Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00271 004590 15180795 na godz. na dobę w sumie
Wij - ebook/pdf
Wij - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3785-9433-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook (-15%), audiobook).
Na początku wypada ostrzec, by osoby o słabych nerwach nie czytały książki przed snem. Kim jest tytułowy Wij, autor informuje już w słowie wstępnym, z pierwszych stron powieści dowiadujemy się też o dziwnych zwyczajach ukraińskich seminarzystów. Następnie obserwujemy niezwykłą wędrówkę trzyosobowej grupki tych młodych mężczyzn przez ukraińskie stepy. Teolog, filozof i krasomówca w warunkach nocnych, kiedy rzekomo nie dało się widzieć nawet własnej pięści, kiedy głos ich ginął, ale słyszeli jęki podobne do wilczego wycia, zgubili namiastkę drogi i trafili do samotnego chutoru. W chutorze, biednemu filozofowi słowa zamarły na ustach, kiedy w nocy do niego zaczęła zbliżać się starucha, której oczy błyszczały jakimś dziwnym blaskiem. Dopiero, gdy wskoczyła mu na plecy i jak rumaka zmusiła do galopowania po stepie, zrozumiał, że ma do czynienie z wiedźmą. Po ciężkich zmaganiach, zdołał ją zrzucić, ale najgorsze miało dopiero nastąpić. Nie zdołał umknąć kozakom, mimo swych dobrych nóg, chociaż ich powóz zatrzymywał się przed każdą karczmą. Na koniec, trzy kolejne noce miał spędzić w zamkniętej cerkwi, ale razem z trupem… Po pierwszej nocy serce filozofa drżało i pot spływał strumieniami... Po drugiej nocy posiwiał…


Gogol Nikołaj Wasiliewicz (1809 – 1852) urodził się w Połtawskiej guberni – obecnie w granicach Ukrainy. Jest wielkim rosyjskim pisarzem, ale w wielu utworach wraca do stepów Ukrainy, chutorów, kozaków. Przedstawia nam atmosferę kraju i narodu, ale często ubarwia całość urokiem dziwnej atmosfery pełnej różnych duchów, wiedźm i zjawisk o nadprzyrodzonej mocy. Pomysły czerpie z ludowych opowieści.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Nikołaj Gogol WIJ Tłumaczenie – Zenon Ciechanowicz © Copyright by Projekt okładki: e-bookowo Nikołaj Gogol Zenon Ciechanowicz e-bookowo Grafika na okładce: freeimages.com Tłumaczenie z języka rosyjskiego: Zenon Ciechanowicz ISBN 978-83-7859-433-8 Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie I 2014 Wprowadzenie1 Na początku wypada ostrzec, by osoby o słabych nerwach nie czytały książki przed snem. Kim jest tytułowy Wij, autor informuje już w słowie wstępnym, z  pierwszych stron po- wieści dowiadujemy się też o dziwnych zwyczajach ukraiń- skich seminarzystów. Następnie obserwujemy niezwykłą wę- drówkę trzyosobowej grupki tych młodych mężczyzn przez ukraińskie stepy. Teolog, filozof i krasomówca w warunkach nocnych, kiedy rzekomo nie dało się widzieć nawet własnej pięści, kiedy głos ich ginął, ale słyszeli jęki podobne do wil- czego wycia, zgubili namiastkę drogi i trafili do samotnego chutoru. W chutorze, biednemu filozofowi słowa zamarły na ustach, kiedy w nocy do niego zaczęła zbliżać się starucha, której oczy błyszczały jakimś dziwnym blaskiem. Dopiero, gdy wskoczyła mu na plecy i jak rumaka zmusiła do galo- powania po stepie, zrozumiał, że ma do czynienie z wiedź- mą. Po ciężkich zmaganiach, zdołał ją zrzucić, ale najgorsze miało dopiero nastąpić. Nie zdołał umknąć kozakom, mimo swych dobrych nóg, chociaż ich powóz zatrzymywał się przed każdą karczmą. Na koniec, trzy kolejne noce miał spę- dzić w zamkniętej cerkwi, ale razem z trupem… Po pierwszej nocy serce filozofa drżało i pot spływał strumieniami... Po drugiej nocy posiwiał… 1 Wij – jest wielkim wytworem wyobraźni prostego narodu. Tym imieniem Małorosjanie nazywali naczelników gnomów, u których powieki na oczach sięgają aż do ziemi. Cała ta powieść jest ludową opowieścią. Nie chciałem w niej nic zmieniać i opowiadam prawie tak prosto, jak słyszałem. (Przypis z wersji oryginalnej) 4 wydawnictwo e-bookowoNikołaj Gogol WIJ O Autorze Gogol Nikołaj Wasiliewicz (1809 – 1852) urodził się w Połtaw- skiej guberni – obecnie w granicach Ukrainy. Jest wielkim rosyj- skim pisarzem, ale w wielu utworach wraca do stepów Ukrainy, chutorów, kozaków. Przedstawia nam atmosferę kraju i narodu, ale często ubarwia całość urokiem dziwnej atmosfery pełnej różnych duchów, wiedźm i zjawisk o nadprzyrodzonej mocy. Pomysły czer- pie z ludowych opowieści. 5 wydawnictwo e-bookowoNikołaj Gogol WIJ Wij W chwili, gdy uderza w Kijowie dość głośny poranny dzwon na seminaryjnej dzwonnicy Brackiego klasztoru, z ca- łego miasta podążają grupkami uczniowie i  seminarzyści. Gramatycy, krasomówcy, filozofowie i teolodzy z zeszytami pod pachami, wszyscy spieszą się do klas. Gramatycy są bar- dzo mali; idąc przepychają się i sprzeczają wysokim dyszkan- tem; ubrani są w prawie podarte lub ubrudzone szaty, w ich kieszeniach zawsze pełno różnych świństw, na przykład: ko- ści do gry, gwizdki z piórek, pierogi, a czasami nawet ma- leńki wróbelek. Jeden z nich zaćwierkał pośród największej ciszy w klasie. Opiekun wróbelka dostał za to porządne lanie w obie dłonie, mógł też otrzymać wiśniowe rózgi. Krasomówcy szli solidnie: ich odzież była często nawet cała, ale za to na twarzy zawsze znajdowało się jakieś upięk- szenie w postaci krasomówczej siekiery: albo jedno oko ucie- kało pod czoło, albo zamiast wargi widziało się cały pęcherz albo jakaś inna odznakę. Ci rozmawiali i przysięgali między sobą tenorem. 6 wydawnictwo e-bookowoNikołaj Gogol WIJ Filozofowie brali na całą oktawę wyżej; w  kieszeniach, prócz mocnych tytoniowych okruchów, nic więcej nie mieli. Nie robili żadnych zapasów i wszystko, co do nich trafiało było zjadane natychmiast. Od nich niosło tytoniem i gorzałką – czasami z takiej odległości, że przechodzący obok rzemieśl- nicy zatrzymywali się i wąchali powietrze, jak myśliwski pies. Rynek o tej porze dopiero zaczynał się ruszać i handlarki z obwarzankami, pestkami z arbuzów i makownikami szar- pały za poły tych seminarzystów, u których poły były z cien- kiego sukna albo z jakiegoś papierowego materiału. – Paniczowie! Paniczowie! Do mnie! Do mnie! – krzyczeli ze wszystkich stron. – Tu obwarzanki, makowniki, bułeczki wspaniałe! Tu najlepsze! Na miodzie! Sama piekłam! Inna unosiła coś długiego, upieczonego z ciasta i krzycza- ła: – Tu sopelek, panicze, kupcie sopelek! – Nie kupujcie nic od niej. Popatrzcie, jaka wstrętna – jaki u niej nos i ręce nie czyste... Filozofów i teologów bali się zaczepiać, bo filozofowie i teologowie zawsze lubili brać tylko na próbę i do tego całą garścią. Po przybycia do seminarium, cały tłum rozchodził się po klasach, znajdujących się w niziutkich, ale dość obszer- nych pokojach z niewielkimi oknami, z szerokimi drzwiami i zabrudzonymi ławkami. Klasa zaczynała nieoczekiwanie huczeć na różne głosy: audytorzy wysłuchiwali swych uczni. Głośny dyszkant gramatyka właśnie dopasowywał się do dzwonienia szyb wstawionych w małe okna, a szyby odpo- wiadały prawie takim samym dźwiękiem. W rogu ryczał kra- 7 wydawnictwo e-bookowoNikołaj Gogol WIJ somówca, którego usta i grube wargi powinny były należeć przynajmniej do filozofa. Ryczał basem i jedynie z daleko do- latywało: bu, bu, bu... Audytorzy, słuchając lekcji, patrzyli jednym okiem pod ławkę, gdzie z kieszeni podporządkowanego seminarzysty wyłaziła bułka albo pierożek, albo pestki z dyni. Jeśli cały ten wyuczony tłum potrafił przyjść trochę wcze- śniej albo, jeśli wiedzieli, że profesorowie będą później niż zwykle, wtedy, za powszechną zgodą, zaczynali bójkę. Uczest- niczyć musieli w niej wszyscy, nawet cenzorzy, których obo- wiązkiem było pilnowanie porządku i obyczajowości wszyst- kich uczących się. Dwaj teologowie zwykle decydowali, jak będzie się od- bywała bitwa: czy każda klasa będzie walczyła o swój honor samodzielnie czy wszyscy powinni się rozdzielić na dwie po- łowy: na bursę i seminarium. W każdym przypadku, grama- tycy rozpoczynali pierwsi. Kiedy wtrącali się krasomówcy, to uciekali precz i ustawiali się na czymś wyższym, żeby obser- wować bitwę. Potem wkraczała filozofia z czarnymi długimi wąsami, w końcu teologowie, w przerażających szarawarach z najgrubszymi szyjami. Zwykle kończyło się tym, że teologo- wie zwyciężali wszystkich i filozofowie, trzymając się za boki, uciekali do klasy,  usadawiali się odpoczywać na ławkach. Profesor, po wejściu do klasy, uczestnik takich samych bójek w przeszłości, w ciągu jednej chwili, na podstawie rozpalo- nych twarzy poznawał, że walka była nie najgorsza. W tym czasie, kiedy tłukł rózgami po palcach krasomówców, w innej klasie, inny profesor rozdzielał uderzenia drewnianą łopat- ką po dłoniach filozofów. Z teologami postępowano całkiem 8 wydawnictwo e-bookowoNikołaj Gogol WIJ inaczej: dla nich według słów profesora teologii odsypywano po miarce wielkiego grochu. Podczas dni uroczystych i świątecznych seminarzyści i bursowie szli z domu do domu z szopką. Czasami robili komedie, a w takim przypadku zawsze wyróżniał się jakiś teolog, wielkiego wzrostu, jak dzwonnica. W nagrodę otrzy- mywali kawałek płótna, albo worek prosa, albo połowę goto- wanej gęsi, lub coś podobnego. Cały ten uczony naród, jak seminarium i bursa, którzy na- wzajem z nieznanego powodu nienawidzili się, byli nadzwy- czajnie biedni w środki spożywcze i  nadzwyczaj żarłoczni. Czasami ciężko było policzyć ile klusek każdy z nich pożarł w ciągu wieczerzy. Z tego powodu dobrowolne datki bogat- szych mieszkańców nie mogły być wystarczające. Wtedy senat, składający się z filozofów i teologów, wysyłał gramatyków i krasomówców pod dowódz- twem jednego filozofa, – czasami przyłączał się sam, – z  workami na plecach pustoszyć cudze ogrody. W bursie pojawiała się kasza z dyni. Senatorowie tak się ob- jadali arbuzami i dyniami, że na drugi dzień audytorzy sły- szeli od nich zamiast jednej lekcji dwie: jedna wydawały usta, a drugim było burczenie w senatorskich żołądkach. Najbardziej uroczystym okresem dla seminariów były wa- kacje – tj. czas od czerwca, kiedy zwykle szkoła była wysyłana do domów. Wtedy całą wielką drogę zajmowali gramatycy, filozofowie i teologowie. Ten, kto nie miał swego dachu nad głową, szedł z jakimś kolegą. Filozofowie i teologowie wybie- rali się na kondycję, czyli na szkolenie dzieci ludzi zamoż- nych i otrzymywali po roku za to nowe buty, a czasami nawet 9 wydawnictwo e-bookowoNikołaj Gogol WIJ surdut. Cała ta wataha włóczyła się razem jak tabor; warzyli sobie kaszę i nocowali w polu. Każdy ciągnął ze sobą worek, w któ- rym znajdowała się jedna koszula i para onuc. Teologowie byli szczególnie oszczędni i dokładni. Żeby nie niszczyć butów, zdejmowali je, wieszali na kijach i tak nieśli na plecach, szczególnie kiedy było błoto. Wtedy, mając pod- kasane do kolan szarawary, bez obawy rozbryzgiwali kałuże swoimi nogami. Zaledwie zauważyli gdzieś z boku chutor, to od razu skręcali z wielkiej drogi i zbliżali się do chaty, wy- strojonej zgrabniej od innych. Potem ustawiali się w rzędzie przed oknami i na całe gardło zaczynali śpiewać. Gospodarz chaty, jakiś stary kozak – osiedleniec, długo słuchał, podpar- ty obydwoma rękoma, potem gorzko łkał i mówił zwracając się do żony: “Żoneczko! To śpiewają uczniowie, na pewno bardzo mą- dre. Wynieś im słoniny i jeszcze coś, co mamy!” Wtedy cała miska pierożków wpadała do worka. Prócz tego porządny ka- wałek słoniny, kilka chlebów, a czasami nawet lądowała tam kura. Wzmocnieni takim zapasem, gramatycy, krasomówcy, fi- lozofowie i teologowie ponownie wyruszali w drogę. Im da- lej oddalali się, tym bardzie zmniejszał się ich tłum. Prawie wszyscy rozchodzili się po domach, zostawali jedynie ci, któ- rzy mieli rodzicielskie gniazda gdzieś daleko. Jeden raz podczas podobnej wędrówki trzej bursowicze skręcili z wielkiej drogi w bok, żeby w pierwszym napotka- nym chutorze odnowić zapasy, bo ich worek był dawno pusty. Byli to: teolog Cholawa, filozof – Choma Brut i krasomówca 10 wydawnictwo e-bookowoNikołaj Gogol WIJ – Tiberej Horobeć. Teolog był wysokim, potężnym mężczyzną i  miał nad- zwyczajne humory: kradł obowiązkowo wszystko, co leżało w pobliżu. Ponadto, charakter miał bardzo mroczny i kiedy napił się do stanu oszołomienia, chował się w burzanie i se- minarzystom kosztowało wiele trudu, żeby go odnaleźć. Filozof Choma Brut miał wesołe usposobienie. Bardzo lu- bił leżeć i palić fajkę. Jeśli pił, to obowiązkowo wynajmował muzykantów i tańczył trepaka. Często próbował wielkiego grochu, ale z wielką filozoficzną obojętnością, – twierdząc, że co ma się zdarzyć, tego nie da się ominąć. Krasomówca Tiberej Horobeć jeszcze nie miał prawa no- sić wąsy, pić gorzałkę i palić fajki. Nosił tylko oseledec (dłu- gie pasmo włosów), z tego powodu charakter jego był jesz- cze mało rozwinięty. Jednak, sądząc po wielkich guzach na głowie, z którymi często pojawiał się w klasie, można było wnioskować, że z niego będzie dobry wojownik. Teolog Cho- lawa i filozof Choma często darli go za czub wyrażając swoją opiekę i wykorzystywali w charakterze posłańca. Był już wieczór, kiedy skręcili z wielkiej drogi. Słońce do- piero się schowało i dzienna ciepłota zostawała jeszcze w po- wietrzu. Teolog i filozof szli w milczeniu, paląc fajki: mówca Tiberej Horobeć zbijał kijem główki z buraków, rosnących na skraju drogi. Droga wiła się miedzy porozrzucanymi grupa- mi dębów i krzakami leszczyny, wyrastającej na łące. Odłogi i nie wielkie góry, zielone i okrągłe, jak kopuły, czasami prze- dzielały równinę. Pole, z dojrzewającym żytem zawiadamia- ło, że wkrótce powinna się ukazać jakaś wieś. Ponad godzinę temu minęli zagony ze zbożem, a ciągle nie widzieli żadnego 11 wydawnictwo e-bookowoNikołaj Gogol WIJ siedliska. Mrok już całkowicie przesłonił niebo i jedynie na zachodzie został blady fragment różowej poświaty. – Jaki diabeł! – powiedział filozof Choma Brut, – wydawało się, że zaraz powinien być chutor. Teolog milczał, rozglądając się po okolicy, a potem wziął ponownie do ust swoją fajkę i wszyscy kontynuowali podróż. – Wielki Boże! – powiedział ponownie filozof po zatrzy- maniu się. – Jaki diabeł, nawet pięści nie widać. – Być może będzie jednak dalej jakiś chutor – powiedział teolog nie wypuszczając fajki z ust. W tym czasie nadciągnęła noc i to dość ciemna. Niewiel- kie chmury wzmocniły mrok i sądząc po wszelkich odzna- kach nie można było liczyć ani na gwiazdy, ani na księżyc. Bursowicze zauważyli, że stracili szlak i od dawna nie idą po drodze. Filozof poszurał nogami po ziemi i powiedział: – Przecież tu nie ma drogi! Teolog przemilczał, a kiedy pomyślał, to rzekł: – Tak, noc jest ciemna. Krasomówca odszedł na bok i pełzając chciał odnaleźć drogę, ale jego ręce trafiały jedynie w lisie nory. Wszędzie był jedynie step, po którym chyba nikt nie jeździł. Wędrow- cy jeszcze wysilili się, żeby przejść trochę do przodu, jednak wszędzie było tak samo dziko. Filozof spróbował krzyknąć, ale jego głos całkowicie zaginął. Żadna odpowiedź z nikąd nie nadeszła. Dopiero po jakimś czasie usłyszało się słabe jęki podobne na wilcze wycie. – Wiesz, co teraz robić? – zapytał się filozof. – Cóż, trzeba zostać i nocować w stepie! – odpowiedział teolog i sięgnął do kieszeni żeby wyciągnąć krzesiwo i zapalić 12 wydawnictwo e-bookowoNikołaj Gogol WIJ nową fajkę. Jednak, filozof nie mógł się na to zgodzić. Miał zasadę spożytkować przed nocą pół pudowy kawał chleba i ze cztery funty słoniny. Teraz  wyczuwał w swoim żołąd- ku jakąś dziwną pustkę. Prócz tego, nie zważając na wesołe usposobienie, filozof bał się wilków. – Nie, nie możemy, – powiedział. – Przecież nie możemy położyć się bez wzmocnienia się, jak psy? Spróbujemy jesz- cze; może znajdziemy jakąś siedzibę i chociaż czarkę gorzałki uda się wypić na noc. Przy słowie “gorzałki” teolog splunął w bok i orzekł: – Oczywiście, nie możemy zostawać w stepie. Bursowicze ruszyli dalej i ku wielkiej swojej radości w od- dali usłyszeli szczekanie. Przysłuchali się, z której strony, skie- rowali się tam żwawiej i już wkrótce ujrzeli ognik. – Chutor! Na Boga! Chutor! – powiedział filozof. Przypuszczenia były trafne: wkrótce, faktycznie ujrzeli niewielki chutor, zaledwie z dwóch chat, znajdujących się na tym samym podwórku. W  oknach świecił się ogień. Może dziesięć drzew śliwy sterczało nad płotem. Spojrzeli przez szpary w ogrodzeniu z desek i ujrzeli podwórko, zastawio- ne czumackimi (ukraińscy handlowcy – wozacy) wozami. W tym czasie gdzieniegdzie świeciły się gwiazdy na niebie. – Uważajcie, braciszkowie, musimy obowiązkowo zdobyć nocleg! nęli: Trzej uczeni mężowie zgodnie zastukali we wrota i krzyk- – Otwórz! Drzwi w jednej chacie zaskrzypiały i po minucie bursowi- cze ujrzeli staruchę w kożuchu. 13 wydawnictwo e-bookowoNikołaj Gogol WIJ
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wij
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: