Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00425 005068 18979450 na godz. na dobę w sumie
Wędrowny amerykański mnich - ebook/pdf
Wędrowny amerykański mnich - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 180
Wydawca: SELF-PUBLISHER Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-953992-4-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> biografie
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Przedmowa do wydania polskiego Czcig. Hae Mahn

Choć Jongmae Kunsunim przyjeżdża do Polski już od kilku lat, to na książkę musieliśmy poczekać. I oto jest, pierwsza publikacja przetłumaczona na język polski. 

Napisał ich o wiele więcej, zatem dziękując wszystkim, którzy~pomimo wielu innych obowiązków włożyli w ten projekt całą swoją energię, mamy zarazem apetyt na ciąg dalszy.

Ta książka jest jak wędrówka przez… Stany Zjednoczone, stany wewnętrzne, stany umysłu. Lektura książki  „Wędrowny amerykański mnich” to niezwykła okazja, aby przybliżyć się do nauczyciela zen i jego nauczania, ale przede wszystkim, aby nawiązać bliższy kontakt z osobą i jej życiem.

Wędrowny mnich… jakże inne jest dzisiaj wędrowanie, samochodem, samolotem, w sieci... jakże inny jest trud wędrowania współczesnego mnicha od trudu mnicha dawnego, który z tobołkiem na plecach przemierzał góry i doliny, setki kilometrów miesiącami i latami.

Ta książka to ciekawie opisana podróż życia, gdzie szczerość, taka do bólu, decyduje o tym, że nie jest to kolejna historia o tajemniczym mistrzu zen, który osiąga oświecenie  w górskiej pustelni, a o nauczycielu, który żyje wśród nas i doświadcza tego i tamtego, co ty i ja.

Prowadzony naukami Buddy, Jongmae Kunsunim przemierza kontynenty, a w miarę poznawania Ameryki i Europy urzeczywistnia i coraz efektywniej szerzy  Dharmę, w każdym miejscu propagując buddyjskie wartości. Wnikliwie rysuje tło polityczne, kulturowe i społeczne, a rozległa wiedza o buddyzmie, znakomita orientacja w zagadnieniach różnych jego szkół i nurtów, pozwala mu na zgrabne wplatanie nauk zen w różne wątki książki.

Cała jego „Droga”, ogromna ruchliwość, aktywność i niestrudzona praca, wydają owoce: wiele osiągnięć naukowych, napisanych książek, założonych ośrodków zen.

Na Zachodzie wśród praktykujących buddyzm szerzy się ideę pomagania, ale za formułką „jak mogę ci pomóc” często niewiele stoi. W tej publikacji można zobaczyć, jak Jongmae Kunsunim, spotykając się z ogromem cierpienia u młodych ludzi, pomaga im poprzez działanie. Działanie wynikające z rozumienia, miłości i współczucia.

W swojej książce Kunsunim mówi: „Sarva Anitya! Nic nie jest trwałe i wszystko podlega zmianom. Ta prosta buddyjska prawda okazała się bardzo przydatna w uspokajaniu moich studentów. Dodawałem im odwagi mówiąc, że stres, którego obecnie doświadczają, nie będzie trwał wiecznie. Często czułem, że przeżywany przez nich stres i psychiczny ból były znacznie silniejsze niż objawy jakiejkolwiek fizycznej choroby”.

Jongmae Kunsunim doświadczył wielu dramatycznych przeżyć – więzienie, tortury, prześladowania w Korei, emigracja polityczna, upokorzenia i rasizm w Ameryce, zaznał zimna i dotkliwej samotności w austriackich Alpach. Mimo to głęboko przeżywa miłość i współczucie wobec świata i ludzi.
  
W czasie jego pierwszej wizyty w Polsce odwiedziliśmy były niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, a że nie można było odprawiać tam ceremonii, przeszliśmy do ruin jednego z baraków w obozie obok, w Brzezince, gdzie razem, w ciszy wyrecytowaliśmy buddyjską modlitwę.

Tej nocy Kunsunim miał sen, po którym już nie zasnął. Śniły mu się dzieci w obozie. Płakał. Następnego dnia dowiedziałem się, że w tym właśnie baraku były przetrzymywane małe dzieci.

„Mnich to człowiek o wielu talentach” – mawia Kunsunim. Podczas jego wizyt w Polsce, w naszej Świątyni Dae Won Sa, ludzie przyjmowali wskazania i smakowali osobliwego uroku, dosłownie i w przenośni – po wystąpieniu na Uniwersytecie, w jednej chwili przeistaczał się w znakomitego mistrza kuchni, który serwował nam najsmaczniejsze koreańskie potrawy albo w~bajarza, który długo opowiadał prawdziwe historie.

Jongmae Kunsunim pokazał, w jaki sposób stosował nauki buddyjskie w życiu codziennym, co jest dla nas jasnym drogowskazem, jak my możemy to robić. Pokazał, że życie i nauki nie są oddzielone – są jednym.

Nauczycielu, trzy pokłony dla Ciebie.
Dziękuję.
Czcigodny Hae Mahn
Opat, Główny Nauczyciel Świątyni Dae Won Sa Szkoły Zen Taego Buddyzmu Koreańskiego w Polsce.
Chair of Congress, American-European Parish Taego Order.
Regional Head Leadership (Europe)
Czerwiec 2020 r.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

14 1.3 Przedmowa autora 1. Wst˛ep „Ameryka´nski mnich” to pseudonim nadany mi jeszcze w la- tach 80-tych XX wieku przez mojego najukocha´nszego brata w Dharmie, Czcigodnego Jongwon. W 1979 roku z powodów politycznych musiałem wyemigrowa´c do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Do jesieni 1987 roku nie miałem mo˙zliwo´sci wyjazdu do mojej w ojczyzny. Dlatego te˙z, odk ˛ad zmieniły si˛e polityczne uwarunkowania, to podró˙zuj˛e tam przynajmniej raz do roku, czasem nawet i dwa razy. Wi˛ekszo´s´c czasu sp˛edzam wówczas w mojej rodzinnej ´swi ˛atyni Hwaeomsah w prowincji Jeolla-Namdo. Szczerze mówi ˛ac, nigdy nie planowałem, ani te˙z nie miałem zamiaru wyje˙zd˙za´c do USA... Uczyniłem to tylko i wył ˛acznie z powodów politycznych. To wła´snie one spowodowały, ˙ze przy- byłem do tego jednego z najwi˛ekszych na ´swiecie pa´nstw, jak równie˙z popychaj ˛a mnie przez ostatnie 37 lat do w˛edrówek po ´swiecie, w trakcie których odwiedziłem ju˙z ponad 50 krajów pracuj ˛ac na rzecz buddyzmu, innymi słowy propaguj ˛ac Dharm˛e. 1.3 Przedmowa autora 15 Zdaj˛e sobie spraw˛e, ˙ze szerz ˛ac Dharm˛e przez wszystkie te lata zdarzyło mi si˛e popełni´c wiele bł˛edów, z powodu których czuj˛e w sobie ˙zal tak du˙zy, ˙ze nieraz jest mi a˙z wstyd o tym mówi´c... W 1979 roku, w pierwszym roku pobytu w USA, byłem jeszcze pełen obaw i odczuwałem ogromn ˛a niepewno´s´c, gdy˙z wszystko, co mnie otaczało, a zwłaszcza j˛ezyk i kultura, było zupełnie inne ni˙z to, co do tej pory znałem. Niemniej jednak, dzi˛eki wielu bło- gosławie´nstwom ze strony Buddy i Bodhisattwów, poczyniłem pierwsze kroki i powołałem do istnienia mał ˛a grup˛e misjonarzy buddyjskich. Spotkanie w USA Mistrzów, takich jak Czcig. Seung Sahn czy Czcig. Do Ahn w USA okazało si˛e mnie najwi˛ekszym szcz˛e´sciem i błogosławie´nstwem. Ci dwaj wielcy Mistrzowie mocno wsparli mnie swoimi dobrymi radami. Za ka˙zdy razem, gdy miałem okazj˛e słucha´c ich mów Dharmy, b ˛ad´z by´c ´swiad- kiem, gdy dzielili si˛e z innymi swoj ˛a wiedz ˛a, pilnie chłon ˛ałem ka˙zde ich słowo; gdy˙z sam nie miałem jeszcze do´swiadczenia w ˙zyciu Sanghi ani gł˛ebokiej wiedzy o Dharmie Buddy. Na po- cz ˛atku lat 80-tych XX wieku spotkałem wielkiego uczonego, reprezentuj ˛acego tradycj˛e therawady, Czcigodnego dr Havanpola Ratanasara. Była to najszcz˛e´sliwsza chwila w moim ˙zyciu, gdy˙z nauczał mnie on całej Nikayasutty1, a pó´zniej, dzi˛eki jego po- mocy i pod jego kierunkiem udało mi si˛e uzyska´c tytuł doktora. Jestem naprawd˛e szcz˛e´sliwym mnichem zen, który miał okazj˛e studiowa´c, by zdoby´c wy˙zsze wykształcenie i samemu naucza´c na wielu uniwersytetach, jak równie˙z podró˙zowa´c po całym ´swiecie w celu buddyjskiej misyjnej działalno´sci. Jednak˙ze, nale˙zy pami˛eta´c, ˙ze to nie była gra solo... w rzeczywisto´sci to wspólna praca wielu członków Sanghi, braci w Dharmie, zgro- madze´n w USA i Europie, a co najwa˙zniejsze mojej rodziny, która udzieliła mi nieograniczonego wr˛ecz wsparcia. 1Wczesny kanon buddyjski. 16 1. Wst˛ep Byłem pierwszym buddyjskim kapelanem i wykładowc ˛a na Uni- wersytecie Południowej Kalifornii oraz adiunktem na Uniwer- sytecie Loyola Marymount. Potem zostałem dziekanem Instytutu Studiów Buddyjskich w USA - wszystko to było mo˙zliwe dzi˛eki ła´ncuchowi Pratiya-Samutpada2, powinowactwa karmicznego! Teraz, jako emerytowany profesor oraz starszy główny opat w Północnoameryka´nsko-Europejskiej Szkole Korea´nskiego Bud- dyzmu Zen - Taego, dedykuj˛e „W˛edrownego Ameryka´nskiego Mnicha” mojemu umiłowanemu nauczycielowi Dharmy, mi- strzowi zen Do Kwang’owi, braciom w Dharmie: Czcig. Jong- won’owi i Czcig. Jonggeol’owi, mojej pi˛eknej mał˙zonce Young Park, moim dzieciom Kapitanowi Albertowi Parkowi, Mayi Hed- don i Johnowi Heddon. Chciałbym zło˙zy´c tak˙ze specjalne podzi˛e- kowania mojemu redaktorowi, który przysłu˙zył si˛e wieloletni ˛a prac ˛a, Wielebnemu Johnowi Maxwell’owi oraz moim uczniom Karinie Sima, Haraldowi Skrabal, Theodorowi Strohal. Na koniec składam trzy pełne pokłony Czcigodnemu Hae Cho, Najwy˙zszemu Patriarsze Zakonu Taego. Listopad 2015 Jongmae Kenneth Park Anaheim Hills, Kalifornia 2Współzale˙zne powstawanie 1.4 Krótko o Czcig. Jongmae Kenneth Park 17 1.4 Krótko o Czcig. Jongmae Kenneth Park 1954 - urodzony w Seulu, Korea Południowa 1972 - akolita, nowicjusz zen (Haenja) pod okiem Czcig. Moo-Gong 1975 - został mnichem zen pod okiem Czcig. Do Kwang w ´swi ˛atyni HwaomSah 1976 - przyj ˛ał pełne ´swi˛ecenia mnicha Bhikkhu pod okiem Najczcig. Ku-San 1979 - emigracja do USA 1986 - zało˙zył ´swi ˛atyni˛e Bo Kwang w Anaheim 1992 - zało˙zył ´swi ˛atyni˛e Bo Kwang w ´Srodkowym L.A. 1999 - 2003 - studia doktoranckie (studia buddyjskie) na USC i CBS LA 1999 - obj˛ecie posady buddyjskiego dyrektora Uniwersytetu Południowej Kalifornii 2003 - obecnie Zało˙zyciel i dziekan Instytutu Studiów Buddyjskich USA 2006 - Patriarcha w Szkole Zen Taego, Korea´nskiego Buddyzmu w Ameryce i Europie 2007 - 2014 - adiunkt w Loyola Marymount University, CA członek Ameryka´nskiej Akademii Religii (AAR) członek ´Swiatowej Wspólnoty Buddyjskiej / Mook Rim Society członek Rady Patriarchów Szkoły Zen Taego, Korea´nskiego Buddyzmu członek Stowarzyszenia Profesorów Korea´nsko-Ameryka´nskiego Uniwersytetu 2.2 Rok 1979 25 Moje nogi zrobiły si˛e jak z waty. Zostałem wci ˛agni˛ety przez dwóch go´sci ubranych po cywilemu do małego budynku. Czekał tam ju˙z na mnie m˛e˙zczyzna w mundurze. Starszy m˛e˙zczyzna, który mnie przywiózł, krzykn ˛ał do dwóch umundurowanych ˙zołnierzy: „Skujcie tego sukinsyna”. Rzucili mnie na krzesło i skuli r˛ece z tyłu. Zobaczyłem gwiazdy. Przewróciłem si˛e razem z krzesłem. Star- szy m˛e˙zczyzna zacz ˛ał kopa´c mnie raz za razem po twarzy. Krzy- czałem w wielkim bólu i m˛eczarniach. Nast˛epnie dwóch ˙zołnierzy z powrotem ustawiło krzesło do pionu. Starszy m˛e˙zczyzna dalej bił mnie po twarzy... nie pami˛etam ile razy. Zdawało mi si˛e, ˙ze trwało to całe wieki. Po pierwszej serii ciosów ból ustał, ale głowa piekła od gor ˛aca, gdy spływała po niej krew. Cała twarz była poci˛eta i posiniaczona, czułem mrowienie, nie mogłem otworzy´c zapuchni˛etych oczu. W ko´ncu przestał. Usiadł powoli na krze´sle naprzeciwko mnie i zacz ˛ał ze mn ˛a roz- mawia´c, jakby´smy byli starymi znajomymi. „Hej, ty pieprzony komunisto. Znam twojego ojca. Znam ciebie. Ty i twój oj- ciec zdradzili´scie ten kraj. Nasz rz ˛ad b˛edzie was odpowiednio kara´c tak długo, a˙z ta wasza ideologia dostosuje si˛e w ko´ncu do naszego demokratycznego systemu”. Wiedziałem, ˙ze to było nieuczciwe, to tak jak w USA w epoce McCarthy’ego, nazywaj ˛ac mnie komunist ˛a, zostałem po prostu wrzucony do jednego worka razem ze wszystkimi, którzy wypo- wiadali si˛e przeciwko dyktaturze. Przypomniałem sobie, ˙ze mój ojciec opu´scił Kore˛e w 1976 roku, najprawdopodobniej szukaj ˛ac azylu politycznego. Korea Południowa znajdowała si˛e pod rz ˛a- dami wojskowych kierowanych przez generała Chung-hee Parka, twardego dyktatora. Ktokolwiek wyst ˛apił przeciwko niemu, zwykle trafiał w r˛ece słu˙zb specjalnych lub policji, gdzie był bity, torturowany, a czasem mordowany. Pod rz ˛adami wojskowych nie istniały demokratyczne prawa i konstytucja, pa´nstwo funkcjo- nowało wówczas według regulacji stanu wojennego. Nie było 26 2. Przyjazd do USA wolno´sci obywatelskich, nie istniała wolno´s´c słowa, zgromadze´n i prasy; czasami nie mo˙zna było swobodnie porusza´c si˛e po kraju. Jak na ironi˛e, nie miało to miejsca w Korei Północnej, ale w Ko- rei Południowej, w kraju sprzymierzonym z USA. Od 1976 roku słu˙zyłem jako kapelan wojskowy w buddyjskiej ´swi ˛atyni znaj- duj ˛acej si˛e w bazie wojskowej. W tym samym czasie mój ojciec przeniósł si˛e do Stanów, gdzie doł ˛aczył do innych uchod´zców politycznych. Zacz˛eli demonstracje przeciwko dyktaturze woj- skowej w Korei Południowej. Poniewa˙z byłem jego synem, za- wsze w pełni popierałem przekonania mojego ojca. Podczas pobytu w wojsku potajemnie utrzymywali´smy ze sob ˛a kontakt listowny i telefoniczny. Nigdy nie wysyłałem listów umieszcza- j ˛ac na kopercie prawdziwy adres nadawcy, ani nie korzystałem z prywatnego telefonu. W listach i rozmowach pot˛epiałem niejed- nokrotnie generała Parka i przyrzekłem wspiera´c bojowników o wolno´s´c. Niestety zostałem złapany. Sam siebie doprowadzi- łem do dramatycznej sytuacji, w której si˛e wła´snie znajdowałem. Zacz˛eli mnie przesłuchiwa´c, chcieli wyci ˛agn ˛a´c nazwiska in- nych dysydentów. Szczerze mówi ˛ac ˙zadnego nawet nie znałem. Mój ojciec i jego przyjaciele byli teraz w USA. Nie znałem ˙zadnego opozycjonisty w moim kraju. Ci ˛agle powtarzałem przesłuchuj ˛acym tajnym słu˙zbom, ˙ze nie mog˛e im poda´c ˙zadnych nazwisk, poniewa˙z najzwyczajniej takich nie znam. Nast˛epnego dnia dowiedziałem si˛e, ˙ze tym starszym m˛e˙zczyzn ˛a był sier˙zant Kim. Podczas przesłuchania cz˛esto mówił mi: „Hej, ty pieprzony mnichu. Umrzesz tutaj, chyba, ˙ze zakapujesz, kto działa wraz z tob ˛a. Mo˙zemy ci˛e zabi´c w ka˙zdej chwili. Spalimy twoje n˛edzne ciało. Nikt nigdy si˛e nie dowie, co si˛e z tob ˛a stało”. Naprawd˛e udało mu si˛e mnie przerazi´c. Powiedział: „Jestem diakonem protestanckim. Nienawidz˛e mni- chów buddyjskich. Nienawidz˛e Buddy. Chciałbym was wszy- 2.2 Rok 1979 27 stkich powybija´c!”. Zmieniał swoje metody, dysponował całym wachlarzem tortur: emocjonalne zagrania, intelektualne i fizy- czne ataki. Moim jedynym marzeniem było, ocalenia ˙zycia, opuszczenie pewnego dnia tego budynku przesłucha´n i zobacze- nie si˛e z rodzin ˛a. Robiłem wszystko to, co kazał mi sier˙zant Kim. Odpowiadałem mu „Tak, prosz˛e pana” i w stu procentach wykonywałem ka˙zde polecenie, jakie otrzymałem, poniewa˙z chciałem prze˙zy´c. Wszy- stko było instynktowne. Codziennie domagano si˛e, ˙zebym napisał trzystustronicowy list wyra˙zaj ˛acy skruch˛e wobec rz ˛adu. W naj- lepszych dniach byłem w stanie napisa´c sto stron. Moje ciało stawało si˛e coraz bardziej kruche i obolałe. Usta były tak spierz- chni˛ete, ˙ze nie mogłem je´s´c. Starałem si˛e ze wszystkich sił. Nie chciałem umrze´c, nie w tej sali tortur. W marcu 1979 roku zostałem zwolniony. Tajne słu˙zby wojskowe kazały mi trzyma´c j˛ezyk za z˛ebami. Powiedziano mi, ˙ze je´sli jakiekolwiek informacje o przesłuchaniu zostan ˛a ujawnione, do- wiedz ˛a si˛e o tym i mnie zabij ˛a. To był najszcz˛e´sliwszy moment w moim ˙zyciu, przetrwanie przesłuchania prowadzonego przez wojskowych. Moja przyjaciółka, pani Rim, podała mi zup˛e na ko´sci wołowej, pomimo ˙ze byłem wegetarianinem. Obawiała si˛e, ˙ze umr˛e, je´sli nie odzyskam sił. My´slała, ˙ze byłem ci˛e˙zko chory i nic nie wiedziała o przesłuchaniu. Przede mn ˛a stała miska zupy. Trzymaj ˛ac ły˙zk˛e zacz ˛ałem płaka´c. Płakałem i płakałem. Coraz mocniej. Moje łzy mieszały si˛e z zup ˛a i sprawiły, ˙ze miska przepełniła si˛e. Nie odczuwałem wówczas wstydu. W tym czasie mój ojciec pracował w Stanach. Skontaktował si˛e z tamtejszym rz ˛adem i Amnesty International i przekonał ich, aby wywarli nacisk na rz ˛ad Korei Południowej, by uwolniono mnie z tego nieszcz˛esnego miejsca. W maju 1979 roku dostałem osobiste wezwanie do ambasady USA. Powiedzieli mi, ˙ze czeka na mnie paszport i wiza. 28 2. Przyjazd do USA W czerwcu 1979 roku ostatecznie wyjechałem do USA. Nigdy nie miałem zamiaru opuszcza´c Korei. Chciałem pozosta´c w moim klasztorze, ale musiałem wyjecha´c dla własnego bezpiecze´nstwa. Moja rodzina przywitała mnie serdecznie na lotnisku LAX9. Matka była bardzo szcz˛e´sliwa, ˙ze jestem bezpieczny, lecz za- cz˛eła szlocha´c. Ja płakałem nie mniej ni˙z ona. Byłem bezpieczny. Byłem w domu. Zgodnie z sutr ˛a mahajany, Virya Paramita oznacza akt ogromnej wytrzymało´sci. Jest to jedna z głównych praktyk buddyzmu zen. Odczułem, ˙ze moja wytrzymało´s´c i cierpliwo´s´c doprowadziły do tej nowej sytuacji w ˙zyciu. W ko´ncu znów poł ˛aczyłem si˛e z rodzin ˛a. Od tej pory ju˙z zawsze odczuwam dług i gł˛ebok ˛a wdzi˛eczno´s´c wobec rz ˛adu USA, moich rodziców, Buddy, bodhi- sattwów i wszystkich bóstw na ´swiecie. Co dziwne, dzi´s córka korea´nskiego dyktatora jest prezydentem Korei Południowej. 2.3 Praca w fabryce Carson Odpoczywałem przez trzy kolejne dni. Potem powiedziałem jednemu z moich braci, ˙ze chocia˙z jestem mnichem zen, musz˛e podj ˛a´c prac˛e zarobkow ˛a. Nie chciałem by´c zale˙znym od swojej rodziny. Chciałem podj ˛a´c prac˛e i mie´c własne dochody. Inny z moich braci pracował jako operator frezarki w Heuver Profiling Company w Carson. Porozmawiał ze swoim przeło˙zonym czy byłaby mo˙zliwo´s´c zatrudnienia i mnie. Dokładnie siedem dni po przybyciu do Stanów zacz ˛ałem pra- cowa´c w warsztacie zarabiaj ˛ac pi˛e´c dolarów za godzin˛e. W 1979 roku wi˛ekszo´s´c zakładów produkcji maszyn płaciła dwa dolary za godzin˛e, wi˛ec moje wynagrodzenie było stosunkowo dobre. Pocz ˛atkowo nie mówiłem praktycznie w ogóle po angielsku, co utrudniało mi komunikacj˛e z innymi pracownikami. Rozumia- łem tylko najbardziej podstawowe słowa. Miałem smykałk˛e do 9Port lotniczy w Los Angeles 2.3 Praca w fabryce Carson 29 pracy z maszynami, jak równie˙z szybko poprawiłem znajomo´s´c angielskiego. Prawdziwe trudno´sci wynikały jednak z ró˙znic kulturowych i dyskryminacji na tle rasowym. Dzisiaj istniej ˛a przepisy, które zakazuj ˛a rasistowskich obelg i dyskryminacji, ale 1979 rok stanowił zupełnie inn ˛a er˛e. W tamtym okresie istniej ˛ace regulacje nie były w pełni przestrzegane. Heuver Pro- filing to angielska firma. Wi˛ekszo´s´c pracowników mówiło z bry- tyjskim akcentem, co wpłyn˛eło i na mój akcent. W efekcie mój akcent brzmi dla Amerykanów troch˛e dziwnie. Codziennie dochodziło do dyskryminacji rasowej. W miar˛e jak mój angielski stawał si˛e coraz lepszy, zacz ˛ałem sobie zdawa´c spraw˛e, ˙ze jestem traktowany jak osoba drugiej, a nawet trzeciej kategorii. Zwracano si˛e do mnie takimi okre´sleniami jak „pieprzony dupek” czy „orientalne gówno” albo mówiono mi „cholera, wracaj do swojego kraju!”. To ostatnie było dla mnie szczególnie bolesne, poniewa˙z w rzeczywisto´sci nie mogłem tam wróci´c. Taka mo˙zliwo´s´c dla mnie wła´sciwie w ogóle nie istniała. Pracowałem po 10–12 godzin dziennie, tn ˛ac metal, otoczony wszystkimi tymi zestawami t˛epych, pokrytych ró˙znymi olejami narz˛edzi. Praca fizyczna nie stanowiła dla mnie trudno´sci; praw- dziwym problemem była dyskryminacja. Pewnego dnia w porze lunchu postanowiłem pokaza´c co´s, czego nigdy wcze´sniej nie widzieli moi współpracownicy. Próbowałem pokaza´c swoj ˛a indy- widualno´s´c, odzyska´c godno´s´c i powstrzyma´c ci ˛agłe prze´slado- wania. Wszyscy siedzieli na ławce obiadowej, a ja wyci ˛agn ˛ałem drewniany klocek o wymiarach 4 x 210. Trzymałem go w lewej dłoni i roztrzaskałem go na dwie cz˛e´sci goł ˛a praw ˛a dłoni ˛a. Wszy- scy byli zaskoczeni. Nie mogli uwierzy´c własnym oczom. Nikt nie spodziewał si˛e, ˙ze mały azjatycki obcokrajowiec „pokroi ciosem karate” cały drewniany blok stoj ˛acy przed nim. 10Najprawdopodobniej chodzi tutaj o cale, co stanowi około 10 x 5cm. 6. Audiencja u papie˙za Benedykta XVI 6.1 Spotkanie z papie˙zem Benedyktem XVI Na pocz ˛atku 2007 roku do mojego biura mieszcz ˛acego si˛e na uni- wersytecie LMU dotarł pewien list. Miejscem jego nadania był Watykan, a zawierał imienne zaproszenie. Przywódca Ko´scioła rzymskokatolickiego, papie˙z Benedykt XVI, planował podró˙z do Waszyngtonu, gdzie miał si˛e spotka´c z delegacj ˛a przywódców ró˙znych religii. Strona watyka´nska wybrała mnie jako jednego z delegatów, a Sekretarz Generalny Episkopatu USA wła´snie poinformował mnie o nominacji. Ks. Tiso, to Amerykanin włoskiego pochodzenia, który urodził si˛e w Nowym Jorku. Doktoryzował si˛e na Georgetown Univer- sity, a przedmiotem jego zainteresowa´n badawczych jest bud- dyzm wad˙zrajany. Pracował te˙z jako profesor buddologii w Geo- rgetown University. Kilka lat temu przeprowadził si˛e do włoskiej Iserni, gdzie został proboszczem tamtejszej parafii. Niedawno wydał ksi ˛a˙zk˛e o Czcig. Milarepie - słynnym tybeta´nskim joginie. S ˛adz˛e, ˙ze powodem, dla którego zostałem wybrany na dele- gata, było moje długoletnie członkostwo w BCD, profesura na jezuickim uniwersytecie, jak równie˙z pełniona funkcja biskupa w Szkole Zen Taego. By´c mo˙ze dodatkowym powodem okazała si˛e pewna znajomo´s´c j˛ezyka niemieckiego, jako, ˙ze papie˙z po- chodzi z Niemiec i włada tym j˛ezykiem biegle. Na terenie USA mieszka wielu szacownych mnichów i nauczycieli buddyjskich. Wybór mojej skromnej osoby jako delegata na spotkanie z pa- pie˙zem, spo´sród wszystkich tych dostojnych osób, był dla mnie wielkim zaszczytem. 138 6. Audiencja u papie˙za Benedykta XVI Departament stanu USA, nim jeszcze rozpocz ˛ał si˛e 2008 rok, dokładnie prze´swietlił moj ˛a osob˛e, przed pozytywnym zaopi- niowaniem jej stronie watyka´nskiej. W przeddzie´n wyjazdu do Waszyngtonu mój przyjaciel ks. Jimmy poprosił mnie o spotkanie. Zapukał do drzwi i wszedł do pokoju u´smiechaj ˛ac si˛e szeroko. Powiedział: “Cze´s´c chłopie. A wi˛ec zamierzasz spotka´c si˛e z pa- pie˙zem. Hej, nie ma si˛e czego ba´c. Nie jest ˙zadnym ´swi˛etym czy te˙z Bogiem. To taki sam człowiek, jak ty, czy ja”. Bardzo podzi˛ekowałem mu za t˛e rad˛e. Kiedy dotarłem do Waszyngtonu dwóch młodych katolickich ksi˛e˙zy powitało mnie i zawiozło do włoskiej ambasady. Plan wizyty zakładał trzy dni spotka´n, które miały odby´c si˛e w am- basadzie, jak równie˙z w Centrum Katolickim. Było tam tak wielu ludzi - wi˛ecej kardynałów ni˙z kiedykolwiek dane mi było widzie´c na oczy, jak równie˙z wszechobecnych tajniaków. Powiedziano mi, ˙ze jeden spo´sród nich został wyznaczony do mojej osobistej ochrony. Rankiem drugiego dnia arcybiskup Waszyngtonu oznajmił zgro- madzonym delegatom, w tym tak˙ze i mnie, ˙ze pojedziemy do 6.1 Spotkanie z papie˙zem Benedyktem XVI 139 Białego Domu, aby swoj ˛a obecno´sci ˛a uhonorowa´c urodziny prezydenta George’a W. Busha. Skromnie odmówiłem, prosz ˛ac, abym mógł pozosta´c w ambasadzie. Był to z mojej strony wyraz protestu przeciwko wojnom w Afganistanie i Iraku. Nast˛epnego dnia miało miejsce spotkanie z papie˙zem. Cała nasza dziesi ˛atka udała si˛e do katolickiej sali konferencyjnej, któr ˛a ochraniali agenci tajnych słu˙zb. Na pierwszym krze´sle usiadł delegat ˙zy- dowski, drugim muzułma´nski, trzecim hinduski, czwartym dele- gat sikhijski, a pi ˛ate było przygotowane dla mnie. Około pół godziny pó´zniej patrz ˛ac przez wielkie okno byli´smy w stanie dostrzec biały papamobile, w którym podró˙zował papie˙z Benedykt. W trakcie jazdy machał do zebranych na ulicy ludzi. Do sali wkroczyli tajniacy, a chwil˛e potem pojawił si˛e sam papie˙z w otoczeniu grupy kardynałów. Cała nasza dziesi ˛atka wstała, aby przywita´c go długimi oklaskami. Papie˙z ubrany był w dług ˛a biał ˛a szat˛e, a na głowie nosił mał ˛a biał ˛a czapeczk˛e1, która przypom- inała ˙zydowsk ˛a jarmułk˛e. Jego buty były koloru szkarłatnego. Flesze setek aparatów zacz˛eły w ko´ncu gasn ˛a´c. Na spotkanie przybyło wielu dziennikarzy reprezentuj ˛acych takie kanały jak CNN, NBC, ABC, FOX, jak równie˙z ich włoskie, niemieckie, hiszpa´nskie i meksyka´nskie odpowiedniki, a tak˙ze wielu innych przedstawicieli mediów. Papie˙z wygłosił trwaj ˛acy około pół godziny wykład dotycz ˛acy pokoju na ´swiecie. Zako´nczył go specjaln ˛a, okoliczno´sciow ˛a modlitw ˛a. Potem nadszedł czas na spotkanie z nasz ˛a dziesi ˛atk ˛a. Jako pierwszy poproszony został rabin, który zanim podszedł i u´s- cisn ˛ał dło´n papie˙za, został krótko przedstawiony. Po krótkiej roz- mowie papie˙z wr˛eczył mu okoliczno´sciowy złoty medal. Nast˛ep- nie tak samo post ˛apił delegat muzułma´nski, hinduski i sikhijski. W ko´ncu przyszła pora i na mnie. 1Autor ma tu na my´sli piusk˛e 140 6. Audiencja u papie˙za Benedykta XVI Arcybiskup Waszyngtonu: “Nast˛epnym go´sciem jest biskup bap- tyjski, doktor Jongmae Kenneth Park”. Wstałem, lecz natychmi- ast usiadłem z powrotem, kiedy zrozumiałem jaki bł ˛ad wła´snie popełniono. Dobrze wiedziałem, ˙ze arcybiskup wła´snie poprosił mnie, abym wstał. Spojrzałem w reflektory setek kamer. Poczu- łem si˛e dziwnie. Podszedłem w ko´ncu do papie˙za, by u´scisn ˛a´c mu dło´n. Powiedziałem do niego po niemiecku: “Willkommen is U.S. Papa! Ich bin nicht ein Baptistenprediger, aber Ich bin ein Buddhistischer Monch und Professor an der Katholischen Jesuit Universitat in Kalifornien. . . Ich wunsche ihnen einen guten rast haben!”2 Papie˙z u´smiechn ˛ał si˛e szeroko, prawie te˙z wybuchn ˛ał ´smiechem. Skomentował mniej wi˛ecej tak moje słowa: “Ich weiss! Ich weiss! Gut! Professor Park, und Vielen dank!”3. Powiedziałem mu jeszcze kilka słów szeptem: “Mój przyja- ciel, ks. James Fredericks, powiedział mi, ˙ze Waszej ´Swi ˛atobli- wo´sci przyda si˛e porz ˛adny odpoczynek tej nocy”. Papie˙z pokiwał twierdz ˛aco. Nast˛epnie podarował mi złoty medal na pami ˛atk˛e naszego spotkania. Po całym wydarzeniu poczułem si˛e nieco zbity z tropu. Cały ´swiat ogl ˛adał transmisj˛e tego spotkania, tak˙ze Korea i Chiny. Arcybiskup nazwał mnie publicznie baptyjskim, a nie buddyjskim, biskupem. Nie był to drobny bł ˛ad. Była to ogromna pomyłka. Tamtego wieczora, w trakcie okoliczno´sciowej kolacji, siedzia- łem w otoczeniu wielu biskupów. Nagle mój przyjaciel ks. Tiso wszedł do jadalni ´smiej ˛ac si˛e. “Hej, Arcybiskup Waszyngtonu 2“Ojcze ´Swi˛ety, witaj w USA. Nie jestem baptyjskim pastorem, lecz buddyjskim mnichem, a tak˙ze profesorem na kalifornijskim uniwersytecie jezuickim. ˙Zycz˛e Waszej ´Swi ˛atobliwo´sci spokojnego wypoczynku”. 3“Tak, wiem o tym! Wiem! Ju˙z wszystko dobrze Profesorze Park! Bardzo dzi˛ekuj˛e!” 6.1 Spotkanie z papie˙zem Benedyktem XVI 141 wła´snie zmienił ci˛e w baptyst˛e!”. U´smiechn ˛ałem si˛e krzywo i odpowiedziałem mu: “To nie jest ´smieszne”. W trakcie kolacji, na któr ˛a: składało si˛e: wino, spaghetti, kiełbasy, pizza i sałatki, podszedł do mnie pewien mówi ˛acy biegle po angielsku włoski kardynał, aby mnie przepro- si´c. “Jest nam niezmiernie przykro z powodu tego, i˙z jeden z naszych braci omyłkowo nazwał ci˛e baptyjskim biskupem. Chciałbym po- darowa´c ci w ramach przeprosin mój złoty medal. Wahałem si˛e przez chwil˛e, lecz wielu otaczaj ˛acych mnie kardynałów zach˛e- cało mnie do przyj˛ecia podarunku. Ponownie u´smiechn ˛ałem si˛e i powiedziałem: “Przyjmuj˛e go. Dzi˛ekuj˛e”. Złoty medal od papie˙za to bardzo rzadki podarunek. Dzi´s otrzymałem nie jeden, lecz a˙z dwa. Był to dziwny dzie´n, który jednak ´swietnie si˛e sko´nczył. 17 kwietnia 2008 roku, zaraz po ´sniadaniu, pewna kobieta z Cal State Long Beach, która była asystentk ˛a muzułma´nskiego de- legata, podeszła do mnie. Powiedziała mi: “Profesorze Park, bardzo miło mi ci˛e widzie´c”. Wr˛eczyła mi swoj ˛a wizytówk˛e kontynuuj ˛ac: “Ja równie˙z pracuj˛e na wydziale teologicznym uniwersytetu. Czy miałby´s czas chwil˛e porozmawia´c?” Powiedziałem jej, ˙ze tak. Mieszkałem ju˙z w USA od ponad trzydziestu lat, lecz po raz pierwszy miałem okazj˛e rozmawia´c z uczon ˛a muzułma´nsk ˛a, wi˛ec poczułem si˛e zaszczycony. Działo si˛e to w mglisty poranek. Szli´smy wzdłu˙z małego potoku, a ona powiedziała: “Tak naprawd˛e, to nie chciałabym, aby mój imam dowiedział si˛e, ˙ze rozmawiałam z tob ˛a. Czy to nie kłopot?” Powiedziałem jej, ˙ze nie jest to dla mnie problem i ruszyli´smy 142 6. Audiencja u papie˙za Benedykta XVI dalej. Opowiedziała mi histori˛e swojego ˙zycia. Urodziła si˛e w Teheranie, stolicy Persji, a do USA przybyła b˛ed ˛ac jeszcze młod ˛a dziewczyn ˛a. W Persji kobiety nie maj ˛a mo˙zliwo´sci, by zosta´c islamskimi uczonymi, dlatego te˙z w tym celu wyje˙z- d˙zaj ˛a do Ameryki. Chciała, abym opowiedział jej o buddyzmie. Poczułem si˛e wtedy do´s´c zaskoczony, gdy˙z zawsze s ˛adziłem, ˙ze buddyzm i islam odgradza nieprzekraczalny mur. Tym nie- mniej zacz ˛ałem jej opowiada´c o ˙zyciu Buddy Gotamy, o tym jak zało˙zył Sangh˛e, o ustalaniu kanonu pism buddyjskich, o pod- stawowych naukach, ró˙znych szkołach i o specyficznych ideach buddyzmu zen. Spacerowali´smy tak prawie przez dwie godziny. W tym czasie nie wypowiedziała nawet jednego słowa. Kiedy sko´nczyłem moj ˛a prelekcj˛e, powiedziała: „Wiele spo´sród twoich nauk jest całkiem podobnych do islamskich. Jestem taka szcz˛e´sliwa, ˙ze w ko´ncu mogłam pozna´c cho´c cz ˛astk˛e m ˛adro´sci buddyzmu. W moim sercu czuj˛e teraz orze´zwienie”. Kiedy wstali´smy z ławki, zapy- tała, czy mogłaby u´scisn ˛ał mi r˛ek˛e. Zamiast tego zaoferowałem u´sciskanie si˛e. Po krótkim przytuleniu powiedziała: „Teraz musz˛e ju˙z i´s´c”. Opu´sciłem park kilka minut pó´zniej, aby da´c jej wystarczaj ˛ac ˛a ilo´s´c czasu na powrót, by na pewno nikt nie zobaczył nas razem. Nie rozumiem, jak kto´s mo˙ze mówi´c ´zle lub dobrze o religiach, o których prawie nic nie wie. Opinie wielu ludzi opieraj ˛a si˛e jedynie na pogłoskach zasłyszanych od innych. Dzi˛eki tej ko- biecie, z któr ˛a rozmawiałem tego dnia w parku, byłem w stanie dostrzec jasn ˛a stron˛e islamu. Wtedy to uczyniłem wa˙zny krok naprzód. Nigdy nie zawaham si˛e ju˙z wyci ˛agn ˛a´c do kogo´s r˛eki. Zawsze b˛ed˛e szcz˛e´sliwy mog ˛ac pod ˛a˙za´c wspólnie z innymi. 6.2 Płacz nad jeziorem Keonigsee 143 6.2 Płacz nad jeziorem Keonigsee W trakcie letnich wakacji w 2008 roku postanowiłem sp˛edzi´c urlop w Austrii. Kiedy przyjechałem do Wiednia mój niemiecki ucze´n Hae Il zadzwonił do mnie. Planował urz ˛adzi´c wypad do Salzburga, na który chciał zaprosi´c mnie oraz Kwan Um - nauczy- cielk˛e zen. Po˙zyczyłem wi˛ec samochód od Bo Hyon i sp˛edziłem pi˛e´c bitych godzin za kółkiem jad ˛ac tam. Salzburg to słynne miasto, gdzie kr˛econo film “The Sound of Music”4. To dzieło ´swiatowej kinematografii nie jest tylko fikcyjn ˛a opowie´sci ˛a. Pier- wszy film opowiadaj ˛acy o tamtych wydarzeniach okazał si˛e by´c niewypałem, drugi natomiast, w którym zagrała Julie Andrews, zyskał powszechne uznanie. Wszyscy Austriacy i Niemcy kochaj ˛a Salzburg. Jest to miej- sce przesycone ´sredniowiecznym klimatem, gdzie na wzgórzach mo˙zna zobaczy´c warowne zamki, a rzeka Salz przepływa przez sam ´srodek miasta. Po krótkim zwiedzaniu miasta Hae Il zapytał: “Czcigodny, czy byłe´s kiedy´s w Keonigsee?”. Odpowiedziałem, “Nie, nigdy tam nie byłem”. Oznajmił, ˙ze miej- sce to le˙zy tylko kilka kilometrów st ˛ad, wi˛ec zdecydowałem, ˙ze warto odwiedzi´c le˙z ˛ace na terenie Niemiec Koenigsee. Hae Il prowadził do Salzburga, a Kwan Um prowadziła przez dziesi˛e´c godzin z Wuppertalu. Dojechali´smy w ko´ncu do Koenigsee, a po pół godzinie mogli´smy zobaczy´c niemieck ˛a granic˛e. Nigdzie nie było ˙zadnego posterunku granicznego, ani te˙z ˙zadnej wyra´znej linii demarkacyjnej oddzielaj ˛acej te dwa narody. Stał tam tylko je- den mały znak, na którym napisane było “Deutschland” i “Wilkom- men”. Z tego miejsca dostrzegłem ju˙z pi˛ekne i przytulne miasto Berchtesgarden. Wsz˛edzie roiło si˛e od turystów, a wielu spo´sród nich nosiło ty- powe bawarskie krótkie spodenki. Zatrzymali´smy si˛e w kawiarni, 4“D´zwi˛eki Muzyki” 144 6. Audiencja u papie˙za Benedykta XVI gdzie wypili´smy kaw˛e i zjedli´smy ciasto. Po wypiciu kawy Hae Il wskazał podniesion ˛a r˛ek ˛a góruj ˛acy nad nami szczyt. “Czcigodny, czy wiesz co to za miejsce?” Odpowiedziałem ˙ze, “Nie, nie wiem”. Wyja´snił mi, ˙ze dom ten był wykorzystywany przez Adolfa Hitlera jako letnia rezy- dencja zwana Orlim Gniazdem. Wiele razy czytałem o tym miejscu na kartach ksi ˛a˙zek historycznych. Niemcy i Austria od wieków s ˛a ze sob ˛a mocno zwi ˛azane, tak˙ze toczonymi wspólnie krwawymi bitwami, zwłaszcza w okresie obu wojen ´swiatowych. Wahałem si˛e czy nawi ˛aza´c do tego tematu w obecno´sci Hae Il, gdy˙z jest to trudny temat zarówno dla rdzennych Niemców, jak i Austriaków. Wrócili´smy do samochodu, a gdy mijali´smy Schwoob mogli´smy zobaczy´c mały znak drogowy kieruj ˛acy na Keonigsee. Zaparkowali´smy przy ulicy i pieszo udali´smy si˛e do portu, gdzie czekał na nas mały statek. Jezioro okazało si˛e by´c małe, co rozczarowało mnie. Około pi˛e´cdziesi ˛at osób weszło na pokład, który miał otwarty dach, cho´c nap˛edzany był panelami na energi˛e słoneczn ˛a. Gdy statek odbił od brzegu zrozumieli´smy, ˙ze nap˛edzany był sil- 6.2 Płacz nad jeziorem Keonigsee 145 nikiem elektrycznym, gdy˙z nie wydawał prawie ˙zadnego d´zwi˛eku. Łód´z w pewnym momencie ostro skr˛eciła w lewo i dopłyn˛eła do samego ko´nca jeziorka, a tam w ˛askim przesmykiem wpłyn˛eła na wody znacznie wi˛ekszego jeziora, ni˙z to, które pocz ˛atkowo widzieli´smy z brzegu. Było to jedno z najwi˛ekszych jezior, jakie kiedykolwiek widziałem w Europie. Otoczone było stokami górskimi, a rejs wydawał si˛e trwa´c wiecznie. Austriacy s ˛a bardzo dumni ze swoich jezior, takich jak Wolfgangsee i Hallstattersee, ale Keonigsee okazało si˛e zupełnie inne od tamtych dwóch. Aus- triackie jeziora maj ˛a w sobie pewien kobiecy pierwiastek pi˛ekna, a niemieckie roztaczaj ˛a majestatycznie m˛eski urok. Statek cicho płyn ˛ał przed siebie, a ˙zaden z pasa˙zerów nie wy- powiedział ani słowa. Na ´srodku jeziora kapitan zatrzymał łód´z i wyci ˛agn ˛ał tr ˛abk˛e. Nagle wstał i zacz ˛ał gra´c. Zad ˛ał cztery takty, a ja mogłem usłysze´c echo dobiegaj ˛ace z ka˙zdego kierunku, które stopniowo stawało si˛e coraz cichsze. Buddy´sci cz˛esto pow- tarzaj ˛a, ˙ze wszystko jest ze sob ˛a poł ˛aczone wielkim ła´ncuchem. Keonigsee dobrze potwierdza t˛e prawd˛e. Cudowne szczyty gór dzieliły si˛e echem, jedno po drugim tworz ˛ac ła´ncuch współist- nienia. Było to niesamowite wra˙zenie. Kapitan wrócił za ster, a my w milczeniu przez nast˛epne pół godziny kontynuowali´smy rejs. Ten godzinny rejs był niczym medytacja. Gdy dopłyn˛eli´smy na drug ˛a stron˛e jeziora, naszym oczom ukazał si˛e mały za- mek, w którym mie´sciła si˛e kawiarnia i sklep z pami ˛atkami. Usiedli´smy na tarasie z kubkami z kaw ˛a w r˛ekach. Zacz ˛ałem recytowa´c z pami˛eci wiersz z sutry Awatamsaki: “Nasz umysł jest niczym malarz Jest w stanie namalowa´c cokolwiek chce Wszystko, co namaluje pochodzi z jednego umysłu Dla umysłu nie ma nic niemo˙zliwego”. 146 6. Audiencja u papie˙za Benedykta XVI Zastanawiałem si˛e, czy naprawd˛e nasz umysł ma magiczne wła´s- ciwo´sci, czy te˙z istnieje jaki´s stwórca, który stworzył t˛e magi˛e dla nas? Sutra Avatmsaka uczy nas, ˙ze jeste´smy w stanie namalowa´c cokolwiek zechcemy, ja jednak nie mam bladego poj˛ecia, jak na- malowa´c pi˛ekno, takie jakie rozpo´scierało si˛e przede mn ˛a. Pojedyncza chmura przepłyn˛eła nad głowami Hae Il i Kwan Um, gdy ci gł˛eboko medytowali. Z moich oczu popłyn˛eła jedna łza. Ostatnie dziesi˛eciolecia dzi˛eki Buddzie, Dharmie i Sandze okazały si˛e dla mnie czasem wartym zapami˛etania. Dzi˛ekuj˛e za to wielu bogom i boginiom. Dzi˛ekuj˛e wielu boddhisattwom. Keonigsee stanowi wspaniałe naturalne centrum zen. Stanowi poł ˛aczenie niebios i Czystej Krainy. Keonigsee bez w ˛atpienia uosabia w sobie ogromny spokój i wolno´s´c. 6.3 Moi europejscy uczniowie Odk ˛ad zamieszkałem w USA, miałem wiele okazji, by je´zdzi´c do Europy w celu propagowania Dharmy. Powodem mojej pracy misyjnej jest obietnica, któr ˛a zło˙zyłem mojemu Nauczycielowi Dharmy. Kiedy opuszczałem Kore˛e w 1979 roku, zaraz po tym, jak zostałem zwolniony z wi˛ezienia, mój nauczyciel powiedział mi: “Je´sli udasz si˛e do USA, to jest tam wielki mistrz zen Se- ung Sahn. Udaj si˛e do niego, oka˙z mu szacunek i naucz si˛e od niego, jak szerzy´c Dharm˛e na zachodzie. Po udzieleniu mi tej rady poprosił mnie jeszcze, abym został z nim par˛e dni w klasz- torze Haeinsah. Niestety z powodu napi˛etego harmonogramu nie mogłem pozosta´c tam dłu˙zej. Zanim wyszedłem powiedziałem mojemu nauczycielowi: “Mis- trzu, zło˙z˛e ci jedn ˛a obietnic˛e, a wi˛ec b˛ed˛e głosił a˙z do ´smierci Dharm˛e Buddy w tylu krajach, w ilu tylko zdołam. Nauczycielu, wróc˛e tu za pi˛e´c lat. ˙Zycz˛e ci dobrego zdrowia”. Niestety zmarł on zanim mogłem powróci´c do Korei.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wędrowny amerykański mnich
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: