Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00327 007701 11223312 na godz. na dobę w sumie
W amoku - ebook/pdf
W amoku - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 224
Wydawca: Wydawnictwo Psychoskok Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3790-0447-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook (-31%), audiobook).
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Stefania Jagielnicka-Kamieniecka „W amoku” Copyright © by Stefania Jagielnicka-Kamieniecka, 2015 Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o., 2015 Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy. Skład: Jacek Antoniewski Projekt okładki: Robert Rumak Korekta: Paulina Jóźwiak Ilustracje na okładce: © agsandrew – Fotolia.com ISBN: 978‒83‒7900‒447‒8 Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. ul. Spółdzielców 3/325, 62‑510 Konin tel. 63 242 02 02 http://wydawnictwo.psychoskok.pl e‑mail: wydawnictwo@psychoskok.pl Spis treści Rozdział 1 7 „W takiej ciszy można dotrzeć do takiego miejsca w głębi duszy, gdzie łzy zamieniają się w perły” – przyszło jej do głowy. Rozdział 2 17 Przygasł blask jego lazurowych oczu obramowanych rzęsami marzyciela, doprowadzającymi dziewczyny do wzdychań. Rozdział 3 28 Możesz być z niego dumna – stwierdził jej ojciec. – Nie płacz, Bóg czuwa nad internowanymi – pocieszał ją. Rozdział 4 33 Przed nim siedział za biurkiem chudy, kościsty człowiek w garniturze, o żółtej twarzy, wielkich, przenikliwych oczach i kpiącym uśmieszku na ustach. Rozdział 5 40 „Inni modlili się, chodzili na msze za internowanych, prosili Boga o ich uwolnienie. Mieli nadzieję, że Bóg ich wysłucha” – myślała zrozpaczona. „A ja… zwróciłam się o pomoc do wroga”. Rozdział 6 46 „Wiem, trudno ci jest pogodzić się z przegraną. Zawsze wygrywałeś i miałeś wszystko, czego zapragnąłeś. To urażona ambicja”. Rozdział 7 51 A on był w jej oczach wielkim artystą, dla którego poświęcała się z całym oddaniem. Była z niego dumna. Rozpierało ją poczucie szczęścia. Do czasu… 3 Rozdział 8 62 Tak, to był on. Trudno było go nie zauważyć, gdyż swym atrakcyjnym wyglądem zwracał na siebie uwagę. Rozdział 9 72 Jak możesz tak mówić? To nie był seks. To było… olśnienie, upojenie, szaleństwo. Zespolenie ciał i dusz. Rozdział 10 Nie wyobrażała sobie, że mogłaby go zdradzić. Dlatego odtrąciła swojego pierwszego kochanka, chociaż w dalszym ciągu się jej podobał. Wciąż o nim myślała. Zaimponował jej uporem. 79 Rozdział 11 86 Zabiję tego skurwysyna! Zabiję! – krzyczał, tłukąc wazony. Z wściekłością rzucił swą ulubioną naftową lampą w okno, rozbijając szybę. Rozdział 12 Leczenie duszy, rozwiązywanie problemów natury psychicznej jest bardzo trudne – zaczął psychoterapeuta spokojnym, cichym głosem, zanurzając palce we włosach i zaczesując je do tyłu. Rozdział 13 W wieku chłopięcym bójki zdarzały mi się co dzień. Popisywałem się siłą. Jednak od czasów licealnych, kiedy dla jednego z kolegów źle się to skończyło, nauczyłem się hamować. Rozdział 14 Nigdy nie zależało mi na długim życiu. Chciałem żyć krótko, ale intensywnie, tak jak mi się podoba. I tak żyłem. Rozdział 15 Przyznam ci się, że ja tobie nie zazdroszczę. Tego stresu, tej szalonej konkurencji, no 97 104 112 118 4 i w ogóle… życia w obcym kraju. Rozdział 16 Wszystko potoczyło się niemal błyskawicznie, niczym we śnie. Wzburzony szybko wyszedł z mieszkania, zbiegł po schodach, wsiadł do samochodu i odjechał. Rozdział 17 Tutaj znów była sobą. Oddychała pełną piersią, czując, że wraca z zaświatów do centrum życia, swojego autentycznego życia. Rozdział 18 I wtedy zaczęło się prawdziwe piekło. Upijał się, bił mnie, wyładowywał też złość na dziecku. No i… wiesz już, jak to się skończyło. Rozdział 19 To było furchtbar! Ja zarazki zadzwoniła na policja. Maglowali mnie cała godzina abo i dłuży. Ja była… ganz kaput. Ja jeim pedziała, co wy strasznie się wadzili i ty chciała od niego furt. Rozdział 20 Kolejnych kochanków traktowała jak obiekty zaspokojenia popędu seksualnego. Tak też było początkowo w przypadku Edwarda. Rozdział 21 Strasznie było jej go żal. „Taki wspaniały mężczyzna, świetny naukowiec, a tak bezradny wobec tego obsesyjnego uczucia, które go wykańcza” – myślała zmartwiona. Rozdział 22 Przed oczami miała słynny obraz Edvarda Muncha „Krzyk”, doskonale wyrażający stan jej duszy. Wewnętrznie krzyczała przeraźliwie, 131 135 152 161 175 183 190 5 lecz jej krzyk był niemy, tak samo jak krzyk groteskowej postaci na tym obrazie. Rozdział 23 199 Ze zdumieniem stwierdziła, że jej marna egzystencja, odcięta od sztafażu postaci, jakże bliskich, lecz jakże odległych w owym cudownym krajobrazie, nabiera wśród tych wspaniałości szczególnego znaczenia. Rozdział 24 Ona milczała, zszokowana tym, co się z nimi działo. Nie znajdowała odpowiednich słów, zaskoczona intensywnością uczucia, które ją opanowało. Rozdział 25 Znalazła się w innym świecie, niepodobnym do tego realnego. Zewsząd otaczało ją niewyobrażalne piękno. Nierealne i niematerialne. 212 220 6 Rozdział 1 „W takiej ciszy można dotrzeć do takiego miejsca w głębi duszy, gdzie łzy zamieniają się w perły” – przyszło jej do głowy. Zapadający zmierzch, magiczna pora między dniem a nocą, otulał łagodnie kształty i barwy, nadając mięk- kość kanciastym konturom mebli wspaniałego salonu. Za dużym oknem majaczyła grafika zimowego pejzażu. Młoda kobieta siedziała bezczynnie na kanapie, chłonąc ciszę brzmią- cą tak czysto tylko o zmroku. Przyjrzałam się jej uważnie. Nie wyglądała zbyt dobrze. Jej zmatowiałe od płaczu, ogromne sarnie oczy wyrażały rezygnację. Widać było, że zabrakło w nich już łez. Nic jednak nie było w stanie przyćmić jej urody. Była zjawiskowo piękna. Wygodnie oparta, z założonymi długimi nogami, siedziała na biedermeierowskiej kanapie z zielono-żółtym obiciem. Burza jej długich, mahoniowych włosów harmonizowała z głębokim brązem podkreślonych oczu i alabastrową kar- nacją subtelnej twarzy, tworząc wraz z jej ubiorem i kanapą ciekawą kompozycję kolorystyczną. Miała na sobie pomarań- czowy sweterek i liliowe spodnie. Przed nią na ludwikowskim stoliku z marmurowym blatem stał kieliszek z niedopitym koniakiem, popielniczka i otwarta paczka Marlboro. Duży pokój umeblowany był antycznymi meblami z różnych epok, zaś dwie nowoczesne stojące lampy, obrazy i inne elementy jego wystroju, zestawione ze sobą i z meblami w szokujący, awangardowy sposób, odzwierciedlały indywidualizm zamy- ślonej artystki, która go w ten oryginalny sposób urządziła. 7 Centralne miejsce salonu stanowił ogromny żyrandol z gór- skiego kryształu. Jego klosze przypominały kule obracające się we wnętrzu maszyny losującej. Z obu stron okna wychodzące- go na taras stały zielone rośliny w dużych donicach. Z jednej strony palma, z drugiej ogromny fikus. Całości dopełniały dwa tureckie dywany w brązowej tonacji. – Nic mi się nie chce – szepnęła Justyna, sięgając po papie- rosa. – Trzeba by zjeść kolację, ale tak dobrze mi się siedzi. „W takiej ciszy można dotrzeć do takiego miejsca w głębi duszy, gdzie łzy zamieniają się w perły” – przyszło jej do gło- wy. „Do sejfu, do którego klucze posiadają anioły. To miejsce kojącego spokoju. Są tam skarby ciężkich doświadczeń, gdyż nic lekkiego nie jest w stanie wpaść tak głęboko”. Zdawało się jej, że od tragicznej śmierci Mateusza upłynęła wieczność. Nie czuła rozpaczy, lecz uszła z niej energia, jak powietrze z przekłutego balonu. Odnosiła wrażenie, że gdy ostrze cierpienia przebiło jej serce, wypłynęła z niego cała krew. Patrząc niewidzącymi oczyma na ośnieżone kikuty drzew za oknem, paląc jednego papierosa po drugim, pogrążyła się we wspomnieniach szaleństwa, jakie przeżyła z Mateuszem. Postanowiłam to opisać, cofając się wraz z nią do początku tej dramatycznej historii: Oboje studiowali w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Poznali się, kiedy była na trzecim roku, a on na ostatnim. Śliczna dziewczyna nigdy nie zwróciłaby uwagi na niepozor- nego mężczyznę, gdyby nie euforia, jaka ogarnęła uczelnię po powstaniu „Solidarności”. Przed jej oczami przesuwały się obrazy z tamtych lat. Była „polska złota jesień” 1980. Leniwie snuł się pogodny październik, nieprzystający do nerwowej atmosfery „soli- darnościowego karnawału”. Wraz z zapachem zeschłych liści w powietrzu unosiła się aura niezwykłej, ekscytującej, acz ryzykownej, przygody. Na uczelni odbywały się burzliwe 8 dyskusje. Głównie na temat samorządności i działalności służb specjalnych w Akademii. Okazało się, że cały czas miały dostęp do teczek personalnych pracowników i studentów. Domagano się nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, do- puszczenia reprezentacji młodzieży akademickiej do ciał kolegialnych, zaprzestania indoktrynacji ideologią komuni- styczną. Nie zapominano także o kwestiach ekonomicznych: o zwiększeniu stypendiów, o przyznawaniu nagród wyłącznie za wyniki w nauce, a nie za zaangażowanie polityczne po stronie władzy. W dyskusjach brylował Mateusz, który żarliwie występo- wał przeciw rozpracowywaniu przez Służbę Bezpieczeństwa struktur powstałego we wrześniu Niezależnego Zrzeszenia Studentów, w którego działalność był zaangażowany. Mówił o rozbudowaniu agentury w szeregach Zrzeszenia, o jej po- sunięciach nękających i dezintegrujących organizację. Jego entuzjazm i elokwencja zafascynowały Justynę. Nie wstąpiła dotąd do NZS-u, bo jej chłopiec, który właśnie ukończył po- litologię, odradzał jej to gorliwie. Jego ojciec był pierwszym sekretarzem komitetu wojewódzkiego w Tarnowie, a on sam też należał już do partii. Wiedziała, że nie powinna zadawać się z takim „partyjniakiem”, lecz zakochała się w nim od pierwsze- go wejrzenia, bowiem stanowił uosobienie jej wymarzonego typu męskiej urody. Był bardzo wysoki i barczysty, ognisty brunet z zielonymi, kocimi oczyma, które ją zafascynowały. Jej rodzice, antykomunistycznie nastawieni repatrianci ze Wschodu, byliby zrozpaczeni, gdyby się o tym dowiedzieli. Pod wpływem wystąpień Mateusza, Justyna zapragnęła wstąpić do NZS-u. Długo jednak nie potrafiła zdobyć się na ten krok. Ciągnęło ją do Zrzeszenia, nie chciała jednak narazić się ukochanemu. Obawiała się, że z nią zerwie. A przy tym miała słaby charakter. Była płochliwa i nieśmiała. Zebrała się 9 jednak na odwagę i postanowiła w końcu skontaktować się z Mateuszem. Po pewnym zebraniu z drżeniem serca podeszła do niego. – Czy mógłbyś mnie wciągnąć do NZS-u? – spytała niemal szeptem, bo z wrażenia zaschło jej w gardle. – Nie jestem tak całkiem zdecydowana, więc chciałabym z tobą o tym poroz- mawiać. Wiesz, nigdy dotąd nie interesowałam się polityką, a poza tym… jestem podszyta tchórzem. – Przyjmiemy cię z otwartymi ramionami – odrzekł ucie- Dawno już zwrócił na nią uwagę i czekał tylko na okazję, szony. by zbliżyć się do niej. – Może wpadłabyś do mnie teraz, bo w publicznych miej- scach taka rozmowa jest niebezpieczna. Wszędzie pełno szpicli i podsłuchów. Mieszkam tu w pobliżu, przy Basztowej. – Mieszkasz przy Basztowej? Z rodzicami? – Nie. Sam. Wynajmuję małe mieszkanko od takiej starszej pani, która przeniosła się do córki. Wytrzeszczyła na niego oczy, zdumiona, skąd go stać na wynajmowanie mieszkania na Starym Mieście. Sama bytowała w akademiku, podobnie jak inni studenci spoza Krakowa. – Ale… – zająknęła się. – To musi być strasznie drogo. – Moi starzy mają forsę. Ojciec ma dobrze prosperują- cy zakład zegarmistrzowski, a matka… handluje dolarami – uśmiechnął się pobłażliwie. Zawahała się przez chwilę, czy pójść do niego, zastanawia- jąc się, czy on aby nie chce jej uwieść. Miał opinię podrywa- cza. Fama niosła, że jest świetny w łóżku. Przyjrzała mu się uważnie. Mimo niewysokiego wzrostu i drobnej budowy był bardzo męski. Jego fizjonomia wyrażała wybitną inteligencję. Wyglądał raczej na intelektualistę niż na artystę. Nosił czarny golf i szare dżinsy. Miał jasne, krótko ostrzyżone włosy, błę- kitne oczy o bystrym, przenikliwym spojrzeniu i olśniewający 10 uśmiech. Z jego twarzy emanowała energia i pewność siebie. Wzbudzał jej sympatię, lecz mimo to nie podobał się jej jako mężczyzna. Przede wszystkim dlatego, że był od niej niższy. Przeciskali się w tłumie wychodzących z zadymionej sali studentów. – Widzę, że dałaś się poderwać Mateuszowi – zauważyła jej przyjaciółka Maryla. – Myślałam, że pójdziesz z nami. Justyna zaczerwieniła się, lecz nic nie odpowiedziała. Wy- szli z uczelni na plac Matejki, gdzie grupki rozdyskutowanej młodzieży paliły papierosy. Parę metrów dalej skręcili w prawo i znaleźli się na Basztowej. Po przejściu paru metrów Mateusz zatrzymał się przed jedną z kamienic. – Tutaj mieszkam – oznajmił niemogącej otrząsnąć się z oszołomienia dziewczynie. Była niesamowicie podekscyto- wana. Ledwo mogła za nim nadążyć na uginających się nogach, gdy wbiegał po wysokich schodach. Na ostatnim piątym piętrze otworzył drzwi mieszkania po prawej stronie korytarza. – Musisz obejrzeć moje obrazy – rzekł, gdy weszli do środka. Po przejściu przez ciemny przedpokój z lustrem w złoco- nych ramach i garderobą, znaleźli się w dużym, wytapetowa- nym w brązowe wzorki salonie z przedwojennymi, solidnymi meblami z dębowego drzewa. Stał tam dwuczęściowy bufet, komoda, kanapa i okrągły stół przykryty szydełkowym koron- kowym beżowym obrusem. Wokół niego stały cztery krzesła z przybrudzonym żółtym obiciem. Na ścianach wisiały ciemne pejzaże. Zniszczony parkiet pokrywał niemal w całości ogrom- ny, wysłużony turecki dywan. Na stole leżały porozrzucane broszury i gazety. Obok kanapy, na podłodze stały trzy sterty książek prymitywnie wydanych w drugim obiegu. W pokoju panował artystyczny nieład. Meble były pokryte kurzem, a na dywanie można było zauważyć okruchy. – Wolałbym, kurcze, urządzić mieszkanie nowocześnie – skrzywił się Mateusz. – Ale cóż – rozłożył bezradnie ręce 11 – właścicielka mieszkania nie pozwoliła mi niczego zmieniać. Ma nadzieję na sprzedanie tych gratów. – Mnie się tu podoba. Lubię takie stare meble i przedwo- jenną atmosferę – rzekła zdyszana Justyna, rozglądając się po pokoju. – A co, wolałbyś meblościankę, żeby mieszkanie stra- ciło indywidualny charakter? To po prostu obłęd. Do jakiego mieszkania wejdziesz, wszędzie taka sama meblościanka… A tutaj… Wystarczy odkurzyć meble, wyczyścić obicia kanapy i krzeseł, kupić nowy dywan, wstawić jakiegoś dużego fikusa albo palmę i parę doniczkowych kwiatów – lustrowała uważ- nie pokój. – Powiesiłbyś jeszcze jakieś ładne zasłony, białe, muślinowe firanki, i byłoby całkiem przytulnie. – Jestem strasznie zajęty działalnością. Nawet na malowanie nie mam czasu, kurcze. Zacząłem ciekawy obraz i nie wiem, kiedy go skończę… – A te fajne pejzaże ona ci zostawiła? – przerwała mu. – Sam je namalowałem. Ona miała na ścianach rodzinne portrety… Na razie musi zostać tak, jak jest… Na szczęście starsza pani zabrała do córki meble z sypialni, w której urzą- dziłem pracownię. Pokój jest duży, więc wstawiłem do niego tapczan, szafę na ubrania i półkę z książkami. Nie ma tam naj- lepszego światła do malowania, ale ujdzie. Mam tu też kuchnię i łazienkę. Chcesz zobaczyć? Musimy wrócić do przedpokoju. – Nie, nie – zaprzeczyła. – Odsapnę trochę na kanapie. Wykończyły mnie te schody. – Dzięki nim mam to mieszkanie. Jego właścicielka nie miała już siły po nich wchodzić… Zmęczyłaś się, co? Okay. Najpierw napijemy się piwa, obrazy pokażę ci potem. „Ten sobie żyje. Nie ma to, jak zasobni rodzice.” – pomyślała z zazdrością. Sama musiała się gnieździć w małym pokoiku w akademiku, wspólnie z koleżanką. U niej w domu się nie przelewało. Ojciec był księgowym w spółdzielni rzemieślniczej, a matka pracowała jako sekretarka w szkole podstawowej. 12 Mateusz wyszedł do kuchni. Po chwili przyniósł na tacy butelkę piwa z lodówki i dwie szklanki. Postawił je na sto- le, otworzył butelkę i opróżnił, wlewając jej zawartość do szklanek. Usiadł naprzeciw niej na krześle. Patrzył na nią poważnym wzrokiem. Nic nie wskazywało na to, że chce ją uwieść. Uspokoiła się, łyknąwszy nieco piwa. – Pochodzę z Katowic, a ty? – spytał. – Wyobraź sobie, że też – odpowiedziała spokojnym tonem, ponieważ zdążyła już ochłonąć. Popijali piwo i prowadzili rozmowę o ostatnich wydarze- niach. – Wiesz, moi rodzice strasznie się przejmują, co wieczór słuchają „Wolnej Europy”, całe dnie tylko o tym rozmawiają… Ale ja… tak jakoś… nie jestem specjalnie zaangażowana – mówiła niepewnie. – To znaczy nie byłam… do czasu, kiedy usłyszałam cię na zebraniu – zaczerwieniła się z powodu tego wyznania. – Koleżanka mnie tam zaciągnęła, bo ja… trochę na przekór rodzicom, zawsze z daleka trzymałam się od polityki. – Naprawdę? Dopiero teraz cię to poruszyło? – zdziwił się, patrząc jej przenikliwie w oczy. „Jaka ona śliczna” – my- ślał zafascynowany jej urodą. „Co za twarz! Wszystko duże: słodko-czekoladowe oczy, nos, usta. A całość taka subtelna, łagodna, ciepła. Ten… anielski uśmiech. No i te wspaniałe, rudawe włosy! Kiedyś namaluję jej portret”. – No, ja to już jestem starym konspiratorem – rzekł z dumą. – Zacząłem się angażować przed czterema laty. Ciebie jeszcze nie było w Krakowie, kiedy przeżyliśmy tu, kurcze, wstrząsające wydarzenie w maju siedemdziesiątego siódmego, zamordo- wanie z inspiracji Służby Bezpieczeństwa Stanisława Pyjasa, studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego zaangażowanego w dzia- łalność opozycyjną. Chyba słyszałaś? Wziąłem wówczas udział w „Czarnym marszu”, który na znak protestu przeszedł ulicami Krakowa. Zaraz po nim powołaliśmy niezależny Studencki 13 Komitet Solidarności, którego jednym z celów było dążenie do zainicjowania prac nad utworzeniem autentycznej i niezależnej reprezentacji studenckiej. Udało się dopiero po sierpniowych strajkach. Powstało wtedy Niezależne Zrzeszenie Studentów. Jego zalążki pojawiły się już w połowie września na Uniwersy- tecie Jagiellońskim, a w ciągu następnych pięciu dni także na kolejnych krakowskich uczelniach, między innymi w naszej Akademii. Teraz walczymy o rejestrację Zrzeszenia… – Wiem, słyszałam twoje bojowe wystąpienia – przerwała mu. – Właśnie pod jego wpływem chciałabym wstąpić do NZS-u. – To ryzykowne. Mamy wciąż na karku bezpiekę. Spotykają nas niesamowite szykany. Nie boisz się? – Trochę tak, jednak z drugiej strony rodzice od dzieciń- stwa wpajali mi niepodległościowe tradycje i nienawiść do komunistów, którzy im zmarnowali życie. Zdawało mi się, że to do mnie nie dociera, teraz jednak pobudziło do działa- nia. Strasznie długo się wahałam… Przyznam ci się, że to nie tylko chodziło o tchórzostwo… – umilkła, zastanawiając się, czy powiedzieć mu o Edku. – A o co jeszcze? Powiedz – nalegał. – Mój chłopiec jest… jakby tu powiedzieć… no, komunistą. – Rozumiem. Musisz z nim natychmiast zerwać. Inaczej nie będziemy mogli przyjąć cię do NZS-u. Żebyś mu, broń Boże, nie zdradziła swoich zamiarów. Spojrzał jej surowo w oczy i wstał z miejsca. – No, to teraz pokażę ci obrazy. Wyszli do przedpokoju, z którego do sypialnio-pracow- ni prowadziły odrapane drzwi. Zauważyła ciemny obraz na sztalugach i parę stojących na podłodze płócien. Zaczął jej je kolejno pokazywać. Były to atakujące jaskrawymi kolorami, abstrakcyjne malowidła. Zrobiły na niej duże wrażenie. – Naprawdę masz talent! – rzekła z zachwytem. 14 – Nie przesadzaj. Nie są zbyt dobre. Ten na sztalugach, to dopiero będzie mój pierwszy prawdziwy obraz. Takie będę teraz malować! – wykrzyknął z dzikim błyskiem w oczach. Przez moment spojrzała na niego zdziwiona. Zauważyła z niepokojem, że on ciężko dyszy z podniecenia. Odsunęła się od niego i zaczęła przyglądać się niedokończonemu dziełu, lecz było tak ciemne, że nie mogła na nim niczego rozpoznać. Może dlatego, że drżała na całym ciele. – Domyślasz się, co on będzie przedstawiał? – spytał pod- ekscytowany. – Nie mam pojęcia – odpowiedziała niepewnie. – Dopiero nad nim pracuję. Pokażę ci, jak skończę. – Powiedz, co to będzie – rzekła, starając się opanować. – No dobrze. Przypomnij sobie, po jakim wydarzeniu za- angażowałem się w walkę z komuną. – Ach, wiem! – wykrzyknęła. – Malujesz ten „Czarny marsz!”. bierać. W tym momencie rzucił się na nią i zaczął się do niej do- – Oszalałeś?! Co ci się stało?! – krzyczała, usiłując się wy- rwać z jego ramion. – Nie opieraj się, bo będę cię musiał zgwałcić, a to boli. – Ściskał ją w objęciach jak w kleszczach. Mimo drobnej postury był silny. Przestała się wyrywać, bo bała się bólu. Przeraziła się nie na żarty. Wówczas wziął ją na ręce i zaniósł na tapczan. Zaczął ją całować i pieścić z niesłychaną czułością. – Pokochaj mnie! – rzekł stłumionym głosem. Poddała się rozkoszy, gdy ją posiadł. Kochali się długo i namiętnie. To było nie do opisania, co się z nią działo. Nigdy nie przypuszczała, że seks może być czymś tak cudownym! Nigdy nie przeżyła czegoś takiego z Edwardem, chociaż był świetnym kochankiem. To była… prawdziwa miłość! – Już cię pokochałam – szepnęła wzruszona i uszczęśliwiona. 15 Choć tak wiele czasu upłynęło od tego wydarzenia, jego wspomnienie wywołało w niej burzę uczuć, z których długo nie mogła się otrząsnąć. Rozpamiętywała każdy szczegół tego wieczoru, a po policzkach spływały jej łzy wzruszenia. Nie przyszło jej do głowy ani wówczas, ani teraz, że owo upojne przeżycie spowodowane było niezwykłą sytuacją i zasko- czeniem brutalnym wstępem do stosunku. Edward długo ją przygotowywał do oddania mu się. I później, za każdym razem to ona decydowała, czy będą mieli seks. 16 Rozdział 2 Przygasł blask jego lazurowych oczu obramowanych rzęsami marzyciela, doprowadzającymi dziewczyny do wzdychań. Nazajutrz przeprowadziła się z domu studenckiego do mansardy przy Basztowej. W tym samym dniu w akademiku zjawił się Edek. – Ona wyprowadziła się – oznajmiła mu już od drzwi z ta- jemniczą miną Maryla, przyjaciółka Justyny, z którą dzieliła akademicki pokoik. – Pokłóciłyście się? Co się stało? A z kim teraz mieszka? – pytał zdziwiony. – Z pewnym… rewolucjonistą, działaczem NZS-u – odpo- wiedziała z kpiącym uśmieszkiem. – Co ty opowiadasz?! Wyprowadziła się z akademika? – krzyknął osłupiały. – Chyba żartujesz! – Mówię poważnie. Zakochała się. – Wygłupiasz się! Daj spokój z takimi żartami. – Zbladł jak ściana i usiadł na pustym łóżku Justyny. Regularne rysy jego pięknej twarzy wydłużyły się. Przygasł blask jego lazurowych oczu obramowanych rzęsami marzyciela, doprowadzającymi dziewczyny do wzdychań. Siedział zgarbiony i mierzwił czu- prynę swych kręconych, czarnych włosów. Maryli zrobiło się go żal. „Jak ta idiotka mogła zamienić tego wspaniałego, potężnego mężczyznę na takie chuchro? Piękna z nich była para!”. Usiadła obok niego i objęła go. – Strasznie mi przykro, Edku. Ona… po prostu oszalała. – Naprawdę? Mówisz poważnie? Jak to możliwe? Tak z dnia na dzień? Przed dwoma dniami była u mnie. Spaliśmy 17 ze sobą – wymamrotał. – Kochała mnie! – rozłożył bezrad- nie ręce. – Prosiła, żeby ci nic nie mówić. – Chyba zwariuję! – Mężczyzna wstał z łóżka, złapał się za głowę i zaczął chodzić tam i z powrotem po pokoiku. Po chwili zatrzymał się i rzekł zdecydowanym tonem: – Idę do tego faceta. Skuję mu mordę! Kto to jest? Powiedz mi, gdzie mieszka. – Nie wiem. Uspokój się. Myślę, że ona wkrótce oprzytom- nieje i wróci do ciebie. Zobaczysz, że tak będzie – pocieszała go. Spojrzał na nią rozpaczliwie, spuścił głowę i wyszedł sku- lony jak zbity pies. Gdy zjawił się w swym pokoju, w akademiku, mieszkający z nim Adam przeraził się jego ponurą miną. – Stało się coś złego? – spytał zaniepokojony. – Chodź na wódkę. Stawiam. Adam włożył kurtkę i, o nic nie pytając, podążył za nim do najbliższej podłej knajpy. Wypili setkę czystej z czerwoną kartką, zakąsili obowiązkowym śledzikiem. Edward wciąż milczał, jego kolega też, czekał cierpliwie na wyjaśnienie. – Idziemy dalej – odezwał się w końcu zgnębiony nie- szczęśnik. Zapłacił przy barze i udali się do następnej speluny. Obeszli w ten sposób parę podłych restauracji. W ostatniej, gdy mieli już dobrze w czubie, Edward wy- cedził przez zęby: – Justyna mnie zdradziła! Koniec świata! – Przecież gziliście się przed dwoma dniami. – Nie ma o czym mówić – wybełkotał zdradzony mężczy- zna. – Zabiję tego skurwysyna! Chodź, idziemy spać. Mam już dość tego zasranego życia. Gdy wrócili do akademika, zdjęli tylko buty i kurtki, po czym zwalili się na swe łóżka w ubraniu. Natychmiast usnęli. Rano Adam obudził się pierwszy. Potrząsnął kolegą: 18 – Wychodzę na zajęcia. Bądź szczęśliwy, że już obroniłeś magisterkę. Możesz jeszcze spać, ale uważaj, żebyś nie zrobił jakiegoś głupstwa. Edward przetarł oczy. – Muszę się dzisiaj policzyć z tym skurwysynem, który sprzątnął mi sprzed nosa Justynę – po- wiedział. – Jak to sprzątnął? – Ona przeprowadziła się do niego. – W takim razie to skończona sprawa. Daj sobie z nią spo- kój. Mało to dziewczyn szaleje za tobą? Możesz przebierać jak w ulęgałkach. Edward podniósł się z pościeli. – Co mi z tego? – wzruszył ramionami. – To są dziwki, same pchają się człowiekowi do łóżka. A ją musiałem przez pół roku zdobywać. Nie wyobrażasz sobie, stary, jaka ona jest wspaniała! Z żadną nigdy nie było mi tak dobrze jak z nią. – Jeszcze ci będzie. Z niejedną. Zapomnij o niej. Pies jej mordę lizał. – O nie! Drugiej takiej nie ma. Ona musi być moja! – krzyk- nął z desperacją. – Nie ustąpię, rozumiesz? Nie ustąpię. Będę za nią chodził jak pies. Tak długo, aż do mnie wróci. Byłem jej pierwszym mężczyzną i muszę zostać ostatnim. – To nie ma sensu. To się na nic nie zda, skoro z nim za- mieszkała. – Tak myślisz? – zastanowił się zdesperowany mężczy- zna. – Chyba masz rację. Robienie scen, nachodzenie ich nie ma sensu. Nie będę się poniżał. Muszę przeczekać, aż ona oprzytomnieje i zrozumie, że kocha mnie, a nie jego. Przecież jesteśmy dla siebie stworzeni. Pasujemy do siebie idealnie. Ona z pewnością oprzytomnieje i wróci do mnie skruszona… On jej zawrócił w głowie tą… poronioną walką z komunizmem, bo jest jakimś działaczem NZS-u. Ale ona się opamięta. Wróci do mnie – pokiwał głową z przekonaniem. – Zresztą… – wydął 19 wzgardliwie wargi. Tylko patrzeć, jak partia zabierze się ostro do tej całej „Solidarności”. – Co ty powiesz? To dobrze, że nie wstąpiłem do Zrzeszenia, a przyznam ci się, że mnie ciągnęło. Edward nie słuchał już kolegi. – Jak jej kochaś wyląduje w więzieniu, to przyleci do mnie z płaczem – bełkotał dalej. – Mój ojciec mu to załatwi… Prze- czekam, przeczekam tego skurwysyna. * Tymczasem Justyna instalowała się w mieszkaniu Mateusza. Oboje byli podekscytowani, nawzajem sobą oczarowani. Nigdy dotąd, z nikim innym, nie przeżyli takiej rozkoszy i uniesienia. Bezładnie opowiadali o sobie, poznawali swe ciała, umysły i serca. Odkrywali przed sobą nawzajem swe wnętrze. Raz po raz przerywali rozmieszczanie rzeczy Justyny i kochali się namiętnie. Nie mogli się sobą nasycić. To było istne szaleństwo, obłędny seks. I docieranie do najskrytszych zakątków duszy. Kiedy w końcu uporali się z przeprowadzką, usiedli wy- czerpani na kanapie i oprzytomnieli. – Jak my to powiemy rodzicom? – zmartwiła się Justyna. – A co mam zrobić z Edwardem? On mnie chyba zabije. – Nie przesadzaj. Poradzimy sobie, i z nim, i z rodzicami – uspokoił ją Mateusz. – Ja z moimi nie będę miał problemu. Stać ich na utrzymywanie nas do czasu, gdy zacznę sprzeda- wać obrazy. A twoi… będą zadowoleni, że związałaś się z kimś takim, jak ja. – No a Edward? Może mścić się na tobie. Donosić na ciebie. Nie da się ukryć, kim jesteś. – To jest problem – Mateusz westchnął ciężko. – Przez jakiś czas będziemy go mieć na karku, w końcu jednak się odczepi. 20
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:


Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: