Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00272 005089 12584761 na godz. na dobę w sumie
W mroku miasta. Cienie - ebook/pdf
W mroku miasta. Cienie - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3785-9621-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-15%), audiobook).

Cienie – II tom cyklu zatytułowanego W mroku miasta opowiadającego historię zawiłych losów nacji wampirów zwanej Rodzajem.


Podobnie jak pierwszy tom, Cienie to wielowątkowa powieść z plejadą wyrazistych postaci, której wartka akcja osadzona jest w realiach współczesnej Polski, a tym razem i Berlina. Śledzimy w niej dalsze losy Bogusława i Kaśki, Leona, Marka, Gośki, Chwalimira oraz pozostałych postaci znanych z pierwszego tomu. Poznajemy też nowych bohaterów jak choćby rozkoszną Zuzkę, krnąbrną Karinę czy bezpiecznego Krzysztofa.


Mroczny Świat wciąż skrywają cienie tajemniczości, ale ich trwałość zostaje zachwiana – w dobie demaskujących zdobyczy technicznych oraz światłych śmiertelnych Rodzajowi coraz trudniej ukryć swą odmienność. Świat nieumarłych i świat śmiertelnych stają na granicy jawnego konfliktu, kiedy IN NOMINE PATRIS wkracza na nowy obszar i zdobywa nowych sprzymierzeńców. W obliczu takiej perspektywy zdeterminowani Słowianie zawierają okupione krwią przymierze z dziką germańską nacją i zawiązują pakt z łowcami – nie ma bowiem takiej ofiary, której Rodzaj nie poniósłby, dla utrzymania swego istnienia w tajemnicy.


Na tym tle toczy się pełen zawirowań romans, którego główną postacią staje się uwikłana w skomplikowany trójkąt Gośka.
Gośka to atrakcyjna, niezależna dziewczyna od dawna lawirująca wśród grona adoratorów, którym nie zamierza dać szansy na trwały związek. Kiedy jednak poznaje Leona, a krótko po nim pojawia się Krzysztof, jednostajna codzienność singielki rozkręca się jak emocjonalna karuzela. Leon pociąga ją fizycznością i błyskotliwością, ale jest też nieobliczalny, pełen sprzeczności i skrywanych tajemnic – to intrygujący, budzący dreszczyk mężczyzna-cień. Krzysztof jest inny – tłumiący temperament i emocje, ale zarazem dobroduszny i pociągający bezpieczeństwem wydaje się kotwicą gwarantującą stabilną przyszłość. Obaj mężczyźni razem stanowiliby idealnego partnera, ale realny świat nie jest tak skonstruowany. Którego więc powinna wybrać? Pójść za głosem rozsądku i dawno sprecyzowanych priorytetów i z Krzysztofem wypłynąć na spokojne wody przewidywalnej codzienności? Czy jednak posłuchać głosu serca i z Leonem rzucić się w rwący nurt kapryśnej namiętności? A może porzucić obu?      
Tak więc Cienie  to opowieść o życiowych rozterkach ludzi i nieludzi, a wszystko na tle niezwykłych wydarzeń rozgrywających się na granicy dwóch światów. Książka w barwny i dynamiczny sposób splata w sobie romans, erotykę, powieść obyczajową, sensację i paranormal-fantasy. Intryguje, rozśmiesza i podnosi ciśnienie, dostarczając porządną dawkę rozrywki.


Jeśli zaintrygowała Cię spowita mgłą dziewczyna z okładki, która rzucając za siebie niepewne spojrzenie, stoi u wrót Mrocznego Świata, to wejdź na karty tej książki i poznaj jej historię.
Przeczytaj koniecznie i pamiętaj...WAMPIRY SĄ WŚRÓD NAS! ;)

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Magdalena Rewers W mroku miasta Tom II Cienie © Copyright by Magdalena Rewers e-bookowo Projekt okładki: Anna Tuziak Korekta: Patrycja Żurek ISBN e-book 978-83-7859-621-9 ISBN druk 978-83-7859-622-6 Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie I 2015 Podziękowania W pierwszej kolejności dziękuję moim czytelniczkom i czytel- nikom, których dowody sympatii, doping i budujące komentarze po publikacji pierwszego tomu cyklu zagrzewały mnie do dalszej pracy. Nadto podziękowania kieruję do moich najbliższych. Dziękuję mojemu synowi, Kajetanowi, za słuszne sugestie, mo- tywującą krytykę oraz dzielenie się wiedzą i czasem poświęconym na dopracowanie tekstu w detalach. Dziękuję mojemu mężowi za zachętę, wiedzę niezbędną w szczególnych wątkach fabuły oraz wskazanie mi właściwego kierunku w kluczowych momentach. Oczywiście dziękuję mojej córce – między innymi za cierpli- wość przy ogarnianiu zawiłości technicznych oraz pomysłowość i determinację w promowaniu mojej twórczości. Osobne podziękowania należą się szczególnym fankom cyklu i nieodzownym doradczyniom: Grazikowi za jej wnikliwość, świetną znajomość polszczyzny oraz zasad pisowni i za konsultacje medyczne. Mojej serdecznej przyjaciółce Bożence Powałowskiej z Chojny za bogactwo koncepcji i nadanie niezamierzonego, a jednak cał- kiem trafnego kształtu fabule Cieni, ale przede wszystkim dzięku- ję jej za oddanie i niezachwianą wiarę we mnie. Obu dziewczynom zaś za żywotne zainteresowanie postępami w pracy nad tekstem. Podziękowania kieruję też do dwóch wyjątkowych kobiet, któ- rym Cienie zawdzięczają ciekawą oprawę: Ani Tuziak – specjalistki od grafiki – za opracowanie projek- tu i wykonanie efektownej okładki oraz Pauliny Powałowskiej za użyczenie wizerunku. Prolog W wietrzny i deszczowy listopadowy wieczór 1926 roku Leon Adamski wyszedł ze swojego mieszkania na warszawskiej Pradze. Ciemność (niezbędny element jego fachu) była mu bliska. Nasunął na czoło rondo brązowego welurowego kapelusza i uniósł kołnierz prochowca. Nie powinien dać się zauważyć. Dys- krecja i czujność – nieodzowne cechy każdego włamywacza – były w nim tak zakorzenione, że nawet wychodząc po papierosy, wyko- nywał te dwa maskujące gesty. Szedł zatęchłymi ulicami, na których niepodzielnie królująca nędza władała każdym zakątkiem tej podłej dzielnicy. To wła- śnie stąd pochodziły uliczne męty stolicy – żebracy, rzezimieszki, dziwki i złodzieje. Ta wylęgarnia ludzkich szumowin była też jego kolebką. Nikt nie dziwił się jego profesji, bo na Pradze mało kto znał przyzwoity czy uczciwy przepis na życie. Dopóki, krążąc po dzielnicy z grupką takich jak on rzezi- mieszków, obrabiał z portfeli co zamożniejszych przechodniów, nie przypuszczał, że może się stąd wyrwać, ale gdy zrobił swój pierwszy prawdziwy skok – gdy obrabował bogatą willę na przed- mieściach – otworzył oczy na lepszy świat. Też będę miał taki dom – zdawałoby się nieskomplikowana myśl, a jednak… Ale Leon był zawzięty; raz obrany cel przesłonił mu wszystko, dlatego zerwał z ferajną i rozpoczął solową karierę włamywacza-profesjonalisty. Teraz, po pięciu latach, miał zgromadzony niezły kapitalik i jeszcze kilka lat, a uzbiera tyle, by wynieść się z tego parszywego miejsca. Rzuci tę profesję i stanie się praworządnym człowiekiem. Na razie jednak musiał zaciskać pasa i mieszkać w odrażającej dzielnicy, a jedyną rzeczą, na którą Leon pozwalał sobie uszczknąć coś z kapitału, była schludna odzież. Żadne szaleństwo – ot nieła- tany garnitur, czysta koszula i czysty płaszcz. Od lat nie miał nikogo, kto troszczyłby się o niego i o kogo sam musiałby się troszczyć. Matka i młodsza siostra zmarły na 5 suchoty, ojca zaś, pijaka i kanalię, ostatni raz widział czternaście lat temu w swoje dziesiąte urodziny. Nie był nawet pewien, czy wy- rodny rodzic wciąż żyje. Najprawdopodobniej zapił się na śmierć albo dostał nożem pod żebro w jakimś ciemnym zaułku. Tacy jak on z reguły kończyli w ten sposób, dlaczegóż więc jego ojciec nie miałby tak skończyć? Pogoda była paskudna, ale nie dla Leona. Szedł na robotę, więc ulewny deszcz i zimny, porywisty wiatr, a wraz z nimi zamierają- cy ruch uliczny, były mu na rękę. Czyżby wszystkie moce świata postanowiły stanąć dziś po stronie Leona Adamskiego? Dobrze – pomyślał, uśmiechając się pod nosem i skręcił w stronę Targówka. – Szlag by…! A tak dobrze się zapowiadało – mruknął z iryta- cją, gdy uszedłszy zaledwie parę kroków, natknął się na mężczy- znę, który wytoczył się z pobliskiej bramy zalany krwią. Jakikolwiek incydent był diabelnie nie po jego myśli. Jeśli nie zdąży przed północą, może pożegnać się z tym skokiem – drugiej okazji nie będzie. Jednak mężczyzna ociekał krwią od brody aż po pas i pojękując, zbliżał się chwiejnym krokiem, nie dając Leonowi szansy, by się z tego wywinął. Chłopak stanął więc i spoglądając na zakrwawionego człowieka, spytał: – Potrzebuje pan pomocy? Co się stało? Nie było odpowiedzi, tylko szklisty, srebrzysty wzrok i ciało oparte o mur kamienicy w kuriozalnym półukłonie, przywołujące go gestem ręki. Leon desperacko nie chciał się do niego zbliżać. Cholera, robo- ta pójdzie w diabły i jeszcze zaplami mi ubranie – marudził w du- chu. Nie mógł sobie pozwolić na kupno nowego, ale z drugiej stro- ny czy mógł zignorować rannego, słaniającego się człowieka? Nie mógł, dlatego podszedł. Mężczyzna uniósł się, chwycił Leona za ramię i wtedy wy- darzenia potoczyły się lotem błyskawicy. Nim młody przestępca zdał sobie sprawę, że nie jest wybawcą a ofiarą, ostry ból przeszył go na wskroś, jego ciało zwiotczało, a słaniający się przed chwilą mężczyzna stał sprężysty i silny, trzymając go w żelaznym uścisku niczym szmacianego manekina. Potem była już tylko ciemność. Kiedy się ocknął w odrapanej bramie nędznej kamienicy, wciąż była noc. A może znowu? Leon nie wiedział, ile czasu minęło od chwili, gdy stracił przytomność, wiedział jednak, że dzieje się coś osobliwego… arcydziwnego – piekący ból rozchodził się po jego ciele, docierając do każdej pojedynczej komórki, a zmysły szalały, przesadnie reagując na bodźce. Słyszał każdy szelest, widział każ- dy szczegół ohydnych murów bramy i obskurnej klatki schodowej, czuł najodleglejsze i najwątlejsze zapachy, ale przede wszystkim odczuwał nieodparty głód. – Szlag… krwi? – wystękał zbolały. – Niemożliwe! – podpowia- dał rozum. Ale instynkt wiedział lepiej – jego ciało domagało się krwi. I to w najczystszej postaci. Nie miał pojęcia, jak go zaspokoić, ale… Znajdź żywiciela! Znajdź żywiciela! – krzyczał wewnętrzny głos. Inaczej skończysz marnie. – Żywiciel w środku ulewnej nocy w obskurnej dzielnicy? Nic prostszego – burknął z sarkazmem i otrzepawszy dłońmi sponie- wierane ubranie, wyszedł na deszcz. Trzy bramy dalej dostrzegł majaczącą sylwetkę. Mimo wszyst- ko los mu sprzyjał. Korpulentna, podstarzała dziwka wdzięczyła swoje nieapetyczne ciało. Jej niechlujny wygląd bardziej odstrę- czał, aniżeli wabił, ale Leon nie miał wyboru. Zresztą… przecież nie zamierzał jej pieprzyć. Pożywi się, a potem starannie wymyje twarz i zęby, by pozbyć się brudu i smrodu nieświeżości, będących jej atrybutami. Zanurzył kły błyskawicznie, instynktownie znajdując najczul- szy punkt na ludzkim ciele. Wampir?! – zawyła z przerażeniem jego podświadomość. Takiego typu przemiana się w nim dokona- ła? Ogarnęły go lęk i konsternacja i trudno było przewidzieć, które pierwsze zawładnie jego jaźnią. Leon toczył wewnętrzną walkę na emocje, a tymczasem nie- chlujna dziwka zaczęła wiotczeć w jego ramionach. Odsunął się przerażony i spoglądając jej w oczy, beznamiętnym tonem zaczął kobietę uspokajać. Ku jego zdziwieniu wyraz zadowolenia i przy- jemności zagościł na jej twarzy. 7 – Jasna cholera! To nie może być takie proste. Ale nawet jeśli nie było to łatwe, instynkt samozachowawczy prowadził go pewnie i zdecydowanie. I wtedy poczuł drugi głód… seksu. 8 Rozdział 1 Lato – dziś Leon siedział rozparty w obszernym, klubowym fotelu. Jedną nogę przewiesił przez oparcie, ręce szeroko rozłożył na boki i przy- mrużywszy powieki, przyglądał się Chwalimirowi. Chwalimir Toporski – w Mrocznym Świecie zwany Chwalimirem z Toporów od ponad pięciuset lat władał Królestwem Ziem Zachod- nich. Silny, bezwzględny, wymagający – dzięki tym cechom utrzy- mywał ład w królestwie i spokój wśród podległych mu klanów, a od kilku miesięcy sprawował też protektorat nad pozostałymi królestwa- mi Ziem. Mimo ponad milenijnej egzystencji miał prezencję atrakcyj- nego trzydziestolatka, aczkolwiek z powagą wielowiekowej mądrości malującą się na twarzy. Przyćmione światło biurkowej lampy rzucało cień na przystojną twarz monarchy, który ignorował wnikliwe spojrzenie swego pupila. Gdy skończy, siądą w cieple kominkowych płomieni i zamienią kilka zdań, pielęgnując resztki człowieczeństwa, w tym momencie jednak obowiązki były priorytetem. Odkąd IN NOMINE PATRIS wtargnęło do Mrocznego Świata, rujnując nienawiścią i żądzą mordu ład pomię- dzy nim a światem śmiertelnych, król protektor miał ręce pełne robo- ty. Kiedy właściwie ten gość miał czas dla siebie? – zastanawiał się Leon, bo od bardzo dawna nie było nocy, której król nie poświęcałby pracy. Tak więc Chwalimir pisał, stawiając zamaszyste litery na ele- ganckiej papeterii opatrzonej herbem królestwa, a Leon przyglądał mu się, dzierżąc w ręce szklankę z krwawą Mary. Lubił te wieczory, gdy siedzieli w zaciszu gabinetu, a czas leniwie toczył się obok. I gdy Chwalimir oddawał się monarszym obowiązkom, on pozwalał swym myślom swobodnie dryfować. Cholera, gdyby nie Chwalimir, co by ze mną było? Zawdzięczam temu staruszkowi wszystko – pomyślał z wdzięcznością Młody, którego myśli podryfowały dziś do po- czątków ich zażyłości. 9 Ciemną, nędzną ulicą Leon wracał do domu. Już wiedział, że wydarzenia ostatniej nocy zmieniły wszystko i jeśli chce prze- trwać, nie może dłużej trzymać się ludzkiego życia. Tylko co da- lej?! Do kogo się zwrócić?! – krzyczała rosnąca w nim panika. Sko- ro jednak ktoś mu to zrobił, to znaczy, że muszą być inni tacy jak on. Tacy jak on… Cholera… wampiry! Kto przy zdrowych zmysłach wierzy w wampiry?! Nawet gdyby ktoś ostrzegał go przed wam- pirami i nocnymi eskapadami w miasto, nie uwierzyłby. Nigdy. Zwyczajnie wyśmiałby frajera i dalej robił swoje, a jednak... *** 10 – Świat jest pokręcony – stwierdził smętnie. Cóż z tego? Teraz był wampirem i jeśli chciał znaleźć swoje miejsce w nowej rzeczywistości, musiał jak najszybciej odszukać pozostałych – choćby jednego. Ale gdzie?! Jego myśli krzyczały, dając upust narastającemu lękowi, któremu przecież nie mógł się poddać. Lęk, frustracja, desperacja – to najgorsze, co mógłby sobie teraz zafundować. Od lat był sam. Właściwie od dziecka potrafił o siebie zadbać. Porzucony przez ojca, ze schorowaną matką i małą siostrzyczką musiał szybko wydorośleć. Bezlitosna ulica – jego drugi dom – też go nie rozpieszczała. Jeżeli nie potrafisz zawalczyć o swoje – zginiesz – oto przeprowadzająca swoistą selekcję naturalną twarda zasada ulicy. W chwilach kompletnej bezradności biegł do kościoła szukać otuchy i wskazówki. Siedział pomiędzy wiernymi, którzy, zaśle- pieni wiarą, wpatrywali się w odległą przestrzeń, u szczytu któ- rej kapłan głosił słowo, ale nie zwracali uwagi na zagubionego chłopca. On zaś modlił się o lepszy los dla całej ich trójki – o zdro- wie dla matki i siostry oraz siłę dla siebie, by mógł otoczyć je opieką. Tylko o to się modlił. A Bóg… ignorował go, głuchy na żarliwe wołanie dziecka. Tak więc i on z czasem nauczył się Go ignorować. Nie wchodzili sobie w drogę, a od śmierci matki i sio- stry Leon na dobre wymazał wiarę ze świadomości i z serca. Zo- stał kompletnie sam – trafił na ulicę i… przetrwał. Teraz też musi. Słońce zaczynało wstawać, gdy zdezorientowany i oszo- łomiony, świeżo upieczony wampir Leon dotarł do obskurnej kamienicy. Przemożne pragnienie snu gnało go na samą górę, gdzie wśród kilku strychowych komórek jedna była jego do- mem. Zamknąwszy za sobą drzwi, zaszył się w najciemniejszym kącie izby i pogrążył w pierwszym głębokim śnie nieumarłych. Jak długo spał? Dzień, dwa… więcej, a może mniej? Nie wie- dział. Wiedział za to, że nieodparty głód trawiący wnętrzności pcha go na ulice, by zapolował. – Psiakrew… zapolować? To niemożliwe, nie ja. Ja nie będę gryzł ludzi. Musi być jakiś inny sposób – mamrotał. Nie było, a głód doskwierał coraz bardziej, aż w końcu wy- głodniałe ciało wygrało walkę ze wzbraniającym się rozumem. Leon zdjął zaplamione ubranie, zmył z siebie zakrzepłą krew i oblepiającą go nieświeżość, a potem wyjął z szafy ostatnią przyzwoitą koszulę, niedzielny garnitur, welurowy płaszcz i ka- pelusz w oliwkowym kolorze i ruszył w kierunku hotelu Bristol. Jeśli nie poszczęści mu się w Bristolu, to opodal jest Europejski. Taki wzrok to skarb – delektowała się jego złodziejska dusza. Chociaż nadludzki wzrok bez wątpienia przydałby się nocnemu włamywaczowi, ten rozdział został zamknięty, a jeśli nawet nie, to w tym momencie potrzeba krwi zagłuszała wszystko inne. Młody wampir skradał się w ciemności niczym przyklejony do murów cień. Skąd wiedział, że tak należy? Nikt mu nie pod- powiedział, a jednak… Rodzący się instynkt drapieżnika z każdą chwilą rozwijał w nim nowe umiejętności. Bez wątpienia najprościej byłoby znów skorzystać z gościn- nych ramion nieatrakcyjnej dziwki, ale Leon nie należał do męż- czyzn, którzy wybierali najprostsze rozwiązania. W przeciwnym razie byłby dziś zwykłym złodziejaszkiem w praskiej ferajnie albo, obierając uczciwe życie, tyrałby w fabryce za marny grosz, ledwie utrzymując się na powierzchni wegetacji. Nie, nie Leon Adamski. On chciał więcej. Oczywiście na miarę prostego chło- paka. O tym, by być bankierem, lekarzem czy prawnikiem nie 11 mógł marzyć, ale być wysokiej klasy włamywaczem, który kie- dyś odbije się od praskiego dna i wypłynie na głębokich wodach stolicy – tak, to było w jego zasięgu. Do niedawna. Bo teraz na- wet ów nieskomplikowany plan wziął w łeb. Tak więc przemykał ciemnymi uliczkami, zmierzając w kierun- ku lepszego świata, gdzie zapoluje na elitę – na słodką krew czy- stej, pachnącej kobiety. Takiej, o której do tej pory mógł jedynie marzyć, a która – wiedział z pierwszych doświadczeń – odda mu siebie dobrowolnie i będzie nie tylko źródłem pożywienia, ale i rozkoszy. Już nie tknie dziwki takiej jak ladacznica, którą ukąsił, a potem przeleciał owej feralnej nocy, gdy ogromny głód seksu sprawił, że nieatrakcyjność partnerki przestała mieć znaczenie. Tak, zdecydowanie nigdy więcej nie poniży się tak bardzo. Rysy Leona zamazywały się w opadającej mgle i tylko uliczne latarnie rzucały słabe światło na zmęczone, wygłodniałe obli- cze. Kiedy wszedł na Krakowskie Przedmieście, jego krok stał się pewniejszy, sprężystszy. Już nie przemykał jak wypłoszone zwie- rzę, tylko jawnie wkroczył w świat ludzi bogatych i pięknych, do których nigdy wcześniej nie miałby śmiałości się zbliżyć. Im bliżej był celu, tym bardziej wyostrzone zmysły chłonęły at- mosferę luksusu. Zapach drogich perfum i eleganckiej wody koloń- skiej drażnił nozdrza, blask hotelowych świateł, odbijając się w dro- gich klejnotach, męczył oczy. Był we właściwym miejscu. Pozosta- wało wybrać ofiarę i zapolować. Skoncentrował wzrok na ludziach przed hotelowym wejściem i wtedy ją dostrzegł. Eteryczna brunetka była olśniewająca. Niewysoka i delikatna, o kobiecych kształtach. Jej kruczoczarna fryzurka à la Pola Negri i intensywny makijaż oczu o skrzącym się spojrzeniu podkreślały porcelanową cerę. Drobne usteczka w kształcie serca w karmi- nowym kolorze były tak zmysłowe, że nie mógł oderwać od nich wzroku. Nie wyróżniając jednego określonego typu urody czy sylwetki, Leon gustował po prostu w kobietach pięknych, a ta bez wątpienia była piękna – niesłychanie. Poza tym przecież nie przyszedł tutaj szukać żony. Jeszcze raz rzucił okiem na kobietę – tak, to ona będzie jego celem. 12
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

W mroku miasta. Cienie
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: