Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00273 006187 13651317 na godz. na dobę w sumie
Więc - ebook/pdf
Więc - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 282
Wydawca: Wydawnictwo e-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-61184-95-9 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> inne
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Chłopak umawia się z dziewczyną na randkę. Historia banalna, jak wiele innych. Ale tym razem nie będzie to zwykła randka. Spotkanie to na zawsze zmieni życie jego, jej życie i życie wielu innych osób.  Przeszłość, przyszłość i teraźniejszość skupią się w jednej chwili, jak w oku cyklonu, a ci, co z tego wyjdą będą już zupełnie innymi ludźmi: poranionymi, ułomnymi, okaleczonymi. Jest to opowieść o podróży, jaką bohater o nieznanym imieniu odbywa nie ruszając się ze swojego pokoju, mieszkania, ze swojej tak dobrze znanej ulicy, czy dzielnicy miasta. Podróży do najdalszych granic zatracenia. Po tej podróży nic już nie będzie takie, jak przed nią.

Opinie pierwszych czytelników:
Pełna wstrząsających, na długo zapadających w pamięć scen, powieść nikomu nieznanego pisarza.
Dziwne... Nieco psychodeliczna powieść. Miałam przez nią koszmary.
Jest tu coś, co przyciąga, nie pozwala przejść obojętnie. Nie mogłem przestać czytać.

 

Fragment:

'Więc powiadasz mój przyjacielu - mam nadzieję, że nie obrazi cię to miano, jakim, nie bez obaw, ośmielam się Ciebie nazywać - więc powiadasz, że dobrze Ci tam, u Was, na Zachodzie. Wynika to jasno z Twoich listów. Jeden z nich leży otwarty przede mną na stole. Jest to bodaj ostatni list, jaki otrzymałem od Ciebie; nosi datę lipca ubiegłego roku. Ponad pół roku temu. Przyznaję, powinienem był Ci wcześniej odpowiedzieć. Pamiętam jak się zdziwiłem, gdy odebrałem Twój ostatni list. Bogiem a prawdą zdążyłem całkiem o Tobie zapomnieć mój ty stary, i nowy zarazem, ale dobry przyjacielu od serca. Korespondencja jak kwiat - szybko więdnie. Wyjechałeś do Niemiec pięć czy sześć lat temu. Z początku pisałeś jeden list na miesiąc, aż za często; stosunki między nami nigdy nie były na tyle serdeczne, żeby wytłumaczyć, aż tak obfitą korespondencję. Od dawna już nie ulegam złudzeniom, przynajmniej staram się tego nie robić; dlatego też przypuszczam, że był to raczej skutek poczucia osamotnienia i nudy, zrozumiałej w obcym kraju, niż sympatii, jaką nagle wzbudziła w Tobie moja skromna osoba; sympatii dodam, jakiej nigdy dotychczas nie dałeś mi poznać, mimo iż znamy się od tylu lat. Potem, naturalną rzeczy koleją, Twoje listy przychodziły coraz rzadziej: raz na kwartał, raz na pół roku; wreszcie, gdy przez ponad rok nie otrzymałem odpowiedzi na list, który do Ciebie wysłałem - zwątpiłem. Pomyślałem, że oto przyszedł kres naszej nieoczekiwanej, korespondencyjnej przyjaźni i, wyznam szczerze, odetchnąłem z ulgą. Dzieliło nas tak wiele: odległość, przeszłość, teraźniejszość, pochodzenie, majątek... Niemalże wszystko. Prawdę mówiąc nawet wtedy, gdy codziennie spotykaliśmy się na podwórku, gdy razem chodziliśmy do tej samej szkoły podstawowej, a później do tego samego liceum, trudno było mówić o przyjaźni między nami. Była to raczej znajomość, zabarwiona, być może, szczyptą sympatii, przynajmniej z mojej strony, ale w gruncie rzeczy chłodna i odległa. W porównaniu do moich stosunków z innymi, było to niemal gorące uczucie, lecz jedynie przy tym, przyznasz, dość specyficznym punkcie odniesienia. Biorąc to pod uwagę, dziwnym wydaje mi się nie to, że nasza korespondencja zamiera, lecz to, że w ogóle zaistniała, i że trwała tak długo. Siebie mogę zrozumieć, chociaż nie zawsze, ale Ciebie jest mi trudniej. Miałeś wielu znacznie bliższych i lepszych kolegów niż ja, dlatego muszę zadać Ci pytanie i to teraz, gdy jeszcze jest na to czas. Co skłoniło Ciebie do pisania właśnie do mnie, bez żadnego znaku zachęty z mojej strony? Czy kierowała Tobą litość czy sympatia, ciekawość czy odraza, perwersyjny altruizm czy ukryta kpina i podstęp? Wątpliwość ta, której nie potrafiłem rozstrzygnąć, nadawała pewien smaczek naszej korespondencji, która poza tym, podobnie jak cała nasza znajomość, skupiając się na tematach obojętnych, a starannie omijając te bardziej drażliwe, była, przyznasz, wymuszona i dość przykra. Przynajmniej dla mnie. Omalże szczęki sobie nie wyłamałem ziewając, kiedy czytałem w Twoich listach niekończące się opisy: a to nowego samochodu, mebli na raty, nowego rewelacyjnego kompletu garnków, czy wakacji w Hiszpanii albo komputera, czy co tam akurat kupowaliście. Co mnie to u licha obchodzi? - myślałem i ziewałem szeroko, aż się rozlegało. Jeśli mi odpiszesz, w co wątpię, jeżeli nasza korespondencja nie umrze naturalną śmiercią, co, jak się wydaje, jest jej przeznaczone, to proszę: oszczędź mi więcej tego rodzaju opowieści, jako..., jako zbyt... abstrakcyjnych dla ludzi w mojej sytuacji.'

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

© Copyright by Tomasz Bodziony e-bookowo 2010 Grafika i projekt okładki: Anna Pietraszek ISBN 978-83-61184-95-9 Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie I 2010 Tomasz Bodziony WIĘC T o m a s z B o d z i o n y : W i ę c | 4 PRZEDMOWA Myślę, że przed lekturą tej książki winien jestem krótkie wyjaśnienie. Naj- pierw, jak powstała ta książka. Otóż znalazłem ją na półce w przedziale kolejo- wym. Wracałem do Szczecina pociągiem z Przemyśla. Przed miastem zacząłem szykować się do wyjścia i wtedy powstał problem torby. Była to plastykowa re- klamówka, dość zniszczona, z urwanym jednym uchem. Początkowo wprawiła mnie w zakłopotanie: za chwilę pociąg stanie, trzeba wychodzić a tu torba, cudza torba, z którą nie wiadomo, co zrobić. Byłem sam w przedziale. O znalezieniu wła- ściciela mowy nie było. Mogłem oddać torbę konduktorowi, ale kiedy, przełamując początkowe opory, ściągnąłem cudzą reklamówkę z półki, spostrzegłem, że nie ma w niej nic poza pospolitą, papierową teczką, jakich używa się w biurach do prze- chowywania rozmaitych pism i akt. Otworzyłem teczkę, ale ku swemu rozczaro- waniu nie znalazłem w niej żadnych formularzy, faktur czy innych pism, które pozwoliłyby zidentyfikować właściciela teczki. W teczce znajdował się jedynie dość gruby plik kartek zapisany gęsto na maszynie. Przejrzałem je pośpiesznie, ale nig- dzie na kartkach, ani na teczce, nie dostrzegłem nazwiska osoby, która była ich właścicielem. Zorientowałem się, że jest to list, list do kogoś, do jakiegoś przyja- ciela. Ale i jego nazwiska, ani adresu, nigdzie nie udało mi się odnaleźć. Przyznaję – nie zgłosiłem konduktorowi o znalezisku, co powinienem był zrobić, lecz zabra- łem teczkę do domu. Pociąg był już spóźniony a ja miałem umówione spotkanie. Bałem się, że nie zdążę. Konduktora nigdzie nie było widać w pobliżu. Ich zawsze nie ma, gdy są potrzebni. Poza tym miałem nadzieję, że w domu przejrzę dokład- nie maszynopis i uda mi się odnaleźć nazwisko oraz imię autora i jego adres. Wtedy bym mu odesłał teczkę pocztą. Niestety, niczego takiego nie znalazłem. www.e-bookowo.pl T o m a s z B o d z i o n y : W i ę c | 5 Kim jest autor tego maszynopisu? Ponieważ maszynopis ten ma formę listu, będę go nazywał listem, aby uniknąć nieporozumień. Musiał jechać przez jakiś czas w tym samym przedziale. Kłopot polega na tym, że począwszy od Tarnowa pociąg jechał zatłoczony. Wszystkie miejsca w przedziale były zajęte, aż do samego Poznania. Jedni wysiadali, drudzy wsiadali. Przez dwanaście godzin bezustanny kołowrót. Żaden z pasażerów nie utkwił mi w pamięci, żadnego nie podejrzewał- bym o autorstwo tego listu. Później starałem się sporządzić przypuszczalny ryso- pis jego autora na podstawie wzmianek znajdujących się w tekście. Skąpych, lecz pozwalających na wysunięcie pewnych wniosków. Autor zadbał o to, aby nie było to łatwe. Nie podał nawet swojego imienia. W jednym miejscu przez zapomnienie napisał swoje imię, ale później zamazał je tuszem. Nie dość dokładnie. Wydaje mi się, że pierwsza litera jego imienia to M lub… W. Marcin? Michał? Marek? Woj- ciech? Wiesław? Nie mam pojęcia. Jak można wnioskować z tekstu, autor jest mężczyzną w wieku około trzydziestu kilku lat. Wiadomo, że urodził się w Szcze- cinie. W Krakowie studiował. Pracuje jako nauczyciel, gdzieś na wschodzie kraju, jak sam napisał – w odległości pięćdziesięciu kilometrów od Bełżca. To wszystko, co można o nim powiedzieć; to jest to, co sam o sobie napisał. Można przypusz- czać, że jechał do Szczecina w sprawach rodzinnych. Ale i to nie jest pewne. Mógł przecież jechać i do innej stacji, np. Poznania. Nic pewnego o nim powiedzieć nie sposób. W każdym razie był w tym pociągu. Jednak ja nie przypominam sobie mężczyzny w tym wieku, w pociągu relacji Przemyśl – Szczecin. Jednego zapamię- tałem, ale było to małżeństwo. Jechał z żoną i kilkuletnią córeczką. Nie mógł to być autor, który bez wątpienia jest osobą samotną. Jest jeszcze inna możliwość. Część drogi przespałem. Snem niespokojnym, z częstymi przebudzeniami, lecz jednakże spałem. W tym czasie nieznany autor listu mógł znaleźć się w przedziale. Jeśliby tak właśnie było, to nic dziwnego, że nie kojarzę z nim żadnej osoby. Spa- łem, a w przedziale było ciemno. Jest jeszcze dodatkowy powód. List ten przeczy- tałem dopiero w kilka miesięcy później. Nie miałem czasu, poza tym, przy pierw- szej próbie, zraziłem się do tego listu, o co bardzo łatwo. Zaraz wieczorem tego sa- mego dnia zacząłem czytać i… odłożyłem go na półkę. Każdy, kto zada sobie trud przeczytania tej książki, zrozumie moje uczucia. Gdy po kilku miesiącach zaczą- łem przypominać sobie, kto jechał ze mną w przedziale, wyniki nie mogły być re- www.e-bookowo.pl T o m a s z B o d z i o n y : W i ę c | 6 welacyjne. Autor tego listu pozostanie na zawsze nieznany. Ale też on tego właśnie chciał. Jest jeszcze inna możliwość, której rozpatrzenia nie można uniknąć. Mia- nowicie, że autorem tego listu może być ktoś inny: kobieta, młody chłopak, czy starszy mężczyzna. Ktokolwiek. Zgodnie z tym tokiem rozumowania ten list to je- dynie literacka fikcja, wytwór czyjejś, chorej wyobraźni. Przyznaję: nie da się wy- kluczyć, że ktoś zgubił w pociągu maszynopis powieści. Ja tak nie uważam. Jest to moje osobiste przekonanie, na potwierdzenie którego nie mam żadnych dowo- dów. Ten list wydaje mi się za bardzo prawdziwy, aby mógł być czystą, literacką fikcją. Kto by nie był autorem, czy są to autentyczne wspomnienia kogoś, kto zapisał je pod wpływem napływu fali wspomnień, czy też jest to fikcja literacka, powstaje inny problem. Czy książka ta nadaje się do publikacji? Osobiście miałem co do tego bardzo poważne wątpliwości. A to ze względu na pewne drastyczne epizody, które mogą przecież ranić czyjąś moralność, czy uczucia religijne. Autor jest nie- zwykle szczery; niektóre przeżycia, jakie opisane są na tych stronach, jak się wy- daje, wykraczają daleko poza zwyczajne granice normalności. Od razu należy za- strzec, że nie są to opisy natury seksualnej, czy perwersyjno – seksualnej. Ta książka nie ma charakteru pornograficznego, i daleko jej do tego. Mimo tego wy- czuwa się, że niektóre fragmenty zostały napisane celowo po to, aby rozjątrzyć czytelnika, dotknąć go, nawet obrazić. Czego autor specjalnie nie kryje. Zapewne miał na myśli adresata listu, ale mogą one urazić i postronnego czytelnika. Pew- nych jego uwag trudno nie uznać za świadomie bluźniercze. Co więcej, czasami trudno jest nie wątpić w zdrowe zmysły autora tego listu. Wspominałem już, że po pierwszej próbie porzuciłem go na kilka miesięcy. W końcu przeczytałem i uzna- łem, że list ten wart jest, ażeby zaprezentować go szerszemu ogółowi czytelników. Od razu trzeba uprzedzić, że nie jest to lektura dla wszystkich. Nie jest to książka łatwa czy przyjemna. Uważam jednak, że ważne jest, aby każdy miał możliwość oceny tej książki i jej autora. Tu bowiem te dwie sprawy: autor listu i sam list splatają się w trudną do rozdzielenia całość. Długo się wahałem, ale podjąłem de- cyzję o publikacji. Pomimo licznych zastrzeżeń, moim zdaniem, nieznany autor zdobył sobie prawo do tego niezwykłą szczerością i cierpieniem, jakie przebija przez karty jego listu. Z tego samego powodu nie uznałem za celowe cenzurowanie www.e-bookowo.pl T o m a s z B o d z i o n y : W i ę c | 7 listu przez skreślanie zdań czy akapitów, które wydawały mi się trudne do przyję- cia. Zostawiam to do decyzji czytelników. Tytuł pochodzi ode mnie. W maszynopisie brak jest strony tytułowej. Zasta- nawiałem się dość długo nad tym, jaki tytuł nadać i nic sensownego nie przy- chodziło mi do głowy. Wypróbowywałem różne warianty jak: „List do przyjaciela”, „Zagubiony list”, „Pamiętnik znaleziony w pociągu”, czy „Z zimną krwią”. Żaden mi nie pasował. Być może ktoś inny wymyśliłby coś lepszego, lecz ja nie byłem w stanie. W końcu postanowiłem za tytuł wziąć pierwsze słowo tego listu. To wyjście wydało mi się najprostsze i najlepsze. Jeszcze słowo o moim udziale, skromnym, acz nie bez znaczenia. Zaczął się on od przypadku, jakim było prawdopodobnie znalezienie maszynopisu, zakończył się ciężką pracą nad przygotowaniem tekstu gotowego do druku. Był to maszyno- pis, ale maszynopis z gęsto naniesionymi poprawkami, napisanymi trudno czytel- nym pismem. Kilkakrotnie musiałem skapitulować, wobec niemożności odczyta- nia tekstu. W tych miejscach wstawiłem słowa, które wydawały mi się najbardziej pasujące do kontekstu. Maszynopis z licznymi skreśleniami i uzupełnieniami z całkiem innych stron, których numeracja, na domiar złego, często była mylna. Kosztowało mnie to dużo czasu, wysiłku i cierpliwości, ale uporałem się z tym za- daniem, według mojej oceny, zadowalająco. T. B. Szczecin, 1996 www.e-bookowo.pl T o m a s z B o d z i o n y : W i ę c | 194 Nic mi nie mogli zrobić. Bałem się jednego, że Dorota wróci do szkoły. Tylko tego się bałem. Że ją zobaczę! Tamtego ranka, gdy znalezioną ją ciężko ranną na drodze w parku (tym sa- mym, który wcześniej przemierzyłem idąc do domu; bandziory przeniosły ją tam, czy też przeprowadziły, gdyż park, w którym ją zostawiłem, otoczony domami i ulicą był zbyt mały, by mogli robić w nim spokojnie to, co zamierzali; w tym są- siednim, dużym parku nie było ryzyka, że ktoś usłyszy krzyki Doroty) odwieziono ją nieprzytomną do szpitala, do którego kilka godzin później przywieziono i mnie. Ironią losu oboje znaleźliśmy się w tym samym szpitalu, dobrze że przynajmniej na innych oddziałach. Stan Doroty był bardzo ciężki. Dorota została nie tylko wie- lokrotnie zgwałcona ale i bestialsko pobita: miała połamane żebra, złamana rękę, nos, żuchwę, otrzymała także kilka ciosów nożem. Straciła masę krwi. Tamci używszy sobie na niej do woli najwyraźniej chcieli ja zabić. Byli zbyt pijani na to, żeby im się udało ale próbowali. Pomimo wszystko dziwne jest, że Dorota przeżyła. Miała wtedy siedemnaście lat, młody, zdrowy, silny organizm i sporo szczęścia. Właśnie ów wyczekiwany powrót Doroty przejmował mnie strachem. Myśl, że sta- nie przede mną. Uśmiechnie się. Powie: „widzisz, a jednak żyję” Nie wiem, co wte- dy bym zrobił. Mijał czas, Dorota się nie pojawiała. Również wtedy, gdy wyszła ze szpitala. Rozeszła się wieść, że przeniosła się do innej szkoły. Że przeprowadziła się do innego miasta, że mieszka u swojej ciotki, gdzieś na Śląsku. Poczułem się pewniej. Nic mi już nie zagrażało. Byłem bezpieczny. Chronił mnie mur, którego reszta nie była w stanie przekroczyć. Znów grzeszyłem, tym razem pychą. Wystar- czyło jedno popołudnie, jedno spotkanie, a ów wyimaginowany świat, w którym żyłem, który stworzyłem sobie z takim trudem i takim kosztem pękł niczym bańka mydlana. Wydarzyło się to w dzień procesu. Jakkolwiek byłem pewien, że nic nie mogą mi zrobić, w głębi duszy obawiałem się tego dnia. Nie proces napawał mnie lękiem, wiedziałem, że nic na mnie nie mają. Był to ten sam lęk trapiący mnie od dawna, lęk przed spotkaniem z Dorotą. Wmówiłem sobie, że Dorota musi stawić się w sądzie, na „swoim” procesie. Było to poważne ryzyko, z którym należało się liczyć. O swoje zachowanie byłem spo- kojny. Wcześniej kilkakrotnie wzywano mnie do składania zeznań na milicję i do www.e-bookowo.pl T o m a s z B o d z i o n y : W i ę c | 195 prokuratury. Po raz pierwszy milicjanci zjawili się u mnie, kiedy jeszcze leżałem w szpitalu. Poznałem ich metody i sztuczki. Wszedłszy na salę sądową błyskawicz- nym rzutem oka zorientowałem się, że nie ma w niej Doroty Z. Wiedziałem, że nie powinienem jej spotkać, że składała już zeznania, ale… Kto wie? Idąc, nogi się pode mną uginały ze strachu. A jak przemykałem korytarzami! Bojąc się, że za każdym rogiem ujrzę ją nagle. Jak cień. Cicho i skrycie. Ale nie było jej!!! Ani na korytarzach, ani na sali sądowej. Nigdzie jej nie wypatrzyłem. Zrozumiałem, tam na sali. Nie zobaczę Doroty! Jej tu nie ma!! I nie będzie. Już nigdy jej nie zobaczę! Od tego momentu składanie zeznań stało się nudną, uciążliwą procedurą. Zada- wano mi takie same pytania jak podczas śledztwa. Czy nikt nie zadał sobie trudu przeczytania tomów akt? Toteż dawałem takie same odpowiedzi. Sędzina była mądrą kobietą. Miała siwiejące, zaczesane do góry włosy, szczupłą twarz pokrytą siecią zmarszczek, głębokie, poważne spojrzenie szarych oczu ukrytych za dużymi szkłami okularów w rogowej oprawie. Spojrzenie człowieka, który wiele przeżył, który więcej jeszcze widział, i który dobrze wie, że najbardziej nawet oczywiste fakty, najbardziej przekonujące zeznania i dowody niekiedy służą nie tyle do ujawniania prawdy, ile do jej skutecznego zacierania. Nie dala się oszukać. Czu- łem, że mi nie wierzy, że… wie. Raz spojrzała na mnie tak przenikliwym i silnym spojrzeniem, że zmieszałem się w duchu. Zawstydzony naraz i zlękniony. I co z tego? Zeznania świadków, zeznania samych oskarżonych, którzy nie kryjąc po- gardy opisali mnie jako ostatniego tchórza, wreszcie przebyta choroba podważają- ca moją poczytalność tamtego wieczoru, zapewniały mi całkowitą bezkarność. Je- dynym niebezpieczeństwem było to, że na rozprawie poplączę się w zeznaniach ale na to byłem zbyt uważny. Nie próbowałem się usprawiedliwiać, tłumaczyć ani przez moment nie usiłowałem poprawić swego wizerunku. Mówicie, że jestem tchórzem, proszę bardzo. Zgadzam się – jestem tchórzem. Mówicie, że jestem bez charakteru, że jestem drań, łobuz, ostatnia kanalia? Nie przeczę, broń Boże! Ale przepraszam, czy to jest aby karalne.? Do więzienia nie trafia się za charakter, czy takowego brak ale za czyny. Jednakże wpierw należałoby je udowodnić, przy- najmniej ich zamiar. Próbujcie, jeśli potraficie. Ja chętnie popatrzę i pośmieję się zdrowo. Taka była moja linia obrony. Niezmienna odtąd przez wszystkie te lata. www.e-bookowo.pl T o m a s z B o d z i o n y : W i ę c | 196 Moi beznadziejni wspólnicy, którzy w zeznaniach wystawili mi tak nędzną opi- nię, dostali surowe wyroki: od dwudziestu pięciu lat dla degenerata – prowodyra, przez piętnaście do ośmiu lat dla pijaczka i tego najmłodszego. Ja wyszedłem z sali rozpraw wolny, szczęśliwy, tryumfujący, powstrzymując śmiech łechcący mnie w gardle. Musiałem użyć całej swej siły woli, by nie wybuchnąć śmiechem na korytarzu wobec przechodzących ludzi. W głowie krążył mi wierszyk, głupi, brzydki wierszyk, który mimo woli ułożyłem, gdy zostawiwszy Dorotę szedłem przez park, i tenże wierszyk przypomniał mi się na korytarzu sądów i powracał raz po raz. Nie chciała dać chłopakowi, Dawać musi zwierzakowi. Wtedy także powtarzałem ten wierszyk bez przerwy a wkrótce potem po raz pierwszy, jak teraz, usłyszałem trzepot i poczułem na twarzy miękkie, delikatne muśnięcie skrzydeł (jeszcze zanim wpadłem na milicyjny radiowóz). Dobrze, że te- go – z tymi milicjantami – się nie dogrzebali. Paskudny, wstrętny wierszyk. Nucę do siebie cichutko, żeby nikt nie słyszał: Nie chciała dać chłopakowi, Dawać musi zwierzakowi. I znów. Nie chciała dać chłopakowi, Dawać musi zwierzakowi. Idę i tak sobie nucę. Może to ten… śmieszek ułożył i podsunął mi ten wier- szyk. Byłoby to do niego podobne. Jestem na korytarzu. Po prawej ręce mijam szereg drewnianych, staroświeckich, opatrzonych numerami drzwi pomalowanych szarą, olejną farbą. Farba jest powycierana przy okuciach zamka. Po lewej okna wychodzące na dziedziniec. Gmach sądów to obszerne, poniemieckie gmaszysko zbudowane w kształcie litery U. Za zakrętem korytarza wymijam barykadę z biu- www.e-bookowo.pl T o m a s z B o d z i o n y : W i ę c | 197 rek ustawionych piętrowo, jedno na drugim. Na pierwszy rzut oka widać, że to zniszczeni, doszczętnie zużyci, urzędniczy weterani zaprawieni w latach bojów ze szklanką gorącej herbaty i maszyną do pisania, zmordowani przez urzędniczą co- dzienność. Przetarte blaty, oblazły lakier, poobijane rogi, odparzone kółka od szklanek. Biurko na górze ma otwartą szeroko klapę, która opadłszy w dół ze wstydem odsłania swą, dotąd pilnie strzeżoną, tajemnicę: cztery szuflady wypeł- niające przestrzeń lewej komory. Jedna szuflada jest wysunięta. Nie sposób oprzeć się ciekawości. Przechodząc zerkam, jakbym spodziewał się ujrzeć ślady tych niezliczonych spraw, jakie przewinęły się przez tę szufladę. Jest tam jedynie śrubka, kilka gwoździków i trochę trocin pod ścianką. Żałosne. Wysoka sprawie- dliwość: wyroki, sądy, procesy, kary, uniewinnienia, decyzje o ludzkim losie. A tu rzeczywistość: gnijące biurka poplamione tuszem, spróchniałe wraki nadające się tylko na śmietnik i kupka śmieci pośrodku. Głupio i wstyd. Nucę ciągle, samą melodię bez słów. Słowa gdzieś mi się zapodziały. Zostaje sama melodia, potem dźwięki bez związku. Wchodzę do holu sądów połączonego z klatką schodową. Przystaję. Są! Widzę ich: grupka osób ze szkoły. Co oni tu robią? Rozprawa jest niejawna, bez udziału publiczności. Nie wpuszczą ich, po co więc tu przyszli? Składać zeznania? Ale o czym? Co oni wiedzą? Poznaję dwie dziewczyny z mojej klasy – przyjaciółki Doro- ty. Właśnie dziewczyny są najmocniej na mnie zażarte. Żadna dziewczyna czegoś takiego nie zrozumie i nie wybaczy. Jest nauczycielka polskiego. Jest Janusz: wy- soki, przystojny, czarnowłosy chłopak z klasy maturalnej łypiący na mnie ponuro (to z nim, podobno, chodziła Dorota). Jeszcze kilkoro innych uczniów znanych mi z widzenia, których jednak dokładniej nie potrafię zidentyfikować. Po co oni tu przyszli? Nie rozumiem. Ale nie mam czasu się nad tym zastanawiać. Co innego przyciąga mój wzrok. W głębi holu, za kolumnami, stoją. Tak. Nie mylę się! Teraz widzę dokładnie, gdy tych dwoje odeszło. Stoją ojciec i mama Doroty! Oni także mnie dostrzegli. Patrzą na mnie. Nasze spojrzenia się spotykają. Kilkakrotnie by- łem w ich domu. „Przepraszam, czy zastałem Dorotę” – pytałem zmieszany mamę Doroty. Nieodmiennie otwierała mi mama Doroty. „Tak, proszę wejdź. Dorota jest w swoim pokoju” – odpowiadała z uśmiechem, który miał dodać mi otuchy. Zaw- sze wtedy byłem okropnie zmieszany. Mama Doroty miała okrągłą, wesołą twarz, www.e-bookowo.pl T o m a s z B o d z i o n y : W i ę c | 198 skore do śmiechu oczy patrzące pogodnie i życzliwie. Cała była okrąglutka; niska, korpulentna pani, mimo tuszy energiczna i żwawa jak nastolatka. Chociaż okrop- nie się bałem, lubiłem mamę Doroty i sposób, w jaki mnie witała. Miałem ich te- raz przed sobą – jego i ją. Od tamtego czasu nie widziałem ich. Zmienili się bar- dzo: postarzali, posiwieli, przygarbili, jak gdyby upłynęły lata. Z twarzy matki Do- roty zniknęła dawna pogoda i życzliwość. Jej oczy przygasły, wydawały się być mniejsze, zapadnięte w głąb. Nawet z tej odległości, widać było, że powieki ma za- czerwienione od płaczu. Patrzyliśmy sobie w oczy: ja i matka Doroty. W żyłach miałem lód, w piersiach jakby ktoś nalał mi ołowiu, jedynie serce biło ostro, szyb- ko, nerwowo. Wpatrzona we mnie jak w transie matka Doroty zrobiła kilka kro- ków w moją stronę. Zatrzymała się. Po czym podeszła jeszcze bliżej. Uciec! Uciec. Uciec, jak najdalej. Rozejrzałem się wokół. Hol sądu było to obszerne, wysokie pomieszczenie, które zachowało resztki dawnej elegancji: ozdobne kraty pod porę- czami schodów, lśniące posadzki, marmurowe, podwójne kolumny. Zamknięcie holu stanowiła stylowa klatka schodowa z zachowanymi elementami secesyjnych ozdób, z dużymi, łukowymi oknami. Hol pełen był ludzi, którzy już zaczynali zwracać na nas uwagę. Ci ze szkoły wprost nie spuszczali z nas chciwych sensacji oczu. Wtedy coś we mnie przeskoczyło. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Powrócił wierszyk. Zanuciłem pod nosem, cichutko, żeby nikt. Tylko ja, słyszałem. Boże, nie! Ja. Nie chciała dać chłopakowi, Dawać musi zwierzakowi. I uśmiechnąłem się. Nie chciałem tego. Wewnątrz kurczyłem się ze strachu, ale… musiałem. To ktoś inny, za mnie, uśmiechał się moją twarzą. Mój uśmiech skierowany był do matki Doroty. Rzecz nie w tym, że się uśmiechałem w takiej chwili. Chodzi o to, jaki to był uśmiech. Uśmiechałem się, sam to czułem, tryum- fująco, zjadliwie, szyderczo. Był to uśmiech okropny, podły, ohydnie wręcz nie- przyzwoity, szczególnie w tym miejscu i czasie i u mnie po tym, co zrobiłem, po tym, co się stało. W trakcie procesu. Uśmiechem tym naigrywałem się z jej bólu, z www.e-bookowo.pl T o m a s z B o d z i o n y : W i ę c | 199 jej rozpaczy, cierpienia. Mówiłem z kpiną prosto w oczy: zrobiłem, co zrobiłem i odchodzę wolny! Ani wy, ani sąd, ani wasza córka – nic nie możecie zrobić! Im dłużej to trwało, tym mój uśmiech stawał się radośniejszy, bezczelniejszy i bar- dziej wyuzdany. Jakbym się sam prosił. Matka Doroty podeszła wolno. Ruchy miała dziwnie niepewnie, rozbiegane, ślepe z bólu. Ręce się jej trzęsły. Cała dygotała, jak w gorączce. Nie spuszczała ze mnie oczu płonących pomiędzy zapuchłymi od płaczu, czerwonymi powiekami. Zatrzymała się na wyciągnięcie ręki. Przez moment popatrzyła na mnie spojrze- niem, które pamiętam do dziś i splunęła mi prosto w twarz obfitą, gęstą śliną. Wiedziałem. Rozmowy umilkły. Oczy wszystkich utkwione były we mnie. Było tak cicho, że słychać było, jak kartka papieru, wysunąwszy się z czyjejś dłoni, szeleszcząc upada na podłogę. Ja zaś stałem z twarzą stężałą w uśmiechu, który zamienił się w paskudny grymas. Wyprostowany. Nieruchomy. Zastygły w bezru- chu. Wobec matki Doroty. Wobec ich wszystkich. Wobec całego świata. A po twa- rzy ściekała mi ślina, zostawiając po sobie długi, wilgotny, palący ślad. www.e-bookowo.pl T o m a s z B o d z i o n y : W i ę c | 282 O autorze Tomasz Bodziony, urodzony w 1963 roku, pracownik naukowy, specjalność nauki ścisłe: fizyka i matema- tyka. www.e-bookowo.pl
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Więc
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: