Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00072 007807 13455387 na godz. na dobę w sumie
W rytmie serca - ebook/pdf
W rytmie serca - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 383
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876274 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Kasey Ellis jest świadkiem morderstwa. Ginie jej przyjaciółka i wspólniczka, z którą prowadziły agencję reklamową. Kasey nie jest w stanie zidentyfikować zabójcy, lecz obawia się, że morderca ją widział. Jej życiu zagraża niebezpieczeństwo. Musi jednak spróbować o tym zapomnieć i ratować firmę. Otrzymuje nowe zlecenie od Tannera Harta... Tanner, niegdyś buntownik, a obecnie kandydat na senatora, wynajmuje agencję Kasey do prowadzenia kampanii wyborczej. Kasey dwadzieścia lat temu spędziła w ramionach Tannera upojną noc. Syna, którego wówczas poczęli, wychował inny mężczyzna, traktując go jak własne dziecko. Powrót Tannera budzi emocje, które tak naprawdę nigdy nie wygasły. W miarę jak wokół Tannera narasta medialna wrzawa, Kasey coraz bardziej obawia się o własne bezpieczeństwo. Boi się także, że jej długo skrywany sekret wyjdzie na jaw.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Przełożyła: Izabela Romanowska Tytuł oryginału: Pulse Points Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2003 Redaktor serii: Graz˙yna Ordęga Korekta: Ewa Popławska ã 2003 by Mary Lynn Baxter ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy MIRA jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXT Ò, Warszawa Druk: ABEDIK ISBN 978-83-238-5098-4 ROZDZIAŁ PIERWSZY Tego wieczoru podziemny parking wydawał się jeszcze bardziej ponury i mroczny niz˙ zazwyczaj. Kasey Ellis zatrzymała się i z ulgą rozpięła z˙akiet. Czuła, jak pot spływa jej po plecach, ale tez˙ tegoroczny lipiec był wyjątkowo parny. Rzadko kiedy wychodziła z biura o tak późnej porze, chociaz˙ jedynym wymier- nym efektem jej wielogodzinnej pracy był potworny ból głowy. Uznała, z˙e z powodu złego samopoczucia popada w lekką paranoję. Cóz˙, podziemny garaz˙ wyglądał jak zawsze. Po prostu była przeczulona. Pokręciła głową i ruszyła do swojej toyoty. Kiedy włoz˙yła klucz do zamka, usłyszała niepokojący dźwięk. Cichy trzask, bardzo podobny do wystrzału. Co za bzdura, zmitygowała się. Nadmiar pracy i upał doprowadzą mnie kiedyś do obłędu, pomyślała. Mimo to na chwilę zamarła w bezruchu, uwaz˙nie nasłuchując. Ponownie usłyszała ten dźwięk. Odwróciła się powoli. Widziała całą scenę jasno i wyraźnie, ale i tak miała wraz˙enie, z˙e śni. 6 W rytmie serca Stojący w cieniu męz˙czyzna celował z pistoletu do jakiejś kobiety. Przeraz˙ona, oniemiała ze zgrozy Ka- sey bezsilnie patrzyła, jak napastnik oddaje strzał. Trafiona kobieta padła bezwładnie na cementową podłogę, zupełnie jak marionetka porzucona przez znudzonego lalkarza. Kasey wiedziała, z˙e powinna jakoś zareagować, coś zrobić, tymczasem stała jak zamurowana. Po chwili usłyszała kolejny dziwny dźwięk. Uświadomienie sobie, z˙e wydobywa się z jej gardła, zajęło jej trochę czasu. Wraz z nasilającym się atakiem histerii, jej krzyk stawał się coraz głośniejszy. Zamknęła oczy w płonnej nadziei, z˙e zaraz przebu- dzi się z tego koszmaru, lecz kiedy uniosła powieki, martwe ciało wciąz˙ lez˙ało na cementowej podłodze. Napastnik zniknął. – Na litość boską, zrób coś! – krzyknęła Kasey bezgłośnie. Próbowała rozproszyć mgłę, która spowi- jała jej umysł, lecz bezskutecznie. Jakimś cudem udało jej się jednak zmusić oporne mięśnie do ruchu. O wiele później doszła do wniosku, z˙e było to wyłącznie zasługą potęz˙nego zastrzyku adrenaliny. Tylko dlatego podbiegła do ofiary i uklęk- ła obok. – Och mój Boz˙e! – krzyknęła. Zrobiło jej się niedobrze. Myśli zaczęły pędzić jak oszalałe. Uniosła głowę i zaczerpnęła kilka głębokich, uspokajających oddechów. Modliła się, by to wszystko okazało się tylko snem, jednak kiedy ponownie spoj- rzała w dół, ujrzała ten sam przeraz˙ający obraz. Jej wspólniczka, Shirley Parker, lez˙ała na cementowej Mary Lynn Baxter 7 podłodze. Martwa. Kasey wyraźnie poczuła przy- prawiający o mdłości zapach krwi. Znowu poczuła się słabo, ale kilkoma oddechami udało jej się uspokoić z˙ołądek. Nie dotykając Shirley, pobiegła po komórkę i zadzwoniła pod 911. – Pośpieszcie się, bardzo proszę – mamrotała niewyraźnie. Na posterunku policji było bardzo zimno, a moz˙e to szok sprawił, z˙e Kasey cały czas szczękała zębami. Ze wszystkich sił próbowała się opanować, ale nie była w stanie. Miała wraz˙enie, z˙e jej świat rozpadł się jak bańka mydlana. – Moz˙e przynieść pani filiz˙ankę gorącej kawy? A niby skąd wziąłby inną? – pomyślała półprzy- tomnie, czując, z˙e zbliz˙a się kolejny napad histerii. Kurczowo zacisnęła dłonie. Przeczuwała, z˙e za chwilę kompletnie się rozklei. Juz˙ nigdy nie zapomni bezładnego, skrwawionego ciała Shirley. Ponownie wstrząsnął nią dreszcz. Gdy czekała w garaz˙u na przyjazd policji, usiadła przy przyjaciółce. Kosztowało ją to duz˙o wysiłku, bo najchętniej wsko- czyłaby w samochód, pojechała prosto do domu, pozamykała drzwi na wszystkie zamki i schowała się pod kołdrę. Moz˙e nawet udałoby się jej wmówić sobie, z˙e padła ofiarą przywidzenia. Nie potrafiła powie- dzieć, dlaczego stamtąd nie uciekła. Być moz˙e nie chciała zostawiać Shirley, poza tym zawsze uwaz˙ała, z˙e nalez˙y podstępować właściwie. Policja juz˙ była w drodze, a ona była jedynym świadkiem zbrodni. 8 W rytmie serca Zastanawiała się, czy zabójca wróci, choć nie miała pewności, czy w ogóle ją zauwaz˙ył. A jez˙eli tak? – Proszę to wypić, na pewno poczuje się pani lepiej. Kasey skinieniem głowy podziękowała detektywo- wi Richardowi Gallainowi. Choć nadal była w głębo- kim szoku, policjant przyciągał jej wzrok. Z wyglądu przypominał buldoga. Miał niemal okrągłe oczy, bar- dzo wydatne usta, potęz˙ną szczękę. Nie był przystojny, ale emanowały z niego pewność siebie i siła. Zresztą nie trzeba być przystojniakiem, by wsadzać bandytów za kratki. Wystarczy upór i inteligencja. Gdy przyjechał do podziemnego garaz˙u, natych- miast zajął się Kasey. Zapytał o jej samopoczucie, a potem poprosił, by dokładnie opowiedziała, co się stało. Ze zdziwieniem stwierdziła, z˙e jest w stanie podać mu bardzo dokładny opis zdarzenia. Gdy przyjechali technicy, Gallain zaproponował, by zakończyli przesłuchanie na posterunku. W oczekiwaniu na rozmowę, Kasey popijała kawę, która jednak nie wywarła tym razem zbawiennego wpływu na jej roztrzęsione nerwy. Co więcej, kofeina podraz˙niła jej z˙ołądek, który zaczął się buntować. Kasey z rezygnacją pokręciła głową, odstawiła kubek i mocno zacisnęła dłonie. – Proszę się uspokoić, pani Ellis. Juz˙ nic pani nie grozi. Jesteśmy tu po to, by pani pomóc. Tubalny głos Gallaina współgrał z jego potęz˙ną sylwetką. Mówił spokojnym tonem, ale z wyraźną nutką zniecierpliwienia. Pewnie nie moz˙e się do- Mary Lynn Baxter 9 czekać, kiedy zasypie mnie gradem pytań, domyśliła się Kasey. Na szczęście jest na tyle spostrzegawczy, by wiedzieć, z˙e jeszcze nie jestem zdolna do z˙adnej sensownej odpowiedzi. – Czy juz˙ moz˙e pani rozmawiać? – zapytał, zupeł- nie jakby czytał w jej myślach. – Nie chciałbym na panią zbytnio naciskać... – Znacząco zawiesił głos. Zrozumiała, z˙e jego cierpliwość jest na wyczer- paniu. Nie chciał jej naciskać? Dobre sobie. Jeszcze chwila, a zacznie na nią warczeć. Moz˙e nawet wysili się na jakiś kiepski dowcip. Nie, dzisiaj by tego nie zniosła. Była świadkiem morderstwa, w dodatku dob- rze znała i lubiła ofiarę. Wiele by dała, by pozbyć się obrazu bezwładnego ciała Shirley. Im dłuz˙ej patrzyła w inteligentne oczy Gallaina, tym wyraźniejsze stawało się koszmarne wspomnienie. Az˙ zamrugała ze zdziwienia, gdy do pokoju wszedł kolejny detektyw. Wysoki męz˙czyzna o łagodnym wyrazie twarzy oparł się o framugę drzwi i skinął Kasey głową. – Pani Ellis. Po krótkiej chwili Kasey ponownie skierowała wzrok na Gallaina. – Bardzo przepraszam, to wszystko jest takie... W małej przestrzeni pokoju jej słowa zabrzmiały dziwnie głucho. Choć wokół rozlegał się gwar rozmów i dzwoniły telefony, świadomość Kasey nie rejest- rowała tych dźwięków. – A więc uwaz˙a pani, z˙e zabójca pani nie widział – powiedział Gallain. 10 W rytmie serca – Tak uwaz˙am, chociaz˙ nigdy nie moz˙na mieć stuprocentowej pewności – odparła drz˙ącym gło- sem. – No dobrze, a czy pani go dokładnie widziała? – Detektyw nie spuszczał z niej uwaz˙nego spojrzenia. – Tak, ale właściwie to nie. Gallain zacisnął mocniej szczęki. – Jest pani pewna? – Tak. Potrafię tylko powiedzieć, z˙e to był męz˙- czyzna. – A w co był ubrany? – Kiedy nie odpowiedziała, Gallain mówił dalej: – Przeciez˙ musiała pani coś zauwaz˙yć. Jaką miał koszulę, jakiego koloru spodnie, cokolwiek. – Nie, naprawdę nie, przykro mi – szepnęła sfrust- rowana. – Wszystko wydarzyło się tak szybko. Przez chwilę Gallain patrzył na nią z niedowierza- niem. Być moz˙e właśnie pod wpływem tego wzroku udało się jej wziąć w garść. Śmiało odwzajemniła jego spojrzenie. Zafrasowany podrapał się po brodzie, a później po karku, i kiedy odezwał się ponownie, jego głos brzmiał znacznie łagodniej: – Niech pani posłucha. Wiem, z˙e jest pani trudno, ale jest pani naszym jedynym świadkiem. – Czy pan uwaz˙a, z˙e nie chcę wam pomóc? – Delikatnie rozmasowała pulsujące bólem skronie. – Naprawdę próbuję sobie jak najwięcej przypomnieć. Mój Boz˙e, widziałam tylko tyle, z˙e jakiś facet zabił moją przyjaciółkę – powiedziała nienaturalnie wyso- kim głosem. Mary Lynn Baxter 11 – Moz˙e powinniśmy dać pani trochę więcej czasu, Gallain – powiedział drugi detektyw. Zanim Gallain zdołał odpowiedzieć, jego kolega usiadł na brzegu biurka i rzekł z uśmiechem: – Nazywam się Hal Spiller. Przykro mi, z˙e straciła pani przyjaciółkę, pani Ellis. – Mnie tez˙ jest przykro – szepnęła. – Jak daleko pani stała? – spytał Gallain, w którego wstąpiły nowe siły. – Nie jestem pewna. – To bardzo waz˙ne – naciskał Gallain, nie bacząc na ostrzegawczy wzrok Spillera. – Muszę poznać więcej szczegółów. – No, mniej więcej kilka metrów. – Gdy zde- sperowany Gallain nerwowo przeczesał włosy i wes- tchnął cięz˙ko, dodała zdenerwowana: – Niech pan posłucha, mogę mówić tylko o tym, czego jestem pewna, prawda? – Oczywiście – poparł ją Spiller, patrząc wymow- nie na kolegę. – W porządku. – Gallain wzruszył ramionami. – Na razie to musi mi wystarczyć. Jednak kiedy juz˙ pani otrząśnie się z szoku, chciałbym z panią poroz- mawiać o zabójcy. Idę o zakład, z˙e zauwaz˙yła pani więcej, niz˙ się pani wydaje. – Oby pan miał rację. Mnie równiez˙ zalez˙y na rozwiązaniu tej sprawy. – W takim razie porozmawiajmy o Shirley Parker. Jak pani myśli, dlaczego stała się celem ataku? – Nie mam pojęcia. Spotykałyśmy się jedynie na gruncie zawodowym. 12 W rytmie serca – Zaraz, przeciez˙ pani twierdziła, z˙e byłyście przy- jaciółkami – zirytował się. Kasey miała ochotę go ofuknąć i poprosić, by zachowywał się grzeczniej. Spokojnie, on tylko wyko- nuje swoją pracę, pomyślała. Chce znaleźć zabójcę Shirley. To wielce chwalebne, lecz nie pochwalała jego metod śledczych. – Tak, byłyśmy przyjaciółkami, ale nie takimi od serca, jeśli pan rozumie, o co mi chodzi. Shirley była ode mnie o kilka lat starsza, to ona wciągnęła mnie do biznesu i wszystkiego nauczyła. Później na dość długo nasze drogi się rozeszły, az˙ pewnego dnia zadzwoniła do mnie i złoz˙yła propozycję nie do odrzucenia. – Nie rozmawiałyście na tematy prywatne? – z nie- dowierzaniem spytał Gallain. – Raczej nie. – Przeciez˙ chodziłyście razem na lunche i kolacje. Nie prowadziłyście babskich pogaduszek? Nie opo- wiadała pani o swoim partnerze z˙yciowym? – Nawet nie wiem, czy z kimś się spotykała, i nigdy jej o to nie pytałam. Zmruz˙ył oczy, patrząc na nią badawczo. Wreszcie westchnął z rezygnacją. – To o czym rozmawiałyście? – O pracy. – O ile wiem, firma miała kłopoty finansowe. Jest szybki, pomyślała z uznaniem. – Pana informacje są prawdziwe, walczyłyśmy o przetrwanie. – Czy Shirley Parker powiedziała pani, skąd się wzięły te problemy? Mary Lynn Baxter 13 – Nie. – Czy pani ją o to w ogóle pytała? – Oczywiście, ale powiedziała, z˙ebym się nie martwiła, bo ona o wszystko zadba. – Czy pani jej uwierzyła? – Na początku tak, później zaczęłam mieć wątp- liwości. – Kasey nerwowo przygryzła wargę. – Nie- stety nie zdąz˙yłam z nią o tym porozmawiać... – A co wynika z ksiąg rachunkowych? – Nie udało mi się ustalić, gdzie się podziały pieniądze. – Kasey zawahała się. – Nikt w firmie nie ma pojęcia o kłopotach finansowych. – Pani przyjaciółka, jak widać, miała wiele sek- retów. – Gallain stanął obok biurka. – Czy coś udało się juz˙ wam ustalić? – spytała Kasey. – Niewiele. Przetrząsnęliśmy dokładnie jej dom, ale nie znaleźliśmy nic ciekawego. Pani jest najwaz˙- niejszym świadkiem. To nie jest nasze ostatnie spot- kanie. – Gdy Kasey nie odpowiedziała, Gallain spo- jrzał na partnera. – Oczywiście przydzielimy pani ochronę. Detektyw Spiller będzie dyskretnie obser- wował pani dom i miejsce pracy. – Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak zabójca mnie widział... – szepnęła drz˙ącym głosem. – Otóz˙ to. W pokoju przesłuchań znów zaległa cięz˙ka cisza, którą przerwało dopiero pokasływanie Spillera. Kasey wstała i ruszyła szybko do wyjścia, jednak Gallain zdąz˙ył chwycić ją za ramię. – Czy pani dobrze się czuje? 14 W rytmie serca Jeszcze przed chwilą pokój wirował jej przed oczyma, teraz wszystko się uspokoiło. – Nic mi nie będzie – skłamała w miarę gładko, choć dobrze wiedziała, z˙e nigdy nie zapomni tego, co stało się dzisiaj. – Detektyw Spiller odwiezie panią do domu, a póź- niej odstawi pani samochód. Wkrótce do pani za- dzwonię. Tylko nie to, jęknęła Kasey w duchu. Marzyła, by skończyło się na tym jednym przesłuchaniu, jednak wyglądało na to, z˙e to nie koniec, ale dopiero początek z˙mudnego śledztwa. ROZDZIAŁ DRUGI Była skrajnie wyczerpana, wiedziała jednak, z˙e nie ma sensu kłaść się do łóz˙ka, bo i tak nie zaśnie. Po gorącej kąpieli, która jeszcze bardziej ją oz˙ywiła, zrobiła sobie filiz˙ankę czekolady i usiadła na sofie w sypialni. Miło byłoby przymknąć oczy i odetchnąć, jednak zbyt bała się obrazów, które natychmiast pojawiłyby się pod powiekami. Czy kiedykolwiek zapomni o po- pielatoszarej twarzy Shirley? Mało prawdopodobne. Kasey przygryzła wargę i spojrzała na drzwi balko- nowe. To Shirley namówiła ją na wynajęcie tego mieszkania, usytuowanego przy pięknym starym parku. Nie była przekonana do tego pomysłu. Po pierwsze marzyła o wynajęciu lub kupnie małego domku, niestety nie mogła sobie na to pozwolić. Po drugie nie chciała mieszkać na trzecim piętrze, bo miała niegroź- ny lęk wysokości. Kiedy wychodziła na swój maleńki balkon, kurczowo trzymała się barierki. Jednak teraz była zadowolona z tego mieszkania, 16 W rytmie serca bo trzecie piętro dawało jej poczucie bezpieczeństwa. Gdyby ktoś zdecydował się... Kasey zadrz˙ała i choć noc była ciepła, sięgnęła po koc. I znów utkwiła wzrok w drzwiach balkonowych, na próz˙no walcząc z coraz bardziej przeraz˙ającymi wizjami. Na duchu podtrzymywała ją tylko myśl, z˙e nie jest tak zupełnie sama, bo gdzieś tam, w ciemności, krąz˙ył Spiller. – Proszę spokojnie wypoczywać, pani Ellis. Dopil- nuję, z˙eby pani była bezpieczna – poz˙egnał się z nią przy drzwiach mieszkania. – Właśnie na to liczę – odparła, zdobywając się na uśmiech. – Gdyby pani czegoś potrzebowała albo gdyby panią coś zaniepokoiło, proszę dzwonić na moją komórkę. – Podał jej kartkę z zapisanym numerem. – Wszystko będzie w porządku – powiedziała, ale sama usłyszała, z˙e zabrzmiało to niezbyt przekonująco. – Proszę się nie przejmować Gallainem. Nie za- wsze jest taki niesympatyczny. – Czyz˙by? – Właściwie to trudno powiedzieć – przyznał z uśmiechem. – Proszę się o mnie nie martwić, poradzę sobie nawet z detektywem Gallainem. Nie będę składała naciąganych zeznań tylko po to, by go zadowolić. – Naszym priorytetem jest pani bezpieczeństwo jakby zdradzał jej – powiedział trochę niepewnie, wielką tajemnicę. Jego nienaganne maniery i miły charakter wywarły na niej wraz˙enie. Poz˙ałowała, z˙e to nie on prowadzi Mary Lynn Baxter 17 śledztwo. Nigdy przedtem nie była przesłuchiwana przez policję. Cóz˙, dzisiejszej rozmowy na posterunku równiez˙ nigdy nie zapomni. To kolejne przykre prze- z˙ycie do kolekcji jej koszmarów. Pomimo obecności Spillera, wciąz˙ nie mogła się uspokoić. Chyba po raz pierwszy nie czuła się bez- piecznie we własnym domu. Była świadkiem brutal- nego morderstwa, straciła wspólniczkę i przyjaciółkę. Poczuła, jak po policzku spływają jej gorące łzy. Miała nadzieję, z˙e Shirley nie cierpiała. Moz˙e nawet nie wiedziała, co się dzieje. Kasey podciągnęła koc pod samą brodę i po raz kolejny spróbowała skierować myśli na inne tory. Bezskutecznie. Czy zabójca ją widział? Nie, niemoz˙liwe. Na pewno nawet nie zauwaz˙ył jej obecności. A jez˙eli jednak tak? Ta myśl nie dawała jej spokoju. Jeśli ją widział, będzie chciał się pozbyć niewygodnego świadka. Przebiegł ją zimny dreszcz. Gallain musiał dojść do tego samego wniosku, bo w przeciwnym wypadku nie przydzieliłby jej ochrony. Na razie nic się nie działo. Była chyba bezpieczna w zaciszu domu. Przebiegła wzrokiem po wnętrzu, po tych wszystkich tak dobrze znanych drobiazgach. Powinna posprzątać, ale nagle takie prozaiczne czynności wydały się jej niewarte zachodu. Jednak jutro będzie musiała wyjść ze swojego azylu i zmierzyć się z rzeczy- wistością. Śmierć Shirley juz˙ na zawsze odmieni jej z˙ycie. Sięgnęła po pilota i włączyła telewizję. Chciała 18 W rytmie serca posłuchać wiadomości, bo lokalna stacja z pewnością wspomni o morderstwie. Będą się tez˙ o tym roz- pisywać miejscowe gazety. Zaczną się spekulacje i plotki, tysiące domysłów i hipotez. Choć w połoz˙onym na wschodzie Teksasu Rush- more mieszkało ponad sto tysięcy ludzi, panowała tu małomiasteczkowa atmosfera. Kasey skoncentrowała się na wiadomościach. Mó- wiono o morderstwie, nie szczędząc widzom drastycz- nych szczegółów. Jak wynikało z relacji, nie było innych świadków zdarzenia. Jak pech, to pech. Choć szczerze mówiąc, właśnie tego się spodziewa- ła. Dobrze wiedziała, z˙e oprócz niej, Shirley i morder- cy nikogo innego nie było w garaz˙u. Kim był zabójca? Czy nienawidził Shirley az˙ tak bardzo, z˙e musiał ją zabić? Dlaczego? Czy jej śmierć miała związek z fir- mą? A moz˙e zginęła z ręki zazdrosnego kochanka? Jakiś czas temu Shirley zwierzyłaby się jej z kłopo- tów, jednak ostatnio ich przyjaźń wyraźnie osłabła. Dwa lata temu zmarł Mark, mąz˙ Kasey. Pracowała wtedy w agencji reklamowej w Dallas. Ceniła sobie panującą tam atmosferę, jednak powoli zaczynała się dusić. Zarabiała zbyt mało, nie miała szans rozwijać się. Wtedy po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać, czy nie powinna otworzyć własnej firmy. Właśnie wtedy Shirley skontaktowała się z nią i zaproponowała pracę w swojej agencji oraz udziały. Kasey chętnie wróciła do Rushmore, miejsca swojego urodzenia. Marzyła o zmianie z˙ycia i z entuzjazmem podjęła nowe wyzwanie. – Nawet nie wiesz, jak mnie ucieszyła twoja Mary Lynn Baxter 19 propozycja. To wiele dla mnie znaczy. Nie wiem, czy zasłuz˙yłam sobie na taką szansę. Jestem w branz˙y dopiero od dwóch lat i nie mam zbyt wielkiego doświadczenia – powiedziała Kasey, gdy usłyszała ofertę Shirley. – Nie bądź taka skromna... – Poza tym nie mam za co kupić udziałów – prze- rwała jej Kasey. Zawahała się na chwilę. Chciała wyznać przyjaciółce prawdę, ale była zbyt dumna, by wyjawić wszystkie bolesne szczegóły. Mark musiał być świetnym aktorem, skoro dopiero po jego śmierci przekonała się, z˙e są na skraju bankructwa. Przez dwa lata spłacała kredyty, oglądała kilka razy kaz˙dy cent, oszczędzała prawie na wszyst- kim. Wyszła z kłopotów, ale nie czuła się na siłach, by ponownie stoczyć taką bitwę. – Nie martw się, coś wymyślimy – uspokoiła ją Shirley. – Potrzebuję twojej pomocy. Agencja bardzo się rozrosła, nie jestem w stanie sama nią zarządzać. Zalez˙y mi na kimś, komu mogę bezgranicznie zaufać. Od razu pomyślałam o tobie. – Te słowa mile połechtały moją dumę, jednak nie mam pewności, czy jestem odpowiednią osobą. Poza tym... – Daj spokój, znam cię bardzo długo i wiem, ile jesteś warta. Rzeczywiście, to Shirley wprowadziła ją w świat reklamy. Kasey zaczęła u niej pracować jeszcze podczas studiów w college’u. Zaprzyjaźniły się, pomi- mo dzielącej ich róz˙nicy lat. Później kaz˙da poszła swoją drogą, lecz Kasey zawsze z sentymentem wspo- minała swoją przyjaciółkę i mentorkę. 20 W rytmie serca Shirley nalegała, by przed podjęciem ostatecznej decyzji Kasey przyjechała do Rushmore i zapoznała się z działalnością firmy. Posłuchała jej, a to, co zobaczyła, przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Suk- ces Shirley rzucił ją na kolana, ale cóz˙, całkowicie poświęciła się pracy, nigdy nie załoz˙yła rodziny. – No dobrze, a teraz, gdy juz˙ wszystko obejrzałaś, czy przyjmiesz moją ofertę? – zapytała ją Shirley, gdy popijały kawę. Nie odpowiedziała od razu. Dyskretnie przypat- rywała się przyjaciółce. Lata obeszły się z nią łas- kawie. Miała pięćdziesiąt dwa lata, ale kaz˙dy dałby jej o dziesięć mniej. Ciemne, pozbawione siwizny włosy były modnie przystrzyz˙one, orzechowe oczy skrzyły się inteligencją. Elegancki kostium, zapewne od mod- nego projektanta, podkreślał smukłość sylwetki. Cie- kawe, dlaczego tak atrakcyjna kobieta nigdy nie wyszła za mąz˙? – No to jaką podjęłaś decyzję? – nalegała Shirley. – Szczerze mówiąc, jestem trochę oszołomiona tym, co zobaczyłam. Sama nie wiem, co robić. Bogactwo i prestiz˙ agencji onieśmielały Kasey. Firma mieściła się w eleganckim biurowcu, zatrudniała wysokiej klasy specjalistów, była powszechnie znana i ceniona. Kasey bała się, z˙e nie sprosta wyzwaniu. Shirley musiała wyczuć jej wahanie, bo zaśmiała się. – Nie panikuj, świetnie się sprawdzisz. Wykorzys- taj szansę. Posłuchała jej. Później wszystko przebiegło w sza- lonym tempie: przeprowadzka, wchodzenie w nowe obowiązki, ogromna odpowiedzialność. Teraz, po pół Mary Lynn Baxter 21 roku pobytu w Rushmore, Kasey trochę z˙ałowała decyzji. Postawiła wszystko na jedną kartę, bo chciała uwierzyć w bajkę, jednak niektóre rzeczy są zbyt piękne, by mogły być prawdziwe. Tak jak powiedziała Gallainowi, wierzyła, z˙e Shir- ley wyciągnie agencję z kłopotów. Nie miała powodu, by wątpić w te zapewnienia. Teraz po raz kolejny poczuła się zdradzona i oszu- kana przez kogoś, komu bezgranicznie zaufała. Od dawna wahała się, czy nie złoz˙yć wymówienia, jednak śmierć Shirley spowodowała, z˙e Kasey nie miała juz˙ wyboru. Musiała zamknąć podupadającą agencję i po- szukać nowej pracy. Ponownie wstrząsnął nią dreszcz. To, co zapowia- dało się jako spełnienie najśmielszych snów, okazało się koszmarem. Gdy zadzwonił telefon, zamrugała gwałtownie, lecz kiedy zobaczyła na wyświetlaczu, kto dzwoni, od razu poprawił się jej nastrój. To był jej syn, Brock, który studiował na uniwersytecie w Waco. – Cześć, kochanie, jak miło, z˙e dzwonisz – przywi- tała go drz˙ącym głosem. – Mamo, co się dzieje? Jesteś chora? Nie powinna przed nim udawać. Po śmierci ojca Brock szybko dojrzał. Był bardzo odpowiedzialny jak na swój wiek. Zawsze się o nią troszczył i doskonale wyczuwał jej nastrój. – Nie jestem chora, ale miałam koszmarny dzień. – Nie chciała denerwować syna, ale musiała powiedzieć mu prawdę. Byłoby jeszcze gorzej, gdyby dowiedział się o morderstwie Shirley z gazet lub telewizji. 22 W rytmie serca – Co się stało? Powiedz mi – zaz˙ądał tak zdecydo- wanym tonem, z˙e znów prawie się rozkleiła. Tak wiele mu zawdzięczała. Ostatnio był jedyną radością jej z˙ycia. Tylko dzięki niemu nie postradała zmysłów i nie pogrąz˙yła się w rozpaczy. – Dziś wieczorem zamordowano Shirley. – O mój Boz˙e... – To nie wszystko, Brock. Stało się to na moich oczach. – O mój Boz˙e! – powtórzył. – Wracam do domu, mamo. – Ani mi się waz˙! – zaprotestowała bliska paniki. – Dlaczego? Wydawał się w równym stopniu zaszokowany, co uraz˙ony. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by znie- chęcała go do przyjazdu do domu. Wręcz przeciwnie, zawsze z niecierpliwością oczekiwała na jego kolejną wizytę. Równiez˙ teraz ucieszyłaby się z towarzystwa i chętnie przystałaby na pomoc syna. Jednak w obliczu zaistniałej sytuacji nie mogła sobie pozwolić na taki luksus. – Nie chcę cię do tego mieszać – odparła z wahaniem. – Bez obaw, poradzę sobie. – Wiem, kochanie, ale dopóki sprawa nie ucichnie, będziemy tylko w kontakcie telefonicznym. Gdyby coś ci się stało, nie przez˙yłabym tego. Wypowiedziała na głos swe najgorsze obawy, po raz pierwszy tak jasno i wyraźnie. Zaczęła z˙ałośnie szlochać. ROZDZIAŁ TRZECI – Nie zgadzam się. Tanner Hart obdarował swego prawnika, przyjacie- la i politycznego doradcę w jednej osobie sarkastycz- nym uśmiechem i mruknął zgryźliwie: – Dzięki za wsparcie. – A czego się spodziewałeś? – ostro zareagował Jack Milstead. Na jego okrągłej twarzy pojawiły się wypieki. Szczupły i wysoki Tanner poprawił się w krześle, szukając jak najwygodniejszej pozycji. Pracował całą noc, a w przerwie poćwiczył w siłowni, by rozładować frustrację, ale chyba trochę przesadził. Zazwyczaj on i Jack spotykali się w biurze, jednak dzisiaj umówili się w kawiarni. Po nieprzespanej nocy Tanner potrzebował solidnego zastrzyku kofeiny. Bar- dzo lubił ten mały lokalik. Wokół roznosił się smako- wity zapach świez˙o upieczonych rogalików i ciastek oraz dobrze palonej kawy. Całe szczęście, z˙e udało im się znaleźć wolny stolik w rogu. 24 W rytmie serca – Nie poprę takiego idiotycznego pomysłu – wyce- dził Jack. – Nie na tym etapie rozgrywki. – Masz zamiar mnie pouczać? – Jeśli zajdzie taka potrzeba. Tanner z trudem powstrzymał się od westchnie- nia. Jak miał przekonać przyjaciela, z˙e dobrze wie, co robi? Jack był nie tylko uparty, ale i święcie przekonany o swojej nieomylności. Owszem, w wię- kszości przypadków wychodziło na jego, niechętnie przyznał Tanner w duchu. Do diabła, gdyby nie słuchał jego rad, nawet nie startowałby do teksańs- kiego senatu. Jack z˙ył polityką, choć nigdy nie walczył o wysokie funkcje, bo nie miał takich ambicji. – Wolę pracować w cieniu – powiedział kiedyś Tannerowi. – Wspierać młodych, ambitnych i zdol- nych ludzi, takich jak ty, którzy mogą coś zrobić dla naszego stanu. Pod koniec lat sześćdziesiątych Milstead, który doszedł do wszystkiego własną pracą, zainwestował zarobione pieniądze w domy opieki. Wyczuł koniunk- turę i teraz był multimilionerem. Tanner poznał Jacka, jego z˙onę Sissi i syna Ralpha jeszcze przed ślubem z Normą. To byli jej dobrzy znajomi, ale on i Jack z miejsca się zaprzyjaźnili. Tanner bezgranicznie mu ufał, szanował go i liczył się z jego zdaniem. – Zamurowało cię, chłopcze? – spytał Jack, na- chylając się i marszcząc brwi. Tanner odruchowo dotknął krawatu, jakby zrobiło mu się duszno. Mary Lynn Baxter 25 – Dobrze, moz˙e to nie było najmądrzejsze posunię- cie, ale czułem, z˙e muszę to zrobić. – Brak ci doświadczenia politycznego, a kampania wyborcza wkracza w końcowy etap. W takim momen- cie nie rezygnuje się z usług agencji reklamowej. – Dlaczego nie? – spytał Tanner chłodno. – To polityczne samobójstwo. – Nie zgadzam się z tobą – odparł sztucznie oz˙ywionym głosem, choć pod bacznym spojrzeniem Jacka powoli tracił pewność siebie. Jednak podjął próbę obrony swej decyzji. – Agencja nic nie robiła. Jack zatarł dłonie, potem przeczesał rzedniejące siwe włosy i musnął wąsy. – No dobra, nawijaj dalej. – Zobaczysz, z˙e ta decyzja wyjdzie mi na dobre. Poza tym klamka juz˙ zapadła. Agencja Randolph z Dallas to juz˙ historia. – Umowy się zawiera, a później rozwiązuje – stwierdził Jack. – W polityce takie rzeczy są na po- rządku dziennym. – Ale nie w moim świecie – powiedział Tanner oschle. – Podjąłem juz˙ decyzję i nie zmienię jej. Wolałbym porozmawiać o powaz˙niejszych sprawach, na przykład o interesach. Ta uwaga sprawiła, z˙e Jack poczerwieniał jeszcze bardziej i zaklął pod nosem. Tak naprawdę ich powaz˙- ne spory dotyczyły tylko biznesu. – W porządku. Mam nadzieję, z˙e wiesz, co robisz. A jakie jest zdanie Irene? Irene Sullivan była szefową jego sztabu wybor- czego i to ona zatrudniła pierwszą agencję. 26 W rytmie serca – Nie wiem, jeszcze jej nie powiedziałem. – Moim skromnym zdaniem będzie wściekła jak diabli. – Pewnie tak, ale później zrozumie, z˙e miałem rację. – Wiesz co, według mnie to ją powinieneś zwolnić. Za bardzo skaczecie sobie do oczu. Dziwię się, z˙e jeszcze się nie pozabijaliście. – Owszem, często się kłócimy – przyznał Tanner – jednak jest dobra w tym, co robi. Świetnie zna scenę polityczną, ma ostry język i jest bardzo inteligentna. – Wysoko ją cenisz. Ciekawe, jaki wpływ na tę opinię ma jej uroda. – Nie sypiam z nią, Jack, jeśli o to pytasz. – Jeszcze nie, ale zapewne o tym myślałeś. – Rany boskie, o czym my w ogóle rozmawiamy? Nie martw się, poradzę sobie z Irene, potrafię ją utemperować, jeśli zajdzie taka potrzeba. – Jasne, jest dobra, dopóki wywiązuje się ze swo- ich obowiązków – mruknął Jack. – Jej strategia okazała się skuteczna, a twoja pomoc bezcenna. To dzięki wam moje szanse bardzo wzrosły. – Co nie było łatwe – mruknął Jack z krzywym uśmieszkiem. – Nie musisz mi o tym przypominać. – Tanner wreszcie się rozluźnił. – Nigdy nie zapomnę, ile ci zawdzięczam. To ty popchnąłeś mnie w stronę poli- tyki, chociaz˙ na początku, kiedy zachęcałeś mnie do kandydowania, byłem pewien, z˙e postradałeś zmysły. – To wcale nie było tak dawno temu, przyjacielu – przypomniał mu Jack, wypijając łyk kawy. Mary Lynn Baxter 27 – Mnie się wydaje, z˙e minęła wieczność. Nie sądziłem, z˙e uda mi się pogodzić interesy z działalnoś- cią polityczną, chociaz˙ czasami jestem na skraju wyczerpania nerwowego. – Zrezygnowanie z usług Agencji Randolph na pewno się do tego przyczyniło. – Przeczuwając, z˙e przyjaciel zaprotestuje, Jack uniósł ręce i dodał: – Prze- praszam, to juz˙ przeszłość. Nie będę do tego wracać. – Masz rację. Nie byłem zadowolony z niczego, co do tej pory zrobili. Słabe kontakty z mediami, bez- nadziejne hasła, fatalne plakaty. Jednak ich głównym grzechem było, z˙e nie umieli sprawić, bym stał się rozpoznawalny. Bardzo mnie na to uczulałeś, a oni prawie nic w tej sprawie nie zrobili. – Na ich obronę powiem, z˙e trudno się z tobą pracuje, bo jesteś perfekcjonistą i lubisz wszystkiego sam dopilnować. Mam nadzieję, z˙e współpraca z nową agencją lepiej ci się ułoz˙y. Tanner wzruszył ramionami i uśmiechnął się lekko. – Owszem. Nauczyłem się tego w biznesie. Startował co prawda w wyborach do senatu, ale nie zamierzał zaniedbywać firmy. To dzięki sukcesom w interesach mógł rozpocząć polityczną karierę. Tak jak powiedział Jackowi, pogodzenie z˙ycia zawodowego z kampanią nie było łatwe. Moz˙na powiedzieć, z˙e pracował dwadzieścia cztery godzi- ny na dobę przez siedem dni w tygodniu, ale nie narzekał, bo po śmierci z˙ony nie lubił wracać do pustego domu. Praca okazała się najlepszym pana- ceum na samotność. – Czy myślałeś juz˙ o zatrudnieniu jakiegoś 28 W rytmie serca doradcy? – spytał Jack. – Według mnie Buck Butler to groźny przeciwnik. – Bezwzględny łajdak. – Dlatego jest taki dobry. – Kiedy Tanner nie odpowiedział, Jack dodał: – Czasami odnoszę wraz˙e- nie, z˙e jesteś zbyt wraz˙liwy, by zostać politykiem. – Do diabła, trochę za późno mi o tym mówisz! – No właśnie, szczery az˙ do bólu – roześmiał się Jack. – Potraktuję to jako komplement. – Błąd. Butler zareagowałby oburzeniem. Jest zde- terminowany i bardzo przekonujący. To świetna kom- binacja dla polityka, który chce odnieść sukces. Tanner nachylił się i spojrzał gniewnie na przyja- ciela. – O co ci chodzi, Jack? Z˙ałujesz, z˙e udzieliłeś mi poparcia? – Dobrze znasz odpowiedź na to pytanie. Próbuję tylko uświadomić ci pewne rzeczy. Musisz być silny, by przetrwać nadchodzące miesiące. – Znamy się dostatecznie długo, byś wiedział, z˙e nie brak mi determinacji. Jestem w stanie wygrać z najlepszym. Był rzeczywiście twardy i nie bał się konfrontacji, bo tego nauczyło go z˙ycie. Jego matka była al- koholiczką, totez˙ szybko poznał blaski i cienie opieki społecznej. Robił wiele rzeczy, z których nie był dumny, jednak uczył się na błędach, a przynajmniej taką miał nadzieję. – No rzeczywiście – przystał Jack. – Masz wszel- kie dane, by mierzyć wysoko. Jesteś przystojny, Mary Lynn Baxter 29 otwarty, inteligentny, ambitny i wytrwale dąz˙ysz do celu. Masz o wiele więcej do zaoferowania niz˙ Butler. – Czas pokaz˙e – odpowiedział Tanner dziwnie zmęczonym głosem. – Pomyślałeś juz˙, jakiej agencji zlecisz kampanię? Postaw na lokalną firmę. Szkoda, z˙e Parker została zamordowana, byłaby najlepsza. – Jack zamilkł na chwilę i zmarszczył brwi. – Wciąz˙ nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Ta kobieta musiała wplątać się w jakieś dziwne sprawy, skoro przypłaciła to z˙yciem. – Nie mam pojęcia, ale to rzeczywiście okropne. Wybieram się na pogrzeb. – Znałeś ją? – Tak – odpowiedział Tanner zdawkowo, znaczą- co zerkając na zegarek. – Chętnie bym pogadał z tobą trochę dłuz˙ej, ale naprawdę muszę iść. Mam kilka waz˙nych spotkań. – Ja stawiam. – Jack sięgnął po rachunek. – Miło było cię zobaczyć. – Tanner wstał od stolika. Gdy dotarł do swojego biura, usytuowanego w za- chodniej części miasta, wciąz˙ czuł w nozdrzach aro- mat kawy. To była bardzo elegancka dzielnica. Znala- złem się tu tylko dzięki Normie, pomyślał z lekkim sarkazmem. Oz˙enił się z Normą Tisdale, kiedy był na ostatnim roku studiów. Ich związek wywołał niemałe porusze- nie w akademickim światku. Norma pochodziła z bar- dzo bogatej i wpływowej rodziny, on był przybłędą znikąd. Na pozór trudno o bardziej niedobraną parę, lecz ich związek okazał się udany. Wiedział, z˙e Norma 30 W rytmie serca była z nim szczęśliwa. Miała wrodzoną wadę serca i umarła przedwcześnie. Tanner z oddaniem opieko- wał się nią do ostatnich dni. Zapisała mu w testamen- cie spory majątek i kilka nieruchomości. Zmarła siedem lat temu. Pomnoz˙ył ten kapitał, głównie dzięki trafionym inwestycjom. Miał prezencję, władzę, cieszył się dobrym zdrowiem, a jednak czegoś mu brakowało do pełni szczęścia. Miłości. Nikt go nie kochał, i on tez˙ nie kochał nikogo. Nie rozpaczał specjalnie z tego powodu. Bez reszty poświęcił się pracy, to musiało mu wystarczyć. Spieprzyłeś to. Te słowa, niczym upiorna mantra, wciąz˙ roz- brzmiewały mu w głowie. Przestał krąz˙yć po pomiesz- czeniu. Ścisnął palcami pulsujące bólem skronie. Trochę pomogło, ale nie na długo. Musi natychmiast wziąć się w garść. Panika jest złym doradcą i nie- uchronnie prowadzi do zguby. Nie z˙ałował, z˙e ją zabił. Ta dziwka sobie na to zasłuz˙yła. Obawiał się tylko, z˙e go dopadną. Istniało takie prawdopodobieństwo. Właśnie, jedynie prawdopodo- bieństwo, powtarzał siebie, odjez˙dz˙ając z podziem- nego parkingu. Tamta kobieta pojawiła się dosłownie znikąd. Gdyby przyszłą minutę później, nie musiałby się niczym martwić. Przez nikogo nie niezauwaz˙ony, opuściłby miejsce zbrodni. Zaplanował to wszystko w najdrobniejszych szczegółach, a ona weszła mu Mary Lynn Baxter 31 w drogę. Przyszedł do garaz˙u na długo przed Shirley i spokojnie czekał, milczący i nieruchomy niczym głaz. Był pewien, z˙e jego precyzyjny plan wypali. Cholera, tak mało zabrakło. Kiedy było juz˙ po wszystkim, pojechał do domu siostry. Próbując uspokoić rozszalałe serce, otworzył drzwi i wszedł do środka. Właśnie w tym momencie Flora podjechała na wózku do stołu i sięgnęła po szklankę mleka. – Przepraszam, siostrzyczko, myślałem, z˙e juz˙ lez˙ysz w łóz˙ku – powiedział, bo nic innego nie przyszło mu do głowy. – Gdybym wiedział, z˙e nie śpisz, zapukałbym. – Po co kłamiesz? – Przechyliła głowę, odgar- niając tłuste siwe włosy. – To zresztą bez znaczenia, przeciez˙ dałam ci klucz. – No tak – mruknął, czując, z˙e powoli opuszcza go napięcie. Niedobrze, z˙e tu przyjechałem, pomyślał. Po śmierci rodziców została mu tylko siostra. Po wypadku samochodowym musiała jeździć na wózku. Starał się ułatwić jej z˙ycie, choć mógł zrobić tylko tyle, na ile mu pozwoliła. Chętnie kupiłby jej ładniejsze i większe mieszkanie, lecz stanowczo odmówiła. Jej dom, dość stary i zaniedbany, mówił wiele o lokatorce. Był świadectwem jej choroby. Podłogę z linoleum zaścielały sterty zakurzonych gazet, w kuch- ni zawsze stało mnóstwo brudnych naczyń. Zapachu moczu nie tłumiła ani klimatyzacja, ani odświez˙acz powietrza. – Co się stało? Skrzekliwy głos Flory wyrwał go z rozmyślań. Miał 32 W rytmie serca ochotę powiedzieć: ,,Nic takiego, siostrzyczko, tylko kogoś zabiłem’’. – Wyglądasz fatalnie – mówiła dalej. – Miałem cięz˙ki dzień w pracy – wyjaśnił zmie- szany. – Przeczuwam, z˙e chodzi o coś więcej. Piłeś? – Chciałbym. – Mam piwo w lodówce. Poczęstuj się. Piwo? Potrzebował czegoś znacznie mocniejszego, ale nie zamierzał jej o tym mówić. – Hm, moz˙e później. – Czy na pewno wszystko w porządku? – Nie spuszczała z niego badawczego wzroku. – Jasne. Wpadłem, z˙eby sprawdzić, co u ciebie. – Kłamiesz – powiedziała drz˙ącym głosem. – Nie szkodzi, juz˙ do tego przywykłam. Z trudem opanował irytację. Ile by dla niej nie zrobił, wciąz˙ była niezadowolona. Stała się zgorzknia- łą i zgryźliwą staruszką, której trudno było dogodzić. – Chcę się połoz˙yć do łóz˙ka. Jak będziesz wy- chodził, nie zapomnij zamknąć za sobą drzwi. – Dzięki, siostrzyczko – powiedział sarkastycznie. – Jak zwykle bardzo podtrzymałaś mnie na duchu. Przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu, a po- tem wyjechała z pokoju. Nie wiedział, jak długo stał bez ruchu, słuchając skrzypienia kół wózka. Ten dźwięk zawsze przyprawiał go o dreszcze. Dopiero gdy usłyszał syreny, ruszył do wyjścia. Później jeździł długo, wybierając najmniej uczęsz- czane drogi. W końcu poczuł się na tyle zmęczony, z˙e odwaz˙ył się wrócić do domu. Mary Lynn Baxter 33 Chodził od ściany do ściany jak zwierzę w klatce, co chwilę zerkając na zegarek. Gdyby ta kobieta go zobaczyła, juz˙ by go aresztowali. Skoro jeszcze po niego nie przyszli, moz˙e czuć się względnie bezpiecz- ny. Rozluźnił się. Jakie to szczęście, z˙e zachował się rozwaz˙nie i nie popełnił z˙adnego błędu. Odchylił głowę i wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Całkiem moz˙liwe, z˙e dokonał morderstwa doskonałego. Jego śmiech przy- bierał na sile. Nie musiał niczego się obawiać. Był bezpieczny. Na szczęście znał kobietę, która była świadkiem morderstwa, i zawsze zdąz˙y ją uciszyć. ROZDZIAŁ CZWARTY Gdy wydano jej ciało Shirley i załatwiła wszystkie formalności, mogła wreszcie trochę odpocząć. Na pogrzebie pojawiło się chyba pół miasta. Wszyscy tłoczyli się w kaplicy, zupełnie jakby chcieli zobaczyć zmasakrowane kulami ciało. Jeśli rzeczywiście o to im chodziło, musieli czuć się zawiedzeni, bo wieko trumny było zamknięte. Boz˙e, o czym ja myślę! – z˙achnęła się Kasey, idąc cmentarną alejką. Przeciez˙ Shirley cieszyła się niepo- szlakowaną opinią zarówno na gruncie prywatnym, jak i zawodowym. Oczywiście na pewno część ludzi przyszła tu ze zwykłej ciekawości, bo morderstwo odbiło się szerokim echem, jednak większość napraw- dę lubiła i szanowała Shirley. Jej rodzice od dawna nie z˙yli. Na pogrzebie pojawi- ło się tylko dwoje dalekich krewnych. Kasey, która miała okazję ich poznać, złoz˙yła im kondolencje. Starała się skupić na słowach pastora, ale marzyła Mary Lynn Baxter 35 o tym, by ceremonia wreszcie dobiegła końca. Gdy podniosła wzrok, zobaczyła detektywa Gallaina. Prze- czuwała, z˙e nie da jej spokoju i spróbuje z nią porozmawiać. – Dzień dobry, pani Ellis – przywitał się z nią kilka minut później. – Dzień dobry – zmusiła się do odpowiedzi. – Czy juz˙ czuje się pani lepiej? – Ostre słońce bezlitośnie eksponowało plamy na jego pogniecionym krawacie. W milczeniu skinęła głową, czekając na jego dalsze słowa. Ona nie miała nic więcej do dodania. – Chciałbym panią uprzedzić, z˙e niedługo wpadnę do firmy, by przesłuchać pracowników. – Oczywiście, jednak do końca tygodnia agencja będzie zamknięta – powiedziała o wiele ostrzej, niz˙ zamierzała. – Przez wzgląd na pamięć Shirley. – A właśnie, czy przypomniała sobie pani jakieś szczegóły, które pomogłyby nam w ujęciu sprawcy? – Przykro mi, niestety nie. – Nie poddam się tak łatwo. Jest pani naszym jedynym świadkiem i tylko pani moz˙e nam pomóc w śledztwie. – Rozumiem, ale nic więcej nie mogę zrobić. – Niech pani nie ustaje w wysiłkach. Czyz˙by spodziewał się, z˙e będzie wciąz˙ rozpa- miętywać, sekunda po sekundzie, tę tragedię? Oglądać oczyma wyobraźni śmierć Shirley w nadziei, z˙e coś sobie przypomni? Nie zamierzała tego robić, chociaz˙ i tak co noc, ledwie opuszczała powieki, widziała zakrwawione ciało przyjaciółki. Ten obraz 36 W rytmie serca ją prześladował. Jeśli pozwoli, by zawładnął jej z˙y- ciem, szybko postrada zmysły. – A moz˙e stało się coś, co panią zaniepokoiło? – naciskał dalej. – Detektyw Spiller dobrze strzez˙e mojego domu. – Tak, ale jest mnóstwo sposobów, by kogoś nastraszyć. Wie pani, telefony z pogróz˙kami, anoni- my... – Nadal nie spuszczał z niej wzroku. – Nie, nikt mnie nie nęka. – Zawahała się i ner- wowo poprawiła okulary przeciwsłoneczne. – Choć szczerze mówiąc, skoro juz˙ pan o tym wspomniał, nie czuję się zbyt bezpiecznie. – I bardzo dobrze. Nadal nie wiemy, czy zabój- ca panią widział. Powinna pani cały czas mieć ochronę. – Nie zamierzam z niej rezygnować. – No to do zobaczenia, pani Ellis. Miała zbyt ściśnięte gardło, by odpowiedzieć, więc tylko skinęła głową. Gdy obserwowała zmierzającego do samochodu Gallaina, przyszło jej do głowy, z˙e jest bardzo podobny do detektywa Columbo. Był równie sprytny, nieustępliwy i uparty. Zobaczyła go krótko po rozmowie z kuzynami Shirley. Najpierw próbowała sobie wmówić, z˙e ma omamy, jednak ten męz˙czyzna był istotą z krwi i kości. Właśnie ruszył w jej kierunku. Tanner Hart. Miała nadzieję, z˙e ten dzień nigdy nie nadejdzie, bo Tanner był ostatnią osobą, którą chciałaby zobaczyć. Cóz˙, nie powinna być zdziwiona. Juz˙ od kilku miesię- cy nieustannie towarzyszył jej pech. Szczęście się od Mary Lynn Baxter 37 niej odwróciło. Jednak az˙ dwa tak potęz˙ne wstrząsy w tak krótkim czasie to nie fair. Najchętniej odwróciłaby się na pięcie i uciekła gdzie pieprz rośnie, ale było juz˙ za późno. Poza tym dobrze byłoby zachować resztki godności. Nie widzia- ła Tannera od ponad dziewiętnastu lat. Przez ten czas okrzepła, moz˙e nawet zyskała odwagę, by stawić mu czoło. Nie byli juz˙ głupimi dzieciakami z college’u. Oboje dojrzeli. Wyglądał jak człowiek sukcesu, którym zresztą był. Wiedziała, z˙e kandydował do stanowego senatu, cho- ciaz˙ celowo nie czytała z˙adnych informacji na ten temat. Gdyby wiedziała, z˙e zamieszkał w Rushmore, z pewnością dłuz˙ej by się zastanawiała nad propozycją Shirley. Później często powtarzała sobie, z˙e istnieją małe szanse, by się spotkali. Poruszali się w zupełnie innych środowiskach, więc było mało prawdopodobne, by ich drogi kiedykolwiek miały się przeciąć. Oczywiście to była naiwna, strusia polityka. I oto stał teraz przed nią, patrząc jej prosto w oczy. – Witaj, Kasey. Nadal miał głęboki, seksowny głos. Szczerze mó- wiąc, w ogóle niewiele się zmienił. Moz˙e miał nieco więcej zmarszczek, ale dodawały jego twarzy charak- teru. Lśniące brązowe włosy nie nosiły śladów siwiz- ny. Jak na czterdziestolatka, trzymał się wspaniale. – Kopę lat – powiedział, przerywając coraz bar- dziej kłopotliwą ciszę. – Owszem. – Świetnie wyglądasz.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

W rytmie serca
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: