Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00154 005518 15386607 na godz. na dobę w sumie
Wesele hrabiego Orgaza. Powieść z pogranicza dwóch rzeczywistości - ebook/pdf
Wesele hrabiego Orgaza. Powieść z pogranicza dwóch rzeczywistości - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 368
Wydawca: Biblioteka Analiz Język publikacji: polski
ISBN: 83-89143-66-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kultura, sztuka, media
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Jaworski był jednym z największych dziwaków i ekscentryków początku XX wieku. Przyjaźnił się z Witkacym i Wojtkiewiczem, uważa się go za prekursora Gombrowicza. Powieść „Wesele hrabiego Orgaza” przez dziesięciolecia uchodziła za zaginioną, choć ukazała się drukiem w 1925 roku. Jest to trudna proza, ale warto przez nią przebrnąć. Jaworski tworzy własne słowa (do książki jest blisko 400 przypisów, a mogłoby ich być trzy razy tyle), ma doskonałe wyczucie melodii języka, są fragmenty, które czyta się niczym rytmiczny wiersz. Autorzy piosenek hip hopowych wiele mogliby się od niego nauczyć. Język jest największym atutem tej powieści. Utopijna fabuła opowiada o sporze dwóch amerykańskich milionerów, którzy z nudów gotowi są zniszczyć świat, pogrzebać kulturę, religię, sztukę. Jaworski zupełnie nie dba o prawdopodobieństwo zdarzeń, groteskowym światem rządzą się osobne reguły, można powiedzieć, że rodem z literatury fantastycznej, z pogranicza baśni i powieści utopijnej. Trudno jednak szukać jakichkolwiek analogii w światowej literaturze. Bo choć Jaworski lokuje akcję w Toledo, to jest to utwór tak silnie osadzony w polskiej kulturze (także ludowej, w tym fragmenty pisane gwarą), że wszelkie wątki fabularne schodzą na drugi plan.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

WESELE HRABIEGO ORGAZA Roman Jaworski WESELE HRABIEGO ORGAZA POWIE(cid:285)Ć Z POGRANICZA DWÓCH RZECZYWISTO(cid:285)CI Jirafa฀Roja Warszawa฀2006 © Copyright by Roman Jaworski © Copyright for this edition by Jirafa Roja, 2006 Tekst po raz pierwszy ukazał się w 1925 roku nakładem wydawnictwa F. Hoesicka w Warszawie. Drugie wydanie ukazało się w 2002 roku nakładem wydawnictwa Universitas w Krakowie. Opracowanie tekstu dla Universitasu: Izabella Sariusz-Skąpska Redakcja tego wydania: Łukasz Gołębiewski Projekt okładki: Żaneta Delegacz Skład i łamanie: Tatsu Druk: Drukarnia Naukowo-Techniczna Oddział PAP S.A. ISBN 83-89143-66-6 Wydanie III Warszawa 2006 Spis฀treści Roman Jaworski: Demoniczny parodysta . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 Zbawca świata i jego barkeeper . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 17 Miłośnica byków. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 31 Amerykańskiego pampucha baśniaki O własnych światach, o wiedzy własnej, o okrucieństwie i o konstrukcjach idiotów współczesnych. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 39 A.B.C. — o dancingu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 101 Wystrzyganki Ze śmietnika prasy nowojorskiej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 135 Pojednanie cnoty z rozpustą . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 157 Slap on the face czyli Jedna tylko facka, lecz za to… znienacka . . . . . . . . . . . . . . . 189 Pokochanie Boga Deus Semper Certus . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 251 Kongres religijny Fruwająca trzynastka Beso del Cortesia Śmierć omara . . . . . . 275 A u brahmina… mina… jak z komina Taniec trzech uśmiechów — absurdy miłosne . . . . . . . . . . . . . . . . 345 Roman฀Jaworski Demoniczny฀parodysta „Ostatnim utworem Romana Jaworskiego jest powieść „Wesele hrabie- go Orgaza”, wydana w 1925 roku. Jest to rodzaj encyklopedycznej klep- sydry groteskowej, poświęconej beznadziejnemu upadkowi nowoczesnej kultury i cywilizacji (Jaworski należał do zdeterminowanych katastrofi- stów). Chybiony ten nekrolog, czy klepsydra, przeładowany — jakby po- wiedział Stanisław Ignacy Witkiewicz — „bebechami metafizycznymi”, roi się jednak od kapitalnych fragmentów”. Tak napisał w 1961 roku o wydanej 36 lat wcześniej powieści Ja- worskiego, krytyk i wydawca Roman Zrębowicz. Do jego tekstu, da- lekiego od panegirycznego zachwytu, jeszcze powrócę, a tymczasem przypomnijmy sobie artystyczną osobowość jaką był niemal zapo- mniany dzisiaj pisarz krakowskiej awangardy początku XX wieku. Obsesje i zmory Roman Jaworski urodził się w 1883 roku, a zadebiutował w wieku 20 lat jako poeta na łamach jednego z krakowskich czasopism. Szybko jednak zrezygnował z pisania wierszy i zajął się prozą. Zaczął pisać opowiadania w których wykreował charakterystyczne dla całej jego twórczości niesa- mowite, dziwne i demoniczne światy. „Miał iść”, „Amor milczący”, „Ba- nia doktora Lipka” czy „Trzecia godzina” to utwory, które w 1910 roku włączył do wydanego nakładem krakowskiej Książnicy tomu zatytuło- wanego „Historie maniaków”. Opisywał w nich rozmaite przypadki oso- bliwego „opętania”. Dotknięci nim ludzie to właśnie tytułowi „maniacy”, osobliwi dziwacy działający na pograniczu świata realnego i urojonego, ulegający maniom, obsesjom, ideom nadwartościowym oraz urojeniom. 7 W każdym z opowiadań występował inny bohater, ale łączyła go z posta- ciami z innych tytułów właśnie ta osobliwa zmora umysłowa, sprawiają- cą, że każdy z bohaterów nie był sensu stricte określonym przypadkiem psychiatrycznym dającym się jednoznacznie zakwalifikować w zgodzie z podręcznikami psychopatologii. I tak, bohater „Trzeciej godziny” dąży do tego, żeby — jako przedsiębiorca pogrzebowy — zostać mitycznym przewoźnikiem zmarłych, a postaci wypełniające utwór „Bania dokto- ra Lipki” jednoczą się wokół wspólnej idei, jaką jest utworzenie armii Chrystusa w szeregach której podbiją zły, zepsuty świat. Zainteresowa- nych szczegółami odsyłam do mojego wstępu w „Historiach maniaków” (Wydawnictwo Jirafa Roja, Warszawa 2004). Wynaturzenia i przeryso- wania typów psychicznych prezentowanych przez Jaworskiego sprawi- ły, że słusznie nazwano go „ekspresjonistą”. Jako taki stał się pierwszym przedstawicielem tego nurtu w polskiej prozie. Dlatego również — po- sługując się definicją L.B. Jenningsa, iż „groteska to demoniczność prze- mieniona w trywialność” — niektórzy badacze uważają Jaworskiego za pierwszego przedstawiciela groteski w naszej literaturze. Oczywiście da- ją się dostrzec w jego utworach rozmaite wpływy, i to światowych wiel- kości. „Historie maniaków” zawdzięczają niemało upiornym opowia- daniom „groteskowo-arabeskowym” Edgara Allana Poe, jak również „Horli” czy „Obłąkanemu” Guy de Maupassanta, niesamowitym nowe- lom francuskiego prozaika, które wyszły spod jego pióra na krótko przed popadnięciem w obłęd autora „Baryłeczki” i „Pięknego pana”. Także na polskim gruncie miał Jaworski poprzedników, że wskażę na niektóre opowiadania Antoniego Langego, Wacława Grubińskiego czy Jana Le- mańskiego. Analogie nasuwają się z dramatami Leopolda Staffa, zwłasz- cza ze „Skarbem” i „Godiwą”. Nie sposób także nie wspomnieć o awan- gardowej „Pałubie” Irzykowskiego. Zaginiony rękopis Przejdźmy jednak do „Wesela hrabiego Orgaza”. Utwór ten został na- zwany przez autora „powieścią z pogranicza dwóch rzeczywistości”. Ukazał się nakładem renomowanego wydawnictwa F. Hoesicka. Jest 8 to jedyna zachowana powieść Jaworskiego, ale miał on dalsze ambicje związane z tym gatunkiem. Planował cały cykl, noszący wspólny tytuł „Franciszek Pozór”. Miała to być groteskowa epopeja ukazująca auto- destrukcyjny proces rozpadu szlachty oraz magnaterii. Wiadomo, że autor napisał połowę pierwszego tomu, a być może nawet doprowadził swoją opowieść do bardziej zaawansowanego stadium. Rękopis jednak zaginął w Powstaniu Warszawskim. Sam Jaworski zmarł w 1944 roku w wieku 61 lat. „Wesele hrabiego Orgaza” to najdłuższy i najbardziej dojrzały utwór pisarza. Nie odniósł sukcesu w 1925 roku, bo nazbyt „tyranizował czytelnika”, jak to napisał po latach Roman Zrębowicz (do opinii tej jeszcze powrócę). Przeszedł jednak do historii literatury, chociaż tylko tej wąskiej, hermetycznej, do której sięgają wyłącznie miłośnicy określonych stanów i nastrojów artystycznych oraz — rzecz jasna — specjaliści. Jeden z tych ostatnich, Andrzej Konkowski, dał na łamach „Miesięcznika Literackiego” interesującą analizę powieści Ja- worskiego oraz charakterystykę jej społeczno-literackiej genezy: „Przesilenie po 1918 roku i przemiana wartości kazały A. Ster- nowi i A. Watowi gloryfikować nonsens, gdyż „jest wspaniały przez swą treść nieprzetłumaczalną, która uwypukla twórczą szczerość i si- łę”. W „Bezrobotnym Lucyferze” (1927) Wat ujrzał rzeczywistość jako wielki narząd płciowy i kasę pancerną, a kilka lat wcześniej powtórzył za T. Tzarą koncepcję „nowoczesnego idiotyzmu”. Dawid Yetmayer, bohater „Wesela hrabiego Orgaza” — to również współczesny idiota pragnący za pomocą mistyfikacji, zabawy, śmiechu wytańczyć „nowy, wspaniały świat”. A czyż posada de la Sangre i urządzony tam dancing nie przypominają kabaretu Voltaire? Czyżby więc z autentycznych fak- tów zrodził się pomysł powieści? A może stanowi ona polemikę z teorią czystego absurdu głoszoną przez dadaistów, a następnie przeniesioną do Polski za pośrednictwem futurystów?” Po tych rozważaniach Konkowski przechodzi do zasadniczej treści utworu i jego głównego bohatera: „W sytuacji powszechnego zwątpienia, rozprzężenia, bezsensu — Dawid Yetmayer, amerykański milioner i maniak, chce przynieść ludz- kości zbawienie. Jest ono osiągalne tylko poprzez wskrzeszenie uczuć religijnych. Amerykanin opracowuje niezawodny system pozwalający 9 odzyskać utraconą w wyniku wojny wiarę. (…) Szlachetne intencje „idioty” Yetmayera nie przylegały do powojennej rzeczywistości. Dzie- ło odnowy religii okazało się nie do zrealizowania” („Dancing i jego fikcje”, „Miesięcznik Literacki” nr 12/1971). Tyranizuje czytelnika Cofnijmy się teraz do szkicu Romana Zrębowicza, w którym — po- mimo braku większego zachwytu nad „Weselem hrabiego Orgaza” — zawarł on kilka niezwykle trafnych uwag na temat powieści i w ogóle całej twórczości prozatorskiej Jaworskiego. Oto co napisał Zrębowicz w „Ruchu Literackim” w 1961 roku: „Twórczość Jaworskiego może budzić zastrzeżenia, choćby z tego powodu, że czytelnika tyranizuje, autora zaś spycha na samą krawędź rzeczywistości socjalnej, poza którą roztacza się pustynny ugór z me- lancholijnym mirażem absolutu piękna gdzieś na dalekim widnokrę- gu. Z krawędzi tej wychodzi tylko jeden szlak, a mianowicie okrężna, skomplikowana droga, wiodąca do osobistego cierpienia, gdzie pięk- no jak surogat boskości staje się fata Morgana, a życie wieczną złudą Maji i samotnością tragiczną. Na tym tle postać Romana Jaworskie- go urasta i należy do wielkich symbolów literackich, obejmujących takich pisarzy, jak Baudelaire, Poe, Leconte de Lisle, Przybyszewski itp. Wszystkie te symbole spoczywają w sarkofagach tej beznadziejnej, a tak niedawno minionej epoki, którą nazwałbym letargiem marzenia” („Zapomniany ekspresjonista”, „Ruch Literacki”, nr 4-5/1961). Do zalet „Wesela hrabiego Orgaza” cytowany powyżej krytyk za- licza obyczajowe spostrzeżenia Jaworskiego na temat Ameryki. Oczy- wiście ich przerysowanie i skąpanie w turpistycznym „sosie” zniechę- ciło zapewne krytyków oraz czytelników. I nic dziwnego — bo nie łudźmy się: pisarz odpowiada za swoje dzieła, a jeśli decyduje się na tak osobliwy styl będący środkiem do „tyranizowania czytelnika”, to zbiera tego owoce. Cierpkim jest na pewno krytyka, ale najbardziej gorzkim i trucicielskim — obojętność. Oto jeden z fragmentów uzna- nych przez Zrębowicza za „kapitalne”: 10 „Najbardziej niestrawne są dla mnie okazy dorobkiewiczów, tych legendarnych eksuliczników, skromnych pastuszków, sprzedawaczy gazet, sprytnych kuchcików czy pomywaczy uchodźczych okrętów. Gdy dzięki zdolnościom, raczej machinacjom dochrapią się wresz- cie w bankach depozytów lub liberię wdzieją państwową, nad każdym życia bujniejszym objawem, nad uskrzydloną jakąkolwiek myślą bez- względnie się pastwią. Praktyczna barbaria. Chełpi się zazwyczaj, że nacjonalizm spółczesny funduje. Bezczelna hałastra do cieniów Volta- ire’a śmiało się przypina. A wszystko dokoła więdnie, dogorywa, bo oni panują, rządzą i dyktują”. Podstępne karły Mocny to osąd, choć jak wszystkie w pisarstwie Jaworskiego mocno zdemonizowany. Trudno też zapewne w literaturze o bardziej dosad- ną polemikę z amerykańskim mitem raju na ziemi. Cytowany frag- ment to policzek wymierzony apologetom i chwalcom Ameryki z po- zycji pisarza ekspresjonistycznego, widzącego wszędzie złośliwe trolle o upiornych obliczach. Z innej pozycji zaatakowałby zapew- ne kapitalistyczny raj futurysta i komunista Bruno Jasieński, gdyby zamiast na USA nie skupił się na Francji w powieści „Palę Paryż”. Tam złośliwymi trollami-mordercami okazują się podstępne bakterie niszczące ludność nadsekwańskiej stolicy. Stąd już tylko krok do in- nego skojarzenia — z pełzającymi karłami reakcji, sloganu, którym często posługiwała się stalinowska propaganda w ostatnim okresie życia „wodza światowego proletariatu”. Semantyka językowa przy- toczonych związków frazeologicznych ma rodowód w grotesce czyli właśnie w świecie wykreowanym na polskim gruncie przez Romana Jaworskiego. Demonizowanie ludzi i ich działań to element naszego realnego życia, widoczny nie tylko w literaturze, filmie, malarstwie czy teatrze, ale i przekazach mass mediów. A w bardziej przyziem- nej warstwie — w plotkach, obmowach, spekulacjach na temat ży- cia i uczynków naszych bliźnich. Teoretycznie więc pisarstwo Ja- worskiego powinno odnieść sukces i akceptację, ale tak się nie stało. 11 Było nazbyt wysublimowane w swoim artystycznym turpizmie, kul- cie brzydoty i beznadziejności, żeby mogło ogarnąć szersze masy. Nie bez znaczenia był też język, jakim posługiwał się autor. Herme- tyczny, odstręczający, wyzywający w swoim osobliwym dziwactwie. Czy autor świadomie „psuł” swoje utwory? A może chodziło o coś innego. Oddajmy głos Michałowi Głowińskiego, autorowi ciekawe- go eseju poświęconemu Jaworskiemu: „Z pozoru Jaworski doprowadził emocjonalny styl moderni- stów do stanu maksymalnego wynaturzenia. W powieści nie ma bo- wiem jednego chyba zdania w którym nie byłoby czegoś odbiega- jącego od norm literackiej polszczyzny. Jednakże Jaworski odcina ów maksymalnie udziwniony język, operujący wielce „pokręconą” składnią i ogromnymi ilościami archaizmów, neologizmów, barba- ryzmów, wyrażeń gwarowych itp., od tego, co go w modernistycz- nej beletrystyce motywowało. Język, nie tracąc form dawnych, sta- je się jakby chwytem obnażonym. Przestaje być środkiem wyrazu w prozie lirycznej — staje się zaś elementem twórczości ironicznej. Pozornie pozostaje niezmieniony, nawet więcej: Jaworski potęgu- je to, co stanowiło istotę stylu modernistycznego. Z pozoru tylko — bo, nadając mu inne funkcje, kompromituje go. Przestaje on być czynnikiem wzniosłości, staje się zaś przedmiotem i środkiem de- precjacji”. Głowiński pisze dalej: „Język oparty na jednej, zbanalizowanej konwencji, skłania się w „We- selu hrabiego Orgaza” ku parodii. Stanowi tu jakby wartość negatywną, wyraz dystansu pisarza wobec powieści, którą kreuje. Stanowi warstwę wierzchnią w wielostronnej kpinie Jaworskiego, w kpinie bezwzględnej — w jej zasięgu znajduje się także opowiadający. Negacja stylu jest tutaj sta- dium początkowym kompromitacji powieści” („Drwiące requiem dla histo- rii”, „Twórczość” nr 1/1960). „Wesele hrabiego Orgaza” to powieść trudna i skomplikowana. I nie- łatwa w odbiorze. Świadomy jednak zabiegów autora czytelnik może zachować dystans do jej warstwy językowo-znaczeniowej. Wiedząc 12 o drugim dnie i ukrytej zawartości stylu Jaworskiego, odbiorca może przystąpić do literackiej „konsumpcji” tej prozy niczym do obcowania z dziełem niezwykłym, starannie przemyślanym i obfitym w gry z czy- telnikiem i całą tradycją kulturową w której autor wyrósł i w której do- szedł do pozycji pierwszego polskiego ekspresjonisty. PIOTR KITRASIEWICZ „Przedmiotem eposu, wbrew wszelkim gadaniom, może być tylko materiał przyszłości” (Z rozmyślań nad zadaniami i nad istotą sztuki pisarskiej) Mądrym Indianom, którzy z pogromu cywilizacji ocaleli jeszcze, za to, że odwagę posiadają zawsze, by zrozumieć wszystko, opowieść poświęcam, wiedząc, iż do nich jedynych mogę bez obawy przemawiać po polsku. Zbawca฀świata฀i฀jego฀barkeeper1 Rozdział wstępny, w którym będzie mowa o tym, jak… Dawid Yetmeyer, miliarder z Nowego Jorku, uwiedziony spojrzeniami kardynała-inkwizytora Don Fernando Nino de Guevara na słynnym por- trecie El Greca, postanowił nagle zostać zbawcą świata głównie w tym celu, by leczyć dotkliwe rany powojenne i pobudzać zgnuśniałą ludzkość do twórczości. Zjeżdża więc nasz, skądinąd wybitnie otyły, bohater do starożytnego Toledo w Hiszpanii i prowadzi tutaj rokowania z powierni- kiem swoim Don Jacinto de Gouzdrala Gouzdrez, kelnerem z zawodu, o założenie dancingu, w którym mają odbywać się nowoczesne misteria pantomimowo-taneczne, pobudzające ludzi do wskrzeszania uczuć reli- gijnych i do historycznego sposobu ujmowania rzeczywistości. Poprzez religijność i historyczną syntezę powrócić ma myśl człowiecza do za- przepaszczonych przez długoletnią pożogę wojenną zdolności twórcze- go budownictwa we wszystkich dziedzinach kultury i cywilizacji. Siedzibą zbawczego dancingu ma być Posada de la Sangre, historycz- na oberża, w której ongiś Cervantes pisał swego Don Kichota. Pantomi- mową primabaleriną będzie Donna Evarista de las Cuebas, potomkini ro- du, z którego pochodziła żona El Greca. Dziewczyna ta, odznaczająca się niesamowitą urodą, jest właścicielką cennej sadyby dancingowej i od jej to opiekuna nabył ją Jacinto dla Yetmeyera Posada de la Sangre. Wsku- tek tragicznej miłości do matadora Manuela, który podczas niefortunnej walki z bykiem Corcito popełnił na arenie samobójstwo, popadła Ewary- sta w silny rozstrój nerwowy. Obowiązki tanecznicy i kapłanki misteriów wyrwą ją obecnie z ponurej obroży melancholii. 1. Bufetowy, barman. 17 Gnali go przed sobą wśród gwizdów, chichotów, wymyślań. Ku Zo- codoverowi zmierzał przez Calle del Comercio. Staczał się po pryncy- pialnej pochyłości Toleda miarowo, z godnością, mimo swawolnych popchnięć i wyuzdanych przezwisk. Postać miał przyziemnego grzyba truciciela. Brzuchaty potworek w pasiastym, fioletowo-zielonkawym kostiumie, z krótkimi porteczkami i z ogromną brązową, żółtymi cęt- kami nakrapianą czapką na głowie rozrosłej, pozbawionej szyi. Cieni- sta fasada czapy i w rogową oprawę ujęte okulary uwalniały oblicze od potrzeby jakiegokolwiek wyrazu. Dreptała tuż przed nim w leniwym pośpiechu spłoszona trzoda roz- dzwonionych koźląt, pobekując ślamazarnie. Rozszalały osioł, zrzu- ciwszy warzyw kosz przygniatający, wpadł na chodnik, rozpędzając korowód mnichów zakapturzonych w oponach flagelanckich. Czereda ulicznych bachorów, posuwając się uporczywie tuż za przybyszem, po szeptanych konszachtach swych aficionados2 niesłusznie, z przejmują- cym jazgotem orzekła: — Ingleze! Ingleze! Wielkie słońce toledańskie rozdziawiło swoje dumne ślepia, posy- pując rdzawym proszkiem nadwieczornych blasków bruk kamienisty, zmarniały od niewolniczego stąpania wciąż powrotnych stuleci. Zatrzymały go przez chwilę napastliwe duszności. Na krztuszącego 2. Znawcy. 19 się spadł grad dobrze wycelowanych pocisków: skórki pomarańczowe, okrągłe owoce oliwek, zbrudzone listki sałaty. Przemówił do gawiedzi w niezrozumiałym języku: — Nie myślcie, moi kochani, iż koniecznie trzeba wrzeszczeć, nie wiedząc, czego się chce od siebie samego! Można w tym wypadku tak samo milczeć, jak wówczas, kiedy wie się, czego chcieć! Wiem ja na przykład, czego domagam się od mej własnej persony, ale gdyby za- szedł wypadek wręcz przeciwny, wątpię, czy zdobyłbym się na rozgłos uliczny. Jeżeli jednak sądzicie, że przy pomocy donośnych, a raczej nieznośnych okrzyków zdołacie zgłębić, czego chcecie ode mnie, lub zgoła dociec, czego ja chcę od was, proszę… bez wszelkich ograni- czeń folgujcie nadal rozprężonym gardziołkom! Stropili się niezrozumiałością wprost wyzywającą. Zdążył przybłę- da wyzyskać moment osłupienia i dopadłszy Café-Restaurant „Vien- na”, pod kremowym parasolem ogródkowego stolika przykucnął. — Proszę zawołać seniora Jacinto! — uprzejmie zażądał. Z szeregu bladoniebieskich fraków i ciemnopąsowych kamizelek wyplątał się staruszek smukły, kościsty, kroczący z godnością przezor- ną. Podgięte okolenie wystającego podbródka dążyło zawzięcie do ze- tknięcia z ostrym zakończeniem nosa, nad którego cienkim grzbietem migotały czarne oczęta przerażonego niemowlęcia. Potworek czapę niby przyłbicę na oczy zapuścił i wymamrotał: — Jestem Dawid Yetmeyer z Nowego Jorku, zamieszkały przy ty- siącznej trzechsetnej trzynastej Avenue w District of honourable lazy men3. Czy mam przyjemność z seniore Jacinto, z którym łączy mnie pół- roczna niemal korespondencja i którego listy posiadam przy sobie? Frak ponuro usłużny połami wesoło zaszeleścił, objawiając swe miano: — Jam jest, nie inaczej: Don Jacinto de Gouzdrala Gouzdrez. Oczekiwałem waszej wysokości z niewymierną niecierpliwością. Słu- żyć mogę doskonałym puchero4 z niezrównanymi garbanzos, czy też dla ochłody mrożoną czekoladą? 3. Dzielnica czcigodnych próżniaków. 4. Popularna potrawa hiszpańska. 20 — Nie życzę sobie w tej chwili ni strawy, ni napoju. Poza tym nie jestem ani wysokością, ani niskością. Jako mieszkaniec nowego świata jestem wyłącznie równością, co rozumieć należy, że równy jestem każ- demu, kto nie wymaga, bym mu to przyznał. Wszystko gotowe? — Najzupełniej. Sądzę, że wreszcie skończyła się wojna i że czas najstosowniejszy do otwarcia interesu. — Przypuszczam, iż nie mylę się, uważając porę za odpowiednią. Zresztą już sam rodzaj mojego przedsięwzięcia domaga się czystego typu powojennego. — Szkoda, że nie przedwojennego lub nawet wojennego, bo wów- czas troska o zyski byłaby mniejsza — chytrym szeptem zauważył Ja- cinto. — Punktem wyjścia przy zakładaniu przedsiębiorstw w dobie obecnej są dla nas, Amerykanów, zobowiązania moralne, zaciągnię- te wobec osób drugich, albo też czasem i wobec siebie samego. Za- chętą przy montowaniu interesów są dekoracyjne motywy zabawowe. Dopiero samo wykończenie biznesu uwieńczone być winno architek- tonicznie okazałą, a smaczną kolumnadą zysków. Przedwczesne za- mysły rentowności psują linię rozwojową zarobkowej konstrukcji i niweczą logikę wynikających z niej wypadków. Otóż przyjeżdżam tu, by przede wszystkim wykonać dobrowolnie przyjęte polecenie ziomka waszego, kardynała inkwizytora Don Fernanda Nino de Gu- evara. Pobożnego tego okrutnika więzi w swym czerwonym pałacu w Nowym Jorku znany nasz miliarder, a przez to i mój konkurent Mr H.W. Havemeyer. Kardynał życzy sobie, jako niepoprawny Europej- czyk, nic mniej i nic więcej, jak tylko, by ktoś wyświadczył podsta- rzałemu i zgnębionemu kontynentowi jakieś dobre okrucieństwo czy okrutne dobrodziejstwo, a to celem podtrzymania zanikającego od wy- buchu ostatniej wojny, wątku historii. Podjąłem się tego zadania tym skwapliwiej, że trudno się dziś imać czegoś mądrzejszego, jak pozy- tywnego tępienia nadużyć powojennych, popełnianych przez stosowa- nie samych złych okrucieństw i okrutnie głupich złości. Nadarza mi się również sposobność wprost cudowna do gruntownego porachun- ku z Havemeyerem, który nie tylko jest miliarderem, jak i ja, nie tylko posiada czerwony pałac w najbliższym sąsiedztwie czarnego mojego 21 domu, ale na dobitek wszystkiego, wyobraź sobie mój Jacinto, jest ko- lekcjonerem dzieł sztuki! Czy ty zdajesz sobie sprawę, kochany przy- jacielu, do czego doprowadzić może kolekcjonerstwo, zwłaszcza przy olbrzymich, niezmierzonych, niewyczerpanych środkach pieniężnych mego konkurenta? Po prostu do wycofania żywych faktów lub ich wiarogodnych świadków z obiegu historii, do zupełnego przerwania i tak już nadwyrężonej dziejowej ciągłości. Sam powiedz, czy mogę ja dopuścić do tej ostateczności, ja, kardynała Fernanda delegat, misjo- narz, powiernik? Skoro przez Havemeyera wyraża się ludzkość znu- dzona historią, w takim razie występuję ja, Yetmeyer, znudzony ludz- kością i wraz z inkwizytorem-okrutnikiem uwolnię całą historyczną przeszłość, by o ile może i zechce, weszła w teraźniejszość. Będzie to próba powiązania dziejów i niebawem przekonamy się, czy ta teraź- niejszość w ogóle do życia jest zdolna. Wiem, że niełatwe jest moje zadanie, i wiem, że chcąc dopiąć celu, posługiwać się muszę środkami najnowszymi, a więc obowiązującymi już po ostatniej wojnie między- ludzkiej, czyli tak zwanymi powojennymi i stąd nieludzkimi. — A więc nie kinematograf w połączeniu z okultystyczną jadło- dajnią, jak ostatnio pisał pan dobrodziej? — zaskomlił Jacinto. — Nie, raczej dancing wraz z przyczepioną recytatornią okru- cieństw arytmicznych. — Ostatecznie, taki typ interesu czy owaki, to rzecz dla mnie pod- rzędna, prawie obojętna… — Tak, tak, obojętna — żywo podchwycił Jankes i rozjaśnił za- mglone w szkieł poblasku źrenice topazowych oczu. Uniósł się na krzesełku, brzuszek ukryty pod blaszaną taflą stołu na wierzch wydo- był i zerwawszy czapę z głowy, ujawnił jasnoryżą, kędzierzawą, prze- mocą pomady ujarzmioną czuprynę. — Sądzę, mój Jacinto, że posiadasz główny warunek po temu, by mogła połączyć nas przyjaźń, nie jest ci bowiem obcą konieczność stosowania obojętności w związkach ścisłych, czyli na ścisłym wyra- chowaniu opartych. Brak wszelki spólnych upodobań i zaciekawień ułatwi nam niewątpliwie zawarcie stosunku, wyrażającego się raczej w przyjaznej obojętności, o którą mi chodzi, gdyż może być potrzebna, aniżeli w obojętnej przyjaźni, która jedynie w płciowym odniesieniu, 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wesele hrabiego Orgaza. Powieść z pogranicza dwóch rzeczywistości
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: