Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00287 005252 13072396 na godz. na dobę w sumie
Wdowa - ebook/pdf
Wdowa - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 386
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876724 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> sensacja
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Śmierć genialnego malarza Artistide'a Pompasse'a nie wniosła spokoju w życie kobiet, nad którymi ten demoniczny artysta bezwzględnie dominował. Nawet Charlie, jego młoda żona, która uciekła przed pięciu laty, nigdy nie wyzwoliła się spod jego wpływu. Teraz powróciła do toskańskiej willi malarza, aby uwolnić się od duchów przeszłości i znaleźć odpowiedź na pytania, które pozwolą jej zrozumieć samą siebie i umożliwią zbudowanie przyszłości. Przeszkadza jej w tym Connor Maquire, dziennikarz pracujący w skandalizującym brukowcu. Pikantna historia o genialnym malarzu, jego żonie i licznych kochankach miała mu przynieść fortunę, dlatego Maquire gotów jest popełnić każde łajdactwo, byle tylko osiągnąć cel. Nawet cynicznie uwieść młodą wdowę... Charlie, byłe kochanki jej męża oraz Maquire przystępują do gry. Każda z tych osób walczy o coś innego, nikt nie wie do końca, kto jest kim naprawdę...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

EST SELLERS BEST SELLERS Tytuł oryginału: The Widow Pierwsze wydanie: MIRA BOOKS, 2001 Redaktor prowadzący: Mira Weber Korekta: Mira Weber ã 2001 by Kristine Stuart Ohlrogge ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. Warszawa 2003, 2006 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podo- bieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzez˙ony. Arlekin Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 83-238-1734-0 PROLOG Aristide Pompasse stał przy oknie w sypialni swojego pięknego florenckiego mieszkania i ob- serwował zalaną słońcem ulicę. Czuł się całkiem zadowolony z z˙ycia. Cóz˙, miał ku temu powody. Był jednym z największych współczesnych artystów, sławnym, powszechnie cenionym malarzem, gwiazdą na artystycznej scenie, ulubieńcem krytyków. Jego obrazy sprze- dawano na aukcjach za miliony dolarów. Prawda, z˙e od kilku lat nic nie stworzył. Nie mógł malować, bo stracił swoje źródło inspiracji, swoje natchnie- nie. Stracił swoją muzę. Bez niej nie potrafił stanąć przy sztalugach. Bez niej on, wielki Pompasse, był nikim, z˙ałosnym starcem, którego opuścił talent. Jednak wkrótce miało się to zmienić. Ona wróci. Wiedział, z˙e wróci, był tego pewien jak niczego innego w swoim bogatym z˙yciu. Po- czynił juz˙ odpowiednie przygotowania. 5 Powinien był wcześniej zrozumieć, jak bardzo jej potrzebuje, niestety nie zrozumiał. Nalez˙ał do licznego grona egotyków, ludzi tak bardzo po- chłoniętych sobą, z˙e świetnie funkcjonowali bez innych ludzi. W kaz˙dym razie trwali w takim złudzeniu, az˙ wreszcie poznawali smak prawdzi- wego cierpienia. I wtedy wszystko się zmieniało. Jemu, przywykłemu do myśli, z˙e jest pępkiem świata, bardzo długo nie mieściło się w głowie, z˙e ktoś mógł go opuścić z własnej woli, z˙e ktoś w ogóle mógł chcieć go opuścić. Jak to moz˙liwe, zostawić Pompasse’a? Zrezygnować z z˙ycia u je- go boku, nie kąpać się w jego blasku? Dziwne, wręcz niepojęte. Tak w kaz˙dym razie myślał do niedawna. Teraz, kiedy wreszcie zrozumiał, jak bardzo jej pragnie, jak bardzo jest mu potrzebna, wręcz niezbędna, odzyska ją bez większego trudu. I zno- wu zacznie malować. Z˙e tez˙ przed laty nie zadbał o ten szczegół. Taka trywialna kwestia, a on dał się ponieść starym sentymentom. Zupełnie niepotrzebnie. Juz˙ wiedział, z˙e po- stąpił absurdalnie. Ktoś mógłby zarzucić mu próz˙ność, ale on nie mógł się z tym zgodzić. Nie jest próz˙ny, z całą pewnością nie. Po prostu od momentu, kiedy po raz pierwszy wziął do ręki pędzel, wiedział, z˙e talent wymaga ofiar. 6 Nawet jeśli ofiary ponosili inni, a zwykle tak bywało, powinni się cieszyć, z˙e padają na ołtarzu wielkiej sprawy, jaką było genialne malarstwo Aristide’a Pompasse’a. Kiedy Charlie dowie się, co zrobił z myślą o niej i jak wiele dla niej poświęcił, ani chwili nie będzie się wahać z podjęciem decyzji. Ina- czej być nie moz˙e. Wróci, z całą pewnością wróci, i od tej chwili wszystko znów będzie jak dawniej. Jak przed laty... Omiótł wzrokiem stare, pełne antyków, tchną- ce przemyślaną elegancją wnętrze. Charlie będzie się lepiej czuła tutaj, we Florencji, niz˙ w starej willi na wsi. Tam było za duz˙o wspomnień i zbyt wiele osób wokół. To męczące otoczenie dla wraz˙liwej, zamkniętej w sobie kobiety. Właśnie z myślą o niej kupił mieszkanie w mieście. Umieści ją tutaj, z dala od wścibskich oczu, złych języków, domowych intryg snutych przez jego dawne kochanki. Będzie ją miał tylko dla siebie. I juz˙ nigdy nie pozwoli jej odejść. Charlie... Charlie i on, tylko we dwoje. Spojrzał na obraz wiszący nad kominkiem. Było to jedno z jego najlepszych dzieł. Kiedy Charlie wróci, będzie mógł zacząć wszystko od nowa. Była jego natchnieniem, jego światłem, promienistym drogowskazem, a on 7 okazał się na tyle dufny, tak bardzo zajęty sobą i pracą, z˙e nie potrafił tego dostrzec. Od pierwszej chwili, ledwie ją zobaczył, wie- dział, z˙e musi ją mieć. Za wszelką cenę. Dopóki z nim była, wszystko szło wspaniale, wszystko układało się po jego myśli. Minęło pięć lat, a on ciągle nie mógł pojąć, z˙e odeszła. Jak mogła? Dlaczego to zrobiła? Ob- sypywał ją pieniędzmi, wspaniałymi klejnotami, miała wszystko, o czym mogła marzyć młoda kobieta. Ale Charlie obojętnie przyjmowała pre- zenty. Dobra materialne nie robiły na niej z˙ad- nego wraz˙enia, jakby ich nie dostrzegała. Jakby nie miała z˙adnych potrzeb. Taka była Charlie. Rozsławił jej wizerunek na całym świecie, unieśmiertelnił ją przez swoją sztukę. Koneserzy, krytycy, kolekcjonerzy, kuratorzy największych muzeów, właściciele znanych galerii, wszyscy oni znali twarz Charlie. Nigdy jej nie uderzył, nigdy nie uciekł się do przemocy. Nie miałby jej za złe, gdyby brała sobie kochanków, z całą pewnością nie. Był gotów zgodzić się na wszystko, przyjąć kaz˙dy warunek, który Charlie postawi. Chciał tylko jednego. Z˙eby znowu z nim była. Ona wróci, był tego pewien. Pompasse nie widział jej od lat. Jaka jest teraz? Na pewno silniejsza i pewniejsza siebie, bardziej 8 świadoma własnej wartości, ale nawet taka, od- mieniona i z większym bagaz˙em doświadczeń, nie oprze mu się, nie odrzuci wyciągniętej ręki. Jego męski urok przeszedł juz˙ do legendy. Będzie ją kusił, oczaruje jak niegdyś, i Charlie wróci. Wróci. Rozdzwoniły się wszystkie dzwony we florenc- kich kościołach. Spiz˙owe dźwięki niosły się po- nad miastem. Jego ukochana Florencja. Jego miejsce na ziemi. Pompasse był co prawda Francuzem, ale w głę- bi duszy czuł tajemne pokrewieństwo z mistrzami włoskiego Renesansu. Miał Toskanię we krwi, rozkochał się w jej kulturze. To tutaj przeciez˙ powstały niedościgłe arcy- dzieła. Michał Anioł, Leonardo da Vinci, Botti- celli, oni wszyscy pochodzili z Toskanii i tworzy- li we Florencji, stąd ruszali na podbój całych Włoch, a potem Europy. Stąd, z Toskanii, pro- mieniowała wielka sztuka piętnastego i szesnas- tego wieku, której patronowali najwięksi mece- nasowie tamtych czasów, potęz˙ny ród Medyceu- szów. Ponad dachami miasta Pompasse widział sreb- rzącą się w oddali wstęgę Arno, która przecinała miasto, oraz stare mosty przerzucone przez rzekę. Od wieków spinały oba brzegi. Teraz patrzył na najpiękniejszy z nich, zwany Ponte Vecchio. Punkt druga. 9 To znaczy, z˙e rzecz powinna się juz˙ dokonać. Decyzja została podjęta. Klamka zapadła. Finito, jak powiedzieliby Włosi. Przychodzi nuova aper- tura, czyli nowe otwarcie. Trzeba to koniecznie uczcić. Musi wypić kieli- szek wina za swoje nowe z˙ycie. Pompasse ener- gicznie ruszył w kierunku schodów. Krok miał spręz˙ysty, lekkość w sercu. Stało się, zaczynał wszystko raz jeszcze, od początku. Z Charlie. Jakz˙eby mogło być inaczej? Czuł się znowu młody, nienasycony, pełen wigo- ru, wiary i entuzjazmu. Znowu będzie malował, znowu zaczną powstawać wspaniałe, podziwiane przez wszystkich obrazy. Tak, będzie malował. I będzie z˙ył wiecznie. Pogwizdywał sobie cicho pod nosem wesołą włoską melodię. Juz˙ dawno tego nie robił, bo od lat nie czuł takiej lekkości w duszy. Nagle za- milkł, melodia urwała się gwałtownie. Pompasse zatrzymał się u szczytu schodów i znieruchomiał. Stała na dole, czekała na niego. Ostatnia osoba, którą spodziewał się zobaczyć. I wtedy zrozumiał z poraz˙ającą jasnością, jaka spływa na człowieka, kiedy przychodzi mu z˙eg- nać się ze światem, z˙e nie będzie z˙ył wiecznie. Z˙e zaraz umrze. Na wielkiego Pompasse’a przyszedł czas śmier- ci, przekreślając wszystkie jego nadzieje. Cudow- ne, przyprawiające o zawrót głowy nadzieje, 10 marzenia, którymi karmił się tak długo. Uczynił wszystko, by się spełniły. Teraz musiał zapłacić ostateczny rachunek. Śmierć przyszła, by się z nim rozliczyć. Przyj- mie ją, pomyślał z pokorą. To takie dziwne, w ostatnich chwilach z˙ycia doświadczyć pokory. Dotąd nie wiedział, co to słowo oznacza. Teraz zrozumiał jego sens. Podobnie jak zro- zumiał w jednym oślepiającym przebłysku, czym jest bolesny smak końca, absolutnego, nieodwra- calnego finału. ROZDZIAŁ PIERWSZY Connor Maguire pasjami lubił zaczynać dzień od znajdowania trupów. Wprost przepadał za tym zajęciem. Pierwsza kawa, poranna gazeta, a po- tem jakiś trup. Włamał się do apartamentu, z˙eby przeprowa- dzić dyskretne rozpoznanie, a natknął się na zwłoki właściciela mieszkania, sławnego Aristide’a Pom- passe’a, największego z z˙yjących malarzy. Z˙yjących? Niekoniecznie. W kaz˙dym razie jeszcze mniej więcej przed godziną, według pobiez˙nej oceny Maguire’a, a trochę się na tym znał, moz˙na go było zaliczać do istot z˙ywych, lecz teraz juz˙ raczej nie. Koniec, kropka. Nieodwołalne są wy- roki losu, pomyślał sentencjonalnie. Nie musiał wcale odznaczać się darem szcze- gólnej przenikliwości, z˙eby stwierdzić oczywiste fakty. 12 Przez długie lata był korespondentem wojen- nym. Był na Bliskim Wschodzie, w Afryce, w Ko- sowie... Chyba łatwiej mógłby wymienić fronty, z których przesyłał reportaz˙e, niz˙ te, na które z jakichś powodów, zwykle od niego niezalez˙- nych, nie dotarł. Wiele widział, zbyt wiele, i po- trafił odróz˙nić z˙ywych od umarłych, a Pompasse z całą pewnością liczył się między sztywnych, acz całkiem od niedawna. Maguire cicho zamk- nął za sobą drzwi apartamentu i oparł się o nie z cięz˙kim westchnieniem. – Cholera – zaklął pod nosem, z niejasnych powodów kontentując się tylko tym słowem. Zwykle, kiedy był wzburzony, kiedy działo się coś złego, zupełnie się nie hamował, tylko nabie- rał powietrza w płuca i bluzgał ostro i kwieciście, az˙ uszy więdły. I po chwili czuł ulgę. Przekleństwa pomagały mu znosić koszmary, z którymi na co dzień stykał się w swojej pracy. Dopóki, oczywiście, był korespondentem wojen- nym. Dlatego właśnie zrezygnował. Nie wytrzy- mał. Coś w nim pękło, po prostu się wypalił. Pozostał co prawda dziennikarzem, ale zajął się zupełnie innymi sprawami. Chciał zapomnieć o toczących się na świecie wojnach, które zdawa- ły się nie mieć końca. Ledwie jedna wygasała, gdzieś natychmiast pojawiał się nowy konflikt, zarzewie nowych tragedii, nowych nieszczęść. 13 Sytuacja, jaką zastał w domu wielkiego mala- rza, domagała się znacznie mocniejszych słów, ale te jakoś nie przychodziły mu do głowy. Nic zresztą dziwnego, bowiem myśli Maguire’a bez reszty zajęte były paskudnym szambem, w które właśnie wdepnął. Zamierzał napisać ksiąz˙kę tysiąclecia, kom- pendium wiedzy wszelakiej. To był jego wielki cel hołubiony od wielu miesięcy. Przez ostatnich pięć lat zajmował się produko- waniem tekstów dla tygodnika ,,Starlight’’, mię- dzynarodowego, dobrze znanego i jeszcze lepiej sprzedającego się brukowca, który nalez˙ał do Marka Gregory’ego. Pompasse miał być dla Maguire’a nie tylko źródłem zarobku, choć oczywiście pieniądze były waz˙ne, ale wręcz jego raison d’ûtre, jego moto- rem działania. Liczył, z˙e wydobywając na światło dzienne pikantne, skandaliczne, skrzętnie ukry- wane szczegóły z z˙ycia artysty, znacząco zasili swój portfel, ale przede wszystkim ucieknie ze znienawidzonego świata mediów. Od kilku miesięcy z pracowitością godną lep- szej sprawy gromadził wszelkie, nawet najtrud- niej dostępne i skrywane przed światem materiały na temat starego malarza. Tylko tym z˙ył. Chciał napisać dla Gregory’ego cykl artyku- łów o Pompassie, potem zrobić na tej podstawie ksiąz˙kę, raz na zawsze zamknąć europejski roz- 14 dział swojej działalności i wrócić wreszcie do rodzinnej Australii. Potem zamierzał spokojnie z˙yć z procentów, najlepiej gdzieś za miastem, na farmie, i odcinać kupony od dotychczasowych, a w ostatnich czasach bardzo wątpliwych ,,doko- nań’’ dziennikarskich. Zamknąć raz na zawsze europejski rozdział? Zdecydowanie tak. Raz na zawsze skończy z tym wszystkim, co od dawna go mierziło. Ciało malarza znalazł zaraz po włamaniu się do domu, na marmurowej posadzce w holu, u podnóz˙a schodów prowadzących do sypialni. Zimne jak marmur truchło o szeroko otwartych, pustych oczach. Ani śladu krwi. Przykucnął obok nieboszczyka. Nie miał ocho- ty go dotykać. Oczywiście nie z powodu szcze- gólnego przeczulenia na kontakt z trupami. Nie wzdragał się, kiedy stykał się ze śmiercią, dawno juz˙ uodpornił się na podobne widoki, przywykł do nich, znieczulił się. Lata spędzone w biznesie dziennikarskim i na róz˙nych frontach wojennych skutecznie stępiły jego wraz˙liwość. Im lepiej, im dogłębniej i dokładniej poznawał przeszłość Aristide’a Pompasse’a, jego z˙ycie, cha- rakter, obyczaje, sposób obchodzenia się z ludź- mi, a juz˙ szczególnie z najbliz˙szymi osobami, tym większej nabierał dla tego człowieka pogardy, wręcz fizycznej odrazy. 15 Moz˙e jednak w biednej, zeszmaconej, zdawa- łoby się wypalonej do cna duszy cynika ponie- wierały się jednak jakieś resztki dawnego, przez lata zapomnianego idealizmu? Moz˙e. Pompasse z całą pewnością zasłuz˙ył sobie na to, co go spotkało. Maguire’owi było wszystko jedno, kto zabił starego capa, chyba z˙e miałoby to wpłynąć na wysokość nakładu ,,Starlight’’, a po- tem ksiąz˙ki. A wiedział doskonale, z˙e będzie musiało wpłynąć. Pompasse był naprawdę wielką postacią i budził z˙ywe zainteresowanie czytel- ników. Nalez˙ało to wykorzystać. Bowiem śmierć, jak wiadomo, jest niezwykle popłatna. Dobrze sprzedaje się w mediach, lepiej niz˙ cokolwiek innego. Wie o tym kaz˙dy reporter, kaz˙dy prezenter wiadomości i kaz˙dy właściciel gazety czy stacji telewizyjnej. Zawodowa ciekawość wzięła górę i po chwili wahania Maguire połoz˙ył jednak dłoń na szyi starego. Zimna, zwiotczała, pomarszczona skóra. Moz˙e jednak malarz umarł wcześniej niz˙ przed godziną? Maguire spojrzał na kręte, strome scho- dy, które prowadziły do sypialni na piętrze. Pompasse mógł potknąć się i spaść, szczegól- nie jeśli wypił o ten jeden feralny kieliszek wina za duz˙o. Zakręciło mu się w głowie, źle postawił stopę, stracił równowagę i poleciał na złamanie karku, w czarną otchłań, na spotkanie śmierci. 16 Marne z˙ycie, marny koniec. Maguire przysiadł na piętach i wyciągnął z kie- lubił we szeni papierosy. To między innymi Włoszech... a lubił w tym słonecznym kraju wiele rzeczy: włoskie kobiety, włoskie niebo, włoską kuchnię, pogodnych ludzi... przede wszystkim jednak lubił to, z˙e mógł palić, gdzie mu się z˙ywnie podobało, pewnie i w samym Duomo, jeśli strzeliłoby mu do głowy, z˙eby wejść z papie- rosem do górującej nad dachami miasta wspania- łej florenckiej katedry zwieńczonej jeszcze wspa- nialszą kopułą, zaprojektowaną przez renesan- sowego architekta Filippa Brunelleschiego. We Włoszech nikt się nie boczył na człowieka z papierosem w ustach i nie wygłaszał śmiertelnie nudnych kazań na temat szkodliwości palenia. Włosi mieli zrozumienie dla ludzkich słabości, potrafili traktować je z niespotykanym gdzie indziej pobłaz˙aniem. Zaciągnął się głęboko i dmuchnął dymem w zastygłą twarz starego. Tak, to musiał być nieszczęśliwy wypadek. Cóz˙ by innego? Prosta sprawa, proste wyjaśnienie. Dlaczego zatem, do jasnej cholery, ledwie spojrzał na zwłoki, natychmiast pomyślał o mor- derstwie? A nie o owym prostym wyjaśnieniu? Podniósł się gwałtownie i spojrzał na swoje dłonie. Dostać się do apartamentu nie było trud- no. Nie miał z˙adnych oporów, wszedł pewnie jak 17 do własnego mieszkania. Był przekonany, z˙e Pompasse jest w swojej wiejskiej willi pod Flo- rencją, na obrzez˙ach niewielkiego, pamiętające- go średniowieczne czasy miasteczka Geppi. Szukał kompromitujących materiałów. Szcze- gólnie zalez˙ało mu na dziennikach, które stary prowadził od wielu lat i w których pisał o swoich obrazach i modelkach, a zapewne tez˙, na co szczególnie liczył Maguire, o przygodach miłos- nych, z których przez długie lata słynął. Nazwis- ka, pikantne szczegóły... Były tego całe tomy: Pompasse podobno doku- mentował sumiennie, choć poza tym sumienny nie był, kaz˙dy, nawet najdrobniejszy szczegół swojego z˙ycia. Gdyby udało się do nich dotrzeć... Jednego tylko Maguire nie przewidział, a miano- wicie z˙e zamiast znaleźć upragnione dzienniki, natknie się na zimnego trupa. Przyglądał się zwłokom i chłodno kalkulował, jakie znaczenie i jaką wartość moz˙e mieć dla niego to ponure odkrycie. Z jednej strony martwy Pompasse był, co było zrozumiałe samo przez się, o niebo wdzięczniejszym tematem dla mediów niz˙ Pompasse z˙ywy. Trup sprzedawał się lepiej, a Maguire chciał sprzedawać duz˙o i drogo. Skandaliczne romanse malarza, jeśli tylko by je wydobyć na światło dzienne – a dlaczego nie? – powinny przynosić naprawdę niezłe dochody przez kilka najbliz˙szych lat. Co najmniej przez 18 kilka lat... Dobrze rzecz rozegrać i Maguire byłby zabezpieczony do kresu swych dni. Z drugiej jednak strony wcale nie było mu w smak, z˙e znalazł się na miejscu zbrodni. Wiele osób bowiem wiedziało, z˙e nie darzył szczególną sympatią starego sukinsyna, który lez˙ał teraz bez z˙ycia na marmurowej posadzce w holu swojego mieszkania. Pompasse stosunkowo szybko zorientował się, z˙e Maguire węszy wokół niego, i próbował przez swoich prawników za wszelką cenę przystopo- wać Marka Gregory’ego. Właściciel ,,Starlight’’ nie uległ naciskom, nie przejął się pogróz˙kami, ale wszyscy wokół wie- dzieli o wrogich nastrojach panujących między redakcją międzynarodowego brukowca i mocno rozsierdzonym niezdrową dziennikarską dociek- liwością malarzem, który nie z˙yczył sobie, by ktokolwiek szperał w jego z˙yciu prywatnym. Nie miałoby to z˙adnego znaczenia, gdyby Pompasse po prostu spadł ze schodów i skręcił sobie kark, ale Maguire wcale nie był o tym przekonany. Wręcz przeciwnie, bo kiedy od dłuz˙- szej chwili wpatrywał się w lez˙ące na posadzce zwłoki, ogarniały go najgorsze przeczucia. Chciał jak najszybciej umknąć z tego przeklętego, przy- pominającego grobowiec mieszkania, nie pozo- stawiając przy tym śladu swojej obecności. Był dziennikarzem od piętnastu lat, od momentu 19 skończenia studiów, i boleśnie przekonał się, z˙e nie wolno ignorować instynktu samozachowaw- czego. Wsłuchiwał się w jego sygnały i dlatego z daleka nieomylnie wyczuwał i śmierć, i zbrodnię. Mógłby się załoz˙yć, z˙e w tym wypadku cho- dziło o zbrodnię, mimo z˙e nie znalazł w domu Pompasse’a z˙adnych śladów walki. Im szybciej się stąd wyniesie, tym lepiej. Ani myślał zawiada- miać policję. Musi zachować jak najdalej posu- niętą ostroz˙ność i przezorność. Obszedł szybko całe mieszkanie, utrwalając w pamięci kaz˙dy detal, a pamięć wzrokową miał doskonałą. W sypialni zobaczył niezasłane łóz˙ko, nie potrafił jednak powiedzieć, czy spała w nim jedna, czy dwie osoby. Wszędzie zatęchłe powietrze i przygnębiający zapach śmierci. W kuchni zlew pełen brudnych naczyń, na desce do krojenia okruchy chleba i resztki sera. Pompasse albo dał wolne gospodyni, albo z nie- wiadomych powodów nie zawiadomił jej, z˙e przybywa do miasta. Maguire zatrzymał się w sa- lonie przed wielkim portretem. Przedstawiał tę samą dziewczynę, co obraz wiszący w sypialni, niewielka akwarela w holu i szkic na galerii pierwszego piętra. Wpatrywał się w jej twarz jak zahipnotyzowany. Młodziutka, prawie dziecko. Zwinięta w kłę- bek spoglądała na świat z nadzieją i hardością, 20 a delikatną twarz przesłaniały ciemne włosy. Znał ten obraz, od dawna przeciez˙ interesował się Pompasse’em. Dzieło z tak zwanego złotego okresu, czyli z najlepszych, najciekawszych i naj- bardziej płodnych lat w twórczości starego. Po- tem jego styl stał się surowszy, bardziej abstrak- cyjny, trudno było rozpoznać kolejne modelki. Tę Maguire rozpoznawał, ale za nic nie mógł przy- pomnieć sobie jej imienia. Wiedział tylko, z˙e to młoda z˙ona Pompasse’a, jego muza i natchnienie. Obszedł lez˙ące w holu zwłoki. Szkoda, z˙e nie miał przy sobie aparatu. Zwykle nie rozstawał się ze swoim sprzętem, ale przyszedł tutaj w poszuki- waniu dzienników malarza, skąd więc, u licha, mógł wiedzieć, z˙e natknie się na coś, co warte będzie sfotografowania. Molly wstydziłaby się za niego, z˙e okazał się tak nieprzewidujący. Rasowy reporter, ba, nawet najgorszy pismak pracujący dla najbardziej parszywego brukowca, powinien być zawsze przygotowany na wszelkie niespo- dzianki. To podstawowa zasada obowiązująca dziennikarza, który uwaz˙a się za profesjonalistę, a Maguire w dalszym ciągu tak mniemał o sobie. Starannie wytarł klamkę brzegiem koszuli. Nie miał czasu na nic więcej. Powinien wyjść stąd moz˙liwie jak najszybciej, zamiast zawracać sobie głowę zacieraniem śladów, których pewnie i tak nie zostawił, bo taki miał zawodowy nawyk. Mimo to trochę się bał ewentualnych kon- 21 sekwencji, powtarzał sobie jednak, z˙e policja nie będzie miała najmniejszych podstaw, by go pode- jrzewać. Prawda, Pompasse naraził mu się, pró- bując wpłynąć na Gregory’ego i zablokować publikację materiału na swój temat, ale to z˙aden powód do popełnienia zbrodni. Dziennikarz z˙yje ze śledzenia swych ofiar, a nie ich zabijania. Dopiero kilkadziesiąt metrów od domu ode- tchnął z ulgą. Nikt go nie widział. Szczęście mu sprzyjało. Nie miał sobie nic do wyrzucenia. Gardził starym, ale to nie znaczyło, z˙e go zabił. Gardził wszystkimi, o których pisał. Śmierć Pompasse’a mogła bardziej zaszkodzić jego ksiąz˙ce, niz˙ jej pomóc. To powinien być przekonujący argument, gdyby policja zaczęła się go czepiać. Nie ma Pompasse’a, nie będzie rynku na sensacyjną biografię. Wiedział doskonale, z˙e to nieprawda, ale co szkodziło wcisnąć kit, w razie gdyby jakiś gor- liwy inspektor próbował dobrać mu się do skóry? Zawsze umiał wykręcić się z trudnych sytuacji, dlatego chodził jeszcze po tym świecie. Zakładając, z˙e nikt nie będzie go podejrzewał, a mógł to zakładać z duz˙ą dozą prawdopodobień- stwa, zamordowanie Pompasse’a spadło mu jak z nieba. Stary zasłuz˙ył sobie na śmierć, a ksiąz˙ka powinna sprzedawać się jak ciepłe bułeczki, mo- z˙e nawet wejdzie na listę bestsellerów. Maguire był pragmatykiem. 22 Kawiarnia w pobliz˙u domu, w którym miesz- kał, jak zwykle wczesnym popołudniem świeciła pustkami. Pora sjesty. Zdąz˙ył wypalić pół paczki papierosów. Przyrzekł sobie, z˙e to ostatnia, kiedy stanęły mu przed oczami obrazy, które widział w apartamencie malarza. Młoda z˙ona... ciągle nie pamiętał jej imienia. Zostawiła Pompasse’a przed wielu laty, a moz˙e to on miał jej dość, trudno powiedzieć. Potem stary nie malował juz˙ kobiet o świetlistych oczach. Nie znalazł takiej jak tamta. Coraz młodsze modelki, a było ich bez liku, spoglądały z kolejnych płócien na widza wystraszonym wzrokiem. Kto go zabił? Maguire mógłby iść o zakład, z˙e jedna z kobiet, którymi stary zawsze się otaczał. Miał cały harem. W wiejskiej willi mieszkały obok siebie kochanki z róz˙nych okresów, z róz˙- nych etapów z˙ycia Pompasse’a. Kaz˙da z tych wegetujących na marginesie istot miała liczne powody, z˙eby go ukatrupić. Zgasił niedopałek i wyjął następnego papiero- sa. Za duz˙o palił, wiedział o tym, ale w tej chwili miał większe zmartwienia niz˙ stan własnych płuc. Stawiałby na tę o złocistych oczach, wdowę po starym, madame Pompasse we własnej osobie. Mieszkała w Stanach, ale mogła przeciez˙ pojawić się we Florencji. Jeśli ona to zrobiła, Maguire łatwo znajdzie dowody. W przeciwieństwie do policji, miał 23 absolutnie wolną rękę, nie krępowały go zasady, kwestie proceduralne, litera prawa. Sam był sobie sterem, z˙eglarzem, okrętem. Nawet Gregory, choć płacił, nie mógł mu nic dyktować, co najwyz˙ej w ograniczonym zakresie. Miałby piękny rozdział na zamknięcie ksiąz˙ki. Epilog wielkiej biografii. Skończy paczkę gitanów, dopije kawę, potem zadzwoni do szefa ,,Starlight’’, a jutro moz˙e wreszcie rzuci palenie. Charlotte Thomas zagniatała właśnie ciasto na chleb, kiedy usłyszała, z˙e jej mąz˙ nie z˙yje. A ra- nek zdawał się taki spokojny, wręcz sielski. W kuchni unosił się miły zapach droz˙dz˙y i cynamonu. Palce rytmicznie wyrabiały miękką masę. Zza okna dochodziły rozmowy ptaków. Dla Charlotte przygotowywanie domowego chle- ba stanowiło swoistą formę medytacji. To był jej rytuał, cotygodniowe święto celebrowane zawsze z tym samym namaszczeniem. Mieszkała w samym środku Manhattanu i sa- mochody nawet o szóstej rano potrafiły zagłuszać ptasie trele, owe świergoty, ćwierkanie, grucha- nie, krakanie. A jednak kiedy popadała w błogi nastrój, nie słyszała juz˙ wielkomiejskiego szumu, tylko ptaki, które lubiły przysiadać na gzymsach starej kamienicy na Wschodniej 73 Ulicy. Gdyby włączyła radio, zapewne wcześniej do- tarłaby do niej wiadomość o nagłej śmierci Pom- 24 passe’a. Ale nie włączyła, bo nie chciała, z˙eby zewnętrzna rzeczywistość wdzierała się do jej domu i mąciła święty ,,czas chleba’’. Zagniatała ciasto, zamykała oczy i wyobraz˙ała sobie, z˙e przenosi się gdzieś bardzo, bardzo daleko, do innego świata, lepszego od tego, w jakim od wielu lat przyszło jej egzystować. Nie reagowała na natarczywe dzwonki telefo- nu, przechytrzyła ją jednak automatyczna sekre- tarka. W kuchni rozległ się stoicki, arystokratycz- ny głos jej narzeczonego: i wraz˙liwości. Nagrał – Charlie, Pompasse nie z˙yje. Do zobaczenia. Henry Richmond był jej co prawda bardzo jednak zdecydowanie brakowało mu oddany, wyobraźni lakoniczną wiadomość, wiadomość, która miała odmienić całe jej z˙ycie, po czym najzwyczajniej w świe- cie odłoz˙ył słuchawkę, pewien, z˙e we właściwy sposób wypełnił swoje zadanie. I juz˙. Tak, Hen- ry był nadzwyczaj sumiennym człowiekiem, przy czym traktował własną osobę i przypisane do tejz˙e osoby obowiązki z niezwykłą wprost powagą. Charlie przyjęła wieść obojętnie. Pompasse miał siedemdziesiąt trzy lata i kiepskie zdrowie. Lubił włoskie wino, mocne francuskie papierosy, dobre jedzenie. Wiódł leniwe z˙ycie sybaryty i nigdy nie dbał o siebie. Natomiast kiedy malo- wał, zachowywał się jak człowiek opętany przez 25 swoje wizje, odnajdywał w sobie niezmoz˙one siły, wracały mu młodość i energia. Odkładał pędzle i znowu stawał się zrzęd- liwym starcem. A teraz nie z˙yje. Odszedł na zawsze. Pewnie zmęczone serce nie wytrzymało niefrasobliwego trybu z˙ycia, rozmyślała Charlie, nie przerywając tchnącego spokojem misterium wyrabiania chleba. W fajansowej miseczce z Limoges lez˙ały jej pierścionki, a miseczka stała na marmurowym blacie kuchennym, na którym Charlie zagniatała ciasto. Spojrzała na z˙ółty brylant. Dostała go od Pompasse’a w dniu ich ślubu. Miała wtedy zaled- wie siedemnaście lat, tylko siedemnaście, on zaś dobiegał sześćdziesiątki. Był dla niej wszystkim. Ojcem i opiekunem. Wielbił ją, adorował, potrzebował jej. Po latach tułaczki z matką, która nigdzie nie potrafiła zapu- ścić korzeni, Charlie miała wreszcie dom, zyskała tak potrzebne kaz˙demu poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Choćby juz˙ tylko dlatego ko- chała starego Pompasse’a. Gnieść chwilę, rozciągnąć, zlepić, plasnąć o blat, odwrócić droz˙dz˙ową bułę. Rytmiczne, niemal bezwiedne, automatyczne, dobrze znane ruchy. Znowu zaczną wydzwaniać dziennikarze. Nie- ustannie zmieniała numer telefonu. Nie znali jeszcze najnowszego, ale wiedziała doskonale, z˙e 26 to tylko kwestia czasu. Zawsze potrafili ją wytro- pić. Jutro, pojutrze będą czekać przed jej restaurac- ją, będą kierować na nią kamery, oślepiać reflekto- rami, podtykać mikrofony. Największy współcze- sny malarz nie z˙yje. Co myśli na ten temat jego była z˙ona, co czuje w tych jakz˙e smutnych dniach? Co myśli? Co czuje? Nie chciała myśleć, nie chciała nic czuć. Jest przeciez˙ silna, wszystko potrafi przetrwać, z bie- giem lat zdąz˙yła nauczyć się tej trudnej sztuki, choć cięz˙ka i z˙mudna to była nauka. Potrafi, jeśli trzeba, zapomnieć o bólu i zająć się zwykłymi codziennymi sprawami. Potrafi wyprzeć ze świa- domości to, co trudne. Obrócić, plasnąć, ugnieść. Prawie skończyła wyrabiać ciasto. Nie miała juz˙ ochoty odkładać go do misy, z˙eby wyrosło. Skończyło się mis- terium ,,czasu chleba’’. Będzie teraz musiała umyć ręce i wsunąć z˙ółty brylant na serdeczny palec. Kiedy zdecydowała się odejść od Pompasse’a, próbowała zwrócić mu pierścionek, ale go nie przyjął, odesłał z powrotem. Powtarzał, z˙e nalez˙y do niej, z˙e pasuje do jej złotych oczu. Nie miała wyjścia, zatrzymała klejnot. Nosiła go przez wzgląd na męz˙a, chociaz˙ po rozstaniu nigdy więcej juz˙ go nie zobaczyła. Dzisiaj tez˙ nałoz˙y z˙ółty brylant. Zrobi to dla niego. Drgnęła na dźwięk dzwonka telefonu i szybko 27 chwyciła słuchawkę. Pod drugiej stronie ode- zwała się matka. – Słyszałaś juz˙? – Chłodny, opanowany głos zza oceanu. – Słyszałam – przytaknęła Charlie z tym sa- mym chłodem. Dawno juz˙ się połapała, z˙e tylko w ten sposób moz˙e uporać się z matczyną ekspan- sywnością. – Przylatuję do Nowego Jorku. Będziesz mnie potrzebowała. – Nie będę. – Jakby kiedykolwiek w czymś mi naprawdę pomogła, pomyślała Charlie z pełną goryczy niechęcią. Olivia z całą pewnością nie była osobą, którą człowiek chciałby mieć przy sobie w trudnych chwilach. Nigdy nie wybaczyła córce, z˙e to za jej sprawą wreszcie uświadomiła sobie, jak puste jest jej z˙ycie, jak bardzo jałowe, powierzchowne i po- zbawione jakiegokolwiek głębszego sensu. Nie wybaczyła takz˙e tego, z˙e Charlie odeszła od Pompasse’a. Moz˙e przede wszystkim tego, z˙e odeszła od Pompasse’a. – Chcę być na mszy za jego duszę, Charlie. Msza w Nowym Jorku, pogrzeb w Toskanii – tłumaczyła jak na nią wyjątkowo cierpliwie. – W La Colombali. Przyjedziesz – raczej stwier- dzała, niz˙ pytała. Olivia nigdy nie pytała, tylko narzucała z góry swoje zdanie innym. Nie interesowały jej odpowie- 28 dzi, nie potrafiła słuchać ludzi. Chyba nawet nie sły- szała swoich słów, bo mówiąc bez przerwy, za- głuszała równiez˙ samą siebie. Roszczeniowa i apo- dyktyczna, widziała tylko własne drogowskazy. Charlie stanął z˙ywo w pamięci obraz wiejskiej willi. Czyste toskańskie niebo, niezwykłe światło, zapach winorośli i rozgrzanego od słońca powiet- rza. Ogarnęły ją lęk i przemoz˙na tęsknota. Nie potrafiła powiedzieć, które z tych odczuć jest silniejsze. – Nie sądzę. Moz˙e jednak lęk przed bolesną konfrontacją z przeszłością? – Dziecinko, nie zapominaj, z˙e jesteś jego eksz˙oną. I spadkobierczynią. To jednak do czegoś zobowiązuje, prawda? Jego prawnicy nie znają twojego adresu, nie wiedzieli, jak cię odnaleźć, ale skontaktowali się ze mną. Od nich wiem, z˙e Pompasse nie zmienił testamentu. Ciągle waz˙ny jest ten, który został spisany jeszcze w okresie waszego małz˙eństwa. – Niech to szlag. – Cieszę się, z˙e pieniądze tak mało dla ciebie znaczą. – W głosie Olivii dało się słyszeć lekkie rozbawienie. – Uwierz swojej matce, człowiek, z˙eby nie wiadomo ile miał dóbr, nie jest nigdy zbyt bogaty. ,,Uwierz swojej matce’’. Dobrze powiedziane. Nic dodać, nic ująć. 29 Charlie popełniła wiele błędów w swoim trzy- dziestoletnim z˙yciu, ale tego jednego nigdy. Wcześnie zrozumiała, komu mogła wierzyć, lecz niestety Olivii Thomas nie było wśród tych wy- branych osób. Taka była smutna prawda. – Jest wczesny świt, mamo. Dosłownie przed chwilą dowiedziałam się o śmierci Pompasse’a. Henry przekazał mi wiadomość. Zadzwoń do mnie za kilka godzin, bardzo proszę, wtedy bę- dziemy mogły spokojnie pomówić o... Swoim zwyczajem Olivia nie dała jej dokoń- czyć zdania. – Dzwonię z lotniska, mam juz˙ bilet, jestem po odprawie. Mój samolot startuje za kilkanaście minut. Porozmawiamy w Nowym Jorku, skarbie. Będę przy tobie – zapewniła ze stosownym do okoliczności patosem i rozłączyła się, zanim córka zdąz˙yła zaprotestować. Charlie powoli odwiesiła słuchawkę. Zagnie- cione ciasto chlebowe nadal lez˙ało na marmuro- wym blacie. Okrągła, pulchna buła. Wyrzuciła ją ze złością do kosza na śmieci i umyła ręce. Wytarła je w fartuch i sięgnęła po pierścionki. Jako ostatni wsunęła na palec skrzący się świetlis- tymi refleksami z˙ółty brylant. Wpatrywała się przez długą chwilę w klejnot pustym, niewidzą- cym wzrokiem. I dopiero teraz z jej oczu popłynęły łzy. ROZDZIAŁ DRUGI Nie powinien był słuchać Gregory’ego. Rzad- ko słuchał innych i dobrze na tym wychodził. Wolał zdawać się na własną intuicję. Cenił ją sobie bardzo, podobnie jak niezalez˙ność i swobo- dę w podejmowaniu decyzji. Tym razem jednak właściciel ,,Starlight’’ pozostał nieugięty. – Musisz lecieć do Nowego Jorku na mszę za Pompasse’a – upierał się. – Rozejrzysz się dys- kretnie. Nikt przeciez˙ nie musi wiedzieć, kim jesteś. Oficjalny reportaz˙ zrobią nasi chłopcy. Są juz˙ na miejscu. Ty zajmij się wdową, moz˙e pojawią się tez˙ byłe kochanki. – A jeśli ktoś przypadkiem zapamięta moją twarz? Nie wpuszczą mnie potem do willi. Będę mógł zawiesić sprawę na kołku, czyli, mówiąc inaczej, będę spalony – próbował przemówić Gregory’emu do rozsądku. – Nie wymagaj, z˙ebym uczył profesjonalistę 31 jego fachu. Do diabła, jesteś starym wyjadaczem i potrafisz wejść wszędzie, gdzie zechcesz. – Zamierzałem zaprezentować się jako przed- stawiciel firmy ubezpieczeniowej Pompasse’a i tym sposobem dostać się do willi. Co taki łepek miałby robić na mszy w Nowym Jorku? – Co się z tobą dzieje, na litość boską? Bierz się do roboty, człowieku. Czyz˙byś się bał, z˙e sobie nie poradzisz? – Poradzę sobie – wycedził Maguire przez zęby. – Ale wyjazd do Nowego Jorku to tylko niepotrzebna strata czasu. Posłuchaj mnie, skoro uwaz˙asz, z˙e jestem profesjonalistą. – Nie zamierzam cię słuchać, profesjonalisto. Potraktuj to jako potrzebną stratę czasu. Pom- passe był sławny, nie muszę ci tego chyba tłuma- czyć. Na mszę zjadą się dziennikarze z całego świata, będą szukać materiału. My mamy juz˙ materiał. Pracujesz nad nim od kilku miesięcy, siedzisz w samym środku tej historii. Nie moz˙emy pozwolić sobie na to, z˙eby ktoś sprzątnął ją nam sprzed nosa tylko dlatego, z˙e nie chcesz lecieć do Nowego Jorku, bo ktoś moz˙e zapamiętać twoją twarz – irytował się Gregory, sapiąc głośno w słu- chawkę, jakby zabrakło mu powietrza. Maguire w końcu się zgodził. Trzymał się z boku i wszystko byłoby dobrze, gdyby w pew- nym momencie wdowa nie podniosła wzroku i nie spojrzała mu prosto w twarz. 32 Natychmiast schował się za jeden z filarów dzielących nawy, a kiedy ostroz˙nie wychylił zno- wu głowę, zobaczył, z˙e spuściła juz˙ oczy. Złocis- te, niezwykłe i tajemnicze oczy, które tak dobrze znał z obrazów Pompasse’a. Ogromny kościół był wypełniony po brzegi. Zebrali się z˙ałobnicy, szukający sensacji i dresz- czyku emocji gapie, paparazzi sprzedający zdję- cia temu, kto dawał lepszą cenę, reporterzy pracu- jący dla prasy brukowej tak jak Maguire. Mało prawdopodobne, z˙eby pani Pompasse zapamięta- ła w tym tłumie akurat jego twarz. Wysłuchał cierpliwie kwiecistych, podnios- łych mów poz˙egnalnych, bardziej stosownych dla Matki Teresy niz˙ dla starego narcyza. Ciekawe, z˙e nikt nie uronił choćby jednej łzy. Nikt nie czuł potrzeby, by opłakiwać wielkiego Pompasse’a, nikt nie próbował nawet udawać smutku. A juz˙ najmniej Connor Maguire. Na przyjęciu po mszy był zaledwie kilka minut. Tak z przezorności, a on zawsze był przezorny. Wolał nie rzucać się w oczy, oba- wiał się spotkania twarzą w twarz z wdową, skoro później zamierzał do niej dotrzeć, podając się za kogoś, kto raczej nie miał powodów, z˙eby pojawić się na mszy z˙ałobnej w Nowym Jorku. Zatrzymał się jeszcze na chwilę przy zatłoczo- nym wejściu do ,,La Chance’’ i po raz ostatni 33 zerknął na Charlie Thomas. Nie mógł jej roz- gryźć. Owszem, znał suche fakty. Wyszła za Pompasse’a, gdy miała siedemnaście lat, a zo- stawiła go po ośmiu latach małz˙eństwa i rozpo- częła nowe z˙ycie. Przyjechała do Nowego Jorku i otworzyła restaurację, która z punktu zdobyła ogromną popularność. Pani Thomas-Pompasse sama zapracowała na swój sukces. Robiła wraz˙enie osoby spokojnej, stanowczej, umiejącej decydować o sobie, a przy tym łagodnej, kruchej i kompletnie ode- rwanej od rzeczywistości. Zaiste, dziwna kom- binacja. Był ciekaw, które z tych biegunowo róz˙nych cech bardziej waz˙ą na jej osobowości: siła czy kruchość? W tej chwili wyglądała jak otulona lodowym płaszczem Królowa Śniegu. Czego trzeba, z˙eby rozbić zimną powłokę? W odczuciu Charlie najgorsze było przyjęcie, nie msza i nawet nie natrętni do granic wy- trzymałości, wszechobecni paparazzi. – Moja dzielna dziewczynka. – Henry pokle- pał ją delikatnie po dłoni. – Potrafiłaś zachować kamienny spokój. Obserwowałem cię. Znakomi- cie się trzymałaś przez cały czas. Jestem z ciebie naprawdę dumny. ,,Dzielna’’, ,,znakomicie’’, ,,dumny’’. Charlie uśmiechnęła się z przymusem. Przy 34 usposobieniu Henry’ego takie słowa to juz˙ praw- dziwa wylewność. Przyjęcie moz˙na było uznać za udane, jakz˙eby zresztą mogło być inaczej, skoro zostało urządzo- ne w ,,La Chance’’, restauracji nalez˙ącej do Char- lie. Maurice naprawdę przeszedł samego siebie, przygotowując zimny bufet. Tak, przyjęcie byłoby bez wątpienia całkowi- cie udane, gdyby nie ludzie, którzy płaszczyli się przed Pompasse’em za z˙ycia, a teraz bezlitośnie go obgadywali. Jedli, pili i zerkali ukradkiem w stronę Charlie. Dopóki nie narzucali się z na- chalnymi pytaniami i ograniczali do kilku słów współczucia, niewiele sobie robiła z ich pokąt- nych spojrzeń. Wspierana przez Henry’ego jakoś powinna przetrwać ciągnący się w nieskończo- ność dzień. Matka rozmawiała z kimś w drugim końcu sali. Odrzuciła właśnie do tyłu wystudiowanym ges- tem płomiennie rude włosy. Wyglądała wspania- le, jak zwykle. Całą swoją energię wkładała w to, z˙eby zawsze wyglądać wspaniale. Ciekawe, czy zrobiła sobie kolejną operację plastyczną, prze- mknęło Charlie przez głowę. Nie odziedziczyła po matce legendarnej urody i uwaz˙ała to za błogosławieństwo, rodzaj ochron- nej powłoki. Tak w kaz˙dym razie myślała do momentu, kiedy poznała Pompasse’a. Ten zaś wolał subtelność niz˙ ostentacyjne, obezwładnia- 35 jące piękno. Przepadła wtedy z kretesem, straci- ła ochronną powłokę, czy tez˙ raczej on ją znisz- czył. Nie, małz˙eństwo z Pompasse’em nie było przegraną, napomniała się ostro i zacisnęła kur- czowo palce na ramieniu Henry’ego. Gniotła jego elegancki garnitur, ale Henry, oczywiście, nie odsunie się, nie zwróci jej uwagi. Henry, dz˙entelmen doskonały, zawsze, w kaz˙- dej sytuacji. W przeciwieństwie do Pompasse’a, który po- trafił awanturować się o byle głupstwo. Mądrze wybrał, z˙eniąc się właśnie z nią. Ob- cowanie z matką nauczyło ją radzić sobie z nie- znośnymi, apodyktycznymi ludźmi o wybucho- wych temperamentach. Mogła się uwaz˙ać za eksperta w tej materii. Przy histerycznej Olivii Pompasse wydawał się łagodnym barankiem, choćby tylko dlatego, z˙e w przeciwieństwie do jej rodzonej matki po prostu ją kochał. Henry tez˙ ją kochał, na swój stateczny, pełen godności sposób. Uosabiał wszystko, czego ocze- kiwała od męz˙czyzny: czułość, urok osobisty, wyrafinowany smak, dojrzałość. Wspierał ją, kie- dy potrzebowała wsparcia, pozwalał rozpostrzeć skrzydła, kiedy potrzebowała swobody. Zdejmie w końcu z palca z˙ółty brylant i nałoz˙y stary wenecki pierścionek z perłą, który Henry kupił po miesiącach poszukiwań, az˙ znalazł wresz- 36 cie klejnot godny jej delikatnej urody, jak to określił. Tym razem wyjdzie za człowieka tylko dwa razy od niej starszego. – Pozwól mi jechać z tobą do Toskanii, kocha- nie – szepnął jej do ucha. – Chcę być przy tobie. To taka smutna, przygnębiająca podróz˙. Nie po- winnaś być tam sama. Charlie spojrzała w jego powaz˙ne, pełne szcze- rej troski oczy. – Mówiłam ci, z˙e moz˙esz przyjechać, jak tylko uda ci się wyrwać z Nowego Jorku, ale ja nie mogę czekać ani jednego dnia. Chcę natych- miast zająć się spuścizną malarską po Pompas- sie i przekazać ją we właściwe ręce. Rozdys- ponować zapisy testamentowe. Jestem mu to winna. Miałabym nieczyste sumienie, gdybym zwlekała. – Tydzień moz˙esz chyba poczekać? Kilka dni naprawdę niewiele zmieni. Twoja matka tez˙ z pe- wnością nie pojawi się wcześniej w La Colom- bali. To był jeden z powodów pośpiechu. Olivia miała, jak zawsze, czas wypełniony po brzegi, a Charlie chciała trochę pobyć w willi bez przy- tłaczającej obecności swojej rodzicielki. Gdyby przyznała to głośno, z całą pewnością zgorszyłaby Henry’ego. Olivia go akceptowała i to mu w zupełności wystarczało. Nigdy nie przyszłoby mu do głowy, z˙e między córką 37
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wdowa
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: