Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00656 011475 17842128 na godz. na dobę w sumie
Wielka brama - ebook/pdf
Wielka brama - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 106
Wydawca: Literatura Net Pl Język publikacji: polski
ISBN: Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
'Wielka brama' poświęcona jest miastu Gdynia, które zauroczyło wielu artystów, w tym pisarzy. Piętnastoletni chłopiec Piotr, główny bohater książki, sierota z Warszawy, wyrusza na poszukiwanie pracy do nowo powstałego miasta Gdynia. Poznaje tam wielu tajemniczych ludzi i staje przed problemami, których nigdy dotąd nie doświadczył. Po jakimś czasie wyrusza w swój pierwszy morski rejs.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Aby rozpocz(cid:261)ć lektur(cid:266), kliknij na taki przycisk , który da ci pełny dost(cid:266)p do spisu tre(cid:286)ci ksi(cid:261)(cid:298)ki. Je(cid:286)li chcesz poł(cid:261)czyć si(cid:266) z Portem Wydawniczym LITERATURA.NET.PL kliknij na logo poni(cid:298)ej. 1 KORNEL MAKUSZY(cid:275)SKI Wielka Brama WYDAWNICTWO TOWER PRESS GDA(cid:275)SK 2001 2 I Najsłodsz(cid:261) woni(cid:261) pachn(cid:261) w czerwcu akacje i wakacje. Wo(cid:276) akacji upaja pracowite pszczoły, rozkoszna wo(cid:276) wakacji w gor(cid:261)czkowe podniecenie wprawia młodych ludzi, których z niejak(cid:261) trudno(cid:286)ci(cid:261) mo(cid:298)na by przyrównać do pszczół obł(cid:261)kanie pracowitych. Zdarzy si(cid:266) w(cid:286)ród nich niejeden trute(cid:276), niezmiernie łapczywy na miód, a ci(cid:266)(cid:298)kim, rozdzieraj(cid:261)cym westchnieniem wzdychaj(cid:261)cy na widok pracy. Piotr Korecki był złot(cid:261) pszczoł(cid:261) w rozszumiałym, tysi(cid:261)cem głosów brz(cid:266)cz(cid:261)cym szkolnym ulu. Pracował z t(cid:261) słoneczn(cid:261) rado(cid:286)ci(cid:261), która lata nad kwiecistym zagonem, niezmordowanie czynnaś rado(cid:286)ć ta jest szcz(cid:266)(cid:286)liwa, poniewa(cid:298) (cid:286)wiat jest pi(cid:266)kny, pokropiony wod(cid:261) rosy, zrumieniony rumie(cid:276)cem wschodów, szyty złotymi nićmi zachodów, wyprany z kurzów, pyłów i dymów w g(cid:266)stym d(cid:298)d(cid:298)u burzy, napełniony gor(cid:261)co(cid:286)ci(cid:261) sło(cid:276)ca, a po dniu barwnym i (cid:286)wietnym płyn(cid:261)cy po wielkim, czarnym morzu ciszy, wpatrzonej sennym okiem w gwiazdy. Piotr patrzył na (cid:286)wiat oczarowanymi oczami młodo(cid:286)ci i wszystko wydało mu si(cid:266) pi(cid:266)kne i takie czyste jak jego spojrzenie. Stał na samym brzegu (cid:298)ycia i niezbyt daleko si(cid:266)gał spojrzeniem. Nie wiedział jeszcze, co si(cid:266) dzieje tam daleko, za widnokr(cid:266)giem, gdzie sło(cid:276)ce zapada w złotokrwawej łunieś tu, przed jego oczami, (cid:298)ycie barwiło si(cid:266) jak ł(cid:261)ka o wczesnej wio(cid:286)nie, kiedy ponad ni(cid:261) (cid:286)piewaj(cid:261) beztrosko szare grudkiŚ skowronki. Miał dopiero pi(cid:266)tna(cid:286)cie lat. Jego całym (cid:286)wiatem była szkoła, pełna radosnych głosów, taka wła(cid:286)nie ł(cid:261)ka spryskana kolorami. (cid:285)wiatek ten był malutki, a jednak tak wielki, (cid:298)e w nim, jak w pa(cid:276)stwie hiszpa(cid:276)skiego króla, nigdy nie zachodziło sło(cid:276)ce. St(cid:261)d, z tego zak(cid:261)tka, wypływały, jak rzeki, wszystkie drogi na cał(cid:261) ziemi(cid:266)Ś trzeba było jedynie znać trudn(cid:261), tajemnicz(cid:261) sztuk(cid:266) wielkich podró(cid:298)y. Na bł(cid:266)kitnym znaczku pocztowym, który przemy(cid:286)lnym sposobem Piotr wycyganił za dwa pióra i jedn(cid:261) bułk(cid:266) od Tadzia Koniewicza, wymalowany był okr(cid:266)t. Zaprawny w srogich przedsi(cid:266)wzi(cid:266)ciach podró(cid:298)nik z czwartej czy pi(cid:261)tej klasy brał w posiadanie fregat(cid:266), wywieszał na niej swoj(cid:261) własn(cid:261) bander(cid:266), werbował załog(cid:266) z najwi(cid:266)kszych zabijaków i wypływał ze szkolnej przystani na Morze Przygody, na Ocean Marzenia, na Wyspy Szcz(cid:266)(cid:286)liwe. Jaki(cid:298) król podró(cid:298)ował wspanialej, jaki(cid:298) Vasco da żama zapłyn(cid:261)ł dalej? To nic, (cid:298)e na południowych wodach płomie(cid:276) buntu ogarn(cid:261)ł fregat(cid:266)... Oczywi(cid:286)cie, (cid:298)e nikt inny, tylko jednonogi, fałszywie układny John Silver bunt ten rozkrwawił. Na Wyspie Skarbów uczynił przecie to samo... K(cid:266)dzierzawy żenek znał na wylot Johna Silvera i kazał go rzucić w morze pełne rekinów. Piotru(cid:286) Korecki podró(cid:298)ował po wszystkich wodach (cid:286)wiata, po bł(cid:266)kitnych i szmaragdowych, po wiecznie spienionych i leniwie (cid:286)pi(cid:261)cych, ci(cid:266)(cid:298)kich jak oliwa, po bruzdach wodnych o stalowym złym połysku i po falach ogromnych, pod chmury wzd(cid:266)tych pych(cid:261), rycz(cid:261)cych jak lwy i dlatego jeszcze do lwów podobnych, (cid:298)e zmierzwione na łbach miały grzywy. Źotarł do dalekich ziem, które od pocz(cid:261)tku (cid:286)wiata morze brało sztormem jak niezdobyte twierdześ był na atolach koralowych, strojnych w czuby palmś na czarnych l(cid:261)dach bł(cid:261)kał si(cid:266) (cid:286)miertelnymi (cid:286)cie(cid:298)kami Livingstona i Stanleya w zatrutym oddechu puszczy, w ci(cid:266)(cid:298)kich, dławi(cid:261)cych oparach bagnisk. Przew(cid:266)drował (cid:286)wiat i coraz to nowe czynił wyprawy w porze najbardziej sposobnejŚ w łaskawym, znu(cid:298)onym zmierzchu wieczora. Uko(cid:276)czywszy lekcje, pracowicie i sumiennie, (cid:298)egnał si(cid:266) serdecznym spojrzeniem z senn(cid:261) ziemi(cid:261) i wkraczał radosnym krokiem na jacht, co w jego przystani kołysał si(cid:266) zawsze gotowy do podró(cid:298)y. Na zniszczonym szkolnym atlasie, w którym szumiały grzmi(cid:261)cym szumem wszystkie morza, wykre(cid:286)lał drog(cid:266) dalek(cid:261), jak najdalsz(cid:261). Wczoraj był na Wyspach Salomona, dzisiaj odwiedzi perliste wody, na których srebrz(cid:261) si(cid:266) w ksi(cid:266)(cid:298)ycowej po(cid:286)wiacie Paumoty. Nie mo(cid:298)e zabawić tam długo, gdy(cid:298) jutro musi być w szkole, w dalekiej Warszawie. Jeszcze zreszt(cid:261) nie czas na 3 wyprawy dalekie, na sine i we mgłach ton(cid:261)ce kra(cid:276)ce (cid:286)wiataś dopiero za tydzie(cid:276), kiedy wielki krzyk ogłosi wakacje, rozpocznie si(cid:266) podró(cid:298) dokoła ziemi. Nie mo(cid:298)na ze zbyt ci(cid:266)(cid:298)kim ładunkiem podró(cid:298)ować na malutkim okr(cid:266)ciku z pocztowego znaczka, a ksi(cid:261)(cid:298)ki szkolne nale(cid:298)(cid:261) do ładunków najci(cid:266)(cid:298)szych. Piotru(cid:286) rad czynił te wyprawy w marzenie, z malutkiego mieszkania przy ulicy Źobrej. Ojca nie pami(cid:266)tał, a matka umarła przed sze(cid:286)ciu laty. Miała takie jasne oczy jak i on, tylko nie tak radosne. Oczy te patrzyły w niego niespokojnym spojrzeniem. Był zawsze chłopcem wesołym, burzliwym i (cid:298)ywym jak iskra, ile razy jednak matka przytulała go do siebie gwałtownym ruchem i długo, długo patrzyła w jego twarz, jakby j(cid:261) sobie chciała zapami(cid:266)tać, tyle razy czuł, (cid:298)e wesoło(cid:286)ć w nim ga(cid:286)nie i jaki(cid:286) niezrozumiały smutek pada na niego jak cie(cid:276) czarny i zimny. Powtarzało si(cid:266) to coraz cz(cid:266)(cid:286)ciej, coraz cz(cid:266)(cid:286)ciej. Patrzył na matk(cid:266) rozumnie i widział, (cid:298)e jest bardzo blada, a jej oczy, wielkie i jasne oczy, trac(cid:261) blask jak bł(cid:266)kitne niebo, co szarzeje przed wieczorem. Razu jednego matka powiedziała dziwnieŚ – Piotrusiu, nie patrz tak we mnie... I przymkn(cid:266)ła oczy. Kochał j(cid:261) tak gor(cid:261)co, (cid:298)e ka(cid:298)de jej słowo było dla niego (cid:286)wi(cid:266)te. Ju(cid:298) nie patrzył, lecz my(cid:286)lał w dziecinnym sercuŚ – Czemu oczy mojej matki gasn(cid:261)? My(cid:286)lał o tym i w szkole, i wsz(cid:266)dzie, i zawsze. My(cid:286)lał o tym, kiedy jej nie było w domu, a nie było jej cz(cid:266)sto, gdy(cid:298) uczyła na mie(cid:286)cie angielskiego j(cid:266)zyka, a on te(cid:298) był jej uczniem. Wpadała na krótk(cid:261) chwil(cid:266), siadała ci(cid:266)(cid:298)ko dysz(cid:261)c i odpoczywała z zamkni(cid:266)tymi oczami. Piotru(cid:286) siedział wtedy cichutko, bez ruchu i nie (cid:286)miał odetchn(cid:261)ć. Wiedział, (cid:298)e matka zaraz otworzy oczy, swoje jasne oczy i spojrzy na niego tak cudownie i tak tkliwie, (cid:298)e w dzie(cid:276) najbardziej pochmurny za(cid:286)wieci sło(cid:276)ce. Wtedy obejmował jej szyj(cid:266) i całował jej oczy. Jednego dnia jednak stało si(cid:266) co(cid:286), co si(cid:266) dot(cid:261)d nie stało nigdy jeszcze. Przyszła tak bardzo zm(cid:266)czona, (cid:298)e wchodz(cid:261)c oparła si(cid:266) o drzwiś potem ci(cid:266)(cid:298)ko usiadła i powiedziała cichutkoŚ – Och, jaka jestem zm(cid:266)czona... Odpoczywała z zamkni(cid:266)tymi oczami, lecz otwarła je po krótkiej chwili. Wtedy Piotru(cid:286) ujrzał, (cid:298)e jej oczy nie s(cid:261) jasne i (cid:298)e s(cid:261) pełne łez. Podbiegł ku niej i nie umiał wypowiedzieć innych słów, tylko te dwa, które były jednymŚ – Mamo, mamo! Matka chciała si(cid:266) u(cid:286)miechn(cid:261)ć, ale nie mogła, tak jakby j(cid:261) co(cid:286) zabolało. Przytuliła go tylko do piersi, a Piotru(cid:286) słyszał, jak jej serce bije gwałtownie, szybkimi, zm(cid:261)conymi uderzeniami. Wtedy zapytał nie(cid:286)miałoŚ – Czy ciebie boli serce? – Boli, synku, boli... – odpowiedziała cichutko. Ju(cid:298) tego dnia nie wyszła i poło(cid:298)yła si(cid:266) do łó(cid:298)ka. Piotru(cid:286) patrzył na ni(cid:261) przenikliwie, a ona zacz(cid:266)ła si(cid:266) u(cid:286)miechać. Jako(cid:286) inaczej ni(cid:298) dot(cid:261)d, u(cid:286)miechała si(cid:266) jednak i znowu oczy jej tak poja(cid:286)niały jak czyste wody, gdy na nie sło(cid:276)ce swoje blaski kładzie. Potem zacz(cid:266)ła mówić jako(cid:286) dziwnie. Zdawało si(cid:266), (cid:298)e nie mówi, lecz chodzi po ogrodzie i zrywa kwiaty, te tylko, co najpi(cid:266)kniej rozkwitły. Ka(cid:298)de słowo było kwiatemŚ – Kocham ci(cid:266), Piotrusiu, dziecko moje jedyne... U(cid:286)miechnij si(cid:266), o tak!... Czy zapami(cid:266)tasz sobie, co ci powiem? – Zapami(cid:266)tam, mamusiu! – Wi(cid:266)c pami(cid:266)taj, aby(cid:286) miał zawsze czyste serce... Ludzie s(cid:261) dobrzy, synku, i ty zawsze b(cid:261)d(cid:296) dobry dla ludzi... Nie czy(cid:276) nigdy nikomu (cid:298)adnej krzywdy, nikomu na (cid:286)wiecie... (cid:297)adnemu bo(cid:298)emu stworzeniu... Oby(cid:286) nigdy nie był głodny, ale je(cid:286)li b(cid:266)dziesz miał odrobin(cid:266) chleba, podziel si(cid:266) ni(cid:261) z tym, co nie ma ani okruszyny. Czy b(cid:266)dziesz o tym pami(cid:266)tał, Piotrusiu? – B(cid:266)d(cid:266), b(cid:266)d(cid:266)! 4 Matka wyci(cid:261)gn(cid:266)ła ku niemu r(cid:266)k(cid:266) i długo gładziła go po głowie. Potem znowu zacz(cid:266)ła – B(cid:261)d(cid:296) zawsze dzielny... Nie bój si(cid:266) (cid:298)adnej pracy... Pan Bóg ci(cid:266) nie opu(cid:286)ci, dziecko moje... mówićŚ Kochaj rado(cid:286)ć... Chciała jeszcze co(cid:286) powiedzieć, ale, widać, zerwała ju(cid:298) wszystkie kwiaty w swoim biednym ogródku, czym si(cid:266) bardzo zm(cid:266)czyła. Źziało si(cid:266) z ni(cid:261) co(cid:286) złego. Przez kilka dni przychodzili jacy(cid:286) ludzie, cicho ze sob(cid:261) szeptali i patrzyli na Piotrusia mi(cid:266)kkim, dobrym spojrzeniem. Potem go wyprowadzili do s(cid:261)siadów, bo kto(cid:286) do matki miał przyj(cid:286)ć bardzo wa(cid:298)ny, tak wa(cid:298)ny, (cid:298)e go oznajmiali srebrnym, rozpłakanym głosem małego dzwoneczka. żdy go zawołano z powrotem, poczuł, (cid:298)e wszystko dookoła gdzie(cid:286) si(cid:266) zapadło i jakby rozpłyn(cid:266)ło we mgle, a tylko oczy jego matki pozostały, jasne i ogromne. Patrzyła w niego takim mocnym spojrzeniem, jak gdyby go ujrzała po raz pierwszy w (cid:298)yciu. Znowu si(cid:266) u(cid:286)miechała! Przez ten czas, w którym go tu nie było, wymy(cid:286)liła pewnie jakie(cid:286) (cid:286)liczne, najpi(cid:266)kniejsze słowo, ale pewnie nie mogła go sobie przypomnieć i dlatego znowu zamkn(cid:266)ła oczy, powoli, bardzo powoli. Piotru(cid:286) zawsze przymyka oczy, gdy sobie chce przypomnieć trudne słowo, tylko (cid:298)e je potem otwiera, a matka ju(cid:298) ich nie otworzyła. Nie przypomniała sobie i zasn(cid:266)ła z wielkiego smutku. Powiedzieli mu, (cid:298)e umarła. Piotru(cid:286) my(cid:286)lał uporczywie, jakie to mogło być słowo, którego nie usłyszał? Źobrze pami(cid:266)tał o wszystkich, które mu matka słodkim głosem powiedziała dawniejś wiedział, (cid:298)e ma „kochać rado(cid:286)ć”. Jeszcze tego dobrze nie rozumie, lecz kiedy(cid:286) zastanowi si(cid:266) nad tym gł(cid:266)boko i pojmie, co to znaczy. żdzie jest ta rado(cid:286)ć? Sk(cid:261)d si(cid:266) j(cid:261) bierze? Z czego si(cid:266) j(cid:261) prz(cid:266)dzie? Z ulicy Złotej, u której wylotu na ostatnim przystanku tramwajowym zachodzi sło(cid:276)ce i cał(cid:261) ulic(cid:266) złotym napełnia kurzem, zabrano go na ulic(cid:266) Źobr(cid:261), co patrzy ku Wi(cid:286)le. Rad był z tego, bo odkrywszy w sobie gor(cid:261)ce upodobanie do podró(cid:298)y, miał pod r(cid:266)k(cid:261) wielk(cid:261) wod(cid:266) i poczciwe, opasłe statki, chrapliwym głosem bucz(cid:261)ce. Przygarn(cid:261)ł go pan Modlewicz, którego (cid:298)ona była dalek(cid:261) krewn(cid:261) matki Piotrusia. Był to mechanik w warsztatach samochodowych, człowiek milcz(cid:261)cy i chmurny. Miał płowe oczy, bystro patrz(cid:261)ce i bardzo spracowane (cid:298)ylaste r(cid:266)ce, tak uczernione czarno(cid:286)ci(cid:261) ci(cid:266)(cid:298)kiej pracy, (cid:298)e (cid:298)adne mydło wybielić ich nie mogło. Twarda to była dusza, jak gdyby s(cid:266)kata, lecz uczciwa i prosta. Z trudem ogromnym wydobywał kawałek chleba z (cid:298)elaza i stali, a cz(cid:266)sto padał na ten chleb rosisty, um(cid:266)czony pot. Mo(cid:298)e dlatego nigdy si(cid:266) nie u(cid:286)miechał i mo(cid:298)e dlatego sk(cid:261)pił słów, których szukał jak gdyby z trudem. Nie miał czasu na długie gadanie. Przywykła ju(cid:298) do tego jego (cid:298)ona, kobieta smutna i cicha, i dorastaj(cid:261)ca córka. Modlewiczowa miała twarz wiecznie zdziwion(cid:261) i wiecznie zatroskan(cid:261), jak gdyby w smutnej duszy wa(cid:298)yła jakie(cid:286) ci(cid:266)(cid:298)kie zagadnienie, którego nie mogła rozwikłać. Źziwiło j(cid:261) wszystko, co si(cid:266) działo dokoła niej, a najbardziej dziwiło j(cid:261) to, (cid:298)e tysi(cid:261)c czarnych trosk i czarne zgryzoty, którymi nieustannie i uporczywie zaczynał si(cid:266) ka(cid:298)dy dzie(cid:276), nie powaliły jej i nie odebrały jej sił. Smutno było w tym domu, a w powietrzu jakby si(cid:266) unosiła szara, ci(cid:266)(cid:298)ka mgła, jak opary mydlin w pralni. Zdawało si(cid:266), (cid:298)e (cid:298)aden kwiat nie mógłby kwitn(cid:261)ć w mieszkaniu, do którego sło(cid:276)ce nigdy nie zajrzało, bronił mu bowiem wej(cid:286)cia wysoki, odrapany, liszajami wilgoci pokryty mur. Przyprowadzono tam Piotrusia, zal(cid:266)kłego i nie zdaj(cid:261)cego sobie sprawy z tego, co si(cid:266) z nim dzieje. pójdziesz na ulic(cid:266), biedactwo. – B(cid:266)dziesz u nas – rzekła cicho, bezbarwnym, wypłowiałym głosem Modlewiczowa. – Nie Stary, chmurny robotnik spojrzał na chłopca płowym spokojnym spojrzeniem i nie powiedział ani słowa. Westchn(cid:261)ł tylko ci(cid:266)(cid:298)ko i poło(cid:298)ył mu na głowie s(cid:266)kat(cid:261) ci(cid:266)(cid:298)k(cid:261) r(cid:266)k(cid:266). Jak gdyby wiedział, (cid:298)e ta okrutnie spracowana r(cid:266)ka ma wag(cid:266) młota, uczynił to ostro(cid:298)nie i delikatnie. Znaczyło toŚ – „B(cid:261)d(cid:296) pozdrowiony, chłopcze, w moim biednym domu. Mój chleb b(cid:266)dzie twoim chlebem...” – Córka Modlewiczów pomogła Piotrusiowi uło(cid:298)yć w k(cid:261)cie jego skarbyŚ ksi(cid:261)(cid:298)ki, atlasy i kilka przedmiotów nieznanego przeznaczenia i do nieznanego słu(cid:298)(cid:261)ce 5 u(cid:298)ytku. W jednym rogu izby urz(cid:261)dzono mu tapczanik, w milczeniu wskazano stół, przy którym b(cid:266)dzie jadał i przy którym b(cid:266)dzie si(cid:266) uczył i w ten sposób zamianowano go członkiem rodziny. Była to uroczysto(cid:286)ć prosta i niewymy(cid:286)lnaŚ uczciwi ludzie przygarn(cid:266)li sierot(cid:266), (cid:298)adnego nie okazuj(cid:261)c zdziwienia, (cid:298)e oni wła(cid:286)nie to czyni(cid:261) i nie (cid:298)(cid:261)daj(cid:261) (cid:298)adnych podzi(cid:266)kowa(cid:276). Piotru(cid:286) rozumiał jednak, (cid:298)e ci nieznani ludzie czyni(cid:261) co(cid:286) takiego, za co musi im być wdzi(cid:266)czny. Modlewiczowa w ostatnich dniach odwiedzała codziennie jego matk(cid:266) i karmiła go troskliwie. Matka powiedziała mu, (cid:298)e ludzie s(cid:261) dobrzy. On rozumie, (cid:298)e tak jest. Musi być dobry ten chmurny człowiek, co tward(cid:261) r(cid:266)k(cid:261) gładził jego głow(cid:266), musi być dobra ta zdziwiona kobieta i ta dziewczyna, co z nim jedyna rozmawia, a czasem cichutkim głosem, cienkim jak nitka, nie(cid:286)miało (cid:286)piewa, gdy nikogo nie ma w domu. Piotru(cid:286) jest jednak nieco strwo(cid:298)ony, bo nikt si(cid:266) do niego nie u(cid:286)miecha, lecz w tym domu nikt nie u(cid:286)miecha si(cid:266) do nikogo. Powoli przywykł do tego i szanował milcz(cid:261)c(cid:261), spopielał(cid:261), zatroskan(cid:261) cisz(cid:266) tego domu. Nieraz chciał krzykn(cid:261)ć, gdy jaka(cid:286) nagła rado(cid:286)ć trysn(cid:266)ła z ukochanej jego ksi(cid:261)(cid:298)ki, lecz j(cid:261) uciszał. Rado(cid:286)ć swoj(cid:261) nosił w sobie i nosił j(cid:261) w młodych jasnych oczach. Smutni ludzie patrzyli czasem w te jego rozradowane i pełne rozbłysków oczy z chmurn(cid:261) ciekawo(cid:286)ci(cid:261). Pani Modlewiczowa miała wtedy na twarzy wi(cid:266)cej zdziwienia ni(cid:298) zwykle i wpadała w zadum(cid:266), jak gdyby sobie co(cid:286) przypominała z uci(cid:261)(cid:298)liwym trudem. Bywały chwile, w których serce Piotrusia, gł(cid:266)boko czym(cid:286) przej(cid:266)te i bardzo wzruszone, musiało przemówić. Zbli(cid:298)ał si(cid:266) nie(cid:286)miało do Modlewicza i zaczynał mówić o czym(cid:286) dziwnym czy radosnym, najpierw nie(cid:286)miało, lecz potem coraz (cid:298)ywiej i coraz gor(cid:266)cej. Słowa zaczynały fruwać jak ptaki i jedne goniły drugie. Zaczynały (cid:286)miać si(cid:266), pokrzykiwać i tryskać z perlist(cid:261) rado(cid:286)ci(cid:261) fontanny. Smutny, twardy człowiek spogl(cid:261)dał na niego z nagłym zdziwieniem, lecz potem pochylał si(cid:266) powoli i słuchał. Jakby oszołomiony, dotykał czarn(cid:261) r(cid:266)k(cid:261) czoła, a w oczach zaczynało mu migotać jakie(cid:286) ledwie widne (cid:286)wiatełko. A razu jednego, kiedy Piotru(cid:286) przerwał swoje cwałuj(cid:261)ce po dalekim (cid:286)wiecie opowiadanie, robotnik rzekł cichoŚ – Mów dalej! Piotru(cid:286) mówił coraz cz(cid:266)(cid:286)ciej i wyniósł ze swojego ubogiego spichrza wszystkie ziarna słów. Ju(cid:298) ich nie miał wi(cid:266)cej. Wtedy wpadł na pomysł, aby ich szukać w najbogatszym spichrzu (cid:286)wiataŚ w ksi(cid:261)(cid:298)ce. W niedzielne popołudnie brał ksi(cid:261)(cid:298)k(cid:266), tak(cid:261) najpi(cid:266)kniejsz(cid:261), w której ryczy rozsro(cid:298)one morze i po której wiej(cid:261) wichry, pełn(cid:261) sło(cid:276)ca i wielkiej przygody, i nikogo o nic nie pytaj(cid:261)c zaczynał j(cid:261) gło(cid:286)no czytać. Znał w tej ksi(cid:261)(cid:298)ce ka(cid:298)de słowo, sto razy przez ni(cid:261) przebiegł jak przez zaczarowany ogród, a jednak zdawało mu si(cid:266), (cid:298)e wszystko w niej jest noweŚ i morze, i wichry, i okr(cid:266)ty. Oni słuchali w wielkim milczeniu, jak gdyby im kto(cid:286) ogromn(cid:261) wyjawiał tajemnic(cid:266). Milczeli te(cid:298) dług(cid:261) chwil(cid:266) potem, kiedy Piotru(cid:286), z wypiekami na twarzy, zagnał korsarski okr(cid:266)t w gardziel Amazonki. Wreszcie które(cid:286) z nich westchn(cid:266)ło, a Modlewicz rzekł nieswoim głosemŚ – (cid:285)wiat jest pi(cid:266)kny... Mo(cid:298)e byłby powiedział jeszcze jedno słowo, bo jego usta dr(cid:298)ały, ale w tej chwili spojrzał przez bielmo okna na zły, liszajami pokryty wysoki mur, co ich odgrodził od tego pi(cid:266)knego (cid:286)wiata, i zamilkł. Nast(cid:266)pnej niedzieli wszyscy troje jakby si(cid:266) zmówili, bez wypowiedzenia jednego chocia(cid:298)by słowa, usiedli w niemym oczekiwaniu. Piotru(cid:286) spojrzał na nich rozradowanym szcz(cid:266)(cid:286)liwym wzrokiem i si(cid:266)gn(cid:261)ł do swojej biblioteki. Źotykał ka(cid:298)dej ksi(cid:261)(cid:298)ki wahaj(cid:261)c si(cid:266), któr(cid:261) wybrać, a wtedy czarny robotnik rzekł nie(cid:286)miałoŚ – O morzu, chłopcze... Znowu wypłyn(cid:266)li na dalekie siwe morza, gdzie ich goniła burza. Wicher, w szale(cid:276)stwie nieposkromiony, rozwalił dom przy ulicy Źobrej, jednym podmuchem zniósł zły, wstr(cid:266)tny mur, porwał ich na grzbiet i gnał w stron(cid:266) bieguna na połów wielorybów. (cid:297)agle trzaskały, jak gdyby strzelała bateria dział, ocean rycz(cid:261)c podnosił si(cid:266) ku niskiemu pułapowi nieba, trzeszczały wszystkie wi(cid:261)zania okr(cid:266)tu. Ponad burz(cid:266) jednak, ponad zm(cid:261)cone i na wichrze 6 stargane głosy wystrzelał jasny, d(cid:296)wi(cid:266)czny głos Piotrusia. Wtem Piotru(cid:286) krzykn(cid:261)ł, gdy(cid:298) fala gniewem wzd(cid:266)ta chwyciła łód(cid:296), podniosła j(cid:261) i straszliwym drapie(cid:298)nym ruchem wgniotła w bur(cid:261), rozchybotan(cid:261), pian(cid:261) w(cid:286)ciekło(cid:286)ci pieni(cid:261)c(cid:261) si(cid:266) otchła(cid:276). Sze(cid:286)ciu ludzi nie wypłyn(cid:266)ło ju(cid:298) na bo(cid:298)y (cid:286)wiat. Piotru(cid:286) przestał czytać na krótki moment, a wtedy w(cid:286)ród zdyszanej ciszy ozwał si(cid:266) dr(cid:298)(cid:261)cy, łzami oblany głos ModlewiczowejŚ – Wieczne odpoczywanie racz im dać, Panie!... – Amen... – szepn(cid:261)ł stary Modlewicz i otarł r(cid:266)k(cid:261) czoło. Piotru(cid:286) coraz rozumniej patrzył na tych milcz(cid:261)cych ludzi. Ju(cid:298) wiedział, (cid:298)e to nie gniew ani niecierpliwo(cid:286)ć, nie zło(cid:286)ć (cid:298)adna ani niech(cid:266)ć ka(cid:298)(cid:261) im (cid:298)yć (cid:298)yciem milcz(cid:261)cym. To wielki trud (cid:298)ycia zdławił w nich słowa. Nie zdołał jednak zdławić ich t(cid:266)sknot ani tak w r(cid:266)ce zimnej i ko(cid:286)cistej (cid:286)cisn(cid:261)ć ich biednych, wyczerpanych i zgryzotami pobitych serc, aby nie marzyły o czym(cid:286) wielkim, wspaniałym, gro(cid:296)nym i burzliwym. Serca te zaczerpn(cid:266)ły szerokiego oddechu wiatru i uczyniło im si(cid:266) l(cid:298)ej. Mały chłopak zacz(cid:261)ł rozumieć ich l(cid:266)k pełen grozy na widok stercz(cid:261)cego wci(cid:261)(cid:298) przed oczami muruś zacz(cid:261)ł pojmować wieczne zdziwienie na twarzy zapracowanej kobiety, która zdawała si(cid:266) pytać zdziwionym spojrzeniemŚ – „Czy ziemia otoczona jest murem? Czy nie ma nigdzie wyj(cid:286)cia na (cid:286)wiat, o którym powiadaj(cid:261), (cid:298)e jest wielki i pełny sło(cid:276)ca?” żdy ju(cid:298) wyczerpał bogactwo swojego ksi(cid:266)gozbioru, po(cid:298)yczał dziesi(cid:261)tki ksi(cid:261)(cid:298)ek i przynosił je do smutnego domu jak radosn(cid:261) nowin(cid:266). Szukał takich tylko, w których szumi(cid:261) lasami dalekie nieznane ziemie, w których sło(cid:276)ce pier(cid:286) sobie rozdziera o ostre szczyty gór, i takie, w których człowiek walczy z burz(cid:261) i piorunem, z zasadzk(cid:261) puszczy, z gniewem morza, z obł(cid:266)dn(cid:261) (cid:286)nie(cid:298)yc(cid:261), walczy i zwyci(cid:266)(cid:298)a. Wodził tych smutnych, zatroskanych ludzi po niesko(cid:276)czonych szlakach (cid:286)wiata, po drogach, które wiod(cid:261) w nieznane. Mo(cid:298)e tym si(cid:266) im odwdzi(cid:266)czy, mo(cid:298)e tym im zapłaci za okruszyn(cid:266) chleba, zdobyt(cid:261) w pocie czoła? Matka kazała mu być radosnym, wi(cid:266)c szuka tej rado(cid:286)ci po całym bo(cid:298)ym, słonecznym (cid:286)wiecie, chwyta j(cid:261) w chłopi(cid:266)ce dłonie i przynosi j(cid:261), jak kryształow(cid:261) rze(cid:296)w(cid:261) wod(cid:266), spragnionym biedakom, co maj(cid:261) spieczone usta. Teraz mu si(cid:266) zacz(cid:266)ło wydawać, (cid:298)e ich milczenie, jak gdyby cokolwiek odtajało, jakby zel(cid:298)ał mróz, co (cid:286)ciany tego domu sinym oblekał szronem. O, Bogu niech b(cid:266)d(cid:261) dzi(cid:266)ki! Mo(cid:298)e si(cid:266) kiedy(cid:286) stanie taki cud, (cid:298)e si(cid:266) u(cid:286)miechnie twarda, jakby w kamieniu kuta, dusza tego (cid:286)miertelnie znu(cid:298)onego człowieka? Mo(cid:298)e przestanie si(cid:266) dziwić ta dobra kobiecina i powie cichutkoŚ – „Widziałam rado(cid:286)ć!” – Mo(cid:298)e jednego dnia ta blada dziewczyna, poruszaj(cid:261)ca si(cid:266) z takim trudem, jak gdyby po ci(cid:266)(cid:298)kiej wstała chorobie, nagle za(cid:286)piewa? Niezmiernie dobrzy s(cid:261) ci mroczni ludzie. Piotru(cid:286) wiedział o tym, (cid:298)e Modlewiczowa podzieliwszy chleb zastanowi si(cid:266) czasem przez chwil(cid:266), potem ze swojej cz(cid:261)stki odłamie jeszcze jeden k(cid:266)s i przykłada go do jego cz(cid:266)(cid:286)ci. Wiedział o tym, (cid:298)e kiedy na pocz(cid:261)tku szkolnego roku trzeba było kupić dla niego ksi(cid:261)(cid:298)ki, czarny Modlewicz długo tarł czoło, potem wyszedł. Przyniósł ksi(cid:261)(cid:298)ki, lecz gdzie(cid:286) si(cid:266) zapodział srebrny zegarek, taki chyba stary jak sam Czas. Niejeden raz widział, jak o (cid:286)wicie, jeszcze w sennym mroku, dziewczyna łata jego koszule albo zatroskanym spojrzeniem przygl(cid:261)da si(cid:266) jego kamaszom, co sm(cid:266)tny miały wygl(cid:261)d. Uczyniło mu si(cid:266) nieswojo. Milcz(cid:261)ca dobroć tych biednych ludzi dokonywała jakiego(cid:286) bohaterstwa, byle tylko ten prawie obcy chłopiec mógł chodzić do szkoły i aby nie był głodny. Kochał ich uczciwie i gor(cid:261)co, lecz zacz(cid:261)ł patrzeć na nich z niepokojem. Być mo(cid:298)e, (cid:298)e wniósł do ich domu marn(cid:261) odrobin(cid:266) rado(cid:286)ci, lecz za to zabierał im t(cid:266) odrobin(cid:266) chleba. Rozumie ju(cid:298) wszystko doskonale, ma ju(cid:298) przecie pi(cid:266)tna(cid:286)cie lat. Przez sze(cid:286)ć lat jadł ich chleb, przez sze(cid:286)ć lat zabierał im powietrze nieszcz(cid:266)snego mieszkanka. A o ten chleb jest coraz trudniej. Stary Modlewicz, wstaj(cid:261)c o (cid:286)wicie, st(cid:261)pa ci(cid:266)(cid:298)ko i czasem westchnie tak smutno, (cid:298)e to westchnienie jest j(cid:266)kiem. Coraz cz(cid:266)(cid:286)ciej szepce o czym(cid:286) z (cid:298)on(cid:261), a ona po takiej rozmowie patrzy długo w ziemi(cid:266), jak gdyby tam ukryta była jaka(cid:286) bezcenna rada. Piotru(cid:286) zacz(cid:261)ł rozmy(cid:286)lać. Trwo(cid:298)(cid:261)c si(cid:266), aby kto jego chmurnych my(cid:286)li nie podpatrzył, czynił to o zmroku i nigdy w mieszkaniu, lecz zawsze na wymarzonych i dalekich ziemiach. 7 L(cid:261)dował na jakiej(cid:286) samotnej, skalistej, na pustkowiu morza zagrzebanej wysepce, siadał pod palm(cid:261) i tam rozmawiał sam ze sob(cid:261). – Jestem ci(cid:266)(cid:298)arem dla biednych ludzi. Co mam uczynić? Wiele jeszcze przeminie lat, zanim b(cid:266)d(cid:266) mógł pracować. A czy znajd(cid:266) i wtedy prac(cid:266)? Kazała mi matka być dzielnym... Wierz mi, matko, (cid:298)e b(cid:266)d(cid:266) dzielny. Kazała mi jednak, abym nigdy nikomu nie uczynił krzywdy, a ja przecie krzywdz(cid:266) tych ludzi. Kocham ich i krzywdz(cid:266). Co pocz(cid:261)ć, co pocz(cid:261)ć? Nazajutrz w szkole miał min(cid:266) zatroskan(cid:261). – Co ci jest? – zapytał go dobry przyjaciel, (cid:286)mieszny chłopak, Ziembicki. – Mam wielkie zmartwienie – odpowiedział Piotru(cid:286). – Posmaruj sobie serce jodyn(cid:261)! – rzekł przyjaciel. Piotr u(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266) z przymusem. Poszedł nad Wisł(cid:266), w której k(cid:261)pało si(cid:266) sło(cid:276)ce i w której w błyskawicznym locie przegl(cid:261)dały si(cid:266) czarne, jakby dymem osmolone jaskółki. Patrzył na wod(cid:266), spokojn(cid:261), lecz uparcie wal(cid:261)c(cid:261) przed siebieś co(cid:286) wa(cid:298)ył w duszy. Za tydzie(cid:276) rozpoczn(cid:261) si(cid:266) wakacje, pszczoły z ula rozlec(cid:261) si(cid:266) na wszystkie strony, a jemu zabraknie nawet tych kilku groszy, które zarabiał korepetycjami. Po wakacjach trzeba b(cid:266)dzie znowu i(cid:286)ć do szkoły, a przecie stary Modlewicz nie posiada ju(cid:298) drugiego zegarka. Jest ju(cid:298) winien kilka złotych w sklepiku za chleb i za masło, które mu dawano do szkoły. Przezacny ten człowiek jest ju(cid:298) stary, a jeszcze bardziej zm(cid:266)czonyś jednego dnia zabierze mu jego czarn(cid:261) prac(cid:266) kto(cid:286) młodszy i dzielniejszy. Trzeba im ul(cid:298)yć. Trzeba odej(cid:286)ć... Ale dok(cid:261)d? Wszystko jedno dok(cid:261)d, byle nie zabierać im resztek chleba. Rozwa(cid:298)ał długo, siedz(cid:261)c nad wod(cid:261) i wracał tu przez dwa dni nast(cid:266)pne, jak gdyby woda, z dalekich gór płyn(cid:261)ca, miała mu przynie(cid:286)ć wielk(cid:261) rad(cid:266). Wreszcie postanowił. Wieczorem, kiedy wszyscy byli w domu, Piotru(cid:286) zdecydowanym krokiem zbli(cid:298)ył si(cid:266) do Modlewicza, którego nazywał wujem. – Wuju – rzekł głosem dr(cid:298)(cid:261)cym – ja mam wa(cid:298)n(cid:261) spraw(cid:266)... – Mów! – rozkazał Modlewicz. – Powiem krótkoŚ przygarn(cid:266)li(cid:286)cie mnie... Przez sze(cid:286)ć lat jadłem wasz chleb... A wy go nie macie za wiele. postanowiłem odej(cid:286)ć. – Wystarczy... – powiedział cicho szanowny człowiek. – Nie wystarczy! Jutro mo(cid:298)e go zabrakn(cid:261)ć... Źlatego postanowiłem... Źlatego – Źok(cid:261)d? – wtr(cid:261)ciła cicho dziewczyna z ciemnego k(cid:261)ta. – Nie wiem jeszcze... Pomy(cid:286)l(cid:266). (cid:285)wiat jest wielki, a ja jestem młody. Uczyni(cid:266) to z ci(cid:266)(cid:298)kim sercem, gdy(cid:298) kocham was... O, jak bardzo was kocham... Odejd(cid:266)... Wystarczy mi tego, co umiem, a reszty naucz(cid:266) si(cid:266) na (cid:286)wiecie... Chciałem wam tylko podzi(cid:266)kować... Jeste(cid:286)cie tacy dobrzy, tacy dobrzy! Źo ko(cid:276)ca (cid:298)ycia nigdy was nie zapomn(cid:266)... Zawsze b(cid:266)d(cid:266) pami(cid:266)tał. Ostatnie słowa skropliły si(cid:266) w łzy, z najwi(cid:266)kszym trudem wstrzymywane. Oni słuchali w milczeniu głuchym i udr(cid:266)czonym. Modlewiczowa miała na twarzy wyraz niepomiernego zdziwienia. Stary robotnik rozmy(cid:286)lał z takim trudem, jak gdyby orał ci(cid:266)(cid:298)k(cid:261) czarn(cid:261) ziemi(cid:266). Odwalił gł(cid:266)bok(cid:261) skib(cid:266) i wydobył z niej słowoŚ – Źobrze, chłopcze... Nagle zwrócił si(cid:266) w stron(cid:266) ciemnego k(cid:261)ta i zapytał twardoŚ – Kto to płacze? Cichutki płacz zamilkł w tej chwili, a Modlewicz znowu zbierał my(cid:286)li i zgarniał je ku sobie. – Źobrze, chłopcze – powtórzył. – Id(cid:296)!... Ale pami(cid:266)taj, (cid:298)e gdyby(cid:286) gin(cid:261)ł gdzie(cid:286) na (cid:286)wiecie, wracaj... Podzielimy si(cid:266) ostatni(cid:261) okruszyn(cid:261). Nieprawda, matko? Modlewiczowa nie odpowiedziała, tylko wyci(cid:261)gn(cid:266)ła obie r(cid:266)ce w stron(cid:266) Piotrusia, a on obj(cid:261)ł j(cid:261) i całował niezmiernie zdziwion(cid:261) twarz. Nie mógł usn(cid:261)ć długo w nocy. Mieszkał w jednej izdebce razem z Modlewiczem i słyszał, (cid:298)e robotnik te(cid:298) nie (cid:286)pi. Wiedzieli o sobie nawzajem, (cid:298)e czuwaj(cid:261). Około północy Modlewicz podniósł si(cid:266) cicho z tapczanu, zbli(cid:298)ył si(cid:266) do Piotrusia i szepn(cid:261)łŚ – Piotrze... Id(cid:296) na morze! 8 II Piotru(cid:286) czekał jedynie na ostatni dzie(cid:276) szkolnego roku, a za dwa dni wyruszy w (cid:286)wiat. Przedtem zwierzył si(cid:266) Jurkowi PerłowskiemuŚ – Jurek, powiem ci co(cid:286) w najwi(cid:266)kszej tajemnicy, je(cid:286)li nikomu nie powtórzysz. – Za (cid:298)adne skarby (cid:286)wiata! U mnie tajemnica jak w grobie. żadaj pr(cid:266)dko! – Za dwa dni wybieram si(cid:266) w (cid:286)wiat. – Nie mo(cid:298)e być! – To postanowione... B(cid:266)d(cid:266) szukał pracy i wybieram si(cid:266) nad morze. Na ziemi jest (cid:286)cisk, a na morzu pewnie łatwiej. Jurek, do gł(cid:266)bi przej(cid:266)ty, pobiegł czym pr(cid:266)dzej i pod wielk(cid:261) przysi(cid:266)g(cid:261) opowiedział o tej nadzwyczajnej historii Krzysiowi Wilczkowi, Wilczek pobiegł wspaniałym p(cid:266)dem do Tadzia Podoskiego, Tadzik do (cid:297)ebrowskiego, (cid:297)ebrowski do Czaplicy, Czaplica do Wyszy(cid:276)skiego, Wyszy(cid:276)ski do Źomagalskiego, ten do dwudziestu czterech innych przyjaciół. Jeden drugiego zaklinał, aby nikomu nie powtórzył ani słówka z historycznej rozmowy, bo Piotru(cid:286) nie pragnie rozgłosu. Ka(cid:298)dy przyjmował t(cid:266) niebywał(cid:261) nowin(cid:266) z dreszczem podziwu i zachwytu, równocze(cid:286)nie jednak ka(cid:298)dy pomy(cid:286)lał o tym, (cid:298)e w szkole zabraknie kogo(cid:286), kto sobie zdobył wszystkie serca. Na zawsze odejdzie z niej chłopiec radosny, z jasnym spojrzeniem, towarzysz najmilszy. Niejednemu z nich łzy zakr(cid:266)ciły si(cid:266) w oczach. Zdawało si(cid:266), (cid:298)e to młoda, jasna, czupurna i zawadiacka dusza szkoły płacze. Pr(cid:266)dko jednak ocierali r(cid:266)kawem załzawione oczy, m(cid:266)(cid:298)czy(cid:296)ni bowiem nie płacz(cid:261)ś zreszt(cid:261) Piotru(cid:286), w(cid:286)ród rozgarni(cid:266)tych najbardziej rozgarni(cid:266)ty, w(cid:286)ród wielkich w(cid:266)drowców w(cid:266)drowiec słynny i najbardziej do(cid:286)wiadczony, wie, co czyni. Wszystko zapewne rozwa(cid:298)ył i wszystko obmy(cid:286)lił. I jemu chyba (cid:298)al opu(cid:286)cić braterskie zgromadzenie, twarda przeto konieczno(cid:286)ć gna go ze szkoły i p(cid:266)dzi gdzie(cid:286) daleko, gdzie b(cid:266)dzie samotny. Wiedz(cid:261) koledzy, jak kto siedzi. Tote(cid:298) w dniu uko(cid:276)czenia szkolnego roku zacz(cid:266)ła si(cid:266) dziwna w(cid:266)drówka na ulic(cid:266) Źobr(cid:261). Przyszedł pierwszy Krzy(cid:286) Wilczek, niby tak sobie, z wizyt(cid:261). – Piotrusiu – powiada – ja do ciebie ze (cid:286)miesznym interesem. Pomy(cid:286)l sobie, szukam dzisiaj czego(cid:286) w szafie, a(cid:298) tu patrz(cid:266)Ś buty! Słowo daj(cid:266), nowe (cid:286)liczne buty. Kto(cid:286) je musiał tam wło(cid:298)yć, sam nie wiem kto. W sam raz na twoj(cid:261) miar(cid:266)... To chyba twoje, czy jak? – Nie, to nie moje. – Niemo(cid:298)liwe! A czyje mog(cid:261) być? Wszystkich pytałem, a ka(cid:298)dy mówiŚ to chyba Piotrusia. Zreszt(cid:261), co mnie to obchodzi? Byłe(cid:286) u mnie tyle razy, zostawiłe(cid:286) buty, a potem zapomniałe(cid:286), wi(cid:266)c ci je odnosz(cid:266). – Czemu ł(cid:298)esz? – zapytał Piotru(cid:286) mi(cid:266)kko. – (cid:297)ebym tak zdrów był! Zreszt(cid:261) spójrz na swoje buty! Czy w takich buciorach mo(cid:298)esz wybierać si(cid:266) w (cid:286)wiat? – O, to ty wiesz? – zdumiał si(cid:266) Piotru(cid:286). – O czym? – zaczerwienił si(cid:266) Krzy(cid:286). – Ja o niczym nie wiem! (cid:297)e te(cid:298) ty zaraz jakie(cid:286) pos(cid:261)dzenia, domysły... Pewnie pojedziesz gdzie(cid:286) na wakacje, a mnie si(cid:266) przegadało, (cid:298)e w (cid:286)wiat... Nie znasz mnie? Zawsze co(cid:286) takiego powiem ni w pi(cid:266)ć, ni w dziewi(cid:266)ć. B(cid:261)d(cid:296) zdrów, bracie... Strasznie ci(cid:266) kocham! Morowy z ciebie chłop... B(cid:261)d(cid:296) zdrów! Niespodzianie rzucił si(cid:266) Piotrusiowi na szyj(cid:266), u(cid:286)ciskali si(cid:266) mocno i Krzy(cid:286) wybiegł. Po drodze trafił w (cid:286)cian(cid:266) zamiast we drzwi, wywrócił stół i omal nie wywrócił serdecznie 9 zdziwionej Modlewiczowej. Piotru(cid:286) patrzył za nim z rozrzewnieniem, potem z u(cid:286)miechem spojrzał na nowe buty. Tymczasem wpadł inny przyjaciel i zdyszanym głosem opowiedział, (cid:298)e znalazł dwie nowe koszule, tu niedaleko, nad Wisł(cid:261), ze znakami P. K. i od razu si(cid:266) domy(cid:286)lił, (cid:298)e to Piotru(cid:286) je zgubiłś przyszedł Tadzio Koniewicz i długo gadał, i długo kr(cid:266)cił, a po jego odej(cid:286)ciu Modlewiczowa przyniosła now(cid:261) walizeczk(cid:266) i bez słowa postawiła j(cid:261) przed Piotrusiem. Przewin(cid:266)ło si(cid:266) ich z pi(cid:266)tnastu przez ciemne mieszkanko, a ka(cid:298)dy tak cudownie łgał i tak przedziwne zmy(cid:286)lał historie, (cid:298)e Piotru(cid:286) zdumiał si(cid:266)Ś – Przecie oni wszyscy wiedz(cid:261)! Ka(cid:298)dy przybył z zawiłym, rozpaczliwym kłamstwem i ka(cid:298)dy co(cid:286) przyniósł, choćby drobiazg najmniejszy, ksi(cid:261)(cid:298)k(cid:266) czy ołówek, chustki do nosa, igły i nici. Niejedna matka szukała dnia tego nadaremnie przyborów do szycia. żdyby była wiedziała, dok(cid:261)d pow(cid:266)drowały, miałaby łzy w oczach. Pod wieczór przyszedł nie(cid:286)miało Jurek, ten „wtajemniczony”. – To dziwne – mówił niepewnie – ale cała klasa wie o twojej wyprawie. Ciekawe, sk(cid:261)d si(cid:266) mogli dowiedzieć, bo przecie ja ani pary z ust... – Nie szkodzi, nie szkodzi!– za(cid:286)miał si(cid:266) Piotru(cid:286). – Musiało o tym być w gazecie. – W gazecie, powiadasz? To oni pisz(cid:261) o takich sprawach? Mo(cid:298)liwe, mo(cid:298)liwe... Wi(cid:266)c kiedy ty, przyjacielu? – Jutro, najdalej pojutrze... – A dok(cid:261)d? – Źo żdyni. A stamt(cid:261)d, czyja wiem? Je(cid:286)li nie zgin(cid:266)... – Ty by(cid:286) miał zgin(cid:261)ć? Nie, nie, nie zapalaj lampy... Przyjemnie si(cid:266) rozmawia... Widzisz, Piotrusiu, gdyby nie moje matczysko, poszedłbym z tob(cid:261). Strasznie u nas jest głodno i smutno. I bardzo jestem zm(cid:266)czony. Uczyłem siebie, uczyłem innych, w ostatnich tygodniach spałem po cztery godziny, aby zarobić par(cid:266) groszy. A ty, czy masz jakie pieni(cid:261)dze? – W Banku Angielskim – za(cid:286)miał si(cid:266) Piotru(cid:286). – Ka(cid:298)(cid:266) sobie przysłać. – Tak... tak... – szepn(cid:261)ł Jurek i długo rozmy(cid:286)lał. Podniósł si(cid:266) niespodziewanie, zbli(cid:298)ył twarz do twarzy przyjaciela, jak gdyby chciał j(cid:261) sobie zapami(cid:266)tać. Obj(cid:261)ł go r(cid:266)kami i pieszczotliwym ruchem gładził go po ramionachś potem mu r(cid:266)ka opadła tak, (cid:298)e palcami zaczepił o kiesze(cid:276) Piotrusia. – Niech ci Bóg pomaga – rzekł urywanym, dr(cid:298)(cid:261)cym głosem. – Wróć do nas, bracie... Niech ci... B(cid:261)d(cid:296) zdrów... – Jureczku... – szepn(cid:261)ł Piotr. – Jureczku... Chciał co(cid:286) powiedzieć, ale nie mógł. Usiadł potem i rozmy(cid:286)lał w mroku nad cudem przyja(cid:296)ni. Serce miał wypełnione wzruszeniem, czystym i słodkim. Było mu (cid:298)al opuszczać tych chłopaków serdecznych, a jednocze(cid:286)nie rad był i szcz(cid:266)(cid:286)liwy, (cid:298)e jego wyprawa dała mu poznać, ile miło(cid:286)ci płynie za nim na nieznane drogi. O, koledzy! O wszystkim mo(cid:298)na zapomnieć w (cid:298)yciu, lecz o tych złotych u(cid:286)miechach przyja(cid:296)ni zapomnieć nie mo(cid:298)na. Słoneczny poranek nie u(cid:286)miecha si(cid:266) pi(cid:266)kniej i bardziej czystym u(cid:286)miechem. W tej chwili wło(cid:298)ył r(cid:266)k(cid:266) w kiesze(cid:276) i drgn(cid:261)ł. Kiesze(cid:276) była pusta, a có(cid:298) to znaczy? Zapalił (cid:286)wiatło i spojrzał na dło(cid:276)Ś pieni(cid:261)dze! Źwa złote samymi miedziakami, uciułane, długo zbierane, wygrzebane ze skały. O, Jurku! O, Jurku!... Nie b(cid:266)dziesz jadł przez dwa dni, ale nie b(cid:266)dziesz smutny... B(cid:266)dziesz si(cid:266) u(cid:286)miechał, (cid:298)e(cid:286) tak przemy(cid:286)lnie wło(cid:298)ył je do kieszeni przyjaciela! Nie wolno wzruszać si(cid:266), nie wolno... Piotrusia co(cid:286) chwyta za gardło, co(cid:286) łagodnie, mi(cid:266)kko dotyka jego serca, ale opanował si(cid:266) szybko. Jutro wybiera si(cid:266) na wielk(cid:261) wypraw(cid:266), nie pora przeto na tkliwe zadumy. Plan uło(cid:298)ył najprostszyŚ poniewa(cid:298) wie o tym, (cid:298)e buduj(cid:261) wspaniało(cid:286)ć żdyni, przeto trzeba r(cid:261)k do tej budowy. Nale(cid:298)y udać si(cid:266) do żdyni. Jak? Mo(cid:298)na poci(cid:261)giem, mo(cid:298)na okr(cid:266)tem, Wisł(cid:261). 10 Wod(cid:261) taniej, ale chocia(cid:298)by było najtaniej, Piotr nie ma na to pieni(cid:266)dzy. Zamiast pieni(cid:266)dzy mo(cid:298)na zaoferować prac(cid:266). Praca jest najprawdziwszym, najbardziej złotym pieni(cid:261)dzem. Jeszcze nie otwarto biur (cid:297)eglugi Rzecznej, a Piotru(cid:286) ju(cid:298) był na posterunku, pod bram(cid:261)ś stał nieruchomy jak szyldwach i liczył wchodz(cid:261)cych ludzi. – Który(cid:286) z nich musi być tym, który mo(cid:298)e rozkazać, aby mnie przewieziono – pomy(cid:286)lał. – Wo(cid:296)nemu o(cid:286)wiadczył, (cid:298)e w niesłychanie wa(cid:298)nej sprawie musi si(cid:266) rozmówić z Ju(cid:298) czas! najgłówniejszym dyrektorem. – A z mniejszym nie mo(cid:298)na? – zapytał wo(cid:296)ny. – Tylko z najgłówniejszym! – rzekł Piotru(cid:286) gro(cid:296)nie. Wo(cid:296)ny obejrzał go starannieś niezbyt dokładnie patrzył na twarz, lecz na zewn(cid:266)trzny przepych tej wa(cid:298)nej osobyś porozmawiawszy z dusz(cid:261) uznał, (cid:298)e osoba przedstawia si(cid:266) wcale nie(cid:296)le, gdy jednak, ko(cid:276)cz(cid:261)c badanie, spojrzał na nowe błyszcz(cid:261)ce buty Piotrusia, skin(cid:261)ł z uznaniem głow(cid:261). Buty go pokonały. – Spróbuj(cid:266)! – powiedział (cid:298)yczliwie. – Niech Bóg panu zapłaci! – rzekł Piotru(cid:286) serdecznie. Wo(cid:296)ny spojrzał na niego z lito(cid:286)ciwym u(cid:286)miechem, który do(cid:286)ć wyra(cid:296)nie o(cid:286)wiadczył, (cid:298)e w tym wypadku mo(cid:298)na si(cid:266) spodziewać nagrody jedynie ze szczodrobliwej r(cid:266)ki boskiej, pozory bowiem, ol(cid:286)niewaj(cid:261)ce (cid:286)wietno(cid:286)ci(cid:261) butów, cz(cid:266)sto myl(cid:261). Piotru(cid:286) wszedł do obszernego gabinetu i ukłonił si(cid:266) energicznie jakiemu(cid:286) miłemu panu, na którego twarzy ujrzał zdziwienie. Przywykłszy do nieustannego zdziwienia na twarzy Modlewiczowej, nie przej(cid:261)ł si(cid:266) tym zbytnio. – Czego młodzieniec sobie (cid:298)yczy? – zapytał dyrektor. – Pragn(cid:266) wyjechać Wisł(cid:261) do żdyni! – rzekł (cid:286)miało Piotru(cid:286). – I po to tylko pan przyszedł, aby mi o tym oznajmić? Piotru(cid:286) drgn(cid:261)ł, po raz pierwszy w (cid:298)yciu nazwany „panem”. Je(cid:298)eli jestem „pan” – pomy(cid:286)lał – wszystko przepadło. Pocz(cid:261)ł mówić z wielkim szacunkiem, ale (cid:286)miało. wyjechać do żdyni! – Tak, panie dyrektorze! Nie (cid:286)miałbym pana trudzić, ale mi si(cid:266) bardzo (cid:286)pieszy. Ja musz(cid:266) – Wi(cid:266)c có(cid:298) z tego? Prosz(cid:266) pój(cid:286)ć do przystani, kupić bilet i pojechać. Szcz(cid:266)(cid:286)liwej podró(cid:298)y! – Źo przystani mog(cid:266) pój(cid:286)ć, ale biletu nie kupi(cid:266), bo za(cid:298)(cid:261)daj(cid:261) pieni(cid:266)dzy... – Oczywi(cid:286)cie, (cid:298)e za(cid:298)(cid:261)daj(cid:261)! – zdumiał si(cid:266) dyrektor. – A ja nie mam pieni(cid:266)dzy – rzekł Piotru(cid:286). – Luby młodzie(cid:276)cze, niech mi pan nie zawraca głowy. Czego pan wła(cid:286)ciwie chce? – Przyszedłem prosić... serdecznie prosić, aby mnie pan kazał przewie(cid:296)ć, a ja zapłac(cid:266) moj(cid:261) prac(cid:261). Wszystko mog(cid:266) robić... Jestem silny... Źyrektor wzruszył niecierpliwie ramionami. – Nie mo(cid:298)emy robić takich interesów. Bardzo mi przykro, ale nie mo(cid:298)emy. Na statku (cid:298)adnej pracy pan nie znajdzie, gdy(cid:298) od tego s(cid:261) stali robotnicy. Naprawd(cid:266) mi przykro... Źo widzenia, młody panie... Piotru(cid:286) opu(cid:286)cił głow(cid:266) i bardzo zrobiło mu si(cid:266) smutnoś chciał uczynić pierwszy krok i utkn(cid:261)ł na brzegu a statek odjechał. Nie odszedł, bo jeszcze musi co(cid:286) powiedzieć. I mówiŚ – A Jim Cader, prosz(cid:266) pana dyrektora, popłyn(cid:261)ł za darmo z Singapuru do San Żrancisco... To troch(cid:266) dalej ni(cid:298) z Warszawy do żdyni. Źyrektor spojrzał na niego, nie rozumiej(cid:261)c. – Jaki Jim Cader? Piotru(cid:286) o(cid:298)ywił si(cid:266) i tłumaczył szybkoŚ – Jim został sam w Singapurze, bo jego rodzice umarli, a w San Żrancisco mieszkała jego ciotka. Poszedł do kapitana wielkiego okr(cid:266)tu i opowiedział mu o wszystkim. Powiedział mu, 11 (cid:298)e w Singapurze umrze z głodu, a je(cid:286)li go zabior(cid:261) na okr(cid:266)t, b(cid:266)dzie pracował za dziesi(cid:266)ciu i kapitan go zabrał. Czy pan dyrektor nie czytał »Przygód Jima Cadera«? To dziwne, bo to (cid:286)liczna ksi(cid:261)(cid:298)ka. Źyrektor podniósł si(cid:266) z krzesła i zbli(cid:298)ył do Piotra. Spojrzał na niego uwa(cid:298)nie, spotkawszy za(cid:286) czyste, jasne i (cid:286)miałe wejrzenie u(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266). – Nie czytałem tej ksi(cid:261)(cid:298)ki – mówił łagodnie. – Czy ty, chłopcze, jeste(cid:286) taki Jim Cader? – Tak, panie... Ja te(cid:298) jestem sam... W żdyni nie mam ciotki, ale tam jest morze, a nad – Albo łatwiej, albo trudniej. Usi(cid:261)d(cid:296) no tutaj, młody człowieku, i powiedz mi wszystko o morzem łatwiej o prac(cid:266). sobie. mo(cid:298)liwe? – Mo(cid:298)e pan nie ma czasu? – Wszystko jedno... żadaj, chłopcze, byle krótko! Piotru(cid:286) usiadł nie(cid:286)miało i pocz(cid:261)ł opowiadać krótkie dzieje krótkiego swego (cid:298)yciaŚ o swoim sieroctwie, o dalekich podró(cid:298)ach „na niby”, o przeczytanych ksi(cid:261)(cid:298)kach, o szkole i przyjaciołach, którzy go (cid:298)egnali, o butach i o koszulach. – Niech pan pomy(cid:286)li – doko(cid:276)czył – co bym im powiedział, gdybym nie pojechał. Czy(cid:298) to – Tak, tak to niemo(cid:298)liwe! – za(cid:286)miał si(cid:266) dyrektor, ale jako(cid:286) dziwnie serdecznie. – Wi(cid:266)c pojedziesz, drogi chłopcze, pojedziesz... Ja te(cid:298) kiedy(cid:286), bardzo dawno... Ale to wszystko jedno! Źzielnie si(cid:266) bierzesz do rzeczy i da Bóg, (cid:298)e nie zginiesz. Na imi(cid:266) ci Piotru(cid:286), czy tak? – Tak! – odrzekł rozrzewniony chłopiec. – NazwiskoŚ Korecki. – Kto ci powiedział, (cid:298)eby(cid:286) si(cid:266) zwrócił do mnie? – Nikt. Pomy(cid:286)lałem, (cid:298)e pan rz(cid:261)dzi Wisł(cid:261), a Wisła płynie do morza. – Temu nie mo(cid:298)na zaprzeczyć, przynajmniej wszyscy tak mówi(cid:261) – (cid:286)miał si(cid:266) dyrektor. – – Zaraz! – To cokolwiek niemo(cid:298)liwe, bo musiałbym ci dać osobny okr(cid:266)t. Pojedziesz jutro rano, o Kiedy chcesz jechać? dziewi(cid:261)tej. – Źzi(cid:266)kuj(cid:266) panu – rzekł Piotru(cid:286) z m(cid:266)sk(cid:261) powag(cid:261). – Co mi pan ka(cid:298)e robić na okr(cid:266)cie? – Uwa(cid:298)aj, aby(cid:286) nie zabł(cid:261)dził i płyn(cid:261)ł wprost do żda(cid:276)ska. Nic innego robić nie b(cid:266)dziesz. Pojedziesz statkiem towarowym. Poczekaj chwil(cid:266)! Źyrektor usiadł przy biurku i pisał szybko. – Ten list oddasz kapitanowi statku „Jagiełło”. Wszystko w porz(cid:261)dku. Źaj r(cid:266)k(cid:266), chłopcze... B(cid:261)d(cid:296) zdrów, Jimie Cader! Piotru(cid:286) wahał si(cid:266) przez chwil(cid:266), potem powiedział cichoŚ – Czy... czy pan pozwoli, abym pana u(cid:286)ciskał? – Wal, bracie! – zawołał wesoło dyrektor obj(cid:261)wszy chłopaka serdecznie. – Jeste(cid:286) pierwszym pasa(cid:298)erem, który mnie (cid:286)ciska. B(cid:261)d(cid:296) zdrów, b(cid:261)d(cid:296) zdrów... Patrzył za Piotrusiem z rozrzewnieniem w oczach, z dobrym u(cid:286)miechem na twarzy. Po chwili telefonowałŚ – Zgłosi si(cid:266) do pana młody chłopiec... Tak, z listem... Niech pan wszystko uczyni, aby mu było dobrze... Chłopiec jak złoto... Kocha morze i jedzie na jego zdobycie... Tak, tak! Przejazd, jedzenie, wszystko za darmo... O, ja wiem, (cid:298)e si(cid:266) pan nim zajmie... Źzi(cid:266)kuj(cid:266), dzi(cid:266)kuj(cid:266)... (cid:297)e co? (cid:297)e jestem wzruszony? Zdaje si(cid:266) panu... Źo widzenia! Nazajutrz, o (cid:286)wicie (cid:298)egnał si(cid:266) Piotru(cid:286) z Modlewiczami. Źzie(cid:276) był słoneczny, bo na liszajach straszliwego muru l(cid:286)niły złote odblaski i szybko gasły dotkn(cid:261)wszy rzeczy plugawej. Wszyscy wstali o (cid:286)wicie i chmurnym spojrzeniem wodzili za Piotrusiem, który w małej walizeczce układał swoje rzeczy. Czynił to z dr(cid:298)eniem r(cid:261)k. I głos mu zadr(cid:298)ał, kiedy mówiłŚ – Niech te ksi(cid:261)(cid:298)ki zostan(cid:261) u was... B(cid:266)dziecie mnie pami(cid:266)tali... 12 – My b(cid:266)dziemy zawsze pami(cid:266)tali – powiedział Modlewicz. Po(cid:298)egnanie odbyło si(cid:266) szybko, jak gdyby wszyscy l(cid:266)kali si(cid:266), (cid:298)e jakie(cid:286) łzy wytrysn(cid:261) z zasypanego (cid:296)ródła. Modlewiczowa uczyniła znak krzy(cid:298)a nad głow(cid:261) chłopca, a stary robotnik powiedział twardoŚ – Czas na ciebie. I odwrócił si(cid:266) czym pr(cid:266)dzej. Piotru(cid:286) szedł powoli, jakby d(cid:296)wigał wielki ci(cid:266)(cid:298)arś obejrzał si(cid:266) kilka razy, ale nikt za nim nie wyszedł. Mogło si(cid:266) zdarzyć, (cid:298)e albo w nich si(cid:266) co(cid:286) załamie i try(cid:286)nie z nich taki krzyk jak struga serdecznej krwi i zatrzymaj(cid:261) go, albo te(cid:298) w jego chłopi(cid:266)cej duszy zbudzi si(cid:266) taki wielki (cid:298)al za tymi lud(cid:296)mi, (cid:298)e czym pr(cid:266)dzej do nich powróci. – B(cid:261)d(cid:296) dzielny, b(cid:261)d(cid:296) dzielny! – mówił sam do siebie. Na przystani, u podnó(cid:298)a Zamku Królewskiego, ujrzał statek z napisemŚ „Jagiełło”. żdy Piotr zbli(cid:298)ył si(cid:266) do brzegu, otoczył go krzykliwy zgiełk, z którego czasem wytryskiwał dono(cid:286)ny okrzyk człowieka d(cid:296)wigaj(cid:261)cego ci(cid:266)(cid:298)ar. Woda chlupała miarowo o cembrowin(cid:266) brzegu, mokrym, zachłystuj(cid:261)cym si(cid:266) głosem bełkoc(cid:261)c wci(cid:261)(cid:298) to samo. Rzek(cid:261) płyn(cid:266)ło roztopione sło(cid:276)ce, jak złocista oliwa wylana na wod(cid:266). żdzie(cid:286) za mostem buczał astmatycznym głosem statek pn(cid:261)cy si(cid:266) pracowicie i ci(cid:266)(cid:298)ko dysz(cid:261)c w gór(cid:266) rzeki. Piotru(cid:286) wszedł (cid:286)miało na pokład „Jagiełły”, trzymaj(cid:261)c list w r(cid:266)ku. Zdumiał si(cid:266), gdy młody marynarz, ujrzawszy go, krzykn(cid:261)ł do kogo(cid:286) na statkuŚ – Nasz chłopak przyszedł! – Źawać go tutaj! – odkrzykn(cid:261)ł głos. Stan(cid:261)ł przed człowiekiem w mundurze marynarskim, szurn(cid:261)ł nogami na powitanie jak przed profesorem w szkole i podał mu list. Kapitan czytał jednym okiem list, a drugim, zdawało si(cid:266), pilnie mu si(cid:266) przygl(cid:261)dał. – W porz(cid:261)dku! – rzekł kapitan. – Za dziesi(cid:266)ć minut jedziemy. – Czy mog(cid:266) tu pozostać? – zapytał Piotru(cid:286). – Oczywi(cid:286)cie! Czy chcesz po(cid:298)egnać Warszaw(cid:266)? – Tak jest, prosz(cid:266) pana kapitana. Nie wiem, kiedy j(cid:261) znowu zobacz(cid:266). Odcumowano statek, który zahuczał rozgło(cid:286)nie, jakby chciał całej Wi(cid:286)le oznajmić, (cid:298)e sam „Jagiełło” zmierza w dół rzeki. Zatoczył wielkie półkole i bij(cid:261)c szerokimi łapami kół o wod(cid:266) szukał gł(cid:266)bi i wielkiego nurtu. Siadł na jego grzbiecie i płyn(cid:261)ł sapi(cid:261)c odmierzonym oddechem. Piotru(cid:286) si(cid:266)gn(cid:261)ł ostatnim spojrzeniem w stron(cid:266) ulicy Źobrej – och, jak(cid:298)e dla niego dobrej! – i poczuł, (cid:298)e serce jego bije silniej. Musi tak bić. Piotru(cid:286) jest na szerokiej drodze, która wiedzie w nieznane. Źok(cid:261)d go zawiedzie ta woda chłodna i oboj(cid:266)tna, wal(cid:261)ca z niezłomnym uporem przed siebie, nieczuła na to, czy niesie kawał drewna, czy serce człowieka? Jest to wielka woda, pracuj(cid:261)ca bez chwili spoczynku od zarania (cid:286)wiata, wi(cid:266)c nie obchodz(cid:261) jej sprawy tak drobne jak pył. Ona ma napoić ziemie nadbrze(cid:298)ne, obdarować je zielonym (cid:298)yciem i wlać w zachłann(cid:261), przeogromn(cid:261) gardziel morza swoje wody (cid:296)ródlane i roztopione (cid:286)niegi. Jest to wielka rzeka, matka rzek, dostojna i jakby siwa. Toczy si(cid:266) jej nurtem odwieczna zgryzota, aby w niej wód nie zabrakło, tak jak (cid:298)ywej krwi w człowieku, wi(cid:266)c zbiera po drodze i zagarnia w siebie rzeki-córki i strumienie-synów swoich, syci si(cid:266) ich biał(cid:261) krwi(cid:261), p(cid:266)cznieje ich bogactwem i ro(cid:286)nie. Ka(cid:298)da kropelka wody jest dla niej bezcenna, a wci(cid:261)(cid:298) si(cid:266) trwo(cid:298)y, (cid:298)e sło(cid:276)ce, co spieczone ma usta, wypije j(cid:261) do dna. żna przeto szybko przez puste połacie, niczym nie ochronione przed sło(cid:276)cem, zdyszana i wartka, byle si(cid:266) czym pr(cid:266)dzej dostać pomi(cid:266)dzy rozchwiane (cid:286)ciany lasów, w gł(cid:266)boki cie(cid:276), co z nich spełza zimny i siny. Wie o sobie, (cid:298)e jest karmicielk(cid:261) tych szerokich ziem, co padły na twarz i pij(cid:261) z niej spragnioneś (cid:298)e bez niej uschn(cid:261) lasy, pokrusz(cid:261) si(cid:266) d(cid:266)by i scze(cid:296)nie bezbronne, wiotkie zbo(cid:298)e. Oto niski brzeg przypadł ku niej i czołga si(cid:266) pokornie, jak spragniony pies. Pij, pij aby(cid:286) nie zmarniał i aby(cid:286) (cid:298)ył w zielono(cid:286)ci! Oto człowiek bie(cid:298)y ku niej, pochyla si(cid:266) i nabiera w dłonie wody pomieszanej z odbitym bł(cid:266)kitem. Pij, pij, aby(cid:286) miał siły i mógł orać ziemi(cid:266). Cała wielka 13 ziemia, szeroka i daleka, tuli si(cid:266) do niej, do rzeki błogosławionej, co si(cid:266) cudem bo(cid:298)ym w ka(cid:298)dej odnawia sekundzie, jak krew. Czym(cid:298)e jest ta rzeka Wisła, je(cid:286)li nie (cid:298)ył(cid:261) niezmiern(cid:261), któr(cid:261) krew kr(cid:261)(cid:298)y nieustannie? Od lat tysi(cid:266)cy, od owych czasów, kiedy pierwszy dzie(cid:276) rozkwitł na ziemi jak blady krokus, szukał sobie drogi ten nurt nieust(cid:266)pliwy, od wiatrów zwiedziawszy si(cid:266), w której stronie (cid:286)wiata szumi czekaj(cid:261)ce na niego morze. O tej rzece zasłyszały stworzenia (cid:298)ywe i zacz(cid:266)ły brn(cid:261)ć przez lasy i bory, bo tam, gdzie ona jest, tam tryska z ziemi siła rodz(cid:261)ca i (cid:298)ycie ro(cid:286)nie pot(cid:266)(cid:298)nym pniem, wysokie i mocne. Ludzie, którzy j(cid:261) znale(cid:296)li w mrokach puszcz, osiedli na jej brzegach, mówi(cid:261)cŚ – „B(cid:266)dziemy tu mieszkali na wieki wieków. Błogosław nam, rzeko!” – Umierali i rodzili si(cid:266) nowi, a ona trwała, wieczysta. Ci za(cid:286), co umierali, nakazywali swoim synom, aby miłowali rzek(cid:266). Źlatego wszyscy, co si(cid:266) nad ni(cid:261) narodzili, miłuj(cid:261) j(cid:261) i zawsze b(cid:266)d(cid:261) miłować do sko(cid:276)czenia (cid:286)wiata. W tej chwili d(cid:296)wiga ona statek lekko i bez wysiłku. Ud(cid:296)wignie takich statków niezmierne mnóstwo, je(cid:286)li b(cid:266)dzie trzeba. Płynie powoli, mijaj(cid:261)c Zamek Królewski i s(cid:266)dziwe Stare Miasto tak w niej odbite, jak w sp(cid:266)kanym zwierciadle. Piotru(cid:286) patrzy roziskrzonym wzrokiem na wysoki brzeg, na którym wieki budowały dla siebie ko(cid:286)cioły i domy. Sło(cid:276)ce pra(cid:298)y dachy i o(cid:286)lepiaj(cid:261)c(cid:261) strug(cid:261) leje si(cid:266) po ich pochyło(cid:286)ciach. Ponad nimi wytrysn(cid:266)ła biał(cid:261) chmur(cid:261) gromada goł(cid:266)bi, co si(cid:266) zaperliły przez moment jak krople z fontanny a(cid:298) pod niebo bij(cid:261)cej, zaró(cid:298)owiły w słonecznym pyle i opadły gdzie(cid:286) daleko. Na rzece jest szeroko i jasno. Nie ma ju(cid:298) tego straszliwego muru, co zasłania (cid:286)wiat cały biednym ludziom z ulicy Źobrej. Od rzeki wieje chłód rze(cid:296)wy i mokry. Miasto cofa si(cid:266) szybko, a po chwili niknie z oczu, nurt bowiem nagłym rzutem zatoczył si(cid:266) w bok ku zielonemu brzegowi zwisaj(cid:261)cemu ku wodzie. Jaki(cid:286) czar padł na chłopi(cid:266)c(cid:261) dusz(cid:266)Ś niewidzialnym oparem podniósł si(cid:266) znad rzeki, obmył mu oczy i „załaskotał dusz(cid:266) tak tajemnie”, (cid:298)e si(cid:266) poczuła jaka(cid:286) szersza, mocniejsza, gotowa do p(cid:266)du i do lotu. W gł(cid:266)bokiej wodzie gł(cid:266)boka mieszka tajemnica. Czasem w jednym (cid:286)wietlistym błysku, jak w rozbły(cid:286)ni(cid:266)ciu błyskawicy, ukazywała si(cid:266) na kartach tych przedziwnych ksi(cid:261)(cid:298)ek, które Piotru(cid:286) pochłon(cid:261)ł, pełnych morza i wichruś w tej chwili całym sob(cid:261) czuje dobrotliw(cid:261) łask(cid:266) wielkiej wodyś otacza go ona swoim szerokim rozlewem, woła, n(cid:266)ci, wita przyja(cid:296)nie, szemrze łagodnie i złotym u(cid:286)miechem, co ta(cid:276)czy na fali, do niego si(cid:266) u(cid:286)miecha. Chłopiec patrzy na wielk(cid:261) powag(cid:266) matki polskich rzek z tkliwo(cid:286)ci(cid:261) nagle zbudzon(cid:261). – Patrz, patrz, chłopcze, bo to (cid:286)liczne! – przemówił kto(cid:286) do niego kład(cid:261)c mu r(cid:266)k(cid:266) na ramieniu. Był to kapitan. Zacz(cid:261)ł mu opowiadać o Wi(cid:286)le, na której znał ka(cid:298)d(cid:261) gł(cid:266)bin(cid:266) i ka(cid:298)d(cid:261) płycizn(cid:266), wszystkie pr(cid:261)dy i wiry, mielizny i łachy. Kochał t(cid:266) „swoj(cid:261)” wod(cid:266) i wszystko, co rosło na jej brzegach. Rosły na nich stare grody i omszałe miasta, twierdze czuwaj(cid:261)ce na najwi(cid:266)kszej polskiej drodze. Jak długo dzie(cid:276) złocił si(cid:266) na wodzie, Piotru(cid:286) patrzył zachłannymi, głodnymi oczami na wszystko. Po nocy, chlupoc(cid:261)cej i rozkołysanej na wi(cid:286)lanej fali, pierwszy był na pokładzie i jak gdyby now(cid:261) ujrzał rzek(cid:266). Cała była zlana czerwono(cid:286)ci(cid:261) ogromnego sło(cid:276)caŚ tak na niej było purpurowo, jakby wszystka krew, wylana w bojach o t(cid:266) rzek(cid:266) (cid:298)yciodajn(cid:261), pojawiła si(cid:266) na wodzie. W nabrze(cid:298)nych l(cid:266)gach pasły si(cid:266) ci(cid:266)(cid:298)kie, sennie snuj(cid:261)ce si(cid:266) mgły, jak niezmierne stado białych krów, lecz wiatr ju(cid:298) je zganiał i precz p(cid:266)dził, jak pasterski, gorliwy w słu(cid:298)bie pies. Nie min(cid:266)ła chwila, a rzeka ju(cid:298) była odmieniona. Żala z purpurowej stała si(cid:266) bladoró(cid:298)owa, po czym zacz(cid:266)ła srebrzeć, bledn(cid:261)c, ja(cid:286)nieć, wreszcie zbł(cid:266)kitniała wszystka, gdy(cid:298) niebo było przeczy(cid:286)cie bł(cid:266)kitne. Tylko wody pobrze(cid:298)ne miały barw(cid:266) gł(cid:266)boko zielon(cid:261), spłyn(cid:266)ła w nie bowiem g(cid:266)sta, zbita ziele(cid:276) z chaszczów. Czasem zerwał si(cid:266) spo(cid:286)ród nich przel(cid:266)kły ptak i zapadał niedalekoś czasem wzbił si(cid:266) spo(cid:286)ród nich chybotliwy, gorzko pachn(cid:261)cy słup dymu. Znowu jeden dzie(cid:276) popłyn(cid:261)ł z wod(cid:261), jak złotem nakrapiana ryba i znowu noc bez szelestu zarzuciła sieci w wod(cid:266), aby z nich wyłowić utopione gwiazdy. Piotru(cid:286) chciał czuwać, lecz 14 oczy mu si(cid:266) kleiły. Tak były pełne widoków srebrnych i bł(cid:266)kitnych, szerokich i radosnych, rzeczywistych i odbitych w wodzie, (cid:298)e ju(cid:298) nie mogły pomie(cid:286)cić ich wi(cid:266)cej. Jeszcze nigdy nie widziały tyle od razu. Patrzył długo na dr(cid:298)(cid:261)ce w rozpluskanej wodzie pale (cid:286)wietliste, wbite w dno rzeki, w które słupem wbijało si(cid:266) ka(cid:298)de nadbrze(cid:298)ne (cid:286)wiatełko, wreszcie wszystko zacz(cid:266)ło m(cid:266)tnieć, chwiać si(cid:266) i tak kołysać, (cid:298)e niebo dotykało powierzchni wody. Piotru(cid:286) usn(cid:261)ł siedz(cid:261)c na jakim(cid:286) nap(cid:266)czniałym worku, co si(cid:266) nagle zmienił w zaczarowany dywan bagdadzki, na którym latali perscy czarnoksi(cid:266)(cid:298)nicy, po chwili bowiem opu(cid:286)cił go(cid:286)cinny pokład „Jagiełły” i znalazł si(cid:266) na osmolonym i krwi(cid:261) zbryzganym „Koniu Morskim”, nios(cid:261)cym skarby z Portobelo, zrabowane Hiszpanom. Niechlujny kapitan Żlint spojrzał na niego krwi(cid:261) nabiegłymi oczami i zakrzykn(cid:261)łŚ – Sk(cid:261)d si(cid:266) tu wzi(cid:261)łe(cid:286)? Źaj mi rumu! Ochrypłe, pijackie i szorstkie, jak ry(cid:298)owe szczotki, głosy piratów wykrzykiwały nieprzytomne słowa. Rudy jak płomie(cid:276), (cid:286)mieszny chłopak, Mac Źarby, gwizdn(cid:261)ł ze zdumienia, spojrzawszy na nowe (cid:286)wietne buty Piotrusia i tr(cid:261)cił go kułakiem w bok. Piotru(cid:286) zbudził si(cid:266) dotkni(cid:266)ty jak(cid:261)(cid:286) r(cid:266)k(cid:261) i chciał uciec, ale łagodny głos przemówił do niegoŚ – Miałe(cid:286) niespokojne sny, Piotrusiu! Zbud(cid:296) si(cid:266), trzeba zobaczyć... Chłopak zerwał si(cid:266) i nie wiedział, co si(cid:266) z nim dzieje. Posłyszał gło(cid:286)ne mlaskanie wody, a dookoła mnóstwo dr(cid:298)(cid:261)cych (cid:286)wiateł. Ostry wiatr, dziwnie pachn(cid:261)cy, jakby przenikni(cid:266)ty zapachem smoły, uderzył go z nagła w twarz. Oprzytomniał od razu i zapytał kapitanaŚ – Co to tak (cid:286)wieci, prosz(cid:266) pana? – Źiament wyłupiony z polskiej korony – rzekł kapitan z powag(cid:261). – żda(cid:276)sk. – żda(cid:276)sk! – szepn(cid:261)ł chłopiec. – Tak. Jutro jednak zobaczysz perł(cid:266), któr(cid:261) wprawili(cid:286)my na miejsce diamentuŚ zobaczysz żdyni(cid:266)... – dodał kapitan z dr(cid:298)eniem w głosie. III Nikt i nigdy nie zapomni tej chwili, w której po raz pierwszy ujrza
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wielka brama
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: