Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00388 005750 11252870 na godz. na dobę w sumie
W kolorze krwi. Księgi I-IV - ebook/pdf
W kolorze krwi. Księgi I-IV - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Miasto Książek Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7954-047-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Mówią, że miłość jest wieczna. Mówią, że przekracza granice czasu, że jest silniejsza nawet od śmierci. Ale czy na pewno?

Elizabeth – niewinna dziewczyna z dobrego domu, szukająca oparcia po śmierci rodziców. Roderick – tajemniczy osobnik, dla którego człowiek nic nie znaczy. Dla którego ludzie są jedynie pożywieniem...

Ich drogi przypadkowo się krzyżują. Rodzi się między nimi niezwykła więź, która może doprowadzić do tragicznego końca.

Czy istnieje wieczna miłość, która przezwycięży wszystko, a jeśli tak, to jakim człowiekiem trzeba być, aby ją odnaleźć? A może… nie trzeba być człowiekiem?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Katarzyna Stachowiak © Copyright by Katarzyna Stachowiak 2015 Tytuł: W kolorze krwi. Księgi I-IV Autor: Katarzyna Stachowiak Wydane przez Miasto Książek www.miastoksiazek.com Ilustracja na okładce: © Andrey Kiselev - Fotolia.com Projekt graficzny okładki: miastoksiazek.com Wydanie I ISBN 978-83-7954-047-1 Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione SPIS TREŚCI WIECZNA MIŁOŚĆ TAJEMNICA .....................................................................................................9 SPOTKANIE Z PRZEZNACZENIEM ........................................................29 WYBAWCA .....................................................................................................40 PRZEMIANA BESTII ....................................................................................55 OBAWY ............................................................................................................67 ZA GŁOSEM SERCA ....................................................................................83 DOTYK ZŁA ...................................................................................................93 WE WŁADZY DEMONA ...........................................................................110 W DRODZE DO OŁTARZA ......................................................................146 KRWAWE ZAŚLUBINY ..............................................................................160 ECHA PRZESZŁOŚCI ................................................................................178 NOWE NIEBEZPIECZEŃSTWO .............................................................190 PAKT ..............................................................................................................202 PIKNIK ZAŁOŻYCIELEK ..........................................................................221 W MROKU NOCY .......................................................................................247 ZAGUBIONE SERCA .................................................................................259 ZEMSTA ZDRADZONEJ KOBIETY ........................................................283 WIECZNA MIŁOŚĆ ...................................................................................324 DZIEDZICTWO PRZODKÓW POWRÓT ......................................................................................................341 SEKRETY ELIZABETH TOWN ...............................................................381 DZIEDZICTWO BENNETTÓW ..............................................................424 OBSESJA ........................................................................................................449 ZŁOWROGI ZWIASTUN ..........................................................................493 SMAK ZEMSTY ...........................................................................................534 ZJAWA ...........................................................................................................563 ZNAK .............................................................................................................607 BLIŹNIAK KSIĘCIA DUNCANA .............................................................630 W SIDŁACH SZALEŃCA ..........................................................................661 UNICESTWIENIE .......................................................................................708 PIERWSI Z PIERWSZYCH ZASKAKUJĄCA DIAGNOZA ....................................................................735 RADA NAJWYŻSZA ...................................................................................769 DAR ŻYCIA ..................................................................................................802 ZAGUBIONE DUSZE .................................................................................835 W OTCHŁANI SZALEŃSTWA ................................................................879 SAMOTNOŚĆ SERCA ................................................................................932 POMIĘDZY ŚWIATAMI ............................................................................967 ŚWIĄTECZNE DNI ..................................................................................1035 BAL NOWOROCZNY ...............................................................................1068 ZAPISANE W GWIAZDACH W DRODZE ................................................................................................1103 ULTIMATUM .............................................................................................1137 MONIQUE ..................................................................................................1152 ŚNIEŻNE PUSTKOWIE ...........................................................................1167 SAMOTNOŚĆ WE DWOJE .....................................................................1185 SKRADZIONA MIŁOŚĆ ..........................................................................1205 ZAGUBIONE SERCA ...............................................................................1223 TRUDNY POWRÓT ..................................................................................1241 ŚCIEŻKI LOSU ..........................................................................................1272 ŚLADY PRZESZŁOŚCI ............................................................................1301 RÓWNIA POCHYŁA ................................................................................1325 STRACONE NADZIEJE ...........................................................................1354 ZEMSTA LADY KATHERINE ................................................................1376 WEDLE WYROKÓW NIEBA ..................................................................1401 ŁZY SZCZĘŚCIA, ŁZY ROZPACZY ......................................................1436 ZAPISANE W GWIAZDACH .................................................................1463 TAJEMNICA Pogoda była piękna, a las tak cudownie pachniał żywicą. Młody, około dwudzie- stoletni wieśniak, szedł piaszczystą drogą wiodącą przez środek gęstego boru. Nie miał jednak czasu na zachwycanie się krajobrazem. Drogę pokonywał szybko, lękliwie rozglądając się dookoła. Każdy, nawet najmniejszy szmer wywoływał u niego mocniejsze bicie serca. Rude, równo przycięte na linii uszu włosy posklejały się mu od potu, którego kropelki lśniły również na wysokim jego czole. Lniana, jasna koszula przylgnęła do ciała, a nogawki brązowych spodni pokryły się kurzem. Musiał przejść długi dystans, ale na szczęście koniec drogi był bliski. Mężczyzna oddychał szybko, łapczywie, tak jak oddycha człowiek zmęczony długim marszem. Z trudem walczył ze słabością własnego ciała, które odmawiało dalszego, tak karkołomnego wysiłku. Mimo tego, iż obolałe mięśnie utrudniały każdy kolejny krok, nie zamierzał odpoczywać przed osiągnięciem celu. Musiał przezwyciężyć zmęczenie, zdobyć się na pokonanie wycieńczonego organizmu. Jeśli chciał przeżyć, nie mógł się nad sobą użalać. Liczył się czas i szybkość. Gdzieś tu czai się przecież bestia. Nieszczęśnik przeklinał się w myślach za pomysł skrócenia drogi powrotnej do wsi. Teraz, gdy bestia poluje w okolicy, nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuszcza się w te rejony. Że też właśnie dziś stary Clemens zamiast wrócić prosto z jarmarku do domu, postanowił pojechać w odwiedziny do swego syna. Podwiózł tylko Boba do rozstaju dróg i życząc mu szczęśliwej podróży, pojechał dalej szerokim traktem. miastoksiazek.com | 9 WIECZNA MIŁOŚĆ Bob zaś, spiesząc się do matki, zamiast zdecydować się na dłuższą drogę objaz- dową, wybrał skrót przez las. Młodość rządzi się swoimi prawami. Nie słucha rozumu, tylko kieruje się chwilą. Tak było i w tym przypadku. Uwierzył w swoją odwagę i zagłębił się pomiędzy drzewa. Jednak odwagi starczyło mu zaledwie na kilkadziesiąt metrów. Im dalej szedł w las, tym robiło się ciemniej i każdy szelest powodował kolejny atak paniki. Jeszcze mógł zawrócić, ale nie należał do osób, które cofają się z raz obranej drogi. Wreszcie zbliżał się do kresu wędrówki. W oddali, pomiędzy drzewami, dostrzegł jaśniejszy prześwit. Oczami wyobraźni widział już pola, które znajdo- wały się przecież tak niedaleko. Jeszcze tylko kilkaset metrów. Przyspieszył, aby szybciej wydostać się na otwartą, zalaną słońcem przestrzeń. Teraz już niemalże biegł. Jak najprędzej chciał wreszcie opuścić ten przeklęty las. Z uczuciem ulgi minął ostatnią linię drzew i przystanął, patrząc na majaczące w oddali dachy domów. Wieś…. Odetchnął głębiej. A więc udało się.  I wtedy nagle stało się to, czego tak się obawiał, przed czym tak drżało jego serce. Zanim zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje, zdążył mu tylko mignąć skrawek błękit- nego nieba, rozświetlony promieniami słońca. Nie poczuł nic. Śmierć była bardzo łaskawa i szybka. Pochłonęła go ciemność. *  *  * Słońce powoli chowało się za wierzchołki drzew. Od pobliskiego lasu czuć było nadchodzący chłód wieczoru.  Elizabeth wyszła przed dom i szczelniej otuliła się ciepłym szalem. Spojrzała tęsknie w dal, gdzie wśród drzew niknęła droga pro- wadząca do wsi. Gdy jej brat objeżdżał majątek, czuła się taka samotna na tym odludziu, w wielkim pustym domu. Wprawdzie była służba, ale z nią Elizabeth nie potrafiła nawiązać kontaktu. Owszem, zawsze była na każde jej wezwanie, ale do miłych pogawędek raczej się nie nadawała. Cóż jednak się dziwić – to tylko prości ludzie, a ona córka hrabiego Westmoora przywykła do innych rozrywek i odmien- nego poziomu konwersacji. Godzinami mogła rozprawiać o poezji, malarstwie, miastoksiazek.com | 10 W KOLORZE KRWI uwielbiała grać na fortepianie. W Londynie zawsze była w centrum uwagi, każdy bal w jakim brała udział stanowił jej osobisty sukces.. Przyćmiewała wszystkie panny swoją urodą, delikatnością i zmysłowością kryjącą się w ruchach. Zaprawdę była piękna – długie, kasztanowe włosy okalające powabnymi falami jej ślicznie wykrojoną twarzyczkę, ogromne, może nawet trochę zbyt duże, błękitne oczy przy- słonięte gęstą firanką czarnych rzęs oraz delikatne usteczka, na których zazwyczaj gościł beztroski uśmiech. Inteligencją także przewyższała inne, dobrze urodzone panny. Hrabia Westmoore nie szczędził grosza na edukację swoich dzieci. Eliza- beth miała najlepsze francuskie guwernantki, które przygotowywały ją od naj- młodszych lat do bycia damą. Jednak w przeciwieństwie do pozostałych dziewcząt poddanych podobnemu procesowi edukacji, ona inaczej pojmowała swoją przyszłą funkcję w społeczeństwie. Bycie zwykłą ozdobą jej nie odpowiadało. W głębi serca czuła, iż kobieta nie powinna ograniczać się tylko do roli żony i matki, ale przede wszystkim powinna dorównywać partnerowi intelektem. Dlatego oprócz typowych rozrywek przynależnych panienkom z jej sfery, dużo czasu poświęcała na naukę i szybko nabrała przekonania, że przedstawicielki płci pięknej mają takie samo prawo decydować o sobie, jak każdy mężczyzna. Ojciec, który ponad wszystko kochał jedyną córkę, nie próbował na siłę zmieniać jej światopoglądu, rozumując, iż proza życia i tak wpłynie na przekonania Elizabeth. Chciał, aby jego ulubienica korzystała ze swobody, kiedy jeszcze ma na to okazję. Spełniał wszelkie zachcianki córki, niechcący sprawiając, iż hrabianka Westmoore wyrosła na upartą, pewną siebie istotkę, którą trudno było przekonać do zmiany zdania, nawet wtedy, gdy nie miała racji. Piękne beztroskie lata spędzone w Londynie u boku kochanego ojca i matki, przeszły już do historii. Minęły tak szybko jak przelotny deszczyk. Właściwie teraz wydawało się Elizabeth, że nigdy nie istniały, jakby dotyczyły kogoś innego.  Gdy ubiegłego roku w wakacje wyjeżdżała do Włoch, nie myślała, że matka ostatni raz całuje ją w policzek, a ojciec ostatni raz gładzi ją po głowie. Była pewna, że wkrótce, bo cóż znaczy kilka tygodni, gdy ma się zaledwie szesnaście lat, wróci do domu i opowie rodzicom, jak wspaniale bawiła się u kuzynki w Rzymie. Niestety, już nigdy więcej nie dane jej było zobaczyć pogodnych oczu matki i łagodnego uśmiechu ojca. Gdy ona bawiła się wśród rzymskiej arystokracji, jej kochani rodzice miastoksiazek.com | 11 WIECZNA MIŁOŚĆ kończyli swój żywot. Według tego co później dowiedziała się od ciotek, najpierw zachorował ojciec… Matka zaraziła się od niego, gdy pielęgnowała go w chorobie. Zmarli prawie jednocześnie – być może wtedy, gdy Elizabeth wirowała w tańcu na jednym z przyjęć. Pochowano ich szybko, zbyt szybko. Nie zdążyła się pożegnać. Gdy wróciła do domu, wszystko było już uprzątnięte, a wielkie komnaty dziwnie wyglądały z meblami zasłoniętymi prześcieradłami.  Czuła pustkę, jaka ją otaczała. Pustkę i przytłaczający chłód. Została sama, zupełnie sama nie licząc Lucasa. Lucas był starszym bratem Elizabeth. Miał dwadzieścia trzy lata i służył w stopniu oficera w Królewskiej Gwardii Konnej. Za życia rodziców rzadko bywał w domu, a gdy pojawiał się z wizytą, ubrany w swój piękny mundur, wydawał się Elizabeth niedostępny i obcy. Właściwie nigdy z nią nie rozmawiał, a jeśli już zamienili ze sobą kilka słów, to zazwyczaj zadawał on proste pytania, dotyczące jej samopoczucia, lecz robił to bardziej z obowiązku, niż z troski. Młodsza siostra była dla niego tylko dzieckiem, któremu nie należy poświęcać zbyt dużo uwagi – od tego przecież są guwernantki. On, oficer nie czuł się odpowiednią osobą do zaj- mowania się sprawami Elizabeth. Niby brat, a zupełnie obcy człowiek. I to właśnie on, po śmierci rodziców, stał się jej jedynym opiekunem. Wtedy, gdy przyjechał po nią do Rzymu, był równie milczący. Służba zawia- domiła ją, iż hrabia Westmoore, czeka na nią w holu na dole. Zdziwiła się bardzo, gdyż ostatnią rzeczą, jakiej by się spodziewała, były odwiedziny, starszego, prawie obcego brata. Udała się na dół zaciekawiona, czemu zawdzięcza tę wizytę. Schodząc po schodach, dostrzegła w holu przy drzwiach wysoką, wyprostowaną sylwetkę brata. Był bez munduru, co dodatkowo ją zaintrygowało. Do tej pory Lucas kojarzył się jej tylko z wojskiem, wręcz uważała, że mundur jest jego integralną częścią. Obok Lucasa stała ciotka – księżna Visconti i jakoś tak dziwnie patrzyła, na zbliżającą się Elizabeth. Dziewczyna była prawie pewna, że w oczach tej szacow- nej damy dostrzegła łzy, które ta dyskretnie wytarła w czarną, koronkową chu- steczkę. Ale dlaczego ciotka miałaby płakać? Czyżby Lucas wyrządził jej jakąś przykrość? Nie! Lucas nie wydawał się zdolny do grubiańskich zachowań. Zawsze opanowany, grzeczny, pełen kurtuazji. miastoksiazek.com | 12 W KOLORZE KRWI – Och moje drogie dziecko – zaczęła dama, ale Lucas powstrzymał ją ruchem ręki i podszedł do siostry. Stanął na wprost Elizabeth, patrząc jej prosto w oczy. – Witaj bracie. – Skłoniła mu się, tak jak to było zwyczajowo przyjęte. Między nimi nigdy nie było szczególnej bliskości, potraktowała go więc jak jednego z dalekich krewnych. – Elizabeth. – Lucas obiema dłońmi chwycił ją za ramiona. – Twoje wakacje właśnie dobiegły końca. – Czy coś się stało? – Spojrzała zza ramienia brata, na stojącą z tyłu ciotkę. Tak, księżna Visconti płakała i już nawet nie starała się ukryć łez. – Służba spakuje twoje rzeczy, a ty załóż na siebie coś bardziej stonowanego. Najlepiej coś ciemnego. – Ciemnego? – Elizabeth z wyrzutem popatrzyła na brata. Jak Lucas mógł w ogóle zaproponować coś takiego? Ciemne kolory nie są zbyt twarzowe, a poza tym sukienka, którą miała na sobie, pochodziła z najnowszej, paryskiej kolekcji i panna Westmoore miała pewność, że wygląda w niej wyjątkowo powabnie i dziewczęco. – Tak trzeba Elizabeth… – Czy mama i tato wiedzą, że tu przyjechałeś? Czy to oni cię po mnie wysłali? – Nie zamierzała ustąpić. Zbyt dobrze bawiła się u ciotki, aby wracać przed czasem do domu. – O co w tym wszystkim chodzi? – Dostrzegła drgający mięsień na policzku Lucasa i nabrała pewności, że brat jest zdenerwowany. – Ich już nie ma Elizabeth – powiedział cichym, chociaż stanowczym głosem. – Naszych rodziców już nie ma. – Co? – krzyknęła, nie za bardzo rozumiejąc całą tę sytuację. Szloch ciotki stawał się coraz wyraźniejszy. Co znaczyły słowa Lucasa? Mamy i taty nie ma? Nie ma ich we Włoszech? – Oni umarli. – Lucas nie zwolnił uścisku na jej ramionach. – Nie ma ich. Teraz ja zostałem twoim opiekunem. Nie płakała. To, co jej powiedział, w pewien sposób nie dotarło do jej świado- mości. Nadal mu nie wierzyła. Przez całą drogę do Londynu prawie nie odzywali się do siebie. Lucas czytał książkę, a Elizabeth wpatrzona w ścianę naprzeciwko miejsca, na którym siedziała, zdawała się być nieobecna duchem. Wspominała wszystkie chwile spędzone z rodzicami. Nie było ich zbyt wiele. Większość czasu miastoksiazek.com | 13 WIECZNA MIŁOŚĆ przebywała z niańkami i guwernantkami niż z matką czy ojcem. Rodzice jawili się jej jako eleganccy państwo, którzy bywają w świecie i liczą się w towarzystwie. Matka słynęła ze swojej urody, a ojciec z prawości charakteru. Przypomniała sobie, jak podziwiała matkę strojącą się na kolejny bal lub jak patrzyła na ojca siedzącego przed kominkiem z nieodłącznym cygarem w ręku. Rodziców już nie ma? Jak może ich nie być? Lucas kłamie! Tak, nadal miała nadzieję, że to tylko upiorny żart brata. Jednak, gdy zajechali do Londynu, gdy weszli do domu, w którym mieszkali, gdy powitała ich dziwnie milcząca, zasmucona służba, musiała uwierzyć. Chodziła po dziwnie pustych pokojach, gdzie straszyły pozasłaniane białymi płótnami meble. W buduarze matki ściągnęła pokrowiec z toaletki i uważnie przyglądała się ustawionym na niej przyborom toaletowym. Nadal nie uroniła ani jednej łzy, chociaż czuła, że w gardle dławi ją jakaś niezno- śna, niezwykle dokuczliwa gula. Odtwarzała w myślach każdą, wspólną chwilę, jaką spędziła z rodzicami. Najdrobniejsze, niby błahe wydarzenia nabrały nagle bardzo istotnego znaczenia. Wspominała i w tych rozmyślaniach znajdywała dla siebie pewne pocieszenie, którego nie znalazła u najbliższej sobie osoby – u brata. Rozpłakała się dopiero, kiedy Lucas zabrał ją na cmentarz. Rodzinny grobo- wiec – ostatnie miejsce spoczynku jej najbliższych. Powoli zbliżała się do monu- mentalnej, skrytej wśród wysokich drzew budowli. Dźwięk otwieranych, grubych, drewnianych drzwi, ozdobionych mosiężnymi okuciami, był dla niej niczym skrzy- pienie wieka trumny. Miała wrażenie, że oto przekracza granicę pomiędzy światem żywych i zmarłych. Za nią zostało słońce, szum drzew na wietrze i świergot ptaków. Stanęła wewnątrz grobowca, spowita półmrokiem i chłodem, jakim przesiąknięte było to pomieszczenie. – Tu ich pochowaliśmy. – Lucas wskazał na dużych rozmiarów sarkofag, ozdo- biony rzeźbionym motywem kwiatowym. Podeszła bliżej i położyła na wieku pęk kremowych róż, tych, które tak bardzo kochała. Uklękła przy marmurowym postu- mencie i zaczęła szlochać. Łzy spływały po jej policzkach, skapywały na suknię i na posadzkę. Znaczyły mokrym śladem zimny kamień nagrobka. Wreszcie poczuła nieodwracalność tej sytuacji. Została sama z Lucasem. Brat stał tuż za nią, ale nawet nie próbował ukoić jej żalu. Po prostu patrzył na jej szloch, a jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Gdy odwróciła się w jego miastoksiazek.com | 14 W KOLORZE KRWI stronę, szukając w nim wsparcia, napotkała tylko chłodne, pozbawione emocji spojrzenie. Nie wiedziała, ile czasu spędzili w mauzoleum. Zdawało się jej, że całą wiecz- ność. Najchętniej zostałaby tam na zawsze, ale przecież musiała żyć. Tylko jak żyć, czując tę przytłaczającą pustkę? – Chodźmy. – Wreszcie Lucas przerwał nienaturalną ciszę. Pomógł się jej podnieść i wyprowadził na zewnątrz. Słońce oświetliło ich sylwetki, jednak mimo tego, iż opuścili już wnętrze grobowca, Elizabeth nadal odczuwała wszechogarnia- jące zimno. Miała wrażenie, że ten chłód wydobywa się z głębi jej serca i promie- niuje na całe ciało. Była prawie pewna, że nigdy nie pozbędzie się już tego uczucia. Zupełnie bezwolnie postępowała u boku Lucasa, zmierzając do czekającego przed cmentarzem powozu. Oddałaby wtedy wszystko, aby wtulić się w ramiona brata, aby usłyszeć od niego kilka ciepłych słów otuchy. To może stopiłoby ten lód w głębi serca. Tak bardzo potrzebowała wtedy obecności brata. A on był blisko, tuż obok, a jednak dzieliła ich bezgraniczna przepaść, zbudowana przez tyle lat osamotnienia. Nie potrafił jej pocieszyć, nie potrafił ukoić tego ogromnego bólu, który prze- pełniał jej serce. Sam również cierpiał, ale nie okazywał uczuć. Zawsze uczono go, iż mężczyzna musi być silny i odpowiedzialny – i był taki. Wiedział, co musi zrobić. Słowa uważał za zbędne, dla niego liczyły się czyny. Teraz to on stał się odpowie- dzialny za Elizabeth i miał pewność, że dobrze wywiąże się z tego zadania. Potrak- tował to jako kolejne wyzwanie. Cóż, może zajmowanie się dorastającą panienką nie było tym, o czym marzył, ale nie zamierzał uciekać przed problemem. Oddanie siostry pod opiekę jednej z ciotek wydawało się może kuszące i całkiem zrozu- miałe, ale świadczyłoby o jego słabości, a do słabości nie zamierzał się przyznawać. Ku zdziwieniu swoich przełożonych, którzy wróżyli mu wielką karierę wojskową, opuścił Królewską Gwardię Konną i wraz z siostrą wyjechał z gwarnego Londynu, aby osiedlić się w rodzinnym majątku Westmoorów, gdzieś na zapadłej prowincji. Z dala od wszystkiego do czego przywykł, do czego przywykła Eli- zabeth. To nowe życie było takie inne… Takie niepodobne do tego dotychcza- sowego. Lucas chciał, aby siostra miała czas na pogodzenie się ze stratą, aby w spokoju przeżyła okres żałoby. Nie wziął jednak pod uwagę jej uczuć. Śmierć miastoksiazek.com | 15 WIECZNA MIŁOŚĆ rodziców, wyjazd z Londynu i zamknięcie w ogromnym, pustym domu na wsi, nie było tym, czego pragnęła. Znikąd nie mogła liczyć na wsparcie. Czuła się samotna i opuszczona. Lucas znowu rzadko bywał w domu, teraz namiętnie oddając się polowaniom i objazdom rodowego majątku. Nigdy się jej nie tłumaczył z tego, co zamierza, a ona nie naciskała, aby jej opowiadał. Spotykali się zazwyczaj przy posiłkach i siedząc po dwóch, przeciwnych końcach długiego stołu, w milczeniu spożywali przygotowane potrawy. Dwoje niby bliskich sobie ludzi, a zarazem tak obcych. – Panienko Elizabeth! – Przed dom wyszła młoda służąca w zabawnym białym czepku na głowie. Przepasana była ogromnym, również białym fartuchem z falbaną. – Panienko Elizabeth, proszę wrócić do środka. Jest chłodno i jeszcze się panienka przeziębi. – Nic mi nie będzie. – Na ustach Elizabeth pojawił się delikatny, ledwie zauważalny uśmiech. – Wzięłam szal. Lubię patrzeć na zachód słońca. – Ale panienko – służąca nie ustępowała – po zachodzie lepiej nie wychodzić z domu. – Dlaczego? – Z zaciekawieniem spojrzała na dziewczynę i zauważyła, iż ta trwożliwie rozgląda się dookoła. – Dlaczego lepiej nie wychodzić? Lucas jeszcze nie wrócił… Jemu wolno chodzić gdzie chce i kiedy chce, a mnie nie? – Oburzyło ją takie podejście do sprawy. W niczym nie czuła się gorsza od swojego brata. – Panienko, jest zimno – pisnęła służąca i nie zważając na niestosowność swojego zachowania, pociągnęła Elizabeth za rękę w stronę wejścia. – Panienka jest delikatna… Pan hrabia byłby zły, gdyby się panienka przeziębiła. – Pewnie by nawet tego nie zauważył – prychnęła pogardliwie, wyszarpując się z uścisku, ale posłusznie weszła razem ze służącą do domu. Gdy tylko znalazły się w salonie, służąca natychmiast zabrała od niej szal, skłoniła się wyuczonym gestem i pospiesznie wyszła z pomieszczenia. Elizabeth nie zdążyła zapytać o nic więcej, chociaż miała jeszcze tyle pytań. Zawołała za służącą, ale ta zignorował jej wezwanie. Dlaczego? Takie zachowanie pokojówki jeszcze bardziej ją zaintrygowało, a nawet zdenerwowało. W końcu byłą panią tego domu i wymagała posłuszeństwa. Nikt nie mógł jej lekceważyć! Służba jest po to, aby słuchać poleceń swoich państwa. miastoksiazek.com | 16 W KOLORZE KRWI Nie zastanawiając się dłużej, ujęła koniec szerokiej krynoliny w palce, tak aby materiał nie krępował jej ruchów i niemalże biegiem udała się za pokojówką. W holu już jej nie zobaczyła. Zajrzała do kilku pokoi, ale tu także było pusto i prze- raźliwie zimno. Służba zniknęła, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Zaniepokoiło to Elizabeth. Poczuła się trochę nieswojo. Czyżby została całkiem sama?   Słońce już zupełnie zaszło i mrok we władanie objął ziemię. Mroczne pokoje napawały Elizabeth strachem – zdziwiła się, że służba jeszcze nie zapaliła świec. Nie zrezygnowała jednak z poszukiwań. Ciągle podtrzymując długą suknię, postę- powała dalej korytarzem, otwierając kolejne drzwi. Dotarła do lewego skrzydła domu, tam gdzie znajdowały się pomieszczenia gospodarcze. Rzadko tu zaglądała, gdyż nie czuła potrzeby interesowania się tak przyziemnymi sprawami jak gotowanie, czy przygotowywanie zapasów. Od tego była przecież służba. Elizabeth czasem tylko wydawała polecenia dotyczące menu i nie obchodził ją sposób wykonania. Po prostu, musiało być tak, jak ona chciała. Elizabeth szła teraz wolniej, delikatnie stawiając stopy, obute w atłasowe pan- tofelki. Posuwała się tak cicho, że wydawało się, iż to zjawa nawiedzająca dom. Nagle, w mroku korytarza, dostrzegła wąską smugę światła, padającą przez szparę niedomkniętych, kuchennych drzwi. Podeszła bliżej, nadal zachowując się niezwy- kle cicho i wsłuchując w odgłosy dobiegające z wnętrza pomieszczenia. Dlaczego od razu nie weszła do kuchni? Dlaczego nie pchnęła drewnianych drzwi? Bezwiednie zatrzymała się przy wejściu i chociaż nie było to w jej stylu, zaczęła podsłuchiwać. Może to ton rozmowy tak ją zaciekawił? Niemalże wyczu- wała napięcie i strach rozmówców. Chwilę trwało, zanim rozróżniła głosy. Zorientowała się, iż wewnątrz znajdują się trzy osoby: pokojówka, z którą rozmawiała przed domem, stara kucharka Celeste słynąca z przygotowywanych przez siebie wypieków oraz zawsze posępny, chudy lokaj Joseph, będący przybocznym Lucasa. – Musisz ją lepiej pilnować, Jane. – Po tonie głosu kucharki można było wywnioskować, że jest wyraźnie poirytowana. – Ona nie może wychodzić na dwór po zachodzie słońca. – Myślę Celeste, że na razie w ogóle nie powinna wychodzić. – W zazwyczaj stanowczym głosie lokaja, dostrzegalna była nutka strachu. – To robi się coraz miastoksiazek.com | 17 WIECZNA MIŁOŚĆ bardziej niebezpieczne. Wczoraj w pobliżu wsi znaleźli ciało nieszczęsnego Boba Carpentera. A był już tak blisko domu... Jego matka jest w szoku, miała tylko jego jednego. Kto by się spodziewał, że bestia zaatakuje tak blisko siedzib ludzkich? – Podwoimy straże. Hrabia Lucas mówił, że zorganizuje warty. Dziś miał się tym zająć. To złoty człowiek, tyle dla nas robi. – Kucharka niemalże z czcią wymówiła imię brata Elizabeth. – Myślę, że bestia nie podejdzie pod dwór. – A jak podejdzie? – Głos pokojówki drżał. – Ludzie mówią, że nie lęka się żadnej świętości. – Najważniejsze, aby chronić panienkę Elizabeth. Ona o niczym nie może się dowiedzieć. Hrabia by nam nie darował, gdybyśmy choć słowem się przed nią zdradzili… A ty Jane, dziś byłaś bliska tego. Musisz wrócić do niej i zagadać tak, aby ją uspokoić. Mogła nabrać jakichś podejrzeń. – Panienki w jej wieku są raczej trzpiotliwe. – Lokaj roześmiał się cicho. – „Oj ja ci dam trzpiotliwe.” – Pomyślała ze złością Elizabeth. – Naprawdę bądźcie ostrożniejsi. Ona ma być bezpieczna i nieświadoma tego, co tu się dzieje – przestrzegła Celeste. – Zaraz przygotuję kolację i zaniesiesz jej, a wtedy spróbuj rozładować atmosferę. Powiedz, że powietrze tu jest ostrzejsze niż w Londynie, że szkodzi na cerę… Że musi uważać, bo się rozchoruje, a do lekarza jest daleko… Tak jakby to było zupełnie naturalne. Rozumiesz? – Tak – przytaknęła Jane, ale nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. Być może dziewczyna bała się, iż znowu niechcący zdradzi się czymś przed panienką. – A może jutro poszedłbym do wiedźmy i wziął od niej trochę ziół? – Nie- spodziewanie zaproponował mężczyzna. – Ma całe mnóstwo różnego zielstwa. Ludziom ze wsi pomaga… Może potrafi ochronić przed złem, w końcu sama mieszka w lesie, a to jej nie rusza. – Do wiedźmy? – Celeste zamyśliła się. – To nie jest dobry pomysł… Na bestię żadne zioło nie podziała. W tym momencie Elizabeth niechcący wypuściła z ręki rąbek sukienki, który z szelestem opadł na dół, potrącając opartą o ścianę srebrną tacę, zostawioną tu widocznie nieopatrznie przez jednego ze służących. Taca upadła na podłogę, robiąc przy tym bardzo dużo hałasu. Drzwi do kuchni otworzyły się na oścież i światło miastoksiazek.com | 18 W KOLORZE KRWI sączące się do tej pory przez niewielką szparę, oblało swym blaskiem całą postać dziewczyny. W progu stanął rosły lokaj. – Panienka Elizabeth… – Mężczyzna wyglądał na przerażonego, tak jakby właśnie zobaczył ową dziwną, niebezpieczną bestię. – Panienka… – Tak, tak wiem jak mam na imię. – Zdecydowanym ruchem odsunęła lokaja, który niczym małe dziecko posłusznie przesunął się w bok, pozwalając wejść jej do kuchni. – Nie musicie się tak kłopotać. Słyszałam wszystko. Wszystko – powtórzyła dobitnie, patrząc na zebraną w pomieszczeniu służbę – i jeśli zaraz nie wyjaśnicie mi dokładnie, o co chodzi, to obiecuję, iż Lucas dowie się o waszej bezmyślności i o tym, że wygadaliście się przede mną. Jeśli jednak zdradzicie mi, o co w tym wszystkim chodzi, daję słowo, że nic mu nie powiem. Będę nadal udawać grzeczną dziewczynkę, nieświadomą zagrożenia czyhającego za progiem tego domu. – Panienko. – Gruba kucharka z rezygnacją zdjęła z głowy biały czepek i położyła go na ogromnym, dębowym stole, stojącym pośrodku kuchni. – Nie powinna była panienka podsłuchiwać. – Nie powinnam – zgodziła się – ale słyszałam, więc nic już się nie da zrobić. Musicie mi powiedzieć wszystko, wszyściutko. Na początek może, co nam zagraża? Co to za bestia? – Usiadła na jednym z wysokich stołków. – Proszę mówcie, Lucas niedługo wróci i byłby zły, gdyby dowiedział się o waszej nieodpowiedzialności. – Ale… – Pokojówka teatralnym gestem załamała ręce. – Ale przecież… – Najlepiej będę chroniona, jeśli będę wiedzieć przed czym. – Elizabeth tak łatwo nie ustępowała. Zawsze dostawała to, czego chciała i nie miała zamiaru iść na jakikolwiek kompromis. – Dobrze. – Celeste pierwsza przerwała milczenie. Dosunęła drugi stołek i usiadła na wprost Elizabeth. Wyciągnęła ręce, ujmując w nie obie dłonie dziew- czyny. – Hrabia zabronił panience o tym mówić, aby panienkę chronić. Wszyscy jesteśmy w wielkim niebezpieczeństwie… To wróciło… – Co? – – Klątwa. – Ściskała mocno jej dłonie. – Klątwa, która powraca co kilkadzie- siąt lat. Pojawia się, trwa parę miesięcy i znika, a my mamy spokój. Akurat teraz nadszedł ten czas… miastoksiazek.com | 19 WIECZNA MIŁOŚĆ – Ale co się dzieje? – Szeroko otworzyła oczy. Podobnymi historyjkami w Londynie straszyły się panienki z towarzystwa, ale to były zwykłe bajki. Takie rzeczy przecież się nie zdarzają! Nie są możliwe! – Coś… a może ktoś atakuje ludzi… Jakaś istota z innego świata. Może sam diabeł? Bestia! Zagryza i  wysysa z nich całą krew … – Może jakieś zwierzę? – Podrzuciła myśl, próbując racjonalnie podejść do problemu. – Tu są lasy, musi być dużo zwierzyny. Lucas chodzi przecież często na polowania… – Nie panienko, to nie zwierzę. – Kucharka pokręciła przecząco głową. – Hrabia Lucas nie chodzi na polowania na zwierzęta, on szuka tej bestii. – Lucas? –  Z wrażenia zakręciło się jej w głowie. Dobrze, że siedziała, bo gdyby stała, niechybnie by upadła. – Jak długo to już trwa? – Będzie z dwa miesiące. – Lokaj podszedł do nich i stanął za plecami Celeste. – Hrabia zorganizował chłopów we wsi, rozstawił posterunki. Jeździ z innymi po polach i lasach, i szuka tropów… – A co to za wiedźma, o której mówiliście? – przypomniała. – Może to ona jest bestią? – Nie panienko. – Kucharka ponownie pokręciła głową. – Ona pomaga ludziom ze wsi. Zna zioła wszelakie i potrafi ulżyć w chorobach. Przyszłość prze- powiada, duchy przepędza, złe moce odgania… – To czemu nie odgoni bestii? – Bo nie jest tak silna, jak ona. Nikt nie jest… – To Lucasowi może się coś stać? – Zadrżała na samą myśl o tym. Dopiero teraz zrozumiała, jak jej brat dużo ryzykuje, jak się naraża. Jej brat, jej jedyna rodzina… Co by się stało, gdyby i jego straciła? Dlaczego Lucas nie zdecyduje się na powrót do bezpiecznego Londynu? No tak, Lucas jest przede wszystkim żołnierzem i nie opuści swoich ludzi w potrzebie. Ma honor. Ale ta wiedźma zna przyszłość. Będzie wiedzieć, co się stanie. Musi, koniecznie musi ją zobaczyć i dowiedzieć się, co przyniesie los. – Ja muszę zobaczyć tę wiedźmę – raczej stwier- dziła fakt, niż wyraziła życzenie. – Zabierzecie mnie do niej jutro! – W żadnym wypadku! – W oczach kucharki pojawiło się niekłamane przerażenie. miastoksiazek.com | 20 W KOLORZE KRWI – Ależ tak! – Elizabeth zerwała się ze stołka i wyszarpnęła swoje ręce z uścisku służącej. – Pójdę tam albo jutro z wami, albo sama. Dowiem się gdzie mieszka ta wiedźma! Nic mnie nie powstrzyma! Obiecuję, że nie dacie rady mnie upilnować i skorzystam z pierwszej sposobności, aby iść do wiedźmy, nawet jeśli musiałabym to zrobić zupełnie sama! Ja już dokonałam wyboru! – Jakiego wyboru? – Nawet nie zauważyli, jak przez przeciwległe drzwi, prowadzące z dworu, wszedł do kuchni wysoki mężczyzna, w długim płaszczu z kapturem. Przybyły stanął przy stole, patrząc z zaciekawieniem na zebraną gromadkę i zdjął z głowy kaptur. – Lucas! – Elizabeth spojrzała na brata z podziwem. Do tej pory traktowała go trochę oschle, w końcu nie było między nimi porozumienia, wychowywali się z dala od siebie, ale teraz gdy wiedziała o jego szlachetności, potrafiła to docenić. – Rozmawialiśmy o menu na jutrzejszy dzień. Właśnie ustalaliśmy zestaw potraw, które jutro będziemy spożywać. Jestem pewna, że to, co wybrałam, zaspokoi twój wykwintny smak. – Skłamała tak naturalnie, jakby robiła to każdego dnia, na równi z czesaniem włosów. – Niestety, jutro z rana jadę do majątku Burtonów, więc przykro mi droga siostro, ale nie będę mógł skosztować tych niewątpliwych pyszności. Cieszy mnie jednak fakt, że zaczęłaś się interesować domem. Może wreszcie nie będziesz czuła się tu taka nieszczęśliwa. Wiem, że poświęcam ci mało czasu, ale obiecuję, że wkrótce to się zmieni. – Cień uśmiechu przemknął przez jego usta. Był to widok dość niezwykły, gdyż Lucas rzadko się uśmiechał, a od śmierci rodziców nigdy nie widziała go uśmiechniętego. Zawsze był taki poważny, niedostępny, obcy. Do tej pory uważała go za osobę pozbawioną uczuć, teraz zrozumiała, że pod tą na pozór bezduszną maską, znajduje się ktoś, kto troszczy się nie tylko o nią, ale i o wieśnia- ków, zamieszkujących jego ziemie. – Nie musisz się mną przejmować – dam sobie radę. Mam w końcu wiernych służących, którzy naprawdę dobrze się mną opiekują. Możesz być pewien, że w ich towarzystwie czuję się bezpieczna i nabieram ochoty do dalszego życia. – Popa- trzyła wymownie na swoich rozmówców. Miała całkowitą pewność, iż jutro pozna wiedźmę, kimkolwiek by ona była. miastoksiazek.com | 21 WIECZNA MIŁOŚĆ *  *  * Lucas, z wyraźną ulgą na twarzy, wszedł do swojego pokoju i postawiwszy na stoliku trzymaną w dłoni świecę, podszedł do ogromnego okna. Odsunął ciężkie kotary i opierając obie dłonie o marmurowy parapet, spojrzał przez szybę na spowity ciemnością ogród. Jednak w mroku nocy nie widział nic, poza własnym odbiciem połyskującym w szklanej tafli okna. Był już znużony całą tą sytuacją.  Gdyby to wszystko było takie proste. Gdyby mógł zabrać Elizabeth i wyjechać z nią do Londynu, albo w którekolwiek inne miejsce na świecie. Zabrałby ją jak najdalej stąd i nigdy już tu nie wrócił. Nie mógł jednak zostawić tych ludzi samych. Potrzebowali go. Byli bezbronni i całkowicie wystawieni na łaskę, lub niełaskę bestii. A on.. Cóż mógł on? Także był tylko słabym człowiekiem, ale przede wszystkim był żołnierzem. Do bycia żołnierzem przygotowywali go od najmłodszych lat i był nim teraz, mimo iż odszedł z armii. Musiał zająć się siostrą. Musiał zająć się tymi ludźmi. Miał dopiero dwadzieścia trzy lata, ale czuł się bardzo zmęczony życiem. Nie w głowie mu były rozrywki typowe dla ludzi z jego sfery towarzyskiej. Zamiast pustych jego zdaniem balów, wolał czytanie w samotności. Gdyby nie nakaz rodziny wybrałby drogę naukowca, jednak jako posłuszny syn podążał ścieżką wskazaną przez ojca. Nie myślał o sobie, tylko o tym, aby rodzice byli z niego dumni. I byli. Tego był pewien. Ale teraz rodziców już nie ma. Nie ma pułku, ani dowódcy. Teraz to on jest dowódcą i to jemu ludzie ufają. Czuł tę odpowiedzialność za innych i chociaż go przytłaczała, nie chciał niczego zmieniać. Elizabeth… Myśląc o niej ponownie się uśmiechnął. Jego mała, nieporadna siostrzyczka. Gdy opuszczał dom, była zabawnym brzdącem w różowej sukie- neczce i kokardach we włosach. Później, gdy zjawiał się w domu podczas przerw w nauce, widział jak się zmienia, jak przeistacza się z dziecka w młodą dziewczynę, w kobietkę. Nigdy nie myślał, że kiedyś będzie musiał zastąpić jej ojca. Odszedł od okna i usiadł na wielkim, stylowym łożu, zwieńczonym czterema kolumnami z baldachimem. Położył się w ubraniu w poprzek łóżka i przymknął oczy. Chciał chwilę wypocząć, a może przywołać pod powieki obraz niedawnych jeszcze, szczęśliwych chwil. miastoksiazek.com | 22 W KOLORZE KRWI Lucas był wyjątkowo przystojnym mężczyzną. Brązowe włosy z jaśniejszymi pasemkami, płynnie otaczały jego szczupłą twarz. Gdy igrał w nich wiatr i pro- mienie słońca, zmieniały swoją barwę. Oczy, w tej chwili przymknięte powiekami, miały barwę zachmurzonego nieba –burzowego błękitu – w tych oczach można było utonąć. Nos prosty, wyraźnie zarysowana, męska szczęka i pięknie wykro- jone usta dopełniały obrazu. Postawa wyprostowana, typowa dla żołnierzy wyćwi- czonych w musztrze. Lucas mógł zawrócić w głowie każdej pannie, on jednak pozostawał obojętny na ich tęskne, maślane spojrzenia. Nie miał czasu, a może i ochoty, aby rozmawiać z dziewczynami i bywać w towarzystwie. Był odludkiem, ale dobrze mu z tym było. – Panie hrabio? – Do pokoju zajrzał lokaj, przerywając tę krótką chwilę spokoju. Zbyt krótką. Lucas zerwał się momentalnie z łóżka i stanął wyprosto- wany, jak na komendę baczność. – O co chodzi Josephie? – Znowu w jego głosie można było wyczuć troskę. – Właśnie przybyli posłańcy od Burtonów. Jeden z ich koniuszych został zaatakowany, ale… – Ale co? – Westchnął ciężko. Chwila spokoju odeszła w zapomnienie. – Tym razem bestia nie dokończyła dzieła i ten człowiek żyje. – Lokaj był przerażony. żyje. – Co takiego? – Lucas pospiesznie zakładał na siebie surdut. – Znaleźli go nieprzytomnego. Ma rozszarpaną szyję, stracił dużo krwi, ale – Powiedz Tomowi i Johnowi, aby byli gotowi do drogi. Pojedziemy tam jeszcze dziś. Może coś pamięta… Może powie, kto mu to zrobił… – On jest nieprzytomny, lekarz mówił, że nie dożyje ranka. – Tym bardziej muszę jechać. A jeśli odzyska na moment przytomność? – Jechać tak po nocy? – Joseph cofnął się o krok i uczynił znak krzyża w powietrzu, tak jakby odpędzał się od złego. – Tak teraz. Miałem tam jechać rano, ale lepiej przyspieszyć wyjazd. Może bestia jeszcze się tam czai? Jeśli zostawiła go przy życiu, to znaczy, że została spłoszona. Może wrócić… Chodźmy. – Energicznym krokiem wyszedł z pokoju. miastoksiazek.com | 23 WIECZNA MIŁOŚĆ Lokaj podszedł do stołu, zabrał z niego świece i podążył za swoim panem. Pokój zalała ciemność. *  *  * Elizabeth wstała wcześnie rano, podekscytowana wyprawą do tajemniczej wiedźmy. Jako młoda dziewczyna nie podchodziła zbyt poważnie do obaw i lęków, jakie mieli służący. Owszem, wczoraj trochę się przestraszyła, ale winna temu była atmos- fera panująca w domu. Wieczór, ciemność, poczucie osamotnienia – to wszystko sprawiło, że przejęła się podsłuchaną rozmową, a późniejsze wyjaśnienia kucharki jeszcze bardziej ją zaniepokoiły. Teraz jednak był ranek. Mrok nocy odpełznął w nieznane, a świat tonął w promieniach słońca. Czegóż można bać się w taki dzień? Nie czekając na pokojówkę, Elizabeth ubrała się sama i rozczesała swoje długie niesforne loki. Zebrała je w luźny kucyk i sięgnąwszy po kapelusz leżący na komodzie, niemalże wybiegła z pokoju. Po dużych, marmurowych schodach zeszła na dół do holu. Tu natknęła się na Jane. – O panienka już wstała. – Pokojówka na jej widok cofnęła się o krok, niby przed groźną zjawą. Bała się pomysłów siostry Lucasa, a najbardziej przerażała ją perspektywa wyprawy do wiedźmy. Jeśli hrabia się dowie, nigdy im nie wybaczy, że pozwolili Elizabeth na takie szaleństwo. – Wstałam i jestem głodna niczym wilk! – Roześmiała się perliście. – Lucas jest już w jadalni? Mam nadzieje, że ja dziś będę pierwsza. – Pan hrabia wyjechał. – Jane uciekła wzrokiem w bok. Najwyraźniej znowu coś chciała ukryć. Tym razem jednak Elizabeth nie dała się tak szybko zbyć. – Jak to wyjechał? – Szarpnęła Jane za ramię. – Jeszcze przed śniadaniem? – Pan hrabia wyjechał wczoraj wieczorem. – Służąca niemalże trzęsła się ze strachu. nego uśmiechu. – Czy coś się stało? – Spoważniała. Na jej twarzy nie było już śladu niedaw- – Bestia – pisnęła Jane i uciekła do kuchni. Elizabeth westchnęła. Kuchnia nie była jej ulubionym miejscem, a teraz po raz kolejny musiała do niej iść. Szybko miastoksiazek.com | 24 W KOLORZE KRWI przebyła odległość dzielącą ją od tego pomieszczenia i z impetem wpadła do środka. Przy wielkim, kamiennym piecu stała gruba kucharka i przytulała do siebie płaczącą Jane. Jane coś łkała jej w ramię, a kucharka nieporadnie gładziła ją po plecach, tak jakby chciała pocieszyć, uspokoić. – Co się stało? – Elizabeth stanęła na wprost nich – Gdzie jest Lucas? – Wczoraj wieczorem zabrał chłopaków i pojechali do Burtonów. – Celeste odsunęła od siebie Jane i podeszła do stołu. Sięgnęła po nóż i powróciła do krojenia warzyw. Tę czynność musiały jej widocznie przerwać swoim przybyciem. – Zdarzył się wypadek – znowu dobierała spokojnie słowa. – Bestia zaatakowała jednego z ludzi Burtona, ale… – zamilkła. – Ale co? – Elizabeth czuła wielką gulę rosnącą w gardle – Ale co? – Tym razem została przepłoszona i nieszczęśnik uszedł z życiem. – Kucharka miarowo siekała marchewki. Wyglądało to dziwnie, biorąc pod uwagę fakt, o czym rozmawiały.        – Żyje? – powtórzyła jak echo, czując jednocześnie na plecach zimne ciarki. – Przynajmniej żył wieczorem, gdy dotarł tu posłaniec. Hrabia z ludźmi poje- chali, aby sprawdzić okolicę. Bestia może się tam gdzieś czaić. – O Boże! – Dziewczyna zachwiała się. Jej brat znowu wystawił się na niebez- pieczeństwo. Nie myślał o sobie, tylko o tych wszystkich ludziach… O niej… Jak najprędzej musi pójść do tej wiedźmy. Teraz, zaraz! Dobrze, ale najpierw śniadanie. Nie pozwolą jej wyjść bez zjedzenia pożywnego posiłku – tego zawsze pilnowali bardzo skrupulatnie. Elizabeth czasem miała wrażenie, że starają się ją utuczyć, takie porcje jej przygotowywali. – Może lepiej panienka zrezygnuje z wyprawy do wiedźmy. – Jakby czytając w jej myślach, niespodziewanie zaproponowała Jane. – Naprawdę jest niebezpiecz- nie… Pan hrabia… Nie pójść do wiedźmy? Nie, to nie wchodziło w rachubę. Właśnie tam natych- miast musi iść. Natychmiast. Nie wytrzyma już ani chwili dłużej, jeśli nie dowie się tego, co czeka Lucasa. A może i o swoich losach usłyszy kilka słów? W końcu, która dziewczyna nie chciałaby poznać przyszłości? Miło by było wiedzieć, jaki miastoksiazek.com | 25 WIECZNA MIŁOŚĆ wyśniony, czarujący książę jest jej pisany. Kiedy go pozna i ile jeszcze musi czasu upłynąć, zanim to się wydarzy. – Nie!  – zaprotestowała gwałtownie.  – Musimy tam pójść i to zaraz. Jeśli bestia była u Burtonów, to pewnie nadal tam się kręci. Lucas ją ściga, a my mamy okazję bezpiecznie iść do wiedźmy. Myślę, że właśnie teraz jest najlepszy moment na tę wyprawę. – No nie wiem… – Kucharka odłożyła nóż i spojrzała na Elizabeth. – Gdyby coś się panience stało… – Przestańcie! – krzyknęła i aby wzmocnić siłę swojego protestu dodatkowo tupnęła nogą. – Pójdziemy tam zaraz. Lucasa nie ma i ja jestem teraz panią domu, a wy musicie mnie słuchać. Celeste już się więcej nie odezwała. Podeszła do kredensu i wyjęła z szafki półmisek z rumianymi bułeczkami. Postawiła je na stole przed Elizabeth. Dziew- czyna zrozumiała, że to śniadanie. Wzięła do ręki bułeczkę i z przyjemnością ugryzła mały kęs. Bułeczka była pyszna, widać świeżo pieczona.  Kucharka sięgnęła po dzban i dostawiwszy drewniany kubeczek, nalała do niego świeżego mleka. Takiego śniadania Elizabeth jeszcze nigdy nie jadła. Zawsze spożywała posiłki albo w ogromnej, stylowej jadalni za wielkim mahoniowym stołem, albo w swoim pokoju. Potrawy podawano jej na srebrnych tacach, na porcelanowej zastawie. – Idź po Josepha. – Kucharka zwróciła się do Jane. – Niech będzie gotowy z Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie, chociaż nadal widać było po niej, powozem. że jest przerażona. kiedyś widziałaś? – Naprawdę chcesz iść do wiedźmy? – Gdy zostały same, Celeste podeszła do Elizabeth i uważnie na nią popatrzyła. – Tak jestem zdecydowana. – Ze smakiem ugryzła drugą bułeczkę. – A ty ją – Tak – odpowiedziała krótko – byłam wtedy dzieckiem. – I jak ona wygląda? – Tak jak każda kobieta. – Wzruszyła ramionami. – Gdy ja ją widziałam, była jeszcze całkiem młoda. Mogła mieć z dwadzieścia lat… Miała takie długie, jasne włosy, zaplecione w warkocz. Ten warkocz zapamiętałam najbardziej. Ogólnie była miastoksiazek.com | 26 W KOLORZE KRWI piękna– przyznała – ale to było z pięćdziesiąt lat temu… Teraz to już pewnie sta- ruszka … Zresztą nie wiem, bo unika kontaktu z ludźmi. Przychodzą do niej, ale ona się im nie pokazuje. Siedzi w tej swojej chacie, a jak wychodzi to w kapturze głęboko nasuniętym na twarz… Jakby się bała, że ją kto zobaczy. Pewnie czas nie obszedł się z nią zbyt łaskawie. – Niesamowite. – Elizabeth znowu poczuła ekscytację. To mogła być przygoda jej życia. Panna z jej towarzystwa raczej nie miała co liczyć na tak emocjonujące wydarzenia. Owszem, bale w Londynie i wakacje w Rzymie to było coś wspania- łego, ale zarazem przyziemnego i normalnego. Spotkanie z prawdziwą wiedźmą to dopiero nie lada gratka. Już nie żałowała tego, iż musiała opuścić miasto. Tu, na tej wsi, też mogło być ciekawie, a co więcej bardziej fascynująco. Wróciła Jane i słabym głosem obwieściła, że Joseph jest już gotowy. Do tej pory miała nadzieje, że coś się Josephowi nie uda przyszykować i będą mogli odwołać wyprawę, ale niestety jak na złość nie pojawiły się żadne komplikacje. Elizabeth podniosła się ze stołka, zarzuciła na głowę kapelusz, trzymany do tej pory na kolanach i podbiegła do drzwi. Rozpierała ją energia i ciekawość tego, co miało nastąpić. – Czy jesteś pewna? – Jane jeszcze raz pytająco spojrzała na kucharkę. – Czy naprawdę uważasz, że to dobry pomysł, aby tam jechała? – Nie – zaprzeczyła. – To najgorszy z możliwych pomysłów, ale nie mamy wyjścia. Usłyszała naszą rozmowę i nie popuści. Najlepiej jak będziesz jej towarzyszyć. – Ja! – krzyknęła z przerażeniem. – Nie mogę! Tylko nie to! Do lasu? Do wiedźmy? Tam czai się bestia! O Matko Przenajświętsza, tylko nie to! – Nie wypada, aby Elizabeth jechała do lasu tylko z Josephem. Musisz jej towarzyszyć. – Ton głosu kucharki świadczył o tym, że nie dopuszczała innej moż- liwości. Jane zrozumiała to i z rezygnacją opuściła głowę. – Przecież hrabia nas zabije, gdy się dowie, gdzie zabraliśmy jego siostrę – powiedziała to, chociaż była pewna, że i tak ten argument nie trafi do jej rozmówczyni. miastoksiazek.com | 27 WIECZNA MIŁOŚĆ – Zabić nie zabije, ale nie będzie zbyt szczęśliwy – westchnęła Celeste. – Cóż, nie mamy jednak innego wyjścia. Po prostu miejcie oko na Elizabeth. I niech Bóg ma was w opiece. miastoksiazek.com | 28 W KOLORZE KRWI SPOTKANIE Z PRZEZNACZENIEM Pogoda była cudowna, wręcz wymarzona na przejażdżkę odkrytym powozem. Słoneczko przyświecało mocno, a wiatru prawie wcale nie można było wyczuć. Od pól pachniało ziołami i świeżo zżętym zbożem. Wszędzie był taki spokój, iż wszelkie nocne lęki ponownie wydały się Elizabeth nierealne i odległe. Minęli wieś, gdzie każdy napotkany człowiek kłaniał się im uniżenie, a następnie przeje- chali pomiędzy dwoma połaciami pól. Wspaniała letnia przejażdżka. Pola się skończyły i powóz wjechał w las. Słońce skryło się pomiędzy wysokimi konarami drzew i lekki półmrok zaczął wypełzać spod krzaków. Elizabeth poczuła, jak siedząca obok Jane otrząsa się z przestrachu. Ona nie czuła już żadnych obaw. Była podekscytowana i bardzo szczęśliwa. Powóz zatrzymał się. – Dalej musimy iść pieszo. – Joseph zeskoczył z ławeczki, na której dotąd siedział, powożąc dwoma gniadymi końmi. Stanął przy powozie i wyciągnął schowane schodki. Podał rękę, aby pomóc Elizabeth zejść na ziemię, jednak ona zupełnie ignorując jego gest, sama zwinnie zeskoczyła na leśną dróżkę i ciekawie rozejrzała się dookoła. – Jak pięknie – szepnęła. Joseph pokręcił głową z niedowierzaniem. Nie mógł zrozumieć, jak ktoś może tak jawnie kpić z niebezpieczeństwa, wręcz sam wychodzić mu na przeciw. miastoksiazek.com | 29 WIECZNA MIŁOŚĆ Ruszyli szybkim krokiem w głąb lasu. Na początku dróżka była dość szeroka, ale po przejściu kilkuset metrów wyraźnie się zwęziła – niewiele osób zapuszczało się tak daleko. Szli może z dziesięć minut, niemalże przedzierając się przez rosnące wszędzie, rozłożyste paprocie. Elizabeth była już trochę zmęczona, ale ani jej w głowie było przyznać się do tego przed swoimi towarzyszami. Dzielnie podążała do przodu, postępując tuż za Josephem, który jako pierwszy torował przejście. Jane starała się dotrzymać im kroku, chociaż każdy szelest, każdy dźwięk dobiegający z głębi lasu, powodował szybsze bicie serca. Bała się i najchętniej zawróciłaby do powozu, ale strach przed samotnym powrotem, uniemożliwiał jej podjęcie takiej decyzji. W końcu, po długim marszu, wyszli z lasu na polanę, zalaną słonecznym światłem. W jednym z kątów polanki ukazał się oczom Elizabeth mały, kamienny domek, otoczony niewielkim płotkiem. Przed domem stała drewniana ławeczka, a na niej kosz pełen ziół. W pobliżu nikogo nie było. Podeszli bliżej i teraz stali już przed samy wejściem. Joseph energicznie zastukał w zamknięte drzwi. Nikt mu nie odpowiedział, widać gospodarz tego domu był nieobecny. – Wracamy. – Twarz Jane rozpogodziła się, najwyraźniej poczuła ulgę, że nie zastali wiedźmy. Opowieści o zielarce były takie niesamowite… Pomagała ludziom, ale miała zawarty pakt z diabłem. Może jednak lepiej nie wchodzić jej w drogę? Zwłaszcza, gdy towarzyszy im panienka Elizabeth. Nigdy nie wiadomo, co takiej wiedźmie przyjdzie do głowy. – Jestem, jestem. Wiedziałam, że przyjdziecie i poszłam po jagody. Pyszne, słodkie jagody… – Z lasu wyłoniła się postać okutana w długie szaty, ze szczelnie zasłoniętą twarzą. – Mam nadzieję, że się poczęstujecie. Nie często zdarza się aby sama hrabianka Elizabeth Westmoore zawitała w moje progi. Jane pospiesznie schowała się za plecami Josepha, skąd, czując się już w miarę bezpieczna, zerknęła na tajemniczą postać. To więc miała być ta stara, słynna wiedźma? Oto miała przed sobą wysoką, chyba szczupłą (trudno ocenić gdyż okutana była w powłóczyste, długie szaty) postać, której twarz pozostawała w ukryciu. miastoksiazek.com | 30 W KOLORZE KRWI – Jestem Elizabeth – odezwała się panna Westmoore, podchodząc do zielarki. Blisko, zbyt blisko. – Słyszałam, że umiesz przepowiadać przyszłość… – Tak, umiem. – Roześmiała się kobieta, ale nie był to śmiech staruszki, tylko raczej perlisty śmiech młodej dziewczyny. – Dlatego wiedziałam kim jesteś. Czekałam na ciebie już od dłuższego czasu. – Na mnie? – zdziwiła się. – Tak. – Postać wskazała jej wejście do domu i zaprosiła ruchem, ukrytej w czeluściach szat ręki, aby ta weszła do środka. Elizabeth nie bacząc na niebezpie- czeństwo przekroczyła próg. – Wy nie! – Wiedźma odwróciła się w stronę Josepha i Jane, dając im wyraźnie odczuć, że zaproszenie ich nie obejmuje. – Chcę rozmawiać tylko z nią. Nie byli zachwyceni, ale musieli zastosować się do jej polecenia, tym bardziej, że Elizabeth już weszła do środka. Zostali przed drzwiami, wyczekując z niecier- pliwością powrotu młodej panienki. Wewnątrz chaty było całkiem przyjemnie. Elizabeth nie tego się spodziewała. Dom wiedźmy kojarzył się jej jako posępne pomieszczenie pokryte pajęczynami i pozastawiane różnymi magicznymi przedmiotami, wśród których szczególnie w oczy rzucają się bielejące kości czaszek martwych zwierząt. Tymczasem izba była urządzona skromnie, ale ze smakiem: drewniane łóżko przykryte haftowaną narzutą, z pięknymi, orientalnymi wzorami, niski stół i malutkie okrągłe niby sto- łeczki. Pod jedną ze ścian stało duże lustro w złoconej ramie. Na drugiej ścianie ogromny piec, a na nim poukładane wiązanki zasuszonych ziół. Niezliczone ilości ziół. Tak, to wyróżniało ten pokój. Pod sufitem, pod oknami, na piecu, na stole, nad łóżkiem wszędzie znajdowały się przeróżne zioła i malutkie buteleczki pełne nie- znanych Elizabeth substancji. Nie było ani pajęczyn, ani kości, ani nawet czarnego kota. – Ładnie tu. – Elizabeth podeszła do pieca i sięgnęła po wiszący nad nim wianuszek ziół. Ostrożnie powąchała. – Na co to? – zapytała. – To odgania złe sny. – Postać wskazała jej jeden z niskich stołeczków, a sama zajęła drugi. – Cieszę się, że mnie odwiedziłaś. Od dawna zastanawiałam się kiedy to nastąpi. miastoksiazek.com | 31 WIECZNA MIŁOŚĆ – Dopiero wczoraj się o tobie dowiedziałam. – Odwiesiła zioła i zajęła wskazane miejsce. – Wiem. – Ponownie się roześmiała i jednym ruchem ręki zdjęła z głowy kaptur. Oczom Elizabeth ukazała się twarz ślicznej, młodziutkiej, jasnowłosej, około dwudziestoletniej dziewczyny. Piękne zielono-złote oczy wpatrywały się w Elizabeth tak, jakby przewiercały jej dusze na wylot. – Ty jesteś tą słynną wiedźmą? – zapytała z niedowierzaniem. – Wiedźmą? – Nieznajoma najwidoczniej lubiła się śmiać. – Tak nazywają mnie ludzie, wiem. Naprawdę mam na imię Caroline. – Ale czy nie powinnaś być starsza? – A cóż znaczy czas? – Caroline posmutniała. – To tylko ludzie utrudniają sobie nim życie. Ja nie liczę czasu. Po prostu żyję. Jeśli to była ta sama wiedźma, o której mówiła kucharka, to powinna mieć około osiemdziesięciu lat. Powinna być stara i pomarszczona, a nie olśniewająco piękna i wysmukła jak topola. – „Może to za sprawą magii” – Pomyślała Elizabeth i już nie wracała do tego tematu. – Czekałaś na mnie, więc coś o mnie wiesz. Znasz moją przyszłość? – zapytała z wypiekami na policzkach. Była tak podekscytowana tym, co mogła za moment usłyszeć. – Wiem o tobie. Nie wszystko, ale to co najważniejsze. – Zamyśliła się – Twoje życie bardzo się zmieni… Ty zmienisz życie wielu ludzi… Napiszesz nowy rozdział w dziejach świata… Już wkrótce go spotkasz… Odnajdziecie się… Taka miłość rzadko się zdarza… Przetrwa wszystko, nawet śmierć… – Czy ja umrę?  – Poczuła ucisk w żołądku. – Każdy kiedyś umrze, prawda? – Caroline spoważniała, jakby zasmuciła się. -  Taka kolej losu, ale ta miłość nie umrze. Będzie trwać wiecznie. – Kiedy go poznam? Kto to jest? Ktoś z towarzystwa? Zamieszkamy w Londynie? – Elizabeth jednym tchem wyrzuciła z siebie kilka pytań. – On już jest obok, już nadchodzi… Wraz z nim łzy i strach… Ale po burzy zawsze świeci słońce… Jest blisko, coraz bliżej… Musisz zaufać tej miłości i cał- kowicie się jej oddać. miastoksiazek.com | 32 W KOLORZE KRWI – Ja… – Nic więcej ci o nim nie powiem. Wkrótce sama zrozumiesz… Spotkasz go i będziesz wiedzieć. – A Lucas?  Czy jemu coś grozi? Tropi bestię i …. – Zamilcz! – Caroline uciszyła ją ruchem ręki. – Twój brat długą przebędzie drogę i bardzo męczącą. Coś straci i coś zyska… Stanie się kimś zupełnie innym, ale będzie żył… Długo… Bardzo długo… Więcej nie widzę. – Nie widzisz nic więcej? – Ogarnął ją żal. Spodziewała się dowiedzieć czegoś bardziej konkretnego. – A co z bestią? Lucas ją złapie? – Powinnaś już pójść. – Caroline wstała z miejsca i wyprostowała się. – To wszystko, co chciałam ci powiedzieć. On się zbliża, a ty czekaj na niego. Znajdzie cię. – Odwróciła się do niej plecami i znowu założyła na głowę przepastny kaptur. Elizabeth wyszła z chaty tuż za Caroline. Zauważyła, że na jej widok Joseph i Jane niemal równocześnie odetchnęli z ulgą. Musieli się naprawdę o nią bać. – Czy możemy prosić o zioła chroniące przed złem? – nieśmiało zapytała Jane. – Możecie. – Caroline ponownie na chwilę weszła do chaty, ale zaraz wróciła niosąc w dłoni pęk suszonych łodyg. Podała go przerażonej dziewczynie. – Powie- ście na progu domu, a zło nie będzie miało do was dostępu. – Dziękujemy. – Jane dygnęła. – Czy jako zapłata wystarczy… – Przestań! – Wiedźma wydawała się poirytowana, tak przynajmniej po tonie jej głosu wywnioskowała Elizabeth. – Idźcie stąd. Teraz nie potrzebuję żadnej waszej zapłaty. Otrzymam ją w przyszłości. – Chodźmy. – Joseph pospiesznie chwycił Elizabeth pod jedną ręką, a Jane pod drugą i niemalże ciągnąc je za sobą, skierował się w głąb lasu. Elizabeth odwróciła się jeszcze na chwilę i spojrzała na stojącą nieruchomo postać wiedźmy. Miała wrażenie, że ta coś przed nią ukryła, że nie chciała powiedzieć wszystkiego, co zobaczyła. Ale najważniejsze, że Lucasowi nic nie groziło. A ona miała spotkać miłość swego życia. I to już wkrótce. Caroline patrzyła za nimi w milczeniu. Targały nią sprzeczne emocje. Oto gdyby teraz powiedziała wszystko, co zobaczyła, zapobiegłaby tylu wydarzeniom. Jednym słowem mogła przekreślić swoje wizje. Mogła, ale nie zrobiła tego. Dość miastoksiazek.com | 33 WIECZNA MIŁOŚĆ miała bycia inną, osamotnioną, żyjącą na marginesie. To mogło się zmienić, jeśli stanie się tak, jak widziała w wizji. Musiała poświęcić tę dziewczynę. Może i gdzieś na dnie duszy czuła żal, czy współczucie, ale spychała je w otchłań niebytu. Już dość samotności, dość strachu… To wkrótce się zmieni, a przyszłość wreszcie nie wydaje się taka przerażająca. *  *  * Wracali do powozu prawie w ogóle się do siebie nie odzywając. Jane była chyba zbyt przerażona, aby wydusić z siebie chociaż jedno słowo, a Elizabeth ciągle rozmyślała nad tym, co usłyszała od Caroline. Miała spotkać miłość swego życia. Taką praw- dziwą, cudowną miłość. Kogoś kto będzie z nią na dobre i złe. Kogoś kto zabierze ja do Londynu, z kim będzie mogła zwiedzać świat. Czyż to nie wspaniałe? A Caroline mówiła, że to będzie wielka miłość, która przetrwa wszystko… Cichutko westchnęła na to wspomnienie. Oj dałaby wiele, aby ta miłość już się odnalazła, bo perspektywa spędzenia jeszcze większej ilości czasu na tym odludziu, wydawała się Elizabeth nie do zniesienia. Nagle zapragnęła odwlec powrót do domu. Tu, w lesie, było całkiem przyjemnie. Ptaszki świergotały, paprocie pochylały się ku ziemi, drzewa pachniały cudowną, żywiczną wonią. Zaraz, zaraz przecież Caroline nazbierała jagód dlaczego więc i oni nie mogliby ich poszukać. Zatrzymała się w pół kroku. – Co się stało? – Joseph popatrzył na nią ze zdziwieniem. – Nic – odpowiedziała niedbale. – Jeśli już tu jesteśmy, to może nazbieramy jagód. Bardzo lubię placek jagodowy. – To nie jest dobry pomysł. – Jane jednak była tchórzem. Trzęsła się jak osika, na samą propozycję chodzenia po lesie i zbierania jagód. – Oj proszę, proszę znajdźmy trochę jagód. – Elizabeth złożyła ręce jak do modlitwy. – Nie chcę jeszcze wracać. Jest wcześnie, a tu na pewno nic nam nie grozi. No i mamy zioła chroniące przed złem – przypomniała. – Nie panienko, to nie jest możliwe. – Joseph pokręcił przecząco głową. – Już i tak sporo ryzykowaliśmy.  Na dziś wystarczy przygód. Wracamy do powozu. miastoksiazek.com | 34 W KOLORZE KRWI – Ale jesteście! – prychnęła Elizabeth. – To chociaż puść Josephie moją rękę, bo przez ciebie będę miała siniaka. Lokaj momentalnie zabrał swoją dłoń z ramienia dziewczyny, a ta, jakby tylko na to czekając, od razu skorzystała z wolności. Zanim służba zdążyła się zoriento- wać, hrabianka uskoczyła w bok, znikając za najbliższymi, gęstymi zaroślami.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

W kolorze krwi. Księgi I-IV
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: