Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00299 005126 15690568 na godz. na dobę w sumie
USTERKA  pocieszalnik  dla (nie)szczęśliwie budujących - ebook/pdf
USTERKA pocieszalnik dla (nie)szczęśliwie budujących - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 157
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3546-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> nowele
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).


W tej chwili mija pięć lat od zakończenia naszej budowy...

Emocje znacznie opadły. Mogę się już zdystansować do całej tej niewiarygodnej historii z budową naszego małego, prostego, drewnianego domku, której chyba sam reżyser Bareja nie byłby w stanie wymyślić. O wielu rzeczach, o których napisałam w tej książce teraz bym już nie pamiętała, gdyby nie moje zapiski i zdjęcia. Może to i byłoby lepiej, a 'zdrowiej' na pewno. Ale pomyślałam sobie, że zrobię pamiątkowy Dziennik Budowy, choćby dla rodziny, bo szkoda żeby to wszystko uleciało w niepamięć.

Poza tym pamiętam, że gdy byłam już bardzo załamana kolejnymi porażkami na budowie, jak bardzo potrafiło podnieść mnie na duchu czyjeś opowiadanie czy blog, że im też się nie udawało i coś szło nie tak. Czytałam wtedy mężowi wybrane fragmenty o czyichś niepowodzeniach i naprawdę, robiło się nam raźniej. Wtedy człowiek zdaje sobie sprawę, że nie tylko ON jest jakimś wybitnym wybrańcem losu, żeby mieć aż takiego pecha do wszystkiego, tylko to się po prostu ZDARZA. Nie wiem doprawdy, czy aż w takiej kumulacji jak u nas, ale to już zostawiam do oceny czytelnikom...

Więc jeżeli zamierzacie, albo już jesteście w trakcie i nie ma odwrotu, od dalszego przetrwania etapu budowy, swojego wymarzonego domku, przeczytajcie sobie o naszych perypetiach, związanych z budową. Może wasze ogromne problemy, choć na chwilę się zmniejszą.
I głowa do góry - czas leczy rany :)
Gdy teraz odwiedzają nas znajomi, zwłaszcza latem, gdy jest gorąco, basen pełen chłodnej wody, wokół rozsiewa się woń kwitnących kwiatów, a na grillu skwierczą pyszne mięsiwa, słyszymy:
- Jak tu u was fajnie!
Wiem, że teraz to już chyba tak!

To właśnie o to mi chodziło i dla takich chwil, porwałam się na tę budowę, chociaż nigdy nie zapomnę, jak ciężko było to wszystko wytrzymać…

Dzisiaj mogę powiedzieć, że uwielbiam to miejsce – nasz mały domek z ogródkiem!

Ku pokrzepieniu serc, załamanych inwestorów - Ewa.   

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

18.XII.2006r Ścianki praktycznie gotowe. Panowie krytykowali mój projekt, z powyginanymi ścianami, bo tu wnęki na szafy, tam zakręt, a tu jakiś gołębnik , czyli pokoik na strychu. Ale sobie baba wymyśliła! Oni robią chyba tylko proste ściany, które i tak wychodzą im krzywe… Ale firma reklamuje się szumnie, że spełnia wszelkie życzenia klientów, więc o co chodzi ? Do roboty! Domek przybrał na wadze i został opatulony. Teraz dopiero widać jak dużo daje ocieplenie. Napaliliśmy w kominku i po chwili zaczęło się robić tak ciepło, że nie mogliśmy uwierzyć. Po raz pierwszy porozbierani do podkoszulków nie musieliśmy uciekać do namiotu jak w prawdziwym, ciepłym domu! i poczuliśmy się w końcu Tak nam się tu spodobało, że wpadliśmy na genialny pomysł! tylko kiełbaskę, musztardę, Mieliśmy w końcu namiot, ognisko (w kominku), patyków chlebek, brakowało i biwak pełną gębą !!! Patyki się szybko znalazły - (jak to na budowie), kiełbaski zostały na nie nadziane, szyba w kominku szeroko otwarta i smażyliśmy kiełbaski na ogniu. Było naprawdę bardzo przyjemnie, śmiesznie smacznie !!! 19.XII.2006r Ścianki owszem powstały, ale za to zniknęło oświetlenie z połowy salonu i pokoju dziecka... Montażyści rozkładają ręce, oni nic z prądem nie robili. i 82 Wzywamy elektryków. Diagnoza brzmi: - Jest zwarcie gdzieś pod boazerią i trudno określić teraz gdzie... Najprawdopodobniej ktoś przebił kable gwoździem, przybijając na nich deskę. i podpinają gdzie Żeby oszczędzić nam i góralom roboty i rwania całego wykończenia, elektrycy ratują sytuację jakimś obejściem indziej, przerwany najprawdopodobniej gwoździem obieg. Elektryka działa znowu bez zarzutu! Muszę chyba przeprosić wszystkich prawdziwych górali, że posługuję się tą nazwą na określanie tych „pożal się Boże” robotników. Bo to niestety ani nie prawdziwi górale, a tym bardziej prawdziwi budowlańcy! Mieszkają tylko blisko gór i taka tej nazwy zasługa. 22.XII.2006r Dzisiaj rano znowu nadjechała naburmuszona brygada. Oznajmili nam, że przysłano ich z firmy, w celu wymiany okna na taras. Muszą je niestety zabrać na warsztat całe, razem z ramą aby wymienić na właściwe okucia. No cóż chciałam to mam - panowie wyrywają całą ogromną ramę okna, pozostawiając nam po niej piękny, cholernie duży, pusty otwór w ścianie... Zostajemy w salonie, przy naszym namiocie i kominku, z otworem wielkości słonia, na grudniowym mrozie, tuż przed świętami. Odgłosy z zewnątrz były bardzo bliskie to przerażające. Spaliśmy przecież w domu, a jednak znowu, jak na zimowym polu namiotowym... i przez Zdajemy sobie właśnie sprawę z tego, że nie zdążą nam wymienić tego ogromnego okna przed 83 świętami. Trzeba będzie szybciutko zaliczyć kolacje wigilijną i wrócić, by pilnować swojego. Bo święta, tak jak wakacje, to najlepszy czas dla złodziejaszków. Seba znajduje wielkie kawały folii z parawanów letnich i przybija je „takerem” do drewnianych ścian, po czym barykadujemy się czym popadnie, dechami jakimiś, żeby nam byle kto nie wlazł do domu. Nie udało się w tym roku zawiesić lampek na choince, ale za to poobwieszaliśmy sobie na gwoździu światełka wokół całego salonu, czyniąc bardzo świąteczny nastrój - prawie jak w Himalajach pod namiotem - ale we własnym już salonie... Tych kilka między świąteczno-noworocznych dni, w sprawie postępów budowlanych spełzło na niczym... 30.XII.2006r Sebastian z moim tatą, robią wylewkę na toalecie, na zamontowane wcześniej podłodze w ogrzewanie podłogowe. Taki mały „kibelek” - a tyle godzin roboty... 31.XII.2006r Przygotowania do tegorocznego Sylwestra, polegały u nas na dłubaniu gdzie się dało. Mąż poprzykręcał lampy w salonie na suficie i jakoś tak nie chciało nam się w tym roku nigdzie balować. Zimą szybko robi się ciemno i wieczorem, chłopaki padły jak muchy i lulali w namiocie. Ja włóczyłam się po domu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Sączyłam sobie samotne piwko i od czasu do czasu dorzucałam jakąś szczapkę do kominka, aż nastała północ. Wdrapałam się na strych, 84 aby z okna dachowego podziwiać sztuczne ognie, widoczne z nieco odległego, miejskiego Rynku (zmęczonych chłopaków oczywiście nie dało się dobudzić...). Jak na środek zimy, to było raczej ciepło, na plusie. Niewielki śnieg zalegający na dachu pomału topniał. Szampana zastąpiło mi piwko i nie pamiętam kiedy wturlałam się do nich, do sypialnianego-namiotu. 1.I.2007r Nie wiem, która była godzina. Głowa mi pękała i obudziło mnie - myślałam, że jak zwykle - chrapanie... Leżę, patrzę w sufit ciasnego namiotu i po głowie mi coś puka; kap... kap...kap... To nie chrapanie mnie obudziło, to gdzieś kapie....?! Odsuwam po cichutku suwak namiotu, ubieram buty i kurtkę, gdyż poza przestrzenią namiotową panuje tu atmosfera raczej chłodna. Nad ranem w kominku już dawno wygasło - a ja idę na obchód. Nasłuchuję kapania i jak w zabawie ciepło - zimno dochodzę do źródła dźwięku, wyłażę na strych, a tam niespodzianka - spora kałuża na podłodze.... Niestety kapie z dachu... Podłożyłam jakieś znalezione wiadro, wytarłam co się dało i obudziłam męża z cudowną noworoczną informacją, że nasz nowy dach właśnie przecieka... niedowierzając moim opowieściom, pozbierał się jakoś z namiotu i wylazł na strych, a gdy wyjrzał przez okno dachowe na nasz dach, pokryty blachą, o mało co nie spadł z drabinki.... Płaty blachy dachówkowej nie zgrywały się w żadnym miejscu, między jedną a drugą blachą widniało rozwarcie - bez kitu - na dwa palce. Seba 85 Dziury po starych wkrętach, prezentowały się wdzięcznie, jak na szwajcarskim serze, no i dziwić się, że przecieka...? Podałam Sebie aparat fotograficzny, bo nie pozostawało nam nic innego, jak tylko uwiecznić tą fuszerkę i znowu udać się do firmy z nowymi faktami . Po skończonej sesji foto, zabraliśmy się za łatanie silikonem dziur, pozostawionych po wkrętach z pierwszego montażu dachu, gdzie wymienialiśmy folię paro-izolacyjną. Przed nami przecież zima i jeszcze wiele będzie mokrego na tym dachu, zanim zdołamy coś z tym na poważnie zrobić. Nawet nowe wkręty na dachu, były nie dokręcone, albo z krzywymi główkami, dziwnie sterczały z nad powierzchni blachy, nie mówię już, że uszczelki piały sobie z pod nich jak sukienki baletnic, nie uszczelniając niczego. Załamaliśmy się wtedy oboje. Jak to możliwe, że przecieka dach w naszym nowym domu, który ma zaledwie 3 miesiące, a raty będziemy za niego płacić przez 30 lat...??? A on już jest do remontu... Depresja poprzeplatana z wkurzeniem! No ale nikt nie mówił, że będzie łatwo... Trzeba wziąć głęboki oddech, policzyć do dziesięciu i przeć dalej. Umawiamy się na spotkanie z szefem firmy, aby totalnej przedstawić mu nasz masakry, zwanej fachową budową. Oczywiście nikt nie dowierza naszym opowieściom - do czasu... fotoreportaż z tej Wykorzystuję jednak dodatnie temperatury do lakierowania ram okien. Przynajmniej się trochę wyżyję 86 na pędzlu! Jednak malowanie utrudnia mi Fila, której tak się to spodobało, że poluje na mój pędzel, który porusza się do góry i na dół. Gryzie trzonek i utrudnia mi malowanie. Taką mam z niej pomocnicę! 2.I.2007r Dzisiaj kierowca dowiózł nam drzwi wewnętrzne. Owszem wzór drzwi się zgadzał, nawet szybki są takie jak wybrałam - oj musieli się bardzo starać! Już prawie zaczęłam się cieszyć jak panowie nakładali pierwsze skrzydło na zawiasy gdy nagle, coś mi się tam na dole nie spodobało. Podchodzimy bliżej, no tak... Znowu coś - tym razem zacieki z błota… Kierowca wiózł nasze drewniane drzwi, surowe, sosnowe, jaśniutkie na pace auta i tylko trochę przy końcu były nie zabezpieczone folią! A że jest styczeń, na drogach wiadomo co, to całe to słone błoto, leciało centralnie na dolną część drzwi. Wilgotne błoto, solidnie wgryzło się w nowiutkie drewienko i stworzyło niepowtarzalne, błotne wzory jak zimą mróz na szybach. No i jak tu nie kląć!!! Panowie patrzą zbaraniałym wzrokiem, że: - No..., no faktycznie brudne... I usiłują doczyścić czym się da, nasze nowe drzwi. Czy to jest jakiś koszmar, myślę sobie? Może ja się w końcu z niego obudzę, bo to nie może być prawda. Albo ktoś nas wkręca, jak w programie Usterka ? Przecież miało być tak pięknie! 87 Niestety taką mamy rzeczywistość… 3.I.2007r Trzeba w końcu wyłożyć kręgosłup na czymś bardziej wygodnym. Namiot przestał nam się podobać. Ten biwak harcerski był frajdą, przez pierwsze trzy dni. Kolejne tygodnie wytrzymaliśmy po prostu - bo jesteśmy twardzi, ale na dłuższą metę, przestało to być zabawne . Wybraliśmy się więc naszym pogiętym tyłu) Fordzikiem na zakupy wielko-gabarytowe, czyli wymarzone łóżko, wraz z materacem o wymiarach 160x200cm. (z Najbardziej odpowiednia dla nas okazała się IKEA, zwiedzamy więc sklep do późnego wieczora. Wylegujemy się na kolejnych wystawowych wyrkach, testując kolejne materace i decydujemy się w końcu na zakup. Rama IKEA - mocno poskładana, zmieściłaby się bez problemu w poczciwym maluchu , ale za to załadunku materaca o podanych wyżej wymiarach, jakoś nie potrafiłam wyobrazić. ja sobie łóżka - Ale jak zwykle, nie przewidziałam niepoprawnego optymizmu mojego męża! Zabrał ze sobą parę metrów sznurka, a przecież (jak na reklamie IKEA) na dachu auta wiele różności można załadować... Seba odkręca jedynie antenę sterczącą na początku dachu, żeby jej nie złamać. Podjeżdżamy wózkiem pod auto z wielkim materacem. Bierzemy się z nim za bary - ja nabieram pary w mięśnie (dobrze, że jest już ciemno ) i dawaj go na górę; 1,2,3 i jest! - słyszę - jeszcze tylko troszkę kochanie, jak to w 88 dopchnij do przodu! Cisnę więc resztką sił, stojąc już na palcach i nagle słyszymy: prrrrr !!!??? No tak... tylko gwint, który Po antenie został w dachu nadzwyczaj równo, rozciął nam nasz nowy, wygodny materac ... Stanęłam więc na równe nogi, które zresztą troszkę mi się ugięły... Przez chwilę zaczęliśmy rozważać myśl, żeby reklamować materac w sklepie, że jest jakiś dziurawy, ale w końcu stwierdziłam, że jak nagraliśmy się na jakimś parkingowym monitoringu, to tylko się wstydu najemy. Odpuszczamy... Obwiązaliśmy więc materac do dachu naszego Fordzika, brakowało tylko na nim wielkiej, czerwonej kokardy, żeby przypominał urodzinowy prezent. Podążyliśmy do domu w żółwim tempie, żeby nam nie zwiało z dachu naszego prezentu , marząc o pierwszej, wygodnej nocy w naszej niewykończonej sypialni... Dotarliśmy niewiele przed północą do domu, górale właśnie opuszczali nasz teren i w ruch, mimo ogromnego zmęczenia, poszła wkrętarka i paczka z ramą łóżka, została rozdziewiczona. Skręcanie trwało jakiś czas, ale chęć wyspania się w cywilizowanych warunkach, dała nam takiego kopa, że grubo po północy, rama została zmontowana i czekała tylko na pokrycie (potarganym) materacem... Długo nie zapomnimy tej przeprowadzki z namiotu. Pościel i grzejnik przeniesiony i w końcu pierwsza noc w prawdziwym, wygodnym łóżku w naszej nowej 89
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

USTERKA pocieszalnik dla (nie)szczęśliwie budujących
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: