Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00279 005831 11247524 na godz. na dobę w sumie
Wihajster do godki. Lekcje śląskiego - ebook/pdf
Wihajster do godki. Lekcje śląskiego - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Agora Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-268-2004-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> naukowe i akademickie >> literaturoznawstwo, językoznawstwo
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Ponieważ urodziła się Szmatlochom przed świętami Bożego Narodzenia, dostała na imię Barbórka. Jej babcia Berta, zamiast pomagać przy porodzie, cały dzień spędziła w kościele. Prosiła Pana Boga, żeby jej wnuczka nie miała urodzin tego samego dnia, co Stalin, bo byłaby gańba, czyli wstyd.
W jej rodzinnym domu, i między swoimi, godało sie po śląsku, a przy obcych mówiło czysto po polsku. Po śmierci rodziców Basia sie kapła, czyli zauważyła, że nie ma już z kim pogodać. Zaczęła spisywać to, co zapamiętała ze świata swojego dzieciństwa: o bonbonach na choince, zapachu kuchni, śląskim jedzeniu, o karlusach, którzy się jej podobali... 
Jej opowieści pisane gwarą (i od razu zgrabnie tłumaczone) zostały zebrane w książce „Wihajster do godki. Lekcje śląskiego”. 
A jeśli ktoś powie, że to takie hasie, szkło i bele co, to nie będzie miał racji. Bo to piękna, mądra, nostalgiczna, ale i zabawna opowieść o Śląsku, którego już nie ma, a który wielu z nas wciąż pamięta. 
Od kilku miesięcy Barbarę Szmatloch można oglądać na stronie www.katowice.wyborcza.pl w filmach, które towarzyszą jej opowieściom. I choć Basia zarzeka się, że „żodno z niej szałszpilerka”, to nie wierzcie. W ciągu krótkiego czasu zyskała wielkie grono wielbicieli.


Alicja Knast - dyrektor Muzeum Śląskiego w Katowicach o książce:

Zbiór opowieści Wihajster do godki Barbary Szmatloch pięknie pokazuje, że niektórych zjawisk ze świata Górnego Śląska nie da się przekonująco opowiedzieć w języku polskim. Bo jak wytłumaczyć komuś, co to są fizymatenta czy wihajster… 
Psycholingwiści spierają się, jak akwizycja języka i aparat pojęciowy wpływają na nasze działania, ale my na Górnym Śląsku wiemy jedno: fenomenu godki śląskiej nie da się sprowadzić do skodyfikowanego systemu znaków graficznych czy fonemów. Jest to fascynujący świat, którego poznanie możliwe jest przez zanurzenie się w nim. Pomiędzy sylabami czy głoskami zawarte są zapachy, dźwięki, dwuznaczności, mrugnięcia okiem, duża doza ironii i autoironii, a także coś, co na Wyspach Brytyjskich nazywane jest understatement, a w godce śląskiej jest wszechobecne i nie ma nazwy.
Moim zdaniem nie jest prawdą, że oznacza to brak przebojowości Ślązaków – jak powszechnie się uważa – ale coś dokładnie odwrotnego: dumę i radość ze zrozumienia tego świata, a książka Barbary Szmatloch jest tego dobitnym przykładem. Mam również nadzieję, że jest wyzwaniem i zachętą dla tych, którzy do tej pory uważali, że godki śląskiej nie da się poznać czy nauczyć.
Terozki bydymy wszyjscy godać po ślonsku na cołki karpyntel!

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Barbara Szmatloch Wihajster do godki. Lekcje śląskiego Redakcja: Dariusz Kortko Korekta: Grażyna Kwiek Fotoedycja: Marta Błażejowska Realizacja projektu: katowicka redakcja „Gazety Wyborczej” i Muzeum Śląskie Projekt graficzny okładki, konsultacje graficzne layoutu, dobór zdjęć: Krzysztofa Frankowska-Piechowicz Projekt graficzny i skład: OTOFOTO – www.otofoto.info Wydawca: Agora SA, ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa Dyrektor Wydawniczy: Małgorzata Skowrońska Redaktor Naczelny katowickiej redakcji „Gazety Wyborczej”: Dariusz Kortko Koordynacja projektu: Agnieszka Placek © Copyright by Barbara Szmatloch 2017 © Copyright by AGORA SA 2017 Wszelkie prawa zastrzeżone Warszawa 2017 ISBN 978-83-268-2004-5 Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty. Szanujmy cudzą własność i prawo! Polska Izba Książki Główny partner wydania: 4 Wihajster do godki. Lekcje śląskiego 7 Wstęp – Śląska historia powszednia 15 Skond my sie wziyni? 18 Za dwoje do starzikow 21 Kasper Ololo idama zpersilu 25 Dostać po dzióbie idać dzióbka 28 Chlyb pod klucym ikropelnicka 31 Przi kachloku iżeleźnioku 34 Prawo do myrtowego wionka 39 Kaj sie podzioł Skarbnik? 43 Mocie już wyszpanowane gardiny? 46 Z waszkorbym do walkownie 51 Pelcmantle, pelise ićićiki 54 Betlyjka wpupynsztubie 58 Winszowanie na bezrok 62 Brzynkadła idiobelske krzipki 65 Jak sztajgłach na fi cywyrtka 68 Na wancki, szwoby iinksze choroby 71 Elwry ibiydaszybikorze 74 Kożdy majster mo wihajster 77 Gromnicka iściskanie garła 80 Dzióbki, kusiki ihandkuse 83 Świynto krepla 87 Starki, mamulki ifrelki 90 Popielec ipragliwy werbus 94 Fto jes fto wfotoalbumie? 98 Uciecha zboznow 103 Palma izmaraszony kołoc 107 Niy lyj sie żurym 110 Mieć cips na zołlajery 113 Ćipki ikulanie jajec 117 Egzekucjo marzanny imarzanioka 5 Barbara Szmatloch Spis treści 121 Na pomp, borg abo heft 125 Nojwiyncy larma robiył szlagcojg 129 Kożdy bajtel nosi szajtel 132 Mlyce, mlycoki ikokoci galoty 134 Jak Ziguś komunio przepasowoł 137 Fany imojiki 140 Gywery, fl inty, rebuliki iluftbikse 143 Anproba uszwocki 146 Smak kiszki ihałskyjzy 149 Yjzle, ynty iyntki 151 Jaki potek, taki skrzotek 155 Szizbuda, makrony iplacpatrony 157 Pońć zgrochym wszczewikach 161 Zwyrtne karluse iołbajny 164 Hica, hicwele iblicablajtry 167 Szlomkryjda, zokel ichlebowe kulki 170 Gyburstag, gybis isznuptabacka 173 Ćućmok ibezdzietny łojciec 176 Sandwicz, czyli klapsznita zbajlagom 179 Formetla, cypelmyca iornklapy 183 Tyta, pukeltasza i… Galotaria 187 Szlachtowanie wieprzka, leber ileberka 189 Kronżanie kapusty ibruszynie brzitwy 192 Szkubanie piyrza ifyjderbal 196 Sziber, szpryca iszlafmyca 199 Dwie siykyrki ilajhynwagyn 203 Geltag, pynzyjo, uwalit ibiksyngelt 206 Coby sie niy zmyszyć 210 Rapsiki Eliasz iPistulka 214 Zacynomy sie asić „Pamiątka” z lotniska 7 Barbara Szmatloch Wstęp Śląska historia powszednia Zaczyna się ona wczasach, które przeżyli izapamiętali moi najbliżsi. Izdążyli mi onich opowiedzieć. Historia poskładana ze wspomnień, pożółkłych dokumentów iwypłowiałych fotografi i. Długo skrywana iprawie już zapomniana. Na początku ubiegłego wieku, wpodkatowickiej górniczej osadzie, żyło obok siebie dwóch Ślązaków. Starszemu było Paul, amłodszemu Jorg. Obaj pokończyli niemieckie szkoły. Wdomu Paula mówiono po niemiecku, uJorga zaś godało sie po ślonsku. Paul, człek stateczny, gminny „byamter” (urzędnik), mieszkał wwilli, miał służącą, awnie- dzielę zrodziną wkościele wdrugiej ławce siadał. Zaś wwolnych chwilach grał wkarty. Jorg był kowalem irobił na „grubie” (kopalni). Mieszkał wfamiloku, wkościele stawał za fi larem, awwolnych chwi- lach przygrywał sobie na klarnecie. Ale wletnie wieczory, podob- nie jak Paul, siadywał wpobliskim ogródku piwnym „Drei Glocken”. Czasem rozmawiali zesobą opogodzie. Jak równy zrównym. Bóg, honor, Ojczyzna Gdy wybuchło Iśląskie powstanie, Jorg, jako że był za młody, by wziąć „fl inta” (strzelbę) do ręki, pilnował jakichś magazynów, śle- dził jakichś ludzi. Potem spokojnie wrócił na gruba, bo jako powsta- niec niewybitny nawet do Sosnowca nie musiał zinnymi uchodzić. WII powstaniu, nim wiadomość ojego wybuchu do niego dotarła – jak to sie unos godo, było już „po ptokach” (po wszystkim, za późno). Paul, który się nawet zmiejsca nie ruszył, patrzył na niego spode łba. J e d n o s t k a P o c z t y P o l o w e j n r . L 21 9 8 7 L g . P . A . W r o c ł a w P o r o c z n e j s ł u ż b i e w   r a m a c h K a m p a n i i W s c h o d n i e j p r z y z n a j e s i ę t o w a r z y s z o w i z   L o t n i c z e j G r u p y T e c h n i c z n e j O . U . , d n i a 5 . 8 . 1 9 4 2 w u z n a n i u z a d o b r ą p r a c ę i   d o b r e s p r a w o w a n i e . G e o r g O k o n G ł ó w n y i n ż y n i e r l o t n i c z e j g r u p y t e c h n i c z n e j i k i e r o w n i k t e c h n i c z n y Z a r c h i w u m a u t o r k i 8 Wihajster do godki. Lekcje śląskiego Wiadomo przecież było, że gdyby mu się chciało, stanąłby po przeciw- nej stronie barykady. Ijak „łońskego” (zeszłego) roku, tak iteraz późną jesienią siadali przy piwie irozmawiali. Jak równy zrównym. No prawie. Bo zaczęły się rozmowy inne – oplebiscycie, następnym powstaniu iWojciechu Korfantym. Ale itak każdy znich wiedział swoje. Jorg czytał „Kocyndra”, aPaul „Pierona”. Gdy więc 20 marca 1921 roku poszli „zawelować” (zagłosować), zrobili to podług swojego sumie- nia. Potem ogródek piwny opustoszał, bo ludzie mieli co innego na głowie. Wwolnych chwilach Jorg nie grał już na klarnecie, ale wkuźni naprawiał poniemieckie fl inty, awnocy zakopywał je wlesie. Paul także nie grał już wkarty, często gdzieś wyjeżdżał, apo nocach prze- glądał jakieś papiery. Polscy Ślązacy zmówili się kiedyś, by podczas niedzielnej mszy świę- tej, odprawianej po niemiecku, wejść na chór izaśpiewać polską pieśń patriotyczną. Chcieli, by poszedł znimi iJorg, Polak zklarnetem. On jednak odmówił. Nawet zNiemcami wkościele walczyć, jego zda- niem, nie uchodziło. Wszak Bóg był na pierwszym miejscu, aOjczyzna dopiero na trzecim. Polska bieda Gdy Korfanty dał rozkaz iwybuchło III powstanie, sąsiedzi stanęli po przeciwnej stronie barykady. Jorg wyjął zszafy klarnet idołączył do orkiestry, która odprowadzała chłopców, co szli do powstania. Ogarniał go coraz większy zapał, aż całkiem zapomniał, że miał do domu wró- cić przed wieczorem. Przecież matka nawet nie pobłogosławiła go na drogę. Gdy dotarł pod Górę Świętej Anny, ktoś dał mu powstańczą opa- skę, ktoś kazał naprawić silnik wpancernym wozie. Przespał się woko- pie, arano, zamiast klarnetu, wziął do ręki karabin iani się obejrzał, jak został śląskim powstańcem. Nie wybitnym, ale dzielnym. Bez ran iorderów wrócił na gruba. Wrócił też Paul, który przesiadywał gdzieś po niemieckiej stronie. Czekali. Bo co do nich należało, każdy już zrobił. Gdy wczerwcu 1922 roku przyszła tu Polska, Jorg upił się zradości, aPaul ze zgryzoty. Ale wich życiu niewiele się zmieniło. Jorg, już jako 9 Barbara Szmatloch Wstęp Jerzy, dalej robił na grubie, ożenił się izamieszkał winnym familoku. Jak stracił pracę, dostał „wsparcie” (zapomogę) dla bezrobotnych – 7 złotych na tydzień. Dobrze, że żona miała kawałek pola. Ale co Jerzy, powstaniec szeregowy, mógł poradzić, skoro ici, którzy Virtuti Militari za powstania mieli, bez pracy byli. Paul, teraz Paweł, jak dawniej pra- cował na gminie, mieszkał wtej samej willi, miał tę samą służącą idalej mówił po niemiecku. Do kościoła chodził zrodziną na nie- mieckie msze. Ale gdy Jerzy dorobił jakiś grosz izaszedł do piwnego ogródka, który nazywał się teraz „Trzy Dzwonki”, siadał obok Pawła. Rozmawiali ze sobą bez nienawiści, ale każdy zodrobiną żalu – Jerzy, że wtej Polsce jakoś mu się nie wiedzie, aPaweł, że choć czuje się jak usiebie, to usiebie nie jest. Obrączki w żeleźnioku Ich dzieci chodziły do tej samej szkoły, żony do tego samego „kon- zomu” (sklepu) itylko latem, gdy Paweł zabierał swą rodzinę do wód, Jerzego żal ściskał, że jego córka nie może pojechać nawet na kolonie. Związek powstańców też wybrał niewłaściwy. On, korfanciorz, był bez szans na jakiekolwiek profi ty. Bo wtedy ci od Grażyńskiego dostawali ordery ikoncesje na trafi ki. Wkońcu sprzedał żonine pole, fortepian po ojcu izaczął budować warsztat. Chciał nawet kupić ciężarówkę, ale pewnego ranka okazało się, że pieniądze to miał wczoraj, iteraz to może sobie nimi, łagodnie mówiąc, rozpalić wpiecu. Amoże po prostu miał pecha? Nie trwało jednak długo ihistoria znów upomniała się oJerzego iPawła. Gdy ten drugi chodził na wiece iwieszał na swej willi fl agę ze swastyką, Jerzy do skarbonki-żeleźnioka, co to do niej Stanisław Ligoń zbierał na karabin maszynowy dla polskiego wojska, ślubne obrączki icórki kolczyki wrzucił. Wkatowickim radiu słuchał audycji Karlika z„Kocyndra”, tymczasem Paweł nadającego zRundfunk Breslau Teofi lka. Wogródku piwnym coraz głośniej śpiewano niemieckie pieśni marszowe iJerzy ze swym sfatygowanym klarnetem nie miał żadnych szans. Ogródek piwny podzielił się na dwa obozy, choć wobu mówiło się tylko ozbliżającej się wojnie. Wygranej oczywi- ście. Polacy wierzyli wsojusz zAnglią iFrancją, aNiemcy we własną 10 Wihajster do godki. Lekcje śląskiego potęgę. Raz to nawet spokojnego Jerzego złość jakaś wzięła izapo- wiedział Pawłowi, że po wojnie nic już nie będzie jak przedtem iże on zamieszka wjego willi. Gdyby wiedział, że rozpęta tym dodatkową wojnę, na pewno ugryzłby się wjęzyk. Ale nie wiedział. Potem, gdy się czasem spotkali, nie siadali już obok siebie. Ichyba żaden znich już nie chciał być drugiemu równy. Dobry znak? Gdy wybuchła wojna, Jerzego, zpięcioma śląskimi powstańcami, powołano do policji zastępczej. Zasiadł więc wgminie iprzekładał papierki. Żona nosiła mu jedzenie, bo nie mógł zejść zposterunku. Ale niebawem powołano go do polskiego wojska. Najmłodszy już nie był, ale cieszył się jak dziecko. Wojaczkę swą skończył szybko iwrócił do domu. Wiedział, że nie do Polski wraca, ale czekała na niego rodzina. Czekał jednak iPaweł, który znów stał się Paulem. Na drugi dzień przyszło wezwanie, by Georg – tak było wadre- sie – stawił się na niemieckiej policji, której siedzibą był… gminny urząd. Nie wróżyło to niczego dobrego. Aże blisko był las, tam gdzie przed powstaniem fl inty zakopywał, to się wnim zaszył. Żona znów nosiła mu jedzenie, ale czyjeś oczy ją wyśledziły. Jorg wyszedł zlasu, ubrał się porządnie – bo Ślązacy mieli wsobie nie- wytłumaczalny szacunek do urzędu, który obejmował też kwe- stię stroju – iposzedł się stawić. Tam już mieli na niego górę kwi- tów. Przesłuchanie trwało dwie doby. Pytali oróżne rzeczy iJorg zpoczątku nie miał pojęcia, za co siedzi. Ale gdy zaczęli pytać opowstania icytować zeznania „porządnych Niemców”, wtym Paula, Jorg już wiedział. Aże aresztu wgminie nie było, wypuścili go do domu. Teraz trzy razy na dobę musiał zgłaszać się na poli- cji. Ta zaś wymyślała dla niego różne prace interwencyjne. Podczas zakopywania rowów znalazł ryngraf Matki Boskiej zDzieciątkiem. Naprędce, zgrudką ziemi, włożył go do kieszeni. Uznał, że to dobry znak. Znak może ibył, ale czy dobry? Naprawdę porządny Niemiec A Paul wtym czasie nareszcie był usiebie. Inie był sam. Syna wychował na porządnego ilojalnego Niemca. Teraz on bronił ich 11 Barbara Szmatloch Wstęp praw do tej ziemi. Arobił to wniemieckim dowództwie. Jorg zaś miał tylko nieletnią córkę, bo dwaj jego synowie wniemowlęc- twie pomarli, było więc dwóch na jednego. Paul zzapałem słuchał wradiu wszystkich przemówień Hitlera. Słuchali też inni, bo okna otwierał na oścież. Niemcy do Jorga zaufania żadnego nie mieli, nawet do Wehrmachtu się nie nadawał. Wysłali go więc na roboty. Myślał, że trafi do bauera ijakoś przetrzyma, bo wklęskę Niemców nadal głęboko wierzył. Ale skierowali go na berlińskie lotnisko, do naprawy samolotów. Szef han- garów znał się na ludziach iJorg, ze znakomitą znajomością niemiec- kiego iperfekcyjną ręką do rysunków technicznych, wpadł mu woko. Wysłał go na kursy idalszą naukę do Wrocławia, Lwowa, Rostowa, anawet gdzieś do Danii. Gdy wrócił zdyplomem szefa hangarów, zaczął szkolić Niemców. Dostał mundur. Żółty trójkąt zliterką P na granato- wym tle sam sobie do niego przy- szył, choć wcale nie musiał. Robił dla Niemców. Każdym naprawionym samolotem trzeba było wykonać próbny lot. Apierwszym oblatywa- czem był Jorg. Kombinował więc zinnymi Polakami, by samolot rozle- ciał się, ale nie tak od razu. Wezwał go kiedyś szef lotniska ipokazał te nieszczęsne kwity, co za nim wszę- dzie szły. Potem szybko wrzucił je do kosza. AJorg poczuł wtedy, że nareszcie wjego życiu jakiś naprawdę porządny Niemiec się tra- fi ł. Wdomu nikt nie wiedział, gdzie jest. Rodzina korespondencję wysy- łała nach Breslau. starzik Jorg Z a r c h i w u m a u t o r k i 12 Wihajster do godki. Lekcje śląskiego Zięć z Wehrmachtu Z wojny wrócił w1946 roku, bez orderów, za to zraną wgłowie. Mawiał, że to znaleziony ryngraf go uratował. Jak poszedł na zebranie byłych powstańców, szybko wrócił zdenerwowany. Nie znał tam pra- wie nikogo, więc więcej nie poszedł. Nie zapisał się też do ZBOWiD-u. Klarnet, co to nawet powstania przetrzymał, stał się łupem wojennym jakiegoś Rosjanina, który przyszedł Jorga oswobodzić. Udało mu się potem wygrzebać stare skrzypce, na których grał ku rozpaczy niemu- zykalnej żony. Niemiecki dyplom pokazał wdomu izaraz podarł. Od Niemców niczego nie chciał, bo przecież honor był na drugim miejscu. Poszedł więc robić za majstra wpaństwowym warsztacie, konstru- ując wwolnych chwilach ato pralkę, ato fotografi czny aparat albo maszynkę do szatkowania kapusty. Miał na swym koncie nawet kilka patentów, ale nie potrafi ł zrobić na tym żadnego interesu. Pawła widywał rzadko. Nie rozmawiali, bo oczym tu gadać. Jego syn nie wrócił zwojny, stary więc przycichł ichoć znów było jeden na jednego, Jerzy też jakoś sobie odpuścił. Bo co mógł zrobić? Może imógł, ale po co? Córka Jerzego dorosła, wyszła za mąż, ajemu dostał się zięć, który wprawdzie przed wojną skończył polskie gim- nazjum, bo były też niemieckie, ale potem został wcielony przymu- sowo do Wehrmachtu. Nic nie będzie zapomniane Aktu zemsty rodzina Jerzego dokonała na Pawle dopiero po jego śmierci. Bo był zwyczaj, że wszyscy sąsiedzi zbierali się wdomu zmarłego, by odmówić za jego duszę różaniec. Zrodziny Jerzego nie poszedł nikt. Zemsta trwała trzy dni. Na pogrzeb poszli, bo po śmierci zła się przecież nikomu nie pamięta. Pawła pochowano wgrobowcu zgranitową płytą iżycie wróciło do normy. Jerzy żył jeszcze parę lat. Oczywiście dalej wfamiloku, bo żadna willa widać nie była mu pisana. Odszedł cicho, bez poczucia krzywdy iżalu. Bo kto powiedział, że wżyciu człowiekowi ma być dobrze ilekko? Paweł iJerzy spoczęli na jednym cmentarzu, nareszcie równi. No pra- wie, bo nagrobek Jerzego był wykonany ze zwykłego lastryko. Dopiero 13 Barbara Szmatloch Wstęp przed kilku laty na mogile Jerzego ijego żony Berty stanął nowy, gra- nitowy pomnik, prawie taki, jaki miał Paweł. Ale to już niczego nie zmieni… Jorg, czyli Jerzy Okoń, był moim dziadkiem, acała ta historia jest prawdziwa. od lewej: starzik Jorg, moja mamulka, starka Berta, prastarzik Wicek Z a r c h i w u m a u t o r k i P a w e ł W r ó b e l , „ P e j z a ż ś l ą s k i ”, 1 9 7 8 , z e z b i o r ó w M u z e u m Ś l ą s k i e g o w   K a t o w i c a c h 15 Barbara Szmatloch Skond my sie wziyni? Skond my sie wziyni? To bardzo proste, stond. ZKatowicow, Jonowa, Nikiszu, Burowca, Giszowca, Godule, Halymby abo Zobrzo. Jedni sie samkej rodziyli, inksi prziżyniyli – wziyni se kobiyta abo chopa ze Ślonska, ajeszce inksi spadli nom znieba, atak po prowdzie, to zcołki Polski. Iabo my byli tymu radzi, abo niy. Bo kożdy był trocha inkszy niźli my. Inaksi „godoł” (mówił), inaksi „warzył” (gotował) ijodoł, anawet „łoblecynie” (ubranie) mioł inksze. Apotym my „przibadali” (przyzwyczailiśmy się) na nich, ałoni na nos. Ichoć kożdy mioł inkszo „erbowizna” (dziedzictwo), szło sie dogodać. Ale zpogodaniym zniymi po naszymu już było gorzi. Znom takich, kerzi sie samkej rodziyli, lotali ze ślonskymi „bajtlami” (dziećmi) po placu, grali zniymi w„bal” (piłkę), jeździyli na „kole” (rowerze), robiyli „kopyrtki” (przewrotki) idostowali łod „łojcow” (rodziców) „szmary” i„lyjty” (lanie), anawet na stare lata niy „poradziyli” (potra- fi li) pedzieć po naszymu ani jednego zdanio. Iżodyn niy mioł jym tego za złe. Toż niy moga „spokopić” (zrozumieć), jak może kogoś nerwo- wać nasza godka. Downo, downo tymu prawie wszyscy godali tu po ślonsku ijakoś „żod- nymu” (nikomu) to niy „zawodzało” (przeszkadzało). Kedy w1922 roku na Ślonsk, jak to sie wtynczos godało, prziszła Polska, prawie wszyscy, co tukej miyszkali, ucyli sie godać „cysto po polsku” (literacką polsz- czyzną). Były nawet szpecjalne kurse, bo jak ftoś chcioł robić wjakymś urzyndzie, musioł dobrze po polsku pisać icytać. Do Katowicow przije- choł wtedy zKrakowa jedyn szewc, abyło mu Walynty Kuciński. Chcioł dobrze zjeś iposzeł do hotelu „Savoy” niydaleko kościoła Mariackego, tam kaj chodziył na „bonkawa” (prawdziwą kawę, bo była tyż „malckawa” – kawa zbożowa) som Wojciech Korfanty, ale chyba sie niy „trefi yli” (spotkali). Ponoć jak tyn Kuciński zoboczył menu, szczynka mu łopadła, bo był tam komport zzielonych wieprzkow, siedzonce jajka, zgnity syr iwuszt zjynzorka. Kej to przecytoł, zacło mu sie „dźwigać” (robić niedobrze) ipojechoł na łobiod do Sosnowca. 16 Wihajster do godki. Lekcje śląskiego Duge lata ślonsko gwara była dlo nikerych jynzykym lumpynprole- tariatu, anawet gorzi, jynzykowym kalyctwym. Toż Ślonzoki bardzo chcieli, coby jejich bajtle godały cysto po polsku. Ale na niywiela sie to zdało, bo „dali” (nadal) poradzymy godać. Godało sie wdoma, miyndzy swojymi, na placu – tako mało, ślonsko konspiracjo. Aż my sie „kapli” (spostrzegli), co bez ty naszy godki niy do sie żyć. U mie wdoma sie godało, ale „łojce” (rodzice) i„starziki” (dziadko- wie) „dowali pozor” (uważali), cobych wszkole, anawet na religii, godała cysto po polsku. Igodali, co po ślonsku to tyż jes po polsku, ino trocha inacy. Ale łod casu do casu porozumiywali sie po niy- miecku. Poradziyli, boć przeca końcyli niymiecke szkoły. Bardzo mie to nerwowało, boch nic niy rozumiała, ale ło to jym chodziyło. Iwtyn- czos spokopiyłach, co bajtle, dlo jich dobra, niy muszom wszyskego wiedzieć. Przeca my łojcom tyż ło wszyskym niy godali, ibyło to tyż dlo jejich dobra. Kożdy przeżył swoje życie po swojymu, aż prziszeł cas, kej noprzod starziki, apotym łojce pomarli. Inaroz żech sie „wylynkła” (prze- straszyła), co już niy mom sie zkym po naszymu pogodać. Ajeszce barzi tego, co może już nawet niy poradza. Iteroz tak se myśla, co do tego „przonio” (kochania) naszy godce trza „doroś” (dorosnąć) jak do inkszych, ważnych rzecy. Bo łona może być dlo nikerych jak „pukel” (garb), kery bydymy chcieć „skukać” (schować), ale tyż jak jakiś rodowy klyjnot, kery my erbli. Ło naszy godce wszyscy dysku- tyrujom, ale robiom to zawdy cysto po polsku, ato jom niy uratuje. Zrobić mogymy to ino my sami, kej zaś zacnymy miyndzy sobom godać. Ito bez żodny konspiracji, ale tak „na cołki karpyntel” (na pełny regulator). Wziynach se to do gowy imało, żech zaś zacła godać, to zacłach tyż to spisować. Bo przeca kożdy chciołby cośik po „sia” (sobie) łostawić. Swoje lata mom iprochu to jo już niy wymyśla, ale moga zrobić coś, co poradza. Pospominom, jak to było „piyrwyj” (kiedyś), bo to przeca kyns mojego żywota. Miało to leżeć wnojgłymbszy szufl odce, ale roz żech sie przed kymś wyzdradziyła, no idałach sie namowić, coby 17 Barbara Szmatloch Skond my sie wziyni? zrobić ztego ksionszka. Momy już „wiela” (dużo) takich pisanych po naszymu, toż po co jeszce jedna? Bo tamte niy były moje, dziołchy zJonowa. Itak se myśla, co kożdy może spisać swoja ślonsko histo- ria. Bo kożdy mo inkszo ikożdo jes „wiela wert” (ma dużą wartość). Momy słowniki gwary, jes ji coroz wiyncy winternecie, ale naszy godki niy do sie naucyć jak angelskego abo nawet łaciny. Bo to niy jes „język obcy”, to jynzyk serca. Ślonzoki F r a n c i s z e k K u r z e j a , „ P ą t n i c y ”, 1 9 9 3 , z e z b i o r ó w M u z e u m Ś l ą s k i e g o w   K a t o w i c a c h 18 Wihajster do godki. Lekcje śląskiego Za dwoje do starzikow Możecie sie spytać, jako to bydzie gwara. Moja, ta, keroch wynio- sła zdomu. Wiym, co wszyndy godało sie, idali godo, trocha inacy. Starka zPiekor godali „knobloszki” (parówki), ata zJonowa na te same „wusztliki” (kiełbaski) – „oplerki”. Ujedny jodalimy je z„zymftym”, au drugi z„mostrichym”, bo kożdo inaksi godała na musztarda. W kuchni starka Truda mieli „szymel”, au Berty stoł „hoker” ibyły to taborety. Łobie poradziyły „sztopować” abo „fi cować” (cerować), ale jedna „zoki”, adrugo „fuzekle” (skarpety). Starzik Jorg (Jerzy) nosiył „szlips”, astarzik Zefel (Józef) „binder”, bo łoba chodziyli wkrawatach. Wielgi Ślonzok Alojzy Lysko zBojszowow napisoł saga ło swojym łojcu po ślonsku, atak po prowdzie, to po bojszowsku. Jak żech sie zabrała za cytanie, niy było leko. Ale zaroz sie „poka- powałach” (zorientowałam), co to jes tyż iło mojym tatulku, iło mojym „potku” (ojcu chrzestnym), bo łonych tyż wziyni bez wojna do Wehrmachtu. Ale, dziynki Bogu, moji prziszli „nazod” (zpowrotem), ino brat łojca, ujek Rudi, łostoł wruski ziymi. Iani żech sie łobejrzała, jak było już zgorki, bo „przibadałach” (przywykłam) na te Alojzowe pisanie. Toż teroz bydymy se to brać polekutku, coby nawyknońć. Nikerzi godajom, co prawie wszysko wziyni my zniymieckego iniy ma sie cym „asić” (chwalić). Prowda, ale skond my mieli brać, kej Niymce nami rzondziyli bez duge lata. Jakby sam byli Chińcyki, toż by my tyż cośik łod nich „erbli” (odziedziczyli). Wiela słow wziyni my łod Czechow, ale tyż łod Francuzow. Bo kej był samkej plebiscyt iludzie „welowali” (głosowali), kaj chcom noleżeć – do Polski abo do Niymcow, posłali nom tukej wojokow Italjokow, Anglikow iFrancuzow iino ci łostatni byli po naszy stronie. Naszy godce trza „przoć” (kochać ją), anawet sie przed niom pokłonić. Jak byłach wHameryce, kaj wTeksasie kole San Antonio powstała piyrszo ślonsko łosada Panna Maria, miyszkałach uDorothy 19 Barbara Szmatloch Za dwoje do starzikow haziel Pawelek, kero noleżała do cwortego pokolynio ymi- grantow i„rzondziyła” (mówiła) po naszymu. Kedyś, jakżech sie jom spytała, „kaj” (gdzie) idzie, łodpedziała mi, że do haźla. Tak sie kedyś godało na ustymp, ale jo se urojyła, co to jes brzidko iżech ji pedziała, co unos tak sie już niy godo. ADorka na to, co to niy może być brzidko, bo jeji starka tak godali. Pocułach sie jakbych dostała wpysk, bo to łona miała „recht” (rację). To, co „padali” (mówiła) starka, było świynte. F o t . F r a n c i s z e k M a z u r / A g e n c j a G a z e t a Teroz, jak „łosprowiomy” (opowiadamy) ło starce, to nikerym może sie spo- mnieć „gorzołka” (wódka) kero sie tak nazywała. Ale łona nos niy łob- chodzi. Nasza starka to babcia, casym nawet prababcia – matka łod mamulki. Zaś „starzik” (starzyk) to dziadek abo pradziadek. Może sie to wziyno stond, że jak wfamilii pokozały sie bajtle – wnuki, to łoni byli już starzi. Ale dziadkowie – starziki – to tyż „oma” (óma) i„opa” (ópa, ółpa). „Trefi ało” (zdarzało) sie, że do dziadkow ze strony matki godało sie starka istarzik, aze strony łojca – oma iopa. Ale, co było noj- ważniyjsze, to zawdy godało sie do nich „za dwoje” abo i„za troje”. Beztoż, coby pokozać, co łoni som dlo nos „zocni” (godni szacunku). Teroz godomy „babciu dej, dziadku pokoż”, prawie na „ty”, jak z„kamratym” (przyjacielem). Downi to było niy do pomyślynio. 20 Wihajster do godki. Lekcje śląskiego starka mojego tatulka, Katarzyna Padało sie: Co Wy starko robicie? Abo prostsi: Co robicie? („wy” wdomy- śle). Słyszało sie tyż: Coście Wy starziku chcieli? „Za troje” miało niyroz wdomyśle, „łoni” (oni): Co (łoni) prziniy- śli? Co (łoni) bydom jeś? Terozki wydowo nom sie to śmiyszne, ale noleży pamiyntać ło tym wcasach, kej baj- tle godajom do łojca abo matki po imiy- niu. ADorka godała ło swoji starce za troje. Imuszymy pamiyntać jeszce ło jednym – jak sie godo po ślonsku, to SIE godo, aniy się. Nigdy niy wymowiomy ani niy piszymy: ą, ę. Wiym, komputerowi sie to niy podobo izdowo mu sie, że wiy lepi. Ale muszymy mu sie postawić, bo przeca, przinajmni na razie, łon niy godo po ślonsku, ino my. Z a r c h i w u m a u t o r k i starzik moji kamratki Z a r c h i w u m K r z y s z t o f y F r a n k o w s k i e j - P i e c h o w i c z 21 Barbara Szmatloch Kasper Ololo i dama z persilu Kasper Ololo i dama z persilu Downi ludzie unos łoblykali sie inaksi „na beztydziyń” (na co dzień), ainaksi na niydziela – do kościoła abo na szpacer. Inigdy niy cho- dziyło ło to, coby było modnie – miało być stosownie, tradycyjnie ipraktycznie. Ino casym trefi ył sie jakiś „cudok” (dziwak) iwszyscy ło niym godali, co wyglondo keby „Kasper Ololo”. Akobiyta, kero stoła przi „waszpeku” (miednicy) i„waszbrecie” (tarce do prania), zapragła wyglondać keby „dama zpersilu”. Ź r ó d ł o : d o m e n a p u b l i c z n a dama z persilu 22 Wihajster do godki. Lekcje śląskiego procesjo F o t . G r z e g o r z C e l e j e w s k i / A g e n c j a G a z e t a „Łoblecynie” abo „łachy” (odzież) zawdy były ważne. „Kwiotkowane” (kwieciste), „śklonce” (błyszczące) regionalne stroje były bardzo „gry- fne” (ładne), ale nosiyło sie je łod świynta. Matki Polki łoblykały je na procesjo Bożego Ciała abo przi łodpuście. Strojyły sie wbiołe czepce, „zamtowe jakle”, czyli kaftany zaksamitu, „zopaski” (fartu- chy) w„blumy” (kwiaty) iturecke chusty. Ale na beztydziyń chodziyło sie po chłopsku. Aże żodyn tego „ł” co było wśrodku niy wymowioł, dało sie słyszeć: „po chopsku”. Jakżech była bajtlym, niy poradziyłach tego „spokopić” (zrozumieć), bo przeca ani starka, ani ciotki, anawet jejich kamratki niy miały dugich „galot” (spodni), toż te jejich łoblecynie nijak mi do chopskego niy pasowało. Na take kobiyty godało sie tyż „chopionki”. Wdugich do ziymi „spodkach” (spódnicach) i„bontych” (ciemnych) chustach wtopiały sie w„hołdy” (hałdy) i„familoki” (domy wielorodzinne). Ale zakłodały na siebie jeszce coś, co dzisiej byłoby niy do pomyślynio. 23 Barbara Szmatloch Kasper Ololo i dama z persilu Był to kełbaśnik – konsek miynkego „sztofu” (materiału), kery sie skryncało iwkłodało na „spodnica” (halka), nojlepi wpasie. Bo wtyn- czos „falty” (fałdy) spodka lepsi sie ukłodały, aco nojważniyjsze, „rzić” – „zadek” – „dupka” (tyłek) były rubsze. Bo chopom podobała sie tako kobiyta, kero miała na cym siedzieć – iniy chodziyło tukej ani ło „stołek” (krzesło), ani nawet ło „zesel” (fotel) – imiała cym dychać. Izaś niy łozchodziyło sie ło żodyn „luft” (powietrze), kery już wtynczos był tukej „do bani” (kiepski). Choć „przodzi” (kiedyś) cho- dziyło sie „po bosoku” (boso), to potym zacło sie nosić „szczewiki” (buty), take ze „szplatkami” (sznurówkami). Idobrze padom, co zacło sie je nosić, bo jak już ftoś take mioł, to je szanowoł, nios cołko droga iłoblykoł dopiyro przed kościołym. Nasze starki iomy miywały tyż na „karku” (szyi) „pora” (kilka) sznu- row koroli, ana dole wisioł złoty krziżyk. Nosiyły tyż „załuśnicki” (kol- czyki), azamias do „taśkow” (torebek) „wrażowały” (wkładały) to, co mogło jym sie wdrodze przidać, do chustow abo spodnicy izawion- zowały na wynzeł, coby tego niy „potracić” (pogubić). chopionki „Chopy” (mężczyźni) niy musieli sie ło to starać, bo wszyndzie mieli „kapse” (kiesze- nie). Nosiyli „manszestrowe” (sztruksowe) albo „sztofowe” (zmateriału) galoty, „sza- ket” (marynarkę), barchanowo „oberhymda” (koszula), „westa” (kamizelka), „jupa” (kurtka), casym „mantel” (płaszcz), ana gowie łobowionzkowo „mycka” (czapka) abo „hut” (kapelusz). Awszysko szarobure, bonte, bo na biołym abo jasnym zarozki by było widać „fl eki” (plamy). Ale casym pokozoł sie jakiś dziwolong, kery se łoblyk galoty w„sztrajfki” (paski), szaket wkratka, cerwono koszula, ado tego wszy- skego był niyłoszczidzony, niyłogolony, ana nogach mioł żołte szczewiki. Wszyscy sie F o t . B a r t ł o m i e j B a r c z y k / A g e n c j a G a z e t a 24 Wihajster do godki. Lekcje śląskiego za niym łoglondali, bo Ślonzoki, choć bardzo tolerancyjne, były tyż tradycjonalistami, amatki pokazowały takego bajtlom igodały, co wyglondo jak Kasper Ololo. „Kasper” to pajac. Godo sie nawet: „niy kaspruj”, czyli nie pajacuj. Kasper Ololo to była kukełka, kero grała włostomajtych tyjatrzykach – trocha strach na „dziamble” (wróble), trocha „zawalaty” (niezręczny), cołki „potargany” (obdarty), pstrokaty, ale poradziył wszyskich łozweselić. Toż jak za modu chciałach sie wystrojić, starka mi casym godali: „Dej se pozor” (uważaj), cobyś niy wyglondała jak Kasper Ololo. Godało sie tyż, co ftoś wyglondo jak „dama zpersilu”. Dugo niy wie- działach co to znacy. Wstarych „cajtongach” (gazetach) stoło, co persil „uwolnił gospodynie od wyczerpującego pocierania, mieszania iuderzania prania na tarze”. Tara to tako drzewniano, łobito pofalto- wanom blachom deska, na kero godało sie „pradło”, „waszbret” abo „rompla”. Ijak żech zoboczyła na reklamie krzinka ztym proszkym do pranio, to mi sie wgowie łoświyciyło. Bo „zachwolała” (reklamo- wała) go łoześmiono, modo „frelka” (dziewczyna) wbiołych „szatach” (sukni), co na gowie miała hut wstylu fl orynckym, awrynce czimała persil. Take plakaty były wywiyszane niy ino na „mamlasach” (słupach ogłoszeniowych), ale tyż na „chałpach” (domach). Toż może jak keroś „paradnica” (strojnisia) łoblykła sie keby z„mołdynheftu” (żurnala), jeji kamratki trocha ze „zowiściom” (zazdrością) padały, co wyglondo keby dama zpersilu.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wihajster do godki. Lekcje śląskiego
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: