Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00372 007150 14485549 na godz. na dobę w sumie
Uchwycone obiektywem. Lekcje legendarnego fotografa dzikich zwierzat - książka
Uchwycone obiektywem. Lekcje legendarnego fotografa dzikich zwierzat - książka
Autor: Liczba stron: 392
Wydawca: Helion Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-246-3206-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> komputery i informatyka >> fotografia cyfrowa >> techniki fotografowania
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Okiełznaj dziką przyrodę w obiektywie!

Fotografowanie dzikiej przyrody to prawdopodobnie jeden z najbardziej wymagających rodzajów fotografii. Spotkanie oko w oko z niedźwiedzicą grizzly lub watahą wilków wymaga stalowych nerwów, a z kolei fotografowanie sów - cierpliwości, precyzji i umiejętności bezszelestnego przemieszczania się. Jeśli marzysz o przygodzie z fotografią na łonie dzikiej natury i szukasz inspiracji dla Twoich zdjęć, lepiej trafić nie mogłeś!

W tej wyjątkowej książce Moose Peterson dzieli się doświadczeniem zdobytym w ciągu trzydziestu lat bliskiego obcowania z dziką przyrodą. Jeżeli jesteś laikiem w tej dziedzinie, na samym początku autor da Ci parę cennych wskazówek i podpowie, od czego zacząć. W kolejnych rozdziałach dowiesz się, jak pracować bez siatki ochronnej, eksperymentować z lampą błyskową, wybierać odpowiedni sprzęt oraz współpracować z biologami. Zobaczysz, jak bezpiecznie fotografować jaskinie, obserwować gatunki, aby wskazywały Ci drogę do kolejnych intrygujących osobników, oraz robić im zdjęcia w nocy. Nauczysz się fotografować ptaki, owady oraz intymne życie zwierząt. Książka ta jest pasjonującym przewodnikiem po świecie dzikiej przyrody, z którym sfotografujesz nawet najbardziej nieokiełznane zwierzę niczym fotograficy National Geographic!

Poznaj tajniki fotografowania przyrody!







Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Uchwycone obiektywem. Lekcje legendarnego fotografa dzikich zwierzat Autor: Moose Peterson Tłumaczenie: Joanna Pasek ISBN: 978-83-246-3206-0 Tytuł oryginału: Captured: Lessons from Behind the Lens of a Legendary Wildlife Photographer Format: 230×230, stron: 410 Okiełznaj dziką przyrodę w obiektywie! • Od czego zacząć fotografię dzikiej przyrody? • Jaki sprzęt wybrać? • Jak fotografować w nocy? Fotografowanie dzikiej przyrody to prawdopodobnie jeden z najbardziej wymagających rodzajów fotografii. Spotkanie oko w oko z niedźwiedzicą grizzly lub watahą wilków wymaga stalowych nerwów, a z kolei fotografowanie sów - cierpliwości, precyzji i umiejętności bezszelestnego przemieszczania się. Jeśli marzysz o przygodzie z fotografią na łonie dzikiej natury i szukasz inspiracji dla Twoich zdjęć, lepiej trafić nie mogłeś! W tej wyjątkowej książce Moose Peterson dzieli się doświadczeniem zdobytym w ciągu trzydziestu lat bliskiego obcowania z dziką przyrodą. Jeżeli jesteś laikiem w tej dziedzinie, na samym początku autor da Ci parę cennych wskazówek i podpowie, od czego zacząć. W kolejnych rozdziałach dowiesz się, jak pracować bez siatki ochronnej, eksperymentować z lampą błyskową, wybierać odpowiedni sprzęt oraz współpracować z biologami. Zobaczysz, jak bezpiecznie fotografować jaskinie, obserwować gatunki, aby wskazywały Ci drogę do kolejnych intrygujących osobników, oraz robić im zdjęcia w nocy. Nauczysz się fotografować ptaki, owady oraz intymne życie zwierząt. Książka ta jest pasjonującym przewodnikiem po świecie dzikiej przyrody, z którym sfotografujesz nawet najbardziej nieokiełznane zwierzę niczym fotograficy National Geographic! • Początek przygody z fotografowaniem dzikiej przyrody • Współpraca z biologami • Eksperymentowanie z fleszem • Praca bez siatki ochronnej • Fotografowanie w jaskini • Dobór sprzętu • Wykorzystanie koloru do manipulacji umysłem • Fotografowanie w nocy • Przygotowanie do wyjazdu • Praca ze statywem • Fotografowanie ptaków Poznaj tajniki fotografowania przyrody! Idź do • Spis treści • Przykładowy rozdział Katalog książek • Katalog online • Zamów drukowany katalog Twój koszyk • Dodaj do koszyka Cennik i informacje • Zamów informacje o nowościach • Zamów cennik Czytelnia • Fragmenty książek online Kontakt Helion SA ul. Kościuszki 1c 44-100 Gliwice tel. 32 230 98 63 e-mail: helion@helion.pl © Helion 1991–2011 Spis treści Rozdział 1. Trzeba od czegoś zacząć 10 Rozdział 2. Żadnych złudzeń, nie kieruję swym życiem 48 Rozdział 3. Niezła jazda! 80 Rozdział 4. Uczciwie mówiąc, dopiero zaczynam się uczyć 118 Rozdział 5. Tak to się robi 162 Rozdział 6. Ważny składnik sukcesu 208 Rozdział 7. Oni pomogli najbardziej 248 Rozdział 8. To z pewnością jeszcze nie koniec 302 Dodatek 1. Moja torba ze sprzętem fotografi cznym i pozostałe wyposażenie 378 Dodatek 2. Mój zestaw czyszczący 380 Dodatek 3. Moje ustawienia dla aparatu D3 382 Dodatek 4. Ćwiczenie z pluszakami 388 UCHWYCONE OBIEKTYWEM  9 ROZDZIAŁ 3. Niezła jazda! Sharon zajmuje się Brentem (Brent uwielbia bawić się aparatem) h ) lb b ( Mój BRD CHSR w Tule Lake, przy 20-stopniowym mrozie, Mój BRD CHSR T l L k 20 t i i w czasie mego spotkania z lisem o imieniu Keebler. gdy pracowałem nad bielikami amerykańskimi. Praca z moim ulubieńcem — lisem długouchym. Po założeniu kołnierza telemetrycznego zwierz zostanie puszczony wolno. Zdjęcie autorstwa Josha Bradleya. Obiektyw 800 mm f/5.6 widziany od przodu. Obie To w To właśnie widzi zwierzę, które fotografujesz, kied kiedy odejmiesz oko od wizjera. l u s m o h ave n s i s ) . l u s m o h ave n s i s ) . S u s e ł z p o d g a t u n k u m o h ave g ro u n d s q u i r re l (X e ro s p e rm o p h i p o d g a t u n k u m o h ave g ro u n d s q u i r re l (X e ro s p e rm o p h i k t wem N i k ko r 8 0 0 mm f / 5 . 6 z TC - 1 4 , Z d j ę c i e z ro b i o n e N i ko n em F 5 z o b i ek t ywem N i k ko r 8 0 0 mm f / 5 . 6 z TC - 1 4 , i s z y Ko d a c h rom e 6 4 . b ł n a k l Był czwartek, późne popołudnie. Pamiętam ten dzień tak, jakby to było wczoraj. Wyregulowałem moje rzut- niki i system nagłaśniający (w tamtych czasach robiłem prezentacje ze slaj- dów z  użyciem dwóch projektorów i  magnetofonu), ponieważ jakoś tak się stało, że zaproszono mnie do wygłoszenia prezentacji na dużym zjeź- dzie ornitologów organizowanym przez muzeum historii naturalnej, który odbywał się raz do roku w Santa Barbara. Miałem mówić na ten sam temat, jaki prezentowałem wcześniej na niezliczonych spotkaniach klubu Audu- bon — o wireonkach. Zanim zaczęła się prezentacja, zmieniłem koszulę, sam nie wiem ile razy. Powiedzieć, że byłem stremowany, to łagodne określenie. Maeton miał być na widowni. To prawda, już ładnych parę miesięcy wcześniej odwiedziliśmy go w domu i zaprezentowałem mu wtedy moją pogadankę, aby upewnić się, że nie ma w niej jakichś straszliwych błędów. Jednak teraz nie mogłem zrozu- mieć, co właściwie robię w tym szacownym akademickim gronie — początku- jący fotograf, żółtodziób, imitacja badacza — próbując dawać wykład na temat związany z biologią. W co ja się wpakowałem? Pierwszy raz miałem „naukowo” zaprezentować się przed gronem specjalistów, ludzi zorientowanych w tema- cie. Czasem naprawdę się zastanawiam, czy przypadkiem nie jestem kretynem. Zacząłem tak, jak zwykle — od pokazu slajdów puszczonego do muzyki. To był utwór Funeral for a Friend Eltona Johna, podkręcony całkiem gło- śno. Wszystkie obrazy w otwierającym pokazie pochodziły z Yosemitów — może nie były to moje szczytowe osiągnięcia, ale i tak wcale nie najgorsze, zwłaszcza jak na młodego fotografa. Moja widownia nie była na to przy- gotowana — sądzili, że zobaczą parę zdjęć ilustrujących jakieś techniczne szczegóły i mnóstwo wykresów. W mojej prezentacji nie miałem jednak ani jednego wykresu. Miałem zdjęcia ptaków i wskaźnik laserowy. Gdy ucichła muzyka, wszyscy obecni zaczęli gapić się na mnie z wyra- zem twarzy świadczącym, że nie mają pojęcia, czego spodziewać się dalej. Wszelka myśl o  tym, że to miałaby być normalna naukowa pogadanka, opuściła już salę. Wyświetliłem wtedy moje najlepsze „biologiczne” zdję- cie LBV, a potem powiedziałem coś, czego zwykle nie słyszy się na takich spotkaniach, coś w rodzaju: „Opowiem teraz o ptaku, w którym zakocha- łem się od pierwszego spotkania”. To się nie mieści w głowie — opowia- dać o emocjach w gronie naukowców! Maeton pewnie w tej chwili siedział gdzieś z tyłu sali i myślał: „O czym on gada? Ta prezentacja, którą zatwierdzi- łem, to było coś całkiem innego!”. NIEZŁA JAZDA!  81 ROZDZIAŁ 3. W półmroku sali mogłem dostrzec na twarzach moich słuchaczy zdu- mienie pomieszane z zadowoleniem. Jednak nikt się nie poruszył ani nie odezwał, bo obawiali się trochę tego, co może nastąpić. Przez następne 30 minut oprowadzałem moją widownię po kotlinie Mono. Urządziłem im wizualną — teraz powiedzielibyśmy: wirtualną — wycieczkę po obszarze zamieszkania i aktywności LBV. Używałem terminów takich, jak „przeczesy- wanie terenu” albo „wylęg”, ale unikałem nazywania zebranych informacji „danymi”. Skończyłem na zdjęciu, które było moją tajną bronią i jak żadne inne trafi ało do serc słuchaczy, o czym przekonałem się na moim objeździe po klubach Audubon. Zdjęcie przedstawiało LBV siedzącego na gnieździe, z perfekcyjnie naświetlonym liściem po lewej. Tak naprawdę całą historię opowiedziały same zdjęcia. I nagle zrobiło się gorąco — nie dlatego, że ktoś majstrował przy klimaty- zacji, lecz z powodu wybuchu niepohamowanego aplauzu. Wierzcie mi, nie ma drugiej takiej widowni jak widownia złożona z biologów. Oni wiedzą lepiej niż ktokolwiek na świecie, jak powinny wyglądać dobre zdjęcia przy- rody. Nadszedł czas zadawania pytań z sali, ale nie było takich pytań, jakie zwykle spotyka się na naukowych pogadankach. To były raczej gratulacje. A ja przygotowywałem się w tym czasie do wielkiego fi nału. Zawsze robiłem, co mogłem, by posłać mych słuchaczy do domu z pieśnią w sercu, i nie zamierzałem teraz rezygnować z tej tradycji. Zostawiłem jesz- cze na deser zestaw zdjęć żurawi kanadyjskich, zrobionych w pewnym spe- cjalnym miejscu zwanym Soda Lake w kalifornijskim rezerwacie Carizzo Plain Żurawie kanadyjskie w Soda Lake. Zdjęcie zrobione Nikonem F3P z obiektywem Nikkor 400 mm f/5.6, na kliszy Kodachrome 64. 82  NIEZŁA JAZDA! Zdecydowanie polecam wszystkim fotografom, by dzielili się swymi zdjęciami z publicznością, a pokaz slajdów to bardzo dobry sposób, by to zrobić. W czasach mojej młodości wymagało to napełniania pojemników slajdami i obsługiwania projektora pilotem, teraz wszystko jest cyfrowe. Osobiście korzystam z aplikacji ProShow Producer firmy Photodex, gdyż za jej pomocą można łatwo zaprojektować pokaz, a potem wyeksportować go w formacie odpowiednim dla sieci albo zapisać na płycie DVD — do oglądania na ekranie telewizora. Możesz zresztą wybrać całkiem inne narzędzie, to nieważne. W każdym razie zrób to i pokaż swoje zdjęcia całemu światu! National Monument, które puszczałem do nastrojowej muzyki. Ostatni obraz w tej serii przedstawiał klucz żurawi na tle księżyca. Tymczasem moja widow- nia myślała, że to już wszystko — z takimi prezentacjami nie mieli jeszcze do czynienia, skąd więc mogli wiedzieć, że powinni zaczekać na ostatnią część? Wielu wstało z  krzeseł, gdy przeszedłem na tył sali, by zmienić obrotowe podajniki. Zignorowałem to. Sharon zajmowała się światłami, więc wystar- czyła sekunda — pojemniki zostały wymienione, a światła znów przygasły. W tym momencie wszyscy zastygli tam, gdzie akurat byli, i zapatrzyli się w ekran. Pewnie myśleli, że znów usłyszą coś z rock and rolla, ale zasko- czyłem ich (na to liczyłem!). To był łagodny, romantyczny kawałek. Muzyka grała, obrazy zmieniały się na ekranie. Zobaczyłem, jak jakaś dama ociera łzy z policzków. Wygrałem! Światła się zapaliły, a ja wiedziałem, że zdoby- łem serca moich słuchaczy. Byłem wielki. Byłem naprawdę zadowolony z  mojej prezentacji. Maeton podszedł, żeby mi pogratulować. Wiele osób podchodziło, by zadać jakieś pytanie na temat fotografi i albo powiedzieć, że im się podobało. Gdy dotarłem do dziewiątej sfery raju, podszedł do mnie Charlie (biolog) i przedstawił się. Słyszałem o  nim wcześniej. Powiedział mi, że fotograf zatrudniony przy jednym z jego obecnych projektów okazał się kompletnie nieodpowied- nią osobą i Charlie zrobił to, co powinien (tak to ujął w rozmowie ze mną), czyli zwyczajnie wywalił go za drzwi. Zawsze się zastanawiałem, czy to rze- czywiście tak wyglądało, ale niezręcznie było o to pytać. Zwłaszcza wtedy, gdy podał mi rękę i pogratulował prezentacji. Jednak ta myśl krążyła gdzieś ROZDZIAŁ 3. na zapleczu mego mózgu, gdy spytał, czy nie byłbym zainteresowany foto- grafowaniem modrowronek kalifornijskich na wyspie Santa Cruz, jak rów- nież rybitw białoczelnych, rybitw kalifornijskich, brzytwodziobów amery- kańskich i cierniosterników czarnych. Poczułem lęk, który nagle zamienił się w panikę, gdy usłyszałem samego siebie mówiącego: „Oczywiście, bar- dzo chciałbym pracować przy tym projekcie”. Charlie nie jest po prostu biologiem — nie jednym z wielu. Charlie jest ornitologiem o światowej renomie. Wtedy właśnie opublikował książkę, i to nie o jakimś jednym gatunku, lecz o całej rodzinie ptaków. Charlie okazał się też wspaniałym facetem i z czasem został jednym z naszych najlepszych przyjaciół, a przy tym jednym z mych mentorów. Otóż Charlie wybierał się za miesiąc na wyspę Santa Cruz i miał w ekipie wolne miejsce, które posta- nowił wypełnić moją skromną osobą. Praca bez siatki ochronnej Charlie okazał się bramą do projektów prowadzonych na całkiem innym poziomie — wszystkie dotyczyły kalifornijskich gatunków ginących lub zagrożonych i wszystkie były długoterminowe. To były naprawdę poważne prace. Bałem się, czy moje umiejętności będą wystarczające, martwiłem się o budżet (budżet! Do licha! Opróżniłem wszystkie skarbonki, jakie były w domu!) i o to, czy mogę sobie pozwolić na wzięcie urlopu w pracy. To był moment, kiedy musiałem położyć na jednej szali dobro rodziny (Sharon była w ciąży, miał się urodzić nasz pierwszy syn) i regularną pracę, a na drugiej mą „kwitnącą” fotografi czną karierę oraz przemożne pragnienie, by być w plene- rze, z aparatem, a nie uwięzionym w czterech ścianach. Jednak wierzyłem, że musi być jakiś powód, dla którego tak się to ułożyło i kawałki układanki tak ładnie się dopasowały. Więc z niefrasobliwością typową dla młodych Sharon i ja wyrzuciliśmy ostrożność za burtę i pożeglowaliśmy z wiatrem! To miał być pierwszy projekt, przy którym miałem pracować pozba- wiony bezpiecznego zaplecza własnego samochodu. Obecnie, z  całym mym podróżniczym doświadczeniem, nie widziałbym w  tym nic strasz- nego, lecz wtedy byłem przyzwyczajony wozić ze sobą wszystko, włącznie z kuchennym zlewem. Długo myślałem nad pakowaniem. Zebrałem mój sprzęt i to, co uznałem za konieczne, wsadziłem wszystko do mego camaro i pojechałem do portu w Ventura. NIEZŁA JAZDA!  83 ROZDZIAŁ 3. na pokład, i nie rozstawałem się z nią odtąd ani na nnnnnnn chwilę. ccc Ależ to była ostra jazda! Kapitan przeszedł na pełną prędkość, gdy tylko minęliśmy ostatnią por- tową boję, i  nie zwolnił ani na moment aż do wybrzeży wyspy. Gnaliśmy, roztrącając fale, zakręca- jąc tylko od czasu do czasu, by ominąć przeszkodę w  rodzaju wieloryba. Widzieliśmy po drodze płe- twale błękitne, wale szare, grindwale i  ptaki pela- giczne — dla mnie to była zupełna nowość. Charlie i  inni wykrzykiwali nazwy to tego, to innego gatunku ptaków, lecz nic mi one nie mówiły (teraz już znam je wszystkie). Nawet nie wyjąłem aparatu. Siedziałem tam, słuchałem i chłonąłem to wszystko. Jeden z naszych „weteranów”, modrowronek kalifornijski z Santa Cruz, prezentuje swe dość zużyte obrączki (oraz spryt, bo nie chciał się zbliżyć do pułapki). Zdjęcie zrobione Nikonem F3 z obiektywem Nikkor 400 mm f/5.6, na kliszy Kodachrome 64. Na wyspę podwiozła nas marynarka Stanów Zjednoczonych. To był prawdziwy kuter patrolowy, taki, jaki można było zobaczyć (w każdym razie wtedy) w serialu McHale’s Navy. Zaniosłem do portu mój bagaż, sprzęt, rze- czy osobiste oraz żywność. Bez trudu zabrałem wszystko za jednym zama- chem. Dotarłem na miejsce zbiórki i zastałem tam całe stosy przeróżnych rzeczy. Zabrałem same suche produkty ze względu na oszczędność miejsca i skrócenie czasu przygotowania, tymczasem Charlie i jego ekipa przybyli z chłodziarkami wypełnionymi świeżą żywnością i zamierzali zajmować się gotowaniem. Zapewnili mnie, że dla mnie też zabrali mnóstwo jedzenia. Wytłumaczyłem im, że wziąłem zupy w  proszku, żeby mieć więcej miej- sca na klisze. Uwierzyli bez zastrzeżeń i odnieśli się z szacunkiem do mego poświęcenia. Jednak problem z pakowaniem polegał nie tylko na tym, że wszystko musiało bezpiecznie dotrzeć na wyspę. Musiałem też mieć moż- liwość noszenia ze sobą na wyspie wszystkiego, co będzie mi potrzebne. To było jeszcze, zanim zaczęto sprzedawać fotopaki, więc przekształci- łem plecak w mój pierwszy fotopak. To była ostatnia rzecz, jaką wniosłem 84  NIEZŁA JAZDA! Dotarliśmy do wyspy, przeładowaliśmy bagaże do samochodów i  pojechaliśmy do bazy. Gdy zbliżyliśmy się do centrum badawczego, przywi- tał nas wyspiarski lis. Kierownik centrum zrobił doktorat na temat tamtejszych lisów, więc wszelkie informacje o tym cha- ryzmatycznym stworzeniu były wyjątkowo łatwo dostępne. Trudno było się skoncentrować na głównym temacie badań naszej ekipy, czyli modrowron- kach. Modrowronki z Santa Cruz wyglądają podobnie do lądowych, lecz jest to odrębny podgatunek. Sprzęt, jaki zabrałem ze sobą, nie był zbyt wymyślny: dwa Nikony F3 (wersja P i T) oraz obiektywy: 20 mm f/2.8, 35 – 70 mm f/2.8, 35 – 200 mm f/3.5 oraz 400 mm f/5.6. Miałem też fl esze i uchwyt do nich, klisze, statyw Niezależnie od tego, czy podróżuję samolotem, czy samochodem, po wielogodzinnej podróży matryca światłoczuła mego aparatu zawsze jest zabrudzona, choćbym przed wyjazdem najstaranniej ją czyścił. To skutek wibracji. Dlatego po dotarciu na miejsce zawsze czyszczę sensor, zanim zacznę fotografować. ROZDZIAŁ 3. i kamizelkę fotografi czną. Wszystko to trafi ło do podręcznej torby, każda rzecz z  osobna starannie zabezpieczona. Pracując na wyspie, większość ekwipunku nosiłem w kieszeniach kamizelki, a mój F3P z obiektywem 400 mm f/5.6 zawsze wisiał na pasku na mym ramieniu. Patrzę dziś na tę listę i chichoczę. Jakie wszystko było wtedy nieskomplikowane! Zadziwiające, ile sprzętu noszą teraz ze sobą ludzie zatrudnieni do podobnych zadań. Lecz to, co wziąłem, wystarczyło w zupełności, i dotąd mam te zdjęcia. Kupowanie danych za orzeszki To był standardowy naukowy projekt; naszym celem było oznaczenie pew- nej liczby osobników danego gatunku z użyciem obrączek USWFS i obrą- czek kolorowych, aby zebrać dzięki temu dane na temat wyboru i zakresu użytkowania terytoriów oraz zasad ich obrony przez poszczególne pary. Chodziło więc o to, żeby łapać modrowronki i zakładać im obrączki. Ponie- waż ich terytoria są bardzo rozległe, a ptaki wciąż się przemieszczają, zwy- kła metoda — cienka jak mgła sieć — nie zdawała egzaminu. Zamiast tego używaliśmy pułapki — dużego drucianego pudła. Modrowronki dowolnego podgatunku mają fi oła na punkcie orzeszków ziemnych. Nieważne, czy kiedykolwiek wcześniej widziały taki orzeszek — rzuć orzeszek w stronę modrowronki, a ta będzie musiała przylecieć i go obejrzeć. A gdy go już obejrzy, to go zakopie. Taka po prostu jest. Tam, na wyspie, nauczyłem się najlepszego sposobu na modrowronki; stosuję go do dziś, gdy fotografuję te ptaki na własnym podwórku. Rybitwy kalifornijskie. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T z obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6 z TC-14, na kliszy Kodachrome 64. NIEZŁA JAZDA!  85 Kalifornijskie rybitwy białoczelne. Ka Zd Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T z o z obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6 z T z TC-14, na kliszy Kodachrome 64. ROZDZIAŁ 3. ROZDZIAŁ 3. Brzytwodzioby amerykańskie. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T z obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6, na kliszy Kodachrome 64. 86  NIEZŁA JAZDA! ROZDZIAŁ 3. Dlatego to właśnie orzeszki ziemne były wykorzystywane do zwabienia modrow- ronek do pułapek. Pułapki były dokład- nie takie, jakie widuje się w  kreskówkach: klatka z klapą podpartą kijkiem, do którego przywiązany był sznurek. Po pociągnięciu sznurka klapa się zamykała. Do klatki wrzu- cano orzeszki. Ponieważ modrowronki są właśnie takie, jakie są, musiały wleźć po nie do klatki. Aby trochę im to osłodzić, nieco orzeszków rozrzucano także dookoła klatki (mieliśmy w stacji olbrzymie zapasy orzesz- ków ziemnych). Pary ptaków, które nie miały wcześniej- szych doświadczeń z pułapkami, bez wahania właziły do klatki. Klapa się zamykała, a chwilę potem ptaki były już w  naszych rękach i  zostawały zaobrączkowane. Modrowronki dobierają się w pary na całe życie, lecz strata partnera nie jest niczym niezwykłym. Dla- tego zależało nam na obrączkowaniu obu ptaków w  parze. Prawdziwa zabawa zaczy- nała się dopiero, gdy chodziło o złapanie nie- zaobrączkowanego jeszcze partnera (moim czytelniczkom ten fragment się zapewne spodoba). W przypadku modrowronek mających już doświadczenie z pułapkami cała rzecz wyglądała inaczej. Gdy trzeba wykonać brudną robotę, czyli wyciągnąć orzeszek ziemny z  klatki, samiczka wysyła swego towarzysza, by tego dokonał. Ptaki wiedzą, co oznacza klatka, ale pociąg do orzeszków zwycięża. Jeśli to samiczka ma być zaobrączkowana, najpierw trzeba zła- pać samczyka. Są to jednak mądre ptaki, które uczą się na swoich błędach. Dlatego doświadczony samczyk najpierw zbiera wszystkie orzeszki leżące poza klatką. Potem obchodzi klatkę dookoła i sięga między drutami po te orzeszki, które są w zasięgu jego dzioba. I tak to trwa do czasu, aż zosta- nie już tylko jeden, ostatni orzeszek — na samym środku klatki (przymoco- wany drucikiem). Ponieważ samiczka siedzi niedaleko i wykrzykuje swoje żądania, w końcu samczyk włazi do klatki. Voilá! k b Projekt badawczy dotyczący modrowronek prowadzony na wyspie Santa Cruz. Zdjęcie zrobione Nikonem F3P z obiektywem Nikkor 35 – 200 mm f/3.5, na kliszy Kodachrome 64. k Eksperymenty z fl eszem Byłem tam zarówno studentem, jak i fotografem. Nie licząc krótkiego epi- zodu z  odłowem mufl onów, nie miałem wcześniej okazji bezpośrednio uczestniczyć w pracach biologów. Fotografowanie naukowców przy pracy, tak by zdjęcia dokumentowały ich działania, było dla mnie nowością. Wie- działem, że będę musiał często fotografować w cieniu, bo było upalnie, więc schwytane ptaki trzeba było trzymać w zacienionych miejscach. Fotografo- wanie w cieniu oznacza ciemny obiekt pierwszoplanowy i jasne tło. Jedyny środek zaradczy to fl esz wypełniający. Fotografowałem aparatem F3P z fl e- szem SB-16a działającym w systemie TTL. Było to wielki krok naprzód w tam- tych czasach, lecz nie da się tego porównać ze sprzętem dostępnym obec- nie. Teraz w każdej chwili możesz sprawdzić oświetlenie na ekranie LCD. Na dodatek musiałem odmontowywać fl esz od aparatu za każdym razem, gdy zmieniałem fi lm, inaczej przycisk do przewijania nie był dostępny. NIEZŁA JAZDA!  87 ROZDZIAŁ 3. Obrączkowanie modrowronki z Santa Cruz. Zdjęcie zrobione Nikonem F3P z obiektywem Nikkor 35 – 200 mm f/3.5, na kliszy Kodachrome 64. Flesz nie był dla mnie nowością — ani też współdziałanie fl esza z apara- tem. Jednak zapanowanie nad tym wszystkim przy fotografowaniu pracy biologów było dość kłopotliwe, zwłaszcza że poza fotografowaniem mia- łem też inne zajęcia (byłem nie tylko fotografem, lecz również pomocni- kiem). Przed wyjazdem na wyspę wykonałem trochę testów, ale nie przy- szło mi do głowy, by testować zbliżenia osób robiących coś rękami ukry- Jak już wspominałem, we wszystkich tych projektach uczestniczyłem — i nadal uczestniczę — bezpłatnie. Jestem ochotnikiem. W gruncie rzeczy to ja płacę za prawo uczestnictwa w tych zdarzeniach, udostępniając biologom odbitki moich zdjęć. Obecnie wystarczy w tym celu skopiować pliki, wtedy musiałem rzeczywiście zamawiać wywołanie drugiego kompletu przezroczy. 88  NIEZŁA JAZDA! tymi w  głębokim cieniu pod drze- wami. Więc przyszło mi eksperymen- tować na Charliem, gdy wzięliśmy się już do pracy. SB-16a to był duży, masywny fl esz bez żadnych bajerów, ale o  mocy zbliżonej do tych używanych obec- nie. Kable pozwalające połączyć go z aparatem na odległość były wtedy dostępne (rozdwoiłem kiedyś taki kabel, fotografując kolibry), ale nie przyszło mi wówczas do głowy, by zabrać taki kabel, więc wszystkie zdjęcia zostały zrobione z fl eszem na aparacie. Nie najlepsze rozwiązanie. A co udało mi się zrobić dobrze? Flesz SB-16a pracujący w systemie TTL nie pozwalał wprowadzać kompensa- cji — za każdym razem wysyłał taki sam błysk. Musiałem ograniczyć jego jasność, stosując podstawową regułę obliczeniową opartą na odległości między fl eszem a obiektem i korzystając z karty. Wszystkiego tego musiałem dokonać bez podglądu na ekranie LCD. Na szczęście moje wyliczenia okazały się słuszne, bo zdjęcia wyszły. Dostar- czyłem Charliemu dokumentację, której potrzebował, i nie zbłaźniłem się. W gruncie rzeczy wyszło nawet nieźle. Nawiązałem więc nowe znajomo- ści i podbudowałem swą reputację; jedno i drugie jest korzystne w karie- rze fotografa. Ludzie potrafi ą Oglądam dużo telewizji. Mówiąc ściślej — słucham dużo telewizji. Bieżące zdarzenia i trendy wpływają na to, co robię. Wcześnie też zorientowałem się, że to mi czasem pomaga dowiedzieć się więcej o gatunkach zwierząt, z któ- rymi chcę pracować. Oprócz tego czytam wszystko, co mi wpadnie w ręce. Wykorzystywałem moją rosnącą sieć kontaktów w departamentach rybo- ROZDZIAŁ 3. łówstwa i turystyki oraz ochrony przyrody, by otrzymywać kopie sprawoz- dań dotyczących tych gatunków (pamiętajcie, że nie było wtedy jeszcze Google’a, więc researching trzeba było wykonywać w tradycyjny sposób). Otóż w  tamtym czasie Chevron zapoczątkował kampanię reklamową pod hasłem People Do („ludzie w działaniu”). Jej tematem były liczne zagro- żone gatunki oraz działania, jakie fi rma podjęła dla ich chronienia. Póź- niej okazało się, że była to po prostu dobra kampania reklamowa — i tyle. Jednym z  zaprezentowanych gatunków był lis długouchy z  rejonu San Joaquin. Zobaczyłem go w  reklamie i  poczułem, że to zwierzątko poru- sza we mnie jakąś czułą strunę. Wspomnienie mego krótkiego spotkania z lisem z wyspy Santa Cruz i moje wewnętrzne przekonanie upewniły mnie, że chcę fotografować lisa długouchego. To był pierwszy gatunek, z którym miałem pracować na mocy własnej, świadomej decyzji. Los nie wybrał go za mnie. A może jednak tak? W tym samym czasie powstała fi rma WRP (ang. Wildlife Research Photo- graphy, czyli „przyrodnicza fotografi a badawcza”), a jej pierwszym pracow- nikiem została Sharon, moja tajna broń — wtedy i aż do dziś. Przy tym wie- czorami wciąż jeszcze pracowała na część etatu. Ten rozkład czasowy oka- Modrowronka z Santa Cruz. Zdjęcie zrobione Nikonem F3P z obiektywem Nikkor 400 mm f/5.6 z TC-14, na kliszy Kodachrome 64. NIEZŁA JAZDA!  89 Bay Zdjęcie zrobione Nikonem F4e Szczur kangurowy z Morro Bay. Zdjęcie zrobione Nikonem F4e z obiektywem Nikkor 35 – 70 mm f/2.8 z nasadką powiększającą 6T, na kliszy Fuji 100. M k zał się korzystny, bo gdy ja siedziałem w dzień w sklepie, Sharon pełniła dyżur przy telefonie w biurze (została nim nieużywana sypialnia w naszym domu), próbując zdobyć namiary na biologa pracującego z lisami długo- uchymi w  Bakersfi eld i  umówić mnie z  nim na spotkanie. Zapakowałem sprzęt do bagażnika mojego camaro, włącznie z mym ostatnim pieszczosz- kiem, nowym Nikkorem 800 mm f/5.6 IF-ED (świetny obiektyw!). Dlaczego fotografuję sprzętem Nikona? Flesz! Flesz to podstawowe narzędzie przy fotografowaniu przyrody, a rozwiązania Nikona w tym zakresie są wyjątkowo proste. A ja wyznaję zasadę: „Rób wszystko najprościej, jak się da”. George pracował dla BLM (U.S. Bureau of Land Management). Jego praca z lisami długouchymi nie była związana z poszczególnymi osobni- kami, jak w większości projektów badawczych, o jakie się dotąd otarłem, a  które bez wyjątku miały praktyczny charakter. Zajmował się monitoro- waniem gatunku jako całości w  jego siedlisku, czyli w  południowej czę- ści Doliny Kalifornijskiej. Trochę się denerwowałem, bo George był znaną i  ważną osobą w  środowisku biologów. Zaznajomił mnie z  podstawami biologicznej i politycznej historii Doliny Kalifornijskiej. Nie widzieliśmy tego dnia żadnego lisa. Zobaczyłem jednak południową część Doliny i dowie- działem się sporo o tym, jak ten obszar był niszczony, eksploatowany i prze- kształcany na przeróżne sposoby, tak że lisom długouchym przyszło wal- czyć o przetrwanie na powierzchni nie większej niż 10 pierwotnie przez nie zajmowanego obszaru. 90  NIEZŁA JAZDA! Byliśmy na terenach Departamentu Obrony (U.S. Departament of Defence) oraz Departamentu Energii (U.S. Departament of Energy), jak również na terenach wykupionych przez Chevron, Santa Fe Petroleum, Exxon i Arco. Tylko gdzieniegdzie między rurociągami i zbiornikami znaj- dował się jakiś skrawek terenu publicznego. Do tego jeszcze należy dodać tereny Narodowej Rezerwy Paliw (National Strategic Petroleum Reserve) w Elk Hills. George pokazał mi miejsca, gdzie gnieżdżą się lisy długouche, objaśnił, na co polują i jakich mają naturalnych wrogów, a w końcu znaleźli- śmy nawet lisa zabitego na drodze (powinienem go pewnie sfotografować, ale tego nie zrobiłem). Przez większość dnia George zajmował się katalo- gowaniem wykroczeń, takich jak wycieki ropy zagrażające chronionym roślinom lub siedliskom lisa długouchego. To był szary, wilgotny i ponury zimowy dzień, a to, co widziałem, nie uczyniło go ani trochę lepszym. Skończyliśmy dzień w Lost Hills. Skręciliśmy w środku pustkowia z szosy 33 i podjechaliśmy pod dwie przyczepy biurowo-magazynowe. Wysiedli- śmy z samochodu i zobaczyliśmy przed sobą parę kopców, oddalonych od siebie o jakieś 6 metrów. Musiałem chyba popatrzeć na nie ze zdziwieniem, bo George powiedział: „To jest właśnie to”. „To jest co?” — spytałem. To były właśnie schrony dla lisów długouchych, sztuczne nory, o których Chevron nakręcił reklamę w cyklu People Do. W niczym nie przypominały tego, co pamiętałem z telewizji. Potem George opowiedział mi ich historię. Robotnicy pracujący na polu naftowym ciągle widywali lisy długouche i  w końcu je polubili. Lisy miały zwyczaj chować się pod przyczepami, a robotnicy je dokarmiali, tak że w końcu prawie się oswoiły. Jeden stary dziwak postanowił zrobić więcej, więc na podstawie informacji, jakie zdo- był od jakiegoś biologa, zbudował te dwa schrony. Była to jego własna, nie- ofi cjalna inicjatywa i nie miała nic wspólnego z jakimkolwiek programem rekompensaty za szkody wyrządzane środowisku. Później fi rma została wykupiona przez Chevron. Jakiś bystry specjali- sta od marketingu usłyszał o całym zdarzeniu i tak narodziła się reklama. Tak naprawdę nory były wykorzystywane tylko przez kilka dzikich króli- ków i nikt nigdy nie widział, by jakiś lis choćby spojrzał na nie. Na potrzeby reklamy Chevron wynajął tresera, który nauczył schwytanego w niewolę lisa biec po ścieżce tak, jakby uciekał przed kojotem, miotać się w panice, gdy znalazł się w ślepym zaułku, a potem chować się w sztucznej norze. W sztucznej norze, w której nigdy nie było żadnego dzikiego lisa. ROZDZIAŁ 3. Bączek amerykański. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T z obiektywem Nikkor 400 mm f/5.6, na kliszy Kodachrome 64. NIEZŁA JAZDA!  91 NIEZŁA JAZDA!  91919191919191919191919191919199919199199919199919911 ROZDZIAŁ 3. Czy fotografowanie w zoo można uznać za rodzaj fotografii przyrodniczej? Cóż, fotografowanie zwierząt w niewoli to dla wielu osób jedyny sposób, by w ogóle je fotografować. Osobiście nie robiłbym z tego problemu, choć zoo to nie moja działka. Może to być jednak świetny poligon doświadczalny. Jeśli masz w planach, powiedzmy, fotografowanie niedźwiedzi grizzly, a nigdy wcześniej tego nie robiłeś, to postąpisz słusznie, idąc najpierw do zoo, by wypróbować obiektyw, przetestować ustawienia ekspozycji itp. Tam łatwiej to zrobić; gdy spotkasz się z niedźwiedziem oko w oko, nie będziesz mieć czasu na eksperymenty. Postaraj się wyczerpać listę wszystkich możliwych błędów, jakie możesz popełnić, zanim okazja zapuka do Twych drzwi. Biolog przy pracy z lisem długouchym na jednym z pól roponośnych w pobliżu Bakersfield. Zdjęcie zrobione Canonem EOS-1D Mark II N z obiektywem Canon EF 17 – 40 mm f/4 L USM, na cyfrowym filmie Lexara. 92  NIEZŁA JAZDA! Droga powrotna dłużyła mi się. Spotkałem się z  George’em tylko ten jeden raz, a później chyba jeszcze tylko raz się z nim kontaktowałem, lecz wiele mu zawdzięczam. Otworzył mi oczy na to, jak w Kalifornii wygląda ochrona przyrody od kuchni. To nie był idylliczny świat wyspy Santa Cruz. Uderzyło mnie, jak bardzo pokręconym społeczeństwem jesteśmy. Dość pokręconym, by niszczyć własne naturalne środowisko dla pieniędzy — to nic nowego. Ale też dość pokręconym, by tworzyć fałszywe reklamy rze- komych działań naprawczych. Czego to dowodzi? Mając pełną świado- mość tego, jak bardzo zaszkodziliśmy przyrodzie, ukrywamy to pod płasz- czykiem przyjaznego stosunku do zwierząt i dalej zarabiamy pieniądze, bo tylko one się liczą. Chevron miał później kłopoty z powodu tej reklamy i na podstawie zakulisowej ugody musiał wpłacić pewną sumę pieniędzy na jakieś szczytne cele. Jak Keebler wziął mnie w niewolę Czułem, że nie potrafi ę się z tym pogodzić. Tylko co właściwie mogłem zro- bić — ja, 28-letni, bliski ruiny fotograf z rodziną, która wkrótce miała się powiększyć? (To pytanie dalej mnie dręczy, codziennie. Nic się właściwie nie zmieniło poza tym, że dzieci są teraz w college’u). Wszystko rozbija się o wielkie korporacje, o interesy rządowe, o obojętność opinii publicznej. Więc co mogłem zrobić? Postanowiłem zacząć od znalezienia lisa długo- uchego z San Joaquin. Musiałem go zobaczyć na własne oczy i jeśli tylko się da, sfotografować. Sharon zaczęła wydzwaniać, gdzie się dało. Jednak znalezienie dzikiego lisa długouchego, który będzie siedział sobie i  czekał, aż podjadę zrobić mu zdjęcie, nie jest sprawą do załatwienia przez telefon. Jednak Sharon odkryła miejsce, gdzie były trzymane dwa takie lisy — CALM, czyli Califor- nia Living Museum (mieliśmy tam kiedyś później wystawę i podpisywali- śmy książki). Przyjmowali tam zranione lub chore zwierzęta do leczenia, a potem wypuszczali je, jeśli ich stan na to pozwalał. Jeśli nie, zostawały u nich i można je było oglądać. Sharon załatwiła nam wejście przed godzi- nami otwarcia, żebyśmy mogli spróbować sfotografować ich dwa lisy. CALM mieści się w Bakersfi eld. To była dość długa podróż, zwłaszcza dla Sharon, która była już w piątym miesiącu ciąży. Obiecano nam, że będziemy mogli wejść do pomieszczenia, w którym przebywają lisy, by robić im zdję- cia. Fotografowanie uwięzionego zwierzęcia nie pociągało mnie, nie lubię ROZDZIAŁ 3. RO Keebler, lis długouchy z San Joaquin. Zdjęcie zrobione Nikonem F3P z obiektywem Nikkor 300 mm f/2.8, na kliszy Kodachrome 64. MO OSE PETERSON GALLERY SERIES ROZDZIAŁ 3. tak pracować. Nigdy wcześniej nie fotografowałem żadnego zwierzęcia w klatce, nie miałem więc pojęcia, jak powinienem się przygotować. Poży- czyłem z pracy obiektyw 300 mm f/2.8, bo pomyślałem, że przysłona f/2.8 pomoże mi usunąć z kadru otoczenie — wszystko, co ma związek z klatką. Dojechaliśmy na miejsce, przywitaliśmy się z bardzo miłymi pracownikami tej instytucji i  zostaliśmy zaprowadzeni do klatki lisów. Znów był szary, zimowy dzień, moim zdaniem całkiem odpowiedni na zrealizowanie tego przygnębiającego zadania. Weszliśmy do pomieszczenia dla lisów. Pierwszy, którego nam poka- zano, był w  bardzo złym stanie. Jak się okazało, parę tygodni póź- niej zdechł. Spojrzał na nas wiel- kimi, ciemnymi oczami i  wydobył z siebie słaby pomruk dezaprobaty, a potem znów położył łeb na łapach i zignorował nas. Wtedy wyszedł Keebler, dorodny samiec w pełnym zimo- wym futrze. Stanął i popatrzył na nas, a my natychmiast się w nim zako- chaliśmy. Te zwierzątka, mniejsze od domowych kotów, mają najbardziej wyraziste oczy, jakie można sobie wyobrazić. Oczy, które zaglądają prosto w duszę. To było wspaniałe stworzenie i oczywiście nic nie mogło mnie już powstrzymać przed sfotografowaniem go. Wyglądał na idealnie zdrowego, w przeciwieństwie do swego towarzy- sza, spytałem więc, dlaczego nie został wypuszczony. „To ten, który zagrał w  reklamie Chevrona”— usłyszałem od pracownika CALM. „Sprowadzili tresera zwierząt z Hollywood, który w tydzień nauczył go biec po ścieżce i udawać przerażonego na sygnał”. „Jak to zrobili?” — spytałem. „Uwielbia ciasteczka Keeblera, więc dostawał je w nagrodę, gdy wykonał sztuczkę. I stąd się wzięło jego imię”. I tak cała historia zatoczyła koło. I jak tu nie wie- rzyć w  przeznaczenie? To była jedna z  tych chwil, w  których nabiera się pewności, że idzie się we właściwym kierunku. Często słyszę pytanie, jak to się stało, że zająłem się fotografowaniem przyrody. Zwykle mówię: „Tak się po prostu zdarzyło. Tak się ułożyło życie. Nie planowałem tego”. Spotykam się wtedy z niedowierzaniem. Nie umiem jednak opowiedzieć całej tej historii w  dwóch czy trzech zdaniach. Nie planowałem tego, że wzruszy mnie obejrzana reklama telewizyjna, nie mogłem przewidzieć, że spotkam biologa, który pokaże mi jej drugą, 94  NIEZŁA JAZDA! Te zwierzątka, mniejsze od domowych kotów, mają najbardziej wyraziste oczy, jakie można sobie wyobrazić. Oczy, które zaglądają prosto w duszę. To było wspaniałe stworzenie i oczywiście nic nie mogło mnie już powstrzymać przed sfotografowaniem go. ggggggggggggg ciemną stronę, ani że spotkam się z lisem, który został wytresowany do tej reklamy i w ten sposób na zawsze rozstał się ze swymi dzikimi pobratym- cami. Nie załatwiliśmy tego wszystkiego sami, nie mieliśmy wtedy potrzeb- nych do tego umiejętności ani też — bądźmy szczerzy — pieniędzy i kon- taktów. Jednak życie tak się właśnie potoczyło. A co z  Keeblerem? Cóż, sfotografowałem go. Ta klatka stanowiła naprawdę okropne tło. Stanąłem na zewnątrz i  fotografowałem z  obiek- tywem wsuniętym między druty ogrodzenia, gdy Keebler ułożył się naprzeciwko mnie. Był oddalony o  jakieś półtora metra. Popatrzył na mnie, a potem położył łeb i zaczął przysy- piać; zdążyłem w tym czasie trzy razy nacisnąć spust migawki. Jedną z  uchwyconych wtedy póz umieszczam dotąd w  niemal każdym moim pokazie slajdów — nigdy nie zapomnę Keeblera. To zdjęcie znala- zło się też na plakatach dotyczących ochrony środowiska, wykorzystano je w niezliczonych kompaniach informacyjnych, publikowano je w rządo- wych raportach i  podsumowaniach, na okładkach czasopism i  w prawie każdym artykule, jaki kiedykolwiek napisano o lisach długouchych. Keebler dawno zdechł, lecz wciąż jest najlepiej znanym reprezentantem swego gatunku i działa na rzecz jego ochrony. Jest też powodem, dla którego po dziś dzień corocznie wybieram się fotografować lisy długouche — to naj- dłużej kontynuowany projekt w moim życiu. Jak na takie małe stworzenie, udało mu się wywrzeć naprawdę spory wpływ na świat. Od 1980 roku jestem wielbicielem marki Nikona i  wciąż uwielbiam zapach nowego sprzętu. Jednak po spotkaniu z  Keeblerem zacząłem patrzeć na aparaty i  obiektywy inaczej. Wyposażenie nie ma aż takiego znaczenia — znaczenie ma to, do czego ono posłuży. Wystarczy mieć taki sprzęt, który pozwoli fotografować zagrożone wyginięciem zwierzęta i bio- logów przy pracy, nie utrudniając przy tym życia ani jednym, ani drugim. Po Jakiego ssaka lubię fotografować najbardziej? Lisa długouchego z San Juan, a na drugim miejscu — łosia. ROZDZIAŁ 3. wyznaczeniu sobie tego nowego życiowego kierunku wróciłem do mojego sklepu w  trochę lepszym nastroju. Trochę, bo mimo wszystko wciąż nie uszczęśliwiało mnie to, że muszę zarabiać na życie w sklepie, zamiast być w terenie z aparatem. Historia lisa długouchego jest zawsze obecna w mej pamięci. Gdy byłem mały, moja rodzina miała zwyczaj w  każdą sobotę pakować samochód i wyruszać na włóczęgę. Podróżowaliśmy po Kalifornii, odkrywając nowe krajobrazy. Sharon też tak wychowano, więc nic dziwnego, że razem chęt- nie kontynuowaliśmy tę tradycję. Keebler jednak zmienił nasze postrzega- nie świata. Zamiast krajobrazów zaczęliśmy widzieć habitaty, a poszukiwa- nie ciekawych rzeczy do obejrzenia zamieniło się w poszukiwanie rzeczy, których nikt nie ogląda. Jeden gatunek prowadzi do drugiego W tamtym czasie chcieliśmy poznać lepiej habitat lisa długouchego, a  raczej to, co z  niego pozostało. Zbierając informacje o  tym gatunku, natknąłem się na wiadomość, która po prostu zwaliła mnie z nóg: otóż lisy długouche żywią się zwierzętami innego zagrożonego gatunku, a mia- nowicie szczurami kangurowymi. Olbrzymi szczur kangurowy (przez biologów określany skrótem GKR, od giant kangaroo rat) jest kluczem do zachowania równowagi biologicznej w  obszarze Doliny Kalifornij- skiej. Zależy od niego przeżycie susła z gatunku antelope ground squirrel z rejonu San Joaquin (Ammospermophilus nelsoni), tęponosej jaszczurki plamistej (Gambelia sila) i kilku chronionych roślin. To był temat, z którym warto się było zapoznać bliżej. Tęponosa jaszczurka plamista (blunt-nosed leopard lizard). Zdjęcie zrobione Nikonem D2H Tęponosa jaszczurka plamista (blunt-nosed leopard lizard). Zdjęcie zrobione Nikonem D2H z obiektywem AF-S II Nikkor 600 mm f/4 z TC 14E II z obiektywem AF-S II Nikkor 600 mm f/4 z TC-14E II, na cyfrowym filmie Lexara. f f NIEZŁA JAZDA!  95 ROZDZIAŁ 3. Czy jest jakieś obuwie, które można by polecić jako najlepsze dla fotografa dzikiej przyrody? Naprawdę chciałbym, żeby istniała jedna marka, jeden typ butów dobry na wszystkie okazje. Czasem boję się, że cierpię na jakąś manię zakupów, gdy zaglądam do swojej szafy i widzę w niej buty spacerowe, lekkie buty turystyczne, ciężkie buty turystyczne, boty śniegowe LaCrosse Ice King (na temperatury do –40o), buty z długimi cholewami, gumiaki do kolan, a nawet rybackie buty sięgające do bioder. Zajmując się fotografowaniem przyrody, będziesz na nogach cały dzień, więc wygodne buty — często muszą być też wodoodporne — są naprawdę ważne. To z pewnością jest jeden z ukrytych kosztów fotografii. Sharon wykonała parę telefonów i skontaktowała się z jednym z biolo- gów pracujących w wydziale ochrony przyrody w California Departament of Fish and Game. Ron podał jej nazwisko profesora, który zajmował się szczurami kangurowymi i  doprowadził do wpisania ich na listę zagrożo- nych gatunków. Był on między innymi twórcą listy wszystkich zagrożonych ssaków w Kalifornii (herkulesowa praca!). Co więcej, profesor ten właśnie zainicjował projekt związany ze szczurami kangurowymi w miejscu, które dość dobrze znaliśmy — na Carizzo Plain. Otrzymawszy te informacje, Sha- ron znów zawisła na telefonie. Tak, i lisy długouche też tam mieszkają! W tym czasie wprowadzono parę innowacji w  branży fotografi cznej. Nikon wprowadził na rynek model N8008, aparat z wbudowanym silnicz- kiem i fl eszem TTL. Równocześnie pojawił się fl esz SB-24, poprzednik dzi- siejszego SB-900. Flesz ten umożliwiał wprowadzanie kompensacji (hurra!). ł l Suseł z podgatunku mohave ground squirrel. Zdjęcie zrobione Nikonem F5 z obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6 z TC-14, na kliszy Kodachrome 64. h 96  NIEZŁA JAZDA! ROZDZIAŁ 3. Obóz był zlokalizowany w miejscu, w którym większość ludzi nie chcia- łaby nawet przystanąć. Nagie brunatne zbocze wznosiło się do kamieni- stego grzbietu, który był częścią uskoku San Andreas. Przez 320 dni w roku nie było tu śladu wegetacji. W zimie było tu lodowato, w lecie morderczo gorąco. My jednak uznaliśmy, że jest tam wspaniale. Nie można oceniać książki po okładce, a krajobrazu przez szyby samochodu. Czy trzeba się nauczyć łaciny? Pyta mnie o to wiele osób, które chciałyby z przyrodniczej fotografii uczynić swój zawód. Sam umiem nazwać po łacinie tylko jeden gatunek: Rattus rattus. Co to jest? To szczur norweski, ten szczur zamieszkujący ścieki i śmietniki, którego często widuje się w horrorach (nigdy go nie fotografowałem). Na tej podstawie sam wydedukuj, jak istotna jest znajomość łaciny. To było ważne udoskonalenie w mojej pracy. Mniej więcej wtedy produ- cent klisz Kodachrome zmienił ich parametry, w związku z czym przerzu- ciłem się na klisze Fuji. To oznaczało nagłe zwiększenie czułości — w ASA z 80 na 125. Przy pracy z fl eszem to była zaleta. Dlaczego o tym mówię? Szczur kangurowy to nocne zwierzę, więc trzeba fotografować go z  fl e- szem. Musiałem zrobić testy. Nie mogłem wymyślić, czym w moich testo- wych zdjęciach zastąpić szczura kangurowego, więc w końcu użyłem weł- nianej skarpety wypchanej papierem. To zadziałało. Sharon udało się nawiązać telefoniczny kontakt z  Danem, kierowni- kiem projektu, o którym nam opowiedziano. Potem zadzwoniła do mnie do sklepu i połączyła nas. Dan był bardzo zadowolony, że przyjeżdżamy, dał nam wskazówki dotyczące dojazdu i objaśnił, kiedy możemy go zastać przy pracy. To było 10 dni przed planowanym terminem porodu Sharon! Jej lekarz nie był zachwycony pomysłem, lecz Sharon chciała jechać. (Od czasu tej podróży Sharon szczerze nienawidzi prymitywnych toalet „kuca- nych”; chyba zgadniecie, dlaczego.) Kiedy więc nadszedł ten dzień, spako- waliśmy się i ruszyliśmy w drogę. Dan i Sue (jego żona) mieli zostać na rów- ninie przez kilka dni, obozu- jąc. Zaprosili nas, byśmy do oooooo nich dołączyli. Jednak Sha- -- ron była w  tak zaawanso- --- wanej ciąży, że spanie na ziemi odpadało. Pojecha- liśmy więc na jeden dzień. Szczur drzewny z podmokłych h a terenów leśnych (Neotoma e fuscipes riparia). Zdjęcie zrobione m Nikonem F5 z obiektywem Micro-Nikkor 60 mm f/2.8, na kliszy Agfa 100. ROZDZIAŁ 3. ll d Dr Dan Williams przy pracy nad szczurami kangurowymi. Zdjęcie zrobione Nikonem N8008 z obiektywem Nikkor 35 – 70 mm f/2.8, na kliszy Kodachrome 64. k Większość fotografów specjalizujących się w fotografowaniu przyrody zupełnie nie stara się rozwijać swych umiejętności w zakresie portretowania ludzi. Tymczasem zdjęcia portretowe są ważną częścią opowiadanej historii. Gdy sfotografujesz obserwatora ptaków, instruktora czy biologa przy pracy i dodasz te zdjęcia do pokazu, zainteresowanie widowni będzie znacznie większe. 98  NIEZŁA JAZDA! Jak fotografować popcorn na patelni Przedstawiliśmy się sobie i chwilę potem byliśmy już na stanowisku badaw- czym. W tym projekcie była to długa linia pułapek rozstawionych w precy- zyjnie ustalonych odstępach. Nie pamiętam już teraz, dlaczego Dan spraw- dzał wtedy pułapki wczesnym rankiem, lecz to był jedyny raz, gdy mogłem z  nim pracować, ciesząc się ciepłem promieni słońca. Miałem na ramie- niu Nikona F3P z obiektywem 35 – 70 mm f/2.8, gdy zaczęliśmy wędrówkę wzdłuż sieci pułapek. To wszystko było dla mnie zupełnie nowe — w  każdym aspekcie: od lokalizacji po wykonywane czynności. Nieustannie więc zadawałem pyta- nia. Dan wspaniale wywiązywał się z obowiązków gospodarza, dostarcza- jąc mi niezliczonych objaśnień i naukowych faktów, dzieląc się ze mną swą pasją. Sue w tym czasie sprawdzała, czy Sharon ma się dobrze i czy Dan nie zapomina o robieniu tego, co akurat powinien robić ze szczurami kanguro- wymi, mimo że rozpraszałem go, jak tylko mogłem. Całkiem sporo szczurów kangurowych lub — krócej — GKR (od giant kan- garoo rat) zostało schwytanych tego ranka i poddanych „obróbce”. Te zwie- rzątka w niczym nie przypominają szczurów, które pamiętasz z horrorów, tych, które przychodzą wszystkim na myśl, gdy ktoś wypowie słowo „szczur”. Ich sposób poruszania się jest bardzo unikalny: wykorzystują swój ogon do tego, by skakać jak kangury (stąd ich nazwa). Będąc w powietrzu, potrafi ą za pomocą ogona zmienić kierunek skoku o 90º. Ich futerko jest bardzo mię- ciutkie i są niewiarygodnie miłe w dotyku. W nocy możesz wyciągnąć się na ziemi i położyć płasko na jej powierzchni dłoń wypełnioną ziarnem, a wtedy wskoczą Ci na rękę i wyjedzą wszystkie ziarenka, co do jednego. Nawet nie poczujesz ich ciężaru, tylko dotyk malutkich łapek. I do tego te wielkie oczy! Tego dnia zostaliśmy aż do zmroku, by zobaczyć jak GKR wychodzą z norek i zaczynają swe nocne życie. To była kolonia złożona z około 260 osobników rozproszonych na przestrzeni paru akrów. Zawsze też trafi a się między nimi trochę „szczurów obozowych”, które zamiast przebywać w obszarze badań, wolą eksplorować obozowisko; dostępność wszelkich rodzajów ziarna szybko je psuje. W tej sytuacji mój nowy sprzęt okazał się bardzo pomocny. Do tego czasu biologowie zajmujący się kolonią GKR próbowali foto- grafować ich nocną aktywność, trzymając latarkę między kolanami i usi- łując jednocześnie nastawić ostrość i utrzymać poruszające się zwierzątko ROZDZIAŁ 3. Szczur kangurowy. Zdjęcie zrobione Nikonem N8008 z obiektywem Micro-Nikkor 200 mm f/4, na kliszy Kodachrome 64. w snopie światła. Gdy ustawili zoom i przysłonę, mieli w najlepszym razie czas na jedno kliknięcie. Kiedy więc wyjąłem mojego N8008 z  fl eszem SB-24, naprawdę przyciągnąłem uwagę Dana. Mając do dyspozycji pod- świetlanie autofokusa, fl esz SB-24 pracujący w  systemie TTL i  wbudo- wany napęd obiektywu, trzaskałem zdjęcie za zdjęciem. Naświetliłem kli- szę w mig. Muszę przyznać, że fantastycznie się bawiłem, fotografując GKR skaczące we wszystkie strony w poszukiwaniu rozsypanych dla nich ziaren. Ruszały się zupełnie jak popcorn na patelni! To był wspaniały dzień. Zdjęcia wyszły nieźle. Zrobiłem kopie i  wysłałem do Dana. Ucieszył się bardzo. Powiedział, żebyśmy zaglądali, kiedy tylko zechcemy, i  obie- cał informować nas o  swych planowanych przedsięwzięciach. Rzeczywi- ście, spotykaliśmy się w terenie przez następne 20 lat i Dan został jednym z  mych najważniejszych mentorów, ucząc mnie tak wiele, że nie umiem wyrazić całej mej wdzięczności. Nasz syn Brent, który urodził się wkrótce po tej wycieczce, obchodził z nami na tej kamienistej równinie niejedne urodziny, towarzysząc nam przy pracy nad GKR. NIEZŁA JAZDA!  99 ROZDZIAŁ 3. Sukces i frustracja Trudno jest wyjaśnić ludziom, którzy nigdy sami tego nie robili, jak wyglą- dają badania przyrodnicze w praktyce. To zwykle jest samotna praca — dłu- gie godziny spędzane w warunkach, które mogłyby odstraszyć niejednego. Nagrodą jest zdobycie informacji, które czasem — tak było w tym przypadku — mogą uratować przed zagładą gatunek albo cały ekosystem. Miałem wielką satysfakcję, gdy okazało się, że zdjęcia wyszły rewelacyjnie i otrzyma- łem w rezultacie świetny pokaz slajdów, drugi na liście mych ulubionych, prezentujący mnie i  moją rodzinę uczestniczącą w  badaniach prowadzonych na kamienistej równinie (to zdarzyło się w  czwartym roku naszej współ- pracy z Danem). Miałem też satysfakcję, kiedy projekt okazał się tak ważny, że szef BLM (U.S. Bureau of Land Management), sekretarz departamentu spraw wewnętrznych (U.S. Departament of Inte- rior1) i gubernator stanu przybyli na miejsce badań. Spróbuj sobie wyobra- zić mnie w tym gronie — zwykłego fotografa, który znalazł się tam właści- wie przypadkiem! A potem, pewnego dnia, zobaczyłem swoje nazwisko na liście osób zaangażowanych w  federalny plan ratowania zagrożonych gatunków i dotarło do mnie, że być może moja działalność i moje zdjęcia mają jakieś znaczenie. Nawet się bardzo nie zdziwiłem, gdy okazało się, że moje pierw- sze zdjęcie opublikowane w „National Geographic” to było zdjęcie szczura kangurowego (Dan powiedział mi później, że to zdjęcie miało większy wpływ na przyszłość tego gatunku niż cokolwiek innego, co zostało w tej sprawie zrobione). W końcu pewnego dnia na kamienistej równinie odbyła się mała ceremonia i zostałem obdarowany dyplomem stwierdzającym, że jestem badaczem zasłużonym dla programu ochrony zagrożonych gatun- ków (Endangered Species Recovery Program). Byłem tak szczęśliwy, że z trudem powstrzymałem łzy wzruszenia. Wybraliśmy się na równinę tylko dlatego, że GKR to gatunek odgrywa- jący wielką rolę w życiu lisów długouchych z San Joaquin, krócej: SJKF (ang. San Joaquin kit fox). Choć na równinach znaleźliśmy wszystkie inne ogniwa łańcucha, to SJKF tam nie spotkaliśmy. Dan wypełnił wiele luk w naszej wie- dzy na ten temat, pora więc była zająć się w końcu samym lisem. A potem, pewnego dnia... dotarło do mnie, że być może moja działalność i moje zdjęcia . mają jakieś znaczenie. Sprecyzowałem wtedy do końca zadania, jakie postawiłem przed sobą jako fotograf. Z pierwszej wyprawy do siedliska GKR wróciłem z poczu- ciem niedosytu. Czemu? Użyłem najnowszej techniki i zrobiłem całkiem niezłe zdjęcia, nie robiąc przy tym żadnej krzywdy fotografowanym stwo- rzeniom. Zdałem sobie jednak sprawę, że utrwaliłem tylko drobne urywki tej historii. GKR to więcej niż ładne stworzonko siedzące przed swoją norką. Portrety nie wystarczą. Są potrzebne wydawcom, znakomicie się nadają na okładki, ale mnie to nie zadowala. Chcę sfotografować całe życie zwierzęcia, którym się zajmuję. Poczu- łem się przygnębiony. Kto, u licha, zapłaci mi za to, że będę fotografować zwierzęta, które nikogo prawie nie obchodzą, tak żebym mógł poświęcić temu moje życie? Odpo- wiedź była oczywista: nikt. Zrozumiałem, że mogę to robić tylko wtedy, gdy sam to sfi nansuję. Wtedy naprawdę dopadła mnie frustracja. Do mojego sklepu przyszedł klient, który właśnie dostał grant w wysokości 25 000 dolarów, żeby nagry- wać dźwięki fl etu na tle szumu afrykańskiej sawanny. Potrzebował aparatu, żeby sfotografować to przedsięwzięcie, i  wyszedł ze sprzętem za 23 000 dolarów. Przyszedł inny, którzy właśnie wybierał się na safari. Kupił apa- rat za 18 000, planując, że wręczy go nastolatkowi poznanemu w parafi al- nym kościele, którego zadaniem będzie fotografować wyprawę. Ale nikt nie był skłonny dać ani dolara na fotografowanie zagrożonych miejsco- wych gatunków. Odkrywanie własnego podwórka Pewnego dnia Sharon zadzwoniła do sklepu i powiedziała, że Charlie wła- śnie zatelefonował i spytał, czy nie chciałbym dołączyć do projektu zwią- zanego z  rybitwami. Zajmował się przede wszystkim miejscową popula- cją rybitwy białoczelnej, ale po części też rybitwy kalifornijskiej i coroczną migracją tych ptaków do południowej Kalifornii, gdzie gniazdowały. Praca na plaży mieściła się w naszym budżecie — to było zaledwie kilka godzin jazdy od domu i mogliśmy zatrzymać się u rodziny. Chociaż pochodziliśmy z wybrzeża, niewiele wiedzieliśmy o nadmorskim ekosystemie. Była to więc świetna okazja, by dowiedzieć się więcej o własnym „podwórku”. 1 Departament Spraw Wewnętrznych w USA zajmuje się geodezją, kształtowaniem krajobrazu, parkami narodowymi itp., podczas gdy „sprawami wewnętrznymi” rozumianymi tak, jak się je rozumie w Europie, zajmuje się Departament Bezpieczeństwa Narodowego i po części Departament Sprawiedliwości — przyp. tłum. 100  NIEZŁA JAZDA! ROZDZIAŁ 3. Brz Brzytwodziób amerykański. Zd Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T z o z obiektywem Nikkor 800 mm f/5 f/5.6, na kliszy Kodachrome 64. NIEZŁA JAZDA!  101 Kalifornijska rybitwa białoczelna z pisklęciem. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T z obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6 z TC-14, na kliszy Kodachrome 64. ROZDZIAŁ 3. Charlie umówił się z  nami na spotkanie w  Huntington Beach, na par- kingu przy zjeździe z  Pacifi c Cost Highway. Gdy Sharon powiedziała mi, gdzie mamy się stawić, byłem trochę zaskoczony — to było miejsce, do którego za młodych lat wybierałem się surfować. Chodziło o nowo zało- żony rezerwat o  nazwie Bolsa Chica, ufundowany przez port Los Ange- les jako rekompensata za dewastację części wybrzeża. Przeszliśmy przez most, przez zamykaną na klucz furtkę w  ogrodzeniu, usadowiliśmy się w tyle pikapa i pojechaliśmy na North Island. Całe to miejsce jest trochę surrealistyczne: na wschodzie widać pompy pracujące na polu naftowym, na zachodzie — ocean, a  w środku znajduje się stworzony przez czło- wieka staw o powierzchni paru akrów (wypełniony falą przypływu) z usy- panymi na nim dwoma sztucznymi wyspami. Gdy zakręciliśmy i  zbliżyli- śmy się do wysp, okazało się, że są pokryte czymś, co wygląda jak porusza- jący się śnieg. Co za przedstawienie?! Najpierw byłem zdumiony, potem na moment wpadłem w panikę. Jak to wszystko pokazać jednym pstryknię- ciem, w pojedynczym obrazie? Nagle poczułem, jak budzi się we mnie lew. Myślicie, że nie dam rady? Tylko mnie tam wpuśćcie! Poznałem biologa z urzędu Fish and Game oraz asystenta Charliego i po tych wstępnych prezentacjach powiosłowaliśmy na wyspę. Gdy wyszli- śmy na jej brzeg, rozpętało się istne piekło. Na wyspie gnieździło się pięć gatunków rybitw oraz brzytwodzioby. Wszystkie te ptaki mają zwyczaj bro- nić swych gniazd gromadnie, w sposób zorganizowany; gdy na ich tere- nie pojawia się drapieżnik, wzbijają się w powietrze i rzucają się na niego całą chmarą. Nie tylko atakują, ale i często wypróżniają się na swego wroga, a że jedzą ryby, ich odchody są wyjątkowo nieprzyjemne. Kiedy zeszliśmy 102  NIEZŁA JAZDA! Rybitwa kalifornijska. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T Rybitwa kalifornijska. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T z obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6 z TC-14, na kliszy Kodachrome 64. na brzeg, my staliśmy się drapieżnikami i  odczuliśmy na sobie cały cię- żar gniewu kolonii. Rybitwa krótkodzioba to naprawdę duży ptak. Jedna z nich wylądowała na głowie biologa, wyszedł z tego starcia zakrwawiony. Te stwory nie żartowały. Na szczęście po krótkim czasie przyzwyczaiły się do nas i przynajmniej większość z nich zostawiła nas w spokoju, co umożli- wiło nam podjęcie pracy. Tej wiosny pojechałem na wyspę jeszcze wiele razy. Robiłem zdjęcia bio- logom przy pracy, a  ponadto pozwalano mi na godzinę rozłożyć osłonę i  fotografować spod niej wspaniałe, rojne życie wyspy. To było niezwy- kłe przeżycie. Przyznam szczerze, że osłona była potrzebna bardziej dla ochrony przed ptasimi odchodami niż w  jakimkolwiek innym celu. Pod koniec sezonu naprawdę mieliśmy już dość rybiego fetoru, ciężko się go było pozbyć. Jednak to było świetne miejsce, wspaniała okazja dla foto- grafa. W  trakcie jednej z  tych sesji naświetliłem 83 rolki kliszy w  ciągu godziny — niezły wynik, jak na tamte czasy. I spory wydatek. To zdarzenie zapadło mi w pamięć z obu tych powodów. Bolsa Chica to dom dla kilku zagrożonych gatunków: należą do nich bagiennik żółtobrewy i wodnik długodzioby, a także kalifornijska odmiana rybitw białoczelnych. Gdy wróciliśmy na wybrzeże z tej pierwszej wycieczki, zadałem mnóstwo pytań na temat rezerwatu i zamieszkujących tam gatun- ków; chciałem sfotografować je wszystkie. Sharon i ja przywiązaliśmy się szybko do tego miejsca, a że było to tylko dwie godziny jazdy od domu, często tam zaglądaliśmy. Zebraliśmy imponującą kolekcję zdjęć i niemało informacji, poznaliśmy też ludzi pracujących w Bolsa i starających się zapo- biec włączeniu tego terenu w obszar kompleksu portowo-magazynowego. Po raz pierwszy wzięliśmy wtedy bezpośredni udział w walce o zachowa- nie rezerwatu, używając do tego naszych zdjęć. Jedno z mych najlepszych zdjęć z Bolsa, przedstawiające czaplę, trafi ło na plakat fi rmujący te działa- nia. Zrobiłem też pokaz slajdów na temat znaczenia tego rezerwatu oraz przygotowałem pierwszy z serii wielu odczytów na temat zachowania śro- dowiska, jakie wygłaszałem przez następne 10 lat. Charlie pracował też w  innym unikalnym rezerwacie, znajdującym się niezbyt daleko od naszego miejsca zamieszkania: Upper Newport Bay’s Back Bay. Było tam sporo wysepek, na których znajdowały się niewielkie kolonie rybitw i brzytwodziobów, ale Charlie jeździł tam z powodu aero- nauty białogardłego. W Back Bay występuje również wodnik długodzioby, ROZDZIAŁ 3. Wodnik długodzioby. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T W d k dł z obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6, na kliszy Kodachrome 64. b Zd d b k / ł Wodnik długodzioby. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T z obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6, na kliszy Kodachrome 64. NIEZŁA JAZDA!  103 ROZDZIAŁ 3. Wodnik kalifornijski. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T Wodnik kalifornijski. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T z obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6, na kliszy Kodachrome 64. 64 d h Wodnik kalifornijski. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T Wodnik kalifornijski. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T Wodn z obiektywem Nikk 800 z obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6, na kliszy Kodachrome 64. f a Charlie skontaktował mnie z biologiem, który znał się na tych ptakach, swym niegdysiejszym uczniem. Na imię miał Dick. Dick był naprawdę dobry w tym, co robił, a przy tym był bardzo bez- pośredni i nie miał zwyczaju owijać niczego w bawełnę. Spotkaliśmy się tuż przed świtem. Na początek opowiedział mi o  obecnej sytuacji wod- ników długodziobych. Gatunek został już niemal starty z  powierzchni ziemi, zostało ledwie parę ostoi, gdzie jeszcze się utrzymał. Po tym opty- mistycznym powitaniu zabrał mnie na obchód. Na ramieniu miałem apa- rat z obiektywem 800 mm. Najpierw przedzieraliśmy się przez suche kępy szałwii, potem skręciliśmy i wkrótce dotarliśmy do brzegu bagna. Z daleka usłyszeliśmy dziwny odgłos, jakby ktoś klaskał w  dłonie. Dźwięk ucichł, a potem pojawił się znów, lecz tym razem z innego zakątka bagna. „To są właśnie wodniki” — powiedział Dick. Jeszcze jeden zakręt ścieżki i  znaleźliśmy się w  miejscu, gdzie woda dochodziła bezpośrednio do brzegu drogi. Rozglądałem się
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Uchwycone obiektywem. Lekcje legendarnego fotografa dzikich zwierzat
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: