Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00396 006926 13878975 na godz. na dobę w sumie
W szponach gułagu. Młodość w niewoli - ebook/pdf
W szponach gułagu. Młodość w niewoli - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 416
Wydawca: Jot Ka Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62575-01-5 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> inne
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Pomysł napisania książki o łagrach powstał jeszcze w okresie mego przebywania na Sybirze. W pierwszym rozdziale tego tomu piszę dużo o Wileńszczyźnie ze szczególnym uwzględnieniem wojny z bolszewikami 1920 r.

Zostałem aresztowany 23 marca 1950 r. na Akademii Rolnej w Hory – Horkach. Proces sądowy odbył się w Połocku 19 czerwca tegoż roku, gdzie sądem kapturowym skazano mnie na 10 lat zsyłki.
Do łagru w miejscowości Ekibastuz (Kazachstan) dotarłem pod koniec 1950 r. Tam poznałem sporo Polaków skazanych za przynależność do Armii Krajowej. Los tak chciał, że poznałem tam Aleksandra Sołżenicyna. Wydarzenie to znalazło szczególny oddźwięk w mojej książce.
Łagier mój był tworem katorżniczym. Panował w nim głód, a praca była ponad siły. Po przyjeździe do niego na samym początku wykonywałem roboty ciesielskie, stolarskie a w końcowym etapie - tynkarstwo i murarkę.
Ludzi, jakich tam spotkałem, zaliczyłem do niewolników XX wieku. Żenujący był ich wygląd z racji odzieży, obuwia i całości uwarunkowań, jakie tam obowiązywały. Przede wszystkim starałem się utrzymywać kontakty z rodakami, którzy stanowili w przeszłości trzon naszej walki o niepodległość Kraju. Dzisiaj zaś byli tylko awangardą ruchów powstańczych w łagrze. Bunt, jaki tam przeżyłem, wybuchł 22 stycznia 1952 r. Wtedy chcieliśmy zdobyć łagierne więzienie, w którym przetrzymywano sporo naszych braci. Krótko to trwało, bo żołnierze z bronią maszynową szybko się z nami rozprawili.
Opisałem również niektóre postacie kobiece, a szczególnie w osobie młodej Litwineczki Jadzi, która towarzyszyła nam w drodze na odcinku Moskwa – Gorkij. Była młodziutką jeszcze dziewczyną, miała zaledwie 17 lat, skazano ją na 10 lat łagrów i katorgi. Razem jechaliśmy długo, co nas do siebie zbliżyło. Rozstanie nastąpiło dopiero w więzieniu w Gorkim. Tam szybko rozdzielono na dwie grupy (osobno mężczyźni, osobno kobiety) i poddano szczegółowej rewizji. Staliśmy nieopodal siebie, a Jadzia stała ostatnia w kolejce. Za jej przykładem uczyniłem to samo, aby przez tych kilkadziesiąt minut móc dłużej na nią patrzeć. Od strony wejścia docierały pokrzykiwania dozorczyń i dozorców a myśmy nadal stali w kolejce i spoglądali na siebie. Mogłem ją podziwiać w pełnej krasie. Stała prościutko na swych zgrabnych nóżkach, a jej bujne, jasne włosy splecione dołem w jeden warkocz, sięgały poniżej talii. Miała regularne rysy twarzy, a tylko w oczach dostrzegalny był niepokój, smutek i tyle dziewczęcego uroku. Patrzyłem na nią, a myślami sięgałem daleko, bo aż do jej Ojczyzny, gdyż była jak gdyby symbolem swej Lituanii. Było smutno i chciało się wołać za poetą: „Chwilo! Ty jesteś piękna! Trwaj!”.

Rafał Pławiński (autor)

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

© Wydawnictwo Jot KA PUBLIKACJE and Rafał Pławiński Niniejszy darmowy ebook zawiera fragment pełnej wersji książki pod ty-tułem: W SZPONACH GUŁAGU Młodość w niewoli darmowa publikacja dostarczona przez Jot KA PUBliKACJe – Twoje ulubione książki Niniejsza publikacja może byd kopiowana, oraz dowolnie rozpro-wadza- na tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez Wydawcę. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody wydawcy. Zabrania się jej odsprzedaży. © Copyright for Polish edition by Jot KA PUBLIKACJE Data: 26.08.2010 Tytuł: Młodość w niewoli (fragment utworu) Autor: Rafał Pławiński Projekt okładki: Romuald Guznowski Korekta: Jarosław Klimek Skład: Jarosław Klimek Wydawnictwo Jot Ka Sp. z o. o. Złotogłowice 119 48-300 Nysa www: www.publikacje.jotka.pl e-mail: publikacje@jotka.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. RAfAł PłAwińsKi w szPonACh gUłAgU Powiew nAdziei Najbliższym i zainteresowanym, aby na kartach moich wspomnień zetknęli się ze straszną prawdą, z losami ludzi, których kości bieleją bez pochówku, a prochy, przeważnie, rozsiewa wiatr po syberyjskich przestrzeniach. Autor egzemplarz bezpłatny © Wydawnictwo Jot KA PUBLIKACJE Złotogłowice 2010 Młodość w niewoli - demo doM Rodzinny, Młodość 4 Verba volant, scripta manent – Słowa ulatują, pismo pozostaje. E J C A K I L B U P A K t o J © 1. Ziemia, gdzie przyszedłem na świat, miała i ma swoisty charakter. Jest to kraj, gdzie jak w żadnym innym, zmieszały się narody: obok siebie żyli Litwini, Polacy, Białorusini, Łotysze, Rosjanie, Starorusini, a nawet Tatarzy. Chyba nigdzie nie współżyli tak zgodnie. To tutaj pozostał zwy- czaj całowania ojca w rękę, jeszcze do dziś nie zwraca się do rodziców przez „Ty”, jeszcze zachowały się zwroty: waćpan, jegomość, dobrodziej itd. To tu spotkały się religie chrześcijańskie: prawosławni, katolicy, sta- rorusini i pomost ich odmienności – unici. Tu można było spotkać meczet muzułmański obok kościoła lub cerkwi i wszystkim nie przeszkadzała bożnica żydowska. Po rozbiorach ład zżytej społeczności próbowano zakłócić przez represje polskiej ludności. Z tych ziem były pierwsze de- portacje na Syberię w okolice rzeki Toboł, a byli to jeńcy wojenni, wzięci do niewoli przez Rosjan u schyłku XVI w. Pod koniec XVIII i przez cały XIX w. trwały wielkie prześlado- wania w postaci aresztowań i masowej zsyłki w głąb Syberii. Polacy na kresowej Wileńszczyźnie, w latach niewoli, byli odważni i waleczni. Był taki okres, kiedy zaszczytem było urodzenie się pod taką strzechą, gdzie matka nauczała polskiego pacierza. Mowę ojczystą zachowywano w do- mach, a matka do swego maleństwa pierwsze słowo wypowiadała właśnie w tym języku. To syn tej ziemi marzył, aby jego książki zbłądziły pod strzechy. I trafiły one pod strzechy polskie, litewskie czy też białoruskie. E J C A K I L B U P A K t o J © 5 Młodość w niewoli - demo To na tej ziemi wielka matka z domu Billewiczówna, jeszcze w 1867 r. pochylając się nad kolebką małego Ziuka – Klemensa, wymówiła do niego pierwsze polskie słowo. To pod jej wpływem ukształtuje się później jego rewolucyjny patriotyzm, a będąc już działaczem narodowym, po la- tach powie: „...matka od najwcześniejszych lat starała się rozwinąć w nas samodzielność myśli i uczucie godności osobistej, które w moim umyśle formowało się w sposób następujący: tylko ten człowiek wart nazwy człowieka, który ma pewne przekonania i potrafi je bez względu na skutki wyznaczyć czynem”. Źródłem patriotyzmu były też powstania narodowe w 1794, 1831 i 1863 r., które głośnym echem dotarły aż do dalekiej Wileńszczyzny. Li- stopadowy zryw w 1831 r. sięgnął Dzisny, Łużek, Horodźca, Głębokiego i Lepla. Do legendy ówczesnych wydarzeń weszli mieszkańcy tych ziem: marszałek Podbipięta, hr. Augustyn Brzostowski, Benedykt Klot, Antoni Korsak, Szyryn i ksiądz pijar Tataur z Łużek. Siedzibą tych wydarzeń były Łużki. Na czele oddziałów powstańczych stanął pułkownik Brochocki – rodem z Głębokiego. Powstania upadały, ale legenda pozostawała. Przez dwa kolejne powstania działał tu generał Michał Murawjew „Wieszatiel”. Aż do śmierci w 1866 r. ścigał uczestników powstania z 1863 r. 128 patriotów skazał na śmierć, 853 – na katorgę, 504 – wysłano na Sybir, a razem z Polski i Białej Rusi – wysłano w głąb Rosji 12 tysięcy ludzi. Nośnikami wartości narodowych były nasze babcie, matki, siostry. W latach niewoli siła tożsamości narodowej ujawniała się w sposób szczególny. Kobieta-matka, po urodzeniu swego maleństwa, zaczynała przysposabiać go do przyszłej misji czynu powstańczego. To wielkość ducha naszych matek spowodowała, że po wielokrotnym rozbiorze kraju – on ponownie jest wolny. E J C A K I L B U P A K t o J © Młodość w niewoli - demo 6 Moich korzeni należy szukać w domu dziadków. Tu od pokoleń, za wyjątkiem dwudziestolecia II Rzeczypospolitej, nie było żadnych instytucji polskich. Polskość chroniła się w naszych domach, kościołach katolickich i w sercach. Tak przenikała do następnych pokoleń. Moją przystanią narodową był dom dziadków: Emilii i Tadeusza Juszkiewiczów mieszkających w miejscowości Wejtkowo – odległej o 4 kilometry od rodzinnych Bohuszewicz. Zmarłych wcześniej babć nie pamiętam. Tak bardzo kochałem atmosferę tego domu, że sama nazwa miejsco- wości napawała mnie radością. Wejtkowo było moim dziecięcym rajem i w szczególny sposób przeżywałem moment, kiedy Matka brała mnie za rękę i szliśmy – ona do rodzinnego domu, ja zaś do dziadka. To miejsce przynosiło mi tyle bajkowego szczęścia. Może dlatego, że dziadek miał duży sad, a w nim najsmaczniejsze na świecie gruszki, jabłka, śliwki, wi- śnie. W gospodarstwie było duże podwórko, a na nim urzędował rudawy Frygan, który witał mnie machając długim ogonem. Intrygował mnie wie- kowy i wielokrotnie przebudowywany dom dziadka, mający tyle różnych zakamarków, a ja, jak to dziecko, musiałem wszędzie wejść i wszystko zobaczyć. Lubiłem w nim główny pokój salonem lub stancyją zwany. Na pobielanych ścianach wisiały dziewiętnastowieczne portrety ówczesnych bohaterów: Henryka Dąbrowskiego, księcia Józefa Poniatowskiego i Na- poleona. Upamiętniały one wydarzenia z 1812 r., bo w pobliżu Wejtkowa przez Głębokie, Wielec, Horodziec i Łużki przebiegał trakt Batorego, po którym ciągnęły wówczas na Moskwę wojska napoleońskie i polskie. W tym domu zawsze panował język polski z domieszką staropolskiej gwary. Szkoły polskiej wówczas nie było i starsze dzieci dziadek uczył czytać i pisać w domu. Doczekali się szkoły tylko najmłodsi: ciocia Mania, wuj Zygmuś i Henryk. Jeszcze w dzieciństwie słyszałem częste rozmowy E J C A K I L B U P A K t o J © 7 Młodość w niewoli - demo starszych, rozprawiających o niedawnej wojnie. W domu dziadka w tym czasie najpierw był sztab bolszewicki, a później stacjonowało wojsko polskie. Wtedy młody ułan – oficer wojsk polskich, ofiarował siedemna- stoletniej Jadzi polską książkę, a na okładce widniał tytuł: „Serce Polski”. Była dziełem zbiorowym odzwierciedlającym ducha rodzącej się niepod- ległości. Na pierwszej stronie widniał ładnie wykaligrafowany napis: „Dla młodziutkiej Polki Jadzi w dowód sympatii i na pamiątkę tu naszej obecności por. Z. Kwiatkowski marzec 1920 rok.” Można wyobrazić sobie reakcję i radość młodej czarnookiej sie- demnastolatki, otrzymującej od przystojnego oficera dwa drogie sercu prezenty: książkę z dedykacją i niepodległą Polskę. Niedługo trwała radość młodej, dorastającej dziewczyny, bo znowu nasilały się frontowe strzały, ale już od strony wschodniej, a cofający się oddział wojskowy niósł na brezentowej płachcie zwłoki oficera. – Kto zginął? – zapytał ktoś z tłumu. – Porucznik Kwiatkowski! – poinformował jeden z żołnierzy. Nasze oddziały odchodziły w pośpiechu na zachód, a pod naporem wojsk nieprzyjaciela nie dało się z honorami pochować dowódcy. Pogrze- bano porucznika w pobliżu Wejtkowa, na wzgórzu za rzeczką Kobylicą. Zawsze widniał tam krzyż w ogrodzeniu, a grób był ukwiecony, dbała o to, nosząca w głębi duszy wdzięczność i pamięć, czarnooka Jadzia. Po niejakim czasie prochy młodego oficera przeniesiono na wydzielone pole cmentarne w Zadorożu, a siedemnastoletnia dziewczyna z tamtych E J C A K I L B U P A K t o J © 8 Młodość w niewoli - demo wydarzeń po dziewięciu latach, została moją Mamą. Starała się zachować pamięć człowieka, do którego, być może, żywiła dziewczęcą sympatię. Będąc już starszą osobą, a później leciwą staruszką – zawsze przyklękała na zbiorowej mogile poległych żołnierzy i długo modliła się w skupieniu i zadumie. Po latach spoczęła również na tym cmentarzu nieopodal mogił, do których była tak przywiązana. Wojna pozostawiła sporo grobów poległych żołnierzy, a na nich miejscowa ludność sadziła i pielęgnowała kwiaty. Tu linia frontowa utrzymywała się długo i przebiegała wzdłuż rzeki Auty, która przepły- wała obok Bohuszewicz. Po stronie zachodniej stały wojska polskie, po wschodniej – bolszewickie. W dworku bohuszewickim wojna zostawiła pamiątkę – pocisk, który wpadł do pokoju na łóżko z pierzyną i nie eks- plodował. Pan Nornicki zachował go jako pamiątkę z tamtych trudnych dni. Mojego domu wtedy tam jeszcze nie było, bo już po wojnie stryjowie wraz z ojcem wykupili część majątku. Na naszych polach były jeszcze ślady linii obronnej, a zygzakowate rowy w lasach i zaroślach do dziś są świadkami ówczesnych wydarzeń. W domu ojca, już w Bohuszewiczach, panowała podobna atmosfe- ra, jak i u dziadka Tadeusza. Zaszczepiła ją tam Matka, z tą tylko różnicą, że dominowała legenda marszałka Piłsudskiego. Dlaczego kult marszałka tu się zadomowił – tego nie wiem. Tłumaczę to raczej tym, że ojciec w czasie I wojny światowej walczył w legionach, a może wpływały na to więzy krwi, bowiem jego matka była również Billewiczówną z domu. Atmosferę sympatii do marszałka zaszczepiała również ciocia Paulina Suboczewska –– cioteczna siostra ojca. Ciocia młodzieńcze lata spędziła w Połocku, rewolucję przetrwała w Petersburgu wraz z bratankiem, małym Kaziem, a wojnę z bolszewikami już w rodzinnych stronach w Kamian- E J C A K I L B U P A K t o J © 9 Młodość w niewoli - demo kówce i Wejtkowie. Prowadziła wędrowny tryb życia, bo mieszkała jakiś czas w Mosarzu w majątku Piłsudskich, potem w Wilnie, Głębokiem, a nawet w Czeczenii na Kaukazie. Dobrze poznała Rosję, a mieszkając w Petersburgu widziała z bliska Lenina i jako Polka zetknęła się z Felik- sem Dzierżyńskim, ale wspomnienia o nim nie były najlepsze. W czasie głodu jednak pomagał Polakom. Ciocia zawsze była duszą towarzystwa, nie tylko w domu moich rodziców, ale i w Wejtkowie u dziadka. Błądząc już tylko wspomnieniami po dawnych drogach, ścieżkach i ścieżynkach – niewiele nazwisk z tamtych dni udaje się odtworzyć, czas zrobił swoje, ale wiem jedno, iż był to okres miły kresowemu sercu i jaka szkoda, że odszedł w niepamięć. Było wiele takich małych dworków czy też polskich domów, w których kultywowano nasze zwyczaje. Mój dziecinny i młodzieńczy świat wiązał się zawsze z domem dziadka, wuja Bolesława Stomy-Mierzwińskiego, no i oczywiście z moim. U wuja Bolesława życie biegło dynamicznie, bo dom był pełen ładnych dziewczyn, a gdzie są panny – tam zawsze jest młodzież, muzyka i weso- łość. Wuj grał pięknie na skrzypcach i był znany ze swych kawałów, gawęd i bajek. Swój dom miał w miejscowości Borowina – na wielkim odludziu, ale za to wtopiony w łono prześlicznej natury. Latem było pięknie, bo siedziba znajdowała się na wzniesieniu, a wokół, jak okiem sięgnąć – morze torfowiskowych roślin. Wuj miał pięć córek, a jedna z nich, Hela, podzieli później los łagrowych dziewczyn, gdy w walce o niepodległą Polskę zwiąże się z podziemiem. Dodatkowym związkiem z Wejtkowem była nieduża rzeka, Kobylicą zwana, która swój początek brała z mokra- deł Borowiny, a później przepływała przez kuchciński las, kierując się w stronę dziadkowej siedziby. Zapamiętałem wesele wejtkowskie, cho- ciaż było ono dawno temu, kiedy osiemnastoletnią Tonię wydawał wuj E J C A K I L B U P A K t o J © 10 Młodość w niewoli - demo za mąż. Panem młodym był nauczyciel ze szkoły zadoroskiej – Piotr Dąbrowski. Wysoki, przystojny mężczyzna wyróżniał się inteligencją i bezpośrednim sposobem bycia. Panna młoda natomiast zadziwiała sub- telnością urody. Wesele urządzono w Wejtkowie, a w jego organizowaniu brała też udział hrabina Brzostowska. Wuj był zarządcą jej majątku. Pani hrabina udostępniła swe piękne konie, powozy i zaszczyciła uroczystość swoją obecnością. Na stołach było mnóstwo trunków, wszelakiego jadła, jak na wejtkowskie zwyczaje przystało. W toku zabawy siostra pana mło- dego – przystojna blondynka, urządziła popis artystyczny, przebierając się za amanta. Stawaliśmy się coraz starsi i powoli wkraczaliśmy w wiek szkol- ny. Na naszych terenach panował jeszcze spokój, a tylko od strony wschodniej docierały niepokojące wieści, ponieważ granica przebiegała nieopodal. Tuż za nią ludzie byli już wysiedleni, a pola i ogrody zarastały dziką roślinnością. Marny los spotkał tych rodaków, którzy odważyli się tam pozostać. Lęk zmuszał niektórych do opuszczenia rodzinnych stron. Pozostawiali tam majątki lub mniejsze posiadłości, gdyż wiadomo było, że i tak wszystko przepadnie. Tak znaleźli się w mojej rodzinnej okolicy Dąbrowscy, Karczewscy, Piechowscy, Śledziewscy, Kuczyńscy i inni. Uciekinierzy nie mieli łatwego życia, bo wszystko trzeba było rozpoczy- nać od nowa. Przekraczali granicę nielegalnie – cały dobytek pozostawia- jąc po tamtej stronie, ale lęk przed represjami i tajemniczą śmiercią gnał tych ludzi w nieznane. Niektórzy mieli również posiadłości w Polsce lub na Litwie i do nich wracali. Tak uniknął łagrów i Syberii znany pisarz Melchior Wańkowicz. Była to prężna i zaradna grupa przybyszy, która w nowej społeczności szybko znajdywała swe miejsce, dając dobry przy- kład okolicznym mieszkańcom. E J C A K I L B U P A K t o J © Młodość w niewoli - demo 11 Koniec wojny zastał Dąbrowskich w odległym Homlu. Marzenia o wolnej Polsce mogły się spełnić tylko przez nielegalne opuszczenie tamtych terenów. Trudna to była decyzja, gdyż w domu było pięcioro niepełnoletnich dzieci, ale pan Maciej nie chciał ryzykować pozostając na miejscu. Sam pochodził z kresowej szlachty, osiadłej na wschodzie jeszcze w czasach I Rzeczypospolitej i wiedział co go czeka, jeżeli nie przedostanie się do kraju. Wraz z młodocianym Piotrusiem, małą Helą, Staszką, Tosią i Franią przeszli nocą granicę i znaleźli się na terenie Polski. Przez czas jakiś mieszkali w Dereczynie, gdzie pan Maciej dostał pracę na kolei, a dorastający Piotruś wstąpił do seminarium nauczycielskiego w Warszawie. Tam studiował, a w wolnych chwilach sprzedawał gazety. Po ukończeniu seminarium skierowano go do pracy w szkole w Zadoro- żu, dokąd przeniosła się również i cała rodzina Dąbrowskich. Czas leciał i zbliżała się następna wojna. Pan Maciej zdążył wykształcić już wszystkie dzieci, ale sam nie doczekał nadejścia 1939 r., dzięki czemu nie podzielił losu, jaki spotkał innych uciekinierów zza wschodniej granicy. W Wejtkowie nadal przy każdej okazji zbierali się miejscowi kre- sowiacy i beztrosko spędzali wolny czas, jak gdyby przeczuwali rychłe niekorzystne zmiany. Moi wujowie Zygmunt i Henryk byli kawalerami, a swój dom przekształcili w miejsce zabaw i rodzinnych spotkań. Do ta- kich dni należało zawsze podwójne święto przypadające 15 sierpnia, kie- dy po nabożeństwie w kościele zadoroskim, festem1 zwanym, tradycyjnie, od lat ustalonym zwyczajem, proszeni goście zjeżdżali się do Wejtkowa. Tu w pierwszej kolejności można było spotkać Stomo-Mierzwińskich z córkami, Dąbrowskich z czarnooką blondyneczką Narcyzią, Śledziew- skich z synem Franciszkiem, który wzrostem przewyższał wszystkich. Zapamiętałem młodą Tereskę Kwiatkowską z chabrowymi oczami, która 1 Nazwa odpustu kościelnego na Wileńszczyźnie. E J C A K I L B U P A K t o J © 12 Młodość w niewoli - demo była dalszą krewną dziadka. Bywała tam niedużego wzrostu szatynka – pani Jadzia Bojnarowiczówna wraz z bratem Józefem. Pani Jadzia miała zostać moją ciocią, ale zaistniała jakaś przeszkoda. Widywałem też wysoką, energiczną, o dźwięcznym głosie – przystojną panią Marysię Wojniczównę. Można było spotkać sąsiada pana Mackiewicza, który stale spogłądał w stronę mojej jeszcze niezamężnej cioci Marysi. Duszą tych spotkań była, najstarsza w rodzinie, ciocia Zienkiewiczowa, bez której tu chyba nic nie mogło się odbyć. Dwie najukochańsze wejtkowskie ciocie: Tosia i Marysia miały pełne ręce roboty, i to dzięki nim na stołach niczego nie brakowało, bowiem mistrzynie od spraw apetycznej kuchni spisywały się wspaniale. Nadziewane indyki, kaczki czy też inne mięsiwa – to ich dzieło, a na koniec torty, desery, których nie potrafię nawet wymienić. Starsi rozprawiali zawsze o legionach, sięgając pamięcią do nie- dawnej wojny, a młodzież gromadziła się w dziadkowym ogródku, gdzie w czerwcu kwitły różnobarwne piwonie, a latem aż do późnej jesieni – różnokolorowe, wysokie i niskie dalie. Wśród barwnego kwiecia stały ławy zrobione z dębowych dech, na których przesiadywało rozweselone towarzystwo, a po koniaku czy też likierze była chęć do śpiewu. Ulubioną, melodyjną i oddającą huculskie motywy – była pieśń „Czerwony pas”. Wilgotne powietrze, nadciągające z nad modrej Kobylicy i kuchcińskiego lasu, potęgowało ten śpiew tak, że słychać go było w Hojduszowie, Am- brusowie, Kamiankówce, sięgając aż do Borowiny. Duszą rozbawionej gromady była młodziutka czarnulka – studentka Uniwersytetu Batorego w Wilnie i mój wuj Henryk w mundurze oficerskim. Podobne zwyczaje miały miejsce i w moich Bohuszewiczach. Kochałem swój dom rodzinny, który znajdował się nieopodal majątku, a jego nazwa była jakaś tajemnicza i zagadkowa. Sądziłem, że pochodzi od Bohusza, ale nikt nie potrafił wytłumaczyć skąd się wzięła. O przeszło- E J C A K I L B U P A K t o J © 13 Młodość w niewoli - demo ści tego zakątku świadczyły pamiątki minionej epoki – dwa drewniane, okazałe dwory, park z rodzimych i egzotycznych drzew, duży sad i aleje, które miały swoje nazwy: lipowa, brzozowa, topolowa i inne. Liczne żywopłoty i całe kompozycje z różnokolorowych kwiatów, zrobione ludz- ką ręką, przypominały perskie dywany. Największą zagadkę stanowiły kurhany – kopce rozmieszczone obok dworków, w sadzie i parku. Na ich wierzchołkach rosły kwiaty, a wokół stały ławki. Na niektórych były roz- łożyste drzewa, a w ich cieniu w skwarze dnia można było znaleźć spokój i ochłodę. Skłonny jestem twierdzić, że nie były sztuczne, bowiem nie- opodal znajdował się olbrzymi las, a w nim, jeden przy drugim, kurhany. Wewnątrz znajdowały się szczątki ludzkie, grzebane w pozycji siedzącej, a nawet drobne przedmioty lub ozdoby, broń i inne rzeczy. Takich daw- nych cmentarzysk było wiele, ale barbarzyńska ręka, tworząca połacie kołchozowych pól, wszystko zniszczyła. Jesienią 1938 r., kiedy zaistniał konflikt z Czechami o Zaolzie, zmarł nagle mój dziadek Tadeusz. Jakieś zrządzenie losu oszczędziło mu udziału w represjach, kiedy kraj zostanie zalany najeźdźcami z zachodu i wschodu, a dwaj synowie Zygmunt i Henryk, wnuczka Helena i najstarszy wnuk – odczują to boleśnie. W kraju zaznaczał się już ogólny niepokój, a wuj Henryk ze swym oddziałem stacjonował na pograniczu zachodnim, mając duże trudności z przybyciem na pogrzeb ojca. Przyjechał w ostatniej chwili, kiedy kondukt zbliżał się już do Zadoroża. Zobaczyłem go przy kościele, gdy mimo zmęczenia podróżą, stał wyprostowany na baczność, oddając cześć pamięci ojca. Obserwowałem wuja, gdyż wszyscy mawiali, że byłem jego małym sobowtórem. Mnie również pociągało wojsko, a szczególnie mundury na- szych oficerów. Wówczas stałem i patrzyłem na niego, marząc o podobnej karierze. Kto by pomyślał wtedy, że za cztery lata, 4 lipca 1942 r., zginie Młodość w niewoli - demo od kuli wroga. 14 E J C A K I L B U P A K t o J © W moich Bohuszewiczach, jeszcze przed śmiercią dziadka, organi- zowano również liczne zabawy i biesiady, kiedy rodzice byli jeszcze mło- dzi, a dom ojca był odwiedzany przez Ostrowskich z Padaut, Rusińskich z Pczelnika, Perkowskich, księdza Zmitrowicza z Czerniewicz, Karkoc- kich i innych okolicznych sąsiadów. Pamiętam majowe nabożeństwa, które odprawiano nieopodal domu pod krzyżem, gdzie w wieczornej porze czczono modłami patronkę tego pięknego miesiąca. Zbierała się tam cała okolica – ludzie z Bohuszewicz, Zarowia, Prudnikowa i innych. Tu można było spotkać Karkockich, wszystkich Braunów, Karczewskich, Piechowskich, Gogalimskich, Buntów. W modłach przewodniczyła ciocia Antonina Pławińska lub pod jej nieobecność – moja Matka. Ludzie, w głębi duszy, nosili trwogę nadciągającej burzy dziejowej i dlatego na ich rozmodlonych twarzach niepokój był widoczny. Z jakim podkreśleniem i intonacją w tym chó- ralnym śpiewie brzmiały słowa: „Broń nas od wojny! Zdrowaś Maryjo!” Tylko wilgotne powietrze znad Auty, jaru i okolicznych dolin – wzmagało rezonans tej błagalnej pieśni. Zaniepokojeni ludzie prosili swoją Matkę, aby się wstawiła i odwróciła nieszczęście, które zawisło nad krajem, a szczególnie zagrażało kresom wschodnim. Majowa wiosna szła już ku końcowi, a za nią czerwcowe i lipcowe lato – okres żniw, który przyniesie nie tylko mozolną pracę, ale i tradycyj- ne piękno, związane ze śpiewem powracających wieczorem urodziwych żniwiarek z sierpami. Powietrze wówczas było czyste jak przejrzysty kryształ, a zmieszane z wieczorną rosą, przenosiło tę symfonię dziewczę- cej radości daleko w przestrzeń przepojoną zapachem cząbru i kwitnącego ziela. Młodość w niewoli - demo 15 Uroki lata również przemijały powoli i zbliżał się złowieszczy wo- jenny wrzesień 1939 r. Spokój i radość skończyły się, kiedy ogłoszono ogólną mobilizację. Ci co szli bronić kraju, jeszcze raz przyszli pod ten sam krzyż, gdzie tak niedawno w gromkim śpiewie prosili swoją Matkę o pokój. Tu pożegnali nas i odjechali tam, gdzie wzywał ich obywatelski obowiązek. Zamilkły już śpiewy, a w zamian na granicy usłyszeliśmy kanonadę z broni maszynowej, zgrzyt czołgowych gąsienic, a za kilka godzin zjawiła się szarzyzna niedomytego żołdactwa. Dobrze zapamiętałem dzień, kiedy w pobliżu domu sowieckie woj- ska wlokły się na zachód, a zrozpaczona Matka, nerwowo chodząc po mieszkaniu, załamywała ręce i głośno płakała. Żałoba okryła całe kreso- we społeczeństwo, a chociaż lato wówczas było piękne, to ludzie tego nie dostrzegali. Powoli wracali ci, którzy niedawno szli jeszcze do wojska. O przygodach wojennych opowiadał sąsiad Antoni Braun, który wrócił z niewoli sowieckiej i nie mogąc pogodzić się z rzeczywistością, przystał wraz z innymi do ruchu konspiracyjnego. Z opowiadań wynikało, że obóz jeniecki znajdował się w klasztorze prawosławnym i przebywało tam wielu polskich oficerów, a tylko szeregowców zwalniali. Sam się cieszył, kiedy opuszczał ten przybytek, ale przyszłość, tak jednych jak i drugich, była tragiczna. Młody porucznik prosił go wówczas o sprzedanie koca. – Pan jedzie do domu, a mnie, być może, sądzono na nim umrzeć E J C A K I L B U P A K t o J © – powiedział. – Proszę go wziąć na pamiątkę – odrzekł pan Antoni. Z sąsiedniego Prudnikowa na wojnę poszło pięciu Braunów. Po Konstantym i Piotrze nawet ślad zaginął, a pozostali trzej: Antoni, Stefan i Marcin – wrócili, ale rychło trafili ponownie pod opiekę „NKWD- Młodość w niewoli - demo owskiej sprawiedliwości”. 16 E J C A K I L B U P A K t o J © Wydarzenia potoczyły się szybko. Niedługo rozpoczęły się depor- tacje i masowe aresztowania. Wszystkie więzienia były już zapełnione, a z braku w nich miejsca – przystosowano do tych celów klasztory. Mat- ka pakowała wówczas do worków wszystko, co mogło być przydatne w drodze. W tym trudnym czasie tylko ona była najbardziej przezorna i opanowana. Toboły stały gotowe do drogi, zajmując część mieszkania, i tylko oczekiwania na wizytę NKWD obciążały psychikę. Wszystkich ogarniał strach, kiedy na bocznych torach w Ziabkach zjawiał się zestaw wagonów towarowych do przewożenia ludzi. Deportacja odbywała się przeważnie w okresie największych mrozów i nikt nie wiedział dokąd wiozą, tylko każdy zdawał sobie sprawę z tego, że na katorgę. Taki los spotkał sąsiada – osadnika Nieszporka, który miał liczną rodzinę, będącą w ciągłym niedostaku. Deportowano również stryja Stanisława Pławiń- skiego – mieszkańca leśniczówki głębockiej. Wywieziono go dlatego, że kiedyś walczył w legionach, a później pracował jako leśniczy. Dużo rodzin spod Czerniewicz i Łużek trafiło do archangielskiej obłasti2. W sta- nie ciągłego napięcia przetrwaliśmy tak dwie wywózkowe zimy i ostatnią wiosnę 1941 r. Straszne też były zbiorowe aresztowania. W okolicy działał dono- siciel w mundurze gajowego – Makar Zieńko. Uzbrojony w dubeltówkę łaził po terenie i śledził mieszkańców, węsząc pod oknami domostw. Mieszkał w dworku pana Perkowskiego w Bohuszewiczach, chociaż własną siedzibę miał w pobliskim Amielkowie. W dworku czuł się dobrze i wyobrażał sobie, że teraz on jest panem majątku. Miał przystojną, ładną żonę z dużymi niebieskimi oczyma, ale jej urok niewiele go obchodził. Urodą i względami pani domu interesowali się inni, on zaś wolał wyko- 2 Województwa. E J C A K I L B U P A K t o J © 17 Młodość w niewoli - demo nywać krecią robotę. Nosił mundur obwieszony błyszczącymi blaszkami, a na głowie dużą, okrągłą czapę z czerwoną gwiazdą w złotawej otoce. Wszyscy bali się tego człowieka, bo uosabiał odrażającą postać bolszewi- ka z wojennego plakatu z 1920 r. Był skryty i zamknięty w sobie, z dozą służalczej nadgorliwości. Dlatego też największe aresztowania były tam, dokąd sięgała jego działalność. Czuł szczególną niechęć do osób naro- dowości polskiej i sam brał udział w aresztowaniach. Dokonywano tego najczęściej etapami, a zatrzymanych osadzano w budynku poklasztornym w Berezweczu. Był tam kiedyś zakon bazylianów. W etapie pierwszym na przełomie 1940-1941 roku aresztowano: Alchimowicza z Plissy, Marcina Brauna z Prudnikowa, Leona Bartkiewicza z Szerśni, Józefa Bojnarowicza z Dworzycy, Adolfa i Bronisława Dowborów z Horek, Mikołaja Giegiela z Sieleźniowa, Karola Karczewskiego z Kuczenszczyzny, Stanisława Karczewskiego z Zarowia, Bronisława Pławińskiego z Bohuszewicz, Franciszka Śledziewskiego z Horek, Piotra Tkacza z Hornostajów i Pawła Hornostaja z Czeronek. Następny etap aresztowań nastąpił w kwietniu 1941 r. Wówczas zatrzymano Antoniego i Stefana Braunów z Prudnikowa, Antoniego Borysewicza z Czerniewicz, Leona Chodasewicza z Plissy, Władysława Jezierskiego z Głębokiego, Jana Karczewskiego z Zarowia, Wsiewołoda Szyrana z Łużek i Feliksa Stukana ze Stukanów. Podaję tylko te osoby, które były mi znane lub o nich słyszałem. W więzieniu berezweckim przebywało w tym czasie już kilka tysięcy zatrzymanych, a byli to Więźniowie polityczni oraz niewielka część zatrzymana za przestępstwa pospolite. Wydarzenia, jakie wówczas miały miejsce, nie mogły nie oddziaływać na wyobraźnię, co wpływało na mój stosunek do ówczesnych władz. W sposób szczególny przeżyłem aresztowanie stryjecznego brata Bronisława, a nieustanna obawa o ojca E J C A K I L B U P A K t o J © 18 Młodość w niewoli - demo powodowała, że okres chłopięcy przebiegał w ciągłym lęku, kształtując buntowniczą osobowość. Była mroźna noc, kiedy posłyszałem głośne pukanie do drzwi. Wszystkich obleciał strach, dopóki nie odezwała się ciotka Antonina Pławińska. – Co się stało? – spytała zaniepokojona matka – Bronka aresztowali! – drżącym głosem oświadczyła ciotka. – Kiedy? – Przed chwilą! Najpierw dokonali rewizji, a potem zabrali i powieźli. – A czego szukali? – spytał ojciec. – Pytali, gdzie ma ukrytą broń. – Czy coś znaleźli? – Nic! – odpowiedziała ciotka. W tym czasie byliśmy już wszyscy na nogach, a w domu pano- wał nerwowy nastrój i zamieszanie – tylko ciotka siedziała nieruchomo z opuszczoną głową i płakała. Wyjrzałem przez okno – w oczy rzucały się duże wory3 stojące na uboczu, przygotowane do drogi – tylko że dłuż- szej, bo aż na Sybir. Pocieszaliśmy ciotkę, jak się dało, ale niewiele to pomogło. Nadal zalewała się łzami i aby ją uspokoić, matka zapropono- wała modlitwę. Po chwili klęczeliśmy wszyscy i prosiliśmy Matkę Bożą o odwrócenie nieszczęścia, jakie zawisło nad Polską. W czasie modlitwy ciotka nie płakała, tylko tkwiła w głębokiej zadumie, myślała na pewno o synu, którego zabrali uzbrojeni bojcy4. 3 4 Samochody przeznaczone do przewozu więźniów . Tak nazywano żołnierzy w ZSRR do 1941 roku. E J C A K I L B U P A K t o J © Młodość w niewoli - demo 19 Mocno przeżyłem późniejsze aresztowania bliskich sąsiadów, a w szczególności pana Jana Karczewskiego. Żywiłem do niego wyjątko- wą sympatię, gdyż byliśmy mocno zżyci, a pan Jan miał do mnie wręcz ojcowski stosunek. Interesował się moim chłopięcym życiem, a w szcze- gólności postępami w szkole. – Bierz przykład z mojego Romka – zawsze mawiał. Znany z pragmatycznego usposobienia i niebywałych zdolności manualnych, był przykładem dla innych. Po opuszczeniu terenów wschodnich szybko zdobył grunty na własność i wybudował na nich dworek, a że był czło- wiekiem praktycznym – prace stolarskie i inne wykonał sam. Dom był piękny, okazały i wygodny. Teren pagórkowaty, dom postawił na uroczym wzniesieniu, skąd widoczna była rzeka Auta, lisiczański las i porośnięta świerkami okazała Kamionka. W podwórku urzędował duży pies, dalej szopy na narzędzia i budynki gospodarskie. Wiszący przed domem gong narzucał rytm codziennych zajęć i oznajmiał czas zasłużonego odpoczyn- ku. Od strony Auty, na stoku, jak okiem sięgnąć – duży sad. Pola, przeora- ne pociskami i rowami frontu, świadczyły o niedawnej wojnie. W domu atmosfera patriotyczna, z kultem marszałka Piłsudskiego i niepodległości kraju. W tych czasach pan Karczewski, podobnie jak i mój ojciec, starał się nie przebywać w domu. Śledzony jednak przez donosiciela – dał się wywieść w pole. Był zdziwiony, kiedy w czasie oporządzenia gospo- darskiego inwentarza zobaczył w podwórzu gajowego Makara Zieńko. Przywitał go ukłonem – ten zaś szybko przywołał ukrytych w pobliżu enkawudzistów, którzy czekali, aby go aresztować. Był już wieczór, a w dworku trwała jeszcze rewizja. Szukali broni oraz zabierali przy okazji książki, niszcząc tym samym resztki domowej 20 Młodość w niewoli - demo polskości. W tym czasie zaistniał dość wyjątkowy przypadek. Zabrakło w domu chleba, więc najmłodszy syn Romek udał się do sąsiadów. Pan Karczewski siedział smutny z opuszczoną głową. Strażnik, stojący obok, nie pozwalał na swobodne porozumiewanie się z żoną i synem Jasiem. Zatrzymany spoglądał w ich stronę, a serce bolało, bo wiedział, że czeka go przebywanie w enkawudowskim więzieniu. Rewizja powoli dobiegała końca i nadchodził czas opuszczenia Zarowia, podobnie jak pozostawił na zawsze rodzinne Sudziłowicze, gdzie spędził najpiękniejsze lata swego życia. – Sobierajtieś! Uże pora!5 – rzekł starszy konwojent. Pan Jan spojrzał na niego i na domowników, ale widać było, że go coś niepokoi – przecież czekał na powrót syna. Polecenia strażnika wykonywał powoli, starając się zyskać na czasie. – Możno li z siemioj popraszczatsia?6 – spytał. – Możno!7 – odpowiedział strażnik. Szybko znalazł się przy żonie, objął i cicho coś do niej mówił. Pani Karczewska starała się nie płakać. Pocieszała męża, ale łzawy błysk jej oczu był łatwo dostrzegalny. – No chwatit! Chwatit!8 – odezwał się jeden ze strażników. Pan Karczewski podszedł jeszcze do Jasia, a ten objął ojca i ze wzruszenia nie mógł słowa wykrztusić. Ponownie celowo przewlekał pożegnanie, gdyż sądził, że wnet nadejdzie Romek. W Zarowiu zapanował zmrok, a z oddali dobiegało jeszcze ujadanie psa. Myszel wraz z Autą groźnie szumiał, unosząc swe wzburzone wody. E J C A K I L B U P A K t o J © 5 6 7 8 Zbierajcie się! Już czas! Można się pożegnać z rodziną? Można! Wystarczy już! Wystarczy! E J C A K I L B U P A K t o J © 21 Młodość w niewoli - demo W dworku był już spokój, gdyż niepożądani goście odjechali wraz z go- spodarzem domu. Wkrótce wrócił i Romek z bochnem chleba, ale ojca już nie zastał. Uraz powstały z tego powodu towarzyszył mu przez całe życie. Niedługo zaczęły się nowe represje, bo już przy końcu czerwca tegoż roku NKWD wznowiło deportację na Syberię. Teraz i rodziny za- trzymanych wieziono w nieznane. W przededniu wybuchu wojny Sowie- tów z Niemcami deportowano sąsiadów: Weronikę Karczewską, rodzinę Piechowskich oraz starano się schwytać żonę i synów Jana Karczewskie- go. Lato dawało większe szanse uniknięcia wywózki, gdyż można było nie przebywać w domu lub też czmychnąć w ostatniej chwili do lasu. Pomocny w tym był domowy pies, gdyż ostrzegał charakterystycznym szczekaniem. Inaczej zachowywał się, kiedy w pobliżu był wilk, a w inny sposób reagował na tych, którzy byli wrogami jego pana. Ostatnią zsyłkę w nocy z 19 na 20 czerwca 1941 r. również zaalarmowały psy. Okoliczni mieszkańcy całą noc wtedy przesiedzieli w krzakach lub na skraju lasu, a wystraszone kobiety wraz z dziećmi natężały wzrok i słuch, starając się dowiedzieć, co się dzieje w ich domostwach. Od strony drogi docierał wówczas łoskot kół jadących furmanek, często lament kobiecy, płacz dziecka lub głos enkawudzisty, pokrzykującego na swe ofiary. Była wtedy czerwcowa północ, kiedy głośne pukanie do okna prze- rwało sen czternastoletniemu Romkowi. Zerwał się z pościeli i wyjrzał przez okno. Po drugiej stronie stał zaniepokojony Julek Bielski – przyja- ciel i pomocnik w pracach gospodarskich rodziny Karczewskich. – Moją panią zabierają na Sybir! – nerwowo informował. – W domu pełno enkawudzistów i zaraz po was przyjadą! – dodał. – O Boże! – rozległ się głos pani Karczewskiej. Młodość w niewoli - demo 22 – Już biegnę, bo jeszcze zauważą, że mnie nie ma – powiedział i szybko się oddalił. Postanowiono natychmiast opuścić dom, udając się do pobliskiego lasu. E J C A K I L B U P A K t o J © Od wschodu pojawiał się już zarys świtu, niebo było pogodne. Z sąsiednich domostw dobiegało głośne ujadanie psów, a jeden stał na wzgórzu i przeraźliwie wył, wyrażając ból po utracie pani, którą zabie- rano w nieznaną podróż. Niedługo zabudowania państwa Karczewskich zapełniły się enkawudzistami i stało tam kilka furmanek, oczekujących na powrót mieszkańców. Rozpoczynał się piątek 20 czerwca 1941 r. – dzień pełen niepokoju i niespodzianek. Na podwórzu, gdzie do niedawna byli żołnierze i stały furmanki gotowe do drogi, na razie zapanował spokój. W domostwie nawet zabrzmiał gong, jako sygnał, że zagrożenie minęło i można wracać. Nastawał piękny poranek, a zza horyzontu wyłaniało się różowa- we słońce, zapowiadając ładną pogodę. Romek ostrożnie skradał się w stronę dworku i drżał z powodu nocnego zimna i zdenerwowania. Po- czuł ulgę, kiedy ujrzał na drodze furmankę babci Olkowiczowej. Popędził w jej stronę i po chwili był już w ramionach bliskiej mu osoby. Wiedziona wewnętrznym niepokojem, przybyła natychmiast, bo wydarzenia z ostat- nich dni napawały lękiem o córkę i dorastających wnuków. Miała już w więzieniu syna i zięcia. Zmęczone stresami serce z trudem wytrzymy- wało tyle przeżyć naraz. W lęku i niepewności upłynie jeszcze sobota, a po niej nastąpi niedziela – dzień wybuchu nowej wojny. Na frontach państwo sowieckie poniesie same klęski, a mimo wszystko NKWD będzie do końca ścigało niewinnych ludzi. Do ostatniej chwili starano się Karczewskich pojmać i rozstrzelać tylko dlatego, że nie dali się deportować. Wojska niemieckie, E J C A K I L B U P A K t o J © 23 Młodość w niewoli - demo posuwające się na wschód – udaremniły to. Tak rozpoczęła się następna okupacja Wileńszczyzny. W czasie konfliktu niemiecko-sowieckiego w latach 1941–1945, a szczególnie po zawarciu układu między Sikorskim i rządem sowieckim, prześladowania NKWD nieco zmalały, ale po wkroczeniu wojsk sowiec- kich na tereny polskie – nasiliły się. Najtragiczniejszym momentem był pierwszy tydzień od wybuchu wojny ZSRR z Niemcami, kiedy to na podstawie dekretów Prezydium Rady Najwyższej ZSRR z 22 czerwca 1941 r. „O wprowadzeniu stanu wojennego na wymienionych obszarach ZSRR” i „O stanie wojennym” ewakuowano więźniów w głąb Rosji. Z braku środków transportu gonio- no pieszo na wschód olbrzymie szeregi ludzi, którzy z braku żywności i wody słabli w drodze albo ginęli od kul i bagnetów eskorty. Trupy po- zostawiano w przydrożnych rowach. W wielu więzieniach zabijano na miejscu, a niektóre kolumny rozstrzeliwano już w drodze. Podobny los spotkał i mojego sąsiada, gdyż pan Karczewski już do swego Zarowia nie wrócił. Zginął, tak jak i inni, w Mikołajewie nieopodal Ułły pod Witebskiem. Nawet po latach tajemnica zniknięcia tych ludzi nie została do końca wyjaśniona. Panu Karczewskiemu nie zapomniano tego, że po wojnie z bolszewikami zostawił rodzinne Su- dziłowicze, wykorzystując możliwość nielegalnego przedostania się do Polski. Tu założył rodzinę, stwarzając podstawę jej bytu. Po aresztowaniu i tajemniczej śmierci jego najbliżsi w 1945 r. wyjechali do Polski. Nowi gospodarze dorobek pracowitego sąsiada przemienili w ruinę i miejsce to powoli zarastało bylinami. Po dworku w Zarowiu nawet ślad zaginął, a już tylko zdziczałe pola, wspomnienia po dawnej świetności, nazywane są Karczewszczyzną. Młodość w niewoli - demo 2. 24 E J C A K I L B U P A K t o J © Był wczesny poranek 24 czerwca 1941 r. Od strony jeziora, Bere- zwicy i boru docierało rześkie powietrze, ale więźniowie nie odczuwali tego. Przez małe okna, zasłonięte deskami, przenikał tylko lekki zarys świtu, a wewnątrz warunki nie do opisania. Z przepełnionego kibla powo- li wyciekał mocz, podchodząc pod leżących na podłodze więźniów. Cela, wielkości dziesięciu metrów kwadratowych była zapełniona kilkudziesię- cioma osobami. Jedni spali na leżąco, inni siedzieli w kucki, niektórzy zaś odpoczywali stojąc. Prycz wewnątrz nie było, a brak przepływu powietrza powodował duchotę. Opary ludzkiego potu i wyziewy z kibla drażniły drogi oddechowe. Większość więźniów jeszcze spała, gdyż przebyta noc była niespokojna, zakłócona głośną muzyką i rykiem silników spalino- wych. Wyjątkowe wydarzenia tej nocy zadziwiały wszystkich, bo nikogo nie brano na przesłuchania. Pan Paweł Kożuch już nie spał i nasłuchiwał, gdyż coś niezwykłego działo się na korytarzu. Nastała jakaś bieganina i głośne tupanie ciężkich butów wojskowych. Więźniowie, żyjący jak gdyby w innym świecie, nie wiedzieli, iż od dwóch dni toczy się wojna, a oddziały niemieckie są już w pobliżu. – Może to nowa wojna? – myślał. Dalej nasłuchiwał i wydawało mu się, że otwierają cele i wyprowadzają ludzi. – Może ewakuacja? Głośny tupot podkutych butów nasilał się. Na- gle zgrzyt zamka, w drzwiach uzbrojeni żołnierze surowym spojrzeniem ogarniający wszystkich. – Bystro wychodit’!9 – ryknął jeden z nich. Wszyscy poderwali się, każdy złapał, co było pod ręką i szedł popychany kolbą. Wkrótce byli 9 Wychodzić, szybko! E J C A K I L B U P A K t o J © 25 Młodość w niewoli - demo na podwórku więziennym, gdzie największą rozkosz sprawiało świeże powietrze, tylko światło oślepiało. Było tam dużo ludzi różniących się wyglądem od tych, których wypędzano na zewnątrz. – Jeszcze przyzwoicie ubrani, odżywieni, a na twarzach opalenizna – myślał. – Co? Nowo aresztowani? – zadawał sobie pytanie, mierząc ich wzrokiem. Stopniowo dołączało do nich coraz to więcej i więcej ludzi. Niektórych znał osobiście, bo w tym więzieniu przebywał już długo. Pamiętał ten poklasztorny gmach. Wiedział, że w siedemnastym wieku polski magnat Eljasz Korsak wybudował w Berezweczu kościół i klasztor zakonu bazylianów. Ilość więźniów wzrastała, bo wszyscy wychodzili w pośpiechu ze swych katakumb i gromadzili się na podwórzu klasztor- nym. Wychudzeni, bladzi, w podartych łachmanach – wyglądali upiornie. Niektórzy nie mogli na nogach ustać. Obserwował tę niecodzienną scenę przy okazji przyglądał się znajomym, bo w pobliżu, z tobołkiem w ręku, stał Alchimowicz – nauczyciel z Plissy, a obok siedział, oparty na kiju, lekarz Michał Olechno-Huszcza. Był inwalidą, gdyż stracił nogę jeszcze podczas I wojny światowej. – Tak niedawno leczył moje serce – myślał – a co teraz nas cze- ka? W tłumie rozpoznał Michała Bogowicza, który zamyślony patrzył na eskadrę lecących na wschód samolotów.. Ciężki, monotonny ryk wywoływał niepokój, ale poprawiał nastrój, bo każdy myślał, że tylko wojna rozstrzygnie szereg bolesnych problemów politycznych. Dla tych umęczonych nieszczęśników była jedyną szansą, jedyną nadzieją, jedyną perspektywą. Niektórzy przykładali ucho do wilgotnej ziemi, a ta bez- błędnie przekazywała im echa toczącej się nieopodal wojny. – Stało się! – myślał pan Michał, a jednocześnie zauważył świeżo E J C A K I L B U P A K t o J © 26 Młodość w niewoli - demo wykopane doły. Chciał je policzyć, ale i bez tego doszedł do wniosku, że było ich dużo. Teraz zrozumiał, dlaczego w nocy grała głośno muzyka i hałasowały dieslowskie motory. W pobliżu, pod ścianą, stał inwalidzki wózek, a jego obecność w tym miejscu świadczyła o losie właściciela. Powiewający wiatr od strony boru przynosił żywiczny zapach, a zza skraju lasu wyłaniała się czerwona kula słońca, zwiastująca skwar rozpo- czynającego się dnia. Powoli wytwarzały się grupy, spotykali się bliscy lub znajomi. Tak się zetknęli dwaj rodzeni bracia Dowborowie, stryjeczni: Antoni, Marcin i Stefan Braunowie oraz Karczewscy: Jan, Karol i Stanisław. Choć ze spo- tkania cieszyli się wszyscy, to jednak niepewność losu zatruwała atmos- ferę. Z zachowania się żołnierzy nie można było wyciągnąć pozytywnych wniosków i przeczucia były nie najlepsze. Potwierdzały to nocne akcje służby więziennej. – Tyle wydarzeń naraz, że w głowie się nie mieszczą – powiedział Stefan Braun, nie spuszczając oczu z przelatujących samolotów. – Niemieckie? – spytał pan Jan, lekko przecierając okulary. – Z całą pewnością niemieckie! – Jak je pan rozpoznaje? – Z łatwością dostrzegam, gdyż tak niedawno strzelałem do nich z działek przeciwlotniczych – odpowiedział. – Jaka ironia losu – dzisiaj liczymy na ich pomoc – dodał pan Jan. – Pamiętam, jak to pod Lublinem było, waliliśmy z dział ile się dało, a później radość, gdy pikował taki jeden prosto w dół, pozostawiając za sobą smugę dymu. E J C A K I L B U P A K t o J © Młodość w niewoli - demo 27 W tym momencie otwarto bramę wejściową, dzięki czemu moż- na było zobaczyć, co się działo na zewnątrz. W oczy rzucał się ogrom żołnierzy, milicji i straży więziennej. Część wojskowych siedziała na koniach, piesi zaś trzymali na smyczach specjalnie szkolone psy. Na po- boczach stały furmanki przygotowane do drogi, a wszystkie załadowane dobytkiem i żywnością dla eskorty. Zewsząd dobiegał krzyk agresywnych grup żołnierskich. Wszyscy szykowali się do drogi i już nikt nie pamiętał, że więźniowie nie dostali śniadania składającego się z miski wrzątku i kawałka razowego chleba. Wśród więźniów byli mężczyźni przeważnie w sile wieku, ostrzyżeni na jeża, nieogoleni i brudni, niektórzy jeszcze w zimowych ubraniach, bo aresztowano ich w okresie chłodów, i kobiety – niektóre starsze, ale były też i młode, z pięknymi kruczymi włosami. Był tam też i mój kuzyn Bronisław Pławiński oraz bierzmowalny ojciec Stanisław Karczewski. Wysoki, szczupły, przystojny sąsiad zawsze odwiedzał nasz dom, kiedy przebywała w nim na wakacjach kuzynka z Borowiny – studentka Uniwersytetu Batorego w Wilnie. Zaczęto formować kolumny. Na przodzie ustawiano nowo przyby- łych, ponieważ byli jeszcze silni i sprawni, ale był problem ze słabymi, którzy nie mogli iść. Byli zagłodzeni, a z powodu tortur i przebywania w karcerach – nie potrafili ustać na nogach. Takich umieszczano na końcu. Kolumna szeroka, bo w rzędzie szło po ośmiu więźniów, a teren obsta- wiony eskortą, która składała się z dużej grupy dobrze uzbrojonych ludzi. Załadowane furmanki miały jechać z tyłu, a na niektórych umieszczono osoby starsze i inwalidów. Wreszcie wszystko było gotowe do drogi i rozpoczynała się dramatyczna piesza wędrówka w warunkach upalnego lata, bez jedzenia i kropli wody. Dowódca konwoju, siedzący na koniu, oznajmił, iż wszelkie oddalenie się od kolumny, nawet o jeden krok, bę- dzie traktowane jako ucieczka, a eskorta będzie strzelała wówczas bez E J C A K I L B U P A K t o J © 28 Młodość w niewoli - demo ostrzeżenia. Przez moment panowała cisza, ale po chwili padła komenda: „Wpieriod! Szagom marsz!”10 Nad kolumną wzbiła się szara masa ku- rzu, a ludzie wolnym krokiem posuwali się do przodu i tylko żołnierze z eskorty, na koniach, z pistoletami w ręku, przeganiali wszystkich podcho- dzących blisko trasy przemarszu. Przynieśli oni naczynia z wodą, paczki z żywnością, ale niczego nie udało się przekazać. Mieszkańcom ulicy Berezweckiej kazano zamykać okna, a przypadkowych przechodniów natychmiast przeganiano. Rodziny aresztowanych próbowały dostrzec bliskich i pożegnać ich chociaż gestem ręki. Głębokie pozostawało już w tyle. Słońce prażyło niemiłosiernie, a kolumna żółwim krokiem wlokła się w nieznane. Rozpoczynała się Golgota więźniów z Berezwecza. Pogodne niebo sprzyjało intensywnym lotom niemieckich samolotów. Z oddali docierały detonacje bomb, wy- wołując u konwojentów agresję. Bagnety jeżyły się wówczas bardziej w pobliżu idących, a kolby lądowały na ich plecach. Tak dobrnięto do miejscowości Przewóz, gdzie ludność rozpoznała niektórych, a w szcze- gólności Franciszka Śledziewskiego, bo wyróżniał się wzrostem. Jeszcze w Berezweczu spotkali się krewni i znajomi i tworzyli grupy bliskich sobie ludzi. Braunowie, Karczewscy, Bortkiewicz, Olkowicz i Pławiński – szli razem, wspierali się nawzajem i mieli wspólny zamiar czmychnięcia przy nadarzającej się okazji. Eskorta jednak zadbała, aby żaden świadek bere- zweckiej zbrodni nie wydostał się na wolność. Robiono wszystko, aby nie ukrył się w wysokiej trawie, zbożu, krzakach czy też w lesie. Największym problemem byli więźniowie, którzy z braku sił lub okaleczenia nóg nie mogli iść. Dla zastraszenia rozpuszczano pogłoski, że słabnącym robią śmiertelne zastrzyki. Lęk mobilizował ludzi i resztkami sił wlekli się do przodu. Przyszedł moment, że i to już nie pomagało. 10 Naprzód marsz! E J C A K I L B U P A K t o J © 29 Młodość w niewoli - demo Na początku zabierano niektórych na furmanki, ale ludzie słabli masowo. Wówczas zaczęto zabijać ich strzałem w głowę, a ciała pozostawiano w przydrożnych rowach. Wojska niemieckie były już w pobliżu i echa wystrzałów mogły zdradzać obecność kolumny. Zatem zaprzestano sto- sowania broni palnej, a ofiary zabijano już tylko bagnetami. Kolumna z więźniami przerzedzała się. Słońce minęło już zenit i kierowało się ku zachodowi. Zbliżał się ko- niec pierwszego dnia pochodu. Z pobliskich zagłębień terenu nadciągało wilgotne powietrze, a widoczny w oddali błękit dużego jeziora wzmagał pragnienie. Kolumna wydawała cichy szmer, gdyż większość więźniów szła już boso, a ich stopy krwawiły. Nad nią unosił się przykry, gryzący kurz, który osiadał na spoconych ciałach idących. Ciężkie westchnienia mieszały się z jękiem cierpiących, a czasem docierał też cichy, bo tłumio- ny przez strach, płacz kobiecy. Nieraz wyrwało się pojedyncze słowo: „pić” – szybko podchwytywane przez kolumnę, a wówczas brzmiało ono groźnie, buntowniczo, powodując reakcję eskorty. Kolumna resztkami sił wlokła się jeszcze, wkraczając na rozległą śródleśną polanę. Tu zarządzono nocny postój. Więźniom zabroniono rozmawiać, podnosić głowy, wstawać. Nieprzytomni ze zmęczenia kładli się pokotem i momentalnie zasypiali, tylko nieliczni m.in. Kar- czewscy, Braunowie rozmawiali szeptem. Niemcy deptali już po piętach. W Połocku front był nad Dźwiną, a i na innych odcinkach przesuwał się w błyskawicznym tempie. Tylko w kierunku Witebska droga była jeszcze wolna i tędy zmierzała berezwecka kolumna. Księżyc w pełni nie sprzyjał uwięzionym, gdyż do ucieczki potrzebowali raczej ciemnej nocy, gwał- townej burzy z deszczem i piorunami, ale takiej okazji w tej chwili nie mieli. Grupa więźniów z Bohuszewicz, Kuczynszczyzny, Prudnikowa, Szerśni i Zarowia prawie nie spała tej nocy. Echa niespodziewanej wojny E J C A K I L B U P A K t o J © 30 Młodość w niewoli - demo nie dawały spokoju. W oddali pojawiały się kolorowe rakiety, a strzały z cięższej broni przynosiły nadzieję. – Jesteśmy zagrożeni – rzekł pan Marcin. – To może źle się skończyć – dodał leżący obok Stefan. – Dobrze by było, gdyby Niemcy odcięli drogę przemarszu. – Jaki to ma wpływ na naszą sytuację? – Sowieci będą musieli uciekać w popłochu. – A co z nami? – Po prostu zostawią nas samym sobie. – Nie wiadomo, jak blisko front? – Przypuszczalnie niedaleko, gdyż od strony Połocka docierają strzały armatnie, a ich samoloty latają nisko. – A jeżeli Niemcy nie przetną drogi i będą błyskawicznie dalej nacierać? – Wówczas nie zdążą się ewakuować i będą chcieli nas się pozbyć. – Jak to uczynią? – A no tak samo, jak się rozprawiają z tymi, którzy słabną w drodze. Leżą już martwi w przydrożnych rowach. – Co w tej sytuacji robić? – Trzeba wiać przy nadarzającej się okazji. – Należy wykorzystać moment, kiedy wkroczymy na teren Puszczy Uszackiej – wtrącił pan Jan, ożywiając się nieco. – Dlaczego koło Uszacza? – spytał pan Marcin. Młodość w niewoli - demo – Bo tam są duże lasy. – Pan zna te tereny? 31 E J C A K I L B U P A K t o J © – Oczywiście, że znam – dodał – są to moje rodzinne strony. Tam spędziłem dzieciństwo i wczesną młodość. – To dobrze! Niech dobry Bóg nas prowadzi! – westchnął ciężko pan Marcin i zamilkł. Sami nie wiedzieli, kiedy zasnęli. Nad polaną zawisła poranna mgiełka, w naturze budziło się życie, a od wschodu widoczny zarys świtu świadczył, że nastaje dwudziesty piąty dzień czerwca – dzień nowych wydarzeń. Powoli widniało, wśród eskorty nastąpiło ożywienie i ludzie w czapach NKWD biegali wzdłuż kolumny, przynosząc nowe instrukcje o dalszej drodze. Po chwili ze wszystkich stron rozlegał się już rozkaz: „Podjom! Podymajś!”11 Wystraszeni zajściami poprzedniego dnia więź- niowie szybko wstawali i ludzkie mrowie ożywiało się. Pan Michał, przejęty wojną, dalej obserwował niemieckie samoloty, które co jakiś czas obniżały się, przelatując nad kolumną. Piloci domyślali się, że są to więźniowie i po pierwszym przelocie zawracali i z niskiego pułapu siali z broni maszynowej po eskorcie. Jej żołnierze, ze względu na czerwone czapki, byli dobrym celem. Radowało to więźniów, ale i pogar- szało ich sytuację. Przypuszczalnie już wówczas myślano, aby wszystkich wystrzelać i swobodnie uciekać na wschód. Od kilku godzin kolumna wlokła się, a słabnących przybywało. Naraz utworzyło się istne piekło, kiedy eskorta poczęła zabijać bagnetami wyczerpanych więźniów. Powstało zamieszanie, rozległ się przeraźliwy krzyk, błagalny lament i jęki cierpiących. Śmierć przerzedzała szeregi, a ludzie w drgawkach, brocząc krwią, umierali na oczach innych. Utrzy- 11 Idziemy! Wstawać! 32 Młodość w niewoli - demo mujący się jeszcze na nogach, resztkami sił szli dalej, gdyż innego wy- boru nie było. Jednych ogarniała rozpacz, inni modlili się w skupieniu; niektórzy myśleli tylko o ucieczce. E J C A K I L B U P A K t o J © Pan Marcin badał wzrokiem teren i marzył o przepastnych gęstwi- nach leśnych, które mogły przynieść wybawienie. Powoli wlókł się wraz z innymi, a myślami był z żoną – młodziutką Helenką i maleńkim Stasiem. Przypominał sobie jego płacz, kiedy wraz z enkawudzistami opuszczał rodzinny dom. Przytulił wtedy synka – ten zaś małymi rączkami trzymał się mocno ojcowskiej szyi, a duże łzy płaczącego dziecka, spadały na jego policzek. – Puskaj płaczet! On poslednij raz widit otca!12 – odezwał się jeden ze strażników. Wypowiedziane słowa, niby zła wróżba, nie dawały dzisiaj spokoju. Szedł, a w myślach dziękował Bogu za zdrowie, wytrzymałość psychiczną i siłę, którą pragnął zachować do czasu wkroczenia na teren Puszczy Uszackiej. Głód i brak wody doskwierał, a odwodniona i wy- suszona na prażącym słońcu skóra łuszczyła się i pękała, brocząc krwią. Omijano większe osiedla i miasta, żeby ciekawska ludność nie oglądała doprowadzonych do skrajności więźniów. Pozostawili za sobą Głębokie, Przewóz, Kowale, Hołubicze i kierowali się już w stronę Uszacza, gdzie trasa wiodła przez gęste lasy. Z oddali wyłaniały się już zwarte połacie leśne i zarys miasta Uszacze. Marzenia wielu więźniów powoli urzeczywistnia- ły się, gdyż duży obszarowo las stwarzał możliwość ucieczki. Potrzebna tylko odwaga i dużo szczęścia. Niepokój ludzi z eskorty przeradzał się w agresję i jeszcze większe zezwierzęcenie. Napięcie wzrastało. Jedni pragnęli wyrwać się z okowów śmierci, drudzy zaś, powołani do zadawa- nia jej, siali postrach. Las swym ogromem wchłaniał już ten niecodzienny 12 Zostaw, niech płacze! Ostatni raz widzi ojca! Młodość w niewoli - demo pochód i pobudzał wyobraźnię, dodając nieco desperackiej śmiałości. 33 Nagle ciszę spokojnego marszu zakłóciły strzały, a w kolumnie powstało zamieszanie. W tym czasie część więźniów oderwała się od kolumny i resztkami sił pędziła w stronę leśnej gęstwiny. – Łożyś!13 – ze wszystkich stron rozległ się rozkaz i ludzie szybko kładli się na ziemi. Nad ich głowami gwizdały kule kierowane w stronę uciekających. W pogoń rzucili się strażnicy na koniach, a piesi szczuli psami. Wśród zbiegów był pan Marcin Braun i jako niedawny wojak umiejętnie unikał trafienia. Do gęstwiny było już blisko, ale większość uciekających zastrzelono. Pan Marcin biegł przed siebie, a wolność była tuż, tuż. Nagle w klatce piersiowej poczuł dławiący ból, a pod ręką ciepło własnej krwi. – Słabnę – pomyślał. Upadł. Leżąc na wznak patrzył na błękitne niebo i wydawało mu się, że drzewa krążą, przysłaniając wszystko. Jasny dzień powoli pogrążał się w ciemnościach. Nagle nienaturalna jasność, a przeszłość w ulotnym mgnieniu stanęła przed oczyma. Wydawało mu się, że widzi swoją Helenkę i malutkiego Stasia, ale wszystko powoli znikało. Niedługo dopadły go psy, ale on już tego nie czuł. Gdzieś w głębi Puszczy Uszackiej jest bezimienna mogiła, a w niej znaleźli swój wieczny spoczynek uczestnicy ucieczki z ewakuacyjnej kolumny Berezwecza. E J C A K I L B U P A K t o J © Reszta musiała iść dalej. Towarzyszyły im nieodłącznie skwar, głód, pragnienie i słabość fizyczna. Nadlatujące samoloty coraz częściej zabi- jały kogoś z eskorty. Michał Bogowicz rozpoznał w kolumnie szwagra, Konrada Rychtera. Szedł nieopodal, ale okaleczone nogi pozostawiały na drodze krwawe ślady. Trzeba było się z tym kryć, gdyż takich zabija- 13 Padnij! E J C A K I L B U P A K t o J © 34 Młodość w niewoli - demo no. Wkrótce jeden z żołnierzy to zauważył i od razu skierował bagnet w tamtą stronę. Pan Rychter złapał śmiertelne ostrze i chciał je odepchnąć, wydając przy tym przeraźliwy krzyk. Szwagier pośpieszył z pomocą, ale kolba karabinowa szybko wylądowała na jego plecach. Zataczając się od uderzenia, starał się utrzymać na nogach – Rychter zaś już nie krzyczał, tylko rzęził, leżąc na ziemi, przebity bagnetem. Po chwili drgające jeszcze ciało ściągano na pobocze drogi. Pan Michał, skrajnie wyczerpany, ledwo się wlókł i cicho powtarzał modlitwę. Już wiedział, jaki los czekał wszyst- kich, dlatego też składał przyrzeczenia Bogu, prosząc o ocalenie. Chciał żyć. Teraz pojął, że życie jest cudem i najwyższym darem. Śmierć szwa- gra przygnębiła go, a tu znowu podobne zajście, gdy jeden z więźniów nagle zasłabł i upadł. Wszystko wskazywało, że jest epileptykiem, bo w drgawkach walił głową o ziemię. Szybko podbiegli żołnierze i przebili ofiarę bagnetami. Po chwili było już po wszystkim, a odsunięty na bok leżał niby nikomu niepotrzebny przedmiot. Bezsilność porażała i stan psychiczny idących ciągle się pogarszał. Beznadziejny marsz, w asyście ciągłych egzekucji, doprowadzał do rezygnacji, chociaż nikt nie uciekał tylko dlatego, żeby zginąć. Chcieli żyć! Drugi dzień wędrówki zbliżał się ku końcowi. Droga w lesie była mniej uciążliwa, bo słońce nie prażyło, a las dawał ochłodę. Eskorta stała się wyjątkowo niebezpieczna, gdyż zastraszaniem próbowano zapobiec dalszym ucieczkom. Był już wieczór i trzeba było znaleźć miejsce nocne- go postoju. Pojawił się prześwit, świadczący o wolnej przestrzeni, a przez polanę przepływał strumień pełen czystej, chłodnej wody. Tu zarządzono postój. Wszyscy kładli się koło potoku i pili, pili nie zważając na nic, a woda, niby balsam, łagodziła pragnienie, głód, koiła ból. Ludzie brali ją garściami i polewali zmęczone ciała – poprawiała nastrój, przywracała siły. Taka sobie zwyczajna woda, a człowiek bez niej nic nie znaczy. E J C A K I L B U P A K t o J © Młodość w niewoli - demo 35 Dalsze wydarzenia potoczyły się szybko. Jeszcze jedna noc spę- dzona na leśnej polanie i ponowny przyśpieszony marsz na wschód. Rankiem 26 czerwca ewakuacyjna kolumna była już nieopodal Ułły. Tu przypuszczalnie zapadła decyzja o rozstrzelaniu politycznych, bo uwięzionych za przestępstwo pospolite uwolniono – resztę zaś skiero- wano w stronę mostu nad Dźwiną. Tam zarządzono odpoczynek, gdyż potrzebny był czas na znalezienie i przygotowanie miejsca egzekucji. Po drugiej stronie rzeki, w ukryciu, na brzegu wsi Mikołajewo, ustawiono trzy ciężkie karabiny maszynowe, skierowane w stronę szosy. Niedługo zarządzono dalszy marsz, ale ludzie domyślili się do czego zmierzają oprawcy i masowo rzucali się z mostu do rzeki. Trafieni kulami ginęli w nurtach głębokiej wody. Pozostali szli już przez środek wsi, a prze- czuwając najgorsze, głośno informowali mieszkańców, że przyszli tu z Głębokiego. Jednocześnie prosili o wodę, ale eskorta nie dopuszczała do wystawianych przez mieszkańców naczyń. Na dużym skrzyżowaniu w Mikołajewie, skąd brały początek drogi w kierunku Witebska, Połocka, mostu nad Dźwiną i Kordonu, kazano wszystkim położyć się. Na tej linii, wzdłuż rzeki, przebiegała ongiś granica z Rosją po I rozbiorze Polski. To miejsce obrali oprawcy dla dokończenia swych zbrodniczych zamiarów. Z nadciągających furmanek zdejmowano więźniów chorych, słabych, inwalidów i układano na szosie tuż obok leżącej już kolumny. W górze krążyły samoloty i siały ponownie z broni maszynowej po eskorcie. Tu również część enkawudzistów zginęła. Złowieszczy moment był blisko. W tym czasie samolot zrzucił bombę. Podmuch, wywołany wybuchem, zepchnął pana Michała na dno przydrożnego rowu, a stra- ciwszy przytomność, leżał w nim nieruchomo przywalony ziemią. Kiedy oprzytomniał – był już wolny. E J C A K I L B U P A K t o J © Młodość w niewoli - demo 36 Pan Paweł Kożuch, widząc na co się zanosi, na rozkaz „łożyś”14 z rozmysłem upadł na skraju szosy, obok rowu, drzew i krzaków. W tym czasie złowroga cisza pękła i niby piorun zagrzmiała kanonada karabinów maszynowych. Pan Paweł sam nie wiedział, kiedy znalazł się na dnie rowu. Nad głową gwizdały kule, a trafieni więźniowie umierając zsuwali się w dół. Czuł na sobie ciężar martwych ciał i ciepło ściekającej krwi. Tuż ponad jego głową, na szosie, zaistniało istne piekło. Ludzi
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

W szponach gułagu. Młodość w niewoli
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: