Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00185 005027 12582193 na godz. na dobę w sumie
Wiatr we włosach - ebook/pdf
Wiatr we włosach - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 172
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3785-9618-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-33%), audiobook).
'Wiatr we włosach' Henryka Cypriana Konkola to historia o poszukiwaniu własnej drogi życiowej, opisana z perspektywy dwóch kobiet: Ewy i Anny, przyjaciółek ze szkolnej ławki, które spotykają się po latach.
Życie każdej z nich potoczyło się w inny sposób: pierwszej koneksje ojca pomogły w zdobyciu licencji pilota. Druga - wyjechała z kraju za miłością i powoli budowała swoją karierę. Obie czują w życiu niedosyt, głęboką, silną potrzebę, by stać się inną kobietą, osiągnąć więcej niż do tej pory. Anna walczy o tytuł doktora i zdobycie szacunku w firmie, w której pracuje jako cudzoziemka. Ewa rozpaczliwie tęskni za miłością.

Henryk Cyprian Konkol wnikliwie analizuje meandry kobiecej psychiki i duszy, stwarzając pełnowymiarowe postaci, z którymi może się utożsamić niejedna kobieta. Ukazuje determinację w dążeniu do celu, ale i troski codzienności, problemy, z jakimi musi borykać się niejedna z nas. Ewa, w pełni zadowolona ze swojej pracy, boi się, że nigdy nie spotka mężczyzny, z którym będzie mogła założyć rodzinę. Anna, pragnąc sukcesu w życiu zawodowym, nieświadomie stawia na szali swoje szczęście osobiste. Czy uda im się osiągnąć poczucie absolutnego spełnienia?

Henryk Cyprian Konkol
Autor urodzony w Wejherowie. Pisze opowiadania, baśnie kaszubskie i bajki, utwory historyczne, literaturę faktu, powieści obyczajowe i autobiograficzne oraz dramaty i pastorałki. Brał udział w wielu Konkursach Literackich otrzymując dotychczas ponad 40 nagród i wyróżnień uhonorowanych m.in. wydaniem nagrodzonych utworów w wielu Almanachach i Antologiach. W dorobku ponad 130 utworów.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Henryk Cyprian Konkol WIATR WE W£OSACH © Copyright by Henryk Cyprian Konkol Projekt okładki: e-bookowo ISBN e-book 978-83-7859-618-9 ISBN druk 978-83-7859-632-5 Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie II 2015 Trzeba mieć odwagę być inną kobietą. Henryk C. Konkol 4 Rozdział pierwszy Cała ja Będąc jeszcze w oparach snu – przed chwilą przy- tulona do mojego Kuby – wyskoczyłam spod kołdry i ledwo trafiłam w wygodne domowe kapcie, a świa- domość bycia odczułam, zderzywszy się z drzwiami łazienki. Pozwalając sobie na namiastkę samokrytyki, przyznaję, że zaspałam. Nie słyszałam także rozrabia- jącej w łazience Zosi ani charakterystycznych odgłosów rozpoczynającego się dnia. Nie słyszałam terkotania ol- brzymiego, zabytkowego budzika, prezentu od Mamy mojego Kuby z prostej przyczyny niedopełnienia wie- czornego rytuału włączenia go przed położeniem się do łóżka. Pierwszy raz będę spóźniona w pracy. Pal licho. Praca nie ucieknie, a moje stanowisko w hie- rarchii firmy pozwala od czasu do czasu na minimum komfortu. Pocieszam się, spoglądając na zegar, że o tej porze wszystkie skrzyżowania i drogi komunikacyjne do centrum powinny być w miarę przejezdne, wolne od codziennych, kilkukilometrowych korków i prze- lecę odległość kilkunastu kilometrów w odpowiednim czasie. Niestety, było to marzenie ściętej głowy, o czym dobrze wiedziałam. Pomimo pośpiechu nie zaniedbałam codziennych zabiegów odpiększających – to nie pomyłka – odpięk- szających, gdyż moje śliczne usta nie zażyły rozkoszy silikonowej pomadki, długie, czarne rzęsy zakrywające 5 Henryk Cyprian Konkol Wiatr we włosach muślinową firanką moje, w zależności od oświetlenia i nastroju, szaro–niebiesko–zielone oczy nie potrzebo- wały, i do dziś dzień nie potrzebują, żadnej mascary. Zdaję sobie sprawę, że moja twarz, przesłonięta deli- katną mgiełką patyny czasu, jest naturalnie piękna, chociaż dochodzą mnie słuchy, o wyrażaniu, nie tylko przez płeć odmienną, diametralnie różnej opinii na temat mojej osoby. Wypucowana lala. Dobrze utrzymany zabytek. Z tyłu liceum... i tak dalej. No cóż, trafiają się malkontenci, którym zawsze wiatr w oczy, niezależnie z jakiego kierunku podwiewa, ale oblizują się jak kocury na widok szparki, widząc dziew- czynę o odpowiednich warunkach. Ciasno upięte na kształtnej głowie długie, proste włosy połyskują jeszcze naturalną zmatowiałą czernią, co zawdzięczam nie tyle drogim szamponom, co na- turze, która, sama nie wiem z jakiego powodu, obchodzi się ze mną jak ze zgniłym jajkiem. Wciskam szary swe- terek i obcisłe do nieprzyzwoitości białe jeansy spięte szerokim paskiem podkreślającym szczupłą talię i uwy- datniające to i owo. Ostatnie spojrzenie w lustro, ależ jestem próżna, wpadam do kuchni, wykrzywiając twarz w kwaśnym grymasie, wypijam szklankę niesłodzonego soku z grejpfruta, z rozmysłem trzaskam wyjściowymi drzwiami, może mój Morfeusz się obudzi, i już jestem przed domem. Samochód, szary Smart, czeka spokojnie 6 Henryk Cyprian Konkol Wiatr we włosach w obszernym garażu. Otwieram bramę pilotem, zwal- niam sto koników, niech sobie pohasają, i wyskakuję jak diabeł z pudełka na pustą o tej porze ulicę. Wykręcam jakiemuś zagapionemu kierowcy przed maską jego te- renowego volvo i po chwili znikam w perspektywie szerokiej ulicy, zadrzewionej wiekowymi paklonami, pomiędzy którymi rośnie kilka wybujałych, miododaj- nych lip. Droga wolna. Przede mną ponad dwadzieścia kilometrów asfaltowej, dobrej drogi, można podgonić, gdy wokół żadnego ruchu. Przed samym centrum na- trafiam na monstrualne korki oraz czerwono-zielone światła regulacyjne znakomicie spowalniające jazdę. A jednak mieszczę się w limicie czasu. Przelatuję przez rozpięte nad rzeką dwa skorodowane, kratownicowe mosty, pamiętające lepsze czasy, wjeżdżam w willową dzielnicę wymyślnych domków schowanych za parawa- nami krzewów i kunsztownymi ogrodzeniami. Jak zawsze z fasonem zajeżdżam na moje ulubione miejsce na olbrzymim parkingu przed Firmą. Jestem spóźniona tylko... dwadzieścia minut. – Dzień dobry, pani inżynier – wita mnie sympa- tyczny strażnik, pan Berndt i życząc mi miłego dnia pracy, otwiera wielkie, oszklone drzwi. Tutaj wszystko jest odpowiednio wielkie albo przynajmniej duże. Nic pośredniego. Pan Berndt jest kulturalnym, nie tylko z powodu otwierania i przytrzymywania drzwi, bardzo oczy- 7 Henryk Cyprian Konkol Wiatr we włosach tanym starszym panem, czekającym dnia odejścia na zasłużoną emeryturę po czterdziestu latach niena- gannej pracy, z czego ponad dwadzieścia w służbach specjalnych DDR-u. Po upadku muru przeprowadził się do zachodniej części miasta, licząc na lepsze zarobki oraz świadczenia socjalne. Zawsze to kilkanaście pro- cent więcej do kieszeni. Pan Berndt jest jedynym spo- śród zatrudnionych w Firmie mężczyzn, który otwiera mi drzwi, przepuszcza przed sobą, pozdrawia miłym „dzień dobry” i żegna, gdy wychodzę skonana po pracy do domu, życząc miłego dnia. Stara szkoła, a może czytał kodeks „Grzeczność na co dzień” profesora Ka- myczka. Kto wie? Nie pytałam. W hallu ruch, jak na Kudammie1, interesanci, kilku komiwojażerów, Postbote1 z DHL z żółtym, plasti- kowym kartonem pełnym codziennych gazet, facho- wych miesięczników i plikiem korespondencji z całego świata. Personalną windę omijam wielkim łukiem, wy- bieram szerokie schody pokryte szorstkim, czerwonym dywanem. Trzecie piętro to nie Tatry, lecz codziennie pozbywam się kilku nadprogramowych gramów nad- rabianych wieczorem podczas siedzenia przy kompu- terze, a gubionych w Wochenende2, w czasie biegania wokół wzgórza Hanneberg3 Takie sportowe skrzy- 1 Postbote (niem.) – doręczyciel przesyłek. 2 Wochenende (niem.) – koniec tygodnia (piątek – niedziela). 3 Hannenberg – wzgórze (88 m) w dzielnicy Staaken powstałe po zlikwidowanej żwirowni, jest także mini rezerwatem, oraz punktem widokowym. 8 Henryk Cyprian Konkol Wiatr we włosach wienie, pozostałość i wspomnienie kilku lat ciężkiego treningu w sportowym klubie. W soboty biegam razem z moją piętnastoletnią córką i nie muszę się oszukiwać, Zosia jest dobra, a ja nie nadążam. W tym czasie Kubuś przygotowuje śniadanie oraz sobotnie niespodzianki z lodówki. Kochany jest ten nasz Stary. Korytarz, chociaż trafniejszą nazwą byłby: kruż- ganek, obudowany i zadaszony płytami z dźwięko- chłonnego szkła, z którego roztacza się widok na hall, portiernię i wielki oszklony dach hal produkcyjnych z szeregiem zielonych, sterowanych komputerowo ob- rabiarek, a także ogromną pięćdziesięciotonową suw- nicą w hali montażu, oraz nowoczesnymi kontenerami – biurami głównego inżyniera, technologa, majstrów, służby zaopatrzenia i biura konstrukcyjnego, gdzie przez kilka lat, siedząc przed komputerem, wykre- ślałam swoją drogę do sukcesu. Wzdłuż balkonu kruż- ganka ciągnie się szereg solidnych, zielonych, drzwi do biur kierowników projektów, szefa produkcji i mojego biura. Te ostatnie zastaję szeroko otwarte. Kie licho? Kto śmiał? Magnetyczna karta leży spokojnie w nese- serze pomiędzy różnymi drobiazgami (co natychmiast kojarzę z usłyszanym kiedyś dowcipem: „Czego kobieta nie ma w torebce? Odpowiedź: porządku, bez których żadna kobieta nie może się obyć.”), a wewnątrz ktoś grasuje. – Proszę wejść, jest pani u siebie, pani Vogel – do- chodzi z głębi gabinetu. Głos nie jest mi obcy, słyszę go codziennie przez in- 9 Henryk Cyprian Konkol Wiatr we włosach terkom, na naradach i spotkaniach z zagranicznymi przedstawicielami firm, także z Polski, gdyż jestem po- trzebna nie tylko jako szef projektu, lecz również jako darmowy tłumacz, którego wypożyczenie kosztowałoby firmę sto euro za godzinę. Naczelny musiał dostać cynk od strażnika, że ra- czyłam dojechać do pracy. Czeka rozparty w skórzanym fotelu,ze szklanką złocistego płynu w dłoni. Nie podej- rzewam, że popija sok z jabłek. – Dzień dobry – odzywam się niepewnie, bo skąd można wiedzieć, co sprowadziło go do mojego biura, dodaję kilka słów usprawiedliwienia i, kładąc neseser na fotelu, siadam na krześle stojącym przed biurkiem. – Nasze miasto nie jest przygotowane na postępu- jący lawinowo rozwój motoryzacji – rozpoczyna, od- kładając szklankę na brzeg biurka. – Wszędzie zatory, wąskie gardła, brak szybkiej komunikacji z wyodręb- nionymi pasami ruchu dla autobusów. Ani słowa o moim spóźnieniu, sama słodycz i mał- mazja. Przypuszczałam najgorsze, nadrabiam wro- dzonym tupetem, dziękuję mamusi za geny, przyłą- czając się do narzekań na komunikacyjny bałagan. – W pełni podzielam. Moim zdaniem miastu po- trzebna jest, oprócz metra, kolejka magnetyczna – wstawiam swoje spostrzeżenia tyczące bałaganu powo- dującego spóźnienia tysięcy Bogu ducha winnych ludzi, w tym także mnie. – Sprzedajemy je do Chin, ponieważ państwu potrzebne są pieniądze... – W Pekinie i Szanghaju jeżdżą szybko i wygodnie 10 Henryk Cyprian Konkol Wiatr we włosach naszymi magnetami, podczas gdy ja spóźniam się do pracy – narzekał dalej naczelny. – Kierowca nie może przepchać się przez zator na Friedrichstraße w czasie, gdy w Firmie czeka na mnie, delegacja... Właśnie z Chin! Co gorsza, spóźnia się także moja prawa ręka – dowia- duję się ze zdumieniem, że nagle awansowałam na jego prawą rękę. – I nie ma nikogo, kto przyjąłby szanowną delegację, a jakiś mądrala proponuje im śniadanie w kantynie. W kantynie! Chińczycy! Rozumie pani, co to znaczy? Narobiliśmy bigosu, pani Vogel, a pytanie brzmi: jak wybrnąć z tego niezawinionego przez nas faux pas? Tylko nie panikować. Zachować spokój, pokazać na- czelnemu pogodną i uśmiechniętą twarz. Przecież nie ja jestem odpowiedzialna za zaistniałą sytuację. Nie pod- lega dyskusji, że niezręczną sytuację należy uratować, ażeby zachować twarz. – Wracając do spraw firmowych: mam dla pani oraz dla inżyniera Haberlle dwie propozycje służbowego wy- jazdu z projektantami – zrobił krótką pauzę, podkre- ślając ważność sprawy. – Wiem, że niezbyt pałacie do siebie sympatią... Tak! Tak! To nazbyt widoczne. – Ależ... – chciałam oponować, lecz on, uśmiechając się, dodał, że nie podziela mojego zdania. Wiedziałam swoje. – Odłóżmy osobiste animozje do szuflady. Trzeba przyznać, że jest dobrym fachowcem, a takich firma po- trzebuje. Mówmy o pracy, dobrze? Zakończył poleceniem „załatwienia” Chińczyków 11 Henryk Cyprian Konkol Wiatr we włosach oraz spotkaniem w gabinecie o trzynastej i, zadowolony z siebie, opuścił biuro, nie zamykając za sobą drzwi. Szklankę z niedopitym sokiem zabrał z sobą. Chińczyków zastałam rozpartych w wygodnych krzesłach przy suto zastawionym stole w towarzystwie technologa oraz jednego z projektantów, pogrążonych w rozmowie przerywanej gromkim śmiechem. Widząc ich zadowolonych i sytych, co widać było po pustych talerzach i napełnionych kieliszkach, przeprosiłam w imieniu naczelnego, który najpóźniej za godzinę miał być w Firmie. – Otrzymałam telefoniczne polecenie, aby zająć się panami – rozpoczęłam, witając trzech sympatycznie wyglądających, skośnookich mężczyzn w nienagannie skrojonych garniturach, pachnących dobrymi per- fumami. – Mam uprzyjemnić panom czas oczekiwania, lecz widzę, że koledzy z powodzeniem spełniają rolę go- spodarzy. Chińczycy, jak przystało na ludzi Wschodu, prze- praszali za zbyt wczesne przybycie, za nieustaloną dokładnie godzinę spotkania, próbowali tłumaczyć, że są winni nieporozumienia, za które przepraszają. Wspólnie wybrnęliśmy z panicznej sytuacji. Spotkanie odbyło się zgodnie z terminem. Po ponownych prze- prosinach obu stron, Chińczycy poszli w towarzystwie Lutza pozwiedzać Firmę. Wyjeżdżali następnego dnia w południe, mając w kieszeni podpisany przez Firmę kontrakt na cztery spalarki selenu, służące do pro- dukcji zwierciadeł słonecznych, na którym to kontr- 12 Henryk Cyprian Konkol Wiatr we włosach akcie Firma zarobi ponad ...naście milionów dolarów na czysto. Ile zarobią Chińczycy pozostanie tajemnicą. Obydwie umawiające się strony były w każdym razie zadowolone. Gabinet naczelnego składał się z trzech przylegają- cych do siebie pomieszczeń z dwoma wejściami. Jedno z korytarza, drugie z gabinetu naczelnego, gdzie odby- wały się spotkania i narady z kierownikami poszcze- gólnych działów. Nasze spotkanie trwało zaledwie dziesięć minut z półgodzinnym haczykiem, naczelny rozdzielił pomiędzy obecnych, pomijając inżynierów Haberlle, Wischniewskego oraz mnie, kolorowe teczki z zadaniami i pożegnał ich sakramentalnymi słowami o zachowaniu dyskrecji, opracowaniu zwięzłych, jak na inżynierów przystało, odpowiedzi na zawarte w tecz- kach pytania, a także poinformował o spotkaniu wy- znaczonym na jutro. Nam kazał pozostać. – Ażeby nie przedłużać... – zastrzegł na wstępie. – Postanowiliśmy wysłać w przyszłym tygodniu dwa zespoły w podróż służbową. Jeden do Chin, by dopil- nował montażu naszych urządzeń współpracujących z piecem hutniczym. Należy położyć szczególny nacisk na montaż sterowników i siłowników. Drugi zespół po dokonanej przez fachowców analizie kilku zakładów, mogących wchodzić w rachubę jako nasi potencjalni kooperanci, pojedzie w inne miejsce. – Pan, inżynierze Haberlle, pewno chciałby pojechać do Chin z panią Vogel, lecz bardzo mi przykro, dwóch fachowców do tego samego zadania... Sam pan rozumie. 13 Henryk Cyprian Konkol Wiatr we włosach Wysyłamy pana do Szanghaju. Resztę szczegółów omówi z panem doktor Lutz. To tyle, ale proszę jeszcze chwilę pozostać. Co do was... Nie lecicie do Chin, ani Francji czy Italii, gdzie świeci słońce i szumi błękitne morze. – Naczelny starał się być czasami dowcipny. – Lecz za miedzę, do Polski. Dołączy pani Klein z analizy rynku. Szczegóły proszę ustalić z moim zastępcą. Nie trzeba chyba przypominać wam o przedłożeniu zwię- złego raportu. Pożegnał nas skinieniem ręki i... już po naradzie. Najbardziej zadowolony z naszej trójki był Haberlle, który wcale nie przejawiał ochoty do latania w moim towarzystwie. Oscylował w stronę innej spódniczki. Dwa tygodnie minęły jak z bicza trzasł. Pierwszy zespół wylądował już dawno w Chinach, nadszedł też termin naszego odlotu do Warszawy. Służbowym mercedesem naczelnego odwieziono nas na lotnisko Tegel, skąd li- niowym boeningiem Lufthansy pofrunęliśmy na spo- tkanie z niewiadomym i z Warszawą. Mój Kuba wziął dwa dni urlopu w instytucie, Zosia cała w skowronkach została sama z kochanym Tatuś- kiem. Przez kilka dni będzie niekwestionowaną Panią domu, nareszcie będzie miała spokój, nikt nie będzie gderał i stawiał jej na baczność. 14 Henryk Cyprian Konkol Wiatr we włosach Henryk Cyprian Konkol Autor urodzony w Wejherowie.Pisze opowiadania, baśnie kaszubskie i bajki, utwory historyczne, litera- turę faktu, powieści obyczajowe, hitoryczne i autobio- graficzne oraz dramaty i pastorałki. Brał udział w wielu Konkursach Literackich otrzymując dotychczas ponad 40 nagród i wyróżnień uhonorowanych m.inn. wy- daniem nagrodzonych utworów w wielu Almana- chach i Antologiach. W dorobku ponad 130 utworów.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wiatr we włosach
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: