Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00330 005423 13078318 na godz. na dobę w sumie
Urodzony zwycięzca - ebook/pdf
Urodzony zwycięzca - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 316
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876021 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Anglia, XII wiek Rodziny Flambardów i de Montfordów przyjaźniły się i popierały od lat, jeszcze zanim przybyły z Normandii do Anglii. Dały się jednak uwikłać w walkę o tron królewski i to je poróżniło. Wojna, którą toczył król Stefan z Blois, zaważyła również na szczęściu Dominie i Armanda: zaręczyny zostały zerwane. Armand, który po bitwie pod Lincoln znalazł schronienie w zakonie, nie przypuszczał, że jeszcze spotka Dominie. Marzył o niej, lecz czyn, jakiego się dopuścił, na zawsze przekreślił jego szanse. Zresztą, przygotowywał się do zakonnego życia. A jednak Dominie postanowiła go odszukać…

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

® 3 8 0 9 3 3 S K E D N I T A V 0 M Y T W Ł Z 9 9 0 1 A N E C 7 0 / 3 0 5 R N , ISSN 1641-5787 9 771641 578029 Deborah Hale Urodzony zwycięzca 03-RH-2.indd 1 03-RH-2.indd 1 1/18/07 12:19:21 PM 1/18/07 12:19:21 PM dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Deborah Hale Urodzony zwyci´zca Tłumaczyła Małgorzata Hesko-Kołodzińska Drogie Czytelniczki! W tym miesiącu znowu proponujemy Wam powieści znakomitych autorek romansów historycznych: Deborah Hale i Mary Brendan. Każda z nich potra(cid:21) odtworzyć klimat i charakter epoki, o której pisze; powołać do życia barwne, wyraziste postacie, zbudować ciekawą intrygę. Urodzony zwycięzca to Armand Flambard. Wojenne przeżycia, a także obciążająca jego sumienie tajemnica, sprawiają, że ten waleczny rycerz szuka spokoju ducha w zakonie. Postanawia, że już nigdy nie weźmie do ręki miecza. Okazuje się jednak, że los mu na to nie pozwoli. Dama i uwodziciel zostają wplątani w intrygę, która powinna zakończyć się ich małżeństwem. Czy jednak dwoje tak różnych i obciążonych rozlicznymi doświadczeniami ludzi dojdzie do porozumienia? Nad Elizabeth wisi odium skandalu sprzed lat, Ross jest znany z awanturniczego stylu życia... Harlequin. Każda chwila może być niezwykła. Czekamy na listy Nasz adres: Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21 Deborah Hale Urodzony zwyci´zca Toronto • Nowy Jork • Londyn Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg Madryt • Mediolan • Paryż Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa Tytuł oryginału: , e Last Champion Pierwsze wydanie: Harlequin Historical, 2004 Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska Opracowanie redakcyjne: Maria Dutkowska Korekta: Zo(cid:21) a Firek © 2004 by Deborah M. Hale © for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są (cid:21) kcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak (cid:21) rmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa Printed in Spain by Litogra(cid:21) a Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-2880-8 Indeks 339083 ROMANS HISTORYCZNY – 184 Rozdział pierwszy Norfolk, Anglia, 1143 Armand Flambard żyje. Na tę myśl Dominie zadrżała. W oddali, wśród pól, nie- opodal lasu, majaczyły mury opactwa Breckland. Armand nie zginął? Czy to możliwe? Dominie de Montford zadawała sobie to pytanie setki razy, odkąd trzy dni wcześniej wyruszyła w tę ryzykowną, okrężną podróż z Harwood. A może ojciec Clement zwyczajnie się pomy- lił? Może mu się przywidziało, że kiedy towarzyszył jej mat- ce w pielgrzymce do świętej studni w Breckland, dostrzegł w klasztorze Armanda? Dominie nie mogła sobie pozwolić na tak długą nieobecność w majątku rodzinnym i pogoń za mrzonką. A jednak… Jeśli była to prawda, jeśli rzeczywiście odnalazłaby Ar- manda Flambarda tutaj, w Breckland, mogłoby to oznaczać, że zimą jej rodzina i wasale nie będą skazani na głodówkę. Teraz tylko ona odpowiadała za tych ludzi, niegdyś jednak Þ 6 þ odpowiedzialność ta spoczywała na Armandzie. Zanim jesz- cze porzucił ich… i ją również. Szelest w wysokiej trawie sprawił, że Dominie zapomniała o goryczy wywołanej tymi myślami i błyskawicznie skryła się w niewielkim zagajniku leszczyny i brzeziny. Serce waliło jej jak młotem, zaczęła się obawiać, że braciszkowie w Breckland usłyszą ten łomot podczas modlitw. Kiedy niewielka pardwa oderwała się od ziemi, Domi- nie odetchnęła z ulgą. Po trzech dniach ukradkowej podró- ży przez wiejskie tereny miała nerwy napięte do granic możli- wości. Do tego była bardzo, ale to bardzo głodna. Lekki wietrzyk od strony opactwa przyniósł aromat pie- czonego mięsiwa. Ślinka napłynęła Dominie do ust, zabur- czało jej w brzuchu. Poszperała w sakwie przy pasie i wyciąg- nęła z niej czerstwą piętkę chleba. Żując ją powoli, starała się nie myśleć o głodzie, który zapewne czekał zimą wszystkich w Harwood i Wakeland, jeśli nie zdołają odpędzić Wilka od swych drzwi. Eudo St. Maur. Wilk z Fenlands. Panie, niech Armand tu będzie, błagała w duchu Dominie, choć wiedziała, że Bóg zapewne nie wysłucha jej rozpaczliwych próśb. Może, jak oświadczył pewien bezbożny wieśniak, Bóg i jego aniołowie zasnęli. Gdyby czuwali, z pewnością nie dopuś- ciliby do tego, żeby światem wstrząsały takie niegodziwości. Rozległ się dzwon na wieży w kaplicy opactwa, wzywający mnichów do pracy. Wkrótce brama klasztorna się otworzyła i wyległa z niej gromadka braciszków zakonnych w ciemnych habitach. Każdy z nich niósł motykę, łopatę albo jakieś inne narzędzie. Þ 7 þ Choć Dominie nadal była głodna jak wilk, schowała reszt- ki chleba do sakwy. Krok po kroku, powoli, zbliżała się wśród drzew do grupy mnichów. Uważnie patrzyła na każdego mężczyznę, aż w końcu jej wzrok zatrzymał się na ostatnim z nich. Miał on mocną sylwetkę Armanda Flambarda, szedł żwawym krokiem. Dominie zauważyła, że brak mu tonsury, co oznaczało, że najwyraźniej jeszcze nie złożył ślubów wieczystych. Może jednak Bóg przebudził się na moment ze swego snu i wysłuchał jej błagań. Mężczyźni bez słowa rozproszyli się po poletkach i zago- nach ogrodu, by tam zabrać się do pracy. Wysoki mnich zmie- rzał w kierunku Dominie. Kiedy dotarł na skraj ogrodu, wy- ciągnął sierpak i zabrał się do przycinania żywopłotu. Wciąż znajdował się bardzo daleko, pochylał głowę i Dominie nie miała pojęcia, czy to rzeczywiście Armand. Do dzieła, na co czekasz, skarciła się w duchu. Nie wolno ci tracić czasu. A jednak z jakiegoś powodu zwlekała. Zapewne przyczyną była obawa, że jej ostatnia nadzieja okaże się płon- na, jak tyle razy poprzednio. W końcu Dominie zebrała się na odwagę, wyszła z kryjów- ki wśród drzew i ruszyła ku żywopłotowi. Braciszek zakonny nawet nie podniósł głowy. W końcu stanęła tuż przy nim. – Armand Flambard? – zapytała skrzekliwym głosem. Nie otwierała ust od trzech dni, a ostatni raz piła wodę kilka go- dzin wcześniej. Teraz mężczyzna gwałtownie uniósł głowę. – Nie znajdziesz tu nikogo o tym nazwisku, młodzieńcze. Młodzieńcze? To słowo zdumiało Dominie jeszcze bardziej Þ 8 þ niż kłamstwo Armanda. Teraz, kiedy popatrzył na nią i prze- mówił, nie miała najmniejszych wątpliwości, że to on. Naturalnie nieco się zmienił od ich ostatniego spotkania. Miał bardziej smagłą twarz, zniknęła gdzieś młodzieńcza pulch ność, zastąpiona dojrzałą męskością. Jego ramiona były szerokie jak zawsze, ciało szczupłe i twarde niczym skała. Dłonie Armanda wydawały się większe i silniejsze, niż zapamiętała Dominie, a jednak palce porusza- ły się z tą samą gracją, z którą niegdyś wydobywały muzykę z lutni i… głębokie westchnienia z piersi pewnej młodziut- kiej niewiasty. Dominie odpędziła do siebie te wspomnienia i pomyślała o tym, jak w tej chwili wygląda. Nic dziwnego, że Armand na- zwał ją młodzieńcem. Ściągnęła frygijską czapkę z głowy, a ciasno spleciony kasz- tanowy warkocz opadł jej na ramiona. – Spójrz na mnie ponownie i zobacz, czy to nie przywoła wspomnień… bracie – zażądała stanowczym głosem. Gdy byli młodsi, też czasem nazywała go bratem, jednak wyłącznie w żartach. Chociaż Armand został wychowany w Wakeland, razem z de Montfordami, nigdy nie żywiła siostrzanych uczuć wobec młodego Flambarda. Teraz rów- nież nie. Kiedy ponownie na nią popatrzył, zmusiła się do uśmie- chu. Nie mogła mu przebaczyć tego, co zrobił, ale mieszkań- cy Harwood i Wakeland bardzo go potrzebowali. Postanowiła zrobić wszystko, co w jej mocy, by wrócił. – Dominie? – Sierpak wyśliznął się z jego dłoni i upadł na ziemię. – Jak mnie znalazłaś? Dlaczego się tutaj zjawiłaś? Þ 9 þ A zatem ją rozpoznał. Dominie na próżno usiłowała ukryć radość z tego powodu. – Nie tak dawno temu ojciec Clement przybył do opactwa z pielgrzymką. Twierdził stanowczo, że cię rozpoznał, posta- nowiłam zatem przekonać się, czy to prawda. Słyszeliśmy po- głoski o twojej śmierci, Armandzie. – W głosie Dominie mi- mowolnie zabrzmiała karcąca nuta. – Powiedziano nam, że zginąłeś podczas bitwy o Lincoln, jak mój ojciec i Denys. Tak bardzo go opłakiwała! Przez to czuła się nielojalna wo- bec ojca i brata, którzy również ponieśli śmierć w tej strasz- liwej bitwie. Przystojną twarz Armanda przeszył grymas, taki sam, jaki zawsze pojawiał się na jego obliczu, gdy podczas ćwiczebnej walki na miecze ten urodzony wojownik otrzymywał szcze- gólnie silny markowany cios. Dominie natychmiast się domyśliła, co oznacza ta mina. – Nie słyszałeś, że zginęli? – zapytała z niedowierzaniem. – Słyszałem. – Armand obejrzał się przez ramię na resztę braci. Byli zbyt daleko, pochłonięci pracą, by zwrócić uwagę na niego i Dominie. – Ja także zginąłem pod Lincoln. – Po- chylił się i podniósł sierpak. – Przynajmniej częściowo. Co miał na myśli? Czyżby odniósł jaką poważną ranę, która nie była widoczna, ale przez którą stracił możliwość walki? Dominie przeszył dreszcz. Potem przypomniała sobie, że przecież nie oczekuje, by Armand stanął do samotnej walki z siłami St. Maura. Potrzebne jej były jego umiejętności tak- tyczne i przywódcze, chociaż nie pogardziłaby dodatkową pa- rą rąk do walki. Þ 10 þ – Moim zdaniem, wyglądasz całkiem zdrowo. – Przynaj- mniej jak na jej potrzeby. Armand wzruszył ramionami i powrócił do przycinania krzewów. Może nadeszła pora na wyłuszczenie prośby. – Szukałam cię, gdyż potrzebuję twojej pomocy, Armandzie. Zesztywniał. – Proszę, nie nazywaj mnie już tym imieniem. Teraz jestem bratem Peterem… A właściwie wkrótce nim zostanę. Z całą pewnością nie, jeśli ona miała cokolwiek do powie- dzenia w tej sprawie! – Nazywaj się, jak chcesz, tylko mi pomóż. – W jej głosie zabrzmiało błaganie, ale jednocześnie i rozkaz. – Król robi, co może, ale jest już za późno, poza tym czyni zbyt mało. Na- sze poważne zmartwienie to Eudo St. Maur. Słyszałeś może, co ten parszywiec wyczynia, odkąd król Stefan nierozsądnie puścił go wolno? – Przebywam w klasztorze, nie w krypcie – odparł z prze- kąsem Armand. – Naturalnie, że o nim słyszałem. Niektórzy z naszych braci to uchodźcy ze świętych opactw na wchodzie, z klasztorów splądrowanych przez St. Maura. Gniew w jego głosie pokrzepił Dominie. Święci braciszko- wie nie przemawiali takim tonem. W przeciwieństwie do wojowników. – A zatem wiesz bez wątpienia, że ogołocił wiele kilome- trów ziemi wokół swojego obozowiska w Fenlands. Armand znieruchomiał. – Harwood? Dominie pokiwała głową. Þ 11 þ – Pod koniec zimy ludzie St. Maura zaatakowali jedną z na- szych, leżących na uboczu, posiadłości. Dzierżawca i jego ro- dzina ledwie uszli z życiem. – Niech piekło pochłonie tego szubrawca! – wymamrotał Armand przez zaciśnięte zęby. – Może i tak się stanie. Pewnego dnia – zauważyła Domi- nie. St. Maur został ekskomunikowany za brutalne traktowa- nie duchowieństwa. – Do tego czasu jednak to my musimy bronić niewinnych przed jego siepaczami. Z pewnością zrozumiał jej prośbę, jednak nic nie mówił. Zajął się przycinaniem gałązek. Dominie spróbowała ponownie. – Kiedy dzierżawca uciekał z rodziną, St. Maur zapowiedział, że wróci, gdy w Harwood i Wakeland zgromadzimy zbiory. Nie możemy na to pozwolić, nasi ludzie będą głodowali. Armand wyprostował się i popatrzył na nią niebieskimi oczami. Modląc się w duchu, Dominie zamrugała powiekami, by powstrzymać łzy. Być może odbyła tę niebezpieczną podróż nie na darmo. Może jednak Armand Flambard pomoże im się bronić w walce z Wilkiem z Fenlands. Wierzyła, że w takim wypadku z pewnością zwyciężą. W końcu Armand przemówił. – Będę się modlił o ocalenie Wakeland i Harwood. – Pokrę- cił głową, z żalem, lecz stanowczo. – Nic poza tym nie mogę dla was uczynić. – Modlił?! – zawołała Dominie, nie zważając na to, że za- pewne lada chwila zwróci na siebie uwagę pozostałych be- nedyktynów. Najchętniej wyrwałaby sierpak z rąk Armanda Þ 12 þ i stuknęła go nim w głowę. – Nie potrzeba mi twoich modłów, Armandzie Flambardzie, tylko twojego miecza! Wściekłość nie wygląda ładnie na niewieścim obliczu. W ostatnich pięciu latach Armand wielokrotnie wyobrażał sobie Dominie de Montford. W jego marzeniach na jej twarzy zawsze malowała się anielska niewinność. Gdy Dominie prze- mawiała, z jej ust wydobywał się słodki, łagodny szept. Teraz stała przed nim ubrana w męskie szaty, z furią w oczach i nienawiścią w głosie. A on pożądał jej tak bardzo, że aż odebrało mu mowę. Pięć lat temu, gdy musiał iść za głosem honoru, niechęt- nie zostawił młodą dziewczynę. Obecnie stała przed nim kobieta. I to jaka! Jej włosy miały barwę żyznej ziemi. W oczach migotały złociste ogniki. Gdyby oceniać rysy jej twarzy z osobna, nie uznano by je za piękne – Dominie miała wysokie kości po- liczkowe, mocną szczękę, szerokie brwi i pełne usta. Razem jednak tworzyły zapierającą dech całość. – Czyżby jakieś kłopoty? – W pobliżu rozległ się głęboki głos brata Ranulfa, szafarza klasztornego. Armand znowu mi- mowolnie pomyślał o tym, że z tego braciszka byłby znakomi- ty porządkowy. – Ależ skąd. – Armand rzucił Dominie ostrzegawcze spo- jrzenie. Poprzedni opat konsekwentnie nie pozwalał Armandowi na złożenie ślubów, twierdząc, że młody wojownik nie porzu- cił do końca dawnego życia. Nowy opat wydawał się bardziej Þ 13 þ przychylny, zapewne wkrótce dałby się przekonać… Jeśli tyl- ko Dominie tego nie zepsuje. Armand odwrócił się i spojrzał na szafarza. – Bracie Ranul(cid:21) e, to lady Dominie de Montford, moja przy- brana siostra z Wakeland. Przybyła do Breckland… Zawahał się, niepewny, co powiedzieć. Oszukiwanie bra- ta zakonnego nie tylko było ujmą na honorze, ale i grzechem. Wyznanie prawdy jednak mogłoby wywołać wiele pytań, na które Armand nie był w stanie odpowiedzieć. – Przybyłam do Breckland z pielgrzymką, bracie Ranul(cid:21) e – oświadczyła Dominie niewinnym tonem. – By odwiedzić wa- szą świętą studnię. – Uśmiechnęła się do szafarza właśnie tak, jak uśmiechała się w marzeniach Armanda. Brat Ranulf nie był wyjątkiem i szybko uległ urokowi Do- minie. – Całą drogę z Wakeland przebyłaś samotnie, pani? Dziec- ko, toż to niebezpieczna podróż! Cóż ci dolega, pani? Ton jego głosu wskazywał na to, że Dominie nie wygląda na cierpiącą. Armand zgodził się w duchu z Ranulfem. Jak na jego gust, młoda dama prezentowała się aż za dobrze – Ostre bóle, bracie, w tej okolicy. – Dominie położyła dło- nie na brzuchu. Jej twarz wykrzywił grymas. Armand do- szedł do wniosku, że powiedziała prawdę. – Trapią mnie już od dłuższego czasu. Mam nadzieję, że Najświętsza Panienka zechce mi pomóc. W przeciwnym wypadku… Czyżby Dominie umierała? Armand poczuł przeszywają- cy ból w sercu. To prawda, że nie miał z nią kontaktu w ostat- nich pięciu latach, ale nie znaczyło to, że o niej zapomniał. Jednakże modlił się żarliwie o to, by nigdy się już nie spotka- Þ 14 þ li. Dlaczego zatem tak zasmuciła go perspektywa jej odejścia z tego świata? Uderzyła go jeszcze jedna myśl. Jaką szlachetną osobą okazała się Dominie, skoro przybyła tu błagać go o pomoc w imieniu swoich wasali, i ani razu nie wspomniała o oso- bistych powodach, które mogły ją przywieść do opactwa. Armand nienawidził się w tej chwili za pożądanie, które go ogarnęło. Może jednak stary opat miał rację, odmawiając mu możliwości złożenia ślubów wieczystych. Brat Ranulf pokręcił głową. – Będę się modlił, byś ozdrowiała, dziecko. Obejdź żywo- płot, a ja zaprowadzę cię do brata Alwyna, on znajdzie ci od- powiednią kwaterę. – Dziękuję. – Dominie zakaszlała lekko. – Czy wielką śmia- łością byłoby prosić Armanda… eee, brata Petera, o wskaza- nie drogi? W dzieciństwie był mi równie drogi jak prawdziwy brat. Znalezienie go tutaj, całkiem niespodziewane, to niemal akt łaski. Słodycz na jej twarzy poruszyłaby nawet kamień. Armand odczuł olbrzymią ulgę, gdy uświadomił sobie, że Dominie nie zamierza robić mu problemów u przełożonych. Jej słowa jed- nak go zasmuciły, gdyż nieco mijała się z prawdą. Przecież nie natra(cid:21) ła na niego w Breckland przypadkiem, zaledwie przed chwilą oświadczyła, że przybyła tu celowo, by go odszukać. Brat Ranulf jednak ani trochę nie powątpiewał w szczerość dziewczyny. – Niech Bóg cię błogosławi, moje dziecko. Jak sobie ży- czysz. – Jego tubalny głos nigdy chyba nie brzmiał tak łagod- nie. – Skinął głową na Armanda. – Bracie Peterze, odprowadź Þ 15 þ tę młodą damę do brata Alwyna. On dopilnuje, by zamiesz- kała w przyzwoitych warunkach. Armand skinął głową. Widząc Dominie po tylu latach, nie miał ochoty tak szybko się z nią rozstawać – nawet jeśli poru- szyła od dawna uśpione w nim uczucia. Odsunął gałęzie, żeby mogła przejść. Gdy żwawo ruszyła przed siebie, Armand z trudem oderwał wzrok od jej smukłych, pięknych nóg, obciśniętych pończochami z zielonej wełny. W tej samej chwili zorientował się, że i tak wpatruje się w jej sylwetkę, której nie zdołało zamaskować workowate ubranie. Kiedy ta niewinna dziewczyna zdołała się przeistoczyć w tak bardzo kobiecą kusicielkę? To nie jej wina, pomyślał. Nie musiała nic robić, to on miał grzeszne myśli, i to w stosunku do chorej! Zastanawiał się nawet, czy nie zadać sobie cierpienia za te pomysły, ale przypomniało mu się, że nowy opat nie pochwa- la takich praktyk. Wyprostował się i ruszył żwawo ku opactwu. Dominie usi- łowała dotrzymać mu kroku. Zmusił się, by zwolnić. Nie od- wracając się, zapytał: – Dlaczego mi nie powiedziałaś, że coś ci dolega? – Bo to bez znaczenia. Armand otworzył bramę, prowadzącą na teren opactwa. – Dla mnie to ma znaczenie. – Czyżby? – Zerknęła na niego i natychmiast odwróciła wzrok. Przeszła tak blisko, że Armand poczuł zapach lasu, którym przesiąknął jej strój. Zakręciło mu się w głowie. Zamknął bra- mę gwałtowniej, niż zamierzał. Þ 16 þ Bez ostrzeżenia Dominie obróciła się na pięcie i spojrzała Armandowi w twarz. Zatrzymał się w ostatniej chwili, mało brakowało, a by na nią wpadł. – Czy jest tu jakieś miejsce, w którym moglibyśmy poroz- mawiać bez świadków, zanim zaprowadzisz mnie do brata Al- wyna? – zapytała Choć Armand wiedział, że powinien odmówić, rozejrzał się ukradkowo po podwórzu. Nie widział żadnego z zakon- ników ani nowicjuszy. O tej porze ci, którzy nie pracowali na polach, tkwili w skryptorium, w szpitalu albo tam, gdzie aku- rat tego dnia mieli zajęcia. Armand zerknął na Dominie. Stała tak blisko, że mógłby przysiąc, iż czuje ciepło jej ciała. Żadna niewiasta nie powin- na znajdować się tak blisko mężczyzny, chyba że miał on do niej prawo… albo ona do niego. Uniósł rękę i wskazał na budynek klasztorny. – Tam możemy porozmawiać – powiedział – ale tylko przez krótką chwilę. – Nie potrzeba mi długiej. – Dominie z aprobatą pokiwała głową. – Nie mamy czasu do stracenia. Odwróciła się i ruszyła przed siebie wąskim przejściem, prowadzącym do sypialni braci zakonnych. – Co ty robisz w opactwie, Flambard? – spytała. – Kiedy by- liśmy młodsi, nigdy nawet nie wspomniałeś o tym, że nosisz się z zamiarem wstąpienia do klasztoru. Naturalnie, że o tym nie wspomniał. Wtedy nic takiego nie przychodziło mu do głowy. Odkąd pamiętał, wolał władać mieczem, niż tonąć w modlitwach. – Byłem jedynym synem. – Miał cichą nadzieję, że Domi- Þ 17 þ nie zrozumie to wyjaśnienie. – Miałem inne obowiązki: zie- mie Flambardów, troska o naszych ludzi. Nie chciał, żeby zabrzmiało to tak obcesowo, jednak nie- spodziewana wizyta Dominie zakłóciła jego kruchą równo- wagę. – Nadal jesteś coś winien tej ziemi i tym ludziom – przypo- mniała mu karcącym tonem. – Nie. – Armand wyciągnął przed siebie rękę. – Teraz wszystko należy do twojej rodziny. W końcu moje ziemie przeszły na jej własność, niejako w podzięce za to, że twój oj- ciec złamał przysięgę. Mimo tylu lat w klasztorze znów zadrżał na myśl o tej nie- sprawiedliwości. Nigdy by nie przypuszczał, że najbliżsi mu ludzie są zdolni do kradzieży. – Jak śmiesz tu przybywać, kiedy twoi ludzie są w niebez- pieczeństwie, i żądać mojej pomocy, powoływać się na moje poczucie obowiązku? – wysyczał. – Złamanie przysięgi? – Dominie zacisnęła pięści, a w jej oczach pojawił się niebezpieczny błysk. – Ty arogancie! Mój ojciec, Panie świeć nad jego duszą, bardziej dbał o swoich wa- sali niż o jakaś głupią przysięgę, do której zmusił go stary król. Wiedział, że ci prości pracowici ludzie potrzebują zdolnego pana, który się o nich zatroszczy. Cesarzowa Maud mogła się obyć bez niego na tej wojnie. Armand poczuł się tak, jakby znowu musiał spierać się ze starym Baldwinem de Montfordem. Przybrany ojciec Armanda, choć godny podziwu pod wie- loma względami, twardo stąpał po ziemi. Najbardziej intere- sowały go własne sprawy, szczytne ideały pozostawiał innym. Þ 18 þ Armand doskonale pamiętał kłótnie, jakie toczyli, gdy przyszło opowiedzieć się za jednym z pretendentów do an- gielskiej korony. – Jeśli twój ojciec nie zamierzał dotrzymywać danego słowa, nie powinien był go składać! – zagrzmiał teraz. – Przysięga lojalności to nie coś, co wiąże danego człowieka na tak długo, jak długo mu to odpowiada. Gdyby szlachta dotrzymywała przysiąg, Anglia nie byłaby teraz pokonanym krajem, w któ- rym króluje bezprawie. Przez chwilę wydawało się, że Dominie rzuci się na niego z pięściami. Jednak zamknęła tylko oczy i odetchnęła głęboko. Jej smukłe ciało zadrżało, jak gdyby walczyła z własną złością. A może drżała z innego powodu? Przecież była chora, cierpiała! Jak mógł o tym zapomnieć i wylewać dawne żale, o których w ogóle nie powinien pa- miętać? – Dominie! – Wyciągnął rękę. Ku jego zdumieniu, wcale się nie odsunęła. Przytulił ją niezręcznie. – Wybacz mi. Powi- nienem trzymać język za zębami i nie złościć cię, skoro nie- domagasz. – Niedomagam? – Szeroko otworzyła oczy. Tak dobrze się czuł, ponownie trzymając ją w ramionach. Doskonale wiedział, że było to niewłaściwe. Usiłował przeko- nać samego siebie, że to całkowicie niewinny gest, wynikający jedynie ze współczucia. – Te bóle… Twój brzuch…. – Ach, o to ci chodzi. – Pociągnęła nosem. – Nie ma się czym przejmować. Porządny posiłek powinien zdziałać cuda. – Co takiego? – Ręce Armanda opadły. Þ 19 þ Dominie uniosła dłoń i radośnie klepnęła go w ramię. – Jestem głodna, ciołku! – oznajmiła radośnie. Armand zrobił krok do tyłu. – Powiedziałaś bratu Ranulfowi, że cierpisz na bóle – za- uważył. – Bo cierpię. Wcale nie skłamałam. Sam spróbuj podróżo- wać przez trzy dni z małym bochnem chleba i zobaczymy, czy pod koniec nie rozboli cię brzuch. – Twierdziłaś też, że szukasz uzdrowienia przy świętej stud- ni. – Ta zdradliwa istota nie mogła być jego słodką, cnotliwą Dominie, nawet jeśli wyglądała tak samo. – Brat Ranulf uwie- rzył, że jesteś śmiertelnie chora. Ja też uwierzyłem, skoro już o tym mowa. Jak możesz tak kłamać zakonnikom? Dominie pokręciła głową i posłała mu pełne pogardy spo- jrzenie. – Prawda byłaby jeszcze gorsza, Flambard. Muszę z tobą porozmawiać na osobności, chciałam to zrobić jak najszyb- ciej. Co zaś się tyczy Euda St. Maura… W tej samej chwili Armand usłyszał głosy w wirydarzu. – Chodź. – W pośpiechu chwycił Dominie za ramię. – Je- śli nie przybyłaś do Breckland w poszukiwaniu ozdrowienia, lecz po to, by mnie gnębić, musisz natychmiast odejść, gdyż ja nie mogę ci pomóc. Z braku praktyki nie był już tak szybki jak niegdyś. Domi- nie zdołała wsunąć łydkę między jego nogi, a następnie oprzeć się na nim całym ciężarem. Zanim Armand zdążył zareago- wać, uświadomił sobie, że przyszpiliła go do jednej z kolumn i mocno przycisnęła dłoń do jego ust, żeby go uciszyć. W mig zdołałby się pozbyć męskiego przeciwnika, ale Þ 20 þ w walce z Dominie poczuł się pokonany przez własne cia- ło. Z dawna tłumione żądze trzymały go przy tej kolumnie z większą siłą niż ta smukła dziewczyna. – Posłuchaj mnie! – wysyczała. – Jeśli o mnie chodzi, naj- chętniej opuściłabym to opactwo i uważała cię za trupa, jak jeszcze kilka dni temu. Poczuł się tak, jakby brzuch rozorało mu żelazne ostrze. – Jednak ludzie z Harwood i Wakeland potrzebują obrońcy, jeśli mają przetrwać. Zasady moralne nie zaspokoją ich głodu zimą ani nie uchronią przed torturami St. Maura. Zrobię dla nich, co należy, choćby budziło to mój najgłębszy niesmak. Je- śli pojedziesz ze mną i pomożesz mi pozbyć się St. Maura, do- pilnuję, by ziemie Flambardów powróciły do ciebie. Zakonnikowi powinna wystarczyć szata na grzbiecie, inne doczesne dobra nie były mu potrzebne. Propozycja Dominie sprawiła jednak, że Armand poczuł od dawna ukryte prag- nienie. Od dzieciństwa wpajano mu, że kiedyś odziedziczy te ziemie. Wbrew temu, co sądziła Dominie, nie oddał ich bez walki. Strząsnął jej dłoń z ust. – Jak zamierzasz to zrobić? – spytał. W jaki sposób mogła mu zwrócić coś, co przywłaszczył so- bie król? Dłoń, którą oderwał od ust, dotykała teraz łagodnie jego policzka. W głosie Dominie pojawiła się pieszczota. – Wyjdę za ciebie, oczywiście. Ta ziemia to teraz mój posag. Kroki i głosy były coraz bliżej. Armand odniósł wra- żenie, że rozpoznaje piskliwy tenor ojca Gerarda, swojego spowiednika. Þ 21 þ Usiłował się wyrwać. Jak jednak miał tego dokonać, skoro każdy ruch sprawiał mu nieznośnie słodki ból? Kiedy chciał odepchnąć Dominie, niechcący dotknął jednej z jej pełnych piersi. Przerażony, uświadomił sobie, że nie ma najmniejszych szans w starciu z jej kobiecością. – A to co takiego?! – zakrzyknął ojciec Gerard. Armand z całych sił po raz ostatni spróbował się uwolnić, jednak drobna dłoń objęła go za szyję, a usta Dominie roz- chyliły się kusząco do pocałunku, który ostatecznie przypie- czętował jego klęskę. – Bracie, cóż to ma znaczyć? – Tym razem nie był to głos ojca Gerarda. Armand zdołał wreszcie oderwać dłoń od piersi Dominie i odepchnąć ją od siebie. Gdy zerknął na nią przelotnie, ujrzał w jej oczach szyderczy triumf. – Wszystko wyjaśnię, ojcze przełożony! – Skłonił się męż- czyźnie, który stał obok brata Gerarda. – Doprawdy? – Wzrok opata Abbota Wilfrida wędrował od Armanda do Dominie. – Wobec tego najlepiej będzie, jeśli za- czniesz od zaraz, mój synu. Rozdział drugi Dominie oparła się o kolumnę i słuchała, jak Armand usi- łuje wytłumaczyć, dlaczego całował młodą kobietę i doty- kał jej piersi. Do tego owa młoda kobieta przebrana była za chłopca. – Ojcze przełożony, bracie przeorze, to lady Dominie de Montford. – Rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie. – Rodzina de Montfordów mnie wychowała, ja i lady Dominie byliśmy za- ręczeni od dzieciństwa. Niższy i starszy z zakonników pokiwał głową, jakby fak- ty te były mu dobrze znane. Zmierzył Dominie spojrzeniem, które wydawało się jednocześnie chytre i pełne współczucia. Choć przypominała sobie raz za razem, że nie miała wyj- ścia i musiała za wszelką cenę przekonać Armanda do powro- tu, nie mogła wyzbyć się wstydu. Opat nie zwracał na dziewczynę najmniejszej uwagi. – I co z tymi zaręczynami? – zażądał wyjaśnień. – To samo, co w wielu innych wypadkach, ojcze, przyszła wojna o tron. Ojciec lady Dominie stanął po stronie króla Stefana, ja po stronie cesarzowej. Moje mienie skon(cid:21) skowa- Þ 23 þ no. Nie mógłbym utrzymać żony, nawet gdyby ojciec zezwolił jej na ślub z wrogiem rodziny. – Coś podobnego! – Dominie z pogardą wydęła wargi. Ar- mand Flambard odwrócił się do niej plecami, podobnie jak do jej rodziny i swoich ludzi. Jak śmiał udawać, że w ogóle brał pod uwagę jej uczucia? Nawet gdyby miało to ocalić jej ludzi przed Eudem St. Maurem, czy zdołałaby poślubić takiego człowieka? Człowie- ka, któremu w ogóle na niej nie zależało? Rodzić mu dzieci, dzielić z nim łoże? A jednak jego dotyk ją rozpalił, choć powtarzała sobie, że to nic nie znaczy. Opat popatrzył surowo na Armanda. – Doskonale, ale nie wyjaśnia to, jak ta dama tutaj tra(cid:21) ła ani co razem robiliście. Kiedy Armand usiłował mu to wytłumaczyć, opat uniósł rękę, by go uciszyć. Rozejrzał się wokół siebie, po czym wyj- rzał na dziedziniec. Najwyraźniej usatysfakcjonowany tym, że nie ma świad- ków, przemówił złowieszczym szeptem: – Nie pozwolę, by opactwo Breckland okryło się hańbą po tym incydencie, niezależnie od jego przyczyny. Świątobliwi bracia z Citeaux i tak sprawiają nam sporo kłopotów, oskarża- jąc nasz zakon o rozprzężenie moralne i zepsucie. – Popatrzył na Armanda i Dominie. – Chodźmy do mnie, tam porozma- wiamy o tym na osobności. Przeor się cofnął, by przepuścić Dominie. Gdy obejrzała się przez ramię, dostrzegła, że starszy mnich idzie tuż za nią i przed Armandem. Þ 24 þ Drepcząc za opatem, Dominie rozmyślała o jego słowach. Obudziły w niej współczucie, a także iskierkę nadziei. Podob- nie jak ona, opat wiedział, co znaczy bronić czegoś, co zostało mu powierzone. Gdyby odpowiednio go poprowadziła, mógł- by zostać jej sprzymierzeńcem. Postanowiła nie mieć żadnych skrupułów, jeśli tylko mogło to pomóc jej sprawie. Komnata opata nie była zbyt wystawna jak na tak duże i świet- nie prosperujące opactwo. Znajdowało się tu niewielkie paleni- sko i okno wychodzące na wirydarz. Pomieszczenie umeblo- wano jedynie niskim stoliczkiem i trzema krzesłami, z których jedno było znacznie większe i bardziej ozdobne od reszty. Jedynym przejawem ekstrawagancji były dwa pięknie wyszy- wane gobeliny, wiszące na ścianie naprzeciwko okna. Najwyraź- niej przedstawiały one sceny z życia angielskich świętych. Opat ruszył ku najbardziej okazałemu z krzeseł i usado- wił się na nim. Przeor wystawił głowę za drzwi, by sprawdzić, czy któryś z braciszków lub klasztornych sług nie znajduje się w zasięgu wzroku ani słuchu. Najwyraźniej usatysfakcjonowa- ny, starannie zamknął drzwi i usiadł u boku opata. Obaj przez chwilę w milczeniu wpatrywali się w Arman- da i Dominie. Nagle świadoma, jak się prezentuje w oczach duchownych, Dominie szczelniej otuliła się peleryną. W końcu opat skinął głową do Armanda. – Podejdź, bracie. Opowiedz nam całą historię. – Co jeszcze pragniesz wiedzieć, ojcze? Lepiej, pomyślała dziewczyna. Wcześniej obawiała się, że Armand wyjawi każdy szczegół, by ulżyć swojemu sumieniu. Zachwiała się lekko. Þ 25 þ Opat i przeor wymienili wymowne spojrzenia. – Kiedy ostatnio jadłaś, moje dziecko? – spytał opat. Powiedz mu, że wczoraj, nalegał jej żołądek. Że przed- wczoraj! Że padasz z głodu! Mogła to zrobić bez żadnych wyrzutów sumienia, gdyż to, co jadła później, trudno było nazwać posiłkiem. – Zjadłam nieco chleba, ojcze, czekając, aż wyjdą zakonnicy i rozpoczną prace polowe – wyjaśniła. Zanim mogła przemyśleć, cóż takiego powstrzymuje ją od powiedzenia prawdy, przemówił Armand. – Lady Dominie przewędrowała niemal pięćdziesiąt kilo- metrów z Harwood, ojcze – wyjaśnił opatowi. – Nie miała z sobą nic poza odrobiną chleba i sera. Jeśli niedawno jadła chleb, musiała to być jego resztka. Armand przemawiał w jej imieniu? Po tym wszystkim, w co go wpakowała? Dominie nie mogła się zdecydować, czy czuje do niego wdzięczność, czy pogardę. Czy ona zrobiłaby dla niego to samo? – Dziękuję, bracie – oświadczył opat surowym tonem, któ- ry miał sugerować, by Armand odpowiadał wyłącznie na za- dawane mu pytania. Spojrzał na Dominie. – Czy to prawda, moje dziecko? Ile chleba jadłaś? – Tyle, ojcze. – Wyciągnęła skórkę z sakiewki i pokazała ją zakonnikom. – Słowa o mojej podróży z Harwood również są prawdziwe. Mnisi spojrzeli po sobie. Przeor podniósł się z krzesła. – Idź za ojcem przeorem, moje dziecko – nakazał opat. – Poda ci przyzwoity posiłek. Dominie ruszyła za przeorem, lecz zatrzymała się w pół Þ 26 þ kroku. Co takiego powie Armand pod jej nieobecność? Może wybłaga wybaczenie za swoje zachowanie? – Bardzo dziękuję, ojcze przełożony, ale chyba wolę pozo- stać tutaj. – Znowu zaburczało jej brzuchu, jakby w proteście. – Prosiłeś o fakty. Lord Flambard może opowiedzieć ci jedynie historię ze swojego punktu widzenia. Opat pokiwał głową. – A ty opowiesz mi swoją historię, kiedy już się posilisz, córko. Nie chcę, byś zemdlała z głodu. – Nie jestem wcale taka głodna. Bardzo chętnie zostanę. – Wspaniałomyślna propozycja, niemniej niepotrzeb- na. – Opat ręką wskazał jej drzwi. – Od dawna wiem, że jeśli chce się poznać prawdę w jakiejś sprawie, najlepiej jest wysłuchać stron osobno, a następnie skonfrontować ich wersje z sobą. – A zatem, ojcze, nie podejmiesz żadnej decyzji, póki nie będę miała okazji przedstawić ci swojej wersji? – Wyob- raziła sobie, że Armand oddali się do jakiegoś odległego benedyktyńskiego klasztoru, gdzie już nigdy go nie odnaj- dzie, i nie zdoła powstrzymać Euda St. Maura przed ogra- bianiem ziemi. – Masz moje słowo – odparł opat. Gdy Dominie mijała Armanda w drodze do drzwi, ich spojrzenia się skrzyżowały. Patrzył na nią wyzywająco, jakby chciał zapytać, co by się stało z tym światem, gdyby wszyscy dowolnie dawali i łamali obietnice. Ledwie zamknęły się drzwi za Dominie i bratem Gerar- dem, opat przeszył Armanda spojrzeniem, które zdawało się Þ 27 þ przenikać na wskroś umęczoną duszę młodego zakonnika. Opat złożył dłonie i oparł na nich brodę. Wymownie uniósł krzaczaste brwi. – A zatem to jest dama, którą pozostawiłeś w szerokim świecie? Niezwykła istota. Chyba można wybaczyć mężczyź- nie, jeśli ma problemy z zapomnieniem o kimś jej pokroju. Niewykluczone. Czy jednak można było wybaczyć zacho- wanie, którego świadkami przed chwilą byli zarówno opat, jak i przeor? – Tak, ojcze przełożony – wymamrotał Armand. Ulżyło mu, że nowy opat ma tyle zrozumienia dla słabości ludzkiego serca. – Nie zamierzałem nękać tej młodej damy – dodał po- śpiesznie. – Odprowadzałem ją do bramy, kiedy potknąłem się i oparłem o kolumnę. Opat nigdy by nie dał wiary, że Dominie przyszpiliła Ar- manda do kolumny, wbrew jego woli. On sam ledwie mógł w to uwierzyć. – Doprawdy? – Nie ulegało wątpliwości, że opat mocno w to wątpi. – Może wytłumaczyłbyś mi, jak doszło do tego, że ta młoda dama znalazła się sam na sam z tobą na terenie klasztoru. Armand pokiwał głową. – Zajmowałem się żywopłotem nieopodal zachodniego po- la, kiedy nagle wyłoniła się zza niego lady Dominie. Najpierw sądziłem, że to młody chłopak, gdyż ukryła włosy pod czapką, a jej głos zdawał się chrypliwy. Już niczego nie ukrywając, opowiedział opatowi, jak za- prowadził Dominie do Breckland, jak oszukała i jego, i brata Þ 28 þ Ranulfa opowieścią o chorobie. Chociaż bardzo się starał, nie mógł ukryć oburzenia. – Kiedy usłyszała kroki, zarzuciła mi ręce na szyję i… Resz- tę widziałeś, ojcze – dokończył. – Chyba chciała, by wyglądało to bezwstydnie i żebyś wyrzucił mnie z opactwa. Wtedy nie miałbym wyjścia, musiałbym postąpić wedle jej życzenia. – Niezwykłe. – Opat wstał i powoli podszedł do okna. Przez chwilę stał w milczeniu i spoglądał na wirydarz. – Ta lady Do- minie zdaje się bardzo przedsiębiorczą damą. – I pozbawioną skrupułów – dodał Armand cicho. Jeśli nawet opat to słyszał, powstrzymał się od komentarza. Odwrócił się i uważnie popatrzył Armandowi w twarz. – Powiedz, bracie, dlaczego tak bardzo nie chcesz przychy- lić się do jej żądań? Ze wszystkich możliwych pytań tego akurat Armand się nie spodziewał. Nie bardzo wiedział, co ma odrzec. – Ja… Przysięgałem wyzbyć się przemocy, ojcze. Chcę po- święcić resztę życia Bogu. – Tak, wiem. Ale dlaczego? Czy ma to coś wspólnego z roz- łamem między tobą a de Montfordami? – Owszem – przyznał Armand po chwili zastanowienia. – Nim tra(cid:21) łem do Harwood, ojciec wpajał mi, że zawsze powi- nienem pozostawać wierny ideałom honoru, sprawiedliwości i cnoty. Opat ukrył dłonie w habicie i westchnął głęboko. – Ziarno zasiane w dzieciństwie tra(cid:21) ło na podatny grunt. – Mam taką nadzieję, ojcze. – Armand skłonił głowę. Choć bardzo chciał wierzyć, że postąpił słusznie, rozwój wypadków wcale go nie cieszył. – Przez wiele lat ideały te wiernie mi Þ 29 þ służyły, póki nie pojawiła się sprawa sukcesji. Znalazłem się po drugiej stronie barykady, naprzeciwko tych, którzy przez wiele lat byli mi drodzy. Więcej nie mógł powiedzieć. Wyznał wszystko spowiedniko- wi i otrzymał rozgrzeszenie. Jednak wcale nie czuł się niewinny. Z piersi opata wyrwał się dziwny dźwięk: westchnienie po- dobne do chichotu. – O ileż łatwiejsze byłoby życie, gdybyśmy mogli wybierać jedynie między dobrem a złem. Zbyt często jednak dane jest nam wejść na ścieżkę między dwoma zupełnie różnymi ro- dzajami dobra. Albo popełnić jakiś niewielki grzech, by unik- nąć wielkiego. Armand nie odrywał spojrzenia od podłogi. – Właśnie dlatego przybyłem do Breckland, ojcze. Tu nie muszę przejmować się takimi wyborami. Odrzuciłem ziem- skie przywileje i więzi, które wiodą do pokus. Słucham prze- łożonych, ufam, że ich mądrość poprowadzi mnie właściwą drogą. Ubóstwo, cnota, posłuszeństwo. To była jedyna droga dla człowieka takiego jak on. Nawet jeśli wymagała wielu wyrzeczeń. Utrata ziem i wasali zabolała go tak jak utrata podkomend- nych w bitwie, a i tak ubóstwo było najłatwiejsze do zniesienia. Posłuszeństwo z trudem przychodziło wojownikowi i szlach- cicowi, od najmłodszych lat nawykłemu do rozkazywania. Co do czystości… Na wspomnienie jędrnych piersi Domi- nie na jego czole pojawiły się krople potu. – Ufasz, że słusznie tobą pokieruję? – Opat wydawał się szczerze poruszony słowami Armanda. Þ 30 þ – Jak najbardziej, ojcze. – Nawet jeśli ścieżka, którą ci wybiorę, będzie zupełnie inna niż to, czego sam byś sobie życzył? – Tym bardziej, ojcze. Opat Wilfrid usiadł z powrotem na krześle. – A zatem nie lękaj się, synu. Wszystko będzie dobrze. Armand oderwał wzrok od posadzki i spojrzał na starszego mężczyznę. Zadowolony, ojcowski uśmiech, który go powitał, sprawił, że młody człowiek przestał się bać. Gorący, pożywny posiłek powinien przywrócić Dominie odwagę i optymizm. Dlaczego jednak tak się nie stało? Mimo że była naprawdę najedzona, kiedy przeor Gerard zaprowadził ją z powrotem do komnaty opata, nie mogła się pozbyć wątpliwości i właści- wie zrobiło się jej niedobrze. Armand Flambard usiłował prezentować pokorną minę, ale otaczała go aura pewności siebie, która zaniepokoiła Do- minie. Co zaszło między nim a opatem, kiedy ona się posilała? Obawiała się, że nic, co mogłoby jej przypaść do gustu. Bardzo żałowała, że nie potra(cid:21) czytać w myślach opata. Nie było w nim nic wyniosłego, patrycjuszowskiego. Mi- mo siwych włosów wokół tonsury wydawał się młodszy od przeora, miał grube rysy twarzy, bardziej chłopskie niż szla- checkie. Jeśli się nie myliła, opat należał do tych, którzy nie zawaha- ją się bronić swojej własności i ludzi, nawet tych, którzy zbłą- dzili. To i błogie zadowolenie na twarzy Armanda nie wróżyło misji Dominie nic dobrego.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Urodzony zwycięzca
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: