym wysiłkiem rozchyliłem powieki. I w tym właśnie momencie czerń nagle przemieniła się w morze ja- skrawego, agresywnego światła. Źrenice zabolały, jakby wbi- to mi w nie dla jakiegoś okrutnego żartu tysiące szpileczek. – Nie... śpisz? – dobiegł skądś jakiś nierealny, pełen wa- hań półszept. Z najwyższą ostrożnością znowu otworzyłem oczy. U drzwi, ustawiony tak jakoś bokiem do mnie, jak gdyby jeszcze nie był do końca zdecydowany, w którą za chwilę po- 8 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Trzecie stadium ewolucji wędruje stronę, stał Ray. Jego prawica uniesiona była w ge- ście kaznodziei sposobiącego się akurat do pobłogosławienia wiernej trzódki. Upłynęło dobre kilka sekund, nim pojąłem, że gest ów oznacza jedynie zdjęcie palca z przycisku świetl- nego. – Gdzie... jestem? – wymamrotałem. – I co się tutaj… wła- ściwie dzieje!? Ray stał jeszcze parę chwil z tą uniesioną ręką, zupełnie jakby mu ją ktoś nie wiadomo po co przywiązał niewidocz- nym sznurkiem do sufitu; w końcu postąpił w moją stronę. – Uspokój się, już wszystko jest w należytym porządku! – powiedział szybko takim tonem, jak gdyby pragnął o tym przekonać przede wszystkim siebie. Krew nadal tętniła mi w skroniach mocnym, przyspieszo- nym rytmem, język tkwił w ustach niczym kawałek wysuszo- nej na wiór, w dodatku chropowatej skóry. Dla uniknięcia kolejnych nie nazbyt miłych niespodzianek starając się trzy- mać głowę nieruchomo, zerknąłem tu i tam mętnym jeszcze okiem. Białe łóżko, w nogach charakterystyczna, prostokąt- na tabliczka, pod samą ścianą, niedaleko okna, stojak z zesta- wem do kroplówki... Słowem, szpitalna izolatka! Tylko ścia- ny w kolorowy, figlarny wzorek jakoś mi do tego wszystkiego niezbyt pasowały. A nadto ów wzorek sprawiał wrażenie cze- goś niezwykle swojskiego, coś mi niewątpliwie przypominał. Tylko co, u diabła?! Ściągnąłem brwi, wytężając pomięć, lecz jedynym tego efektem było nasilenie się łomotu krwi w skroniach. Przed oczyma zapląsały mi ostrzegawczo gwiazdeczki, rozwirowały 9 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Trzecie stadium ewolucji się jakieś rozległe, wielobarwne kręgi. Z żołądkiem kurczą- cym się i rozprężającym niesympatycznie zda się blisko prze- łyku zatrzymałem się gdzieś na progu omdlenia czy może nawet odrobinkę go przekroczyłem. Nie ma co, dobre mi „wszystko w porządku”! A na dobitkę ta cholerna kroplów- ka... Zestaw z całą pewnością był całkiem niedawno w uży- ciu, to mógł stwierdzić nawet taki laik jak ja. A kroplówki, jak wiadomo, na ogół nie aplikuje się przecież pacjentowi li tylko dla poprawienia mu humoru! Kiedy znów wróciła mi ostrość widzenia, stwierdziłem z niejakim zdziwieniem, że w pomieszczeniu jest o jedną osobę więcej aniżeli poprzednio. Dość tęgi, lekko szpakowa- ty, z całą pewnością nieznajomy mi mężczyzna. Chyba mnie rzeczywiście musiało lekko zamroczyć, skoro uszło mej uwa- gi jego wejście. Krzątał się dość żwawo przy mnie ze sporą strzykawką w dłoni, z ani trochę mi się nie podobającym wy- razem twarzy. Czujny, napięty, jakby tylko czekał na chwilę mej nieuwagi. Natomiast co do Raya, to ten tkwił nadal w tym samym co poprzednio miejscu, w nogach łóżka, jakby się stamtąd w ogóle nigdy nie ruszał. Tyle tylko, że obecnie, wsparty pier- sią o metalową poręcz, pochylał się głęboko ku mnie. Nie- wykluczone, że była to tylko gra wyobraźni, lecz odniosłem wrażenie, iż w jego oczach maluje się nie tyle troska, co za- chłanna ciekawość wymieszana z czymś w rodzaju niepoko- ju, może nawet trwogi. Chcąc coś powiedzieć, z pewnym trudem przełknąłem blokującą mi przełyk ślinę, lecz w tym momencie z tyłu, zza 10 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Trzecie stadium ewolucji mojej głowy, wynurzył się ów mężczyzna kojarzący mi się z czymś w rodzaju lekarza. Nim zorientowałem się o co cho- dzi, chwycił mnie zdecydowanie, całą garścią za nadgarstek i lekko się zamachnąwszy wbił mi w ramię żądło strzykawki. Zaaplikowany mi w tak brutalny sposób środek musiał być niezwykle mocny, film urwał mi się bowiem nagle, niczym ręką uciął. Kiedy się ponownie ocknąłem, za oknem stał już dzień. Przez jakiś czas gapiłem się bezmyślnie na nieruchome, jakby pogrążone w kamiennym śnie, rachitycznie powy- ginane konary drzew. Po obolałej głowie snuła mi się leni- wie jakaś myśl, której jednak dość długo ani rusz nie mo- głem uchwycić, zmusić ją do przybrania w miarę czytelnej formy. Nagle jakby mnie olśniło – uprzytomniłem sobie, co mi przypomina ów sympatyczny wzorek na ścianie. Przecież taki sam wzorek był na tapecie wyścielającej ściany naszej fo- tograficznej pracowni! Mógł to być naturalnie zwykły zbieg okoliczności, podo- bieństwo najzupełniej przypadkowe – wszak te tapety to była produkcja fabryczna, wielkoseryjna, więc zapewne pokry- wała tysiące metrów kwadratowych ścian najrozmaitszych pomieszczeń – coś mi jednak podpowiadało, że jest inaczej. Lecz jak to sprawdzić? Dłuższą chwilę medytowałem z ocza- mi wbitymi w sufit, wreszcie wydało mi się, iż znalazłem wła- ściwy sposób. Pomny niedawnych cierpień, uniosłem głowę z poduszki z taką ostrożnością, jak gdyby chodziło tu o nadpęknięte jajo. Po bólu nie zostało już jednak na szczęście ani śladu – widać 11 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Trzecie stadium ewolucji pierzchnął wraz z nocą. Poruszyłem nogami i rękami i od razu zrobiło mi się o wiele weselej na duszy: wyglądało na to, że członki moje zachowały pełną sprawność! Kiedy zgarną- łem z siebie koc, skonstatowałem z niemałym zdumieniem, że jestem wystrojony jedynie w kuse bokserki i w jasnonie- bieską, z całą pewnością nie mającą wcześniej ze mną nic wspólnego, bo o wiele za obszerną gimnastyczną koszulkę. A więc cokolwiek mi się przydarzyło, musiało się to stać na- gle. Tak nagle, że nawet nie zdążono zabezpieczyć dla mnie troszeczkę bardziej stosownego do wylegiwania się w łóżku stroju. Nadto był to argument świadczący przeciwko wersji szpitalnej – wszak w tego rodzaju instytucjach nie powinno być z tym przecież większych kłopotów! Wyprawiłem bose stopy pod łóżko na przeszpiegi, lecz pomimo starań nie udało mi się odnaleźć żadnych pantofli. Kolejny punkt ujemny dla tych, którzy mnie tutaj wbrew mej woli gościli! Chcąc nie chcąc trzeba było zatem wejść w bliż- szy kontakt z posadzką. Jej przenikliwy chłód uległ w mym ciele transformacji na długi, nieprzyjemny dreszcz. Chwilę rozpaczliwie walczyłem z przemożnym pragnieniem ponow- nego zakutania się w wabiące miłym ciepełkiem i miękkością koce, ucieczki w sen od tchnącej w jakiś bliżej nieokreślo- ny sposób niepokojem atmosfery tego pomieszczenia, lecz w końcu udało mi się przemóc te ciągoty i kuląc stopy, by z posadzką stykać się jak najmniejszą ich powierzchnią, po- kuśtykałem do ściany. Pochyliłem się. A więc tak, to rzeczywiście była jednak nasza pracownia! Nieregularna, wypalona kwasem parę dni temu przez nie- uwagę dziura, za którą tak mi się dostało od Raya, nie pozo- 12 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Trzecie stadium ewolucji stawiała co do tego najmniejszych wątpliwości! Tyle tylko, że zmienił się gruntownie jej wystrój. Uśmiechnąłem się. Mówiąc ściślej, zamierzałem to uczy- nić, lecz bardzo wątpię, czy komukolwiek obserwującemu mnie w tym momencie z boku w ogóle by wpadło do gło- wy poczytać ów grymas za uśmiech. Dobre mi „tyle tylko” ! Wszak pracownia, a zwłaszcza jej wyposażenie w tym, co tutaj ostatnimi czasy usiłowaliśmy uporczywie wysmażyć, odgrywała ogromną, jeśli nie wręcz kluczową rolę, więc zre- zygnowanie z niego, skrupulatne jego uprzątnięcie dawało wiele do myślenia. A w dodatku wszystko wskazywało na to, iż zmiany owe są ściśle związane właśnie z moją skromną osobą! Nie dane mi jednak było zbyt długo kontemplować tego faktu, gdyż raptem posłyszałem zbliżające się gdzieś za drzwiami kroki. Doprawdy nie mam pojęcia, co mną po- wodowało; dość że niemal jednym susem przyskoczyłem do łóżka, wyciągnąłem się na nim jak długi i podciągnąłem koc aż po brodę. Zgrzytnął klucz w zamku. A więc przez cały ten czas byłem zamknięty! Jeśli mam być zupełnie szczery, odkrycie to ja- koś nie wzbudziło we mnie nadmiernego zachwytu. Poprzez firankę rzęs z pewnym niepokojem obserwowałem wolne, jakby niezdecydowane uginanie się klamki, potem – takież uchylanie się drzwi. Ray stał w progu parę sekund, gapiąc się na mnie z owym dziwnym, znanym mi już z jego poprzed- niej wizyty wyrazem twarzy, w którym ciekawość zdawała się walczyć o lepsze z czymś w rodzaju lęku, po czym – doszedł- 13 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Trzecie stadium ewolucji szy pewnie do przekonania, że jestem jeszcze w najlepsze po- grążony w objęciach Morfeusza – postąpił krok do przodu, zamknął za sobą cichutko drzwi i zaczął się zbliżać do mnie miękkim, skradającym się krokiem. – Czym ci, mój drogi, mogę służyć? – rzuciłem niegłośno, otwierając oczy. Mój manewr odniósł zamierzony efekt: Ray dosłownie wrósł w podłogę tak jak stał, w niewielkim rozkroku; zdawa- ło się, że z jego ściętej zaskoczeniem twarzy spłynęła wszyst- ka krew. Najwyraźniej nie mógł wykrztusić z siebie ni słowa. Od kiedyż to on, u diabła, zrobił się tak strachliwy?! Przez dobre parę sekund niczym nieprzebyta zapora roz- dzielała nas ciężka, jakby nierealna cisza. – No? – przynagliłem go wreszcie z dobrotliwym uśmie- chem, dość sprawnie windując się do pozycji siedzącej.. Nerwowo wessał w siebie sporą porcję powietrza. – Chciałem się... tylko zorientować, czy ci tu nie potrzeba czegoś. – Wielce zobowiązany za troskę! – powiedziałem głosem obficie przyprawionym ironią, lecz nie przypuszczam, żeby w ogóle ją wyczuł. Odchyliwszy koc bezwstydnie zademon- strowałem swój nader skromny przyodziewek. – Byłbym wielce rad, gdybyś przyniósł mi moje spodnie. I resztę ekwi- punku. Zamrugał szybko oczami. – Po... co? Okazuje się, że z człowiekiem można zjeść beczkę soli, 14 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Trzecie stadium ewolucji a i tak się nie rozezna, co w nim naprawdę siedzi! W każ- dym razie nigdy bym wcześniej nie przypuszczał, że może być zdolny do zadania tak beznadziejnie głupiego pytania. Pokiwałem głową z prawdziwym politowaniem. – Taka moda – wyjaśniłem sucho. – Nie mogę jej zmie- niać nazbyt gwałtownie, bo mógłbym przyprawić publicz- ność, a zwłaszcza piękniejszą jej połowę o szok. No a ponad- to jak myślisz, jak by zareagował pierwszy z brzegu policjant, gdybym wyszedł na ulicę w slipkach? W jego twarzy raptem zaszła jakaś zmiana. Rychło zro- zumiałem, o co chodzi: po prostu zdołał się wziąć wreszcie w garść. – Na razie możesz tym sobie zupełnie nie zaprzątać głowy – powiedział z iście lodowatą uprzejmością. – Przyjdzie ci poleżeć tu jeszcze troszeczkę. – Doprawdy?! – rzuciłem niedowierzająco, spoglądając ostentacyjnie w kierunku drzwi. Nie poruszyłem się jednak, bardzo mi bowiem zależało na wyjaśnieniu paru nie dających mi spokoju szczegółów. Upływały sekundy; milczeliśmy, mierząc się badawczymi spojrzeniami, niczym wytrawni zapaśnicy szykujący się do założenia na kark przeciwnika optymalnego chwytu. – Czas porozmawiać – bąknął. – Najwyższy! – przyznałem. – Chciałbym ci zadać kilka pytań. Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, który jednak miał nie- wiele wspólnego z wesołością. 15 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Trzecie stadium ewolucji
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Trzecie stadium ewolucji
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: