Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00306 005922 13251207 na godz. na dobę w sumie
Wesele Hrabiego Orgaza - ebook/pdf
Wesele Hrabiego Orgaza - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 368
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-58-1 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Jaworski był jednym z największych dziwaków i ekscentryków początku XX wieku. Przyjaźnił się z Witkacym i Wojtkiewiczem, uważa się go za swoistego patrona Gombrowicza. Powieść Wesele hrabiego Orgaza przez dziesięciolecia uchodziła za zaginioną, choć ukazała się drukiem w 1925 roku. Jest to trudna proza, ale warto przez nią przebrnąć. Jaworski tworzy własne słowa (do książki sporządzono blisko 400 przypisów, a mogłoby ich być trzy razy tyle), ma doskonałe wyczucie melodii języka, niektóre fragmenty czyta się niczym rytmiczny wiersz. Autorzy piosenek hip hopowych wiele mogliby się od niego nauczyć. Język jest największym atutem tej powieści.

Utopijna fabuła opowiada o sporze dwóch amerykańskich milionerów, którzy z nudów gotowi są zniszczyć świat, pogrzebać kulturę, religię, sztukę. Jaworski zupełnie nie dba o prawdopodobieństwo zdarzeń, groteskowym światem rządzą osobne reguły, można powiedzieć, że rodem z literatury fantastycznej, z pogranicza baśni i powieści utopijnej. Trudno jednak szukać tu jakichkolwiek analogii w światowej literaturze. Bo choć Jaworski lokuje akcję w Toledo, to jest to utwór tak silnie osadzony w polskiej kulturze (także ludowej), że wszelkie wątki fabularne schodzą na drugi plan.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

WESELE HRABIEGO ORGAZA Roman Jaworski WESELE HRABIEGO ORGAZA POWIEŚĆ Z POGRANICZA DWÓCH RZECZYWISTOŚCI Jirafa Roja Warszawa 2006 © Copyright by Roman Jaworski © Copyright for this edition by Jirafa Roja, 2006 Tekst po raz pierwszy ukazał się w 1925 roku nakładem wydawnictwa F. Hoesicka w Warszawie. Drugie wydanie ukazało się w 2002 roku nakładem wydawnictwa Universitas w Krakowie. Opracowanie tekstu dla Universitasu: Izabella Sariusz-Skąpska Redakcja tego wydania: Łukasz Gołębiewski Projekt okładki: Żaneta Delegacz Skład i łamanie: Tatsu ISBN 978-83-62948-58-1 Wydanie III Warszawa 2006 Spis treści Roman Jaworski: Demoniczny parodysta . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 Zbawca świata i jego barkeeper . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 17 Miłośnica byków. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 31 Amerykańskiego pampucha baśniaki O własnych światach, o wiedzy własnej, o okrucieństwie i o konstrukcjach idiotów współczesnych. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 39 A.B.C. — o dancingu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 101 Wystrzyganki Ze śmietnika prasy nowojorskiej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 135 Pojednanie cnoty z rozpustą . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 157 Slap on the face czyli Jedna tylko facka, lecz za to… znienacka . . . . . . . . . . . . . . . 189 Pokochanie Boga Deus Semper Certus . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 251 Kongres religijny Fruwająca trzynastka Beso del Cortesia Śmierć omara . . . . . . 275 A u brahmina… mina… jak z komina Taniec trzech uśmiechów — absurdy miłosne . . . . . . . . . . . . . . . . 345 Roman Jaworski Demoniczny parodysta „Ostatnim utworem Romana Jaworskiego jest powieść „Wesele hrabie- go Orgaza”, wydana w 1925 roku. Jest to rodzaj encyklopedycznej klep- sydry groteskowej, poświęconej beznadziejnemu upadkowi nowoczesnej kultury i cywilizacji (Jaworski należał do zdeterminowanych katastrofi- stów). Chybiony ten nekrolog, czy klepsydra, przeładowany — jakby po- wiedział Stanisław Ignacy Witkiewicz — „bebechami metafizycznymi”, roi się jednak od kapitalnych fragmentów”. Tak napisał w 1961 roku o wydanej 36 lat wcześniej powieści Ja- worskiego, krytyk i wydawca Roman Zrębowicz. Do jego tekstu, da- lekiego od panegirycznego zachwytu, jeszcze powrócę, a tymczasem przypomnijmy sobie artystyczną osobowość jaką był niemal zapo- mniany dzisiaj pisarz krakowskiej awangardy początku XX wieku. Obsesje i zmory Roman Jaworski urodził się w 1883 roku, a zadebiutował w wieku 20 lat jako poeta na łamach jednego z krakowskich czasopism. Szybko jednak zrezygnował z pisania wierszy i zajął się prozą. Zaczął pisać opowiadania w których wykreował charakterystyczne dla całej jego twórczości niesa- mowite, dziwne i demoniczne światy. „Miał iść”, „Amor milczący”, „Ba- nia doktora Lipka” czy „Trzecia godzina” to utwory, które w 1910 roku włączył do wydanego nakładem krakowskiej Książnicy tomu zatytuło- wanego „Historie maniaków”. Opisywał w nich rozmaite przypadki oso- bliwego „opętania”. Dotknięci nim ludzie to właśnie tytułowi „maniacy”, osobliwi dziwacy działający na pograniczu świata realnego i urojonego, ulegający maniom, obsesjom, ideom nadwartościowym oraz urojeniom. 7 W każdym z opowiadań występował inny bohater, ale łączyła go z posta- ciami z innych tytułów właśnie ta osobliwa zmora umysłowa, sprawiają- cą, że każdy z bohaterów nie był sensu stricte określonym przypadkiem psychiatrycznym dającym się jednoznacznie zakwalifikować w zgodzie z podręcznikami psychopatologii. I tak, bohater „Trzeciej godziny” dąży do tego, żeby — jako przedsiębiorca pogrzebowy — zostać mitycznym przewoźnikiem zmarłych, a postaci wypełniające utwór „Bania dokto- ra Lipki” jednoczą się wokół wspólnej idei, jaką jest utworzenie armii Chrystusa w szeregach której podbiją zły, zepsuty świat. Zainteresowa- nych szczegółami odsyłam do mojego wstępu w „Historiach maniaków” (Wydawnictwo Jirafa Roja, Warszawa 2004). Wynaturzenia i przeryso- wania typów psychicznych prezentowanych przez Jaworskiego sprawi- ły, że słusznie nazwano go „ekspresjonistą”. Jako taki stał się pierwszym przedstawicielem tego nurtu w polskiej prozie. Dlatego również — po- sługując się definicją L.B. Jenningsa, iż „groteska to demoniczność prze- mieniona w trywialność” — niektórzy badacze uważają Jaworskiego za pierwszego przedstawiciela groteski w naszej literaturze. Oczywiście da- ją się dostrzec w jego utworach rozmaite wpływy, i to światowych wiel- kości. „Historie maniaków” zawdzięczają niemało upiornym opowia- daniom „groteskowo-arabeskowym” Edgara Allana Poe, jak również „Horli” czy „Obłąkanemu” Guy de Maupassanta, niesamowitym nowe- lom francuskiego prozaika, które wyszły spod jego pióra na krótko przed popadnięciem w obłęd autora „Baryłeczki” i „Pięknego pana”. Także na polskim gruncie miał Jaworski poprzedników, że wskażę na niektóre opowiadania Antoniego Langego, Wacława Grubińskiego czy Jana Le- mańskiego. Analogie nasuwają się z dramatami Leopolda Staffa, zwłasz- cza ze „Skarbem” i „Godiwą”. Nie sposób także nie wspomnieć o awan- gardowej „Pałubie” Irzykowskiego. Zaginiony rękopis Przejdźmy jednak do „Wesela hrabiego Orgaza”. Utwór ten został na- zwany przez autora „powieścią z pogranicza dwóch rzeczywistości”. Ukazał się nakładem renomowanego wydawnictwa F. Hoesicka. Jest 8 to jedyna zachowana powieść Jaworskiego, ale miał on dalsze ambicje związane z tym gatunkiem. Planował cały cykl, noszący wspólny tytuł „Franciszek Pozór”. Miała to być groteskowa epopeja ukazująca auto- destrukcyjny proces rozpadu szlachty oraz magnaterii. Wiadomo, że autor napisał połowę pierwszego tomu, a być może nawet doprowadził swoją opowieść do bardziej zaawansowanego stadium. Rękopis jednak zaginął w Powstaniu Warszawskim. Sam Jaworski zmarł w 1944 roku w wieku 61 lat. „Wesele hrabiego Orgaza” to najdłuższy i najbardziej dojrzały utwór pisarza. Nie odniósł sukcesu w 1925 roku, bo nazbyt „tyranizował czytelnika”, jak to napisał po latach Roman Zrębowicz (do opinii tej jeszcze powrócę). Przeszedł jednak do historii literatury, chociaż tylko tej wąskiej, hermetycznej, do której sięgają wyłącznie miłośnicy określonych stanów i nastrojów artystycznych oraz — rzecz jasna — specjaliści. Jeden z tych ostatnich, Andrzej Konkowski, dał na łamach „Miesięcznika Literackiego” interesującą analizę powieści Ja- worskiego oraz charakterystykę jej społeczno-literackiej genezy: „Przesilenie po 1918 roku i przemiana wartości kazały A. Ster- nowi i A. Watowi gloryfikować nonsens, gdyż „jest wspaniały przez swą treść nieprzetłumaczalną, która uwypukla twórczą szczerość i si- łę”. W „Bezrobotnym Lucyferze” (1927) Wat ujrzał rzeczywistość jako wielki narząd płciowy i kasę pancerną, a kilka lat wcześniej powtórzył za T. Tzarą koncepcję „nowoczesnego idiotyzmu”. Dawid Yetmayer, bohater „Wesela hrabiego Orgaza” — to również współczesny idiota pragnący za pomocą mistyfikacji, zabawy, śmiechu wytańczyć „nowy, wspaniały świat”. A czyż posada de la Sangre i urządzony tam dancing nie przypominają kabaretu Voltaire? Czyżby więc z autentycznych fak- tów zrodził się pomysł powieści? A może stanowi ona polemikę z teorią czystego absurdu głoszoną przez dadaistów, a następnie przeniesioną do Polski za pośrednictwem futurystów?” Po tych rozważaniach Konkowski przechodzi do zasadniczej treści utworu i jego głównego bohatera: „W sytuacji powszechnego zwątpienia, rozprzężenia, bezsensu — Dawid Yetmayer, amerykański milioner i maniak, chce przynieść ludz- kości zbawienie. Jest ono osiągalne tylko poprzez wskrzeszenie uczuć religijnych. Amerykanin opracowuje niezawodny system pozwalający 9 odzyskać utraconą w wyniku wojny wiarę. (…) Szlachetne intencje „idioty” Yetmayera nie przylegały do powojennej rzeczywistości. Dzie- ło odnowy religii okazało się nie do zrealizowania” („Dancing i jego fikcje”, „Miesięcznik Literacki” nr 12/1971). Tyranizuje czytelnika Cofnijmy się teraz do szkicu Romana Zrębowicza, w którym — po- mimo braku większego zachwytu nad „Weselem hrabiego Orgaza” — zawarł on kilka niezwykle trafnych uwag na temat powieści i w ogóle całej twórczości prozatorskiej Jaworskiego. Oto co napisał Zrębowicz w „Ruchu Literackim” w 1961 roku: „Twórczość Jaworskiego może budzić zastrzeżenia, choćby z tego powodu, że czytelnika tyranizuje, autora zaś spycha na samą krawędź rzeczywistości socjalnej, poza którą roztacza się pustynny ugór z me- lancholijnym mirażem absolutu piękna gdzieś na dalekim widnokrę- gu. Z krawędzi tej wychodzi tylko jeden szlak, a mianowicie okrężna, skomplikowana droga, wiodąca do osobistego cierpienia, gdzie pięk- no jak surogat boskości staje się fata Morgana, a życie wieczną złudą Maji i samotnością tragiczną. Na tym tle postać Romana Jaworskie- go urasta i należy do wielkich symbolów literackich, obejmujących takich pisarzy, jak Baudelaire, Poe, Leconte de Lisle, Przybyszewski itp. Wszystkie te symbole spoczywają w sarkofagach tej beznadziejnej, a tak niedawno minionej epoki, którą nazwałbym letargiem marzenia” („Zapomniany ekspresjonista”, „Ruch Literacki”, nr 4-5/1961). Do zalet „Wesela hrabiego Orgaza” cytowany powyżej krytyk za- licza obyczajowe spostrzeżenia Jaworskiego na temat Ameryki. Oczy- wiście ich przerysowanie i skąpanie w turpistycznym „sosie” zniechę- ciło zapewne krytyków oraz czytelników. I nic dziwnego — bo nie łudźmy się: pisarz odpowiada za swoje dzieła, a jeśli decyduje się na tak osobliwy styl będący środkiem do „tyranizowania czytelnika”, to zbiera tego owoce. Cierpkim jest na pewno krytyka, ale najbardziej gorzkim i trucicielskim — obojętność. Oto jeden z fragmentów uzna- nych przez Zrębowicza za „kapitalne”: 10 „Najbardziej niestrawne są dla mnie okazy dorobkiewiczów, tych legendarnych eksuliczników, skromnych pastuszków, sprzedawaczy gazet, sprytnych kuchcików czy pomywaczy uchodźczych okrętów. Gdy dzięki zdolnościom, raczej machinacjom dochrapią się wresz- cie w bankach depozytów lub liberię wdzieją państwową, nad każdym życia bujniejszym objawem, nad uskrzydloną jakąkolwiek myślą bez- względnie się pastwią. Praktyczna barbaria. Chełpi się zazwyczaj, że nacjonalizm spółczesny funduje. Bezczelna hałastra do cieniów Volta- ire’a śmiało się przypina. A wszystko dokoła więdnie, dogorywa, bo oni panują, rządzą i dyktują”. Podstępne karły Mocny to osąd, choć jak wszystkie w pisarstwie Jaworskiego mocno zdemonizowany. Trudno też zapewne w literaturze o bardziej dosad- ną polemikę z amerykańskim mitem raju na ziemi. Cytowany frag- ment to policzek wymierzony apologetom i chwalcom Ameryki z po- zycji pisarza ekspresjonistycznego, widzącego wszędzie złośliwe trolle o upiornych obliczach. Z innej pozycji zaatakowałby zapew- ne kapitalistyczny raj futurysta i komunista Bruno Jasieński, gdyby zamiast na USA nie skupił się na Francji w powieści „Palę Paryż”. Tam złośliwymi trollami-mordercami okazują się podstępne bakterie niszczące ludność nadsekwańskiej stolicy. Stąd już tylko krok do in- nego skojarzenia — z pełzającymi karłami reakcji, sloganu, którym często posługiwała się stalinowska propaganda w ostatnim okresie życia „wodza światowego proletariatu”. Semantyka językowa przy- toczonych związków frazeologicznych ma rodowód w grotesce czyli właśnie w świecie wykreowanym na polskim gruncie przez Romana Jaworskiego. Demonizowanie ludzi i ich działań to element naszego realnego życia, widoczny nie tylko w literaturze, filmie, malarstwie czy teatrze, ale i przekazach mass mediów. A w bardziej przyziem- nej warstwie — w plotkach, obmowach, spekulacjach na temat ży- cia i uczynków naszych bliźnich. Teoretycznie więc pisarstwo Ja- worskiego powinno odnieść sukces i akceptację, ale tak się nie stało. 11 Było nazbyt wysublimowane w swoim artystycznym turpizmie, kul- cie brzydoty i beznadziejności, żeby mogło ogarnąć szersze masy. Nie bez znaczenia był też język, jakim posługiwał się autor. Herme- tyczny, odstręczający, wyzywający w swoim osobliwym dziwactwie. Czy autor świadomie „psuł” swoje utwory? A może chodziło o coś innego. Oddajmy głos Michałowi Głowińskiego, autorowi ciekawe- go eseju poświęconemu Jaworskiemu: „Z pozoru Jaworski doprowadził emocjonalny styl moderni- stów do stanu maksymalnego wynaturzenia. W powieści nie ma bo- wiem jednego chyba zdania w którym nie byłoby czegoś odbiega- jącego od norm literackiej polszczyzny. Jednakże Jaworski odcina ów maksymalnie udziwniony język, operujący wielce „pokręconą” składnią i ogromnymi ilościami archaizmów, neologizmów, barba- ryzmów, wyrażeń gwarowych itp., od tego, co go w modernistycz- nej beletrystyce motywowało. Język, nie tracąc form dawnych, sta- je się jakby chwytem obnażonym. Przestaje być środkiem wyrazu w prozie lirycznej — staje się zaś elementem twórczości ironicznej. Pozornie pozostaje niezmieniony, nawet więcej: Jaworski potęgu- je to, co stanowiło istotę stylu modernistycznego. Z pozoru tylko — bo, nadając mu inne funkcje, kompromituje go. Przestaje on być czynnikiem wzniosłości, staje się zaś przedmiotem i środkiem de- precjacji”. Głowiński pisze dalej: „Język oparty na jednej, zbanalizowanej konwencji, skłania się w „We- selu hrabiego Orgaza” ku parodii. Stanowi tu jakby wartość negatywną, wyraz dystansu pisarza wobec powieści, którą kreuje. Stanowi warstwę wierzchnią w wielostronnej kpinie Jaworskiego, w kpinie bezwzględnej — w jej zasięgu znajduje się także opowiadający. Negacja stylu jest tutaj sta- dium początkowym kompromitacji powieści” („Drwiące requiem dla histo- rii”, „Twórczość” nr 1/1960). „Wesele hrabiego Orgaza” to powieść trudna i skomplikowana. I nie- łatwa w odbiorze. Świadomy jednak zabiegów autora czytelnik może zachować dystans do jej warstwy językowo-znaczeniowej. Wiedząc 12 o drugim dnie i ukrytej zawartości stylu Jaworskiego, odbiorca może przystąpić do literackiej „konsumpcji” tej prozy niczym do obcowania z dziełem niezwykłym, starannie przemyślanym i obfitym w gry z czy- telnikiem i całą tradycją kulturową w której autor wyrósł i w której do- szedł do pozycji pierwszego polskiego ekspresjonisty. PIOTR KITRASIEWICZ „Przedmiotem eposu, wbrew wszelkim gadaniom, może być tylko materiał przyszłości” (Z rozmyślań nad zadaniami i nad istotą sztuki pisarskiej) Mądrym Indianom, którzy z pogromu cywilizacji ocaleli jeszcze, za to, że odwagę posiadają zawsze, by zrozumieć wszystko, opowieść poświęcam, wiedząc, iż do nich jedynych mogę bez obawy przemawiać po polsku. Zbawca świata i jego barkeeper1 Rozdział wstępny, w którym będzie mowa o tym, jak… Dawid Yetmeyer, miliarder z Nowego Jorku, uwiedziony spojrzeniami kardynała-inkwizytora Don Fernando Nino de Guevara na słynnym por- trecie El Greca, postanowił nagle zostać zbawcą świata głównie w tym celu, by leczyć dotkliwe rany powojenne i pobudzać zgnuśniałą ludzkość do twórczości. Zjeżdża więc nasz, skądinąd wybitnie otyły, bohater do starożytnego Toledo w Hiszpanii i prowadzi tutaj rokowania z powierni- kiem swoim Don Jacinto de Gouzdrala Gouzdrez, kelnerem z zawodu, o założenie dancingu, w którym mają odbywać się nowoczesne misteria pantomimowo-taneczne, pobudzające ludzi do wskrzeszania uczuć reli- gijnych i do historycznego sposobu ujmowania rzeczywistości. Poprzez religijność i historyczną syntezę powrócić ma myśl człowiecza do za- przepaszczonych przez długoletnią pożogę wojenną zdolności twórcze- go budownictwa we wszystkich dziedzinach kultury i cywilizacji. Siedzibą zbawczego dancingu ma być Posada de la Sangre, historycz- na oberża, w której ongiś Cervantes pisał swego Don Kichota. Pantomi- mową primabaleriną będzie Donna Evarista de las Cuebas, potomkini ro- du, z którego pochodziła żona El Greca. Dziewczyna ta, odznaczająca się niesamowitą urodą, jest właścicielką cennej sadyby dancingowej i od jej to opiekuna nabył ją Jacinto dla Yetmeyera Posada de la Sangre. Wsku- tek tragicznej miłości do matadora Manuela, który podczas niefortunnej walki z bykiem Corcito popełnił na arenie samobójstwo, popadła Ewary- sta w silny rozstrój nerwowy. Obowiązki tanecznicy i kapłanki misteriów wyrwą ją obecnie z ponurej obroży melancholii. 1. Bufetowy, barman. 17 Gnali go przed sobą wśród gwizdów, chichotów, wymyślań. Ku Zo- codoverowi zmierzał przez Calle del Comercio. Staczał się po pryncy- pialnej pochyłości Toleda miarowo, z godnością, mimo swawolnych popchnięć i wyuzdanych przezwisk. Postać miał przyziemnego grzyba truciciela. Brzuchaty potworek w pasiastym, fioletowo-zielonkawym kostiumie, z krótkimi porteczkami i z ogromną brązową, żółtymi cęt- kami nakrapianą czapką na głowie rozrosłej, pozbawionej szyi. Cieni- sta fasada czapy i w rogową oprawę ujęte okulary uwalniały oblicze od potrzeby jakiegokolwiek wyrazu. Dreptała tuż przed nim w leniwym pośpiechu spłoszona trzoda roz- dzwonionych koźląt, pobekując ślamazarnie. Rozszalały osioł, zrzu- ciwszy warzyw kosz przygniatający, wpadł na chodnik, rozpędzając korowód mnichów zakapturzonych w oponach flagelanckich. Czereda ulicznych bachorów, posuwając się uporczywie tuż za przybyszem, po szeptanych konszachtach swych aficionados2 niesłusznie, z przejmują- cym jazgotem orzekła: — Ingleze! Ingleze! Wielkie słońce toledańskie rozdziawiło swoje dumne ślepia, posy- pując rdzawym proszkiem nadwieczornych blasków bruk kamienisty, zmarniały od niewolniczego stąpania wciąż powrotnych stuleci. Zatrzymały go przez chwilę napastliwe duszności. Na krztuszącego 2. Znawcy. 19 się spadł grad dobrze wycelowanych pocisków: skórki pomarańczowe, okrągłe owoce oliwek, zbrudzone listki sałaty. Przemówił do gawiedzi w niezrozumiałym języku: — Nie myślcie, moi kochani, iż koniecznie trzeba wrzeszczeć, nie wiedząc, czego się chce od siebie samego! Można w tym wypadku tak samo milczeć, jak wówczas, kiedy wie się, czego chcieć! Wiem ja na przykład, czego domagam się od mej własnej persony, ale gdyby za- szedł wypadek wręcz przeciwny, wątpię, czy zdobyłbym się na rozgłos uliczny. Jeżeli jednak sądzicie, że przy pomocy donośnych, a raczej nieznośnych okrzyków zdołacie zgłębić, czego chcecie ode mnie, lub zgoła dociec, czego ja chcę od was, proszę… bez wszelkich ograni- czeń folgujcie nadal rozprężonym gardziołkom! Stropili się niezrozumiałością wprost wyzywającą. Zdążył przybłę- da wyzyskać moment osłupienia i dopadłszy Café-Restaurant „Vien- na”, pod kremowym parasolem ogródkowego stolika przykucnął. — Proszę zawołać seniora Jacinto! — uprzejmie zażądał. Z szeregu bladoniebieskich fraków i ciemnopąsowych kamizelek wyplątał się staruszek smukły, kościsty, kroczący z godnością przezor- ną. Podgięte okolenie wystającego podbródka dążyło zawzięcie do ze- tknięcia z ostrym zakończeniem nosa, nad którego cienkim grzbietem migotały czarne oczęta przerażonego niemowlęcia. Potworek czapę niby przyłbicę na oczy zapuścił i wymamrotał: — Jestem Dawid Yetmeyer z Nowego Jorku, zamieszkały przy ty- siącznej trzechsetnej trzynastej Avenue w District of honourable lazy men3. Czy mam przyjemność z seniore Jacinto, z którym łączy mnie pół- roczna niemal korespondencja i którego listy posiadam przy sobie? Frak ponuro usłużny połami wesoło zaszeleścił, objawiając swe miano: — Jam jest, nie inaczej: Don Jacinto de Gouzdrala Gouzdrez. Oczekiwałem waszej wysokości z niewymierną niecierpliwością. Słu- żyć mogę doskonałym puchero4 z niezrównanymi garbanzos, czy też dla ochłody mrożoną czekoladą? 3. Dzielnica czcigodnych próżniaków. 4. Popularna potrawa hiszpańska. 20 — Nie życzę sobie w tej chwili ni strawy, ni napoju. Poza tym nie jestem ani wysokością, ani niskością. Jako mieszkaniec nowego świata jestem wyłącznie równością, co rozumieć należy, że równy jestem każ- demu, kto nie wymaga, bym mu to przyznał. Wszystko gotowe? — Najzupełniej. Sądzę, że wreszcie skończyła się wojna i że czas najstosowniejszy do otwarcia interesu. — Przypuszczam, iż nie mylę się, uważając porę za odpowiednią. Zresztą już sam rodzaj mojego przedsięwzięcia domaga się czystego typu powojennego. — Szkoda, że nie przedwojennego lub nawet wojennego, bo wów- czas troska o zyski byłaby mniejsza — chytrym szeptem zauważył Ja- cinto. — Punktem wyjścia przy zakładaniu przedsiębiorstw w dobie obecnej są dla nas, Amerykanów, zobowiązania moralne, zaciągnię- te wobec osób drugich, albo też czasem i wobec siebie samego. Za- chętą przy montowaniu interesów są dekoracyjne motywy zabawowe. Dopiero samo wykończenie biznesu uwieńczone być winno architek- tonicznie okazałą, a smaczną kolumnadą zysków. Przedwczesne za- mysły rentowności psują linię rozwojową zarobkowej konstrukcji i niweczą logikę wynikających z niej wypadków. Otóż przyjeżdżam tu, by przede wszystkim wykonać dobrowolnie przyjęte polecenie ziomka waszego, kardynała inkwizytora Don Fernanda Nino de Gu- evara. Pobożnego tego okrutnika więzi w swym czerwonym pałacu w Nowym Jorku znany nasz miliarder, a przez to i mój konkurent Mr H.W. Havemeyer. Kardynał życzy sobie, jako niepoprawny Europej- czyk, nic mniej i nic więcej, jak tylko, by ktoś wyświadczył podsta- rzałemu i zgnębionemu kontynentowi jakieś dobre okrucieństwo czy okrutne dobrodziejstwo, a to celem podtrzymania zanikającego od wy- buchu ostatniej wojny, wątku historii. Podjąłem się tego zadania tym skwapliwiej, że trudno się dziś imać czegoś mądrzejszego, jak pozy- tywnego tępienia nadużyć powojennych, popełnianych przez stosowa- nie samych złych okrucieństw i okrutnie głupich złości. Nadarza mi się również sposobność wprost cudowna do gruntownego porachun- ku z Havemeyerem, który nie tylko jest miliarderem, jak i ja, nie tylko posiada czerwony pałac w najbliższym sąsiedztwie czarnego mojego 21 domu, ale na dobitek wszystkiego, wyobraź sobie mój Jacinto, jest ko- lekcjonerem dzieł sztuki! Czy ty zdajesz sobie sprawę, kochany przy- jacielu, do czego doprowadzić może kolekcjonerstwo, zwłaszcza przy olbrzymich, niezmierzonych, niewyczerpanych środkach pieniężnych mego konkurenta? Po prostu do wycofania żywych faktów lub ich wiarogodnych świadków z obiegu historii, do zupełnego przerwania i tak już nadwyrężonej dziejowej ciągłości. Sam powiedz, czy mogę ja dopuścić do tej ostateczności, ja, kardynała Fernanda delegat, misjo- narz, powiernik? Skoro przez Havemeyera wyraża się ludzkość znu- dzona historią, w takim razie występuję ja, Yetmeyer, znudzony ludz- kością i wraz z inkwizytorem-okrutnikiem uwolnię całą historyczną przeszłość, by o ile może i zechce, weszła w teraźniejszość. Będzie to próba powiązania dziejów i niebawem przekonamy się, czy ta teraź- niejszość w ogóle do życia jest zdolna. Wiem, że niełatwe jest moje zadanie, i wiem, że chcąc dopiąć celu, posługiwać się muszę środkami najnowszymi, a więc obowiązującymi już po ostatniej wojnie między- ludzkiej, czyli tak zwanymi powojennymi i stąd nieludzkimi. — A więc nie kinematograf w połączeniu z okultystyczną jadło- dajnią, jak ostatnio pisał pan dobrodziej? — zaskomlił Jacinto. — Nie, raczej dancing wraz z przyczepioną recytatornią okru- cieństw arytmicznych. — Ostatecznie, taki typ interesu czy owaki, to rzecz dla mnie pod- rzędna, prawie obojętna… — Tak, tak, obojętna — żywo podchwycił Jankes i rozjaśnił za- mglone w szkieł poblasku źrenice topazowych oczu. Uniósł się na krzesełku, brzuszek ukryty pod blaszaną taflą stołu na wierzch wydo- był i zerwawszy czapę z głowy, ujawnił jasnoryżą, kędzierzawą, prze- mocą pomady ujarzmioną czuprynę. — Sądzę, mój Jacinto, że posiadasz główny warunek po temu, by mogła połączyć nas przyjaźń, nie jest ci bowiem obcą konieczność stosowania obojętności w związkach ścisłych, czyli na ścisłym wyra- chowaniu opartych. Brak wszelki spólnych upodobań i zaciekawień ułatwi nam niewątpliwie zawarcie stosunku, wyrażającego się raczej w przyjaznej obojętności, o którą mi chodzi, gdyż może być potrzebna, aniżeli w obojętnej przyjaźni, która jedynie w płciowym odniesieniu, 22 zwłaszcza w małżeństwie pożyteczną czy pożądaną być może, a której nie umiałbym nigdy na nic użyć. — Gdy byłem pierwszym poganiaczem mułów królewskiej stad- niny w Madrycie, nawiedzały mnie różnorakie miłości młodzieńcze. Kochałem wówczas gibkie dziewczęta Granady, Kordoby góry dzikie, wyniosłe, Barcelonę zapachnioną gajami pomarańczy, kochałem Lote- ria de navidad5 na Puerta del Sol pod balkonem „Correspondencia de España”, a nawet kochałem i całą Hiszpanię. Nic bardziej nie zniechę- ca jednak do miłości aniżeli zawód kelnerski. Przy posłudze kawiar- nianej napatrzyłem się tylu dziwnościom, że dojrzałem, osiwiałem i zobojętniałem. Dziś żywo przejmuję się jedynie samym sobą i nic kochać nie mógłbym. Dziś czuję szczerą obojętność: dla wszystkiego i wszystkich poza mną. — Masz oto czek na dziesięć tysięcy dolarów, wart tego jesteś. Racz przyjąć tę drobnostkę jako podstawę, utrwalającą naszą obu- stronną obojętność, a równocześnie zasilającą twoją miłość własną. Dławił się Amerykanin śmiechem radości w przełyku grzęznącym i zacierał rączki na znak, że rozwija się pomyślnie interes. Kelner zaś Jacinto z czekiem w dłoni zwiniętym jeszcze bardziej w wyprosto- waniu służebnym zesztywniał i, pokrywając wzruszenie, przymknął oczki, jak gdyby chciał wystylizować w mózgu kształt tuż urzeczy- wistnionego marzenia. Wnet jednak otrząsnąwszy się z zadumy, do bu- fetu pośpieszył, by powrócić z filiżanką czekolady wraz z nieodłączną szklanką wody mrożonej, z której sterczał wysmukły azucarillo6. — Trzeba posilić się, seniore, zwłaszcza w dzień, jak na jesień, wyjątkowo upalny. Wprawdzie to piątek i post nas obowiązuje rzetel- ny, ale orzekł już raz Escabar: „liquidum non rumpit jejunium”7 i tego się trzymam. Lepszej zaś czekolady nie podają nawet u Mallorquina w stolicy. — Powiedz, coś zdołał uczynić dotąd dla mnie? — zaskomlił gru- basek, ulegle połykając słodycz zawiesistą. 5. Popularne ciągnienie loterii państwowej w Madrycie co roku w dniu 22 grudnia. 6. Cienka laseczka lodu z cukrem. 7. „Słodycz nie sprzeciwia się nakazom postu”. 23 — Moc zdziałałem, dobrodzieju szanowny, do zeznań jednak za- brakło odwagi niezbędnej. Obawiałem się, czy pokryć zechcesz wy- datek nieskromny. Obecnie zuchwałość wypowiedzieć raźniej, skoro twej hojności uzyskałem pewność: oto nabyłem dla naszych potrzeb Posada de la Sangre… — Oberżę, w której Don Kichote, wszelkich poczynań patron naj- cenniejszy, otrzymał ongiś swe znamię rycerskie? Jacinto! Czy to być może? Zapewniłeś mi miejsce, z którego wyruszył Cervantes na świata spłowiałego pierwsze przemienienie twórcze?… — Nie inaczej, panie szlachetny. Historyczna, cuchnąca buda, za- kupiona (bez uiszczenia pieniędzy!) za nieprzyzwoitą ilość pesedów, jest twoją własnością. Spełniłem jedynie pańskie życzenie listowne. Orżnął mnie właściciel, stary kotlarz Enrico, ale wolałem przepłacić, aniżeli dopuścić, by cygański urwis oddał sadybę w ręce jakiejś tam komisji konserwacji zabytków czy innej podobnej mędrkowatej insty- tucji. Właściwie działał Enrico jedynie w imieniu obłąkanej swej bra- tanicy, sieroty Donna Evarista de las Cuebas, w prostej linii potomkini rodu, który niegdyś dał matkę jedynemu synowi sławnego Kreteńczy- ka, osiadłego w Toledo, Dominika Theotokopulosa. Oszalała dziew- czyna jest nieszkodliwa i moim zdaniem należałoby ją do nas przy- garnąć, bo szczęście dancingowi przyniesie. Można ją zostawić w jed- nej stajennej komórce, gdzie i obecnie stale na barłogu wśród szczu- rów o utraconym szczęściu rozmyśla. Dziś jeszcze cudność jej, niby pącz pomarańczy, rozkwita mimo łachmanów i wyzierający przez nie brud piersiąt zawzięcie sterczących. Szesnaście lat miała, kiedy pa- dły na nią uroki pewnego marnego Espady z Walencji. Minęło spo- ro miesięcy niepotrzebnych wśród uciech, zabaw, przepychu. Tłumy oblegające arenę, na której zmagał się nieudolnie Manuel umiłowany z bykami, bardziej udolnymi od niego… nie jemu, lecz jej swe hołdy słały w kwiecia rozlewie i złotych monet mnogości. Aż zdarzyło się raz w Alicante, że byk andaluzyjski, pamiętny Corcito, przeciw Ma- nuelowi zwyciężył. Trzydzieści dwa konie legły, okaleczonych zostało pięciu banderillos, kilkadziesiąt pchnięć lanc pikadorskich skrwawiło harde stworzenie, ale wciąż Corcita zimne ślepia unikały śmiertelnego pchnięcia, ośmieszając matadorską fuszerkę kokietliwego galanta, któ- 24 ry nie umiał zdobyć się na (co najmniej!) poprawne męstwo ani w reci- bis8, ani też w volapie9. I oto spadł na arenę, niby szczebiot skowroni, słodki okrzyk dziewczęcy: „Toro, Corcito, eviva!”10. Ewarysta, panie dobrodzieju, przeciw Manuelowi krzyknęła! Ro- zumie się, że wnet głosów tysiące ryczały: „Eviva, toro!”. Pochylony w mądrej chęci życia łeb byka naręczem róż purpu- rowych okryła. Ewarysta, szanowny panie, przeciw Manuelowi róże zwycięzcy rzuciła! Zrozumiał w końcu i sam Manuel, po raz pierwszy w życiu spraw- nie veronicę11 przed własnym, osromotnionym obliczem wykonał i przebiwszy pod osłoną kapy jagnię swoje serce, legł w piasku areny tuż przed bykiem zwycięzcą. Ona zaś… Wiotka jak eukaliptus w księżycowe niebiosa swymi żądzy szumiący, zeszła Ewarysta do zwyciężonego kochanka i z za- stygłej jego dłoni jedwabną muletę12 wydarła, przysłaniając odtąd sta- le krwawą szmatą cudne swe oblicze. Ktokolwiek ku niej podejdzie, wnet chustę czerwoną na oczy zapuszcza. Pomyliło się w niej wszyst- ko, czy też naprawiło, co było pomylone, sam nie wiem. Zagnieździ- ła się w kotuchu cervantesowskiej, dziś już twojej rudery, podczas gdy pustką stoją liczne jej pałace i zameczki. Nie wiadomo, czym się żywi, mówi mało i to przeważnie od rzeczy, przynajmniej od rzeczy tych ogólnie ludzkich, a może właśnie do rzeczy tych szczególnie wła- snych… — Pójdźmy do niej — domagał się Amerykanin. — Urządzę tylko rzewne pożegnanie wśród swoich, jak człek, który godnie spełnia obowiązki społeczne. Przedtem jednak wiedzieć rad bym, gdzie senior Dawid zamieszka? — Wspominałeś, że w Posada sporo jest wolnego miejsca? 8. Toreadorskie metody zadawania bykowi ciosu śmiertelnego. 9. jw. 10. Niech żyje byk Corcito! 11. Sposób drażnienia byka za pomocą kapy toreadorskiej. 12. Czerwona chusta matadora. 25 — Zaiste, ale żadnej nie masz tam izby, w której mógłby istnieć człowiek na poły normalny. Przed zajazdem stoją wprawdzie na dzie- dzińcu dwa wozy należące do posesji, ale wątpię, czy wolno je uważać za legowisko właściwe dla kogokolwiek… — Doskonale, otóż właśnie na wozach, pod gołym niebem za- mieszkam, a to tym chętniej, iż zapomniałem zbadać, czy władze ro- dzime wpisały mnie na listę stworzeń normalnych, czy też na jakąś inną… Wypluł z ust ostatek oślizgłego azucarillo, brzuszek ponownie pod stół schował, czapkę na oczy zasunął i ująwszy mięsiste swoje lica w małe, pulchne łapki, podążył w ustronie rozstrzygających medytacji. — Nie przeczę, że wszystkiego nabawił mnie ten przeklęty Have- meyer. Jemu to zawdzięczam brzemienną w skutki znajomość z kardy- nałem Nino. Nie ma racji Havemeyer, skazując niewyżyte fakty histo- rycznej przeszłości na ukrycie zazdrosne, niecielesne zaś postacie tych faktów na więzienie bezprawne. Oto dożyliśmy epoki, która zatraciła wątek ze swymi ludźmi i nie może już ścierpieć ani jednego człowieka, gdyż wszyscy razem i każdy z osobna pozbawieni są jakiegokolwiek tła jakiejkolwiek epoki. Wcale już nie chodzi o możliwość własnego kąta widzenia, czy o psychiczny interes osobisty. Właściwie gra idzie o to, iż trudno dłużej wytrwać bez utraty równowagi nad rubieżą przepaści bezhistorycznej. Każdy moment dalszego, najmniej wyrachowanego, najbardziej przypadkowego trwania w tej atmosferze zagraża podsta- wowemu poczuciu wszelkiej własnej rzeczywistości. Wojna nauczyła ludzi groźnego odróżniania fikcji od rzeczywistości. Dzięki temu na- łogowi rozwija się nudny przemysł wynajdywania coraz to nowych nazw i nalepiania ich na same przestarzałe rzeczy, fakty. Ciche nalepki powagi stwarzają zatory w wartkich nurtach krzykliwego życia. Niko- mu na myśl nie przyszło, by stwarzać nazwy od rzeczy, bez rzeczy i do nazw tych rzeczy dopiero dorabiać, co mogłoby dać początek nowej zgoła gałęzi wytwórczości, a mianowicie zabawkarni dla ludzi doro- słych. Uprzemysłowienie dojrzałego dzieciństwa, zdziecinnienie no- woczesnych sensów twórczych! Nowa epoka, niebywałe możliwości, a wszystko oparte na żelazobetonowych sklepieniach wiary, iż w twór- czej zabawie jedyne zbawienie współczesnej ludzkości! Nikt o tym nie 26 pomyślał… Przez stosowanie trywialnych formułek radzą i pomagają sobie ludziska, jak mogą. Ocalają swą zamgloną świadomość dzięki spopularyzowanym metodom niezawodnego stwierdzania praktycz- nych oczywistości, co się równa lubieżnemu, a w każdym razie bez- płodnemu obmacywaniu życia. Stąd też znają oni, w anonsach rozgła- szają, kupują i sprzedają różnice, oddzielające realną powszedniość od powszednich fikcji, różnice, których nie ma i nie było nigdy. Wymyślili sobie nawet pewien rodzaj wszystkim dostępnej tandety, którą się cie- szą i której schlebiają, a miano jej: niezwykłość. Słusznie więc twier- dzi więziony kardynał, że jedynym środkiem, który zdoła pojednać lu- dzi obecnych z ich epoką i to w tym duchu, by oni zdołali ją urobić, a nie ona w kierunku ich ukształcenia czyniła bezowocne wysiłki, jest zastosowanie fikcji do celów praktycznych. Daleko to odbiega jeszcze od zasady zbawczej zabawy, ale bądź co bądź, nielada uciechę sprawi możność wykazania, że fikcje są bardziej wytrzymałe jako życia pod- waliny od wszelkich faktów rzeczywistych. Rozumie się, że konieczne jest uzyskanie obywatelskiego równouprawnienia złudy z oczywisto- ścią, co tym łatwiej stać się może i bezzwłocznie stać powinno, jeśli uprzytomnimy sobie, jak wielka wojna doprowadziła w ostatecznych wynikach do zrównania wszystkiego, co niewspółmierne. Wobec szal- bierczej skłonności ludzi powojennych do uchylania się od śmierci, a to bądź przez zawężanie pełni życia pod hasłem wszelkiego rodza- ju „świętobliwych” obowiązków, bądź też przez rozdymanie rozkosz- nictwa z uwolnieniem od jakiejkolwiek umysłowej taksy, co wszyst- ko razem wzięte budowę historii utrudnia — jedynie rozwielmożnio- na fikcja, życie wszechobejmująca, zdoła nas wyposażyć w należycie rentującą się kalkulację przedśmiertnego sensu. Tylko fikcja może nam dzisiaj ułatwić narodziny dziejowej epoki, którą zapełnimy treścią wy- pracowaną z uprawnionego do życia systemu myślenia i którą sami przeżyjemy świadomie wśród zabaw przedśmiertnych. Jako wstęp do współczesnej historii, którą sztucznie trzeba pobu- dzać do życia z powojennego letargu, posłużą przede wszystkim nie- zbadane fakty uwięzionej w dziejach sztuki przeszłości. Należy wszyst- ko możliwe uczynić, by nieprawnie zatajona przeszłość mogła się wy- żyć w teraźniejszości, pozbawiając tę ostatnią jej bezhistorycznego 27 odrętwienia. Konkurencyjne wobec Havemeyera zapędy naprowadzi- ły mnie przede wszystkim na konieczność ucieleśnienia portretowych i kompozycyjnych pomysłów, a to bez wszelkich mozołów ekshuma- cyjnych czy okultystycznych, lecz jedynie przy pomocy trafnie stoso- wanych fikcji i w zawziętym przeciwieństwie do martwego, na wy- świechtanych oczywistościach nauki opartego kolekcjonerstwa. Jak dotąd, jestem sam z sobą w zupełnym porządku. Również słuszną zgoła jest rzeczą, bym jako świata nowego mieszkaniec temu mrowiu ludzkiemu przedwcześnie zwiędłej Europy przywiózł w darze środek ratowniczy, co do pewnego stopnia od najdawniejszych cza- sów stanowi rodzaj tradycyjnego sportu Ameryki. Inna już rzeczy, co oni uczynią z samym darem, i ani przez chwilę nie wątpię, że postąpią z nim nie inaczej, aniżeli uczynili to ze złotem, którego od czasów Ko- lumba po dni ostatnie używali namiętnie celem zupełnego wysilenia swych zasobów po to tylko, by uszlachetniony i pomnożony kruszec wysłać w końcu z powrotem do nas za Ocean. Nie ukrywam również przed sobą, że przystępując do dzieła na hiszpańskiej ziemi jako kardynała misjonarz, przede wszystkim pra- gnę pokonać Havemeyera, więżącego życie w obrazach, a zwycięstwo nad konkurentem zamierzam odnieść przez uruchomienie obrazów w życiu. Na ucho samemu sobie szeptem zeznam, że gdyby z poczynań moich musiało wyniknąć dla samej osoby cennego adwersarza groźne, powiedzmy otwarcie… śmiertelne niebezpieczeństwo, przed wykona- niem zamierzeń chyba się nie cofnę. A teraz wzywam was, wielcy, historyczni sojusznicy, ciebie, Don Kichocie, i ciebie, kardynale okrutniku, was, bracia słoneczni, mój ty przeczysty conde Orgazie i mój roztęczony El Greco, bywajcie, do Po- sada de la Sangre śpieszcie na pomoc w dziele zbawczego humbugu, z którego narodzi się cud!! Pomnijcie, że dotychczasowe cudy w przeważnej ilości były nie- rozważne i prędzej czy później okazały się humbugiem, skąd też wyni- ka konieczność wszechstronnego rozważenia humbugu, celem umożli- wienia i ubezpieczenia cudu! Pomnijcie! Oto chwila sprzyja niezwykle memu przedsięwzię- ciu, skoro gromady ludzkie tak ostatecznie zgłupiały, że i najmądrzej- 28 sze poczynanie jest już dopuszczalne bez zbytniego narażania się na prześladowanie czy też zarozumiale spopularyzowane zrozumienie. Nadmiar zresztą sławionych zbawców, odkrywców, reformatorów, baletmistrzów, naturalistów, kopistów, żonglerów, dudziarzy, wesoł- ków, szopkarzy, pośmieciuszków… zbałamucił gawiedź ukochaną doszczętnie. Spójrzmy tylko przelotnie na to, co się dzieje. Nikt już o nic oprzeć się nie może i przed niczym cofnąć niezdolny. Maszyny, przedmio- ty, całe lądy unoszą się w przestworza według ludzkiej rachuby nie- zawodnej. Skłębione mgły ciemnoty na usychające mózgi walą się rzesz bezimiennych. Kamienny obłęd mężów handel między niebem a ziemią zagarnął wymienny. Komety zaniechały swych lotów okręż- nych i w bezpańskim obwodzie nieprzytomnych marzeń na podgarnię- tych ogonach przysiadły. Myśl każda z garbem nonsensu między lu- dzi wchodzi i z nudą ladacznicą ohydnie się puszcza. W ostatnie gaje zadumy czeredy pachołków zwycięskich się wdarły. Tuje, klony, mo- drzewie bezczeszczą i trzebią. Niewiasty prawią nowenny za samców bezpłodnych i w nocnych skowytach zaspokajają swe chucie uwiędłe. Wykruszyła się siła z ziaren woniejących. Wydzielinami własnymi ży- wi się już każdy. Zwierzęta zczłowieczały powszednio. Jakościom wszelkim koniec nastał bezlitosny, ilościom rozmnożonym bezwstyd- nie wszechmoc jest dana poczynania… chytra. O! Ty, samotności moja! Na drabiniastym wozie czuwająca w cuch- nącym podwórku cervantesowskiej oberży! Miłośnica byków Rozdział wtóry, z którego dowiemy się… o cichej rozpaczy, jaka zamieszkała w sercu Ewarysty od chwili, kiedy prysły jej złudzenia odnośnie do męstwa umiłowanego onegdaj Ma- nuela i kiedy miejsce pokonanego kochanka zajęło w dziewiczych rojeniach krwawe widmo zwycięskiego byka. Yetmeyer wraz z kel- nerem Gouzdrezem odwiedzają dziewczynę, gnieżdżącą się dotych- czas w przeznaczonej na dancing, donkiszockiej sadybie. Przebiegle, ujmująco opowiada jej pan Dawid, po co przybył do Toledo i jak za- mierza zbawić ginący świat powojenny. Szczególnie silne wrażenie wywierają na Ewaryście wywody Yetmeyera o spoufalonej z wołami nad Rio de la Plata przeszłości jego i o „byczym” pochodzeniu olbrzy- miej fortuny obecnego multimiliardera. Samopas żyjąca, niesamowita dziewczyna przyjmuje ostatecznie ofiarowaną jej godność primabale- riny w przedsięwzięciu Yetmeyerowskim i zobowiązuje się wykonać taniec trzech uśmiechów, który ma ukoronować zbawczo-pantomimo- we pomysły amerykańskiego przybysza. 31 Wybrnęli z kawiarnianej ciżby, w mrok się wcisnęli podwieczorny i wnet dostrzegli przyłap zgrzybiałej sadyby, podparty wysmukłym cieniem Ewa- rysty. — Wyjdź! Pokłon oddać należy panu nowemu, który nam przy- był! — oznajmił Jacinto. — Odkąd zaniechałam oglądania ludzkich twarzy, nabyłam prawo nieczynienia pokłonu nigdy przed nikim… — sypkim, rozmnażają- cym się szeptem odparła zaczepkę obcego przybysza, tkwiąc wpatrze- niem wyniosłym w dali swej własnej. — Przybysz nabywcą jest waszego domu, a zostać ma z woli oso- bistej ludzkości całej zbawcą! — upominał kelner-pośrednik. — Jeśli dobrą będziesz i uległą, pozwoli ci tutaj wraz z sobą pozostać. Zaczerwienił się żarliwy płomyk cygaretki w ustach Ewarysty i widmo twarzy kobiecej, przez chwilę zalotnie skrwawionej, ujawnił. Ujrzał Mr Yet- meyer zlep czarnych włosów na czole, na uszach, szkliwo jasnoszarych, zol- brzymiałych oczu i ust sinych, wzgardliwych ścięcie zawzięte. Lewa dłoń wsparta wyzywająco na lędźwi, prawe ramię ukryte w czarnej chuście, przy- słaniającej niedbale łachmany wiśniowej sukienki, pomalowanej w brudno- żółte chwasty. Uwierzył konkurent Havemeyera, iż odżyła przed nim „Agu- stina la gitana” z obrazu J. Zuloagi, a przeszkadza wiernemu wspomnieniu jedynie papieros ladacznicy, przylepiony do obwisłej, dolnej wargi. — Czy on jest zwierzęciem?… — spytała tonem nieprzerwanej za- dumy. 33 — Kto? — przeraził się Jacinto. — Nabywca i zbawca — wyjaśniła Ewarysta pośród kłębów dy- mu wypełniającego jej usta. — Bez wątpienia zwierzęciem — kwapił się z potwierdzeniem gość amerykański. — Wprawdzie posiadam wszelkie znamiona zupełnie ludz- kiego zjawiska, ale szczerze równocześnie pragnę mojego własnego i to okazowego zezwierzęcenia na tle współczesnej ludzkości. Marzę wprost o tym, by stać się jakimś mamutem, ichtiosaurem czy nadpsem podwod- nym, którego szkielet wykopany po wiekach zaświadczy o fizycznych pod- stawach przeżywanej przez naszą spółczesność historycznej bezmyślności czy też, jeżeli wolisz, urodziwa córo Toleda, rozmyślnej bezhistoryczności. Poza tym wykazać się mogę ścisłymi związkami z niezaprzeczonymi by- dlętami nowego świata, czyli tak zwanej drogiej mej ojczyzny… — Zajmują mnie jedynie wielkie, dzielne byki. — Otóż to właśnie — upewniał Amerykanin — wprost cudow- nie się składa, bo w tej dziedzinie, to znaczy wśród byków, poszczycić się mogę wspaniałą organizacją i niezwykłymi wprost wynikami, jakie dzięki niej osiągnąłem. Od wieków, o ile mi wiadomo, zajmuje się ród mój wypasaniem trzód byczych nad Rio de la Plata. Już dziad, a szcze- gólnie mój rodzic słynęli jako królowie wołopasów. Mnie przypadł za- szczyt w udziale zorganizowania wielkiej rzeźni i eksportu mięsa wo- łowego poprzez oceany do krajów Europy. Sława mrożonego mięsa argentyńskiego została ustalona, a wielki dom handlowy Yetmeyer et Comp., naturalnie z centralą w Nowym Jorku, zdobył w krótkim czasie miliardowe podstawy wieczystego trwania. Dzięki moim bykom zdoła- łem wywołać przewrotowe zmiany na międzynarodowym rynku mięsi- wa, a skutki przeobrażeń gospodarczych sięgnęły tak głęboko w podłoże życia społecznego, że nieuchronne niedbalstwo europejskich władz ko- munalnych przy odbiorze moich dostaw spowodowało poważne rozru- chy uliczne w tak wybitnych skupieniach wielkomiejskich, jak: Londyn, Glasgow, Marsylia, Barcelona, Lizbona, Hamburg i Triest. — A więc mordercą byków jesteś, nie ich przyjacielem! — syk- nęła donna Ewarysta. — Byków dobrodziejem! W rzeźniach moich zastosowano wypró- bowaną, najłagodniejszą formę zagłady: prąd elektryczny, od którego do- 34 tknięcia giną zwierzęta niespodzianie, bez cierpień, nawet bez nerwowych wstrząsów. Konają lekko, błyskawicznie, ze starannie zakopconą świado- mością i z miłym zdziwieniem w rozszerzonych ślepiach. Nie słychać nig- dy żadnych ryków czy skowytów, nie widać żadnych szamotań desperac- kich. Prowadzi się zaś bydlęta na śmierć dopiero wówczas, kiedy dojrzeją do sprzątnięcia z terenu hodowli. W ten sposób, to jest umierając wyłącz- nie dojrzałą śmiercią, osiągają byki moje najwyższy stopień szczęśliwo- ści tuziemskiej, stopień żadnemu człowieczemu istnieniu niedostępny. Do samej bezbolesnej chwili rozstania się z padołem pastwiska pędzą żywot bujny i dostatni, skąpane powodzią słońca, zanurzane w wonnych ziel- skach pampasów wśród bukolicznych igraszek z fachowo wyszkolonymi pastuchami i moralnie odpowiedzialnymi, wiernie poszczekującymi kun- dlami. Nigdy nikt na rzecz śmierci nie może osiągnąć takiej pełni życia, jak ja ją dla byków zdołałem uzyskać. Obecnie zamierzam właśnie to sa- mo uczynić dla ludzi i po to tylko do was tu przyszedłem. — Ja kocham byka… — upierała się chmurna Ewarysta. — Łatwo wyobrazić sobie, że senor Dawid jest bykiem. Trzeba zaledwie przyjrzeć się mu bliżej, a niewątpliwie odnajdzie się sporo podobieństwa — pośredniczył dobrotliwy Gouzdrez. — Boksuję się świetnie i znam uderzenia, do których wykonania niezbędna jest postawa byka atakującego na rogi — zapewniał cudak zamorski, zawzięty w umizgach. Zbliżała się ku niemu z ociąganiem chytrym, ale nie przysłaniała już przynajmniej misternie rzeźbionego lica. — A jak ci na imię? — zagadnęła znienacka. — Dawid, który pokonał Goliata… Cisnęła ogarek papierosa tuż pod stopy przybysza, szybko ku nie- mu podeszła i nachyliwszy się nad natrętnym zjawiskiem, oburącz łeb jego ujęła. Wpatrzona w przekrwione, rozlane policzki, orzekła: — Jest coś bydlęcego w tobie, zaprzeczyć nie można. Może rze- czywiście z czasem byka mojego wspomnienie złagodzisz bolesne… — Ależ wyrobię się z czasem, wyrobię z pewnością! — Muszę jednak wiedzieć jeszcze, zanim do Posada cię wpusz- czę, czy jesteś religijny i czy nie zbywa ci na odwadze, bo nawet praw- dziwe byki bywają tak samo tchórzliwe, jak i bezbożne. 35 — Znam niemal wszystkie systemy religijne świata i chętnie wyznam donnie tak światłej, jak ty, Ewarysto, że przy najściślejszym badaniu dotych- czasowych moich życiowych postępków ani jednego dotąd nie znalazłem, dla którego nie istniałoby pełne usprawiedliwienie w tym lub owym syste- mie. Osobiście obowiązuje mnie obrządek na razie jeszcze tajny. Jemu to zawdzięczam tę nienaganność wszelkich mych odruchów, tę wszechreligij- ność mojej postawy, jakkolwiek zaprzeczyć trudno, iż główną rolę pod tym względem odgrywają niewyczerpane me środki pieniężne. Bogaci ludzie, chcąc nie chcąc i na każdy sposób, niemal zawsze są religijni. — Ludzie, którzy tak wiele, jak ty, posiadają, nie mogą być odważ- ni, trapi ich bowiem lęk przed przemocą lub utratą własności. — Niechaj nie szydzi panna Ewarysta, bo zaraz dowiodę, iż ob- ce mi być musi wszelkie uczucie trwogi. Wspomniałem już o religii własnej, a teraz dodam, iż przy waszej pomocy, to znaczy pani, Jacin- ta i kilku innych osobników, zamierzam mój system rozpowszechnić gwoli zaszczepienia szczęśliwości doczesnej wśród szerokiej rzeszy ludzi teraźniejszych. Proszę, pokaż mi równego śmiałka! — bronił się Yetmeyer zawzięcie. — Wszystko rozumiem, co mówisz, a jednak nad niczym nie chce mi się zastanawiać. Obawiam się, że zdołasz znudzić mnie prędko glę- dzeniem o twej niby-to-byczości. Byk jest albo go nie ma. To się widzi od pierwszej chwili. Byk jest gwałt, ryk, wesele, zwycięstwo, krew, śmierć. To się czuje od pierwszego wejrzenia. — Dziewczyno, cierpliwości! Czy wiesz ty o tym, że za kilka tygo- dni tu, w tym miejscu, gdzie się obecnie kłócimy, powstanie najweselszy zakątek na świecie, do którego podążą zewsząd tłumy pielgrzymów spra- gnionych upojeń radosnych? Urządzimy we wnętrzu tego domu salę roz- koszy wymyślnych, a bajaderą uciech perlistych, za której pląsem podą- żą oczy i usta rozmodlonych widzów w głąb zbawczą trzech uśmiechów, o pełni życia stanowiących, nikt inny, tylko ty będziesz, Ewarysto! — Umiesz być zajmującym, gdy nie starasz się, by cię zrozumia- no… — ożywiła się Ewarysta. — Żadnych nie ma niejasności — wtrącił zniecierpliwiony Jacin- to. Przebuduje się całą sadybę na dancing, wiesz, jak „Trocadero” na przykład, a pierwszą baletnicą z łaski seniora Yetmeyera ty będziesz. 36 — Ja mogę tę łaskę wam wszystkim wyświadczyć, bo bardzo lu- bię tańczyć. — Posiadam wielki zapas fikcji, które należy spożytkować gdzieś, kiedyś i jakoś. Sądzę, że potrafisz najgłębszą mą fikcję ujawnić ciała twego natchnieniem, stóp błyskawicą, ramion tęczą, oczu zorzą. Wy- konasz układu mego: taniec trzech uśmiechów! Czy aby tylko jesteś jeszcze dziewicą, bo to bardzo ważne? — Głupstwo! Uspokój się, nudziarzu, jeszcze jestem panną, ale tylko fizycznie nietkniętą. Sama chciałam tak dotąd, ale już mi się znu- dziło i cięży nieco. — Zaklinam, racz cnotę przechować aż do głównego występu! — zaskomlił Yetmeyer. — Dobrze, dobrze, byku! Kleiste są twoje słowa i wyciągają się bez końca. A ja tymczasem naga jestem i brudna. — Kostiumy zaraz jutro z Madrytu… — Nie chcę szmat kupnych. Sama mogłam sprawić sobie durne fa- tałaszki. Skoro jednak pragniesz mieć dziewicę tańczącą dziwactwa, po- starać się musisz o strój również dziewiczo-dziwaczny. Nie nabędziesz go w żadnym magazynie codziennego szyku. Ale radzę ci, byczy staruszku, pójdź nad toledańską rzekę i zabaw się w rybaka. Czy widziałeś już kiedy, mój grubasku, jak szary mętny Tajo płonie cały w podwieczerze na po- wierzchni? Rumieni się on od słońca umizgów i krwawozłote łuski niosą jego wody próżniacze. Nałapaj mi tych łusek, jak chcesz, byle dużo. Z łu- sek szata powstanie godna dziewicy gnającej w szale zbawczym trzech uśmiechów. A teraz radzę ci obejrzeć sobie tańca mojego początek… Wspięła się na palce stóp, rozpostarła ramiona nad głową w zgię- ciu nabożnym i powierzywszy kibić chybotom rytmicznym, ruszyła w mroki nocy przedwczesnej. Zanurzyły się w ciszę dźwięki piosenki lizbońskiej, śpiewanej głosem zmarłym na beztroskę: „Me casé con un viejo por su monita…”13 Jesienne niebo obrzucało poczynanie Ewarysty błogosławień- stwem gwiazd rzęsiście spadających. 13. „Wyszłam za starca dla jego pieniążków” (popularna piosenka portugalska). 37
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wesele Hrabiego Orgaza
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: