Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00368 005826 14493069 na godz. na dobę w sumie
Widok z góry - ebook/pdf
Widok z góry - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 116
Wydawca: Goneta Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-63783-12-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> opowiadania
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Autor niniejszego zbiorku jest niepełnosprawnym ruchowo człowiekiem. Żyje najlepiej, jak potrafi. Z jego opowiadań bije normalność, choć historie nie są radosne, ale i nie przygnębiające. Oto Misiu czy Krzysiu, osierocony przez ojca jedynak, który wizytuj placówki zwane sanatoriami. Mamy lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte XX wieku. Wszystko wtedy się „załatwiało”, niczego nie było.Dla Misia czy Krzysia całym światem są sanatoryjne sale pełne niepełnosprawnych, przygodnie poznanych innych, mniej lub bardziej poszkodowanych przez los, kuśtykających, kiwających się, ale i wspierających nawzajem. Gdy Adasiowi zachciało się pić w nocy, to Misiu bierze swoje kule typu „szwedki” i rusza w mozolną drogę do dyżurki pielęgniarek, odległej od ich sali o cały bezlik korytarzy i o… zgrozo… schodów. Misiu w końcu daje radę, ale nie obywa się bez wypadku i guza na głowie. Dla Adasia Misiu jest bohaterem. Misiu czy Krzysiu poznaje wielu ludzi, ale nie ma przyjaciół. Przyjaciółmi są ci, którzy akurat mieszkają z nim w pokoju na tym samym turnusie rehabilitacyjnym. Ale przecież i Misiu, i Krzysiu dorastają. W każdej historii jest starszy, dojrzalszy, bardziej świadomy swojego ciała i swoich słabości. Bohater zmienia się w mężczyznę. W sanatoriach poznaje dziewczyny, kobiety. Anielka lubiła palić papierosy, ale zapomniała kupić paczkę przed świętem 22 Lipca, więc Krzysztof zadeklarował się użyczyć swoich carmenów. Turnus się już skończył, pensjonariusze powyjeżdżali na święto do domów, a oni dwoje, czekając na okazję wyjazdu do domu, zaprzyjaźniają się, zadurzają się w sobie. Jedno mieszka w Warszawie, drugie w Białymstoku, oboje jeżdżą na wózkach inwalidzkich. Papierosy połączyły ich na ten krótki czas. Pan Malawski pokazuje, jak można przeżyć piękne uczucie do drugiego człowieka w półtora dnia, ale też jak bardzo bolesne jest potem rozstanie i bezsilność bezruchu niemocy ciała, mimo iż serce i umysł wyrywa się ku drugiej osobie. Misiu dorósł, ale nadal jego świat zamknięty jest w domu. Widzi więcej niż inni z okien swojego domu. Jest inteligentnym człowiekiem, rejestruje stop-klatki ze swojego życia podwórkowego z wysokości piętra w swoim pokoju w kamienicy, w której mieszka. Upał też i jemu doskwiera, ale opisuje to w sposób bardzo naturalny. Pan Malawski przywołuje też we wspomnieniach osoby już nieżyjące — swojego ojca, pomocnych sąsiadów o nazwisku Kruk z mieszkania naprzeciwko w warszawskiej kamienicy, ludzi którzy jawią się mu jak cień na oglądanych przez niego starych fotografiach. To opowiadanie przywołuje atmosferę kamienicznego życia tamtej Warszawy. Ale jest też słowo o Tadeuszu Janczarze poznanym w którymś z sanatoriów.

 

Pan Malawski jest człowiekiem oczytanym, wie, jak ładnie i zwięźle przekazać swoje myśli. Potrafi napisać historię tak, by czytelnik musiał po jej przeczytaniu na chwilę się nad nią pochylić i ją przetrawić. Bardzo dobrze, że pan Malawski miał odwagę pochwalić się swoją innością. Jego świat nie jest inny, to tylko los i inni ludzie ograniczają jego możliwości fizyczne. Narrator jakby widział wszystko przez szybę, opisuje swoje historie właściwie beznamiętnie. Emocje rodzą się w czytelniku niniejszego zbiorku. A wszystko zaczyna się historią, w której nie on jest główną postacią, ale mała  dziewczynka, Polka na Pomorzu .Tam w dniu wybuchu II wojny ludność składała się z Polaków i Niemców. Ta mała dziewczynka to matka autora.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Michał Malawski „Widok z góry” wydanie 1., lipiec 2013 www.goneta.net krzyżyk, zacząłem nawet zapominać, aż tu ni stąd ni z owąd proszę bardzo — Robaczkiewicz jak nowy. Robił to swoje podejście wydeptaną trasą i na odpoczynek zatrzymał się koło takiej jednej purchelki w tym samym z grubsza punkcie co zwykle. To przecież on... choć właściwie może to i ona była... . Robaczkiewiczówna? Kto to wiedzieć może? Trzeba by chwycić za frak, zapakować do pudełeczka, wysłać do znawcy. Eee tam, zbyt duże ryzyko zgonu lub ucieczki byle gdzie. Ja jednak wierzę po wygodnicku, że to on — nie mam zbyt wielu kolegów, zaś na koleżankach tego wzrostu mi nie zależy. — A zatem jest pan, panie R. — wymruczałem, a może raczej pomyślałem do niego, rozklejając drugie oko (tak tak, jesteśmy ze sobą „na pan”, trzeba trzymać styl w dobie wszechobecnego chamstwa). Na rozmowę była chyba trochę za wczesna pora, obudziłem się przecież dopiero co, moją świadomość wypełniał jeszcze tamten dziwny surowy, lecz błogi pejzaż i uśmiechająca się do mnie twarz — znajoma, chociaż pierwszy raz spotkana. Rad bym tam jeszcze pobyć, porozmawiać, pogrzać się w cieple tego uśmiechu... Ten odcinek mojego życia jednak nieodwołalnie, zaś gość trwał w bezruchu przypominając mi, że coś nam ostatnio przerwało — mnie coś przerwało wpół zdania — i że jestem słuchaczowi winien ciąg dalszy. towarzyskiego i uczuciowego odpływał — O czym to ja... ach tak! To dawne dzieje, dla niektórych tak zwane mroczne czasy, ale zapewniam pana, że słońce latem świeciło tak mocno i pięknie, jak to i dziś potrafi. Jednego z takich lipcowych dni zaniosło mnie, jak już pan wie, do wielkiego sanatorium w uzdrowisku na Kujawach. Kilkugodzinną podróż nysą z granatowym krzyżem na drzwiach już opisałem — proszę się nie wiercić, nie będę się powtarzał... no może z wyjątkiem wspomnienia dziury w drewnianej (jak się okazało) podłodze tuż obok długiego lewarka zmiany biegów. Nie mogę się powstrzymać przed wspomnieniem o tym. Raz w życiu tylko mi się trafiła okazja, że jadąc samochodem mogłem się gapić na gnający asfalt na dwa sposoby — normalnie, przez przednią szybę albo patrząc w dół (wystarczyło trochę tylko głowę odchylić). Kierowca zauważył tę moją fascynację i kiedy raz podnosiłem stamtąd wzrok, a nasze spojrzenia spotkały się, on tylko wzruszył muskularnymi ramionami i skrzywił się 109 Michał Malawski „Widok z góry” wydanie 1., lipiec 2013 www.goneta.net wesoło — że niby cóż to nadzwyczajnego. Wyglądał na bardzo przytomnego, a nie wziął ode mnie ekstra za bilet za to widowisko. Nie rozmawialiśmy podczas jazdy prawie wcale. Spocony facet w podkoszulku za kierownicą... Po dwudziestu pięciu latach widzę go, jak popija Mazowszankę „z gwinta” szklanej litrowej butli i ścina zakręty na pustej szosie — pruje przed siebie, wioząc mnie do Domu Zdrojowego. Jego, znaczy faceta, miejsce pracy rdza dawno zjadła (poza podłogą) co do śrubki a on sam, jeśli żyje, jest emerytem. Nie spotkałem go już nigdy, ale go pamiętam. Po co? Znajomy jaki, czy kto? Ilu ludzi spotykamy w życiu tylko raz? Ja ichi pamiętam chyba wszystkich, takie mam czasem wrażenie. Nie zapominam. Może teraz ich samych znowu spotkanych nie poznałbym, ale tamte rozmaite sytuacje mogę mieć przed oczami na zawołanie... W każdym razie przewiewny pojazd wtedy nie zawiódł i dowiózł nas do celu — nas, to znaczy poza kierowcą, mnie oraz starsze małżeństwo z Muranowa, które odcierpiało swoje, telepiąc się z tyłu — on siedząc na noszach, ona na foteliku w sąsiedztwie mojego wózka i butli od tlenowego aparatu, niepotrzebnego w tej przewozowej, a nie ratunkowej karetce. A wczesnym upalnym popołudniem siedziałem już w sanatoryjnym pokoju. Po znakomicie mi znanym długim, jak we śnie korytarzu, przywiozła mnie tam z dyżurki młodziutka, pachnąca krochmalem, przejęta swoją rolą pielęgniarka, nieznana mi zupełnie. W ostatnim etapie mojej podróży sunąłem nieśpiesznie z walizką trzymaną oburącz przed sobą na kolanach. Omijaliśmy wpół otwarte drzwi do tych pomieszczeń, które teraz na przełomie turnusów były już lub jeszcze opustoszałe, przecinaliśmy plamy pochodzącego z nich światła. Mijaliśmy rozsłonecznione duże wnęki, zaopatrzone w wielkie okna. Zatrzymaliśmy się dopiero przed ostatnimi drzwiami na tym odcinku korytarza, obok takiej wnęki, gdzie znajdował się telewizor. Na tym sąsiedztwie mi zależało. Dziewczyna przekręcając klucz w zamku, zakołatała drewienkiem, z wnętrza pokoju takiej aurze zostałem jasność. W przez otwarte wewnętrzne drzwi buchnęła wprowadzony do środka. Kiedy byłem w tym gmaszysku po raz pierwszy, niemalże pozaprzyjaźniałem się z większością żeńskiego białego personelu. Poprzechodziłem na „ty”, częstowałem 110 Michał Malawski „Widok z góry” wydanie 1., lipiec 2013 www.goneta.net ciastkami z sanatoryjnej kawiarni, przesiadywałem w dyżurce na pogaduchach... Było bardzo miło. Wyjechałem do domu, próbowałem korespondować, ale pisanie nie bardzo mi szło, jak zwykle. Wróciłem po sześciu miesiącach i ku memu zaskoczeniu zastałem tylko dwie dziewczyny z poprzedniej obsady. Cała reszta, z wyjątkiem starszej i grubej oddziałowej z wąsami, była nowa. To się wtedy nazywało „fluktuacja kadr” — zmora socjalistycznej gospodarki. Nie mogłem pojąć, jak takie zjawisko jest możliwe w tak niewielkim miasteczku, ale musiałem przyjąć do wiadomości, że moja inwestycja sprzed pół roku w okraszone uśmiechami łakocie, w dużej części zmarnowała się. Po roku — trzeci raz i jak się niniejszym przekonywałem, najwyraźniej znowu to samo. Prawidłowość się potwierdzała. Poprosiłem sympatyczne dziewczę, by po stronie słońca nieco zaciągnęła zasłonki, żebym się tu nie ugotował. Okien otworzyć nie pozwoliłem. Zmarszczyła nos, uśmiechając się do mnie z niedowierzaniem, ja zaś tajemniczo powiedziałem: „mam swoje plany”. Zrobiła minę, jakby chciała powiedzieć: „o, przepraszam, wycofuję się!”. Ładna była — inteligentna twarz z jakąś iskierką, bardzo delikatny makijaż, wysokie nie zasłonięte czoło, szatynka, obcięta na krótko. Czepek pielęgniarski dodaje jeszcze urody, lipcowa opalenizna... Zgrabna była — figura taka trochę chłopięca, nieduże piersi, biodra niezbyt szerokie. Lubię do dziś patrzeć na takie kobiety... Ech panie Robaczkiewicz, rozmarzyłem się... Poprosiłem ją wtedy jeszcze, by po zdjęciu mi z kolan mojej niewielkiej walizki, położyła ją na łóżku i tylko rozsunęła dookoła błyskawiczny zamek, a ja dalej sobie poradzę... aha, i by na odchodnym nie zamykała broń boże za sobą żadnych drzwi. Przewiew mi nie groził, a ja chciałem masochistycznie powczuwać się w atmosferę, od której odwykłem — posłuchać człapania ludzi po korytarzu, wycia odkurzaczy, niesionych echem odległych brzęków kuchennych i pokrzykiwań. Należało brać tego byka za rogi. Zaledwie kilka godzin temu znajdowałem się ponad dwieście kilometrów stąd. Czytałem „Życie Warszawy”, coś pisałem na kartce — ona została tam na stole, długopis wsunąłem do kieszonki na lewej piersi. Przyjechał tu ze mną. Długopis, ten przedmiot przy każdej wypłacie błogosławiony, na codzień często przeze mnie przeklinany, egzemplarz jeden z tysięcy poskładanych moimi rękami i rękami mojej matki z części, 111 Michał Malawski „Widok z góry” wydanie 1., lipiec 2013 www.goneta.net które wypełniały kartony, które to kartony wypełniały — bywało tak — każdą wolną przestrzeń w mieszkaniu, piętrzyły się w piramidy... Zaledwie cztery godziny temu jadłem warszawski chleb na śniadanie, słuchałem odgłosów mojej ulicy, odczuwałem wibracje wytwarzane przez windę kursującą za ścianą, patrzyłem na ptaki, siadające na gałęziach drzewa za szybą, odfruwające, wracające... i ja Szast prast razem z kilkoma moimi przedmiotami, sprawami, przyzwyczajeniami, zapachami, a nawet z tym obrazkiem w głowie, wiercących się wśród zieleni stołecznych wróbli, znalazłem się zupełnie gdzie indziej. To zawsze dla mnie był jakiś wstrząs, który musiałem odchorować — kiedyś w dzieciństwie większy i przykrzejszy, później łagodniejszy i nic to, że towarzyszyła mu ekscytująca obietnica poznania nowych ludzi. Gdzieś tam w głębi, w dołku zawsze po podróży czaił się choćby maleńki, ale nieznośny bolesny dziecinny skurcz, w głowie panował szum i chaos obaw i nadziei. Drażniło mnie to, próbowałem zawsze to zdusić na siłę, ale tak naprawdę kres temu mogła położyć dopiero pierwsza noc na nowym miejscu — byle przespana jako tako. Tymczasem teraz przez zasłonki przebijało się jeszcze w najlepsze popołudniowe słońce. W tym pokoju byłem po raz pierwszy. Rozejrzałem się. Nawet nie odwiedzałem tu nigdy nikogo za poprzednich razów. Umeblowanie standardowe — dwa ortopedyczne łóżka z żelaznymi rurami nad posłaniem, przy każdym metalowa szara szafka nocna, przy balkonowych drzwiach okrągły lekko chwiejący się (już ja je znałem!) stolik przykryty zieloną materią. Dwa nieporęczne krzesła. Na ścianie nad stolikiem w oszklonej ramce drzeworyt, chyba wycięty z gazety — co przedstawiał, nie umiałbym powiedzieć. Zawsze czułem się bezradny w obliczu tych „dzieł sztuki”. To przynajmniej było mniej bure, niż inne które w tym gmachu widywałem. Chwyciłem za obręcze dużych kół mojego wózka i pokonując opór wszechobecnej tu czerwonawej podłogowej wykładziny, podjechałem powolutku do przydzielonego mi łóżka pod oknem. Ze ściany nad posłaniem wystawał przycisk alarmowego dzwonka. „Nigdy w życiu nie sięgnę, trzeba to zgłosić” — przemknęło mi przez głowę. Przyciągnąłem do siebie walizkę. Coś drobnego chyba spadło na podłogę, ale nie ustaliłem co, więc znów ta walizka — chciałem odchylić jej miękką pokrywę... utrudniał mi 112 Michał Malawski „Widok z góry” wydanie 1., lipiec 2013 www.goneta.net to ciężar książki wsuniętej do zewnętrznej kieszeni, zamykanej też na błyskawiczny zamek. Zmieścił się tam Stachura — „Cała jaskrawość”. Niezbyt wielkich rozmiarów kiepsko sklejona książka w broszurowym wydaniu, za którą oddałbym dziesięć innych z mojej skromnej półki. Zawsze chciałem tę opowieść o Edmundzie Szeruckim, co Śmierć puścił z dymem, jeszcze raz przeczytać właśnie tu w tych stronach, nie w Warszawie. Nadarzała się okazja. Nie ruszyłem jednak nawet tego zamka, w dodatku „backhandowy” kierunek był dla mojej prawej ręki zawsze wyzwaniem, o lewej szkoda gadać. Zmęczony byłem, szarpać mi się z tym nie chciało, więc z wysiłkiem odepchnąłem pokrywę z książką w środku, popatrzyłem na poukładane w walizce pachnące jeszcze domem rzeczy, ale stać mnie było tylko na wyjęcie stamtąd tego, co leżało na wierzchu: przyborów do mycia zębów i do golenia. Starą radziecką elektryczną maszynkę (spadek po ojcu) schowałem do szufladki w szafce, kubeczek ze szczoteczką postawiłem na blaciku i... zrezygnowałem z dalszego rozpakowywania. Już się spociłem, jeszcze nie byłem gotowy. Może i dobrze, że trzeba było pojechać do kiosku w holu — oby był jeszcze otwarty, zapomniałem pasty i mydła. Przewietrzę się — pomyślałem — pomęczę się dodatkowo, będę lepiej potem spać w nocy. No i ten dzwonek trzeba było zgłosić, żeby kabelek mi zamontowali... Zrobiłem z trudem obrót w miejscu i dopiero wyjeżdżając z pokoju zauważyłem, że ktoś tu ze mną mieszka. Na drugim łóżku ów ktoś najwyraźniej niedawno leżał, posłanie nie było w takim porządku, jak moje. W wolnej przestrzeni pod szufladką szafki walało się otwarte opakowanie z ostatnim ptiberem i stała niedopita szklanka herbaty. Pomyślałem: „Założyłbym się, że szufladka skrywa zabronioną grzałkę”. Powstrzymałem się przed sprawdzeniem. W przedpokoiku, naprzeciwko drzwi do łazienki, w niedomkniętej szafie dostrzegłem pod pustymi wieszakami pękatą torbę podróżną beżowego koloru. Uchyliłem szerzej drzwi szafy. Obok torby stał i połyskiwał metalicznie w półmroku średniej wielkości radiomagnetofon, na oko z Peweksu. Nie sądziłem, by coś z moich własnych klamotów mogło się spodobać złodziejom, ale poczułem się nagle trochę odpowiedzialny za te cudze dobra. Klucz, gdzie jest klucz? Trzeba będzie zamknąć pokój. Cofnąłem się, rozejrzałem. No tak, yalowski kluczyk z drewnianą pociemniałą 113
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Widok z góry
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: