Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00043 005071 13075900 na godz. na dobę w sumie
Wiedźma Jego Królewskiej Mości - ebook/pdf
Wiedźma Jego Królewskiej Mości - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Genius Creations Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7995-115-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Sara Weronika Sokalska wyszła zwycięsko z konfrontacji z Nocnym Królem i Mistrzem Twardowskim. Nawet jej najwięksi wrogowie otwarcie nie kwestionują już jej prawa do tytułowania się Pierwszą Czarodziejką Polanii. Cały czas trwa jednak zakulisowa i brutalna walka o wpływy na dworze. Dla wielu potężnych frakcji pozbycie się Saniki z najbliższego otoczenia króla Juliana jest pierwszym krokiem do zdobycia kontroli nad monarchą. Kluczem do sukcesu wydaje się być rozwikłanie tajemnicy pochodzenia Pierwszej i źródła jej wyjątkowych mocy.

Tymczasem Sara pozostaje sobą, czyli „Piekielnicą”. Upartą czarodziejką o ciętym języku, której maniery pozostawiają wiele do życzenia. Większość problemów rozwiązuje nie siłą argumentów, a argumentem siły. Za nic ma prośby i błagania króla Juliana, pragnącego mieć w niej oparcie.

A Polanii jak zawsze grozi wielkie niebezpieczeństwo i sama magia nie wystarczy, aby je pokonać!

Pełna magii rzeczywistość alternatywnego Krakowa jest tak wiarygodna, że po zakończeniu lektury z trudem sobie przypominamy, że nie ma młodego króla na Wawelu, a knowania czarodziejów z Uniwersytetu Jagiellońskiego nie współtworzą naszej polityki. Ale to czarownica Sanika pozostaje głównym aktorem tego przedstawienia. Śledzimy jej losy, do końca niepewni, czy ugnie się pod ciężarem odpowiedzialności i podąży w mrok.
Aleksandra Janusz, autorka serii Kroniki Rozdartego Świata

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Magdalena Kubasiewicz Wiedźma Jego Królewskiej Mości SpiS treści Coś wyjątkowo paskudnego Goście, goście Dusze czuwają Biała jak śnieg Czerwone jak krew Głuchy telefon Gdy pułapka staje się myszą „Nie jestem martwa” Czarne jak heban Na imię mi Sara Bajka o czarnoksiężniku I duchy porwały jego duszę 7 23 41 62 91 112 149 177 196 211 241 267 Kasi Piekarz i Monice Ślęzak Za wszystkie rozegrane sesje i partie Munchkina Adamie! Źle zrozumiałeś moje intencje. Posłanie Cię na Wawel nie jest karą ani nawet formą nauczki za Twój ostatni wybryk   – o którym, prawdę mówiąc, dawno już zapomniałem. Posyłam Cię na zamek, ponieważ po ostatnich wydarzeniach potrzebuję w Krakowie kogoś zaufanego, kto nie będzie tak strachliwy jak Remigiusz ani tak mało utalentowany jak Paweł. Sprawa nocnego króla udowodniła, że są na świecie moce, o których wiemy niewiele bądź nic. Zniszczono część dawnych strażników miasta i stolica wciąż może być zagrożona. Nie wiemy, czy ta sprawa nie wywrze jakichś przykrych efektów ubocznych. Chcę, żebyś zebrał jak najwięcej informacji: o magii Wawelu, o Smoku Wawelskim, o historii Lustra Twardowskiego, o poprzednich Pierwszych i krakowskich demonach. Chcę też, żeby ktoś, kogo znam, był na miejscu, jeśli po raz kolejny na ulicach Krakowa pojawią się niebezpieczne stworzenia. Nade wszystko jednak ktoś musi obserwować Sarę Weronikę Sokolską. Po walkach w Krakowie zdobyłem więcej informacji o Pierw- szych Polanii1 i obecnie daleki jestem od stwierdzenia, że Sara nie nadaje się na to stanowisko. A raczej: nie jest odpowiednią osobą do sprawowania funkcji oficjalnie, jednocześnie będąc jed- ną z niewielu, które mogą sprostać pewnym… nieoficjalnym obowiązkom. Gdyby król był dostatecznie przenikliwy, miano- wałby jakiegoś czarodzieja na swego oficjalnego reprezentanta, 1Pierwszy Polanii   – nadworny czarownik/mag/czarodziej władcy Pola- nii. Tytuł tradycyjnie nadawany przez monarchów Polanii. Wiąże się ze znacznymi przywilejami, takimi jak prawo do natychmiastowych osądów w sprawach, w które zamieszane są ciemne moce. Pierwszy Polanii zaj- muje się ochroną władcy przed działaniem magii oraz kontrolą magicznej aktywności w Krakowie. Oficjalnie jest zwierzchnikiem wszystkich osób władających magią w stolicy, w rzeczywistości jednak jego władza nad nimi pozostaje raczej w sferze teorii niż praktyki. Najsłynniejszymi oso- bami pełniącymi to stanowisko byli Jan Twardowski, Mieszko Czartoryski i Kalina Czerwona Iskra. 5 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz jej pozostawiając działanie w cieniu. Być może był za młody, gdy obejmował swoją funkcję, bądź zbyt do Sary przywiązany. Jednak źle się stało, że nie podjął takiej decyzji. Tak, między innymi też dlatego Ciebie tam posyłam   – liczę, że uda się to tak zorganizować. Nie chodzi mi więc o to, byś Sarę dyskredytował, rzucał jej kłody pod nogi czy też poszukiwał sposobów na szantaż. Chcę, żebyś obserwował, czy ostatnie wydarzenia nie wpłynęły na nią w szkodliwy sposób. Sara   – nie bez powodu nazywana przez niektórych Piekiel- nicą   – nie ma za grosz taktu. Często popełnia błędy, kierując się uporem zamiast logiką. Bywa nadmiernie pewna siebie i zbyt agresywna. Wiedziona dumą w przeszłości odrzucała oferty pomocy, co wiele razy odbijało się jeśli nie na niej, to na innych. Przekonana o swojej racji miewa tendencje do ignorowania rzeczy oczywistych. Jest jednak potężna i obeznana w rodza- jach magii obcych większości magicznych. To zarówno jej siła, jak i nieustanne zagrożenie   – dla niej i wszystkich, którzy ją otaczają. Mówiąc krótko, Adamie: Sara spojrzała w przeklęte lustro, które na wielu już sprowadziło szaleństwo, przywołała ducha, a później weszła do samego serca miejsca, którym władały ciemne moce. Zdaje się też, że miała konszachty z demonami. Obawiam się, że może osunąć się w szaleństwo bądź sięgnąć po magię, ja- kiej nikt nie powinien przywoływać. Pilnuj jej Adamie. I raportuj. Krystian 6 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz Prolog Coś wyjątkowo paskudnego Na rynek nieustannie trafiają magiczne przedmioty. Lustra umożliwiające komunikację, amulety tworzące ochronne tarcze, noże, które się nie tępią. Prawda jest jednak taka, że to tandeta, zwykłe rzeczy obłożone podstawowymi zaklęciami, wyczerpu- jącymi się z czasem. Sztuka tworzenia prawdziwie potężnych magicznych przedmiotów, tak zwanych artefaktów, dziś została niemal zapomniana. Zanikać zaczęła mniej więcej w okresie rewolucji przemysłowej, a wydaje się, że ostateczny cios zadała jej pierwsza wojna światowa. Naszyjnik Wenus, którego posiadacz zyskiwał możliwość wpływu na innych; Lustro Mistrza Twardowskiego, umożli- wiające zobaczenie przyszłości; miecz czyniący wojownika nie- wrażliwym na ciosy, wedle legend stworzony przez Merlina   – to tylko niektóre z owych „prawdziwych” artefaktów. Nie były to przedmioty jedynie obłożone zaklęciami, a dysponujące swoją własną magią   – i, jak wierzą niektórzy, także własną wolą. Niestety, dziś większość z nich została bezpowrotnie utracona, podobnie jak magia, za pomocą której zostały stworzone. Swietlana Sniegow, wstęp do „Zapominanej sztuki tworzenia artefaktów” 7 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz O śmierci Janusza Klonka, wykładowcy na Wydziale Magicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, jako pierw- sza dowiedziała się Andzia Podrzucka. Padło na nią, ponieważ była najodważniejsza ze wszystkich dziewię- ciorga studentów trzeciego roku czarodziejstwa i ma- gii stosowanej. Gdy profesor spóźniał się już godzinę, a młodzi czarodzieje zaczęli się zastanawiać, czy nie do- stał zawału (spóźnienia bowiem absolutnie do Klonka nie pasowały), jako jedyna znalazła w sobie dość męstwa, by zapukać do jego gabinetu. I potem jeszcze nacisnąć klamkę. W oczach większości studentów był to wyczyn po- równywalny do kopnięcia w zadek Smoka Wawelskiego. Aha   – pomyślała Andzia, po zajrzeniu do środka.   – Rzeczywiście nie żyje. Taka była pierwsza myśl dziewczyny na widok ciała rozciągniętego na podłodze. Ponad wszelką wątpliwość rzeczone ciało należało do profesora. Dość przystojny mężczyzna wyglądający na trzydzieści parę lat, z gę- stymi, czarnymi włosami i wąskimi ustami. Niektóre naiwne studentki z początku (zanim objawił pełnię swej piekielnej natury) nawet do niego wzdychały. Nie Andzia. Andzia uważała, że się farbuje. I że ma za wiel- ki nos. Ale się wścieknie. Ta krew się pewnie nie spierze   – to była druga Andziowa myśl. Nieco irracjonalna, bo Janusz już na nic wściekać się nie mógł. Ale gdyby mógł, wściekłby się na pewno, Andzia miała pewność. Klonek słynął bowiem z trzech rzeczy: ironicznego uśmiechu, nienagannego ubioru i bycia wredną piłą, znajdującą 8 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz przyjemność w sadystycznym upokarzaniu i dręczeniu studentów oraz niszczeniu ich pewności siebie. Nie będzie kolokwium   – zaświtało wreszcie w gło- wie Andzi.   – Hurra! Cofnęła się, zamknęła drzwi i się obróciła. Osiem par oczu wpatrywało się w nią z napięciem. Grupy studiujące magię praktyczną zawsze były mało liczne.   – Wiecie, kolosa nie będzie   – oznajmiła Andzia ze stoickim spokojem.   – Ktoś nam ubił profesora. Szkoda, że nie wiedziała kto. Może wysłałaby kosz kwiatów z podziękowaniami? *** Sklep nosił szumną nazwę „Artefakty”, choć ofero- wał głównie przedmioty obłożone prościutkimi zaklę- ciami. Żaden szanujący się czarodziej nie byłby nimi zainteresowany, ale tacy stanowili znikomy procent populacji, właścicielowi nie brakowało więc klientów. Dzieciaki wydawały długo ciułane kieszonkowe na magiczne zabawki, mężczyźni kupowali na Walentyn- ki zaklęte róże, kobiety chętnie sięgały po zaczarowa- ną biżuterię albo lusterka pozwalające sprawdzić, jak wyglądałoby się w danej fryzurze czy makijażu, zaś magicy-amatorzy zostawiali tu fortuny. Prawdziwych artefaktów nie znajdywało się w takich sklepach, ale za- równo prowadzącemu sklep Mikołajowi Kordeckiemu, jak i jego klientom to nie przeszkadzało. Kordecki dbał o odpowiedni asortyment, reklamę i klimat   – starannie 9 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz zaplanował wystrój, rzucał tajemnicze półsłówka i na- wet przygarnął ogromnego, czarnego kocura, lubiącego wygrzewać się na parapecie. Interesował się wszelkimi magicznymi przedmiotami i chociaż te, które sprze- dawał, tak naprawdę niewiele mogły, był specjalistą od artefaktów. Większość stałych gości nigdy nie uwierzy- łaby w to, że Mikołaj nie jest czarodziejem. A nie był, tak jak nie był nim jego ojciec   – można by ich określić jako magów z bardzo ograniczonym talentem, umoż- liwiającym wyczuwanie magii. W wyczuwaniu magii Mikołaj był bardzo dobry, potrafił nawet rozpoznać czarodziejów, czarownice i magiczne istoty oraz oce- nić ich zdolności, czego nie umiałaby zrobić większość magicznych… ale tym wolał się za bardzo nie chwalić. Kobieta, która weszła do sklepu w deszczowe piąt- kowe popołudnie, była bez wątpienia czarownicą. Takie przychodziły tu rzadko i dlatego Mikołaj znad okula- rów (tak naprawdę nie miał wady wzroku: był to ele- ment jego starannie kreowanego wizerunku) śledził, jak przemierza sklep, oglądając kryształowe kule, magiczne lusterka i świecące kwiaty. Ostatnia czarownica odwie- dziła „Artefakty” przed rokiem i wyśmiała asortyment Mikołaja. Nie przejął się tym specjalnie: tacy zawsze mieli się za lepszych od innych, choć swoją niezwykłość zawdzięczali jedynie kaprysowi losu, który obdarował ich magiczną mocą. Czarownice zawsze wydawały mu się nieco niestabilne emocjonalnie, co prawdopodobnie było związane ze specyficzną magią, jaką władały.   – I jak długo to działa?   – spytała czarownica, stuka- jąc palcem w różę emanującą błękitnym blaskiem. Mi- 10 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz kołaja swędziały opuszki palców. Miał ochotę kichać i zrobiło się mu jakoś mdło. Miał lekką alergię na magię czarownic, a magia tej konkretnej szczególnie się mu nie podobała.   – Gwarancja jest na dwa lata   – odparł uprzejmie. Kobieta wyglądała na jakieś dwadzieścia parę lat i pew- nie była studentką na Uniwersytecie Warszawskim, jed- ną z tych, które przyjeżdżają z głębokiej prowincji i pró- bują coś udowadniać. Nie nosiła kurtki, tylko znoszoną bluzę, chociaż zbliżał się już grudzień. Wiatr rozczo- chrał jej czarne włosy ścięte na wysokości brody; była blada i używała chyba jakiejś mocnej szminki. Gdyby nie magiczna aura, uznałby ją za jedną z tych dziewcząt zafascynowanych wampiryzmem, choć każdy rozsądny człowiek wiedział, że prawdziwy, cuchnący rozkładem krwiopijca i przystojny wampir z filmów niewiele ze sobą mają wspólnego.   – Czyli jakieś dwa lata i dwa miesiące   – podsumo- wała. Wyprostowała się i zwróciła na Mikołaja spojrze- nie fioletowych oczu.   – Rozmawiam z właścicielem?   – We własnej osobie   – przyznał Mikołaj.   – Prze- praszam… Chyba ma pani coś na szyi… Kobieta odruchowo podniosła rękę, blade palce prze- sunęły się po skórze. Coś ciemnego, co początkowo wziął za robaka, znikło, nim zdążyła tego sięgnąć   – i gdy to zobaczył, poczuł, że robi mu się jeszcze bardziej niedo- brze. Rozejrzał się po sklepie, z ulgą odnotowując, że nie był w środku sam. Jakaś kobieta oglądała magiczne lusterka, a jeden ze stałych klientów przeglądał przed- mioty z wystawy. 11 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz   – Brudne?   – spytała, opuszczając dłoń.   – Czy towar na półkach to cały pana asortyment?   – Przepraszam, coś mi się wydawało. Czasem po- jawiają się edycje limitowane   – odparł, zastanawiając się, czy czarownica nie jest jedną z osób nadzorujących magiczne biznesy. Może znowu złożono na niego ja- kiś donos i doszukiwali się „towarów spod lady”? Loża Magii rozerwałaby go na strzępy, gdyby wyszło na jaw, że sprzedawał prawdziwe artefakty bez licencji.   – Za- zwyczaj z biżuterii, ale obecnie nie mam niczego takiego. Szuka pani czegoś konkretnego?   – Już znalazłam. Staram się ustalić… historię tego przedmiotu. Swego czasu przeszedł przez pańskie ręce. Wyciągnęła z kieszeni spranych dżinsów kartkę. Wa- hał się, zanim ją przyjął, bo znowu wydało mu się, że coś pełza po skórze kobiety, tym razem na nadgarstku. A gdy rozłożył wręczony mu papier i zobaczył rysunek   – marnej jakości, jednak bez wątpienia przedstawiający przedmiot, który rzeczywiście doskonale pamiętał   – natychmiast pożałował, że w ogóle zaczął z czarownicą rozmawiać.   – Przykro mi, ale nie mogę pani pomóc   – oznajmił zdecydowanie, przekazując jej kartkę. Coś przesunęło się po policzku kobiety i teraz był już pewien: to nie żadne złudzenia, ale ona tego czegoś nie widzi albo nie chce zobaczyć   – przylgnęły do niej okruchy obcej, ma- ło przyjemnej magii. Nie zaabsorbowane, nie złączone na dobre z aurą, ale istniejące. I bardzo mroczne.   – Proszę sobie darować   – rzuciła ze zniecierpli- wieniem.   – Kalina, dawna Pierwsza Czarodziejka, 12 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz albo kupiła od pana ten sztylet, albo przyniosła go tutaj z jakichś powodów.   – Jak mówiłem, nie mogę pani pomóc   – powtórzył cierpliwie Mikołaj.   – Proszę o opuszczenie mojego sklepu, inaczej będę musiał wezwać policję. Złość kobiety sama w sobie nie wywarłaby na nim żadnego wrażenia. Swego czasu zapłacił krocie pew- nemu dyplomowanemu specjaliście od czarów ochron- nych, aby rzucił kilka na sklep. Oprócz standardowego pakietu obejmującego zaklęcia antywłamaniowe, wyku- pił także te chroniące przed nadmierną wilgocią, kra- dzieżą, nieprzepuszczające na zaplecze bez jego zgody oraz obronne. Kosztowało to majątek, ale było war- to   – raz próbowano go okraść i włamywaczy spotkała przykra niespodzianka. Gorzej, że gdy czarownica się zdenerwowała, znów coś ciemnego przesunęło się po jej brwi i szyi, a on omal nie zwymiotował na własne buty. Przypominało mu to trochę pająki, chociaż ten kształt pewnie nadawał im jego umysł.   – Pan pozwoli, że się przedstawię.   – Sądząc po tonie, nawet gdyby nie pozwolił, zostałby zignorowa- ny.   – Nazywam się Sara Sokolska, jestem nadworną czarownicą jego królewskiej mości i obawiam się, że jeśli chodzi o sprawy magii, to żadna policja nie może mnie znikąd wyrzucić. Cudownie. Mikołaj przymknął oczy, odliczając w my- ślach do dziesięciu. Kichnął, gdy doszedł do siedmiu. Ma- giczna alergia, mroczna moc, którą przywlekła Sokolska i w dodatku fakt, że rzeczywiście nie bardzo mógł wiedźmę wyrzucić, to wszystko zaczęło go przerastać. W pewnym 13 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz sensie to była kontrola, chociaż niestety niesprowadza- jąca się tylko do tego, czy nie sprzedaje jakichś podej- rzanych artefaktów spod lady.   – Zapraszam na zaplecze   – powiedział i nawet we własnych uszach zabrzmiał jakoś słabo. Nie przez sta- nowisko Sokolskiej, raczej z powodu czarnych pająków, które się po niej przemieszczały. Znikły teraz   – już ich nie wyczuwał ani nie widział, wiedział jednak, że gdzieś tam są. Zaplecze, w przeciwieństwie do samego sklepu, nie było przesadnie zagracone. Trzymał tu czasami cen- niejsze przedmioty robione na zamówienie, ale poza tym umeblowanie składało się ze stolika, czajnika elektrycznego, fotela, szafki, w której trzymał coś do przegryzienia, i dwóch krzeseł. Wskazał jedno z nich, czekając aż Sokolska usiądzie, ale oparła się tylko o stół. Też nie usiadł: gdyby siedział, górowałaby nad nim, w pewien sposób zyskując przewagę. Mikołaj bardzo chciałby, żeby po prostu zniknęła. Niegdyś ponoć ist- niał artefakt, który mógł spełniać takie życzenia, ale to było w dawnych czasach i mogło być wyłącznie bajką. Kolejną alegorią. Czekał na pytania, te jednak nie padały. Sokolska milczała, tylko się mu przypatrując, a on, choć zazwy- czaj brzydził się przemocą, miał wielką ochotę ją uderzyć.   – Nie sprzedałem tego sztyletu Kalinie   – stwier- dził w końcu sucho, podpierając się o ścianę, by nie stać przed kobietą na baczność niby jakiś uczniak.   – Mój dziadek był specjalistą od artefaktów i zdaje się, że jednym z jej nauczycieli. Ojca adoptował, więc nie 14 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz odziedziczyliśmy jego mocy, ale zostawił nam sporo opracowań. Kilka lat temu szukała informacji.   – Krótko przed swoim zniknięciem. Nie brzmiało to jak pytanie, Mikołaj jednak skinął głową.   – Niewiele mogłem jej powiedzieć. Nie jestem moim dziadkiem   – mruknął. Przypatrywał się szyi czarownicy, ale pająki już się nie pojawiły.   – Sztylet prawdopodobnie wykuto specjalnie po to, aby mógł za- bić jakąś konkretną istotę. Przynajmniej kilka wieków temu i nie wiem, co to było. Zwykle broń tego typu ulega zniszczeniu po wypełnieniu zadania, więc albo był wyjątkowy, albo nigdy go w ten sposób nie użyto. Jak pani pewnie wie, można nasączyć go własną magią. Wykorzystać jako swego rodzaju przekaźnik. Może za- bić niemal każdą istotę i zapewne świetnie sprawdzi się podczas wielu rytuałów. To potężny przedmiot, obecnie rzadko się takie spotyka, choć jeśli wierzyć zapiskom, w przeszłości było ich więcej. Być może karmi się krwią i mocą, zyskując dodatkową siłę, bo magia w nim… Mikołaj urwał i wzruszył ramionami. Magia sztyletu była niezbyt przyjemna, potężna, trudna do określenia, jakby zmienna. Sara odchyliła głowę, przez chwilę za- patrzywszy się w sufit. Pająk spacerował po jej wargach i Kordecki wzdrygnął się mimowolnie. Czarownica chyba oczekiwała czegoś więcej, bo westchnęła z pewną rezygnacją, połykając przy tym strzęp ciemnej energii.   – Żadnych informacji o jego historii? Skąd go wy- trzasnęła? 15 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz   – Przykro mi. Wspomniała tylko, że weszła w jego posiadanie kilka miesięcy wcześniej.   – Świetnie   – mruknęła sarkastycznie Sokolska. Z kieszeni wyjęła zapalniczkę i wyciągnęła ją w je- go stronę. Dopiero po chwili zrozumiał, o co chodzi. Przedmiot emanował dość silną aurą, na którą nie od razu zwrócił uwagę, bo pozostawała częściowo zagłu- szona przez moc Sary. Mikołaj unikał skupiania się na magii kobiety, ale i tak mógł powiedzieć, że jest silniej- sza i jednocześnie bardziej niespokojna niż u większość czarownic.   – Co możesz powiedzieć o tym?   – Nigdy nie widziałem czegoś takiego   – przy- znał, tym razem szczerze zafascynowany, przeciągając palcami po znakach wyrysowanych na powierzchni zapalniczki.   – Nie może być bardzo stara, ale chyba tworzy własną magię. Nie przypomina niczego, o czym czytałem. Silna, bardzo jasna aura. Zgaduję, że wytwa- rza magiczny ogień i światło…   – Ameryka, Kolumbie   – oznajmiła Sara. Została zignorowana, podobnie jak fakt, że zaczęła zwracać się do niego na ty.   – …zapewne znacznie silniejsze niż w przypadku standardowej magii, ale to wciąż coś, co, jeśli się nie mylę, ma służyć nie do ataku, a oczyszczenia i ochrony. Skąd ją pani wzięła?   – Z szuflady   – odparła, odbierając mu zapalniczkę. Gwałtownie cofnął rękę, pełen obaw, że pająk, który zwinął się na jej palcach, postanowi przeskoczyć na jego dłonie. Zwalczył w sobie irracjonalną chęć wyrwania kobiecie przedmiotu. Coś przepełnionego tak dobrą 16 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz magią nie powinno znajdować się w rękach Sokolskiej. Wydawało się, że nawet zapalniczka nie zdołała jej ochronić. A może wręcz przeciwnie, już ją chroniła i dlatego obce elementy aury postrzegał jako pająki, nie coś nierozerwalnie połączonego z czarownicą? Na litość boską, kogo trzymał przy sobie ich władca?   – Coś jeszcze?   – Nie. To wszystko. Sara skrzywiła się nieznacznie, schowała zapalnicz- kę i ruszyła do wyjścia. Pierwsza Polanii   – zdaniem Mikołaja   – najwyraź- niej wplątała się w coś wyjątkowo paskudnego. *** Sara nigdy nie była typem naukowca. Brakowało jej systematyczności, cierpliwości, a także obeznania w au- torach i tytułach. Edukacja na uniwersytetach nie bez powodu była uważana za tak istotną. Chociaż chodziło przede wszystkim o to, aby niedoświadczeni magiczni nie zrobili nikomu krzywdy, dawała także podstawy teoretyczne, a teoria była czymś, czym Sokolska nigdy specjalnie się nie interesowała. Nazwiska znanych cza- rodziei, które wbijano do głów studentom Wydziałów Magicznych, Sarze nic nie mówiły. Nie wiedziała, któ- re księgi są wartościowe, a które to ładnie opakowane bzdury. Nie zbudowała podczas studiów sieci relacji i nie miała pojęcia, w czyich zbiorach mogą znajdować się odpowiednie pozycje. Istniały wprawdzie ułatwiają- 17 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz ce poszukiwania internetowe bazy danych, także te taj- ne, do których wprowadzono całkiem sporo informacji i do których jako nadworna czarownica miała dostęp. Ale też bazy te nigdy nie były pełne   – pomijając już to, że po prostu nie istniała możliwość przechowywania absolutnie wszystkiego, niektóre książki nie dawały się tą metodą kopiować i zdarzało się, że wrzucone na dysk dane wysadzały go w powietrze. A bywały i infor- macje, które obawiano się rozpowszechniać w ten spo- sób2. Co więcej, sama Sokolska bała się szukać w nich pewnych rzeczy, przekonana, że zostawi to łatwy do znalezienia ślad. Przez ostatnie miesiące z dość mizernymi rezulta- tami sukcesywnie przetrząsała archiwa, niegdyś zaklęte przez Kalinę, zamkową bibliotekę, a nawet zbiory Wy- działu Magicznego, gdzie wpuszczano ją niechętnie i gdzie sama niechętnie wchodziła, wiedząc, że później dokładnie sprawdzą książki, które czytała. Nauczyła się właściwie na pamięć listy nazwisk wszystkich specjali- stów od rytuałów w kraju, podobnie jak imienia każde- go silniejszego czarodzieja mieszkającego w Krakowie bądź okolicach. Prośbą, groźbą, przekupstwem i pod- stępem zdobyła część archiwalnych raportów Loży Cie- 2 (…) Najgłośniejszym przypadkiem tego typu była próba wprowadzenia do Internetu zachowanych fragmentów dzienników Howarda Deightona, jednego z najsłynniejszych angielskich czarodziei, który jakoby dożył w tajemniczy sposób aż trzystu lat. Okazało się, że Deighton zabezpieczył swoje prace magią nieznaną współczesnym czarodziejom. Komputery zaj- mującego się digitalizacją dzieł magicznych oddziału Fundacji Na Rzecz Magii Bez Barier oszalały, a systemy bezpieczeństwa zaczęły atakować pracowników. Sprawę usiłowano wyciszyć, jednak w następstwie poża- ru, śmierci kierownika oddziału i ran odniesionych przez osoby obecne w budynku, część informacji wyciekła. Zaogniło to debatę na temat magii i technologii oraz znalazło finał w sądzie (patrz: proces Leight przeciwko Leight). 18 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz nia. Sprawdziła listę wszystkich akcji jednostki specjal- nej z ostatnich paru lat. Spędziła miesiąc w Republice Federacyjnej Niemiec. Krótko mówiąc, szukała czego- kolwiek, co mogłoby dostarczyć jej informacji o Klausie, a przede wszystkim odpowiedzieć na dwa pytania: jak i przez kogo został przywołany z powrotem. Wszystko na próżno. Nie znalazła niemal niczego. Właściwie tyle, ile już wiedziała   – do przywołania po- trzeba było ofiary i dużej ilości mocy. Ustaliła, że praw- dopodobnie nocny król pojawił się w mieście mniej więcej w czasie, gdy zniknęła Kalina i Sara zastanawiała się, czy to nie on stał za jej odejściem. Być może pew- nej nocy Czerwona Iskra, sądząc, że jest bezpieczna w swoim mieście, nie odkryła zagrożenia w porę. Zgi- nęła osaczona gdzieś w mroku, zabita przez nocnego króla, tak jak omal nie skończyła sama Sara. Ocaliło ją przed tym przecież tylko to, że Klaus znał jej twarz   – że nie zaatakował kobiety, którą miał za swoją śmierć. I która faktycznie się nią stała. W końcu odwiedziła dom Kaliny. Budynek leżał pod Krakowem, a obłożono go taką liczbą zaklęć i ma- gicznych barier, że żaden z okolicznych mieszkańców zapytany, nie umiałby powiedzieć, o jaki dom chodzi. Istniała tylko garstka czarodziei zdolna do utkania tak potężnych osłon. Sara podejrzewała, że swego czasu właścicielka musiała poświęcić przynajmniej rok na przygotowanie odpowiednich czarów. Ona sama nie umiałaby stworzyć choćby połowy z nich. Nawet pod- trzymywanie wszystkich zaczynało z upływem czasu przekraczać jej możliwości   – słabły powoli, ale suk- 19 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz cesywnie i prawdopodobnie za kilka lat dom należą- cy niegdyś do Kaliny Czerwonej Iskry przestanie być bezpiecznym miejscem, do którego nikt się nie zbliży. Nie lubiła tutaj przychodzić: do uroczego, staroświeckie- go domku, umeblowanego głównie antykami, pełnego cennych obrazów i suszonych kwiatów, emanującego magią Kaliny i jakimś sposobem nawet po latach pach- nącego jej perfumami. Rękę właścicielki dało się wyczuć w każdym pomieszczeniu. Ilekroć Sara przekraczała próg, zawsze miała wrażenie, że za chwilę z któregoś z pokoi wyjdzie Kalina: w swoich eleganckich ubra- niach szytych wedle historycznych wzorców, z czer- wonymi włosami ułożonymi w wymyślną fryzurę. Od dnia, w którym czarodziejka zniknęła, Sara odwiedzała jej schronienie raz na jakiś czas, by upewnić się, że za- klęcia nie straciły swojej mocy. Sama nie była pewna, dlaczego to robi   – początkowo oczekiwała, że Kalina wróci, później weszło jej w nawyk. Raz przeszukała pomieszczenia, usiłując znaleźć jakieś wskazówki, które mogłyby wyjaśniać nagłe zniknięcie dawnej Pierwszej Czarodziejki Polanii, ale wyglądało na to, że Kalina nie szykowała się do żadnego wyjazdu, nie pozosta- wiła też zapisków, które mogłyby być pomocne. Sara zresztą w tych poszukiwaniach nie była zbyt uważna: tak naprawdę nie miała pewności, czy rzeczywiście chce wiedzieć, co spotkało czarodziejkę. Ostatecznie przej- rzała kilka książek, zabrała jedną, i pozwoliła, aby resztę rzeczy Kaliny powoli pokrywał kurz. Jednak w listopadzie Sara przemknęła przez dom ni- czym huragan, sprawdzając każdy kąt. Bo Kalina prze- 20 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz cież musiała coś wiedzieć. Po pierwsze, to ona zdobyła sztylet, który zakończył pierwsze życie Klausa i oddała go Sarze. Po drugie, była Pierwszą Polanii, znacznie lepiej sprawdzając się na tym stanowisku niż Sokolska. Sprytna, potężna Czerwona Iska miałaby nie zorien- tować się, że w mieście dzieje się coś tak paskudne- go? Tym razem Sara zwróciła uwagę na to, że Kalina ewidentnie była zainteresowana artefaktami. Sokolska podczas przeszukiwania dwukrotnie natknęła się na adres warszawskiego sklepiku Mikołaja, znalazła też nazwisko pewnego demonologa. Wcześniej obecność kilku opracowań o podejrzanej tematyce, których na pewno nikt o zdrowych zmysłach nie pokazałby stu- dentom, jakoś Sary nie dziwiła   – w końcu Kalina była Pierwszą, musiała sobie radzić z różnymi rodzajami magii. Teraz jednak przestudiowała je uważnie i po- czuła ukłucie niepokoju. Trzy z książek były bowiem bardzo stare, niemalże niemożliwe do zdobycia, i trak- towały o podobnej tematyce: demonów, starych bogów oraz wykorzystywaniu ich mocy. W niektórych miej- scach też, jak mogła stwierdzić Sara, zawierały poważne błędy. W odkrytym schowku („odkrywając” go Sara omal nie spaliła połowy pokoju i sama została lekko poparzona   – zaklęcia Kaliny wpuszczały ją do do- mu, ale najwyraźniej w tym miejscu czarodziejka już nie życzyła sobie jej obecności) odkryła jeszcze star- szą, bezcenną księgę. Napisaną po łacinie, relacjonu- jącą eksperymenty z próbami przedłużania życia. Sara spróbowała spalić ją w kominku razem z podejrzany- mi opracowaniami. One spłonęły, księga niestety nie. 21 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz Najpierw pofatygowała się osobiście do Warszawy do „Artefaktów”, później spróbowała odnaleźć demo- nologa   – jak się okazało, zmarł w tajemniczych okolicz- nościach, mniej więcej w tym okresie, gdy znikła Kalina. W głowie Sokolskiej powstało nieprzyjemne podej- rzenie, że dawna Pierwsza Polanii wplątała się w coś wyjątkowo paskudnego. 22 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz rozdział Pierwszy gośCie, gośCie Ze snu wyrwało ją walenie w drzwi i   – cóż za nie- spodzianka!   – podniesiony głos króla.   – Wstawaj, ty cholerna wiedźmo!   – Krzyki nie lico- wały z królewską godnością. Podobnie jak przekleństwa i osobiste dobijanie się do sypialni nadwornej czarowni- cy o nieprzyzwoicie wczesnej porze. Najwyraźniej tego ranka Julian Łukomski miał jednak królewską godność w głębokim poważaniu. Nie po raz pierwszy zresztą: ostatnimi czasy tego typu pobudki zdarzały się na tyle często, że w końcu Sara zaklęła drzwi tak, żeby przed dziewiątą rano nie przepuszczały nawet monarchy. Sądząc po natężeniu wrzasków, właśnie odkrył ten fakt i nie był z tego zadowolony.   – Co ty sobie myślisz?! Że możesz mi bronić do- kądś wchodzić w moim własnym zamku?! Wyłaź stam- tąd natychmiast. Nie śpij! Spać przy akompaniamencie takich wrzasków mógł- by chyba wyłącznie trup. Czarownica leżała po prostu na łóżku, kontemplując sufit i zastanawiając się, czy Ju- 23 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz lian mógłby przełamywać klątwy snu krzykami, zamiast w tradycyjny sposób, i jak wielką sensację wywołałaby sprawa o mobbing wytoczona przeciwko władcy Polanii.   – Sanika!   – Idę! Odrzucona kołdra spadła z łóżka, bose stopy dotknę- ły podłogi. Zimnej. Chłód wgryzał się głęboko w wa- welskie mury i zimą część mieszkalna miała ustawiczne kłopoty z ogrzewaniem. Palono w kominkach, wykorzy- stywano drobne czary, tu i ówdzie ukradkiem znoszono elektryczne grzejniki, nic nie mogło jednak do końca wypędzić ziąbu z kamiennego zamku. Szczęśliwie Sara lubiła zimno. I lubiła zimę. Tym, czego nie lubiła, były poranne pobudki. Spała mało, zazwyczaj nad ranem, i naprawdę drażniło ją, że wszystkie nieszczęścia zda- wały się spadać na Kraków i królewską głowę właśnie wtedy, kiedy ona pogrążała się we śnie. drzwi.   – Co znowu?   – burknęła, z rozmachem otwierając Julian Łukomski liczył sobie dwadzieścia sześć lat i mniej więcej na tyle wyglądał. Średniego wzrostu, z brązowymi włosami i ciemnymi oczyma, zazwyczaj nienagannie się prezentujący, mógłby uchodzić za przy- stojnego. Mógłby, gdyby ostatnimi czasy   – wiedziony trudną do pojęcia logiką   – nie zdecydował, że z brodą będzie wyglądał poważniej. Być może za dużo napatrzył się na wizerunki czcigodnych przodków. Porządna bro- da jednak nijak nie chciała mu rosnąć i w konsekwencji młody król przypominał raczej dzieciaka zapuszczające- go pierwszego wąsa niż poważnego monarchę. Obecnie 24 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz wyglądał w dodatku nieco nieporządnie: jakby wciągał na siebie ubrania w pośpiechu, nie troszcząc się o ich do- pasowanie i dopięcie wszystkich guzików. Rzeczywiście, działo się coś niedobrego. Nie przybiegł jednak w piżamie. To przynajmniej oznaczało, że koniec świata jeszcze się nie zbliżał.   – W moich komnatach jest duch   – poinformował, ledwo drzwi stanęły otworem.   – Duch? Jaki duch?   – spytała czarownica z niezro- zumieniem, tłumiąc ziewnięcie. Na królewskiej twarzy irytacja została zastąpiona ewidentną chęcią mordu.   – Półprzezroczysty   – wycedził Julian, bezceremo- nialnie łapiąc Sarę za ramiona i potrząsając nią. Kobieta syknęła zirytowana, król jednak, zupełnie się tym nie przejmując, rozpoczął proces ciągnięcia jej w stronę wła- snych komnat.   – Obudź się wreszcie! Coś wlazło mi do pokoju! Jęczy, straszy, obraża, unosi się w powietrzu, przedmiotami próbuje rzucać. Za bardzo mu nie wy- chodzi, ale się stara. Chodź i zrób coś z tym, do diabła!   – Zupełnie niemożliwe   – zaprotestowała, usiłując uwolnić ramię z uścisku.   – Wawel ma potężne osłony, żaden poltergeist się nie przeciśnie. Widma też tu nie wywołasz, a już twoja sypialnia…   – Świetnie! Zatem idź tam i wytłumacz temu polter- geistowi, widmu, czy co to jest, że nie ma prawa siedzieć w moim zamku, a już zwłaszcza w mojej sypialni.   – Irytacja pobrzmiewała w głosie króla, a palce zaciskały się na ramieniu czarownicy jak imadło. W końcu od tego miał nadworną czarownicę, by zajmowała się ta- kimi sprawami i nie planował jej odpuścić. Z siłą, jakiej 25 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz trudno byłoby się po nim spodziewać, wlekł ją koryta- rzem. Będę mieć siniaki   – oceniła Sara z niezadowole- niem, zaprzestając prób uwolnienia. W historię o duchu nie bardzo wierzyła: aura zamku pozostawała senna i spokojna, potęgując w niej samej chęć zwinięcia się na łóżku. Sięgnięcie ku osłonom spowijającym Wawel ciasną siecią wykazało niezbicie, że nikt ich nie naruszył. Żadni obcy nie przedarli się do środka, nikt wewnątrz nie stosował mrocznej magii, większość mieszkańców była pogrążona we śnie. Żeby zacząć mącić w królew- skiej sypialni, potrzeba by najmniej ze trzech czarodziei pierwszej klasy, a i tak wymagałoby to sporo czasu i wy- siłku. Nie przeszłoby też niezauważone. Julianowi mu- siało się coś przyśnić   – sny na Wawelu bywały wręcz zaskakująco realistyczne na skutek natężenia magii. Lub też poniosła go wyobraźnia… Ta myśl sprawiła, że w głowie Sary rozbrzmiały dzwonki alarmowe. Julian był bowiem, przynajmniej w jej własnej opinii, mężczyzną całkowicie pozbawio- nym wyobraźni. Może posiadał odrobinę fantazji, kiedy był jeszcze dzieckiem i chował się pod kołdrą, prze- rażony opowiedzianymi mu historiami   – co zresztą niezmiernie wtedy bawiło Sarę. Ta odrobina zniknęła jednak już dawno, mniej więcej w momencie, w którym zbyt wcześnie włożono mu koronę na głowę.   – Puść mnie, przecież muszę mieć wolne ręce, jeśli coś tam siedzi   – uświadomiła Juliana. Król uznał słusz- ność tego argumentu i zwolnił uścisk, choć wciąż przy- patrywał się czarownicy tak, jakby oczekiwał, że uwol- 26 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz niona natychmiast rzuci się do ucieczki.   – Możesz go opisać? Trochę dokładniej niż „półprzezroczysty”?   – Myślisz, że się mu przyglądałem?   – mruknął niechętnie Julian, zatrzymując się w pobliżu wejścia do własnej sypialni. Stał teraz przed nią jeden z członków ochrony zamku.   – Ubierałem się, kiedy usłyszałem wrzaski i zobaczyłem za sobą lewitującego mężczyznę. Było przez niego widać pokój. Mogłem kogoś po cie- bie posłać, ale nie bardzo miałem ochotę tam zostawać, więc pofatygowałem się osobiście. Strażnik pilnuje, czy duch nie postanowi sobie pospacerować. Saniko, nie życzę sobie nawiedzonego zamku. Nawiedzone zamki wyszły z mody dobre dwieście lat temu.   – Świetnie.   – Z opisu wyglądało to na poltergeista albo efekt jakiegoś złośliwego zaklęcia. Problem w tym, że na Wawelu takie rzeczy naprawdę nie miały prawa się dziać.   – Lepiej tu zostań. Przechodzeniu przez próg towarzyszyło mrowienie na powierzchni skóry, świadczące o tym, że zabezpie- czenia wciąż działały. Królewskie komnaty obłożono kilkoma potężnymi czarami, które nie tylko uniemoż- liwiały wkroczenie do nich niepowołanym, ale powin- ny też zatrzymać większość zaklęć. A już z pewnością wszelkie złośliwe poltergeisty. Nie czuła żadnej obcej magii. Była już nawet gotowa uznać, że Julian mimo wszystko cierpiał na jakieś przy- widzenia i może powinien porozmawiać ze specjalistą, gdy jednak w pewnym momencie zadarła głowę… Przy okazałym żyrandolu wisiał mężczyzna. Pół- przezroczysty, widać było przez niego odnawiany nie- 27 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz dawno sufit. Z lekka ogłupiała Sara przypatrywała się istocie: pan w średnim wieku, na oko koło pięćdziesiąt- ki, z posiwiałymi bokobrodami, w długiej, staroświec- kiej, eleganckiej kamizelce. Nie wyglądał na jednego z tych śmiesznych „duszków”, białych i bezkształtnych, które z zaświatami miały tyle wspólnego, co ona z ba- letem, a którymi magiczna brać czasem straszyła nielu- biane osoby. Nie przypominał też poltergeista, widma ani tym podobnych cholerstw. Właściwie wyglądał jak prawdziwy duch. *** Oto kilka faktów o Pierwszej Polanii. Miała jakieś trzydzieści cztery lata, choć ani na tyle nie wyglądała, ani nie zachowywała się jak przystało na poważną, dorosłą osobę. Ciemne włosy ścinała dość krótko, a te zwykle sterczały na wszystkie strony. Była blada, chuda i nosiła ubrania nieprzystające osobie o jej pozycji. Lubiła frytki, nie znosiła zapachu jabłek i czę- sto znikała, nikomu nie mówiąc, dokąd idzie. Szybko doprowadzała zazwyczaj spokojnego króla do szału i oprócz niego nie miała przyjaciół   – bo i nie nada- wała się na przyjaciółkę. Wszak była nadmiernie agre- sywna, nieco egoistyczna i mało przyjemna w obyciu. Przede wszystkim jednak była czarownicą. Magia pozostawała tym, co ją definiowało, nie narzędziem w ręku zaledwie, a częścią jestestwa. Posiadała dość mo- cy, aby pod względem talentu faktycznie zasługiwać na funkcję nadwornej czarownicy. 28 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz Tym bardziej więc Julian nie rozumiał, dlaczego za- miast po prostu pozbyć się ducha, szalała po bibliotece. W dodatku przejawiając przyprawiający wręcz o ból głowy brak szacunku do cennych ksiąg, gromadzonych przez całe pokolenia. Chwytała tom, przerzucała parę kartek, po czym rzucała książkę gdzie popadnie.   – Coś siedzi w mojej sypialni, a ty sobie czytasz?   – burknął, podnosząc jeden z woluminów.   – Wiesz, że ta książka ma prawie dwieście lat?   – Nie. Szukam czegoś, bo coś siedzi w twojej sy- pialni. Sara podsunęła sobie stołek, by dostać się do wyż- szych półek. Nie słynęła ani z cierpliwości, ani z opano- wania, i teraz była równie zirytowana jak Julian. Głów- nie dlatego, że nie miała pojęcia, co się dzieje. Co gorsza, nie potrafiła poradzić sobie z duchem grasującym po królewskich pokojach żadną ze znanych sobie metod. Nie pomogły zaklęcia, naprędce narysowany krąg ode- słania ani nawet próba zaatakowania ducha   – zakoń- czona zresztą uszkodzeniem sufitu.   – Dlaczego po prostu tego czegoś nie odeślesz?   – Bo to duch.   – No co ty nie powiesz. Wielkie dzięki za uświado- mienie, sam nigdy bym nie zauważył!   – wycedził Ju- lian, przysiadając na fotelu i obserwując Sarę buszującą pomiędzy regałami. Czarownica zeskoczyła ze stołka. Brwi miała zmarszczone, a usta zaciśnięte.   – Nie rozumiesz. Dusze umarłych nie wracają w ten sposób bez powodów. Nie same z siebie. W porządku, czasem, w bardzo określonych okolicznościach, zostaje 29 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz pewne echo i dochodzi do nawiedzeń, ale to też nie wygląda tak. Jakaś część… jestestwa danej osoby zostaje po tej stronie i nie rusza dalej. Poltergeisty z kolei to nie duchy. To emanacje magii i negatywnych uczuć. Coś takiego, jak siedzi u ciebie… trzeba przywołać. A to nie jest łatwe. Król nie był kompletnym laikiem w sprawach magii. Orientował się mniej więcej, jaka jest różnica między czarodziejką, a czarownicą. Wiedział co nieco o ograni- czeniach magii, magicznych zabezpieczeniach i drob- nych czarach użytkowych, pozwalających oszczędzić państwowemu budżetowi wydatków. Sporo wiedział o istotach magicznych, bowiem konflikt wokół ich praw toczył się od początków jego panowania. Głowę Juliana jednak zaprzątała przede wszystkim polityka zagraniczna, projekty ustaw i zapamiętywanie zasad postępowania podczas spotkania z japońskim cesarzem. O duchach wiedział tyle, ile opowiadano w bajkach.   – Raz jednego przywołałaś i przeszłaś z nim przez miasto   – powiedział władca powoli. W jego duszy za- kiełkowało paskudne podejrzenie.   – Mówili o tym póź- niej w telewizji, ktoś nawet wrzucił filmik do Internetu…   – Tak, nie mam nic lepszego do roboty, niż na- wiedzać twój pokój   – parsknęła, siadając na stołku, z którego przed chwilą zeskoczyła.   – Zresztą… Ja po- słałabym ci poltergeista. Nie umiem sama przywoływać duchów, które odeszły. Wtedy… miałam pomocnika. Skrzywiła się. Nie wspominała tego dobrze. Sary wcale nie ciągnęło do zabaw taką magią. Kontakt z du- szą księcia wyrwaną z niebytu, Wyraju bądź odmętów 30 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz piekieł   – naprawdę nie wiedziała   – nie należał do przyjemnych. Sama pomoc była jeszcze gorsza: aby uchylić zasłony pomiędzy światami musiała posunąć się aż do targów z demonem.   – Nie umiesz przywołać   – powtórzył Julian. Pierw- sze podejrzenie umarło śmiercią naturalną, za to pojawi- ło się drugie, znacznie paskudniejsze. Bo gdyby to Sara nasłała na niego rozzłoszczonego ducha, pozbyłaby się go w sekundę, a on mógłby wymyślić jakąś genialną zemstę. W innym wypadku jednak…   – Ale umiesz odesłać, prawda? Sara milczała. To było bardzo wymowne milczenie.   – Sanika? Żartujesz, prawda? Na pewno wiesz, jak pozbyć się tego tałatajstwa. Musisz wiedzieć! Jesteś Pierwszą Polanii. Ty zawsze wiesz takie rzeczy. Ba, wie- dzieć takie rzeczy to twój obowiązek!   – Julian mówił coraz szybciej i coraz bardziej nerwowo, w nie do końca pasujący do niego sposób. Oczyma wyobraźni już wi- dział przyszłe tygodnie przyzwyczajania się do nowe- go współlokatora. Wspólne wieczory. Urocze pobudki. Podwójne randki… W tym momencie wyobraźnia Juliana zawyła w pro- teście i wyemigrowała na Karaiby.   – Nie wiem, ale się dowiem   – obiecała, unosząc ręce w geście poddania. Zresztą nie to martwiło ją najbardziej. Istniały różne sposoby na radzenie sobie z demonami i innymi istotami pogranicza. Któryś musiał tutaj zadziałać, pozostawało jedynie sprawdzić, który.   – Nie patrz tak na mnie, muszę się upewnić, co 31 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz zadziała, a to i tak najmniejszy problem. Martwi mnie co innego. Skąd ta cholera się tu wzięła? Słyszałeś, co mówiłam o przywoływaniu?   – Cudownie. Mamy na zamku czarodzieja bawią- cego się w wywoływanie duchów w mojej sypialni?   – jęknął król, jakby zapadając się w sobie. Minę miał nie- wyraźną. Ostatnimi czasy coraz częściej przychodziło mu na myśl, że źródłem większości jego problemów jest magia. Katarzyna zginęła przez jakieś mroczne rytuały, z podobnego powodu jakiś czas temu Kraków ogarnął chaos, państwowe elity skakały sobie do gardeł w kwe- stii praw syren i rusałek. Sara cała była jednym wielkim problemem, a teraz jeszcze coś ewidentnie sprowadzo- nego magią zamieszkało mu w sypialni. Świat byłby piękniejszy, gdyby magia istniała tylko w bajkach. Niestety, bajki pozostawały tylko bajkami, a on musiał rządzić krajem, w którym kilkanaście pro- cent mieszkańców posiadało magiczne zdolności, ko- lejne kilka zaś podpadało pod kategorię istot magicz- nych   – i swoim istnieniem generowało debaty w rodzaju „czy skrzatom należą się prawa obywatelskie” albo „czy rusałkom należy się ochrona jako gatunkowi zagrożone- mu wyginięciem”. Nie wspominając o ostatniej bolączce króla, czyli o Ruchu Obrony Topielic, którego członko- wie udowadniali, że to, że topielice czasem kogoś utopią, nie jest dostatecznym powodem do eksterminacji całego gatunku. Jest ich w końcu niewiele, zasługują na ochronę, a dzikie zwierzęta przecież też zabijają ludzi i nikt nie chce wystrzelać wszystkich… 32 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz   – O to chodzi. Osłony zamku nie zostały naruszo- ne   – mruknęła niechętnie czarownica, sięgając dłonią po jedną z książek i przerzucając strony. Chłam, chłam i chłam. Poltergeisty. Przypadki nawiedzeń. Chłam.   – Nie czuję nic niewłaściwego. Jeśli ktoś to przywołał… to ktoś, kto tu mieszka albo pracuje. Ktoś, kto prawdopodobnie przynajmniej pod nie- którymi względami jest silniejszy ode mnie   – dokoń- czyła w myślach, ale takie słowa nie przeszłyby jej łatwo przez gardło. Chociaż istniała też druga możliwość: ten ktoś miał pomoc jak ona. Tyle że…   – W dodatku ten duch nie może być niebezpieczny. Inaczej aura już by szalała   – dokończyła.   – Cudownie, więc to żaden problem. Niech zjawa panoszy mi się po pokoju i wrzeszczy. Skoro nie urwie mi głowy, to wszystko w porządku!   – Cieszę się, że tak do tego podchodzisz!   – Cza- rownica cisnęła trzymaną książką o podłogę z taką siłą, że wiekowy grzbiet uległ uszkodzeniu. Wściekała się często, nie zawsze mając ku temu konkretne podstawy. Najczęściej zaś przy Julianie.   – Może więc po prostu wrócę spać?!   – Nie płacę ci za spanie. Zrób coś z tym duchem! Z tym, który go przywołał, też   – zażądał Julian. Pod- niósł się z miejsca i zaczął nerwowo krążyć po po- mieszczeniu, prześladowany chęcią uduszenia swojej nadwornej czarownicy. Nie wydawał się szczególnie przejęty jej krzykami: przywykł do humorów Sokol- skiej i zazwyczaj nie robiły na nim wrażenia.   – Ktoś, kto tu pracuje? Paweł albo Adam? 33 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz Gniew Sary opadł. Ochłonęła równie szybko, jak wcześniej się wściekła. Paweł albo Adam. Tego pierw- szego byłaby w stanie podejrzewać o różne rzeczy, ale nie miał dość mocy i odwagi na takie wybryki. Ten dru- gi pozostawał jednak zagadką. Młodzieniaszek nasłany prawdopodobnie przez Lidię. Mógł „podrzucić” ducha do komnat króla, w kolejnej próbie dyskredytacji Pierw- szej. Mógł też posiadać wystarczające siły   – Sokolska nie zdołała jeszcze w pełni wybadać jego możliwości.   – Wątpię, żeby Paweł. Może Adam. Byłoby najle- piej. Zajmę się tym… Nie musiałaby szukać jakiegoś zakamuflowanego czarnoksiężnika, który jakimś cudem dołączył do pra- cowników lub mieszkańców Wawelu. W dodatku utarła- by Lidii ten śliczny nosek, gdyby jej poplecznik z hukiem wyleciał z zamku.   – To co mam teraz zrobić? Sara wzruszyła ramionami.   – Przenieść się chwilowo do innej komnaty? *** Jednostka specjalna, zajmująca się usuwaniem para- normalnych zagrożeń z Krakowa i okolic, rzadko była wzywana do miejsc przyjemnych. Dość często wysy- łano ich na cmentarze. Czasem do okolicznych lasów. Zdarzało się, że musieli odwiedzać piwnice lub rudery, z rzadka też stare kamieniczki, najczęściej w pobliżu 34 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz Rynku, jakby centrum miasta automatycznie przycią- gało problemy. Jednak do urzędu miejskiego w Krakowie Wolfiego oddelegowano po raz pierwszy. Urząd był okazałą budowlą zwieńczoną ozdobną at- tyką. Posadzono przed nim parę drzew, urządzono klomb. W przeszłości gmach kilka raz przechodził z rąk do rąk, stając się własnością kolejnych szlacheckich rodów   – do dziś od jednego z nich chętnie zwano budynek Pałacem Wielopolskich.   – No to sprawdźmy, co się tu urzędnikom pano- szy   – westchnął Wolfi, spoglądając na swoją grupę, dziś występującą w nieco innym składzie niż zazwyczaj. Ni- ski, ciemnooki Jacek, który potrafił przewidzieć przy- szłość (niestety, najwyżej trzy minuty do przodu, ale to już nie raz uratowało im tyłki). Mag Marek, zdolny ma- nipulować ogniem. I Pszczoła, czarownica o twarzy po- krytej bliznami. Akurat na Pszczołę Wolfi uparcie nie patrzył. Wcale nie ze względu na blizny   – gdy ostatni raz współpracowali, popisowo zwaliła akcję, doprowa- dzając przez to do śmierci członka zespołu, i Wolfi do tej pory nie mógł jej wybaczyć. Dziwił się, że w ogóle została w pracy. Nie zgadzał się też trzymać Pszczo- ły w swoim oddziale, choć czarownica mogłaby być w wielu wypadkach przydatna. Tego wieczora musiał zrobić wyjątek.   – A jak coś tam siedzi, to niby jak to wyczujesz, hę?   – burknął Stas, od niedawna zarządzający jed- nostką specjalną.   – Potrzebujesz czarownicy albo cza- rodzieja. Marylka ma urlop, Gonzo jest zajęty, Maciek 35 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz wczoraj oberwał. Na jakieś straszne walki się nie zanosi, a do rozeznania młoda się nadaje. Słońce już dawno zaszło, a z nieba sypał śnieg. Od- wiedzili urząd po zakończeniu godzin pracy, żeby za wiele osób nie pałętało się im pod nogami. Magia, kur- wa, w urzędzie miasta. Jak to brzmiało…   – Proszę, proszę…   – Do środka wpuścił ich męż- czyzna o rozbieganym spojrzeniu. Raz po raz rozcierał ręce i często zerkał na boki, jakby oczekiwał, że coś zaraz na niego wyskoczy z kąta. Jeśli Wolfi wcześniej by sądził, że ktoś tu się wygłupia, teraz musiałby uznać, że jednak coś było na rzeczy.   – Konrad Mikołajczyk. Pan Wilczyński? Muszę zobaczyć… Wolfi westchnął, wyciągając legitymację. Urzędnik sięgnął po nią, upuścił, podniósł, obejrzał i szybko we- pchnął ją Wolfiemu z powrotem. Wyglądał, jakby w każ- dej chwili mógł zejść na zawał.   – Najwięcej… incydentów na drugim piętrze…   – Niechże pan się uspokoi   – mruknął Wolfi, sta- rannie skrywając irytację.   – Do tej pory nie było ofiar, jak rozumiem? Problemy zaczęły się przed dwoma ty- godniami. Pracownicy, przede wszystkim po zmroku, widują jakąś czarną istotę. Czy może pan powiedzieć coś więcej? Mikołajczyk nie wydawał się zachwycony pytaniem. Po prawdzie, chyba marzył o tym, żeby jak najszybciej stąd uciec. W teorii jednostce specjalna przybyła tu, że- by pomóc, ale niektórzy obywatele nie mieli o niej naj- lepszej opinii. Wolfi był absolutnie pewien, że to przez nadawany od dwóch lat serial, „Magią i mieczem”   – 36 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz jej pracowników uparcie przedstawiano tam jako idio- tów, drani albo niebezpiecznych szaleńców, którzy albo utrudniają bohaterom działanie swoim przywiązaniem do procedur, albo sami są czarnymi charakterami. Sze- fostwo powinno w końcu pozwać producentów o znie- sławienie.   – To takie… poczucie obecności   – wymamrotał w końcu Mikołajczyk.   – Kroki za plecami. Czasem słychać płacz. W szybach widać odbicie kogoś, kogo nie ma. Parę osób widziało… kobietę. Dwóch pracow- ników złożyło już wypowiedzenie, pani Jadzia tydzień temu dostała ataku serca. Mówiła coś o krwi, chociaż podłoga była czysta. Zawsze krążyły jakieś opowieści, ludzie plotkowali, czasem coś się zobaczyło, ale teraz przydarza się to ciągle. Wszystkim. Jeśli to nie ustanie, trzeba będzie przenieść urząd… Urzędnik przesunął wzrokiem po podwładnych Wol- fiego. Pszczoła zdjęła wprawdzie płaszcz, ale wciąż nie pozbyła się szalika, przysłaniającego część twarzy. Nawet w ten sposób nie zdołała jednak zakryć całej blizny i Mikołajczyk przez chwilę przypatrywał się czarownicy, która szybko odwróciła głowę. Na szponach strzygi było jakieś paskudztwo. Rany długo nie chciały się goić, mimo zastosowania zaklęć leczniczych.   – Kojarzysz coś?   – spytał Wolfi, odwracając się ku niej, nieprzejęty tym, że najwidoczniej poczuła się urażona.   – Nie pasuje do większości stworzeń, może to jakiś czar? Znał różne magiczne kreatury, zwłaszcza te, którym zdarzało się siać zamęt w miastach. Opis ewidentnie 37 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz jednak do żadnej nie pasował. Specjalistką od czarów była w ich grupie Pszczoła, choć i jej brakowało wiele do naprawdę wyedukowanych czarodziejów. Najpotęż- niejsi magiczni rzadko mieli ochotę nadstawiać karku w jednostce. Płaca może i była niezła, jednak spokoj- nie mogli zarobić tyle samo bądź więcej nie ryzykując przesadnie życia.   – To może być… rodzaj klątwy   – przyznała ostroż- nie kobieta, wciąż zapatrzona w ścianę.   – Albo przy- wołanie jakiejś pomniejszej, demonicznej istoty. Gdyby była silniejsza, ktoś już by zginął.   – Czyli istnieje szansa, że nic nas nie zeżre   – pod- sumował Jacek z krzywym uśmieszkiem, mającym nie- wiele wspólnego z prawdziwą wesołością.   – Budynek jest pusty, mam nadzieję. Sprawa nie wyglądała szczególnie poważnie. Nikt nie zginął, mienie nie uległo zniszczeniu. W urzędzie normalnie pracowano. Nie schodzili do jakiejś mrocz- nej piwnicy, w której ktoś regularnie rozrywa ludzi na strzępy. Mieli przede wszystkim ustalić, co się tu kręci. Mimo to lepiej, żeby żadni cywile nie pałętali się im pod nogami. Raz już ciągano ich po sądach, bo ktoś znalazł się tam, gdzie nie powinno go być.   – Czujesz coś?   – wymruczał później Wolfi, gdy badali korytarze i kolejne pomieszczenia, do których wstępu im udzielono. Tłumaczenie, że powinni móc wejść wszędzie, jeśli mają sprawdzić budynek porządnie, nie pomogło. Niektóre sale pozostały dla nich zamknięte. Pszczoła pokręciła głową.   – Nic. 38 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz Wolfi zmarszczył brwi, odruchowo sięgnął dłonią do rękojeści miecza. Wartego majątek, posrebrzanego, zaklętego, wyświęconego i cholera wie, co jeszcze, ale często sprawdzającego się w walce z nadnaturalnym cholerstwem lepiej niż broń palna. Tylu ludzi nie mo- gło mieć przecież zbiorowych omamów. Albo tu się coś zalęgło, albo działała jakaś magia   – a choć Pszczoła nie władała dużą mocą, to zazwyczaj bez problemu wyczuwała, że coś jest nie tak. Wolfiemu wcale się nie podobało, że niechciani lokatorzy urzędu pozostają niewidzialni dla szóstego zmysłu czarownicy.   – Jacek?   – Nic. Nie rozpraszaj mnie.   – Jacek szedł tuż za nim, nie zwracając dużej uwagi na otoczenie. Starał się skupić na przewidzeniu najbliższej przyszłości, na wypadek gdyby coś miało zaraz wyskoczyć na nich zza jakiegoś rogu.   – Em? Chłopaki? Dwóch „chłopaków”   – i jedna dziewczyna   – od- wróciło się jak jeden mąż. Tyły obstawiał Marek, po którego palcach przeskakiwały iskry. W każdej chwili był gotów wezwać ogień do obrony. Nie patrzył na nich, a za siebie, w korytarz.   – Kurwa, mówiłem, że budynek ma być pusty!   – wściekł się Wolfi, gdy wreszcie dotarło do niego, co zwróciło uwagę Marka. Młoda kobieta, ciemnowłosa, otulona ciemnym płaszczem, stała pod ścianą, przypa- trując się im. Jacek i Pszczoła nie sygnalizowali niebez- pieczeństwa, więc raczej nie był to żaden demon czy szalona czarodziejka. Przynajmniej taką Wolfi miał nadzieję. Jednak na wszelki wypadek powoli wydobył 39 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz uważnie, po czym zapukał. Najwidoczniej to było coś nowego i dla niej.   – Pszczoła? Oszpecona twarz czarownicy wyrażała konsternację.   – Nie wiem. Nie czuję zaklęć. Marek powoli zbliżył się do ściany. Przyjrzał się jej   – Cholera, czekasz, czy ktoś odpowie „proszę”?   – wyburczał Jacek. Był spięty, ale nie przesadnie. Talent zawodził go rzadko i ufał, że zostanie ostrzeżony przed ewentualnym niebezpieczeństwem.   – Czyli co? Włóczy się tu jakiś czarodziej? miecz z pochwy.   – Co się tak gapisz, paniusiu? Mów, kim jesteś i wypierdalaj! Dziewczyna skinęła lekko głową, jakby chciała po- twierdzić, że odejdzie, skoro on tego sobie życzy. Potem przeniknęła przez ścianę, obok której stała. Wolfi z tępą miną przez chwilę obserwował miejsce, gdzie zniknęła. Nie przeraził się, bowiem widywał już różne dziwne rzeczy, ale to było coś nowego.   – Który przełazi przez ściany i którego widują w od- biciach, a tak poza tym to przeoczają? Pszczoła, jest jakiś czar, który pozwala robić takie cuda?   – Chyba… chyba nie   – wymamrotała niepewnie kobieta. Była czarownicą, nie czarodziejką, stąd znała niewiele tradycyjnych zaklęć.   – No i nic nie czuję. Jest jeden taki, co potrafi wędrować poza ciałem, ale to ja- kieś wielkie halo, szycha, niezwykła magia, no i skoro ktoś tu bredził o krwi…   – Zajebiście. Czyli co? Mamy ducha?   – podsumo- wał zrezygnowany Wolfi. 40 Wiedźma Jego Królewskiej Mości | Magdalena Kubasiewicz Wiedźma Jego Królewskiej Mości Copyright © Magdalena Kubasiewicz Copyright © Wydawnictwo Genius Creations Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak Copyright © for the cover art by Bernadeta Leśniowska-Gustyn Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.  Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2017 r. druk ISBN 978-83-7995-114-7 epub ISBN 978-83-7995-115-4 mobi ISBN 978-83-7995-116-1 Redakcja: Dawid Wiktorski Korekta: Katarzyna Dug Ilustracja na okładce: Bernadeta Leśniowska-Gustyn Projekt okładki: Paweł Dobkowski Konwersja ebooka: Marcin A. Dobkowski | www.proAutor.pl Redaktor naczelny: Marcin A. Dobkowski    Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.  MORGANA Katarzyna Wolszczak ul. Kormoranów 126/31 85-453 Bydgoszcz sekretariat@geniuscreations.pl www.geniuscreations.pl Książka najtaniej dostępna w księgarniach: www.MadBooks.pl www.eBook.MadBooks.pl Spalić wiedźmę Magdalena Kubasiewicz Sara Weronika Sokolska, zwana Sani- ką, w niczym nie przypomina nadwornej czarodziejki. Młoda, żywiołowa i dzika jak magia, którą włada, stanowi jedną z naj- większych tajemnic królewskiego dworu. Nie wiadomo, gdzie uczyła się magii i kto był jej mistrzem, ani nawet skąd przybyła do Krakowa. Plotki mówią, że jest najbliższą przyjaciółką i powiernicą króla Julina, a mo- że nawet kimś więcej. Media donoszą o jej spektakularnych wyczynach: polowaniach na biesy, inkuby i strzygi, o pojedynkach z członkami Loży Czarodziejów. Wydaje się, że Sanika jest najpotężniejszą czarownicą w Polanii i tylko szaleniec mógłby rzucić jej wyzwanie. A jednak nawet moce wiedźmy mogą okazać się niewystarczające w starciu z przeciwnikiem, który pragnie znisz- czenia Krakowa. Wrogiem, za którym stoi pradawna i niezwykle potężna magia… „Magdalenie Kubasiewicz udało się zgrabnie wpisać motywy z kra- kowskich legend w nowoczesność, a baśniową symbolikę połączyć z wartką akcją. Smok wawelski, czarnoksiężnik Twardowski, diabeł z Krzysztoforów zyskują nowe oblicze, ale to pyskata Sara skradła moje serce.” - Agnieszka Hałas, autorka cyklu „Teatr węży” PIERWSZY TOM PRZYGÓD SANIKI Idź i czekaj mrozów Marta Krajewska W świecie, gdzie puszczą włada leszy, w jeziorze żyją topielce, a nocami wśród chat przemykają zmory i strzygonie, mło- dziutka Venda musi stanąć na straży bez- pieczeństwa mieszkańców Wilczej Doliny. Przyjdzie jej mierzyć się nie tylko z bogami czy stworzeniami nocy, ale znacznie groź- niejszymi przeciwnikami: samotnością, strachem i zwątpieniem. Na oczach Vendy wypełnia się starożyt- ne proroctwo. Do Wilczej Doliny powraca DaWern – ostatni z Wilkarów. Zemsta Pana Lasów za rzeź jego dzieci wydaje się nieunikniona. Czy zakazana miłość stanie na drodze przeznaczeniu, czy też pozwoli wypełnić przera- żającą przepowiednię? Jak potoczą się losy zakochanego w zielarce syna karczmarza, pięknej minstrelki Stalki, towarzyszącego jej wojownika i innych mieszkańców wioski, z których każdy skrywa swoje tajemnice? „Stare opowieści krążą między nami, a my żyjemy między nimi. Podąża- łem znajomymi tropami, gubiłem się w nich i dawałem oplatać pełnej grozy magii, w którą schwytała mnie autorka.” - Paweł Majka, autor „Pokoju światów” i „Wojen Przestrzenii”, dwukrotny zdobywca Literackiej Na- grody im. Żuławskiego PIERWSZY TOM OPOWIEŚCI Z WILCZEJ DOLINY Zaszyj oczy wilkom Marta Krajewska Podczas każdej pełni księżyca mieszkań- cy Wilczej Doliny ryglują drzwi w chatach i siedzą w ciszy, nasłuchując z niepokojem wycia wilkołaka. Pochłonięta własnymi kło- potami Venda nie potrafi w pełni poświęcić się obowiązkom Opiekunki. Nikt nie wie, jak wygórowaną cenę zapłaciła dziewczy- na za pomoc otrzymaną od Pana Lasu i jak długo jeszcze będzie jego dłużniczką. Atra, niepomna ostrzeżeń, pragnie nie tylko odzyskać to, co utraciła, ale również ze- mścić się. W trakcie swoich poszukiwań od- krywa, że być może ostatni z wilkarów będzie w stanie jej pomóc. Czy jednak jej starania nie doprowadzą do jeszcze większych nieszczęść? Więź łącząca Vendę i DaWerna nie może zostać zerwana bez straszliwych konsekwencji. W świętym gaju bogowie milczą, a Venda czuje się opuszczona i bezsilna. Nad Wilczą Doliną zapada zmrok… „Nikt, tak jak Marta Krajewska, nie potrafi przedstawiać słowiańskiej fantasy poprzez lokalność z jej barwnymi obrzędami i rytuałami. „Zaszyj oczy wilkom” nie jest kolejną epicką opowieścią o zbiorowisku herosów albo jeszcze jedną wariacją na temat „Gry o Tron”. To oryginalna, swojska a przy tym tajemnicza fantasy.” - Paweł Majka, autor „Pokoju światów” i „Wojen Przestrzenii”, dwukrotny zdobywca Literackiej Nagrody im. Żuławskiego DRUGI TOM OPOWIEŚCI Z WILCZEJ DOLINY Noc między Tam i Tu Marta Krajewska Oto wzruszająca historia siedmiolet- niego Bratmiła. Pewnej letniej nocy sa- motnie wyrusza na poszukiwanie swojej siostrzyczki, małej Paprotki. W lesie spo- tka istoty ze słowiańskich baśni i legend, które pomogą mu odnaleźć nie tylko ją, ale prze
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wiedźma Jego Królewskiej Mości
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: