Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00224 006344 13426831 na godz. na dobę w sumie
Udręka - ebook/pdf
Udręka - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 192
Wydawca: Wydawnictwo Pi Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7836-073-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Zabójstwo jest zbrodnią najcięższą i dlatego też w przypadku morderstw policja angażuje wszelkie siły, by rozwiązać zagadkę, wytypować i ująć sprawcę. Szczególnie jeśli w grę wchodzi śmierć funkcjonariusza państwowego, a takim jest zastrzelona na klatce schodowej swego domu sędzia. Kto i dlaczego wydał wyrok na tę młodą jeszcze kobietę? Czy związane jest to z jej działalnością zawodową, czy z życiem prywatnym? Skąd na miejscu przestępstwa wziął się niewielki krzyżyk? Komisarze Antałowicz i Wituła muszą wytężyć wszystkie siły, swoje i wydziału, by dotrzeć do prawdy. A sprawa nie jest prosta i komplikuje się w zadziwiający sposób z każdym dniem...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

UDREKA Adrianna Ewa Stawska Copyright © by Adrianna Ewa Stawska Copyright for this edition © by wydawnictwopi.pl All rights reserved Wydawca: Pi, Warszawa 2012, wydawnictwopi.pl Redaktor serii: Grzegorz Godlewski Konsultant serii: Tadeusz Warec Skład i łamanie: Wojtek Puchniarz ilustracja na okładce © Garret Bautista/Fotolia.com ISBN 978-83-7836-073-5 dla tomu 19 Nr indeksu: 279951 Wszelkie podobieństwa do osób oraz zdarzeń istniejących w rzeczywistości są niezamierzone i przypadkowe. zamówienia: kontakt@wydawnictwopi.pl Przygotowaniu książki i  zbieraniu materiałów przyświecało motto: Kto jest bardziej niesprawiedliwy aniżeli ten, który został napomniany przez znaki swego Pana, a potem odwrócił się od nich? Zaprawdę, zemścimy się na grzesznikach! Koran 32:22 1. Komisarz Lonia Antałowicz wysączył z maciu- peńkiej filiżanki ostatnie krople czarnej i gęstej jak syrop kawy. Z nieskrywaną przyjemnością mlasnął językiem. Pozostając na chwilę w niezachwianym błogostanie, zmrużył oczy i oddał się rozważaniom nad obiektywnym poznaniem świata rzeczywiste- go. Weźmy choćby ulicę Wilczą, na którą miał ide- alny widok zza szyb ulubionej kawiarni. Zmiany, jakie każdego dnia obserwował, były wypadkową konfrontacji przeciwstawnych skłonności: tworze- nia przeciw trwonieniu, rozpadu wobec wzrostu, aktywacji w  kontrze do zastoju. Odrestaurowane elewacje stały obok rozsypujących się gzymsów. Rozpaczliwy uwiąd pereł architektury towarzyszył budowie nowych plomb. Świeże witryny sklepów kontrastowały z zakurzonymi wystawami zamierz- chłej przedsiębiorczości. Podczas wieloletniej - 7 - asysty Antałowicza ulica Wilcza przeobrażała się w cichym dramacie dnia codziennego. Nie bez sa- tysfakcji odnotował, że betonowo-asfaltowe skrzy- żowanie Emilii Plater z  Wilczą wpływa na niego bardziej, niż mógłby przypuszczać. Z  biernego obserwatora, za jakiego się uważał, powoli stawał się częścią wielkomiejskiego pejzażu, mężczyzną z  filiżanką w  dłoni, niezbędnym komponentem kawiarnianego entourage’u. W chwili, gdy roztrząsał w myślach porzucenie heglowskiej koncepcji idealizmu obiektywnego na rzecz materialistycznego punktu widzenia w teorii poznania świata ulicy Wilczej, rozdzwonił się tele- fon. Donośne „Te deum” zburzyło w jednej chwili misterną konstrukcję tez i  antytez, jakie Antało- wicz piętrzył w miłym sporze z samym sobą. Niespiesznie sięgnął po telefon. – Serwus, Czesiu. Co się urodziło? – spytał ospale. – Za akuszerkę nie robiłem, ale się stało – komi- sarz Czesio Wituła nie krył swego rozgoryczenia. – Jest nieboszczyk. Jest arbajt. W tym miejscu dla lepszego efektu znacząco zawiesił głos, by z wyczu- ciem artysty wielkiej sceny zakończyć: - 8 - – Bez salonowego alibi ci powiem, wyskakuj z betów i śmigaj mi tu zaraz nad Morskie Oko, Pu- ławska 43a, pierwsza klatka od ulicy. Mamy tu nie- wąski burdel na kółkach. Antałowicz czułym spojrzeniem objął resztki spóźnionego śniadania, nadgryziony tost i  nie- tknięte francuskie rogaliki, ziewnął rozdzierająco, by na koniec wysapać w telefon: – Zaraz tam będę. Podniósł się ociężale, porzucając swój ulubio- ny fotel z widokiem na ulicę. Poprosił właścicielkę o zapakowanie kanapek na wynos i bez zbędnego pośpiechu opuścił przesiąknięte zapachem kawy wnętrze „Pineski”. Zatrzymał się przed samocho- dem, uniósł szeroką twarz w stronę rozbielonego nieba. Promienie kwietniowego słońca nachalnie przesączały się przez niskie, duszne chmury. Zbli- żało się południe. Komisarz Antałowicz zawrócił przy Dolnej i  wolno jadąc Puławską przyglądał się numerom domów. Chciał przyjrzeć się sąsiedztwu miejsca zbrodni, wyczuć rytm ulicy. Zawsze hołdował za- sadzie, że w każdą czynność należy wkładać taką - 9 - ilość energii, jaka jest niezbędna do należytego jej wykonania. W  swojej pracy realizował, jak sam to nazywał „plan minimum: małymi krokami, ale zawsze do przodu”. Nawet pozornie najmniej zna- czący szczegół w sprawie o morderstwo mógł mieć kolosalne znaczenie w  ostatecznym wyjaśnieniu. Dlatego starał się rozważnie wydatkować energię na gromadzenie dziesiątek i  setek faktów, dowo- dów i  spostrzeżeń. Jednak w  sytuacjach krytycz- nych, gdy wymagał tego rozwój wypadków, uru- chamiał całe pokłady drzemiącej w  nim energii, a jego operatywność porażała współpracowników i przełożonych. Odnalazł wreszcie mikroskopijny parking za- blokowany przez policyjną furgonetkę. Ledwo uchylił drzwi samochodu, gdy dobiegł do niego głęboki baryton komisarza Wituły: – Jesteś, Królu Złoty, wreszcie. – Daruj sobie czułości – Antałowicz uśmiechnął się kwaśno. – Na czym stoimy? Czesio Wituła przez moment taksował spojrze- niem nowe niebieskie auto kolegi. Nic jednak nie rzekł. Z roztargnieniem podrapał się po łysej gło- wie. Spojrzał na Lonię i szybko zrelacjonował fakty: - 10 - – Damskie zwłoki na podeście obok windy. Za- strzelona niecałą godzinę temu. Napastnika praw- dopodobnie spłoszyła jedna z lokatorek, schodząca po schodach. Teraz fotograf robi swoje. Trzeba się zwijać, bo mieszkańcy się niecierpliwią. Blokujemy jedyne wyjście. Nie da się wyłączyć terenu zbrodni na długo. – Napad? Z bronią? – Antałowicz spytał ostroż- nie. – Cholera wie. Niczego nie można wykluczyć. – I pewnie nikt nic nie widział? Nikt nic nie sły- szał? – Lonia bardziej stwierdził, niż zapytał. – Tu cię zaskoczę. Na parterze jest tylko wej- ście do windy. Mieszkania zaczynają się od pierw- szego piętra. Z wyjątkiem pracownic zakładu pod numerem jeden, wszyscy lokatorzy są nieomal pewni, na sto procent, że słyszeli kanonadę. Nie- którzy upierają się przy dwóch strzałach, inni przy co najmniej ośmiu. Jest też facet z aparatem słuchowym, który słyszał serię z broni maszyno- wej. Średnia wieku lokatorów to osiemdziesiąt lat z  okładem. Większość mieszka tu ponad czter- dzieści lat. Myślę, że już się porozumieli telefo- nicznie i wymienili poglądy. - 11 - – Czyli to samo, co zawsze. A co z tymi spod je- dynki? Coś z nimi nie tak? – Oficjalnie to jest salon masażu. Według są- siadów raczej burdel. W środku jest właścicielka i, zdaje się, jedna pracownica. Zapewniają, że bardzo chcą nam pomóc, ale, niestety, nic nie słyszały i nic nie widziały. Tyle wiem od Zubika. Sam tam jesz- cze nie byłem. Czekam, aż zbiorą ślady. Wituła przerwał, odwracając się w stronę mło- dego policjanta. Aspirant Krzysztof Zubik podczas pracy w  terenie pełnił rolę łącznika między An- tałowiczem i  Witułą, czyli dowództwem a  resztą funkcjonariuszy. – Zapodawaj, Krzysiu – zachęcił go Wituła. – Fotograf skończył. Ślady zabezpieczone. De- natka to Mirella Bączek... – Po naszemu Mirka – wtrącił Wituła i widząc zaskoczenie na twarzy Zubika, dodał pośpiesznie: – To cytat z Franka Dolasa. No, wiesz: „Jak roz- pętałem II wojnę światową”. Z resztą nieważne. Da- waj dalej, młody. Zubik popatrzył nieprzytomnie na Witułę. Ode- rwane od tematu uwagi komisarza zawsze zbijały go z pantałyku. Potrząsnął głową, jakby chciał spę- - 12 - dzić z oczu resztki złego snu i szybko zerknął do swoich notatek. – No więc tak... – wymamrotał, szukając od- powiedniego wpisu. – Jak już mówiłem Mirella Bączek, lat trzydzieści cztery, miesiąc temu kupi- ła mieszkanie na ostatnim piętrze. Wprowadziła się w  ubiegłym tygodniu. To tyle, co się dowie- działem od administracji. Wygląda na to, że ni- czego nie skradziono. W torebce były dokumenty i portmonetka. Miała też przy sobie laptop. Aha, no i to chyba ważne, znalazłem legitymację – była sędzią. Sąd Rejonowy dla Pragi Północ Wydział Karny... Wituła przerwał mu brutalnie, chwytając za przedramię. Zaskoczenie malujące się na twarzy Wituły powoli zastępowała rodząca się furia. – Chyba ważne? Chyba? Czyście ocipieli Zubik?! – komisarz Wituła natychmiast porzucił wszelkie poufałości i przeszedł do form oficjalnych – Aspi- rancie Zubik, to jest, do kurwy nędzy, najważniej- sza informacja! – wycedził wściekle. – Zabójstwo sędziego to niewąski kanał, rozumiesz? Tego nam brakowało! Sędzia! A ja sobie długi łykend zabu- kowałem w Grecji! Żeby to szlag trafił! Dzwonię po - 13 - prokuratora, niech bierze dupę w  troki i  natych- miast tu przycwałuje! Przypadkowemu obserwatorowi mogło się zda- wać, że komisarz Czesio Wituła nie lubił swojej pracy. Nic bardziej mylnego. Czesio żył swoją ro- botą, oddychał nią, kładł się z nią wieczorem do łóżka i dla niej wstawał rano. W momencie rozpo- częcia nowego śledztwa zawsze ogarniała go chwi- lowa bezsilność. Wściekał się niczym zmordowany wysiłkiem heros, który właśnie schwytał dzika ery- mantejskiego, a już musi podołać nowemu wyzwa- niu – kolejnej stajni Augiasza. Wituła nie wiedział, co to bezczynność. Od razu przykuwał słowa w czyny. Odszedł kilka kroków, by nikt mu nie przeszkadzał i już po chwili z tele- fonem przy uchu, żywo gestykulując, perswadował coś swojemu rozmówcy. Gdy skończył, rzucił do Antałowicza: – Stary, tu nie ma miejsca na fuszerkę. Sam ro- zumiesz. Lonia pokiwał głową ze zrozumieniem i wska- zał na furgonetkę Zakładu Medycyny Sądowej: – Jest już doktor od zimnych. Trzeba brać się do roboty. - 14 - Komisarze z  ulgą przyjęli fakt, że na miejscu zbrodni zjawiła się sama doktor Joanna Świetlikow- ska. Obaj byli zgodni co do tego, że jest nie tylko doświadczonym patologiem kryminalnym, z któ- rego opinią zawsze się liczyli, ale przede wszystkim szalenie atrakcyjną kobietą. Od lat łączyła ich na tyle zażyła znajomość, że pozwalali sobie na swo- bodną konwersację, ocierającą się o  żartobliwy flirt. Lubili słowne potyczki z patolożką, uważając jednak, by nie przekroczyć kruchej granicy nad- miernego spoufalenia, gdzie nie byłoby już miejsca na pracę. Spotkali Świetlikowską przy samochodzie, gdy zdejmowała z siebie biały kombinezon ochronny. Zaróżowioną od słońca twarz okalały jasne włosy, które nie chciały się poddać żadnym fryzjerskim okowom. – Witamy oziębłą panią doktor – powiedział Antałowicz, a Wituła na znak przyjaznych zamia- rów rozciągnął usta w szczątkowym uśmiechu. – Witam przodowników dedukcji. Co to? Nie wydano jeszcze rozkazu wiosennej zmiany umun- durowania? Doktor Świetlikowska krytycznie przyglądała się policjantom ubranym we flanelowe - 15 - koszule i welwetowe marynarki. – Przegrzanie za- graża płodności. Także umysłowej. – Dzięki za troskę. Ale my nie umysłowi, my fizyczni. Uśmiech Wituły, choć to wbrew nauce, jeszcze bardziej rozciągnął się w bruzdę przecina- jącą twarz od ucha do ucha. – Znalazłaś, Joasiu, coś intrygującego? – spytał z zaciekawieniem Antałowicz. – Dwie rany postrzałowe. Otwory wlotowe na czole. Jeden tuż nad lewą brwią, drugi jakieś dwa centymetry powyżej. Odpowiednio otwory wylo- towe z tyłu głowy. Czysta robota. Niewiele krwi. – Łuski zabezpieczone – wtrącił szybko Zubik, pozostając w bezpiecznej odległości tuż za plecami Antałowicza. – Mówisz łuski – Czesio wymienił znaczące spojrzenia z Lonią. – Reszta po sekcji – ucięła krótko Świetlikow- ska, dając do zrozumienia, że właśnie zakończyła oględziny. – A wam, chłopaki, radzę nosić jakieś przewiewne wdzianka i  koszule. W  zimowych pancerzach łatwo o udar cieplny. – Dziękujemy za troskę, pokornej łaski się do- praszając – Wituła kwiknął radośnie i zaraz dodał - 16 - z powagą. – A tak w ogóle, Joasiu, cholernie zależy nam na czasie. Zamordowana facetka była sędzią. Sama wiesz, co to dla nas znaczy. – Znacie przepisy – głos patolożki brzmiał bar- dzo kategorycznie. –Wstrzymać się z  bólami do piątku. Na razie żegnam. – Padamy do nóżek, pani hrabini – Wituła nie mógł darować sobie czułego pożegnania. – Będziemy w  kontakcie – dodał pospiesznie Antałowicz i obaj skinąwszy głowami patolożce na odchodne, w pośpiechu oddalili się w stronę wej- ścia na klatkę schodową numer jeden. Zaraz za progiem otuliła ich mieszanina zapa- chów ludzkiego potu i  kwaśnej woni lauru. Ktoś z  lokatorów gotował kiszoną kapustę z  listkiem bobkowym. Na podest obok windy wiodło kilka stopni. Technicy rozstąpili się. Na posadzce z pstrokatego lastryko leżało podobne do sklepowego maneki- na szczupłe ciało młodej kobiety. Długie ciemne włosy, rozrzucone w nieładzie, otaczały lalkowatą twarz, na której zastygł wyraz absolutnego zasko- czenia. Oranżowo-fioletowy makijaż oczu, wręcz groteskowy w obliczu śmierci, pogłębiał wrażenie - 17 - nierealności tej sceny. Dwa niewielkie otwory na gładkim czole stanowiły jedyny dowód tragicz- nych zdarzeń. Antałowicz dał znak czekającym już technikom. Pochylili się nad ciałem i bez większego wysiłku, jednym płynnym ruchem, podnieśli zwłoki i umie- ścili na noszach. Wtedy coś błysnęło we włosach kobiety. Lonia gestem ręki wstrzymał zamknięcie worka, włożył rękawiczkę i  delikatnie rozgarnął pasma. Tuż za uchem o włosy zaczepiła się jakaś błyskotka. Komisarz ujął drobiazg w  dwa palce i uniósł do góry. W świetle słonecznych promieni ukazał się niewielki srebrny krucyfiks zawieszony na krótkim łańcuszku. Ogniwa łańcuszka rozdzie- lały czerwone paciorki. Ostatnie kółeczko było brutalnie rozgięte. – Jej? – spytał Wituła. – Może tak, a może nie. Zbadamy – Antałowicz powąchał ostrożnie krucyfiks i umieścił go w fo- liowej torebce usłużnie podsuniętej przez Zubika. Ukląkł obok ciała i zbliżył nos do szyi zamor- dowanej kobiety. Kilka razy pociągnął nosem. Usatysfakcjonowany wynikami oględzin dał znać technikom, że mogą zabierać ciało. - 18 - – Może sami się przyjrzymy najbliższym świad- kom zdarzenia? – zaproponował Lonia i  wszedł na schody wiodące na piętro. Czesio podążył za nim. Na pierwszym piętrze były tylko dwa mieszka- nia. Wituła bez słowa wskazał drzwi po lewej i na- cisnął dzwonek. Antałowicz zatrzymał się przed szklanym okiem staroświeckiego „judasza”. Zapu- kał do drzwi oznaczonych numerem dwa. Otwo- rzyła mu malutka, nieco przygarbiona postać. Staruszka miała na sobie jasnoróżowy żakiet i pa- sującą do niego plisowaną spódnicę w  delikatny kwiatowy deseń. Białe jak mleko, skręcone w locz- ki włosy otaczały świetlistą aureolą pomarszczoną twarz. – Komisarz Leon Antałowicz, Komenda Sto- łeczna – krótko się przedstawił. – Leokadia Dębińska – ledwie uchwytne drże- nie głosu czyniło lokatorkę mieszkania numer dwa jeszcze bardziej kruchą i nierealną. Przytom- ne spojrzenie wyblakłych oczu szybko zlustrowa- ło potężną sylwetkę Loni. Twarz przybrała wyraz aprobaty i życzliwego zainteresowania. – Pani zawiadomiła policję? – spytał komisarz. - 19 - Starsza pani przytaknęła skwapliwie. – Czy może- my chwilę porozmawiać? Odsunęła się i szerokim gestem zaprosiła go do wnętrza. Weszli do wygodnie urządzonego pokoju. Dębińska usiadła na jednym z dwóch foteli, wska- zując komisarzowi krzesło naprzeciw siebie. Drugi fotel okupował wielki łaciaty kot. – To pani znalazła zwłoki – zaczął Lonia. – To musiało być straszne przeżycie. Wykazała się pani niezwykłą odwagą. Figlarny uśmiech przez chwilę rozjaśnił zwięd- niętą twarz. – Młody człowieku, w moim wieku odwaga nie ma znaczenia. Dzień w tę, dzień we w tę. To już nieistotne. Mam osiemdziesiąt dziewięć lat i wciąż jestem samowystarczalna – stwierdziła z  dumą w  głosie. – Może swoją sprawność zawdzięczam temu, że nigdy nie korzystam z  windy. Zawsze chodzę po schodach. Żałuję tylko, że nie wyszłam z  mieszkania chwilę wcześniej. Może uratowała- bym życie tej biedaczce. Lonia z  szacunkiem pokiwał głową. Nie lubił pospieszać swoich rozmówców. Jednak czasem niezbędna była odrobina dyscypliny. - 20 - – Co właściwie pani widziała? – spytał. – Niestety, nie za wiele. Miałam już wychodzić, gdy zatrzymała mnie Pusia, moja kotka – wyja- śniła, dla porządku wskazując zwiniętego w kłę- bek kota. – Wróciłam, by nalać jej świeżej wody. Potem otworzyłam drzwi na klatkę schodową i usłyszałam huk. Osłupiałam. Zaraz nastąpił ko- lejny huk. Potem coś na dole jakby upadło. Trza- snęły drzwi i to wszystko. Ocknęłam się. Zeszłam szybko na półpiętro. Kątem oka obaczyłam tę kobietę. Leżała na posadzce. Twarz zakrywały jej rozsypane włosy. Dębińska ukryła twarz w dłoniach, jakby dosię- gły ją przykre wspomnienia. – I? – spytał ostrożnie komisarz. – Czym prędzej wyjrzałam przez okno, to na półpiętrze. Pomyślałam, że jeśli trzasnęły drzwi wejściowe, to pewnie ktoś szybko wyszedł na ze- wnątrz. – Dlaczego tak pani pomyślała? – To oczywiste. Ktoś ją zabił. Nie podejrzewam, żeby ta biedaczka sama wypaliła do siebie. Raczej nie popełnia się samobójstwa pod cudzą windą na obcej klatce schodowej. - 21 -
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Udręka
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: