Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00209 007174 15351667 na godz. na dobę w sumie
Wampir - ebook/pdf R
Wampir - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 179
Wydawca: Universitas Język publikacji: polski
ISBN: 978-832-421-068-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).


Miejsce akcji: Londyn. Zenon, Polak, który w Anglii zrobił karierę literacką pod pseudonimem Walter Brown, poznaje podczas seansu spirytystycznego, zorganizowanego przez miejscowe koło teozoficzne, demoniczną kobietę imieniem Daisy. Okazuje się ona sługą zła – kapłanką kultu Szatana. Podążając za nieznajomą, Zenon zaniedbuje przyjaciół i rodzinę, zapomina o swojej narzeczonej Betsy i pisarskich zobowiązaniach...
Powstanie powieści „Wampir” wiąże się niewątpliwie z zainteresowaniami spirytystycznymi Reymonta, jak również z biografią pisarza. W 1894 r. Reymont uczestniczył w zjeździe spirytystów w Londynie, a w swoich notatkach zawarł opis spotkania w Towarzystwie Teozoficznym oraz wrażenia z występu słynnej Heleny Bławatskiej. Pierwowzorem postaci demonicznej Daisy prawdopodobnie była Wanda Szczukowa – wielka miłość Reymonta w roku 1900.
Pierwodruk „Wampira” pod wcześniejszym tytułem „We mgłach” był publikowany w „Kurierze Warszawskim” w 1904 r. Książkowe wydanie ukazało się dopiero siedem lat później u Gebethnera i Wolffa. Zawiera ono znacznie rozbudowane w stosunku do pierwodruku zakończenie powieści.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Recenzje na blogach:

zanim-przeczytasz.blogspot.com Zanim Przeczytasz: Władysław Reymont: Wampir

Darmowy fragment publikacji:

ISBN 97883-242-1068-8 I Wszystkie światła pogasły; tylko między oknami w zielonawej, kryształowej kuli mŜył się rozpierzchły, ledwie dojrzany płomyk, jak gdyby świętojański robaczek, trzepoczący się w ciemnościach. Cisza zapadła nagle, cisza pełna dręczącego oczekiwania. Siedzieli z przyczajoną uwagą, skupieni aŜ do martwoty, a pełni szarpiącego niepokoju i ledwie powstrzymanych dygotów trwogi. Czas płynął wolno w przeraŜającym milczeniu, w dławiącej okropnej ciszy trwoŜnych przeczuwań, Ŝe jeno niekiedy jakieś stłu- mione westchnienie wionęło w ciemnościach, podłoga zatrzesz- czała, aŜ drgnęli gwałtownie, to nierozpoznany szelest, jakby lot ptaka, okrąŜał ich głowy, łopotał po pokoju, wiał chłodem na roz- gorączkowane twarze i marł w mrokach rozłkanym szelestem... ...I znowu przepływały chwile długie jak wieki, chwile milcze- nia dręczącego i oczekiwań. Naraz stół drgnął, zakołysał się gwałtownie, uniósł w powietrze i opadł bez szelestu na podłogę... Lodowaty dreszcz wstrząsnął sercami... ktoś krzyknął... ktoś załkał nerwowo... ktoś zerwał się jakby do ucieczki... palące tchnie- nie trwogi przewiało w ciemnościach i zakłębiło się w duszach bolesnym, męczącym drŜeniem, ale wnet przygasło wszystko, zdła- wione przez straszne pragnienie zjaw... O cud błagały trwogi wszystkie i dusze rozpięte w bolesnej tęsknocie. Cisza stała się jeszcze głębsza, powstrzymywano oddechy, tłu- miono strachliwe bicie serc, wytęŜano całą siłę woli, aby nie za- drgnąć, nie szepnąć, nie poruszyć się, nie patrzeć nawet i martwieć 5 w takiej cichości, Ŝe ruch jakiegoś zegarka przewiercał serca bez- ustannym, bolesnym dygotem i bił w skroniach cięŜkimi młotami. Szum głuchy, bełkotliwy a rozwiany i daleki, jakby morza od- pływającego, wrzał monotonnie za oknami, deszcz zacinał bezu- stannie, brzęczał cicho i po zapoconych, szarzejących szybach spływał nieskończonymi sznurami paciorków i szemrał sennie, szemrał lękliwie; to wiatr obijał się o szyby i ze zduszonym, Ŝałos- nym krzykiem obsuwał się martwo po ścianach, a potem jakieś drzewa, podobne do strzępiastych chmur, drzewa ślepe i nieme nachylały się cicho do okien, chwiały się cieniem ledwie uchwyt- nym jak sen nieprzypomniany i jak sen przepadły w mrokach. A pokój wciąŜ był głuchy, niemy i przepastny jak otchłań, tylko ten zielonawy płomyk niby gwiazda odbita w czarnej topieli drgał ustawicznie, rozpryskując się świetlistą larwą, jakby spod wody skłębionej, albo jakieś spojrzenie zamigotało rozwianym płomie- niem i wnet marło w ciemnościach mętnych, pełnych nieuchwyt- nych, zaledwie wyczutych falowań, niedojrzanych ruchów, drgań niepokojących, szeptów zmartwiałych, konających połysków i przy- czajonej, dygocącej trwogi... Stół znowu wyrwał się spod rąk, roztrącił siedzących, uniósł się gwałtownie i z hukiem padł na swoje miejsce... łańcuch rąk się przerwał, zerwało się kilka okrzyków, ktoś skoczył w bok do świa- tła... – Cicho... na miejsca... cicho! – zabrzmiał rozkazujący głos. Ręce splotły się znowu w łańcuch nieprzerwany, przymilkli z na- gła, ale juŜ nikt nie potrafił pokonać nerwowego drŜenia, dłonie się trzęsły, serca dygotały i dusze przelatywał wicher świętej trwogi, pochylano się nad stołem, jak nad niepojętą, tajemniczą istotą, której ruch kaŜdy był cudem widomym, cudem Ŝywym. Joe, przewodniczący, zaczął szeptać modlitwę, a za nim roz- trzęsionymi wargami powtarzano coraz prędzej, coraz mocniej, iŜ ciemność rozbrzmiewała szmerem lotnym, namiętnym, wyrwanym spod serc, z głębi dusz olśnionych... Słowa padały rozwiane, pło- nące wiarą, wiotkie jak tchnienie, a potęŜne Ŝądzą objawień, prag- nieniem cudów... Naraz z drugiego pokoju czy z głębi jakiejś rozbrzmiał przytłu- miony głos fisharmonii. Jęk zamarł w gardłach ściśniętych, dusze padły w senny lęk jakby przed skonem, nikt bowiem nie czekał tej muzyki, nie wie- 6 dział, skąd płyną te tony, nie rozumiał, zali to dźwięki Ŝywe czy oman słodki?... Opadli piersiami na stół, bo nikt juŜ sił nie miał, trzymali się kurczowo za ręce, bojąc się puścić, bojąc się przepaść w samot- ności... cisnęli się do siebie ramionami i stłoczeni, drŜący, przejęci świętym dreszczem zachwytu zanurzali się w te dziwne dźwięki przewiewające niby wiatr pieściwy po strunach harfy niewidzial- nej. I tak zapomnieli o wszystkim, Ŝe nikt juŜ nie wiedział, rzeczy- wistość to – li sen czarowny? A muzyka rozpylała się w ciemnościach kadzielnym tchnie- niem modlitwy Ŝarliwej, rosą srebrzystych dźwięków, wiewem me- lodii tak słodkiej, Ŝe dusze chwiały się w rozmarzeniu upajającym jak kwiaty w noc miesięczną. I śpiewem się podniosła uroczystym, potęŜnym, rozległym, jak- by świat cały śpiewał. I krzykiem duszy zagubionej we wszechświecie łkała Ŝałośnie... I wyŜej wznosiła się jeszcze, aŜ w hymny łzawych zachwyceń i w dal takich roztęsknień, Ŝe była juŜ jakby emanacją nowych bytów, rodzących się z tajemnicy i marzenia. Jeszcze nie ochłonęli z wraŜenia, jeszcze dusze niby krze pło- mieniste chwiały się sennie w rytm konających dźwięków, gdy drzwi od przedpokoju otwarły się na rozcieŜ, struga światła runęła słu- pem na podłogę i w progu ukazała się wysoka, jasna postać... Porwali się z miejsc, ale nim ktokolwiek zdołał krzyknąć, po- stać owa poruszyła się i szła wolno świetlistym pasem; szła sztyw- no i cięŜko, z wyciągniętymi rękami, przystając co mgnienie i koły- sząc się całą postacią... Drzwi się zamknęły bez szmeru i noc znowu ogarnęła wszystko. – Kto jesteś? – zatrzepotało zdławione pytanie. – Daisy... – wionął szept zgoła niematerialny. – Długo będziesz z nami? – Nie... nie... – Gdzie twoje ciało? – Tam... w pokoju... śpię... wołałeś... przyszłam... Guru... Szept się plątał i tak ścichł, Ŝe tylko bezdźwięczne, porwane drgania szemrały w ciemnościach... Mr Joe nacisnął guzik i elektryczne światło zalało pokój. – Daisy! – krzyknął jakiś człowiek, rzucając się ku niej, ale 7 stanął naraz jak gromem raŜony, bo zwróciła ślepą twarz ku nie- mu, usiłując coś mówić, poruszając wargami... – Nie, nie Daisy... ta sama i obca, inna zarazem... Pochylił się ze zdumienia i przyczajonym, trwoŜnym wzrokiem obiegał twarz jej i postać całą... ta sama twarz, a rysy inne, obce... obce... – Daisy!... Nie... nie... – krzyczało w nim zdumienie i przypo- mnienia wiły mu się błyskawicami szaleństwa, strachu, lęku strasz- liwego. Nic nie rozumiał, nie mógł pojąć tej zmiany dziwnej, zdało mu się, Ŝe śni cięŜko, Ŝe jakieś zwierciadlane odbicie Daisy stanęło przed nim i rozwieje się zaraz, natychmiast, sczeźnie jak widmo... Zamknął oczy i otworzył je natychmiast, ale Daisy stała na daw- nym miejscu, była, widział ją w najdrobniejszych szczegółach, Ŝe cofnął się naraz, bo spojrzała na niego posępnym, otchłannym, obcym wzrokiem, a tak strasznym, iŜ padł na samo dno trwogi... Wszyscy stali równieŜ w lodowatym odrętwieniu. Mr Joe zaś lękliwie podszedł do niej i dotknął palcami jej po- wiek, zatrzepotały i opadły mocno, a potem stopniowo dotykał jej skroni, rąk, piersi, ramion, przeciągał kilka pasów nad głową, cofnął się i rozkazująco powiedział: – Pójdź! Nie poruszyła się z miejsca. – Pójdź! – zawołał silniej, cofając się z wolna i nie spuszczając z niej wzroku – drgnęła nagle i jakby z trudem odrywając się od posadzki, zaczęła się posuwać za nim sztywnym, automatycznym ruchem, w głąb sąsiedniego pokoju, jasno oświetlonego... Nikt się przez ten czas nie poruszył, nie westchnął głośniej, nie zadrgnął; wszystkie oczy szły za nią. Mr Joe wziął ją za rękę i podprowadził do wielkiej sofy, usta- wionej na środku pokoju; upadła na nią bezwładnie. – MoŜesz mówić? – pytał, pochylając się nad nią. – Mogę... – Czy jesteś sama, Daisy?... – Nie pytaj... – Czy nikt z nas nie przeszkadza? – Nie... nie... cóŜ moŜe przeszkodzić woli „A” – mówiła. Głos miała nie swój, zupełnie obcy, a chwilami jakby płynący z fonografu, trupi jakiś; wydobywał się martwym szmerem wprost z gardła, bo nie poruszała ustami ni Ŝadnym muskułem twarzy. 8 – Więc wszystkim wolno pozostać w pokoju? – pytał znowu Mr Joe. Nie odpowiedziała, tylko poruszyła się niecierpliwie, podnosząc cięŜkie powieki, Ŝe wywrócone oczy błysnęły białkami, jakiś uśmiech przewiał po bladej jak kreda twarzy, wyciągnęła rękę w próŜnię, jakby witając kogoś niewidzialnego, i zaczęła coś pół- głosem szeptać. Mr Joe słuchał uwaŜnie, ale na próŜno usiłował zrozumieć co- kolwiek, mówiła w zupełnie nieznanym języku. – Co mówisz? – spytał po chwili, kładąc dłoń na jej czole. – Sarwatassida! – Mahatma? – Ten, który jest, który wypełnia wszystko, który jest „A”, mój duch... – Czy zechce mówić przez ciebie? – Nie męcz mnie... – Czy stanie się co dzisiaj? Bracia są zebrani, czekają w trwo- dze, czekają w błaganiu o znak jaki, o cud... – Nikt z wcielonych nie jest godzien cudów! nikt! – zabrzmiał mocny, potęŜny, męski głos, a tak silny jak przez spiŜową tubę płynący. Joe cofnął się przeraŜony, wodząc oczami dokoła, ale w poko- ju nie było nikogo; Daisy leŜała bez ruchu, światła płonęły jasno i cała grupa zebranych stała w drugim pokoju, na wprost niego. – Niechaj on gra! On! – szepnęła, unosząc się i wskazując ręką na Zenona i zaraz padła w tył, wypręŜona, sztywna i tak juŜ po- została. PróŜno Joe usiłował zmusić ją do rozmowy, leŜała martwa jak trup; ręce miała zimne i twarz pokrytą lodowatą rosą. – Zupełna katalepsja! Nic nie rozumiem – szepnął bojaźliwie. – CóŜ poczniemy? – zapytał ktoś. – Módlmy się i czekajmy. – Czy to naprawdę Daisy? – pytał Zenon. – Daisy... nie wiem, moŜe być... ale nie wiem. Drzwi od okrągłego pokoju, gdzie leŜała, zatrzasnęły się z hałasem. – Siadać, cicho... rozpoczynamy!... Zenon siadł przed fisharmonią, stojącą w głębokiej niszy na prawo, wprost okien, i zaczął cicho grać. Światła wtedy raptem pogasły, przez chwilę jeszcze Ŝarzyły się 9 w Ŝyrandolu rozpalone węgle, potem, gdy sczerniały, tylko kryszta- łowa kula błyskała zielonawym, rozdrganym światełkiem. Usiedli pod ścianą, jeden przy drugim, nie tworząc juŜ łańcucha. Zenon grał jakiś hymn wzniosły, stłumione dźwięki brzmiały słodkim chorałem, dalekim jakby z głębi niebotycznych naw pły- nącym i rozsypywały się w nieprzeniknionych ciemnościach. Joe zaś ukląkł i zaczął się modlić półgłosem, przez chwilę sły- chać było odsuwanie krzeseł i trzeszczenie podłogi, snadź przy- klękli wszyscy, bo szept modlitewnych głosów zaszemrał rozpa- loną, wrzącą ulewą i wtórował przejmującym falom muzyki... Zenon grał coraz ciszej, dźwięki zamierały z wolna, głuchły i niby zakrzepłe perły opadały cięŜko, Ŝe juŜ tylko jakieś błędne akordy jak pogubione westchnienia błąkały się w ciszy, powracały jednak i łkały upornie, przejmująco. Po długiej chwili martwego milczenia zerwały się znowu niby krzyk na pustkowiu, krzyk nagły, przeszywający, okropny!... I znowu opadała grobowa cisza, z której kiedy niekiedy wyry- wały się błędne, rozełkane, samotne akordy... Modlitwa umilkła, ale ten głos monotonny zrywał się co chwila, przycichał... konał... i znowu powracał... znowu jęczał... znowu błąkał się, dreszcz zatrząsł wszystkimi, bo był jak rozpacz, jak krzyk padających w przepaść... Joe nie mógł juŜ wytrzymać i rozniecił światło. Zenon siedział martwo, oczy miał przymknięte, głowę pochyloną na poręcz krzesła, prawa ręka leŜała bez ruchu na kolanie, a lewą poruszał machinalnie, uderzając raz po raz w klawisze... – Wpadł w trans! – szepnął, przygaszając znowu światła. W pokoju zrobiło się wprost strasznie, siedzieli w grobowym milczeniu, skurczeni w bolesnym nabrzmieniu trwogi i oczekiwa- nia, błądząc oczami w ciemnościach i czepiając się tego jedynego światełka jak zbawienia. Chłód dziwny zawiewał od ścian, Ŝe mimo rozgorączkowania trzęśli się z zimna. Cisza była juŜ nie do wytrzymania, a ten powracający wciąŜ, monotonny akord przejmował coraz sroŜszą męką... Naraz w ciemnościach zaczęło się coś stawać. Najpierw szyfrowe tabliczki, leŜące na stole, jęły się podnosić i opadać jakby podrzucane, wreszcie trzasnęły w sufit i rozbitymi kawałkami posypały się na podłogę... 10 A po chwili zaczęły się rozsypywać w ciemnościach świetliste, niezliczone drgania, ale tak nikłe, tak drobinowe, Ŝe wydawały się próchnicową fosforescencją, opadały połyskującą rosą, osypywały się po ścianach, gęstniały z wolna i świeciły coraz mocniej, zalewa- jąc pokój błyszczącym, rozdrganym tumanem, jakby śniegiem błę- kitnawym, opadającym bez szelestu sypką i pierzastą falą. – Om! – zadźwięczał w ciszy jasny, kryształowy głos. I pochylili głowy, i chórem z trwoŜną pokorą i wzruszeniem, stłumionymi głosami zajęczeli błagalnie: – Om! Om! Om! Świetlista ulewa jeszcze się wzmogła, juŜ teraz pokój był po- dobny do ciemnobłękitnej otchłani, przez którą przepływał potok gwiezdnych pyłów tak jaśniejący, iŜ ściany, drzwi, obrazy, sprzęty i sine, wylękłe twarze widać było dokładnie poprzez to rozdrgane, opadające bezustannie przędziwo błysków. Mgławy zarys postaci, świetlany majak, widmo utkane ze świa- tła, ukazało się naraz w drzwiach pokoju uśpionej. – Om! Om! – szeptali coraz ciszej, cofając się pod ścianę i przy- parci do niej, zmartwieli w świętej zgrozie zdumienia. Zjawa jakby kwiatem z rozchwianych płomieni uniosła się w gó- rę, była jakby wytryskiem rozproszonego światła, z którego co chwila urabiał się zarys ludzkiej postaci i rozpryskiwał wybuchem krót- kich, rozpylonych błysków. Ulewa zgasła, pokój pociemniał, tylko zjawa błyszczącym ostro Ŝółtawym obłokiem unosiła się z wolna, krąŜyła na parę stóp nad ziemią, stając się chwilami tak wyraźną w ludzkim kształcie, Ŝe widać było twarz kobiecą, okoloną długimi włosami, zarysy ramion i kontur całej postaci, a przez mgnienia i jakaś niebieska- wa, mieniąca się płomieniami suknia widniała, ale niepodobna było dojrzeć rysów, bo to chwilowe skupienie światła, ten brzask raŜący, z jakiego się urabiała, te połyskliwe, martwe drgania mie- szały się ustawicznie, przelewały wirem bezustannym, Ŝe co mgnienie kontury się rozwalały w pył świetlisty i występowały na nowo. Przez jakąś dłuŜszą chwilę widmo stało się zupełnym kształtem ludzkim, przysuwając się tak blisko, Ŝe obłędny strach runął w nich piorunem, chwiało się tuŜ przed nimi, zbliŜając swoją twarz okropną; twarz ślepą, bez rysów, jakby kulę, z gruba obrąbaną i przedziurawioną czarnymi otworami, larwę podobną do kłęba 11 mgławiących się drobin świetlistych, larwę dręczącego snu i prze- raŜenia. Sunęła od jednego do drugiego, zaglądając pustymi oczodołami w ich zamarłe i ostygłe ze strachu oczy, i jakieś ręce śliskie, wilgot- nawe, jakby z nagrzanego kauczuku, ręce okropne i trupie, ręce zgrozy niewypowiedzianej dotykały się wszystkich twarzy. Ktoś jęknął cięŜko, jakby przez sen dręczący, i widmo rozprys- nęło się w tej chwili w migotliwy, świecący tuman. Ale nim ochłonęli, zjawiło się znowu w niszy przy Zenonie. – Daisy! – krzyknął bezwiednie Joe. Wszyscy ją równieŜ poznali; tak, ona tam stała, widać było dokładnie, kaŜdy rys twarzy występował ostro w tej dziwnej jaśni promieniejącej z niej samej, kaŜdy szczegół postaci, nawet kolor włosów tak dobrze im znany. Byli najgłębiej przekonani, Ŝe to ona sama stoi w tym łagodnym brzasku promieniowań, jakby w jasnym obłoku. Pochyliła się nad śpiącym, jakby mu coś chciała szepnąć do ucha, a on podniósł się i z niewysłowionym uśmiechem podał jej rękę i naraz, niby drzewo rozłupane przez piorun, rozpadł się na dwie osoby... siedział w dawnej postawie z głową pochyloną na poręcz krzesła i stał równocześnie w drugiej osobie przed nią po- chylony... Krzyk zdumienia wyrwał się ze wszystkich ust i padł zmartwia- ły, bo oto drzwi od pokoju okrągłego rozwarły się i ujrzano Daisy leŜącą na sofie. Dwa ciała leŜały w śnie głębokim, równocześnie dwie zjawy, dwa widma czy dwie dusze przyobleczone w kształt widomy i pło- mieniejący światłem, dwa jakby zwierciadlane odbicia Daisy i Ze- nona przesuwały się w ciemnościach tuŜ przed nimi... Jak to długo trwało? Mgnienie czy wieki, nikt nie wiedział, nikt nie myślał i nikt nie pojmował. W podziw padły dusze i klęczały w świętej grozie cudu... W tej przeświętej chwili łaski Izys odsłoniła rąbek zasłony przed łaknącymi światła, marzenia stawały się czymś więcej niźli rzeczy- wistością, bo cudem niezrozumiałym, tajemniczym, niezgłębionym, ale cudem, Ŝywymi oczami widzianym. Poczuli się zawieszeni na krawędzi niepoznawalnego, jakby w samych głębiach stawań się i jakichś bytów nawet niemyślanych i rzeczy zgoła niepojętych dla ślepych oczu człowieczych. 12 Przepadła wszystka pamięć Ŝywota, wszystek pył ziemski opadł z ich dusz, wszystka myśl spłonęła, Ŝe pozostali jeno jakoby w samym rdzeniu istności, przed którą odsłaniają się tajemnice wszel- kie, boć oto tam, o parę kroków, w ciemnościach drąŜyły się dwie jaśniejące postacie i trwał cud niepojęty... Cienie rysowały kontury, tworzyły ramę, z której tym wyraźniej promieniały zjawy świetlane, niby słupy martwych połysków, przenoszące się z miejsca na miej- sce bez szelestu i w takim milczeniu, Ŝe słyszeli przyśpieszone bicie serc własnych. Z wolna, w jakiejś niepochwytnej, niezapamiętanej chwili wid- ma poczęły blednąć, przygasać, niewidzialnieć i wsączać się w ciem- ności, tylko głowy pozostały nieco dłuŜej, chwiejąc się jak kwiaty świetlane na falach cieniów, były wciąŜ przy sobie, poruszając się jakimś wahającym, rozdrganym ruchem, znikały na mgnienia w roz- pryskach oślepiających blasków i wynurzały się jeszcze, ale juŜ bledsze, niklejsze, wiotsze, podobne do witraŜowych postaci w mrocznych nawach, jeszcze oczy jaśniały dawną mocą i Ŝyciem, a juŜ rysy się rozpadały, juŜ marł kształt ludzki, aŜ i spojrzenia przygasły zmącone, jakby z nagła zanurzone w mrokach, i przepa- dły, rozsypały się w pyłach białawych, z wolna gasnących. Skończyło się wszystko, noc ich znowu otoczyła i milczenie, nikt się jednak nie poruszył z miejsca, omdlałe serca ledwie biły, myśli dźwigały się leniwie i niechętnie, podnosiły się jakby z letargu zachwyceń i oczarowań. Ach, znowu Ŝycie, znowu głupia rzeczywistość, znowu ten sam dzień powszedni, dzień męki nieskończonej i tęsknot – znowu!... Głuchy, daleki szum miasta bił monotonnym szmerem w okna, deszcz brzęczał po szybach, a światełko, uwięzione w kryształo- wej kuli, trzepotało się zielonawą, tajemniczą źrenicą, jak niezgłę- biona tęsknota, jak pamięć rzeczy minionych i niepowrotnych... Dopiero po długiej chwili Joe się przemógł i rozniecił światła. Drzwi do okrągłego pokoju były zamknięte. Zenon zaś siedział uśpiony na dawnym miejscu, przed fisharmonią. – Trzeba go zbudzić, wyczerpie się. Ale nim to uczyniono, sam się przebudził i powstał. – Zdaje mi się, Ŝe spałem? – szepnął, przecierając oczy. – Zaraz usnąłeś. – Nie – grałem przecieŜ coś, zdaje mi się, Bacha... – Grałeś takŜe i później... 13 – Przez sen?... – Byłeś w transie. – I grałem! Prawda, przypomina mi się jakaś melodia... zaraz... nie mogę jej schwycić... jakieś rozproszone dźwięki mam w pamię- ci, ale to dziwne, nigdy nie wpadałem w sen podobny... – Czy nic więcej sobie nie przypominasz prócz tej melodii?... – Nie... a Daisy? – Śpi jeszcze. Zenon otworzył drzwi do okrągłego pokoju i stanął zdumiony. – AleŜ to ona... nie spałem przecieŜ, cóŜ we mnie wmawiacie, przed chwilą mówiłem z nią... chodziliśmy razem po jakimś par- ku... tak... pamiętam... drzewa błękitne... mówiła... zaraz... gdzie to było... Obejrzał się naraz lękliwie. Wszyscy stali dokoła, zapatrzeni w niego, ciekawi a milczący. – Coś się ze mną stało, czego nie mogę sobie przypomnieć... tak mnie dziwnie boli głowa... Zachwiał się, aŜ Joe ujął go wpół i posadził na krześle. Długo siedział nieruchomie, zapatrzony w siebie, w jakąś nie- rozpoznaną dal, pełną widzeń majaczących i snów nieprzypomnia- nych, daremnie usiłując ułoŜyć choćby obraz jeden, jedną myśl bodaj wyłonić ze strzępów rozpierzchłych i wirujących pod czaszką; zapadał w coraz większy mrok niepamięci; reszta bladych, nikłych majaczeń porwała się, gdy ją chciał pochwycić, ostatnie brzaski przypomnień zgasły, została tylko pusta, bolesna tęsknota za tym, co przepadło w nieznanych głębiach, Ŝe jakby się przebudził na nowo, otworzył szeroko oczy, przyjrzał się wszystkim i powstał. – Taki dziwnie jestem znuŜony i wyczerpany, Ŝe ledwie się trzymam na nogach... – skarŜył się Ŝałośnie. – Idź, połóŜ się zaraz – szepnął mu Joe. – Istotnie, to będzie najlepsze. – Odprowadzę cię do mieszkania. – CóŜ znowu, nie usnę przecieŜ na schodach. Zaśmiał się wesoło i wyszedł do przedpokoju, ale gdy juŜ miał wychodzić na korytarz, zawrócił i cicho pytał: – Czy Daisy śpi jeszcze? – Śpi, ale zaraz ją pójdę zbudzić. – Seans się udał? – Nadzwyczajnie, jutro ci opowiem szczegóły. 14 – Ale dlaczego ja usnąłem? nie daruję sobie tego... Schodził po schodach wolno, automatycznie, prawie nie wie- dząc o tym, dopiero na pierwszym piętrze przystanął, rozejrzał się uwaŜnie i jakby po raz trzeci się przebudził... Przypomniał sobie naraz, Ŝe był na seansie i Ŝe grał... Zatrząsł się, zimno go przejęło na wskroś, czuł się niesłychanie zmęczony i dziwnie, boleśnie niespokojny; jakaś melodia wić mu się jęła w pamięci, Ŝe począł ją nucić z cicha... Korytarz był szeroki, wysłany czerwonym dywanem, cichy i pu- sty zupełnie, a jasno oświetlony, bo szereg opałowych kwiatów, uczepionych u sufitu, rozsiewał elektryczne światło, ściany białe, poprzecinane gdzieniegdzie drzwiami, ciągnęły się długą, jedno- stajną linią, pełną nudy. Jakiś zegar wydzwaniał wolno. – JuŜ siódma! Całe dwie godziny seansu – szepnął zdziwiony, podnosząc oczy, by sprawdzić na zegarze, ale ujrzawszy jakąś damę idącą z drugiego końca korytarza, poszedł śpieszniej naprzeciw i naraz, nie dochodząc jej jeszcze, przystanął skamieniały. – Daisy? – krzyknął, odsuwając się pod ścianę. Miss Daisy przeszła, witając go skinieniem głowy, jak zwykle uprzejmym i nieco wyniosłym, mały groom szedł za nią z wielkim pudłem w ręku. Stał chwilę z przymkniętymi oczami, pewny, Ŝe to przywidzenie lub halucynacja, bo i jakŜe, przed chwilą zostawił ją tam uśpioną w pokoju seansowym, widział na własne oczy, pamięta... a ona teraz tutaj, ubrana do wyjścia, idąca z przeciwnej strony... Nie, to halucynacja. Otworzył naraz oczy. Miss Daisy była juŜ na końcu korytarza i skręcała właśnie na schody wejściowe... Nadludzkim skokiem był juŜ tam i wsparty o balustradę pa- trzył, jak schodziła na dół szerokimi schodami... Schodziła wolno, tren sukni ciągnął się za nią po szerokich marmurowych stopniach, rezedowordzawy płaszcz, obramowany futrem, obtulał jej postać wyniosłą, jasne włosy wymykały się wzbu- rzonymi falami spod wielkiego, czarnego kapelusza... widział te szczegóły dokładnie, słyszał kaŜde jej stąpnięcie... czuł ruch jej kaŜdy... A na skręcie do przedsionka odwróciła głowę, oczy się ich skrzy- Ŝowały błyskawicami, zderzyły i rozbiegły, Ŝe cofnął się bezwiednie 15 w cień... ale słyszał jej głos... szczęk drzwi... kroki na posadzce przedsionka... głuchy tupot koni na asfalcie podjazdu... śliski szmer odjeŜdŜającego powozu... – Kto tu wyjeŜdŜał? – zapytał po chwili odźwiernego. – Miss Daisy! JuŜ nic nie odrzekł, bo mu się zdało naraz, Ŝe go ogarnęła cięŜka, niezwalczona senność. Powrócił na pierwsze piętro i ma- chinalnie odnalazł swoje mieszkanie; długo krąŜył po nim, roztrą- cając się o sprzęty i meble; długo błądził po omacku, nie wiedząc, co począć, co się z nim stało, gdzie jest! Padł na jakieś krzesło i pozostał nieruchomy, zesztywniały z przeraŜenia, oto znowu ujrzał je obiedwie razem... tamtą, śpiącą na sofie, i tę schodzącą po schodach... Jakimś ostatnim odruchem świadomości rozniecił światło i za- dzwonił. Weszła pokojówka. – Czy miss Daisy juŜ powróciła? – zapytał po długim milczeniu, przytomniejąc zupełnie. – Miss dopiero przed chwilą wyjechała. – Ale czy dawno wróciła przed wyjazdem? – Nie wychodziła nigdzie, połoŜyła się o zmroku i spała, obu- dziłam ją niedawno sama. – Spała i nie wychodziła nigdzie... nigdzie?... – Tak, z pewnością... – Była na drugim piętrze u Mr Joe. – Nie, zapewniam pana, Ŝe nie wychodziła. – Nieprawda! – krzyknął w nagłej pasji. – AleŜ z pewnością... z pewnością... – szeptała zdumiona, co- fając się przed jego błędnym wzrokiem i twarzą zmienioną. – Muszę być chory i najwidoczniej mam gorączkę – powiedział głośno, oglądając się podejrzliwie po mieszkaniu – nie było jednak nikogo, słuŜąca uciekła, wszystkie drzwi stały otwarte. We wszystkich pokojach płonęły jasno światła, stały meble w su- rowych, cięŜkich zarysach, błyszczały zwierciadła jak oczy promie- niste i puste, kwiaty w wazonach barwiły się cicho, cięŜkie portiery przysłaniały okna, a ze ścian ciemnych wyzierało kilka posępnych portretów. Wszystko to znał, poznawał, pamiętał, czuł, Ŝe jest u siebie, w swoim mieszkaniu, a jednak... jednak... poprzez te sprzęty i ścia- 16 ny, zwierciadła i kwiaty wyzierały jakieś zarysy przypomnień; kon- tury mgliste jakichś innych rzeczy, rzeczy zgoła nieprzypomnia- nych, a istniejących gdzieś... rzeczy zmartwychwstających wiotkim cieniem i zjawą niechwytną... – Nic nie rozumiem... nic! – wołał, chwytając się za głowę. II – Straszny dzień! – zawołał Zenon, wstrząsając się z zimna. – Okropny, obrzydliwy, wstrętny dzień! – powtarzała z wesołą przekornością śliczna, jasnowłosa dziewczyna, wychodząc z nim spod kolosalnych kolumn portyku Św. Pawła na szerokie, mokre i oślizgłe schody. – Po trzykroć obrzydliwy dzień, zimno, mokro i mglisto. JuŜ prawie zapomniałem, jak świeci słońce i jak grzeje. – Przesada i egzaltacja! jak mówi ciotka Ellen. – Więc pani widziała słońce w tym roku w Londynie? – AleŜ dopiero luty. – Czy pani w ogóle i kiedykolwiek widziała słońce w Anglii? – Mr Zen, by ciotka Dolly nie rzekła: strzeŜ się, Betsy, bo ten człowiek czci słońce jak gwebr, poganinem być musi – groziła mu ze śmiechem, naśladując komiczny głos ciotki. – PrzecieŜ od listopada nie było ani na mgnienie słońca w Lon- dynie, nic, tylko mgły, deszcze, błoto i fogi, a ja nie mam skóry z „waterproofów”, więc juŜ chwilami czuję, iŜ się przemieniam w galaretę, w mglistość, w strugi wody. – W pańskim kraju nie ma teŜ ciągle słońca – szepnęła ciszej. – Jest, miss Betsy, jest prawie codziennie, a teraz, w tym dniu, dzisiaj, świeci na pewno, świeci roziskrzone w śniegach, ogromne, jaśniejące, cudowne... – mówił, zniŜając głos, wpatrzony w dal nagłych, oślepiających przypomnień. – Tęsknota – powiedziała cichutko i jakoś dziwnie smutno... 17
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:


Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: