Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00247 005143 15690475 na godz. na dobę w sumie
W poszukiwaniu skradzionego serca - ebook/pdf
W poszukiwaniu skradzionego serca - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 479
Wydawca: My Book Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7564-330-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Nietypowe połączenie współczesnej literatury kobiecej i... fantasy
Główna bohaterka, Magdalena, wychowuje samotnie trzyletniego synka, pracuje, studiuje, a w nielicznych wolnych chwilach udaje jej się poszaleć z przyjaciółkami w pubie. W sumie nie ma powodów do narzekań na swoje życie - tylko związki z mężczyznami jakoś zupełnie jej nie wychodzą. Magdalena nie wie, że niegdyś jej serce zostało skradzione przez Czarnego Ptaka Rozpaczy. Przez to za parę lat może stać się oschłą, zgorzkniałą kobietą, niezdolną okazać miłości nikomu - nawet własnemu dziecku.
Przed tym nieszczęściem postanawiają uratować ją zmarli dziadkowie. Aby odzyskać serce, Magdalena musi udać się w długą i niebezpieczną podróż w zaświaty. Towarzyszy jej dwoje przyjaciół: Rybiński, postrzelony miłośnik podejrzanych knajp i eksperymentów z odmiennymi stanami świadomości, oraz Małgorzata - niepoprawna romansowiczka. Nawet przywdzianie anielskich skrzydeł nie pozbawia ich tych przywar, więc wyprawa nie należy do monotonnych...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

♡ Po porządkach i nastawieniu drugiej pralki wzięłam chłodny prysznic, aby oprócz potu zmyć z siebie narastający niepokój. Po- tem rozwiesiłam pranie w ogrodzie, zaparzyłam herbatę i w turba- nie na głowie i szlafroku usiadłam na tarasie, rozkładając na sto- liku, obok paczki papierosów, filiżanki rumianku, fotografie babci Magdaleny i dziadka Karola. Skupiłam wzrok na zatrzymanych na fotografiach postaciach, zniecierpliwionej twarzy dziadka Ka- rola i spokojnej babci Magdaleny. – Czekam na was – rzekłam odważnie, zastanawiając się, czy przypadkiem w swoich wymysłach nie dążę do schizofrenii. Około godziny dwudziestej przebrałam się w dżinsy i białą ko- szulkę, przeklinając przyjaciółki za brak dresu, który suszył się na sznurku w ogrodzie. Rozwiesiłam następne pranie. Oglądnę- łam prognozę pogody, przytulając się do sztywnego ciała mojego zahipnotyzowanego kota. – Musisz mieć trochę ruchu – zgasiłam telewizor na reklamach i zrzuciłam go z kanapy. Zabrałam się za przygotowywanie kolacji. Krojąc kromki, o mały włos nie ucięłam sobie palca, porażona apokaliptyczną wi- zją. – Cholera! Dlaczego o tym wcześniej nie pomyślałam?! Wypadłam z kuchni i rozpoczęłam gorączkowe poszukiwania krucyfiksu. Po piętnastu minutach dom był przewrócony do góry nogami i wyglądał tak samo jak rano. I chociaż uważałam siebie za osobę wiary katolickiej, krucyfiksu nie odnalazłam, Znalazłam za to medalik Matki Boskiej de Notre-Dame, pamiątki pewnego pięknego lata spędzonego w Paryżu. Zawiesiłam go czym prędzej na szyi. Po chwili ogarnął mnie lęk, że to może nie wystarczyć. Wy- grzebałam więc z kosza na śmieci jeden z narysowanych wczoraj przez Annę pentagramów i zmiętą kartkę włożyłam do kieszeni. A potem straciłam kontrolę nad tym, co robię. W kieszeniach obok pentagramu znalazły się również: Ankh – krzyż egipski (nie pamiętam, skąd się wziął), śmiejący się Budda (prezent od ojca 96 na piąte urodziny), Re-Skarabeusz (prezent od ojca przywieziony z Egiptu), figurka hinduskiej Kali z girlandą ściętych głów (prezent od ojca z odległej Azji), drewniana statuetka Kruka plemiona Na- vaho (dar od ojca z wyprawy do rezerwatów indiańskich), figurka azteckiego bożka (przywieziona przez ojca z Meksyku), oraz fi- gurka świętego Antoniego (podarunek od babci Jasi, z nabożnymi życzeniami, abym nigdy nie zgubiła rozumu). Dionizosa o boskich atrybutach, którego kupiłam na pchlim targu w Krakowie, zosta- wiłam w spokoju; nie sądziłam, by patron wina i ekstazy mógłby mi być pomocny. Poza tym był półmetrową figurką. Działając pod wpływem obłędu, zapaliłam menorę, i nie ma- jąc już możliwości wypchania kieszeni, położyłam w widocznym miejscu na ławie Biblię i Koran, następny prezent od ojca. Tak uzbrojona po zęby w święte wizerunki, wyszłam na taras i trzęsącymi się rękami odpaliłam papierosa. Niezdolna do naj- mniejszego zgięcia nóg przez wypełniający kieszenie moich dżin- sów i wbijający się w moje ciało pokaźny zbiór mnogości symboli religijnych naszej malutkiej planety, musiałam pozostać w pozycji stojącej. I po chwili zaśmiałam się pod nosem, zdając sobie spra- wę z idiotyczności własnych działań. Powoli zaczęłam wyciągać na stół figurki świętych, mędrców, bożków i bóstw. Pośród porozrzucanych zdjęć przodków, pustej filiżanki z fu- sami herbaty i paczki papierosów, stworzyłam długi, ekumeniczny sznurek trzymających się za ręce bóstw. Do ich eklektycznego tań- ca puściłam łagodne melodie walców Straussa. Zostawiłam palący się świecznik i ponownie zabrałam się za bałagan. . . Godzinę później nienaturalny podmuch wiatru naruszył sta- teczność płomienia, odrywając mnie od lektury nowej Gretkow- skiej. Ro’o i Perełka wybiegły przez okno balkonowe, Bastet drze- miąca na moich kolanach tajemniczo miauknęła. Odłożyłam lek- turę, zwracając się do rudej kocicy: – Mówisz, Bastet, że już są? – i nie licząc na możliwość odpo- wiedzi, dodałam: – Pora wyjść im na przywitanie, ale ty pójdziesz ze mną. – Czułam przy niej irracjonalne bezpieczeństwo. Wzięłam ją na ręce i wyszłam w ciemność ogrodu. W ciszy nastającej nocy słyszałam przyjazne popiskiwanie psów. Ruszyłam 97 w ślad za nimi, chociaż trochę trzęsły mi się nogi. W połowie dystansu, jaki mnie dzielił od psów, Bastet wbiła w moje ramiona pazury i wyrwała z uścisku, czmychając z powrotem do domu. – Nie zostawiaj mnie samej!!! – krzyknęłam za nią, obracając się, lecz byłam na przegranej pozycji. W salonie kolorowe świa- tło telewizora przyzywało swego największego czciciela do godzin- nych medytacji. Tym samym mit o inteligencji i zdolnościach ma- nualnych mojego kota, sprowadzających się do obsługi telewizora, padł. Byłam roztrzęsiona się na dobre i postanowiłam udawać kar- łowatą jabłonkę, ale zdradziły mnie moje psy. Podbiegły do mnie, łasząc się. – Łakomczuszki z tych piesków, wiesz, wnusiu?! – usłyszałam dochodzący z naprzeciwka głos. Z mroku wyłonił się dziadek Ka- rol. – Ależ wyrosłaś, wnusiu! – podszedł do mnie bliżej i mocno uścisnął. Jak na nieboszczyka i ducha zarazem był ciepły i nama- calny. Nosił białą, lnianą koszulę, białe, luźne spodnie oraz parę srebrzystobiałych skrzydeł. Jego uśmiech był ten sam, ten sam był też zapamiętany przeze mnie z dzieciństwa ciepły urok. Duże, błękitne oczy dziadka wyrażały potulną łagodność. Rozwichrzona czupryna siwiejących włosów, odsłaniająca łysiejące zakola, zdra- dzała gnieżdżące się w dziadkowym umyśle niezaspokojoną pasję, namiętność i niecierpliwość. Nic nie wskazywało, że jest zdolny do przemienienia się w krwiożerczego potwora, więc mój strach nieco zelżał. Poza tym emanował jasnym światłem. Ale nadal strach nie pozwolił mi wypowiedzieć jakiegokolwiek konkretnego słowa. – Yyyy. . . – wydusiłam nieartykułowane dźwięki. – Czy dobrze rozumiem, że pytasz o babcię Magdalenę? – dzia- dek starał się mi pomóc. – Poleciała włączyć telewizor, lecz teraz stoi za twoimi plecami. Dziadek otoczył mnie ramieniem i obrócił moje przemienio- ne w słup soli ciało. Oślepiona światłem padającym z domu, nie mogłam dostrzec jej twarzy. Szczupła, wyższa ode mnie, stała wy- prostowana, dostojna w swojej długiej, jasnej sukni i ze srebrzysto- białymi skrzydłami. W zalegającej ciszy przyglądałyśmy się sobie. Ale to ona miała po swojej stronie światło. Wreszcie rzekła: – Pokój z tobą, Magdaleno, Córko Róży i Wiatru. 98 Po usłyszeniu tej dziwnej brzmiącej formułki naszła mnie kon- kluzja, której najbardziej się obawiałam: że gen szaleństwa jest dziedziczony z pokolenia na pokolenie. – Gen szaleństwa mogłaś odziedziczyć jedynie po dziadku Ka- rolu – nieoczekiwanie odpowiedziała moim myślom i ujęła mnie pod ramię. – A teraz przestań się trząść i zaproś nas do siebie. Moje przerażenie rozpierzchło się pod wpływem jej dotyku i za- częłam pewnym krokiem iść obok zmarłych przodków. Odzyska- łam również mowę i zaproponowałam filiżankę herbaty. – Sama zaparzę sobie herbatę, Magdaleno. Z resztek moich bez- cennych zbiorów, które ocalały przed twoimi okrutnymi czystkami – babcia oznajmiła urażonym tonem. – Ten kotek, wnusiu, niech sobie ogląda telewizor. Gdy przechodziliśmy przez salon, dziadek nerwowo zerknął na Bastet i wyjaśnił zasadę współoddziaływania kotów na anioły, aniołów na koty oraz wpływ elementu neutralizującego to sprzecz- ne z logiką zachowanie, czyli mojego kolorowego telewizora. Usiedliśmy z dziadkiem Karolem przy kuchennym stole, a bab- cia zajęła się przyrządzaniem herbaty, sypiąc do filiżanek zasuszo- ne liście podejrzanie wyglądającego zielska. – Na przeziębienie. Wczorajsze ogrodowe akrobacje i ekscesy raczej nie zahartują osoby o tak niedbałym trybie życia – przesłała mi dobitną uwagę. Skarcona, lecz nieczująca winy i świadoma już, kto za tym wszystkim stał, przyglądałam się jej. Przyprószone siwizną, lecz o lśniącej czerni włosy upięte były w elegancki kok. Twarzy z sia- teczką zmarszczek, z nieco ziemistym odcieniem cery, ze zmęczo- nymi obwódkami pod pięknymi oczami o kociej barwie tęczówek, w ciemnej oprawie brwi i długich rzęs, które jak jakiegoś cennego skarbu chroniły ostre rysy nosa, wąskich ust ułożonych w wiecz- nym kaprysie i odstającego podbródka. Surowa, zdyscyplinowana twarz. Nawet jestem do niej podobna – pomyślałam. Z pewnością też miała w młodości dużo komplek- sów. . . – Czyżby?! – babcia Magdalena błyskawicznie odwróciła się od kuchennego blatu. – Ileż nieprzespanych nocy z powodu wąskich 99 ust! Ileż zmarnowanych wieczorów, nakrapianych łzami nad wła- snym nosem! Nieprawdaż?! Siedzieliśmy z dziadkiem obok, ochra- niając cię przed myślami samobójczymi – ironizowała. – Nieładnie, babciu. Nie czyta się w cudzych myślach! – za- atakowana, odpowiedziałam atakiem. – To mój prywatny teren z wbitą tabliczką „Zakaz wstępu”! – A pamiętasz wizytę w klinice chirurgii plastycznej – nie prze- jęła się moimi słowami – którą odbyłaś po to, by zasięgnąć infor- macji na temat zabiegu wypełnienia silikonem ust? Byliśmy tam. Dzięki nam numer z fałszowanym podpisem na czeku twojej mamy nie przeszedł. Czy wiesz, że ta prywatna klinika zamiast silikonu wstrzykiwała swym klientkom oleiste świństwo wyżerające ich skó- rę od wewnątrz?! – Przepraszam – poczułam skruchę, przypominając sobie tę aferę. – Mnie nie musisz przepraszać – odwróciła się i zajęła nalewa- niem wrzątku. – Tylko zastanów się, co jest dla ciebie ważne. . . Dziadek Karol cichutko, nie chcąc przeszkadzać, wstał z krze- sła. – Może wyjdę na zewnątrz? – zapytał niezręcznie. W samą porę, bo dostałam jeszcze jedną naganę od babci na te- mat szkodliwego nałogu palenia papierosów, w której wspomniała, że przyczyną jej śmiertelnego raka płuc, zabijającego ją w prze- ciągu trzech miesięcy, było nadmierne przywiązanie do zgrabnego papierosa. Przywiązanie bez wzajemności, bo odpłaciło jej za trzy- dzieści lat wierności cierpieniem i bólem. Przez resztę wieczoru nie śmiałam wyciągnąć papierosa z paczki. Usiedliśmy na tarasie, gdzie owiało nas ciepłe, czerwcowe po- wietrze i rozmawialiśmy o moim życiu, o ich ziemskim życiu, o Pio- truni, o ich anielskiej ingerencji w losy naszej rodziny, o śmierci, o wszystkim, o niczym. . . Świtało, gdy postanowili wracać do swojego niebiańskiego świata. – Ale przecież jest jakiś ważny powód, dla którego zjawiliście się w moim życiu?! – zapytałam przy pożegnaniu, ginąc w objęciach dziadka. 100 – Nie bądź niecierpliwa. Wszystko ma swoje miejsce i czas – powiedziała babcia, składając na mym czole pełen rezerwy poca- łunek. – Nie pospieszaj losu – dodał dziadek. I wznieśli się na swych skrzydłach, znikając na horyzoncie pur- purowego nieba coraz dalej i dalej. . . ♡ – Co?!?! – wykrzyknęłam, czując, jak wzburzona we mnie krew powoduje palpitacje serca i ból głowy. – Uspokój się, wnusiu! – dziadek klepał mnie czule po ramieniu i uspokajająco mówił. – Zaprawdę nie ma się co denerwować, to brzmi tylko tak groźnie. . . Łamiąc niepisaną umowę między mną a babcią, sięgnęłam po papierosa i zaciągnęłam się porządnie dymem. Po czym wstałam i odeszłam od nich, zastanawiając się, czy aby nie stanowią dla mnie realnego zagrożenia. Traciłam zaufanie. – Sugerujecie, że nie mam pieprzonego serca i żeby znalazło się tam, gdzie jest jego miejsce, muszę udać się do waszej piep. . . – ugryzłam się w język – krainy i udając umarlaka, którym no- tabene będę dla świata realnego, stanąć przed jakimś cudacznym Trybunałem do Spraw Beznadziejnych Przypadków, przy jakimś cholernym Urzędzie świętego Tadeusza, po to, żeby ktoś, chole- ra, nie wiadomo kto, to cholerne serce wsadził mi z powrotem na miejsce. . . ?! – zrobiłam krótką pauzę, sprawdzając, czy nadążają. – Przepraszam? A czy włożenie mojego serca jest rodzajem sym- boliki, czy towarzyszyć temu będzie rytualne wyrywanie flaków i moich narządów wewnętrznych? – I mknęłam dalej. – O! A jeśli okrutny demon następnym razem zechce skraść mi macicę? Czy po nią też będę musiała odbyć pielgrzymkę? Na dziadka obliczu zagościł niezręczny uśmiech. Babcia zaś bębniła palcami o blat stołu; wyglądała na bardziej zainteresowaną wybijanym rytmem niż moimi słowami. – O Boże!!! Ja żyję w pieprzonym dwudziestym pierwszym wie- ku! Jestem kobietą nowoczesną, samowystarczalną, mądrze kieru- 101 jącą swym życiem, nieżałującą swoich decyzji, kochającą wygody, światła miast i wysokie obcasy! – recytowałam zasłyszane od Mał- gorzaty bzdety. – Tylko w ostatnim czasie brakuje mi męskiego penisa. . . Ale wiecie co? Ja mam serce! Oj, mam! Kocham mo- je dziecko, kocham moją mamę – zaczęłam wyliczać na palcach – kocham moich przyjaciół, moje psy, kocham ludzkość w ogó- le, pominąwszy poszczególne jednostki! Bez większych uprzedzeń zaakceptowałam waszą inność, a wy każecie mi przenosić się na tamten świat?! To się nazywa niewdzięczność. O, nie! Nie będę te- go dłużej tolerować. Dzwonię po egzorcystę! – ruszyłam do salonu po telefon komórkowy. – Zamilcz! – gromowładny głos babci Magdaleny rozdarł po- wietrze. Odwróciłam się z gniewem na pięcie, stając twarzą w twarz z tą skrzydlatą kobietą. Mój gniew błyskawicznie się ulotnił, prze- obrażając w potulny lęk. Stała z rozłożonymi srebrzystobiałymi skrzydłami, stwarzając wrażenie drapieżnego ptaka, szykującego się do ataku, i wpatrywała się we mnie swymi oczami, w których rozbłysła nieznająca strachu dzikość. – Siadaj tutaj i milcz! – rzekła i wskazała na opuszczone przeze mnie przed momentem krzesło. Usiadłam bez słowa sprzeciwu. – Nie mam pojęcia, po kim odziedziczyłaś swój rozum i, na- zwijmy to, specyficzną drogę dedukcji, ale ja umywam od tego ręce, to znaczy geny. Co do twoich wulgaryzmów, jestem nimi roz- czarowana. Twoją osobą również. Co do penisa, i owszem, brakuje ci porządnego, jak to określacie, „pieprzenia”, ale trzeba być stu- procentową idiotką, by nie rozumieć, że gra nie jest warta świeczki – zakończyła z niesmakiem długą listę sprowadzających mnie na ziemię epitetów, po czym usiadła i złapała mnie za rękę. – Wnusiu, jesteśmy tutaj, by ci pomóc! Spójrz, trzymam cię za rękę! Możesz zamknąć oczy i udawać ślepca, ale nim nie jesteś! Oczywiście masz wybór, Magdaleno, boski prezent – wolną wolę. . . – Mit wolnej woli od dobrego ojca staje się, babciu, niemodny – rzekłam zrezygnowana. – Magdaleno! – troskliwie pogłaskała mnie po policzku. – Może 102 i los już zdecydował o twojej przyszłości na długo przed twoimi narodzinami, ale nie obwiniaj go o oszustwo, bo inaczej stracisz sens własnego istnienia. Poddając się w tym momencie, zamkniesz się w rzeczywistości wypełnionej domem, pracą, ludźmi, rodziną. Lecz kontrolując ten świat, z roku na rok będziesz miała wrażenie, że obrastasz grubym, twardym pancerzem. Pobłogosławisz Piotru- nię, gdy będzie wyruszał w swoją drogę, pożegnasz kilku bliskich, znajdziesz mężczyznę, który wypełni lukę samotności, lecz nie uga- si twojego rozgoryczenia. A gdy srebrna pajęczyna zasnuje twoją skroń, wydasz ostatni bolesny krzyk, że oszukiwałaś samą siebie. Wzruszyłam się, śledząc oczyma wyobraźni scenariusz babci- nych słów. Łzy popłynęły mi po policzkach. Dziadek podał mi chusteczkę. – Ale jaką mam gwarancję, że nie wypowiem tych słów na końcu drogi, podążając z wami za rękę? – zapytałam przez łzy. – Magdaleno! My, aniołowie, nie mamy mocy prorokującej wy- darzenia i znającej nienarodzoną przyszłość. . . Ale zaręczam ci, gdy odzyskasz serce, które do ciebie należy, poczujesz, naprawdę poczujesz, że los twój się wypełnił – ściskała mnie mocno za rękę i dodała cicho. – Masz niezwykłą moc, wnusiu. Ale by ją posiąść, musisz się obudzić. . . ♡ Ponure cumulusy i ziąb towarzyszyły moim przodkom podczas lipcowych wizyt w domku na wzgórzu. Było też kilka gradobić i hu- ragan, który dzięki nadprzyrodzonym mocom babci Magdaleny nie nadwerężyły starego dachu domu. – Lecz czymże jest kapryśna pogoda wobec kaprysów losu? – powiedziała babcia Magdalena, zaczynając opowieść. – Na pół- nocnym krańcu niebiańskiej przestrzeni Boski Architekt oddzielił bezpiecznie Krainę Aniołów lodowatymi wodami Morza Północ- nego i zamienionymi w sople, nieprzebytymi wierzchołkami Gór Lodowych, od Pustki, która była niczym przez długie, spokoj- ne wieki. Do czasu, gdy nie zamieniła się w ziejącą cierpieniem i obłędem Krainę Mroku z oszalałym od nienawiści władcą, wy- 103 niesionym przez bezbrzeżny ból na tron. I nazwano go tysiącem imion. I przybierał formy o tysiącach kształtów. I stał się wrogiem. Patrole Armii Archanielskiej strzegły niebiańskich przestrze- ni przed najazdami i napaściami przybierającego najobrzydliwsze kształty i posługującego się najhaniebniejszymi podstępami wro- ga. Lecz tak jak kraina bezskrzydłych An-Arkhe, tak i ludzka Zie- mia stanęły przed złem otworem. Tak jest do czasów dzisiejszych – babcia zamyśliła się. – . . . Pewnego dnia Bestia Obłędu i Czar- ny Ptak Rozpaczy zostały spuszczone z łańcucha mrocznego pana i podążyły w kierunku ziemskiej egzystencji, by nasycić krwiożer- cze pragnienia, rozszarpując marną ludzką istotę w strzępy bólu, cierpienia i przerażenia. . . To właśnie Bestia Obłędu doprowadziła twojego Piotra do sza- leństwa i odbierając życie, pognała z powrotem w czeluście mroku. A Ptak Rozpaczy? Zadowolić się musiał tylko twoim sercem, wy- rywając je szponami z twojego ciała, trzymającego się wiary w ży- cie. . . Tak, Magdaleno – babcia odpowiedziała moim myślom. – Twoja maleńka wiara uratowała cię przed krokiem samobójcy. Nie my, kochana Magdaleno. My, skrzydlaci, nie mamy mocy panują- cej nad waszymi emocjami, odwodzącej was od zamiaru zadania ciosów, nie chronimy przed konsekwencjami waszej ułomnej natu- ry. . . Nasza niewielka ingerencja w ludzki świat ogranicza się do splotów okoliczności, subtelnych znaków w codzienności i metafo- rycznych podpowiedziach w świecie snów i marzeń, których i tak nie rozumiecie. . . Ludzki kult rozumu. – Ze smutkiem pokręciła lekko głową. – Czy Piotr jest w Krainie Mroku? – zapytałam cichutko, prze- widując odpowiedź, którą wpajano mi od dziecko na lekcjach ka- techezy. – Nie, Magdaleno. Piotr nie zasługiwał na zatęchły loch w Kra- inie Mroku. Istnieją nieporównywalnie większe hańby, których nie da się zmyć. – Czyli jest aniołem?! – ucieszyłam się. – Targnięcie się na własne życie nie jest szeroko akceptowalną i powszechnie popieraną praktyką przekraczania granicy dzielącej nasze światy. . . Piotr nie posiadł pary skrzydeł – poważnym tonem 104 ucięła moje mrzonki. – Przykro mi, wnusiu, ale do Niebiańskiej Krainy trafiają ci, którym jest to przeznaczone. Nie mogę ci nic więcej powiedzieć. Wasze losy zostały rozdzielone. . . – Teraz musisz zrobić porządek we własnym życiu – dziadek czule otoczył mnie ramieniem. ♡ Zaczęłam porządki w moim życiu od tresury psów, które oprócz tego, że były niezdyscyplinowane (nadal nie reagowały na swoje nowe imiona), prowadziły bałaganiarski tryb życia (o czym świad- czyły kłęby sierści, ślady łap na parkiecie, rozrzucone jedzenie wo- kół miseczek), to co gorsza prowokowały mojego syna, by szedł w ich ślady. A Piotrunia przy nich się rozbrykał. Znów musiałam przy- znać rację mojej mamie, przestrzeń z nieograniczonym horyzon- tem przez cień bloków i własny ogród, nieokolony jak osiedlowy skwer zieleni parkanem, sprawiły, że nie tylko Piotrunia, ale i ja oddychałam głębiej. Niestety, na całkowitą swobodę nie mogłam sobie pozwolić, spoczywał na mnie obowiązek wychowania moje- go dziecka i uczynienia z niego człowieka, mężczyzny, obywatela, przyszłego partnera i rodziciela. Ostatnio na dodatek przykuł mo- ją uwagę cytat Colette: „Szczęśliwe dzieciństwo to kiepskie przy- gotowanie do kontaktów z ludźmi”. A Piotrunia spędzał całe po- południa i wolne dni na gonitwie z Ro’o po ogrodzie, polowaniu na majowe chrabąszcze, które wyjątkowo w tym roku, spóźnio- ne, pojawiły się w lipcu, tropieniu Bastet, która znikała na długie godziny. . . Ktoś musiał ponieść konsekwencje, wypadło na psy. Tego popołudnia jak co dzień z ulgą wstawiłam rower do szo- py, otarłam pot z czoła i przebrałam się w dres. Zaparzyłam kawę i rzuciłam coś na ząb. W tym czasie poprosiłam Piotrunię o przy- gotowanie patyków, które znaleźliśmy w drodze powrotnej z pracy i przedszkola, i zebranie na tarasie wszystkich mieszkańców do- mu. Z filiżanką w ręku i surowym wyrazem twarzy zjawiłam się na zbiórce. Wszyscy, nie wyłączając Bastet, którą Piotrunia siłą przytrzymywał, patrzyli na mnie z niezrozumieniem. 105
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

W poszukiwaniu skradzionego serca
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: