Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00273 004717 14273108 na godz. na dobę w sumie
Urodzona władczyni - ebook/pdf
Urodzona władczyni - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 153
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8380-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Rafik Al Kamil, następca tronu w pustynnym królestwie, dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory. Bardziej niż o siebie martwi się o swój kraj, gdzie miałby wkrótce przejąć władzę. Musi do tej roli przygotować młodszego brata, który nie jest tak odpowiedzialny i stanowczy, jak powinien być król. Postanawia znaleźć mu żonę, która pomogłaby mu udźwignąć wszystkie obowiązki. Gdy przypadkiem poznaje Angielkę Gariellę Barton – kobietę lojalną, przedsiębiorczą i pełną fantazji – uznaje, że jest ona idealną kandydatką. Niestety za bardzo podoba się ona jemu samemu...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Kim Lawrence Urodzona władczyni Tłumaczyła Halina Kilińska Tytuł oryginału: Desert Prince, Blackmailed Bride Pierwsze wydanie: Harlequin Presents, 2009 Redaktor serii: Marzena Cieśla Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla Korekta: Krystyna Cholewa ã 2009 by Kim Lawrence ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Światowe Z˙ycie są zastrzez˙one. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8380-7 ŚWIATOWE Z˙YCIE – 341 ROZDZIAŁ PIERWSZY Rafik Al Kamil włoz˙ył koszulę i nie zapinając guzików, okrakiem usiadł na krześle. Był bardzo wzburzony, wręcz kipiał, ale tak dobrze panował nad sobą, z˙e siedzący naprzeciw niego szpakowaty męz˙- czyzna nic nie dostrzegł. Rafik miał ochotę rzucić się na lekarza i wydusić z niego odwołanie tego, co przed momentem powiedział. Francuski specjalista na pewno skłamał! Rafik zacisnął pięści, aby nie ulec irracjonalnej pokusie, i siedział nieporuszony jak głaz. Po pierwsze, dlatego z˙e lekarz był od niego o dwadzieścia lat starszy, a po drugie, nieufność była nieuzasadniona. Intuicyjnie czuł, z˙e wysoko ceniony specjalista zawsze mówi prawdę. Doktor Pierre Henri w zwięzłych słowach podał diagnozę. Powiedział gorzką prawdę, czyli to, czego pacjenci woleliby nie słyszeć. Rafik nie mógł uwierzyć, z˙e nie poz˙yje choćby tak długo jak jego ojciec, a co gorsza, nawet nie będzie obchodził najbliz˙szych, trzydziestych trzecich urodzin. Gdy wielki szum w uszach nieco osłabł, spośród tysiąca kłębiących się myśli wyłoniła się najwaz˙niej- sza: nie wolno się poddać. Łatwo powiedzieć, trudniej się do tego zastosować. 6 KIM LAWRENCE Lecz lata surowej dyscypliny nie poszły na marne, pomogły i teraz, więc Rafika z wolna ogarnął względ- ny spokój. Doktor Henri wstał i poprawił marynarkę. Jako specjalista o światowej sławie nie potrzebował białego kitla, aby dodawać sobie powagi. Podszedł do aparatu rentgenowskiego i powoli wkładając zdjęcie do koper- ty, przygotowywał to, co musi powiedzieć. Podawanie chorym niepomyślnej diagnozy nalez˙ało do jego obo- wiązków, ale bardzo tego nie lubił. Rzadko brakowało mu słów. Zwykle potrafił w miarę oględnie przygoto- wać pacjentów na to, co usłyszą. Wiedział, z˙e waz˙ne są nie tylko same słowa, ale i sposób, w jaki się je przekazuje. Wyrok nalez˙y podać tak, aby człowiek nie czuł się nieodwołalnie skazany. Bardzo istotne jest podkreślanie choćby minimalnych szans, jakie daje zalecana terapia. Pacjenci powinni wierzyć, z˙e mają szansę długo z˙yć mimo choroby. Skazaniec zawsze chce mieć nadzieję. Ludzie chorzy bardzo się róz˙nią. Doświadczeni lekarze mają coraz większą intuicję, dzięki której podają przykrą diagnozę w sposób dostosowany do psychiki danego pacjenta. Zawsze jednak zdarzają się wyjątki, a obecny pacjent niewątpliwie był wy- jątkowy. Doktor Henri usiadł naprzeciw chorego i ponownie zrobiło mu się gorąco pod wpływem jego badawczego wzroku. Rzadko dręczyła go niepewność, lecz gdy patrzył na następcę tronu Zantary, miał wraz˙enie, z˙e role się odwróciły i zamiast być lekarzem, jest pacjentem. URODZONA WŁADCZYNI 7 Królewicz przed chwilą usłyszał straszny wyrok, ale całkowicie nad sobą panował. Francuz pomyślał, z˙e nie warto się starać zrozumieć Rafika Al Kamila, który jest niezwykły pod wieloma względami. Nie wynikało to z jego pozycji ani majątku, chociaz˙ nawet dla francuskiego specjalisty, którego moz˙ni tego świa- ta prosili o konsultacje, majątek rodu panującego w Zantarze był niewyobraz˙alny. Doktor Henri widywał przeróz˙ne reakcje pacjen- tów: szok, gniew, niedowierzanie. A tutaj pierwszy raz spotkał człowieka, który zachował się obojętnie, w ogóle nie zareagował na to, co usłyszał. Był w nie lada kłopocie. Bardzo trudno okazać współczucie pa- cjentowi, który wygląda, jakby nie potrzebował z˙adnej pociechy. Często wystarczy mocny uścisk dłoni lub serdeczne poklepanie po ramieniu, lecz w tym wypad- ku podobne gesty zapewne zostałyby odebrane jako brak szacunku. A być moz˙e, wobec następcy tronu byłyby przestępstwem. – Panie doktorze, coś mi się zdaje, z˙e będę zmuszo- ny pociągnąć pana za język – rzekł Rafik. Zakłopotany lekarz poczerwieniał. Przemknęła mu myśl, z˙e królewicz wreszcie ujawnił jakąś emocję, chociaz˙ jest nią tylko niecierpliwość. Opanowanie tego chorego było imponujące. To nie przejaw obojęt- ności wobec losu, lecz... Doktor Henri pokręcił głową, bo zabrakło mu wła- ściwego słowa. Po namyśle uznał, z˙e takie zachowanie jest nienaturalne. On sam czuł więcej gniewu i go- ryczy, niz˙ Rafik Al Kamil okazał. Ilekroć musiał oznajmić pacjentowi, z˙e jest nieuleczalnie chory, miał 8 KIM LAWRENCE wraz˙enie sromotnej poraz˙ki. Tym razem szczególnie, poniewaz˙ Rafik był młodym męz˙czyzną, powinien być pełen sił i radości z˙ycia. Jego bliska śmierć będzie tragiczną stratą. Czy moz˙liwe, z˙e królewicz zachowuje się obojętnie, poniewaz˙ nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji? A zatem trzeba dokładniej wytłumaczyć zagroz˙enie. Doktor poprawił okulary i popatrzył na następcę tronu. – Wasza Wysokość, czy wystarczająco jasno po- wiedziałem, jaka to choroba? – zapytał cicho. – Tak, chociaz˙ medyczna terminologia przekracza moje moz˙liwości zrozumienia. Lekarz nie uwierzył. Od razu na początku wizyty uderzyła go wyjątkowa inteligencja królewicza, mąd- ry wyraz czarnych oczu. Zresztą nawet gdyby tego nie zauwaz˙ył, zadawane przez Rafika Al Kamila pytania świadczyły o duz˙ej wiedzy i jasności umysłu. – Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę. – Rafik w duchu błagał lekarza, aby powiedział, z˙e zaszło nieporozumienie. – Mam bardzo rzadką chorobę, która na dodatek jest juz˙ w zaawansowanym stadium i dlate- go nie ma nadziei na wyleczenie. Czy dobrze zro- zumiałem? – Lekko zmarszczył brwi. – Jest jeszcze coś, co powinienem wiedzieć? Doktor Henri chrząknął raz i drugi. – Zadaje pan sobie pytanie: dlaczego ja, prawda? Rafik wstał i wsunął koszulę w spodnie. Zastana- wiał się, co odpowiedzieć. Miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu, szerokie ramiona, długie nogi, wysportowaną sylwetkę. Wyróz˙niałby się wśród innych męz˙czyzn, URODZONA WŁADCZYNI 9 nawet gdyby nie miał klasycznych rysów, jakie uwiecz- nili staroz˙ytni greccy rzeźbiarze. – A dlaczego nie ja? – zapytał spokojnie. Dlaczego właśnie on miałby być wyjątkiem, który nie podlega kaprysom okrutnego losu? Zwykli śmier- telnicy musieli znosić gorsze ciosy. On nie był zwyk- łym śmiertelnikiem, lecz wybrańcem i miał szczegól- ne zadanie do spełnienia. Zapewne kaz˙dy człowiek zajmujący wysoką pozycję potrzebuje duz˙o czasu, aby zdziałać coś dobrego. On miał cel, którego realizacja wymagała lat, a czuł, z˙e czas ucieka jak piasek przesie- wany przez palce. – Bardzo... hm... rozsądne podejście... dobra filo- zofia – pochwalił lekarz. – Ile z˙ycia mi zostało? Rzekomo informacja jest potęgą; nawet taka, bez której człowiek byłby szczęśliwszy. Doktor Henri odwrócił wzrok. – Trudno precyzyjnie określić... Nie moz˙na do- kładnie powiedzieć... Czyli prognoza jest zła, pomyślał Rafik. – Proszę powiedzieć mi w przybliz˙eniu – rzekł stanowczym tonem. – Moz˙e się pan udać do innego specjalisty. Po usłyszeniu diagnozy, której nie chcą przyjąć do wiadomości, chorzy często szukają innych konsultan- tów. Szczególnie ci, których stać na przywiezienie prywatnym odrzutowcem lekarza az˙ z Paryz˙a. – Pan jest najlepszym specjalistą w swojej dziedzi- nie, prawda? Rafik pomyślał, z˙e powinien czuć... Co właściwie? 10 KIM LAWRENCE Nie wiedział co, ale na pewno coś więcej. Gdy usłyszał wyrok i zdał sobie sprawę, co to znaczy, na moment dosłownie zamarł. A teraz czuł zniecierpliwienie. – Ile czasu mi zostało? – powtórzył. – Trudno ocenić. Moz˙e sześć... Rafik wiedział, z˙e stawia znanego specjalistę w nie- zręcznej sytuacji, ale mu nie współczuł. Ogarniała go coraz większa irytacja. Sześć dni, tygodni czy miesię- cy? Tak czy owak, to za mało, nie starczy czasu, aby odpowiednio przygotować młodszego brata do przeję- cia wszystkich obowiązków. – Ma pan mniej więcej pół roku – oznajmił lekarz. Dumny królewicz nie pokazał po sobie, jakim cio- sem jest ten wyrok śmierci. – Choroba róz˙nie postępuje u róz˙nych ludzi – do- dał lekarz. – A jez˙eli zdecyduje się pan na leczenie paliatywne, na terapię, o której wspomniałem... – Takie leczenie zakłóca pracę mózgu, niszczy pamięć, prawda? Doktor Henri potakująco skinął głową. – Tak, ale zamiast kilku miesięcy... Moz˙na prze- dłuz˙yć z˙ycie do roku. Rafik niecierpliwie machnął ręką. – Terapia z takimi skutkami ubocznymi nie wcho- dzi w rachubę. – Mógłbym co tydzień przeprowadzać analizy. – To nie ma sensu. – Bardzo mi przykro. Słowa współczucia sprawiły, z˙e na pięknej twarzy odmalowała się pogarda dla losu. Rafik prędko się opanował i rozciągnął usta w bladym uśmiechu. URODZONA WŁADCZYNI 11 – Dziękuję i z˙egnam. Gdy wyszedł na korytarz, maska opadła, emocje doszły do głosu w gwałtownym wybuchu. Zaklął, uderzył pięścią w ścianę, zamknął oczy, ale nadal widział litość na twarzy Francuza. Zniesie wszystko oprócz litości. Wzdrygnął się na myśl, z˙e odtąd wszys- cy będą się nad nim uz˙alać. Jego arystokratyczne rysy zastygły w wyrazie deter- minacji i dumy. Nie dopuści, aby się nad nim litowano. Westchnął jeden raz, głęboko. Nie ulegnie panice, nie da się zastraszyć, nikomu nie pozwoli się rozczulać. Umrze tak, jak dotychczas z˙ył: sam będzie do końca dyktował warunki. Przed śmiercią trzeba jeszcze duz˙o zdziałać. Wy- prostował się i zdecydowanym krokiem wyszedł na świez˙e powietrze. Pół godziny później zorientował się, z˙e jest w stajni, lecz nie pamiętał, jak się tam znalazł. Podszedł wierny sługa, który dawno temu po raz pierw- szy wsadził go na konia. Hassan ukłonił się z szacun- kiem, ale bez uniz˙oności. – Wasza Wysokość... Rafik lekko się uśmiechnął. – Osiodłać konia? – zapytał stajenny. – Tak. Rafik poklepał klacz stojącą w najbliz˙szym boksie. Pomyślał, z˙e dotychczas konne przejaz˙dz˙ki były naj- bardziej oz˙ywczą przyjemnością i na razie jest pełen z˙ycia. Zawsze w trudnych momentach, w chwilach duz˙ego napięcia jechał na pustynię. Widok odwiecznie tego samego krajobrazu rozjaśniał mu umysł, przy- wracał równowagę ducha. 12 KIM LAWRENCE Hassan osiodłał czarnego ogiera. – Od samego rana jest nerwowy – ostrzegł. – Przy- da mu się trochę ruchu. Jakby na potwierdzenie ogier stanął dęba i w powiet- rzu bił kopytami. – Waszej Wysokości przejaz˙dz˙ka tez˙ dobrze zrobi – dodał stajenny, bacznie się przyglądając ulubionemu królewiczowi. Pamiętał Rafika, gdy był dzieckiem, a potem peł- nym energii młodzieńcem. Obecnie to dojrzały męz˙- czyzna, stanowczy, uparty, który umie współczuć in- nym, ale nigdy sobie. Następca tronu uosabiał wszyst- kie przymioty, jakie powinny cechować władców. Hassan chwilami widział w Rafiku chłopca, który przed laty przybiegał do stajni, i tęsknił za tamtym dzieckiem. Według niego kaz˙dy człowiek powinien mieć takie miejsce, w którym czuje się bezpieczny. Było mu przykro, z˙e dla królewicza takim miejscem są stajnie. – Chyba masz rację. Dziękuję ci. – Rafik uśmiech- nął się ciepło. – Idę się przebrać. – Zawsze do usług. Gabby uprzejmie się przedstawiła. Musiała to zro- bić, poniewaz˙ zatrzymało ją dwóch wysokich broda- tych męz˙czyzn w czarnych szatach. Zawsze była uprzejma wobec duz˙ych męz˙czyzn w czerni. Ci dwaj trzymali ręce na wysadzanych klejnotami bułatach. Miała nadzieję, z˙e starodawna broń słuz˙y im jedynie jako ozdoba. Była optymistką, lecz ostatnie dwa dni mocno URODZONA WŁADCZYNI 13 nadweręz˙yły jej wrodzoną pogodę ducha. Nie potrafiła ocenić, czy męz˙czyźni o kamiennych twarzach zro- zumieli, co powiedziała, więc na wszelki wypadek powtórzyła. Tym razem przedstawiając się, wolno cedziła słowa. – Jestem umówiona – skłamała gładko. – Obiecano mi posłuchanie u króla. Męz˙czyźni patrzyli na nią w milczeniu, a wyz˙szy omiótł jej sylwetkę taksującym spojrzeniem. Gabby nie umiała maskować uczuć, więc bała się, z˙e na twarzy ma wypisaną desperację. Za późno poz˙ałowała, z˙e nie wystroiła się stosownie do okazji; gdyby była elegancką damą, brodacze potraktowaliby ją mniej sceptycznie. – Po drodze przytrafił mi się drobny wypadek – wyjaśniła. – Dlatego jestem ubrudzona. Przygładziła potargane włosy, których z˙adnej fry- zjerce nie udawało się ułoz˙yć w porządną fryzurę. Starszy Arab odezwał się, lecz nie do niej. Męz˙czyźni rozmawiali po arabsku. Młodszy rzucił cudzoziemce groźne spojrzenie, z szacunkiem skłonił się swemu towarzyszowi i zniknął za bocznymi drzwiami. Gabby uśmiechnęła się promiennie, co zwykle wy- woływało poz˙ądaną reakcję, ale męz˙czyzna w czarnej szacie zdawał się nieczuły na czar zębów jak perły i dołeczków w policzkach. – Lubią mnie dzieci i zwierzęta – dodała Gabby bez związku. Nadal brak reakcji. Uznała, z˙e ten ponury osobnik ma za zadanie chro- nić królewską rodzinę przed kontaktem ze zwykłymi 14 KIM LAWRENCE ludźmi i dlatego jest jak głaz. Czy król Zafir kiedykol- wiek opuszcza swą wiez˙ę z kości słoniowej? Z drugiej strony bardzo prawdopodobne, z˙e ponurak wie, kim ona jest i tak właśnie traktuje krewnych czy znajomych skazańców. Urzędnik w ambasadzie twierdził, z˙e jest po stronie jej brata, ale jednak uwaz˙ał, z˙e Paul zawinił. Gabby wygłosiła krytykę sądownictwa w kraju, który nazwała piaskownicą. Uprzejmy urzędnik zirytował się. – Panno Barton! Po pierwsze, pani brata złapano z narkotykami, czyli na gorącym uczynku. A po dru- gie, Zantara nie jest piaskownicą. Wprawdzie mamy piaszczyste pustynie, ale góry na wschodzie... – Za- uwaz˙ył pusty wzrok Gabby, więc przerwał lekcję geografii i zmienił temat. – Przyjez˙dz˙ający do Zantary wiedzą, jaki jest nasz stosunek do narkomanów i hand- larzy narkotykami. Zalecenia naszego rządu dla obco- krajowców... Gabby to nie interesowało, więc bezceremonialnie mu przerwała. Wyjaśniła, z˙e nie przyjechała studio- wać rządowych zaleceń dla kogokolwiek, ale wyciąg- nąć brata z więzienia. Obiecała, z˙e zabierze go do domu i sama wymierzy mu odpowiednio surową karę. – Mój brat nie handluje narkotykami. Paul jest naiwny – przyznała niechętnie. – Bardzo głupi. Tylko imbecyl zgadza się przenieść podejrzaną zabawkę, bo nieznajoma dziewczyna wygląda bezrad- nie i uśmiecha się do niego. Gabby była pewna, z˙e nikt nie uwierzył w zeznania Paula, poniewaz˙ tutaj nikt go nie zna. Ładne kobiety od lat go wykorzystywały, a on URODZONA WŁADCZYNI 15 mimo to zachował dziecięcą ufność i wiarę w dobroć i uczciwość ludzi... szczególnie ładnych dziewcząt. Ostatnia dziewczyna prawdopodobnie zniknęła bez śladu, a łatwowierny Paul długo posiedzi za kratkami o chlebie i wodzie, jez˙eli jego siostra nie dokona cudu. Nie zanosiło się na cud. Gabby wystraszyła się, z˙e ulegnie czarnej rozpaczy, więc aby temu zapobiec, głęboko odetchnęła i znowu promiennie się uśmiechnęła. Ze względu na ukochane- go brata musi zachować pogodę ducha. Na razie udało jej się zajść dalej, niz˙ przepowiedział pesymista w am- basadzie. Urzędnik wykpił rozwiązanie, które przedstawiła. Radził, aby zrezygnowała z szalonego planu i wymyś- liła coś bardziej realistycznego. Cierpliwie tłumaczył, z˙e nie wejdzie na pałacowy dziedziniec, a nawet jeśli jakimś cudem minie bramę, nie zostanie dopuszczona przed oblicze monarchy. Takiego zaszczytu nie do- stąpił nawet zwierzchnik urzędnika, brytyjski arysto- krata, który przebywał w Zantarze od ponad roku. Gabby zapytała, czy on ma lepszy pomysł, a wtedy zaczął opowiadać o taktownym zachowaniu i dyp- lomacji. Poz˙egnała go, nie wysłuchawszy do końca. Postanowiła dostać się do pałacu za wszelką cenę, lecz nie przewidziała, z˙e cena okaz˙e się bolesna. Juz˙ miała kilka sińców, a co będzie dalej? Niewaz˙ne. Liczyło się to, z˙e znalazła się za pilnie strzez˙oną bramą. W egzotycznym, ropą płynącym kraju najwaz˙niej- szą osobą był król Zafir, więc Gabby postanowiła dotrzeć przed oblicze monarchy i przedstawić sprawę Paula.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Urodzona władczyni
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: