Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00306 004794 12615337 na godz. na dobę w sumie
Vivo - ebook/pdf
Vivo - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Genius Creations Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7995-123-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

John Lennon ma sto dwadzieścia lat i komponuje piosenki wyłącznie dla bogatej, pięknej i szaleńczo w nim zakochanej kobiety. Alfred Ulver, psychiatra hochsztapler, utrzymuje się głównie z pracy swojego cyfrowego klona i sesji cochingowych. Lizę Trommer, skromną krawcową, odwiedza w domu dawno zmarły ojciec, który uciekł z Forever, wirtualnego świata spokojnej starości.

Alskopp, dumny i potężny król smoków Drumloftu, wydał ostatnie tchnienie na londyńskiej Tottenham Court Road. Uderzenie skrzydeł motyla może zmienić losy świata. Upadek smoka zmienia, i to diametralnie! Rzeczywistość i światy wirtualne okazują się być połączone znacznie ściślej, niż się to dotąd wydawało i nie są tym, za co je uważano.

Co jest prawdziwe, a co urojone? Kim jesteśmy, a kogo jedynie odgrywamy? Czy śmierć jest ostateczną granicą, a jeśli tak, to kto mieszka za nią?

“Na pierwszym poziomie zanurzenia „Vivo” jest trzymającą w napięciu i dowcipną powieścią przygodową. Na drugim poziomie zanurzenia otrzymacie inteligentne science-fiction, stawiające pytania o odpowiedzialność człowieka względem światów, które sam stworzył. Na kolejnym poziomie zanurzenia… musicie się zastanowić, czy macie odwagę zejść tak głęboko.
Katarzyna Rupiewicz, autorka „Redlum”

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1. Wiedziony przedśmiertnym instynktem Alskopp, król smoków Drumloftu, leciał na zachód, ku horyzontowi. Powoli opadał już z sił i z trudem utrzymywał wyso- kość, był jednak zdecydowany zakończyć królewskie życie z godnością, w powietrzu, nie zaś w zębach reki- nów. Pogrążony w modlitwie do przodków, wpatrywał się w czerń oceanu lśniącą odbiciami złotych gwiazd. W chwili gdy w jego piersi wybuchł płomień, pomy- ślał, że to strzała. Zapewne podążano jego tropem, aby teraz, kiedy nie ma już sił, by się bronić, wyrównać jakieś stare, doczesne rachunki. Jakież to ludzkie. Jakie małe. W końcu zrozumiał, że to nie atak. Właśnie ostatni raz nabrał oddechu. Głęboko w dole zapłonęły barwne światła. Niebo za- snuło się gęstymi chmurami. Skrzydła, niegdyś potężne, a teraz bezsilne, furkotały żałośnie, poddając się pędowi powietrza. „To już”, pomyślał. „Czas na ostatnią prośbę”. Do gasnącej świadomości dotarł jeszcze ostry, niezna- ny zapach i widok wysokich, błyszczących lustrami mu- rów. „Oto królestwo powietrza i wiatru. Obym okazał się godny waszej gościnności, o przodkowie!”. 2 Vivo | Istvan Vizvary Śpieszący właśnie do domu Leslie Tuxington był pe- wien, że to olbrzymi ptak spada z przestworzy. Od chwili, kiedy światła miasta wydobyły kształt z ciemności nocy, do ciężkiego uderzenia o bruk minęły nie więcej niż trzy sekundy.  – Co to, kurwa, było?  – szepnął.  – Kondor?  – Nie potrafię zidentyfikować, ale kondory są dużo mniejsze  – odpowiedział mu prosto do ucha asystent osobisty.  – Mam wezwać muchy reporterskie? Wstępna wycena relacji osobistej to tysiąc euro.  – Jasne! Na co w ogóle czekasz?  – warknął Tuxington i ruszył w kierunku cielska, które bezwładnie zaległo na jezdni Tottenham Court Road.  – Szkoda, że nie spadło na jakiś samochód, ale i tak najważniejsze, że jesteśmy pierwsi. Kiedy zbliżył się na jakieś piętnaście kroków, zamarł. Na glasfalcie leżał smok, dokładnie taki sam jak w Dru- mlofcie. Błoniaste skrzydła, paszcza pełna zębów, fiole- towy język wielkości dorosłego człowieka. Uderzenie o ziemię musiało złamać kark stworzenia, łeb bowiem przekręcony był względem spoczywającego na grzbiecie ciała pod wyjątkowo nieprzyjemnym kątem i rosła wokół niego czarna plama połyskliwej cieczy. „Jeśli to podróbka, ktoś się naprawdę przyłożył”, po- myślał Tuxington. „Tak czy inaczej, mogę podejść i do- tknąć tego czegoś. Raczej mnie nie ugryzie, a tysiąc euro piechotą nie chodzi”. Wziął głęboki oddech i podszedł do cielska, otoczo- ny rojem reporterskich much przybyłych na wezwanie asystenta. Cuchnęło. Jak w pawilonie tygrysów, tylko dużo ostrzej. I cierpko, jakby ktoś wylał kwas na jezdnię. 3 Vivo | Istvan Vizvary Zamknął oczy i wyciągnął dłoń. Skóra była ciepła i sucha. Szorstka. „Jak prawdziwy. To niemożliwe”.  – Trochę wyżej!  – powiedział ktoś ostrym, rozkazu- jącym tonem.  – I nie tak mocno! Wystraszony Tuxington otworzył oczy.  – Tylko nie to!  – jęknął.  – Moje tysiąc euro! Rozejrzał się, ale nikogo nie dostrzegł. Głos musiał dochodzić zza cielska. Ostrożnie, żeby nie pośliznąć się w czarnej kałuży, obszedł łeb smoka. Ujrzał dwoje ludzi zajętych rozci- naniem brzucha bestii. Facet i dziewczyna  – on koło pięćdziesiątki, ona dużo młodsza. W rękach trzymali przedmioty wyglądające na prymitywne noże. Pomię- dzy nimi stał towarowy wózek.  – Co tu robicie, do jasnej cholery?!  – krzyknął Tuxington. Nie odpowiedziawszy nawet słowem, wrócili do swo- jego zajęcia. „Czyżby obcokrajowcy?”, pomyślał. „A przecież mó- wili po angielsku!”. Wściekły, z sercem tłukącym się w piersi, ruszył dziar- skim krokiem ku obcym.  – To mój smok! Miałem dostać za relację tysiąc euro!  – wrzasnął dziewczynie prosto do ucha.  – Nie rozumiecie? Spojrzała na niego. W pierwszej chwili zignorował błysk i charaktery- styczny swąd palonej elektroniki. Jednak kiedy dziew- czyna zaczęła mruczeć rytmicznie niezrozumiałe słowa, wpatrując się w jego oczy, zrozumiał, że ma do czynienia z wariatami. Właśnie unieszkodliwili tkankę w promie- niu kilkudziesięciu metrów, niszcząc przy okazji wszyst- 4 Vivo | Istvan Vizvary kie muchy reporterskie i trzmiele monitorujące. Te jego również. Został sam na sam z dwójką obcokrajowców, w środku nocy, bez ani jednej kamery, z której obraz mógłby zaalarmować policję lub choćby wścibskiego sąsiada.  – Arma tertutsi gwen!  – wrzasnęła dziewczyna i wy- pchnęła przed siebie uzbrojoną w kamienne narzędzie rękę. Tuxington poczuł gorący ból rozlewający się po brzuchu. Otworzył usta do krzyku, wydobył się z nich jednak jedynie suchy kaszel.  – Spieprzyłaś!  – warknął mężczyzna.  – Pośpiesz się, musimy przynajmniej uratować wątrobę! Nogi ugięły się pod Tuxingtonem. Zachwiał się i osunął na glasfalt. Oparty o cielsko smoka, z trudem chwytając boleśnie płytkie oddechy, patrzył, jak dwójka szaleńców odrzuca na bok olbrzymi płat skóry, rozcina błyszczą- ce mięśnie, a w końcu wydobywa coś wyglądającego jak kurczęca wątróbka powiększona do rozmiarów krowy. Dłużyło się to wszystko w wypełnioną bólem, mroczną nieskończoność. Co jakiś czas rozjaśniała ją tylko myśl, że jeśli dotąd nie pojawiły się służby odpowiedzialne za naprawę tkanki, nie mogło upłynąć chyba więcej niż kilka minut. Być może i jego uratują.  – Odcinaj ostatnią!  – zakomenderował mężczyzna i z obrzydliwym mlaśnięciem wątroba opadła na wó- zek.  – Mamy jeszcze minutę. Dziewczyna rzuciła się biegiem w dół ulicy i chwilę później tuż obok Tuxingtona zaparkował furgon z otwar- tymi już drzwiami ładowni.  – Zostawiamy go tak?  – zapytała dziewczyna, przy- pinając wózek do haka wciągarki. 5 Vivo | Istvan Vizvary  – Nie ma mowy, widział nas  – padła odpowiedź.  – Tuxington zamknął oczy. Nie zamierzali darować mu Na pakę go! życia. „Gdzie jest policja, kiedy jej naprawdę potrzeba?”, po- myślał zaskakująco trzeźwo. „Gdzie są cholerne gliny?”. Silne ręce chwyciły go pod pachami. Delikatny za- pach perfum podpowiedział mu, że to dziewczyna wcią- ga go do furgonu. Poczuł ścianę pod plecami i drzwi ładowni zamknęły się. Otoczył go odstręczający, żelazisty odór. „Jakby ktoś rozlał beczkę krwi”, pomyślał i zapadł się w ciemność. 6 Vivo | Istvan Vizvary 2. Diana Whitmore była w dziewiątym niebie, zupełnie jak w piosence Johna Lennona.  – Jesteś najlepszym kochankiem na świecie, John  – szepnęła, gdy w końcu złapała oddech. Lennon uśmiechnął się, nic jednak nie powiedział. Przytulił ją tylko mocniej, dalej pozostając wewnątrz. Tak jak lubiła. Tak jak kochała.  – Napisałeś dla mnie coś nowego?  – spytała, kiedy już siedzieli owinięci w białe, grube szlafroki na tarasie jej domu w Greenwich.  – Ponoć to najgorętszy kwie- cień od dwa tysiące pięćdziesiątego drugiego. I znów ma nie padać.  – Jestem aż tak stary?  – jęknął z teatralną rozpaczą Lennon.  – Oczywiście, że napisałem. Chcesz posłuchać? Skinęła głową, choć w głębi była rozdarta. Do odjaz- du zostało już tylko pół godziny i chętnie zaciągnęłaby go z powrotem do łóżka lub nawet zrobiła to tutaj, na tarasie. Jednak piosenek też potrzebowała. Dźwięczały jej potem w głowie, śniły się po samotnych nocach i da- 7 Vivo | Istvan Vizvary wały siłę w chwilach, gdy była zdana wyłącznie na siebie. Były namiastką Johna. I had some problems lately I saw a shrink today But I just can’t believe in The things he had to say He’s said it was enough To really want to heal But still I can’t believe The number on the bill 1 Słuchała z zamkniętymi oczami i wyobrażała sobie, że odjeżdżają razem. Wsiadają w samolot, jadą do jego mieszkania w Nowym Jorku i już nigdy, przenigdy się nie rozstają. John ma dla niej codziennie nową piosenkę, a każda rozwiązuje jakiś jej problem. Jak teraz, kiedy magicznie odgadł, że nosiła się z zamiarem pójścia do psychiatry. Nie chciała obarczać go takimi błahostkami, a przecież i tak się domyślił. Ostatni akord zlał się w jedno z grzmotem samolotu, który przekraczał barierę dźwięku gdzieś nad ujściem Tamizy. Kiedy wybrzmiał, policzki Diany były mokre od łez.  – Musisz jechać?  – spytała, nie odwracając się do Lennona. 1 Problemy mam ostatnio/ Z lekarzem więc od głowy/ Spotkałem się, by dał Z sensem powiedział tylko/ Że starczy mocno chcieć/ Wziął za to tyle kasy/ mi/ Na życie pogląd nowy Jak gdybym zmieniał płeć (tłum. autora). 8 Vivo | Istvan Vizvary  – Wrócę za tydzień, obiecuję.  – Dziękuję za piosenki. I za wszystko inne też  – szepnęła i otworzyła oczy. Jej prawdziwy dom w Greenwich wyglądał dokładnie tak samo, jak ten odtworzony w świecie vivo. Nawet rośliny rosły w nim takie same, żeby jak najmniej uwagi poświęcała detalom. Chciała się skupić na Lennonie. Wyłącznie na nim. Wstała z fotela vivo i poszła do łazienki.  – Czy w rzeczywistości też jestem tak kiczowato łza- wa jak tam? Już wolałabym raczej wyglądać tak samo. Nie taka stara raszpla  – powiedziała, zrzucając z siebie biały szlafrok, identyczny jak ten, w którym jej sobo- wtórka jeszcze przed chwilą siedziała z Johnem Lenno- nem.  – Nie uważasz, że lewa trochę opada?  – Pierś?  – spytał asystent.  – Obie są w doskonałej formie, ale mogę zamówić ekspresowe reno, jeśli sobie życzysz.  – Chyba życzę.  – Diana uniosła ręce nad głowę.  – Ale nie ograniczaj się do cycków, wszystko trochę pod- ciągnijmy.  – Umówić cię na siódmą rano? Jest wtedy promocja w twoim ulubionym salonie.  – Ile?  – Trzynaście procent.  – Niech się wypchają. Na dwunastą. Z wybielaniem! I zadzwoń po Karola, kiedy skończę się myć!  – poleciła.  – Jaka kąpiel? Pobudzająca?  – upewnił się asystent.  – Tak, potrzebuję na chwilę przestać myśleć o Johnie. Bathory gotów pomyśleć, że to przez niego mam taki głos. 9 Vivo | Istvan Vizvary Stała w strugach wody z kulturami myjącymi i oddy- chała głęboko. Im bardziej próbowała nie myśleć o Joh- nie, tym intensywniej o nim myślała. I z coraz większym trudem powstrzymywała prośbę o odegranie z powro- tem całego ostatniego spotkania.  – Kurwa!  – wrzasnęła w końcu.  – Nie mów mi, że naprawdę jestem uzależniona! Asystent nie odpowiedział, tylko zmniejszył tempe- raturę wody. Diana pisnęła, ale posłusznie poddała się doraźnej terapii, zaciskając zęby i pięści. Mięśnie krzy- czały, napięte w proteście przeciwko bolesnemu zimnu. Gorący nawiew włączył się dokładnie w chwili, kiedy miało zabraknąć jej cierpliwości.  – Skąd wiesz, kiedy przestać?  – spytała asystenta.  – Jeszcze sekunda i zaczęłabym wrzeszczeć.  – Obserwuję napięcie mięśni mimicznych. Wytłu- maczyć dokładniej? Machnęła ręką.  – Co z Bathorym?  – zapytała, przechodząc do gar-  – Myślałem, że chcesz się najpierw ubrać.  – Dobrze myślałeś, ale i tak nie włączaj wizji  – odpar- ła, przeglądając ubrania w poszukiwaniu zielonego ko- stiumu, który drukowała nie dalej niż trzy dni wcześniej. Minutę później była gotowa. Usiadła na kanapie i dała asystentowi sygnał ręką. Ka-  – Dzień dobry, Diano! Jak tam twoje spotkanie?  – Skończone, niestety  – odpowiedziała.  – Ale muszę cię pochwalić. Piosenki Johna wpasowały się idealnie w ostatnie tematy.  – Staram się, jak mogę. rol Bathory odebrał niemal natychmiast. deroby. 10 Vivo | Istvan Vizvary  – Wyślij mi tamte trzy, które u mnie zaśpiewał  – poleciła Diana, ignorując przymilny ton Bathorego.  – I nasze powitanie, ale to już do ramki w sypialni.  – Tylko piosenki i jeden obraz? Niemal zobaczyła lepki uśmiech Bathorego.  – Po co pytasz?  – warknęła zirytowana.  – Masz mnie za narkomankę?  – Skąd! Tylko się upewniam. Twój związek z Len- nonem z pewnością nie należy do tych zagrożonych uzależnieniem.  – Daruj sobie pochlebstwa. A teraz posłuchaj: chcę, żebyś nakierował Johna na Japonię.  – Dokąd ma polecieć? Jakieś konkretne miasto? Region?  – Nie, nie. Żadnych lotów. Ostatnio zaczęłam zbierać trochę różnych rzeczy. Obrazki, figurki. Chcę, żeby on też to robił.  – Japońskie rzeczy? Przytaknęła bezgłośnie.  – Diana?  – Tak, japońskie. Zapomniałam, że nie jesteśmy na wizji. „I nie uśmiechaj się tak”, dodała w myślach. „Jestem ubrana, jak zawsze”.  – Chcesz mieć z nim wspólne hobby, tak?  – zapytał Bathory.  – Temat rozmów. I piosenek.  – Mniej więcej.  – Może jednak wolałabyś, żeby tam poleciał i osobi- ście przywiózł ci jakieś pamiątki? Wiesz, kupione z my- ślą o tobie. Może skrobnąłby przy okazji jakieś ciekawe piosenki? „Tak, doskonały impresario zna nie tylko swojego ar- tystę, ale i klienta”, pomyślała. „Szkoda, że musi być przy tym obleśny”. 11 Vivo | Istvan Vizvary  – Niech będzie  – westchnęła po dłuższej chwili uda- wanego namysłu.  – Tylko biznesem: pamiętaj, że John ma sto dwadzieścia lat.  – Jasne. Za pół godziny może lecieć z Londynu. Rod- man by go odwiózł, też jedzie na Heathrow.  – Rodman?  – zdziwiła się Diana.  – Terapeuta z Syd- ney? Zresztą nieważne. I jeszcze jedno: piosenek się nie skrobie, tylko komponuje. To Lennon, nie jakiś wirtual- ny śpiewaczyna.  – Przepraszam, masz rację.  – Wiem. Do usłyszenia. Asystent posłusznie rozłączył rozmowę.  – Daj znać, jak będą już piosenki  – poleciła mu Dia- na.  – I od razu włącz tę o rozstaniu. Wyszła na werandę i usiadła na fotelu, takim samym, w jakim pół godziny wcześniej siedziała w innym świecie z Johnem Lennonem inna Diana Whitmore. Ta piękniej- sza, bystrzejsza i przede wszystkim szczęśliwsza. Albo po prostu szczęśliwa.  – Jak ja ci, suko, zazdroszczę! Tak naprawdę cię nie ma, ale masz wszystko. Ja jestem, ale mam tylko siebie. Co za cholerna bzdura! Daleko nad ujściem Tamizy samolot przekraczał ba- Kiedy grzmot wybrzmiał do końca, policzki Diany rierę dźwięku. były mokre od łez. 12 Vivo | Istvan Vizvary 3. Leslie Tuxington umierał już dziesiątą godzinę. Cały ten czas trwała u jego boku Zoe, dziewczyna, która pchnę- ła go nożem.  – Powinien dawno nie żyć. Prawda, Stan?  – spytała, wpatrując się w pokrytą grubymi kroplami potu twarz swojej ofiary. Mężczyzna stojący przy oknie ledwo dostrzegalnie kiwnął głową. Patrzył na zieloną papugę, siedzącą na gałęzi wysokiej jukki.  – Tak myślę  – powiedział cicho.  – To przez Alskoppa? Przez duszę? Wzruszył ramionami.  – Trzeba by go zbadać  – powiedział.  – Jeśli tylko uszkodziłaś mu przeponę, może pewnie umierać kilka dni i Alskopp nie ma z tym nic wspólnego. Jeśli przebiłaś opłucną, to już dawno powinien umrzeć. Wtedy gorzej. Odwrócił się i spojrzał na dziewczynę.  – Bardziej martwi mnie, że mogliśmy ominąć w po- śpiechu jakieś drobne płaty.  – Wskazał odległy róg salo- nu. Pod wysoką kryształową kopułą spoczywała wątroba, 13 Vivo | Istvan Vizvary którą dziesięć godzin wcześniej wycięli z ciała Alskoppa, króla smoków Drumloftu. Brunatna, miejscami tylko różowiejąca masa wydzielała błękitny opar, skraplający się na wewnętrznej ścianie kopuły i spływający w dół gęstymi, drobnymi kroplami.  – Co wtedy?  – Nie mam pojęcia. Kiedykolwiek w Drumlofcie zda- rzyło się rozdzielenie wątroby, fragmenty duszy próbo- wały się połączyć.  – Myślisz, że kiedy przyjdzie do siebie, będzie próbo- wał zniszczyć kopułę? Na nożu mogły być krople płynu. Jakaś część duszy mogła w niego wniknąć.  – Bardziej martwię się o to, co mogło tam zostać. Na Tottenham Court  – odpowiedział Stan.  – Sprawdzisz, co tam nasi kochani vivaro? Zoe klasnęła dwa razy i ściana projekcyjna rozjarzyła się złotawym blaskiem.  – Pokaż Tintina!  – poleciła. Na podłogę salonu, wyglądającą teraz jak glasfalt, zstą- pił mocno posiwiały Afrolondyńczyk w fioletowej, poły- skliwej marynarce.  – To, co państwo widzą, to zwłoki króla smoków prze- niesione tutaj prosto z Drumloftu!  – krzyknął, posyłając w powietrze mgiełkę śliny i wskazując za siebie. Spoczy- wało tam ciało Alskoppa, pozbawione większości skóry i mięsa. Splątane jelita rozlewały się po jezdni połyskują- cymi, śliskimi zwojami.  – Oficjalne rządowe stanowisko to mieszanina majaczeń o gigabiodruku, spisku anty- rojalistów i prowokacji neoluddystów. Wiemy jednak na podstawie badań w niezależnych laboratoriach, że 14 Vivo | Istvan Vizvary tkanki nie zostały wyprodukowane w żadnej ze znanych technologii. W moim ulu informacyjnym umieściłem już raport o nieznanych aminokwasach w strukturze białkowej oraz o kwasach tłuszczowych niespotykanych w żywej tkance naszego świata. Co najważniejsze, w cie- le Alskoppa nie ma nawet śladów DNA. Czy można prosić o lepszy…  – Prosimy państwa o rozejście się i nieutrudnianie pracy służbom!  – przerwał mu wzmocniony megafo- nami kobiecy głos. Pomiędzy Tintina a pozostałości ciała Alskoppa wpły- nęła nieduża platforma, podobna do tych, jakimi zwykły posługiwać się służby ratunkowe w czasie większych im- prez. Stała na niej wysoka, chuda kobieta o absurdalnie szerokich biodrach i długich czarnych włosach. W rę- kach trzymała coś brunatnego i połyskującego wilgotno.  – To wątroba?  – zapytała Zoe.  – Tak, na pewno. Przypatrz się fałdom sukni. Czarną, matową materię pokrywały opalizujące błę- kitem plamy.  – To Jennifer Wren, komendantka policji Londynu  – wyjaśnił asystent Stana.  – Prosimy nie poddawać się prowokacjom wichrzy- cieli!  – krzyczała Wren.  – Znalezisko nie nosi żadnych znamion pozaziemskości! Udowodnię państwu! Z tymi słowami wgryzła się w wątrobę. Żuła przez chwilę i przełknęła z wyraźnym zadowo- leniem.  – To po prostu wołowina.  – Głos policjantki po- niósł się echem po ulicy i salonie.  – Ustaliliśmy już, że 15 Vivo | Istvan Vizvary instalacja jest dziełem jednej z firm mięsnych z okręgu Leeds. Winni zakłóceniu porządku zostaną pociągnięci do odpowiedzialności, ale nie zmienia to faktu, że tak naprawdę mamy do czynienia z dziwacznie wyglądającą krową. Tintin, na którego napierała platforma Wren, odsunął się na chodnik. Transmisja została przerwana.  – Muszę to sobie jakoś wszystko podsumować  – stwierdził Stan.  – Wren zjadła wątrobę i jest prawdopo- dobne, że wkrótce będziemy ją mieli na karku, bo dusza będzie próbowała się połączyć w całość. Musimy zatem przygotować się do przeprowadzenia rytuału czterech ziół. Jeśli policjantka nie uspokoiła ludzi swoim popisem, miasto będzie w stanie co najmniej lekkiego niepokoju, co tylko nam pomoże. Zamieszki byłyby jeszcze lepsze. Dodatkowo możemy się też spodziewać jakichś zakłó- ceń w innych vivo, spowodowanych transferem tak wiel- kiej masy. To też może odciągnąć od nas uwagę.  – Może się też okazać, że akurat ta część wątroby, którą przegapiliśmy, była bez znaczenia  – stwierdziła dziewczyna.  – Wątpliwe, lecz i tak mogło się zdarzyć. Musimy ob- serwować kolor płynu na ściankach i przygotować się do zdobycia ziół. A jeszcze wcześniej znaleźć lekarza, żeby zbadał Tuxingtona. Sam nie wiem, co jest trudniejsze. Zwłaszcza że musimy się spieszyć. Stan pogrążył się w milczeniu, drapiąc się nerwowo po uchu. Dziewczyna wiedziała, że oznacza to inten- sywne rozmyślanie nad jakimś niezupełnie legalnym pomysłem. 16 Vivo | Istvan Vizvary  – Będę potrzebował twojej pomocy  – stwierdził w końcu.  – Co mam zrobić?  – Spróbuję ściągnąć na naszą ulicę najbliższy samo- chód z lekarzem na pokładzie. Mężczyzną. Ty przeko- nasz go, żeby obejrzał Tuxingtona.  – Na pewno rozpozna, że biedak leży tak od dziesię- ciu godzin.  – Znaleźliśmy go.  – Sam się pchnął?  – Nie sam. Jakiś bandyta. Wymyślisz coś, jesteś w tym dobra. Ja muszę poszukać samochodu z kimś odpowied- nim. Chwilę mi to zajmie, zwłaszcza jeśli nie będzie chciał przyjechać tu po dobroci. 17 Vivo | Istvan Vizvary 4. Taksówka z Lennonem ruszyła, gdy tylko Diana znik- nęła za furtką swojego domu w Greenwich. Oprócz pio- senkarza w pojeździe siedział też jego przyjaciel Mark Rodman, psychiatra.  – Twoja dziewczyna wyglądała, jakby bała się, że już nie wrócisz. Żegnaliście się chyba z kwadrans  – stwier- dził.  – Byłem pewien, że będzie machać chusteczką, do- póki nie znikniemy za zakrętem.  – Nie ma mowy. Diana to godność wcielona  – za- śmiał się Lennon.  – Po prostu nie lubi, jak latam.  – No tak, Tokio to właściwie już na Księżycu. Lennon spojrzał uważnie na przyjaciela.  – Może ma wyrzuty sumienia  – powiedział, otwie- rając lodówkę.  – Gdyby samolot spadł, byłoby na nią. W końcu to ona mnie zaraziła. Cały dom ma w tych ich obrazkach tuszem. Drzeworyty, staloryty, bambusoryty. I wszędzie to bonsai. Chcesz piwa? Rodman wyciągnął rękę po butelkę. Zanim zdążył ją odkręcić, taksówka zakołysała się i stanęła.  – Awaria podwozia i lewego reflektora  – oznajmił szofer głosem radosnego imbecyla. 18 Vivo | Istvan Vizvary Rodman westchnął.  – Gdzie jesteśmy?  – zapytał, wyglądając przez okno. Otaczały ich domy przypominające ten Diany Whit- more, tylko znacznie mniejsze.  – W Greenwich  – odparł szofer.  – Dwadzieścia osiem koma trzy kilometra od celu podróży, proszę pana. Zamówić panom pojazd zastępczy?  – Pieszo raczej nie zdążymy przed odlotem  – stwier- dził Lennon.  – Zamów, a my tymczasem rozprostujemy kości. Podróżujemy już trzy minuty i zdążyliśmy nieli- cho zdrętwieć. non.  – Odpowiedz. Może potrzebuje porady. Wysiedli. Lennon oparł się o taksówkę i zapalił papierosa. Rod- man zagapił się na pokryty żółtymi kwiatami krzak.  – Mamy w Australii podobne  – stwierdził.  – Też takie paskudne.  – Czy pan jest lekarzem?  – zapytał krzak dziewczę- cym głosem. Rodman zesztywniał i rozejrzał się podejrzliwie.  – Mark, krzew cię o coś pytał  – powiedział Len-  – John, na miłość…  – jęknął psychiatra.  – Martwisz się, że mówią do ciebie krzaki? Kiedyś rozmawialiśmy z windą, wiesz, Ringo i reszta bandy. Utknęliśmy po drodze na imprezę. Rodman machnął tylko ręką. Nigdy nie potrafił rozpo- znać, która z historii o Beatlesach jest prawdziwa, a które Anglik zmyśla na poczekaniu.  – Pojazd zastępczy podjedzie za cztery minuty, panie Rodman  – oznajmił szofer.  – Do tej pory mogę zaofe- rować panom drinki na koszt kompanii. 19 Vivo | Istvan Vizvary  – A jednak to pan jest Markiem Rodmanem! Le- karzem!  – wrzasnął krzak i zatrząsł się. Wyskoczyła z niego niewysoka dziewczyna.  – Pilnie potrzebujemy pana pomocy.  – Kto?  – Ja i mój chłopak.  – Wyciągnęła rękę w kierunku krzaka.  – No tak, chyba rzeczywiście będziesz mógł pomóc  – stwierdził Lennon.  – Jak nazywacie w lekarskiej łacinie przekonanie, że jest się partnerką odrażającego krzaka?  – Tam w domu jest mój chłopak!  – krzyknęła dziew- czyna.  – Dusi się. Naprawdę potrzebujemy pomocy!  – Leć już!  – powiedział Lennon.  – Popilnuję ci wa- lizki.  – Błagam!  – Dziewczyna złapała Rodmana za rękaw. Pobiegli. Skręciła w pierwszą furtkę po lewej, Rodman za nią. Wyłożona granitowymi płytami ścieżka wiodła do drzwi dwupiętrowego domu, ale poszli trawnikiem na tył budynku. W altanie, zajmującej większą część obsadzonego wy- sokimi jukkami i cyprysami ogrodu, leżał blady mężczy- zna ze sporą czerwoną plamą na koszuli. Obok niego stał niewysoki człowiek w garniturze.  – Jestem lekarzem  – powiedział Rodman, pochylając się nad rannym.  – Jest panu zimno? Mężczyzna nie zareagował. Rodman rozpiął jego koszulę i próbował skupić się na choćby pobieżnej diagnozie, jednak rozpraszały go obawy, że przyjdzie mu słono zapłacić za australijską 20 Vivo | Istvan Vizvary prostoduszność. Poniżej żeber skóra mężczyzny rozstę- powała się w gładkim nacięciu, ukazując błyszczącą jamę otrzewnej, również rozciętą, tak samo zresztą jak gruby mięsień przepony i płuco ponad nim. Rana była niemal czysta, jakby doskonale ją skauteryzowano. „Czyściutko, zupełnie jak preparat anatomiczny”, pomyślał.  – Ledwo oddycha, ale nie ma krwotoku  – stwierdził w końcu.  – To pewnie odma albo coś w tym rodzaju.  – To nie wie pan?  – spytał mężczyzna w garniturze.  – Jestem psychiatrą. Internę miałem na pierwszym i drugim roku studiów.  – Ale może mu pan pomóc?  – Niestety, zostawiłem cały zapas xenodepresyny w domu.  – Pytam poważnie.  – Mówię poważnie  – powiedział Rodman.  – Proszę najpierw powiedzieć mi, co tu się dzieje. Spróbuję po- myśleć, co jestem w stanie zrobić.  – Jasne  – powiedział mężczyzna.  – Nazywam się Stan Odolsky. Jestem profesorem afrykanistyki.  – W tej kwestii na szybko nie pomogę. Skupmy się na problemach rannego. Odolsky zarumienił się.  – Został pchnięty rytualnym nożem  – powiedział.  – Jakieś dziesięć godzin temu.  – To jakiś afrykański obrzęd?  – zapytał Lennon, któ- ry postawiwszy walizki na trawniku, przysłuchiwał się rozmowie.  – To rytuał błagalny z Drumloftu.  – U nas, w Nowym Jorku, rytuał błagalny z użyciem noża nazywamy zdecydowanym żądaniem  – stwierdził 21 Vivo | Istvan Vizvary Lennon.  – Mam tylko nadzieję, że zapamiętali państwo rysopis napastnika. Swoją drogą, policja w Nowym Jor- ku zawsze wręcza drobne upominki naocznym świad- kom. To bardzo miły zwyczaj. Rodman nie odzywał się, patrzył tylko na rannego mężczyznę, który jakimś cudem żył od dziesięciu godzin, choć dawno już powinien być martwy.  – To ja go pchnęłam  – szepnęła dziewczyna, spusz- czając oczy.  – Zoe, moja partnerka naukowa  – przedstawił ją Odolsky.  – Proszę jej pochopnie nie osądzać. Usiłowała przebłagać duszę Alskoppa, smoka z Drumloftu, który dziś rano wylądował i umarł na ulicy Tottenham Court w Londynie. Wycięliśmy z Zoe jego wątrobę.  – Wątrobę tego afrykańskiego smoka, tak?  – zapytał Rodman. Przypomniał sobie właśnie, jak leczy się odmę otwartą, i zastanawiał się, jak długo będzie trwało dru- kowanie opatrunku Ashermana, a potem sterylizacja.  – Wątroba jest siedliskiem duszy smoków z Dru- mloftu, proszę pana  – odpowiedział Odolsky.  – We- dług moich teorii, a teraz już także badań praktycznych, również w Londynie. Wie pan, jakie mogą być skutki nieopanowania gniewu przez duszę smoka?  – Widziałem kiedyś kilka wkurwionych krokodyli, ale to pewnie nie to samo.  – O ile skutkiem ich irytacji nie był wybuch podobny do termojądrowego, rzeczywiście nie bardzo można to porównywać.  – Krokodyle potrafią wybuchnąć, jeśli poleżą trochę martwe w upale. Jeśli rozbryzg trafi w oko, grozi to bo- tulizmem i śmiercią. 22 Vivo | Istvan Vizvary  – Ja mówię serio, panie Rodman  – powiedział Odolsky.  – Ja również  – odparł Rodman.  – Potrzebuję waszej drukarki. Spróbuję skonstruować opatrunek Ashermana tak, żeby nie wyglądał jak opatrunek Ashermana. Może dzięki temu nikt nie domyśli się, że trzymacie tu rannego człowieka, zamiast oddać go do szpitala, a siebie w ręce wymiaru sprawiedliwości. I jeszcze prośba: w razie gdy- byście i mnie zamierzali potraktować rytualnym nożem, prosiłbym o bardziej precyzyjne cięcie. Wolałbym nie dusić się godzinami przed śmiercią, jak ten nieszczęśnik.  – On umrze?  – Zoe zdawała się szczerze zmartwiona.  – Mam nadzieję, że nie. Postaram się mu pomóc.  – Proszę za mną  – zakomenderował Odolsky, ruszając w kierunku domu.  – Zoe, zostań z panem Tuxingtonem! Kiedy weszli do kuchni, wskazał na konsolę drukarki.  – Proszę bardzo. Rodman przez dłuższą chwilę przeszukiwał spis ma- teriałów, a potem wybrał do druku plastry samoprzylep- ne, trzy kółka zębate, grubą folię, siedemdziesiąt kule- czek z tworzywa, gumową kaczuszkę wysokości dwóch cali i pizzę quattro formaggi.  – Potrzebne są nawet kółka zębate?  – zdziwił się Odolsky.  – Nie, pizza też nie. Ważne są plastry i folia. Kulki i kółka dla zmylenia Wielkiego Brata.  – A kaczuszka?  – Kupuję zawsze jedną na wakacjach na lotnisku, ro- dzaj pamiątki. Mam już siedemdziesiąt trzy. Tym razem nie zdążyłem kupić żadnej, bo ktoś porwał moją tak- sówkę, dlatego jestem zmuszony nadużyć gościnności i poczęstować się proszkiem do drukarek. Padło na pana. 23 Vivo | Istvan Vizvary Kiedy do niszy wpadły plastry i folia, Rodman zabrał je i umieścił w sterylizatorze do naczyń.  – Nie zamówiłem jałowych, żeby nikt tam  – wskazał bliżej nieokreślony kierunek  – nie pomyślał przypad- kiem, że zakładamy tutaj komuś pieczęć Ashermana.  – To nielegalne?  – zdziwił się Odolsky.  – Sam opatrunek pewnie nie, ale ukrywanie jego po- trzeby jest co najmniej podejrzane. Odolsky nie odpowiedział, tylko podał mu kaczuszkę. Była jeszcze ciepła.  – Pizza będzie zaraz  – dodał, spoglądając na panel drukarki.  – Za trzy minuty.  – Dziękuję. A co to?  – Pana kaczuszka  – odparł Odolsky, zdziwiony.  – Mam na myśli tamten wielki kawał mięsa pod klo- szem  – wyjaśnił Rodman, wskazując w głąb salonu.  – Musi być tego ze trzysta funtów.  – Dwieście. To właśnie wątroba Alskoppa.  – Kruszeje?  – Destyluje się. Na wnętrzu kryształowej kopuły osia- da błękitny płyn, nośnik duszy. Skraplając się, spływa do zbiorniczka, w którym przetrzymamy go tak długo, aż się utleni i dusza nie będzie już mogła się z nim wiązać. We- dług naszej wiedzy przestanie wtedy być niebezpieczna.  – I Londyn będzie uratowany. To pizza?  – zapytał Rodman, słysząc melodyjny dźwięk, który rozbrzmiał w kuchni.  – Nie.  – No trudno.  – Psychiatra umył ręce i sięgnął do ste- rylizatora po folię i plastry.  – Oby nie ostygła do czasu, kiedy skończę pracować. Wolał na razie nie zastanawiać się, jak stąd uciekną. 24 Vivo | Istvan Vizvary 5. Odkąd ojciec Lizy Trommer zmartwychwstał, widy- wał się z córką co najmniej raz w tygodniu. Najczęściej u niego, w posiadłości Forever pod Londynem, czasami zaś w jej domu, który odwzorowano w vivo równie do- kładnie, co cały Londyn. Nie były to spotkania przepeł- nione czułością czy głębokim zrozumieniem, raczej bła- hymi pogawędkami. W ankietach ewaluacyjnych domu spokojnej starości Forever Liza niezmiennie powtarzała, że stosunki z ojcem poprawiły się od czasu jego zamiesz- kania tam. „Nareszcie”, dodawała w myślach. „Szkoda, że dopiero po jego śmierci”. Teraz, w autobusie, który dziesięć minut temu miał dowieźć ją na Tottenham Court, a tylko wisiał w korku, wspominała ostatnie spotkanie z ojcem. Nie odżywa- ła wizyty z zapisów vivo, tylko zwyczajnie odtwarzała w pamięci. Łąkę nad brzegiem Tamizy, kanapki przy- szykowane przez panie z kuchni, pensjonariuszki Ro- dezji, sąsiedniego domu, które machały im ze swoich łodzi wiosłowych. 25 Vivo | Istvan Vizvary  – Zastanawiam się nad przeniesieniem się do ciebie  – powiedziała, kiedy wstawali z trawy i składali koc.  – Jeszcze nie dziś, ale wkrótce.  – Czyżbyś była zmęczona tym całym krawiectwem?  – W głosie ojca nie było nawet cienia złośliwości, co nie przestawało jej dziwić. Od dwudziestu dwóch lat i trzech miesięcy, odkąd pierwszy raz odezwał się do niej w Forever.  – Mam coraz mniej klientów  – odparła.  – Ludzie wolą drukować ubrania. Dla mnie zostają wyłącznie zwariowani staruszkowie. I fetyszyści. Mało pieniędzy, satysfakcji jeszcze mniej.  – Jeśli będziemy mieli osobne pokoje, nie powinni- śmy się zagryźć.  – Ucałował ją na pożegnanie.  – Choć wydaje mi się, że mimo wszystko za wcześnie na ciebie. Jesteś jeszcze młoda. Patrzyła za nim, jak odchodził z koszem pikniko- wym w jednym ręku i kocem w drugim. Hans Trommer, lat dziewięćdziesiąt dwa, licząc od dnia narodzin. Albo dwadzieścia dwa, jeśli od zmartwychwstania. Lub sie- demdziesiąt, jak w chwili śmierci, biorąc pod uwagę, że nie wyglądał, jakby postarzał się choć o jeden dzień.  – Proszę państwa, będziemy lądować przed stacją końcową.  – Z zamyślenia wyrwał Lizę aksamitny głos pokładowego asystenta.  – Policja zdecydowała się nie udostępniać przestrzeni nad Tottenham Court przez najbliższą godzinę. Prosimy o nieodpinanie pasów aż do otwarcia drzwi. Liza westchnęła i wyjrzała przez okno. Opadali. Ja- kieś pięćdziesiąt metrów od nich na ulicy leżał olbrzymi krokodyl, zdeformowany w niepokojący, niezrozumiały 26 Vivo | Istvan Vizvary sposób. Unosiły się nad nim roje reporterskich trzmieli i much. Policyjne drony zawisły dyskretnie na skraju parku, przyglądając się tłumkowi gapiów, który zgro- madził się wokół niecodziennego, nawet jak na Londyn, zjawiska. Wewnątrz odgrodzonej taśmą przestrzeni uwi- jali się ludzie w kombinezonach.  – Co tam się dzieje?  – Liza spytała swojego asystenta, odwracając wzrok. Czasami nie rozumiała tego miasta.  – Służby miejskie przygotowują się do usunięcia niele- galnej bioinstalacji. Nitroalgi drukowane na kalcifeksach.  – Rzeźba krokodyla?  – Można tak powiedzieć  – przyznał.  – Chociaż de- mentowane wiadomości spekulują o smoku z Drumloftu.  – Drumloft? Co to?  – Zdążyli opaść na tyle nisko, że krokodyla nie było już widać zza innych zmuszonych do lądowania pojazdów.  – Popularny rozrywkowy świat vivo, zaludniony nie tylko przez ludzi, ale też istoty w rodzaju smoków i krasnoludów. Liza wzruszyła ramionami. Z trudem przyszło jej za- akceptować samo istnienie vivo wraz z pomysłem, żeby traktować osoby tam żyjące jak prawdziwe. Pomysł dru- kowania na londyńskich ulicach rzeźb smoków wydawał się nawet niewart drugiej myśli.  – Ile czasu zajmie mi droga?  – spytała asystenta, wy- siadając.  – Dwadzieścia minut, nie musisz się spieszyć. Popro- wadzić cię?  – Dam sobie radę. Prosto i potem w prawo, tak? Nie odezwał się, czyli miała rację. Chodnik zawężono do połowy jarzącą się zielono taśmą, zaś kilku policjan- 27 Vivo | Istvan Vizvary tów przy pomocy trzmieli pilnowało, żeby gapie stali w wyznaczonych miejscach na jezdni, nie tamując ruchu pieszych. Liza szła szybko, zdecydowana nie poświęcić rzeźbie nawet jednego spojrzenia. Do odwrócenia głowy zmusiło ją uczucie bycia obser- wowaną. Przez chwilę walczyła z odruchem, w końcu jednak spojrzała z miną, którą przybierała zwykle w od- powiedzi na zaczepki nachalnych wielbicieli pełnych kształtów. Spodziewała się któregoś z mężczyzn w kombine- zonach, jednak nie był to żaden z nich. Z olbrzymiej głowy patrzyło na nią oko, wielkie niczym koło tereno- wego samochodu. Zimne, błękitne, jak u kota. I matowe, jak u łososia, którego dawno, dawno temu widziała na straganie. Z pewnością nie mogło należeć do krokodyla, nawet gigantycznego.  – Nitroalgi są żywe, prawda?  – spytała asystenta, przyspieszając kroku.  – Tak. To zmodyfikowane genetycznie sinice. Twórca: James Dwight. Powiedzieć więcej?  – Nie, nie. „Po prostu to oko wygląda zupełnie jak żywe”, pomy- ślała. „W każdym razie niedawno żywe”. Pierwszy klient, którego spodziewała się tego dnia, na- zywał się Alfred Ulver. Jego poprzedni krawiec przeniósł się ostatnio do Forever, musiał więc znaleźć kogoś nowego. Asystent Lizy wywiedział się trochę o tego Ulvera. Wizytówka twierdziła, że jest „tradycyjnym psychia- trą, zajmującym się osobami, które nie ufają nowym, bezdusznym technologiom, a potrzebują uleczyć duszę 28 Vivo | Istvan Vizvary z problemów trapiących wszystkich przywiązanych do starego, dobrego świata”.  – To raczej ja powinnam być jego klientką  – zażar- towała Liza, słuchając sprawozdania.  – Nie pasujesz do towarzystwa  – odparł asystent.  – Najczęściej to dystyngowane, zasuszone panie po setce. Czasem dobrze po setce. Wystawiają mu same doskona- łe opinie. „Zawsze w idealnie skrojonym surducie, godny następca doktora Freuda”, zdaniem Trudy Malone, lat sto trzy. „Żaden asystent nie rozumie mnie tak, jak dok- tor Ulver”, to jakaś Lena Tromp, sto osiem. „Przemiły, dystyngowany fachowiec w starym, dobrym stylu”, we- dług niejakiej Adele, lat zaledwie siedemdziesiąt siedem.  – Gówniara  – skwitowała Liza, mrużąc oko.  – Po- twierdź wizytę tego Ulvera. Mam nadzieję, że nie okaże się kolejnym wariatem. W urnie zaufania psychiatry nie było żadnych czar- nych kulek, znalazło się nawet kilka błękitnych. „Ale ja mam więcej”, z zadowoleniem skonstatowała Liza. Nigdy wcześniej nie szyła surduta, dlatego przygo- towała się solidnie, szukając wzorów i przygotowując wykroje. Kiedy wchodziła do pracowni, była dziesiąta. „Zdążę się jeszcze napić herbaty”, pomyślała, zdejmu- jąc i odwieszając płaszcz. Zdążyła wypić nawet dwie. Klient spóźnił się ponad godzinę.  – Nawet nie wiem, jak panią przepraszać!  – krzyknął w progu, zanim jeszcze zdążyła się zorientować, kim jest mężczyzna w staroświeckim płaszczu. „Poprawiłabym kołnierz”, pomyślała. 29 Vivo | Istvan Vizvary  – Profesor Ulver?  – spytała, odstawiając filiżankę na biurko.  – To właśnie ja. Cóż za przerażające wydarzenia spo- tykają w tych czasach to piękne miasto! Niech pani sobie wyobrazi, że zostałem wciągnięty w uliczną burdę! Le- dwo zdołałem się wyrwać! Samo doprowadzenie się do porządku zajęło mi ponad pół godziny. Gdybym chociaż miał pewność, że nie czuć już ode mnie podrobów! Nie miała pojęcia, o czym mężczyzna mówi, i zu- pełnie nie wiedziała, co powiedzieć. Wypadało poroz- mawiać chwilę przed przejściem do interesów, jak jed- nak wypytywać dystyngowanego profesora psychiatrii o przyczyny, dla których miałby śmierdzieć podrobami? Kto w tych czasach w ogóle zna takie słowa? Widywała już szalonych staruszków, ale profesor nie wyglądał na- wet na swoje siedemdziesiąt lat.  – Otóż, droga pani  – kontynuował  – z mojego miesz- kania do pani pracowni idzie się ulicą Tottenham Court, której część zamknięto dziś z okazji jakiegoś performan- su. Grupa anarchistów umieściła tam pod osłoną nocy olbrzymich rozmiarów figurę smoka albo może innego mitycznego stworzenia. Na jezdni! Czy mógłbym po- prosić herbaty? Kiwnęła tylko głową, aby nie wybić go z rytmu. Jego monolog miał szansę zastąpić błahą pogawędkę, nie- zbędną zwykle przed przejściem do właściwych spraw.  – Akurat kiedy przechodziłem obok, jakaś grupką młokosów, z pewnością jeszcze przed pięćdziesiątką, przełamała policyjne bariery i rzuciła się ciąć zwierzaka na części. Przez wyłom w kordonie przedostawali się 30 Vivo | Istvan Vizvary następni i tak to szło. Ja miałem nieszczęście znaleźć się na drodze tej tłuszczy. Jestem wprawdzie sprawny fizycznie, ale przez dobre dziesięć minut nie mogłem przebić się poprzez rozszalały tłum. Podała mu filiżankę, usiłując przypomnieć sobie, czy cokolwiek oprócz policyjnej taśmy oddzielało tłumek na Tottenham Court od rzeźby smoka.  – Gdybym jednak był tylko poobijany! Zanim zdą- żyłem choćby otrzepać się z kurzu i brudu, zaczął się odwrót! Ta sama hołota, która wcześniej nieomal zbiła mnie z nóg, teraz naparła w przeciwnym kierunku, ucie- kając z trofeami. Każdy ściskał przy piersi wielki kawał mięsa. Niektórym udało się dopaść jakichś odrażających gruczołów. Ten jeden, który przewrócił się wprost pod moimi nogami, wepchnął mi w ręce kawał wątroby. Po- chlapał mi garnitur, zaś koszula nadawała się tylko do wyrzucenia! Musiałem wrócić do domu i przebrać się! Zresztą to już chyba pani mówiłem. odetchnął. Ulver wychylił duszkiem zawartość filiżanki i głęboko  – Dzień dobry  – powiedział, rozglądając się z za- dowoleniem po pracowni.  – Chyba znalazłem w pani bratnią duszę. „Czyli jednak wariat”, westchnęła Liza. „Dobrze, że przynajmniej nieszkodliwy”. Zabrała się do pracy. 31 Vivo | Istvan Vizvary Vivo Copyright © Istvan Vizvary Copyright © Wydawnictwo Genius Creations Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak Copyright © for the cover art by Robert Rajszczak Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2017 r. druk ISBN 978-83-7995-122-2 epub ISBN 978-83-7995-123-9 mobi ISBN 978-83-7995-124-6 Redakcja: Anna Kańtoch Korekta: dr Marta Kładź-Kocot Ilustracja i projekt okładki: Robert Rajszczak Skład i typografia: Marcin A. Dobkowski | www.proAutor.pl Redaktor naczelny: Marcin A. Dobkowski Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicz- nie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. MORGANA Katarzyna Wolszczak ul. Kormoranów 126/31 85-453 Bydgoszcz sekretariat@geniuscreations.pl www.geniuscreations.pl Książka najtaniej dostępna w księgarniach www.MadBooks.pl www.eBook.MadBooks.pl Pętle pamięci Marcin Kowalczyk Vermil Olson pragnie zostać pisarzem. Niestety, nie ma ani odrobiny talen- tu. Korzysta więc ze zlepiacza nar- racyjnego: urządzenia, które potrafi wydestylować fabułę wprost z mózgu „autora”. Szybko okazuje się jednak, że jego pisanie to coś więcej niż tylko zaspokojenie potrzeby tworzenia. W powstającej powieści podświadomość Vermila ukrywa bowiem informacje, które mogą uratować mu życie. „Pętle pamięci” łączą klasyczne fantasy z science fiction, tworząc zaskakujący koktajl sensów i reinterpretacji, prowadzący do niespodziewanego finału. Pasja i twórczość często idą w parze. Jak w tańcu. Ważne jednak, by nie zmylić kroku, podążać za muzyką słów. Marcin Kowalczyk z pewnością ma i talent, i pasję, które doskonale ze sobą współgrają. „Pętle pamięci” to książka pełna niespodzianek. Lekki styl, humor i wciągająca historia sprawiają, że po tę powieść naprawdę warto sięgnąć. - Ahsan Ridha Hassan, autor „Trupojada i dziewczyny” i współautor (z Januszem L. Wiśniewskim) „Eksplozji” https://geniuscreations.pl/ksiazki/petle-pamieci-marcin-kowalczyk/ Fobia Dawid Kain Bliska przyszłość, w której ludzie za- słonili sobie świat nakładkami nowej sieci – Immersjonetu. Żyją w gigan- tycznych kompleksach mieszkalnych, z całodobową obsługą dronów i botów. Magdalena Kordowa musiała porzucić studia i znajomych, by zaopiekować się ojcem – pisarzem, który postradał zmysły w pogoni za arcydziełem. Ten pewnego dnia zniknął, zostawiając po sobie jedynie ostatnią powieść, „Kres Komunikacji” skrywającą wskazówki dotyczące swojej niewytłumaczalnej ucieczki. „Czy Magda rozwiążę zagadkę i odnajdzie ojca mimo obezwładnia- jącego ją lęku? Fobia to zaskakująca powieść, w której z każdą kolejną stroną treść kształtuje formę i na odwrót. Kain nie potrzebuje reklamy, wystarczy, że po raz kolejny udowadnia, że jego wyobraźnia nie zna granic.” Aleksandra Zielińska, autorka powieści „Przypadek Alicji” „Literatura ciężka jak neuroleptyk, Polska pod rządami bestii i pudełko pełne niczego. Trzymacie w swoich rękach ważną książkę. Jest do- wodem na to, że przekraczanie gatunkowych ram to jedyna droga, by nazwać czerń przelewającą się w środku, a przynajmniej – spróbować to zrobić. Bo mierzyć się z lękiem przed nicością i nie zwariować, nie upaść w nicość, to przecież prawie niemożliwe.” Cezary Zbierzchowski, autor „Requiem dla lalek” i „Holocaustu F” https://geniuscreations.pl/ksiazki/fobia-dawid-kain/ Zima Michał Ochnik Do Vadeline, sennej miejscowości zagubionej gdzieś na rubieżach świa- ta Zimy, przybywa młody teatrolog, Victor Caillou. Poszukuje zaginio- nych sztuk Samuela Zimmermana, genialnego, acz szalonego dramaturga. Wierzy, że znajdzie w nich zaszyfro- wane wskazówki, jak unicestwić Białą Królową – tajemniczą nieśmiertelną istotę, która od dwustu lat bezwzględ- nie panuje nad całym światem. „Zima” to nastrojowa opowieść o pro- stych ludziach. O małych i wielkich radościach oraz idących z nimi w parze tragediach. O walce prowadzonej zarówno słowem, jak i mieczem. O poszukiwaniach utraconej tożsamości. O sztuce, która uwalnia ze szponów strachu. O drodze, która często ważniejsza jest od celu. „Jeżeli w ogarniętym terrorem Białej Królowej świecie Zimy pozostała jeszcze jakaś magia, to jest to z pewnością magia teatru, która potrafi stopić najtwardszy nawet lód serca. Michał Ochnik snuje fascynującą opowieść o sztuce, marzeniach, strachu i ludzkiej obojętności, umiejęt- nie wplatając baśniowe wątki do ponurego obrazu rzeczywistości bez- względnej dyktatury. Równie niecodzienny jak świat Zimy jest główny bohater – Victor Caillou, ekscentryczny młody teatrolog, oszust, marzyciel i szaleniec, którego życiowa pasja może przechylić szalę zwycięstwa na korzyść rewolucjonistów albo ostatecznie ich pogrążyć.” - Maria Zdybska, autorka „Wyspy mgieł” https://geniuscreations.pl/ksiazki/zima-michal-ochnik/ Czarownica znad Kałuży Artur Olchowy Świat sprzed wojny, która zdziesiąt- kowała ludzkość, pamięta już tylko Koślawa – stara zielarka mieszkająca nieopodal mazurskiego Okartowa. Przeczuwając zbliżającą się śmierć, przyjmuje na ucznia syna miejscowe- go gospodarza, by przekazać mu całą swą wiedzę. Tymczasem do wsi przybywa nowy wikariusz. Realizując swoją szczególną misję, burzy ustalony ład okartowskiej społeczności. W walce o małą ojczyznę i jej mieszkańców Czarownicy przyjdzie zmierzyć się nie tylko z bezwzględnymi i niekiedy szalonymi ludźmi, lecz także z własną starością, chorobą i sumieniem. „Przed wami niesamowita książka autora, którego naprawdę warto za- pamiętać. Szczerze polecam!”- Robert J. Szmidt, autor „Samotności Anioła Zagłady”, „Łatwo być bogiem” i „Ucieczki z raju” „Proza Olchowego to proza specyficzna. Jeśli szukacie literatury stricte rozrywkowej, to „Czarownica…” jak i inne produkcje Artura nie jest dla was. Rozrywkę tam bowiem znajdziecie, ale doprawioną przy- prawami, które niekoniecznie zniesie co słabsza czytelnicza głowa.” - Marcin Podlewski, autor cyklu „Głębia” I TOM OPOWIEŚCI ZNAD KAŁUŻY https://geniuscreations.pl/ksiazki/czarownica-znad-kaluzy-artur-olchowy/ Zamek Cieni Noc kota, dzień sowy: Marta Kładź-Kocot W Castelburgu, bogatym por- towym mieście, władzę przejmuje makiaweliczny Książę, a wygna- ni arystokraci zakładają Bractwo i z pomocą niejakiego Dionisiusa Grandiniego próbują obalić tyrana. W Emain Avallach, siedzibie ma- gów, niepozorny bibliotekarz zostaje skazany na śmierć, a para kochanków wygnana. W odległym… Zatrzymajmy się przy parze ko- chanków. Opowieści o wielkiej miłości mają zawsze wyjątkową moc. Wiedzą o tym Prządki, więc kiedy na ich oczach rodzi się taka opowieść, uważnie ją obserwują. Siądźmy więc cicho i patrz- my, jak splotą historię Mitrii i Jardala, dwojga czarodziejów, któ- rzy pokochali się, łamiąc tym samym prastare prawo. Udajmy się z nimi w podróż w poszukiwaniu siebie samych i siebie nawzajem. Wytężcie słuch! Nocą usłyszycie stąpanie miękkich kocich łap, a w dzień prawie bezszelestne bicie sowich skrzydeł. „Najpierw pomyślałam, że to historia o miłości, a pomysł na głów- ny wątek jest czarujący i niebanalny. Potem doszłam do wniosku, że to jednak będzie opowieść o magii i politycznej intrydze. Następnie wpadło mi do głowy, że wszystkie drogi prowadzą do pewnego mia- sta i będzie to historia jego przemian. Jeszcze później dotarło do mnie, że i miasto, i bohaterowie dążą do wolności. Ta powieść ma wiele poziomów, wiele znaczeń i wciąż się zmienia, wciąga i fascynuje. Z każdą odwrócona stroną zapadałam się w nią bardziej, ciekawa, czym jeszcze mnie zaskoczy.” - Marta Krajewska, dwukrotnie nominowana do nagrody Janusza A. Zajdla I TOM NOCY KOTA, DNIA SOWY https://geniuscreations.pl/ksiazki/noc-kota-dzien-sowy-zamek-cieni-marta-kladz-kocot/ Tropiciel Małgorzata Lisińska Sodi Yudherthardere, dla przyjaciół i ludzi z problemami wymowy po pro- stu Sodi, to krasnoludzki Tropiciel ze słabością do kobiet, alkoholu, złota, bi- jatyk i magii (dosłowną). U boku Yasy (najpotężniejszego żyjącego maga) i Likal (seksownej, potężnej i kom- pletnie nim niezainteresowanej uczen- nicy maga) wyrusza w podróż po Kra- inie, a w drodze przeważnie cierpi na migrenę. Niczym bohaterowie bajek, tylko zupełnie inaczej, ta trójka stawia czoła wyzwaniom godnym herosów. Książka dla czytelnika dorosłego lub posiadającego certyfikat znajo- mości łaciny podwórkowej! „Mistrz Haxerlin i Thuz z miejsca polubili Sodiego. Idealny towarzysz podróży, bajarz, mitoman i drań w ich stylu!” - Jacek Wróbel, autor serii „Haxerlin” I TOM BAJEK KRASNOLUDÓW https://geniuscreations.pl/ksiazki/tropiciel-malgorzata-lisinska/ Armadillo Bartosz Orlewski Do Armadillo przyjechali tak jak przystało na Dzikim Zachodzie: w samo południe, z rewolwerami w dło- niach, by obrabować bank. Niestety, nic nie poszło zgodnie z planem. Zgi- nęli, a miasteczko zostało przeklęte. Dla czterech z nich był to prawdziwy koniec, ale dla Toma dopiero początek. Sto lat później klątwa zaczyna słabnąć, a Tom, strażnik Armadillo, wreszcie poznaje prawdę o tajemniczym ma- gu-bankierze, odpowiedzialnym za śmierć przyjaciół i jego własny parszywy los. Jednak w Armadillo prawda nie wyzwala, nie uszlachetnia… zmienia jedynie kajdany na okowy i z deszczu lądujesz prosto w gównoburzy! Witajcie w Armadillo! „Western, horror, groteska i bohater z ogniem zamiast oczu… Książka Bartosza Orlewskiego to pozycja dla tych, którzy lubią szaleńczy slalom między literackimi gatunkami, w stylu jak najbardziej dowolnym.” - Dawid Kain, autor powieści „Kotku, jestem w ogniu” i „Fobia” https://geniuscreations.pl/ksiazki/armadillo-bartosz-orlewski/ Komandoria 54 Marcin A. Guzek Na rubieżach upadającego Imperium, w dowodzonej przez Olafa Koman- dorii 54, stacjonuje grupa nowicjuszy Zakonu Szarej Straży. Ten mały i nie- doświadczony oddział ma za zadanie egzekwować prawo i zapewnić osad- nikom bezpieczeństwo. Nie będzie to jednak proste. Na pograniczu schronienia szukają adepci zakazanych sztuk, przestępcy i zbiegli niewolnicy. Granicę przekra- czają dzikie plemiona, a w łupieżczych wyprawach towarzyszą im potężni szamani i nadprzyrodzone istoty. Imperium wystawia przeciwko nim nie grupę rycerzy w lśniących zbrojach, a niedoświadczonych rekrutów pod wodzą zgorzkniałego weterana. Czy to może się skoczyć inaczej niż pożogą i zgliszczami, płaczem ocalałych i lamentem wziętych w niewolę? „Przyjemny mariaż historycznej wiedzy autora z fabularną lekkością, przyprawiony ostrymi żeleźcami toporów i świstem strzał. W sam raz by umilić deszczowe popołudnie.” - Jacek Łukawski, autor „Krew i stal” i „Grom i szkwał” PIERWSZY TOM SZARYCH PŁASZCZY https://geniuscreations.pl/ksiazki/szare-plaszcze-komandoria-54-marcin-a-guzek/
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Vivo
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: