Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00314 009679 7506807 na godz. na dobę w sumie
W pomrokach wiary. Opowieści niesamowite - ebook/pdf
W pomrokach wiary. Opowieści niesamowite - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 305
Wydawca: Armoryka Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3806-4183-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook (-22%), audiobook).
Zbiór opowiadań znakomitego pisarza, Stefana Grabińskiego, tworzącego przed drugą wojną światową, specjalizującego się w opowieściach niesamowitych, zwanego polskim Edgarem Allanem Poe. Tom zawiera 11 opowieści grozy, które polecamy do czytania ludziom o mocnych nerwach. I ostrzegamy, by ich nie czytać po zmroku! Kto sięgnie po ten zbiorek, na pewno się nie zawiedzie! Mistrzostwo pióra, subtelne wprowadzanie w nastrój, zaskakujące zakończenia opowiadań: Na Wzgórzu Róż, Po stycznej, Zez, Cień, Puszczyk, Wampir, Szalona Zagroda, Pomsta Ziemi, Klątwa, Podzwonne, Klasztor i morze.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

Stefan Grabiński Stefan Grabiński Stefan Grabiński Stefan Grabiński W POMROKACH W POMROKACH W POMROKACH W POMROKACH WIARY WIARY WIARY WIARY opowieści niesamowite opowieści niesamowite opowieści niesamowite opowieści niesamowite W pomrokach wiary Stefan Grabiński W pomrokach wiary o p o w i e ś c i   n i e s a m o w i t e Armoryka Redaktor tomu: Marta Sarwa Projekt okładki: Juliusz Susak © Wydawnictwo ARMORYKA 2016 Wydawnictwo ARMORYKA ul. Krucza 16 27­600 Sandomierz http://www.armoryka.pl/ ISBN 978­83­8064­183­9 NA WZGÓRZU RÓŻ Da quella bocca dorde usciano i fiori, Ora n escono i vermi... oh! che pietade!... W ustach, co niegdyś tchnęły wonią kwiatów, Robak się lęgnie – bolesny widoku!... Piosenka neapolitańska Było lato – parne, upalne – pora, gdy miasto się wy- ludnia, po ulicach wzbijają tumany kurzu, błąkają zapo- mniani samotnicy. Zalecono mi kąpiele słoneczne i wyjazd na wieś, gdzie mógłbym swobodnie przeprowadzić kurację. Niestety obowiązki, zajęcia, nie pozwalały opuszczać miasta. Mu- siałem więc dla uniknięcia ciekawości i natręctwa ludzi po- szukać odpowiedniego miejsca w okolicach podmiejskich. Po bezskutecznych wędrówkach znalazłem wreszcie nader dogodne, ustronne, o jakie cztery kilometry od cen- trum ruchu. Właściwie odkryłem je całkiem przypadkowo, zapędziwszy się w swych poszukiwaniach w nieznane mi dotychczas strony. Leżało za małym laskiem, ogrodzone od gościńca głębokimi jarami, zasłonięte przed okiem prze- chodnia łańcuchem pagórków. Była to przestronna łąka, zarosła jedwabistą trawą, peł- na woni roślin pastewnych i ziół. Pośrodku stał samotnie wysoki mur z czerwonej cegły, tworząc zamknięty czworo- 5 bok. Zrazu zaniepokoił mnie nieco, gdyż przypuszczałem, że zawiera we wnętrzu jakąś siedzibę, lecz oglądnąwszy go dokładnie, przekonałem się, że nie ma nigdzie wejścia ani otworu. Ponadto wokół nie widziałem żadnej ścieżki, żad- nego utartego toru. Tylko przez pierwszych parę dni zda- wało mi się, że dostrzegam świeże ślady podków końskich. Zbadałem mur w miejscu poczynania się odcisków, lecz nie zauważyłem nic szczególnego na jego powierzchni. Zresztą niebawem przestałem zwracać uwagę na tropy, gdy zatarły je deszcze, zarosły trawy. Ostatecznie uspokoił mnie zupełny w tej stronie brak choćby najmniejszej poszlaki ludzkiego życia. Ciszę mącił chyba tylko bzyk koników polnych lub da- leki turkot wozu za wądołami. Mur zdawał się stykać bez- pośrednio z nieboskłonem: ponad nim nie wystrzelało ani jedno drzewo, nie czernił się szczyt domu, nie kędzierzawił pióropusz dymu, wyniosłe, ceglaste ściany szły prosto w górę, wsiąkając w lazur widnokręgu. Szczęśliwy z zajęcia tak wygodnego stanowiska, podda- łem się z zapałem działaniu ożywczych promieni słońca. Opierałem się plecami o mur i w tej pozycji siedząc na ziemi, wygrzewałem się. Wybierałem umyślnie porę obia- dową, gdy energia słońca dochodzi do szczytu. Wkoło mnie roztaczały całe bogactwa swych woni zioła prażone spieką południa, zanosiły się brzękiem świerszcze. Wydzie- liny rumianku, mięty, zawrotny zapach macierzanki unosiły się w rozedrganym eterze gęstymi, wąskimi jak ciecz fala- mi. Miałem wrażenie czegoś niemal dotykalnego... Zresztą cisza bezwietrzna, senliwa... Czasem ledwo dosłyszalne tarcie kanarkowych skrzydełek cytrynka, osypywanie się mączki z brzemiennej torebki kwiatu... Czasem gdzieś hen, daleko, w zenicie świegot skowronka, urwany odzew przepiórki... 6 Nade mną słońce czyste, bez skazy pławiło się w rozto- pionym złocie, wyginało łomkie brzegi tarczy połyskliwym ruchem. Ukołysany wonią ziół, uśpiony skwarem, przechylałem głowę wstecz, śledząc gorączkę chmur, goniąc oczyma za obłokami, które jak pijane zataczały po niebie nieokreślone drogi, nie śmiąc przesłonić słońca, zbyt potężnego w tej chwili; Odpychało je daleko precz nerwistym rozkurczem promieni. Wreszcie koło południa wpadałem pod wpływem upału i orgii woni w rodzaj snu, czy ekstazy. Trwała zwykle niedługo, może z kwadrans, lecz była tak upajającą, że z chęcią przedłużyłbym ją z godzinę. Zrazu nie wypełniała jej żadna konkretna wizja, po któ- rej pozostawałoby wspomnienie w formie na przykład ob- razu, natomiast wytwarzało się wrażenie zapachu róż. – Mówię wytwarzało się, gdyż tak początkowo starałem się rzecz wyjaśnić. Myślałem, że róże, to tylko wytwór we- wnętrzny mego przeczulonego powonienia pod wpływem ekstazy. Powoli jednak zmieniałem zapatrywanie, gdy woń róż dawała mi się uczuwać przez dni następne już wcze- śniej przed wspomnianym zapamiętaniem. Musiała zatem pochodzić od rzeczywistych kwiatów, które mogły róść tyl- ko w obrębie muru. Jakoż istotnie róże pachniały silniej, ilekroć wiatr przerzucił przez jego szczyt zwiewne masy rozgrzanego powietrza. Róże kwitły poza murem. Odtąd podniecona ciekawością wyobraźnia zaczęła czy- nić wycieczki na niepewne w krainę najdzikszych domy- słów. Może jakiś dziwak–ogrodnik zamknął się w czterech ścianach z cegły i pielęgnuje kwiaty dla pięknej fantazji – może jakiś znudzony życiem pięknoduch na poły zbo- czony... 7 Przykładałem ucho, uderzałem w mur kamieniami, parę nawet cisnąłem na drugą stronę... wszystko bez skutku: nie usłyszałem odpowiedzi. Dałem więc spokój, upewniony, że przestrzeń poza mu- rem jest pusta i niezamieszkana przez ludzką istotę, co naj- wyżej zarosła różami. Kwestia jej zawartości byłaby mnie nawet zupełnie przestała zajmować, gdyby nie pewne oko- liczności, towarzyszące ekstazie, jako też zmiany, jakie po czasie wystąpiły w niej samej. Czwartego dnia dotknęło mnie wmieszanie się do zwy- kłej woni ziół i róż jeszcze innego, specjalnego zapachu. Zapewniam, że aż do rozwiązania zagadki nie miałem po- jęcia o jego rodzaju, tak, żebym przy pomocy czysto nor- malnych, codziennych, że się tak wyrażę, funkcji powo- nienia, w połączeniu z rozumowymi przesłankami nie mógł wyciągnąć wniosku o źródle jego pochodzenia. Tylko do- myślałem się, że ów szczególny zapach, który wnęcił się pomiędzy dotychczasowe, zapewne sam musiałby być znacznie silniejszy, wyraźniejszy, lecz że w obecnym poło- żeniu był przytłumiony i przekształcony przez inne. Do mnie dochodziła tylko wypadkowa przeróżnych woni, otrzymana przez ich wzajemną interferencję. Stąd mimo wysiłków nie mogłem nic o niej zawyrokować: była mi obcą, nieznaną, czułem ją po raz pierwszy w życiu. Równolegle z tym począł się zmieniać stan ekstatyczny południa. Pewnego dnia, gdy opity słońcem odchyliłem wstecz głowę i spojrzałem tam, gdzie się mur stykał z siwą kopułą niebios, zdało mi się, że w tejże chwili cofnęła się poza brzeg jakaś głowa. Nieokreślony strach przeszedł na wskróś całą mą istotę; wyglądało na to, że ktoś mnie bez mej wiedzy śledził przez dłuższy czas spoza muru, a spo- strzegłszy, żem to zauważył, szybko skrył się na powrót. Oprzytomniawszy, zacząłem sobie to tłumaczyć zwykłą 8 wizją, tak częstą w ekstazie, usiłowałem się uspokoić. Lecznadaremnie: ciągle studiowałem w myśli wyraz wi- dzianej twarzy i kształt głowy. Ukazała mi się jednak na tak krótką chwilę, że trudno było określić jej rysy. Wróciłem do domu wysoce podniecony i niecierpliwie oczekiwałem dnia następnego, pewny, że nadarzy się spo- sobność lepszego przyjrzenia się tajemniczemu zjawisku. Lecz nazajutrz spadł deszcz, co mnie przyprawiło o roz- pacz. Zdenerwowany oczekiwaniem pogody, powitałem dopiero trzeciego dnia zbawcze słońce. Gdy rozgrzanie ziemi i roślin osiągnęło swój punkt zwrotny, znów uczułem wśród chaosu woni tę jedną, nie- uchwytną, chociaż teraz już nieco dobitniej zaakcentowaną. W przekonaniu, że zjawie istotnie brak wszelkiej rze- czywistej podstawy, wytężałem wzrok i siliłem się, by za- chować przytomność umysłu, chcąc w ten sposób zapobiec jej wyłonieniu. Tymczasem słońce, róże, a może i owo coś nieznane wzięło górę, obezwładniło umysł i w samo południe ujrza- łem pochyloną nade mną przez zrąb muru subtelnie piękną, tym razem wyraźnie kobiecą głowę. Była jakby z mgły, zatarta, utkana z ledwo dostrzegalnych atomów; owal po- ciągły, szlachetny, źrenice w perłowej oprawie białek i wło- sy ujęte w tyle głowy w grecki węzeł, koloru oznaczyć nie mogłem, bo materia, z której zjawisko utkało swą postać, była nieokreślonej, galaretowatej barwy. Patrzyła smutno, z wyrzutem. Gdy chciałem przemówić, rozwiała się. Przez te następne dnie powtarzało się to samo, z tą róż- nicą, że nieznajoma powoli jakby unosiła się ponad murem w całej postaci, odziana w szatę z mgieł. Zdziwiła mnie li- nia jej ciała: wyglądała na siedzącą; jej drobne, arystokra- tyczne ręce, o bosko wydłużonych palcach zwisały bez- władnie, jakby z jakiegoś oparcia. Była tak niezwykle 9 piękna, że wziąłem ją za uosobiony ideał mej wyobraźni, wyrzucony na zewnątrz szczególnym sposobem w stanie zachwytu. Rozkochałem się w nim do niepamięci i żyłem tylko krótkimi, momentalnie krótkimi, chwilami, w których mi się ukazywała. Aż razu jednego – był to już czwarty dzień z rzędu, od czasu pierwszego wyłonienia się – spostrzegłem z przera- żeniem zagadkową zmianę w tej anielskiej twarzy. Jakaś ciemna jak otchłań plama wykwitła na prawem licu. Naza- jutrz rozszerzyła się gwałtownie i objęła czoło. Była po- dobna do plam, które w jasną noc widać na tarczy księżyca: wiała z nich pustka i chłód. Niebawem wzdłuż jej alabastrowych rąk przeciągnęły się również niepokojące cienie. Śledziłem z rozpaczą nie- wytłumaczoną postęp tego zaniku, czy zaćmienia, świetla- nej wizji. Zmiany te posuwały się równoległe z przekształ- ceniami w jakości owej specjalnej woni, o której wspomi- nałem już parokrotnie. Nie powiem, że ta ostatnia nabierała intensywności, bo wtedy być może od razu byłbym odgadł jej genezę, ile raczej nabierała coraz to odmienniejszego zabarwienia. Ta właśnie równoległość obu zmian naprowadziła na wniosek o ich wzajemnej zależności, przy czym powziąłem podejrzenie, iż wchodzi tu w grę mój anormalnie rozwinię- ty zmysł węchu. Pod tym względem należałem do wyjątków. Wszystkie jednak niezwykłe zdolności me w tym kierunku zdradza- łem li tylko w chwili silnego podniecenia, zdenerwowania itp. Kiedy indziej węch mój w niczym nie oddalał się od przeciętnego zakresu. Dodać należy, że zawsze w takich wypadkach wyglądałem nieco anormalnie, chociaż prze- ważnie byłem najzupełniej przytomny. Wiedząc o tej mej właściwości, podrażniono mnie raz umyślnie podczas 10 konwersacyj, toczącej się w jadalni. Pani domu postawiła tymczasem na stole w salonie wspaniałą wazę na kwiaty, której dotąd nie widziałem, gdyż była świeżo sprowadzona. Wazy absolutnie ani ja, ani nikt inny z gości dostrzec nie mógł, bo salon znajdował się aż w trzecim pokoju, na lewo. Ponadto pozamykano drzwi tak, że żaden z obecnych sta- nowczo nie wyczuwał najmniejszego śladu, jakiejkolwiek woni. Po chwili ukazała się pani W. i z uśmiechem zwraca- jąc się do mnie, zapytała: – Jakżeż podoba się panu mój nowy nabytek? – Czy myśli pani o wazonie w salonie? – Oczywiście. – Istotnie prześliczny. I dokładnie opisałem jego kształt. Był w formie roz- gwiazdy ośmioramiennej, inkrustowany po krajach kora- lem. Nie omieszkałem wyszczególnić kwiatów w nim umieszczonych, jako też gustownego ornamentu, w którym je ułożono. Drogocenne naczynie napełniono wonną esen- cją dla ułatwienia mi zadania. Innym razem podstępnie podniecono mnie trochę szampanem, po czym kazano odgadywać dwanaście róż- nych przedmiotów, pochowanych w szkatułkach i skropio- nych jakimś wonnym olejkiem. Próba udała się wybornie; wymieniłem po kolei wszystkie bez zająknienia. Swoją drogą unikałem podobnych eksperymentów, bo po każdym doznawałem niezmiernego znużenia i nerwobó- lów. Chociaż proces, jaki zachodził u mnie przy wspomnia- nych doświadczeniach, był zapewne bardzo złożony, stara- łem się przecież, choć w głównych zarysach ująć jego isto- tę. Że z woni ciała mogłem wnioskować o jego kształcie, położeniu, może nawet i ruchach – to, zdaje się, było wyni- kiem całego splotu fizjologicznych zajść. 11 Każdy punkt ciała wysyłał woń o specjalnym, poniekąd zindywidualizowanym zabarwieniu, wywołując odpowied- nią podnietę w mych ośrodkach węchowych. Jeśli woń poj- miemy jako ruch cząstek eteru, podobny do ruchu fal światła, ciepła itd., to sprawa przedstawi się jasno. Suma podrażnień, rozlokowanych na korze mózgowej odpowied- nio do ich źródła, dawała wrażenie całości, a tą drogą pod- ziemnej komunikacji przerabiała się na takąż sumę podraż- nień wzrokowych i przenosiła na ośrodki optyczne, wytwa- rzając obraz wewnętrzny. Skutkiem szczególnej, być może mnie tylko właściwej wrażliwości centrów węchu i wzro- ku, istniała tu prawdopodobnie bardzo ścisła korelacja obu zmysłów. Najdrobniejsze przemiany w jednym znachodziły natychmiastowy oddźwięk w drugim: ośrodki jakby udzie- lały sobie swych sensacji, zarażając się nimi nawzajem. Współdziałała też zapewne spotęgowana niebywale subtel- na pamięć, która po doznaniu szeregu podrażnień węcho- wych w lot przypominała mi odpowiadający jej szereg wzrokowy, znała wszelkie możliwe, wzajemne ich kombi- nacje i skojarzenia. Może nawet jak genialny znawca to- nów z kilku zasadniczych motywów dogrywa całokształt symfonii, domyślała się z zaczątków reszty. Nigdy nie mogłem twierdzić, że ciało widzę w zwykłym znaczeniu tego słowa. Jeśli przecież używałem tego wyra- żenia, mówiłem tylko przenośnie lub też występowała wte- dy w swej roli wyobraźnia, projekcjonując obraz na ze- wnątrz. Jeśli atoli woń nie jest falą, lecz powstaje wskutek odry- wania się cząstek ciała, to widocznie odbywa się ono sy- metrycznie, stosownie do kształtu i rodzaju przedmiotu, lub też umiałem uporządkować bezładny chaos podrażnień, idąc przy patrzeniu drogą wsteczną ku źródłu woni. Przy obu teoriach jej istoty nie wykluczałem bynajmniej bezpo- 12 średniego działania na wyobraźnię i centra rozumujące, bez poprzedniej transpozycyj na obraz wzrokowy. Jak daleko sięgały me zdolności optyczne, sam nie wie- działem. – Może i wydoskonaliły się z wiekiem, chociaż wcale do tego nie przykładałem wagi. W każdym razie one to właśnie skłoniły mnie do przypuszczenia, że i poza wizją pięknej pani kryją się w istocie rzeczy ich odruchy. Nieodwołalnie zdecydowałem się na przekroczenie muru; tylko obręb nim objęty mógł mi dać upragnione roz- wiązanie ciemnej sprawy. Nazajutrz po powzięciu postanowienia przyszedłem wcześniej nad ranem ze sznurową drabinką, zaopatrzoną u końca dwoma haczykami. Zarzuciwszy ten ruchomy po- most na szczyt muru, wdrapałem się nań z kolei sam. Był szeroki na metr, że wygodnie stanąłem na blankach. Pyszny widok uderzył me oczy po spojrzeniu w dół. Przestrzeń w obrębie muru piętrzyła się we wschodniej stronie kształtem wzgórza zarosłego w całej swej rozcią- głości różami. W części południowej obniżonej, wznosiła się wytworna, parterowa willa. Klomby pełne kwiatów, za- ciszne aleje, kobierce trawników, inspekty, cieplarnia – wy- pełniały resztę w całość marzennie uroczą. Przeszedłem mur wzdłuż pod kątem prostym aż do węgła, szukając miejsca do opuszczenia się na drugą stro- nę. Na sąsiedniej ścianie od wnętrza dostrzegłem coś w ro- dzaju drzwi: więc było wejście, lecz zręcznie zamaskowane od zewnątrz. Tu zesunąłem się po drabinie na dół... Stałem naprzeciw gościnnie otwartych podwoi willi. Znać wszystkie drzwi były rozwarte na przestrzał, bo dale- ko na drugim końcu, poprzez otwór krwawiły róże z ogro- du. Zanurzyłem się w chłód pokoi. Zaraz u wstępu olśnił mię przepych. Urządzenie było stylowe, w guście średnio- 13 wiecznym. Duże, gotyckie okna osadzone we framugach, mahoniowe krzesła z wysokimi poręczami, ciężkie opony z aksamitu. Sale wielkie, wysoko sklepione; ze stropu pod- partego arkadami zwisały kosztowne lampy olejne. Przeważał ton ciemnoamarantowy. Ta barwa spływała od brokatowych obić ścian, nią tchnęły porozścielane wszędzie kobierce. Witraże w komnacie, zdaje się przeznaczonej na salon, wcedzały w jej wnętrze różnobarwną rozetą, która rozwa- chlarzała się, jak tarcza na małych kością słoniową wykła- danych organach. Klawiatura była otwarta. W srebrnych, kształtem kielicha rozwartych ramionach kandelabrów, tkwiły do połowy nadpalone świece, wkoło obsiadły je grube, łzawe grzyby, stężałe w białe stygmaty bólu: płacz gromnic. Przeszedłem kolejno wszystkie pokoje. Wnętrze robiło wrażenie w pełnym toku przeciętego życia, momentalnego zastanowienia się: jak w baśni o śpiącej królewnie – bra- kowało, zda się, tylko pocałunku młodego królewicza, by znowu w ruch wprawić zaklęty snem pałac. Nawet czas stanął: zegary z dawna snać nie nakręcane, milczały głu- cho. Spojrzałem na swój: wskazywał jedenastą rano. Znu- żony, wróciłem do sypialni. Nie wiem, czemu tu właśnie zapragnąłem odpocząć. Zapewne dlatego, że tu jeszcze naj- więcej zastałem śladów przerwanego życia. Usiadłem w fotelu, machinalnie biorąc do ręki jasną, kobiecą narzutkę, którą tam ktoś porzucił. Na posadzce, kilka kroków ode mnie leżała chusteczka z koronek, pod- niosłem ją: doszła mnie delikatna woń perfumy. Może tej z flakonu na kominku? Podszedłem – był rzeczywiście na- pełniony do połowy jakimś płynem. Wylałem parę kropel na dłoń i syknąłem jak poparzony. Czyżby trucizna? Wró- 14 ciłem na fotel, nie wypuszczając z ręki narzutki. Byłem senny, oszołomiony atmosferą domu, działała narkotycznie jak napój z dawnych, baśniowych czasów. Oparłem głowę o poręcz fotelu i zadrzemałem... Owładnęło mną uczucie zadomowienia się, wejścia w duszę mieszkania. Każdy przedmiot prawie szeptał mi tajne swe dzieje, zwierzał historię miejsca. Przed oczyma mymi zaczęła się rozgrywać jakaś mimiczna gra bez słów, bez dźwięków. Naraz rozsunęła się kotara od sąsiedniej sali i do pokoju weszła ona – piękna jak zawsze i jak zawsze smutna. Była wzburzona. Gwałtownym ruchem zdjęła atłasową narzutkę, okrywającą jej boskie ramiona i rzuciła ją na fo- tel, na którym siedziałem. Z wyrzutem zwróciła się w stronę, skąd przyszła; poruszenia ust wskazywały na to, że z kimś rozmawia, z kimś, co stał u wejścia. Lecz nie wi- działem nikogo. Rozmowa przybierała widocznie coraz drażliwszy cha- rakter. Ruchy jej nabrały odcienia rozpaczy; widać gniew nie pomógł – uciekła się do prośby. Wyciągnęła błagalnie swe cudne ręce i objęła nimi czy- jąś szyję; lecz ręce odpadły pod brutalnym odepchnięciem. Więc rzuciła się kornie na kolana. Lecz oczy zdradzały beznadziejną rozpacz: nie wysłuchano jej. Wtem porwała się, jak śmiertelnie raniona i całym ciałem rzuciła naprzód; ręce, chcąc kogoś zatrzymać, natrafiły na próżnię i upadła bezwładnie na posadzkę... Minęła długa chwila. Wreszcie ociężale, z wysiłkiem dźwignęła się i podeszła do kominka. Z dłoni wysunęła się koronkowa chusteczka w miejscu, gdzie ją podniosłem. Była w tej chwili odwrócona do mnie plecami, tak że nie mogłem poznać z ruchu rąk, co robi. Gdy zbliżyła się z ko- lei ku oknu, oczy jej świeciły suchym, szklanym wyrazem. 15 Patrzyła na coś na palcu z rozdzierającym uśmiechem: opuszczona. Przestała się uśmiechać i krokiem powolnym, krokiem dogaressy1 wyszła z pokoju. Jeszcze raz mignęła jej kró- lewska postać tam u drzwi ogrodowych, zalśniła szafirowa strzała we włosach i znikła wśród róż. Obudziłem się. W oczy uderzył mnie silny blask. Był to refleks od szklanych ścian pomarańczarni, który przeszyw- szy okno pokoju, dosięgnął mnie w półmroku. Spuściłem wzrok ku dołowi i zauważyłem, że wciąż jeszcze mam w ręku narzutkę. Począłem się jej przyglądać ciekawie: – Więc to był punkt wyjścia... Stąd zaczęła się retro- spekcja... Aha! prawda – też chusteczka. Punkty wytyczne. No i ona... naturalnie – i wszystko, co dotyczyły jej osoby. Lecz kim była ta postać druga, niewidzialna? Mężczyzną niezawodnie... Przypomniały mi się odciski kopyt widziane pierwszego dnia. Poczynały się właśnie w tym miejscu muru, gdzie było zakryte wejście. – Zatem to było wtedy... Może nawet parę chwil przed mym przybyciem... Policzyłem dnie: od czasu rozpoczęcia słonecznej kura- cji upłynęło 7 dni. Popatrzyłem na kalendarz, stojący na biurku; nakręcono go raz ostatni 28 lipca, daty zgadzały się. Opuściłem fotel i podążyłem w kierunku, w którym zni- kła. Po przejściu dwóch pokoi znalazłem się w ogrodzie u stóp różanego wzgórza. Wstępowało ku szczytowi w paru kolistych kondygnacjach, wyraźnie odciętych chodnikami, które okrążały je ślimakiem na każdym etapie. Z bijącym sercem zacząłem wspinać się na wierzchołek. Po drodze mijałem róże rozkwitłe w całej krasie, zionące upoj- ną wonią z głębi zwojów, przechodziłem obojętnie koło po- sągów dłuta pierwszorzędnych rzeźbiarzy, umieszczonych 1 Żona doży weneckiego. 16 u wstępu do nowego skrętu serpentyny. Na ścieżce, okręca- jącej przedostatnim pierścieniem pagórek przystanąłem, za- puszczając niecierpliwe spojrzenie na szczyt od dołu pra- wie zakryty na głucho gęstwą róż. Dopiero teraz spostrzegłem, że jak przedmurzem okala- ły naturalną altaną z krzewów mirtu. W trzech jej ścianach powycinano otwory w kształcie okien, obciągnięte po brze- gach błękitną ramą barwinku. Głęboka zieleń chłodnika ze- strajała się harmonijnie z purpurą otoczenia. Gdy zachwycony arcydziełem sztuki ogrodniczej za- chodziłem ku wejściu do altany, nagle zajrzawszy dokład- niej w najbliższe z okien, zadrżałem... W ramach mirtu zarysowały się plecy i głowa kobiety. Krucze włosy były uczesane w grecki węzeł, szyję ujmo- wał wysoki kołnierz białej, kaszmirowej sukni à la Maria Stuart. Nie widziałem stąd twarzy, gdyż była odwrócona w przeciwną stronę. Lekkie przechylenie wstecz smukłej kibici nadawało jej wygląd rozkosznego marzenia, zapa- trzenia się w dal, cichej kontemplacji południa. Nie chcąc przerywać, wstrzymałem się ośmielony... Gdy jednak przez dłuższy czas nie poruszyła się z miejsca, przemogłem się i przebywszy ostatni przegub wężownicy, stanąłem we wnętrzu altany. Jedno spojrzenie w stronę nieznajomej wydarło mi z piersi okrzyk zgrozy. Na tle mirtów, wciśnięte w szerokie, trzcinowe krzesło z poręczami, siedziały zwłoki młodej ko- biety w stadium najwyższego rozkładu. Twarz o szlachet- nym, podłużnym owalu przedrążyły wstrętne, wygniłe jamy. Na strupieszałym palcu lewej ręki, zwisłej z poręczy krzesła, rozrzucał mokre blaski szmaragdowy sygnet. Był otwarty; odchylone wieczko ukazywało wgłębienie wielko- ści naparstka: wnętrze było puste... 17 Dościgało południe. Rozżarzona cisza skwaru sączyła wokół leniwy napój omdlenia, pętała mózg, omotywała wolę. Ze wszech stron zionęły gorączką jakieś olbrzymie pracowite dusze... wstrzykiwały fale ognia opętane tłocz- nie. Jakieś straszne, spiekłe usta rozchyliły czarne wargi i pragną, pragną, pragną... Szaleją róże, purpurowe róże... A wśród orgii róż, wśród rozpusty róż ta duszna, trupia woń... 18 PO STYCZNEJ Wrzecki wyszedł z domu o trzeciej po południu. Przedsięwziął dłuższą przechadzkę po mieście, by wśród bezcelowego błąkania się po ulicach, przekradania pomiędzy domami zagłuszyć katującą go od miesiąca zmo- rę myśli, przeciąć pasmo sylogizmów, uparcie rozciągają- cych na torturach biedny mózg neurastenika. Był rozstrojony do niemożliwości i wrażliwy na naj- drobniejsze szczegóły życia wewnętrznego. Przed pół ro- kiem przebył ciężką chorobę umysłową, która rzuciła na gangliony2 niezatarte ślady swego przebiegu, jak odpływ pozostawia na nadbrzeżnych ławicach wywleczone morsz- czyny. Rozgałęziły mu się warstwą przybylczą, zrazu obcą, pasożytną, by po jakimś czasie włączyć się jako organiczne ogniwo i wytworzyć nowe skojarzenia i związki. Dawniej trochę bezładny w myśleniu, zaczął teraz rozu- mować z bezprzykładną logicznością aż do męczarni, kształ- tować mnóstwo najnieprawdopodobniejszych teorii i teoryjek i poddawać się ich sugestywnej pseudooczywistości. Wytworzył się tu pewien rodzaj wyobrażeń musowych, imperatywnych, którym nie ulec było dlań niemożliwością. Bez wątpienia przyczyniły się do tego w znacznej mierze zarodki czegoś podobnego już z lat dzieciństwa. Podłoże ich było wtedy religijno-mistyczne. Niespełnienie np. ja- 2 Ganglion – guzek – tu zwój mózgowy. 19 kiejś błahej czynności, niewykonanie jakiegoś gestu itp. groziło mu ściągnięciem na się kary bożej, potępienia i przeróżnych nieszczęść. Samodręczycielstwo to wprawia- ło go czasami w rozpacz bez granic, gdyż, skuty przesądną obawą umysł dziecka nie znachodził nigdzie wyjścia z ka- towni. W miarę rozwoju inteligencji obłęd mijał. Po przesi- leniu się nieszczęsnej choroby mózgu powrócił, chociaż w zmienionych znacznie kształtach. Począł snuć z lodową logiką dzikie poglądy, układać szaleńcze teorematy i wypatrywać, czy przypadkiem nie znachodzą sprawdzianu w życiu go otaczającym. Najsłab- szy choćby cień czegoś w tym rodzaju, nabierał w rozwy- drzonej wyobraźni rysów pełnych, nasyconych i zniewalał go do poddawania się wnioskom stąd zajadle logicznym. Doznawał dziwnej rozkoszy, ilekroć zdawało mu się, że jego systematy zdradzają jaką taką rację bytu. Niemniej jednak zaznaczyć należy szczegół charakterystyczny, który poniekąd usprawiedliwiał go w niektórych wypadkach: istotnie zdarzały się nieraz okoliczności tego rodzaju, że dostarczały mu tworzywa dowodowego; życie jakby siliło się umotywować bieg myślowy szczególnego osobnika. Lecz tu zaczyna się rozwiewna rubież słońca i nocy, jasno- ści i mroków, grunt niepewny, torfiasty, wiecznie dymiący oparami, odurzający czadem. – Czy Wrzecki był obłąkań- cem? Czy Wrzecki miał słuszność? – Może i jedno i dru- gie. Dylemat bez wyjścia. W gleczerach bytu nieci słońce krwawe ognie, Iglice szczytów dyszą krwią... Gleczery bytu kwefy mgieł stuliły. Na cyplach ćmi się noc... Czy prawdą mgły, czy krew? I z słońca mgły się rodzą... 20 * * * Wrzecki już od godziny przecinał przecznice, krążył po najludniejszych placach, chodnikach, wystawał przed sklepami, czepiając się szklanym wzrokiem krzykliwych barw i kształtów... Dzień był jesienny, przeniknięty śreżogą dymów, wilgo- cią dżdżu. Z rozchwiei mgieł wysnuwały się jakieś twarze widmowe, maski zagadek, zacięte usta symbolów. Zdawało mu się, że każda z nich patrzy weń ze szczególnym wyra- zem, jakby porozumiewawczo, z sennie-nudnym gryma- sem, poza którym kryła się świadomość prawdy wspólnej, tak dobrze obojgu im znanej, że się nawet nie ma co silić na jej podkreślanie. Znużyły go twarze: przeszedł na odludną ulicę. Była wypełniona po brzegi mlecznymi złożami oparów. Szedł ostrożnie, by nie natknąć na latarnię. Po pewnym czasie uczuł na plecach czyjąś rękę: – Serwus Władek! – A! to ty!... Nie poznałem – ale bo mgła zakuta! Wrzecki serdecznie ściskał podaną mu dłoń. – Dokąd? – Do prosektorium. – A! do trupiarenki, operacyjka? Krajanie nieboszczy- ka? Co? – Coś w tym rodzaju. – Co to za cenny szpargał w kieszeni? – Rzecz dość ciekawa: O samozatruciu u wężów. Pro- blem zajmujący. Kto wie – może i tam bywają tragedie?... – Hm! Rzeczywiście. Ale ty się widocznie śpieszysz. Do miłego zatem! Pożegnali się. – Wrzecki już miał skręcić w prawo, gdy w tym dogonił go kolega-medyk. 21 – Ale, ale. Korzystaj ze sposobności, dopóki cię znów nie napadnie mania ślęczenia tygodniami w domu. Mon cher, radzę ci przejść się po wystawie. Oto akcja. Pyszne rzeczy, na honor! Parę niezrównanych szkiców i pejzaży i nasz stary w gronie asystentów: wściekła gęba! Wszyscy- śmy pochwyceni jak złodzieje na gorącym uczynku. Setny chłop! No, serwus! Wsunąwszy mu w rękę akcję, szybko oddalił się. Wrzecki machinalne zawrócił w stronę wystawy. Po ja- kimś czasie wynurzyło się pytanie: – Co też mu zależało na tym, bym oglądnął obrazy? Także!... W chwilę później zastanowiła go własna ciekawość co do owych papierów, wyzierających z paltota młodego eskulapa. – A przecież, gdybym się nie był zapytał, nie dowie- działbym się tytułu rozprawki. Cóż mnie to znowu tak za- jęło? Obok mignęło w przechodzie jak przez sen dwóch męż- czyzn o czymś żywo rozprawiających. Doleciał go urywek dialogu. – Ależ na miłość boską nie wiadomy panu powód sza- – Przecież to skończony idiotyzm zdawać się na takie rozstrzygnięcie sprawy – pomyślał. Uczuł się bardzo znużonym: nerwowy ból głowy doku- czał mu nieznośnie. Usiadł na ławce pobliskiego skweru, wyjął papierosa i zapalił. Miejsce było zaciszne, wkoło przekwitających krzaków róż jesiennych. Drobne, herba- 22 lonego? gnął podobno czarną... nęła mgła. – Owszem, mówią, że pojedynek amerykański! Wycią- Resztę zgłuszył turkot przejeżdżającego wozu, wchło- ciane płatki, spadłszy z pąkowia, zatrzymały się tu i ówdzie na gałązkach, lub rozsypały na trawniku w bezładny orna- ment. Na prętach dumały łzawo krople mgły; zarysowywał się wąski, przejrzysty pasek, opijał wodą, pęczniał, wahał się, by wreszcie stoczyć się wyraźnym kształtem kuli. Coś podchodziło kryjomym ruchem do świadomości, wkradało się coraz dokładniej, natarczywiej... skrystalizowało się. Zastanówmy się. Czyś nie zauważył momentu wspólne- go między spotkaniem z Brzegotą a fragmentem posłysza- nej rozmowy? Aha! jesteśmy na tropie. Samozatrucie u wę- żów i następstwa wyciągnięcia czarnej gałki. Wybornie! Zachwycająco! Punkty zdradzają stylizację; możemy je po- łączyć. Wrzecki był w wyśmienitym humorze: zwietrzył mate- riał dowodowy dla jednej ze swych teorii. Specjalny zapał do matematyki nie pozostał i tu bez wpływu na sposób jej ukształtowania. Wychodząc ze systemu planetarnego, przedstawił sobie graficznie bieg życia rozmaitych jednostek i zdarzeń jako wydłużone elipsy, po których dany osobnik krążył na spo- sób punktu matematycznego. Linie te stanowiły dla siebie zwarte całości, ze swoistą organizacją, ideą, planem, wy- łączną konstrukcją. Elipsy te jak stosunki ludzkie musiały się oczywiście wzajemnie krzyżować, przecinać w najprze- różniejszych kombinacjach, oddziaływając na się odpo- wiednio do zgrupowania jednoplanowego; wszystkie bo- wiem musiały rozpościerać swe skręty li tylko w jednej płaszczyźnie. Elipsy o kierunkach wichrowatych jako wy- obrażenia zdarzeń i życiowego biegu jednostek, zupełnie się wzajemnie stykających, nie znachodziły punktów prze- cięcia. Wśród tej zawiłej sieci spostrzegł jednak Wrzecki, że krzywizny mogą się tak ustawić punktami największego rozmachu, że da się przez nie przeprowadzić linię prostą. 23 Będzie nią styczna do elips łącząca ich kończyny poza ob- rębem pól. Linia chwilowych pozycji, które w najbliższym momencie mają się zmienić na inne, konsekwentne z po- przednimi, pogonić dalej w obranym kierunku własnego ustroju, a przecież w tej jednej chwili służą za punkty opar- cia nieubłaganej prostej! Linia zupełnie przypadkowych zdarzeń, śmiesznie bezcelowych zestawień, dziwacznych do bezsensu zbiegów okoliczności. A jednak Wrzeckiemu przedstawiała się sprawa nieco inaczej: nauczył się dostrzegać pewną stylizację w doborze punktów największych wychyleń. Widział coś więcej poza przypadkowością uszeregowań. Wedle niego można tu było wyśledzić specjalny związek, mający na celu coś wskazać, coś odkryć, spełnić jakąś przeznaczeniową rolę wobec tego, czyją uwagę uderzyła wyjątkowa linia. Dotąd Wrzecki pozostawał ciągle w sferze teorii: rozumował. Nie natknął się jeszcze na swą styczną w rzeczywistości, cho- ciaż wierzył w możliwość jej realnego istnienia. Życie jego wirowało ciągle jeszcze jak u innych po normalnej elipsie, ulegało cierpliwie dośrodkowym siłom przeciętnych zda- rzeń, niewzbudzającej podejrzeń wynikliwości wypadków, psychologicznych lub mechanicznych następstw. Niemniej był gotów w każdej chwili, za najmniejszym potrąceniem z zewnątrz, wypaść z toru i podążyć z fatalną szybkością po zabłąkanej koleinie; przeczuwał, że wtedy odśrodkowe działanie weźmie nad nim stanowczo górę i popchnie go, jak koło wyślizłe z pasów transmisji, w zawrotne dale. Po- wlókłby go tam urok niezwykłości i pochlebne sprawdze- nie teorii – a może... przeznaczenie. Wrzecki był czcicielem rzeczy tajemnych... Gdzie mogła zaprowadzić przypuszczalna droga, nie wiedział. Zależałoby to od rodzaju jej punktów wytycz- nych. W tej chwili miał wrażenie, że poczyna zbaczać; wy- 24 SPIS TREŚCI NA WZGÓRZU RÓŻ 5 PO STYCZNEJ 19 ZEZ 34 CIEŃ 48 PUSZCZYK 70 WAMPIR 89 SZALONA ZAGRODA 100 POMSTA ZIEMI 109 KLĄTWA 128 W godzinę chuci 128 Na lewadzie 133 Czarci Skok 139 PODZWONNE 144 KLASZTOR I MORZE 156 Ave maris stella! 156 Dzień powszedni 168 Dzieci morza 187 Miało się pod nieszpór 208 Krajobraz zimowy 227 Ciemna jutrznia 241 Kapitan brygolety 251 Pusta noc 279 Obłóczyny 287 A gdy o brzasku minął sztorm 292 304
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

W pomrokach wiary. Opowieści niesamowite
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: