Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00616 006740 11256529 na godz. na dobę w sumie
Wilki - ebook/pdf
Wilki - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Alfa-Zet7 Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-65091-11-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

„Wilki” – tytuł zaczerpnięty ze świata drapieżników, tu odnosi się do… współczesnej, polskiej rzeczywistości. Młody, drapieżny kapitalizm od lat łączony jest z pojęciem „wyścigu szczurów” – bezwzględnego dążenia do mety, do wygranej, do celu. W dramatycznej opowieści Roberta Gonga ów laboratoryjny wyścig gryzoni przeradza się w bezlitosną i podstępną walkę wilków w pogoni za zyskiem, prestiżem i możliwością zniszczenia lub upokorzenia ofiary. Wilki są wszędzie! Pisarz pokazuje życie bez maski – trudne, gorzkie, chwilami przerażające, lecz równocześnie pełne szans, nadziei, marzeń…

I tylko te wilki nagle wkraczające w nasze losy! Szantaż, oszustwo, przekupstwo, obmowa, gra tocząca się o wielkie pieniądze i władzę. Uczestniczą w niej politycy, przedsiębiorcy, urzędnicy, adwokaci, lekarze, mężczyźni i kobiety, ludzie dążący do kariery. Zawiedziona miłość, zdrada pociągają lawinę zdarzeń. Krzywda rodzi następną krzywdę, odwet prowokuje zemstę… Losy bohaterów splatają się w dramatycznych wątkach – jak w sensacyjnym filmie – aż do gorzkiego finału, który nie jest jednak ostatnim zamknięciem drzwi.

Zastanów się Czytelniku, czy w tej fascynującej powieści nie odnajdziesz znanych Ci osób, a być może również i siebie samego. Przecież logika wilczych praw dotyczy nas wszystkich.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 Autor: Robert Gong Projekt okładki: Barbara Kuropiejska-Przybyszewska Redakcja i opracowanie: Jadwiga Góźdź Korekta: Grażyna Dobromilska Skład i łamanie: Grażyna Dobromilska www.madgraf.eu www.blog.madgraf.eu © Copyright by Robert Gong, Radom 2015 © Copyright by ALFA-ZET 7, Radom 2015 ISBN 978-83-65091-11-6 Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka nie może być reprodukowana ani odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autora. Wydawca: ALFA-ZET 7 Małgorzata Gałuszka 26-600 Radom ul. Miła 17 e-mail: biuro@alfa-zet.pl ..... Rok wydania 2015 3 Norbert był wysokim barczystym mężczyzną o niebieskich oczach i jasnych blond włosach, dobie- gającym czterdziestki. Nosił elegancki drogi garnitur z szarego irlandzkiego tweedu i jasnobordowy krawat w szare wzory. Wyglądał, jakby właśnie wyszedł z sa- lonu mody. Wyprostowany sprężysty chód i regularne aryjskie rysy twarzy intrygowały przechadzające się par- kiem młode kobiety. Mijając kolejną alejkę, kroczył przed siebie dostojnie niczym model na wybiegu, prezentują- cy atrakcyjny strój. Prężnie przeciął skwerek i po chwili znalazł się u progu rozsuwanych drzwi hotelu Marriott. Podszedł do stolika, wytwornym gestem skinął na kel- nera i wygodnie rozsiadł się na miękkim wytapicerowa- nym krześle. Dyskretnie spojrzał na zegarek. Dochodziła siedemnasta. W restauracji roiło się od cudzoziemców. Beztrosko konsumowali wytrawne potrawy, flirtując przy tym ostentacyjnie. – Witam szanownego pana, czy teraz będzie pan uprzejmy coś zamówić? – bardzo oficjalnie zapytał kelner. Norbert przytaknął głową, otworzył kartę, prze- kartkował i po chwili wyniośle rzucił: – Stek z podwójnymi przystawkami, dwa drinki, colę i czerwone marlboro. 6 – To będzie wszystko? – Na razie tak. Kelner z zawodową grzecznością ukłonił się i skrupulatnie zapisując w notesie, odszedł. Coraz bardziej niepokoiło go to spotkanie. Spodziewał się trudności, mimo że jego plan wydawał się doskonały. Wpatrzony w wejściowe drzwi czuj- nie obserwował wchodzących gości. Ponownie zerk- nął na zegarek. Rozejrzał się dookoła i nagle poczuł, jak zalewa go fala potężnego wzburzenia. Doskonale wiedział, że od tego spotkania zależy cała jego przy- szłość. Przez chwilę pocieszał się, że wszystko pój- dzie po jego myśli. Jednak gdzieś głęboko w duszy przeszywał go paniczny strach. Człowiek, na którego właśnie czekał, miał tylko jednego boga – pieniądze. I dla nich był gotów na wszystko. Norbert miał jed- nak na niego olbrzymiego haka. Materiały dowodo- we ze śledztwa sprzed ponad trzech lat: faktury, lewe umowy i nagrana na taśmie wideo transakcja z han- dlarzem narkotyków. To mu wystarczyło, aby po- grzebać prezesa jednej z największych firm w Polsce. – Bardzo proszę – zza pleców dobiegł go uprzejmy głos kelnera. Stojąc z boku ze srebrnobiałą tacą, wy- twornie ubrany młodzieniec zaczął ustawiać na stole smakowicie wyglądające danie. 7 – Życzę smacznego – dodał z nadmierną uprzej- mością kelner i zniknął pomiędzy stolikami. Norbert wziął w ręce sztućce, pochylił się nad ta- lerzem i z wolna zaczął delektować się swoim ulu- bionym przysmakiem. Przełknął kęs, upił łyk drinka i mimowolnie okiem rzucił na wejście. Przez chwi- lę zamarł w bezruchu. W jego kierunku w asyście dwóch olbrzymów ubranych w ciemne garnitu- ry zmierzał Beny. Goryle usiedli przy osobnym sto- liku, a wytworny pięćdziesięcioletni pan podszedł do stolika. Z zimnym spojrzeniem i fałszywym uśmiechem, witając Norberta, rzucił: – Miło cię znowu widzieć. – Czy miło, to się okaże – zawadiacko odgryzł się Norbert. Beny złowrogo spojrzał mu w oczy, zapalił papie- rosa i ze stoickim spokojem powiedział: – Skoro dogadaliśmy się trzy lata temu, to chyba nic nie stoi na przeszkodzie, aby teraz sfinalizować naszą transakcję, prawda, kolego? Zmarszczył brwi i przeni kliwie wpatrując się w Norberta, czekał na odpowiedź. – Niby tak – powiedział i pokiwał głową. – Ale po- wiedz mi, po co ci taka obstawa – ironicznie odrzekł Norbert. 8 Beny roześmiał się w głos, strzepnął powoli popiół z papie rosa i rozbawiony odparł: – No chyba sam doskonale wiesz, że o przyjaciół dzisiaj coraz trudniej. – Wiem – przytaknął Norbert – jednak nadal nie rozumiem. Beny pochylił się nad stolikiem, palcem wskazał, aby i on się przybliżył, i szeptem drwiąco powiedział: – Z zakonu przecież nie wyszedłeś. A co ci może odbić po trzech latach spędzonych za mnie w mam- rze, tego to ja nie wiem. Teraz rozumiesz? – zapytał z bardzo surową miną. – Może trochę lepiej. Jednak do końca to mnie nie przekonałeś. Mamy tylko ubić interes, a nie robić demon strację siły. – Tym się nie przejmuj. Mów, ile chcesz, i sfinalizu- jemy sprawę. Norbert zapalił także papierosa, wyprostował się na krześle i jakby sam do siebie, zaczął liczyć. – Trzy lata to tysiąc dziewięćdziesiąt dni. Trzeba to pomnożyć przez jakąś sensowną liczbę i będzie po sprawie. Beny nerwowo po ruszył się na krześle, postukał palcami po stole i rzucił: – Mów wreszcie, ile, a nie zgrywaj ważniaka. 9 – Oo, widzę, że z nerwami u ciebie nie najlepiej – zaśmiał się ironicznie Norbert, odzyskując pewność siebie. – Przestań pierdolić, gadaj, ile, i dawaj towar – obu rzył się zdenerwowany Beny. Norbert uśmiechnął się pod nosem. Władczym spoj rzeniem zmierzył Benego i wolno dopił drin- ka. Postawił lampkę na stół i ze stoickim spokojem oznajmił: – Sto tysięcy i nietykalność. – Zgoda. – Beny wyciągnął rękę na znak ubitego interesu. – Sto tysięcy dolarów – dodał z namaszczeniem Norbert. – Już cię całkiem popierdoliło! – krzyknął Beny. W lokalu nagle zapanowało milczenie. Słychać było tylko cicho grającą muzykę. Kilkanaście osób wlepiło wzrok w dwóch dziw nie ze sobą rozmawia- jących gentelmenów. Beny speszony opuścił głowę, wstydząc się swoje- go wybuchu gniewu. Po chwili konsternacji, gdy go- ście zajęli się już sobą, cicho rzucił: – Opuść trochę. Teraz jest naprawdę ciężko. Kasy nie zdobywa się tak łatwo, jak kiedyś – dodał skruszony. 10 Mam go! – pomyślał Norbert. – Teraz to on mnie prosi, a więc nie mogę ustąpić. – Wiem, że jest trochę inaczej. Słyszałem coś nie coś w mamrze, ale przez tę odsiadkę straciłem wszystko. Teraz brachu muszę zaczynać na nowo, a to, niestety, kosztuje. Beny raz jeszcze wyciągnął rękę. – Dobra, niech będzie, chcę to mieć już za sobą. Panowie uścisnęli sobie dłonie, wymownie wy- mienili uśmiechy i Beny zapytał: – To kiedy wymiana? – Jutro w tym samym miejscu o siedemnastej. Beny skinął głową na znak zgody, wstał i wraz ze swoją świtą opuścił lokal. Dupek – pomyślał Norbert. – On naprawdę chyba uważa mnie za frajera. Myśli, że za marne sto tysięcy polskich patoli odsiedziałbym za niego wyrok. Wzbu rzony, aroganckim gestem kiwnął na kelne- ra i zamówił kolejne dwa drinki. Beny to stary lis – analizował da lej, popijając ko- lorowy trunek. – Tak łatwo nie sprzeda skóry. Na pewno coś będzie chciał urwać. Nie po to się tu po- fatygował, aby tak łatwo ulec. Trochę mi ta wymia na śmierdzi. – Coraz bardziej go to niepokoiło. Musiał 11 teraz dokładnie przemyśleć następny krok. Dopił drinka, zapłacił kelnerowi i wyszedł. Przed hotelem czekał na niego ciemnogranatowy ford eskort z przyciemnianymi szybami. Czując ol- brzymią ulgę, wolno zmierzał ku niemu. Zatrzymał się na skraju chod nika, zapalił papierosa i pewnie za- jął miejsce pasażera. – Miałam nadzieję, że nie będę musiała na ciebie tak długo czekać – na powitanie z wyrzutem w głosie oznajmiła Ewa. – Ja też – oschle odparł podekscytowany Norbert. – Coś się stało? – zapytała nieśmiało. – Nie – pokręcił głową i po chwili rzucił: – No ru- szaj wreszcie! Ewa przekręciła kluczyk w stacyjce i z piskiem opon wjechała w Aleje Jerozolimskie. – Pojedziemy dzisiaj na noc do ciebie – oznajmił zimno Norbert. Ewa kątem oka spojrzała na niego i z tro ską zapytała: – Coś poszło nie tak? – Mówiłem ci już, że wszystko jest w porządku, jedź i nie zadawaj głupich pytań. – A może coś ci grozi? – szepnęła. 12 – Kurwa, jedź i daj mi wreszcie spokój – wrzasnął wzburzony. Przez dłuższą chwilę jechali w milczeniu. Kiedy przecinali Wisłę mostem Poniatowskiego, ku zdzi- wieniu Norberta wyprzedził ich czarny pontiak po- dobny do samochodu Benego. – Patrz, to chyba maszyna tego faceta, z którym byłeś dzisiaj umówiony. Czyż to nie zadziwiający zbieg okoliczności? – zapytała Ewa. Norbert uniósł brwi, zaciągnął się dymem z pa- pierosa i odprowadzając wzrokiem sportowego pon- tiaka, powiedział: – Obawiam się, że to nie jest zbieg okoliczności. Te skur wysyny chcą wiedzieć, gdzie trzymam towar. – I co teraz zrobimy? – rzuciła podenerwowana. – Zawróć na rondzie i jedź pod Marriott. Weźmie- my tam pokój i do jutra spokojnie przeczekamy. – Norbert, powiedz mi, o co w tym wszystkim chodzi. – Nie – odparł stanowczo. – Im mniej wiesz, tym dłużej żyjesz. Uwierz mi, tak będzie najlepiej. – Wierzę ci, ale zaczynam się bać. Mówiłeś, że po wyjściu załatwisz jakieś interesy i będziemy mogli spokojnie żyć. 13 – I tak będzie. Tylko na razie sprawy się trochę skomplikowały. Jutro Beny zobaczy, kto jest górą. Chce wojny, to będzie ją miał – oświadczył złowrogo. Po parunastu minutach ponownie znaleźli się pod Marriottem. Zaparkowali samochód i rozglądając się nerwowo na boki, weszli do środka. Szybkim kro- kiem przecięli hol i stanęli przy kontuarze recepcji. Za ladą, wpisując coś do dużej czarnej księgi, siedzia- ła kasztanowowłosa kobieta. Kątem oka zauważyła nowych gości. – Witam państwa, w czym mogę pomóc? – Dwuosobowy pokój na dwie doby proszę – nerwo wo rzucił do recepcjonistki Norbert. – Czy mają państwo jakieś specjalne preferencje – miło zapytała kobieta. – Nie, normalna dwójka z łazienką – odrzekł. Recepcjonistka poprosiła o dokumenty, zapisała dane i wraz z dowodem miłym gestem podała klucz do pokoju. Norbert podziękował uśmiechem, odwró- cił się i wolno ruszyli ku windzie. – Ja tym skurwielom pokażę, czyje będzie na wierz chu – rzucił pod nosem do siebie. Wjechali razem windą na górę, weszli do pokoju i po dłuższej chwili milczenia Ewa nieśmiało zapytała: 14 – Kochanie, powiedz mi, czy aby z tego naprawdę nie wynikną poważne kłopoty? Norbert podszedł do okna, spojrzał na oświetloną iglicę Pałacu Kultury i spokojnie powiedział: – Niezły widok, co? To nie to samo, co w Rawiczu. Wystarczy tylko mieć kasę i z dnia na dzień człowiek prze nosi się do innego świata. Zdjął marynarkę, poluzował krawat i wygodnie wyciągnął się na dwuosobowym łożu. Ręce zaplótł za głową i z dumą w głosie oznajmił: – Od jutra będziemy żyć jak angielska rodzina królewska. Kupimy dom na Mazurach i założymy fermę rasowych koni arabskich. Może nam zabrak- nąć jedynie ptasiego mleka. Spojrzał na nią wymownie, zaśmiał się przy tym drwiąco i dodał: – Idź się teraz wykąp i nie zawracaj sobie głowy bzdurami. Nie po to za tego skurwiela tyle odsiedzia- łem, aby teraz dać plamę. Wiem, co robię, tak więc cieszmy się tym, że znowu jesteśmy razem. Wyjaśnienie to nie było dla niej zbyt przekonują- ce, ale Ewa przyjęła je do wiadomości. Przez chwilę smutno patrzyła w okno. Zdała sobie sprawę z tego, iż jest tylko ma lutkim trybikiem w jakiejś potężnej 15 machinie. Sprawiała wrażenie poirytowanej, ale jed- nak nie protestowała. – Chciałam tylko o tym porozmawiać – dorzuciła cicho i po chwili zniknęła za drzwiami łazienki. Norbert wstał z łóżka, stanął naprzeciwko okna i z wlepionym wzrokiem w oświetlone wieżowce Śród mieścia zdejmował z siebie eleganckie ubranie. Zza drzwi łazienki dochodził cichy odgłos szumiącej wody. Włączył stojące na szafce nocnej radio, zrzucił z siebie bokserki i zupełnie nago ruszył ku łazien- ce. Podniecony myślą o rozebranej kobiecie nacisnął klamkę i wszedł do środka. Żaden prawdziwy facet nie oparłby się takiemu wi dokowi. Krew w nim zawrzała i zrobiło mu się gorąco. Niepohamowane dreszcze pożądania prze- szyły jego ciało, a ogromny penis gwałtownie uniósł się do góry. Wpatrzo ny w pięknie zbudowane cia- ło dwudziestopięcioletniej kobiety, stojąc, trząsł się z podniecenia. Ewa prowokująco rzuciła na niego wzrokiem i ci- cho stwierdziła: – A jednak przyszedłeś. Leżała w wannie na wznak z szeroko rozwar- tymi nogami. Swe długie czarne włosy rozrzuciła po brze gach wanny. Norbert niczym gepard szybkim 16 skokiem wdarł się w głąb ciała dziewczyny. Hormony zawirowały im w głowach i w szaleńczej eksta- zie oddawali się od wiecznej potrzebie pożądania. Podekscytowani niczym w narkotycznym uniesieniu w jednej chwili zapomnieli o otaczającym ich świe- cie. Fascynujący trans jednak dobiegł końca. Ciała ich owładnął porażający bezwład i poczuli się potwornie zmęczeni. Ewa uśmiechnęła się, pocałowała go w po- liczek i oboje udali się do pokoju. – Nie zapomniałeś, jak to się robi – stwierdziła z zadowoleniem. – Podobało ci się? – zalotnie rzucił Norbert. Ewa nakryła ich kocem, tuląc się w jego ramiona, i cicho szepnęła mu do ucha: – Chcę tak codziennie. – Po chwili dodała: – Codziennie, tylko pod jednym warunkiem. – Pod jakim? – zapytał zdziwiony Norbert. Ewa spojrzała mu prosto w oczy i uwodzicielsko oznajmiła. – Pod takim, że będziemy to robić parę razy na dobę i to w najdziwniejszych miejscach. – W jakich? – dopytał zaciekawiony. – Na przykład na stole, w samochodzie, w win- dzie. A może nawet w parku. Mamy przecież niemałe zaległo ści, czyż nieprawda? 17 – Naprawdę tego chciałabyś? – zapytał zdziwiony. – Tak, a co w tym złego? Armia kobiet tego pra- gnie, tylko niewiele z nich spełnia te swoje głębokie marzenia. – Ty jesteś chyba szalona albo zboczona. – Dlaczego? – zapytała zdziwiona. – Bo jeszcze nigdy nie słyszałem, aby jakaś dziew- czyna chciała kochać się w takich miejscach. Ewa zaśmiała się drwiąco i beztrosko rzuciła: – Nie słyszałeś, bo wy mężczyźni naprawdę bar- dzo mało wiecie o kobietach. Myślicie, że jesteśmy tylko do garów, sprzątania i bawienia dzieci. A w nas drzemie jeszcze coś więcej. – Co? – zapytał coraz bardziej zaciekawiony. – No właśnie, chyba nigdy tego nie zrozumiecie i to wasz największy problem. – Czego? – rzucił zirytowany. Ewa uśmiechnęła się, ręką zaczesała włosy i bar- dzo poważnie oznajmiła: – Jak się już bierzecie za kobietę, to róbcie to tak, aby traciła przytomność. – Nie bardzo cię rozumiem – odrzekł sfrustrowany. – No właśnie. Myślicie, że wystarczy trochę poska- kać, posapać i to już jest seks. 18 – Nadal cię nie rozumiem, ale chyba coś w tym jest. – Nie chyba, ale naprawdę tak jest. A czy będzie to luksusowy hotel, czy zasrany kibel, to nie ma więk- szego znaczenia – skwitowała wyniośle. Norbert czule pogłaskał ją po włosach i mocno przy tulił do siebie. – Być może tak jest – szepnął jej do ucha i w chwi- lę później zasnął. Nazajutrz rano obudziło go głośne pukanie do drzwi. Wstał, założył spodnie i na wpół przytom- ny dowlókł się do wejścia. Przekręcił klucz w zamku, pocią gnął za klamkę i przed sobą zobaczył hotelowe- go boya ze śniadaniem. – Dzień dobry panu, przywiozłem śniadanie – z uśmiechem na twarzy rzucił od wejścia. – Witam, proszę postawić na stole – wydukał, jesz- cze nierozbudzony. Młodzieniec wprawnymi ruchami nakrył stolik, ży czył smacznego i pospiesznie opuścił pokój. Norbert odruchowo spojrzał na cyferblat zegar- ka. Dochodziła właśnie dziewiąta. Za oknem szkla- nego wieżowca słońce z trudem próbowało przebić się przez ołowiane chmury. Czując jak serce łopocze mu w piersi, pomyślał o popołu dniowej wymianie. 19 Poszukał wzrokiem porozrzucanego wszędzie ubra- nia i w zamyśleniu zaczął je układać. Ewa, niczym duża uśpiona lalka, pogrążona w głębokim śnie, leża- ła z głową przywartą do poduszki. Jest śliczna – po- myślał. Wypił łyk kawy, finezyjnie trzymając filiżankę za ucho. Przechylił raz jeszcze i wpatrzony bezmyśl- nie w okno, zamienił się w słup soli. Uświadomił so- bie, iż musi za chować się bardzo nietypowo. Muszę zrobić coś, co po stawi Benego pod murem. W otwar- tej walce póki co nie mam z nim szans. Przez chwi- lę poczuł się jak osaczony. Na jego twarzy pojawił się ból i rozczarowanie. Silne ciało wydawało się spięte i gotowe do walki. Możliwości miał jednak ogra- niczone. Konfrontacja siły, przynajmniej teraz, nie wchodziła w grę. Dobrze wiedział, że bez pie niędzy nie zdąży zebrać porządnej brygady, aby uderzyć w siedzibę Benego. Nagły odgłos dzwonka telefonu zabrzmiał w jego uszach niczym potężna eksplozja. Wzdrygnął się i szybko podbiegł do aparatu. – Tak – powiedział, tłumiąc strach w głosie. – Witaj, wiesz, kto mówi? – usłyszał znajomy głos. – Wiem, czyżby coś się zmieniło, że dzwonisz? – Nie, ale chciałem sprawdzić, czy spotkanie nadal jest aktualne. 20 – Oczywiście – zaśmiał się złowrogo Norbert i groź nie dodał: – Bardziej niż kiedykolwiek. – No to do siedemnastej – rzucił pewnym głosem Beny i odłożył słuchawkę. Do siedemnastej – powiedział już do siebie i ci snął słuchawką w aparat. Wciąż jest górą – pomyślał. Nigdy nie spodziewałem się, że w kilkadziesiąt go dzin po wyroku będę osaczony jak zając na po- lowaniu. Ten bydlak wziął mnie w kleszcze. Nawet spokojnie nie mogę wyjść na ulicę – odruchowo spoj- rzał na zegarek i nerwowo zaczął chodzić po pokoju. Muszę się uspokoić, muszę zachować zimną krew – powiedział do siebie. Starał się zapanować nad sobą, jednak strach, jaki go ogarniał, przybierał już postać pani ki. Dłonie wbrew jego woli zaczęły mu nagle dziwnie drżeć. Coraz głośniej słyszał szybkie bicie swego serca, a na zmarszczonym czole pojawiły się zimne kro- ple potu. W okolicach żołądka poczuł nieprzyjemny skurcz, a jego nogi zrobiły się jak z waty. Stał sparali- żowany na środku pokoju, analizując sytuację. Miał zamiar już usiąść, gdy nagle przyszło mu coś do głowy. Zrobił trzy głębokie oddechy, prze- ciął pięściami powietrze, niczym bokser przed walką i energicznie wskoczył pod prysznic. Odkręcił wodę 21 i mydląc swoje ciało, chciał podświadomie zmyć z niego również strach, jaki go dopadł. Na koniec pu- ścił lodowatą wodę i po chwili wyskoczył spod niej jak oparzony. Wytarł się, wysuszył włosy i zaczął się w pośpiechu ubierać. Zawiązał krawat, narzucił marynarkę i szybkim krokiem w bojowym nastro- ju zjechał windą do restauracji. Kiedy mijał wejście do sali, powiódł niespokojnym wzrokiem wzdłuż stolików. Okrążył stolik, przy którym ubiegłego dnia miał spotkanie. Dyskretnie poprzyglądał się siedzącym na sali go ściom. Aż w końcu podszedł do obserwującego go kelnera i zamówił cztery pomarańczowe drin- ki. Przeszedł raz jeszcze wzdłuż sali i usiadł przy narożnym stoliku tuż przy oknie. Zachowywał się przy tym jak detektyw z miernego kryminału. Wyjął z kieszeni długopis i w oczekiwaniu na kelnera zaczął nim stukać po stole. Dochodziło już prawie południe. Za oknem niespodziewanie zerwała się potężna bu- rza z piorunami, której towarzyszyła gwałtowna ulewa. Zaskoczeni przechodnie chowali się pod da- chami przystanków autobusowych. Jedynie sunące wolno tramwaje wydawały się obojętne na kaprysy pogody. 22 – Uprzejmie proszę – miłym głosem zakomuniko- wał kelner. – Dziękuję – odparł Norbert. Kelner rozstawił drinki na stole, położył na ser- wetce popielniczkę i bardzo niskim tonem zapytał: – Czy życzy pan sobie czegoś jeszcze? – Tak – przytaknął głową Norbert. – A więc słucham uprzejmie. – Mam taką niecodzienną prośbę. Chciałem coś napisać, a niestety nie posiadam kartki, czy mógłby mi pan ją przynieść. – Oczywiście. Może to być papier listowy? – Tak, taki będzie najlepszy. Kelner ze zrozumieniem skinął głową i oddalił się. Norbert odprowadził go wzrokiem i w mało eleganc- ki sposób wlał w siebie dwa drinki. Wyprostował się na krześle, doświadczając rozluźniającej dawki alko- holu. Wszechogarniający go lęk stopniowo zanikał. Wewnętrznie czuł, że musi dziś wypić jeszcze wię- cej, aby skutecznie stawić czoła Benemu. Kelner przy- niósł kartkę. Norbert serdecznie mu podziękował, pochylił się nad nią i zaczął pisać. Zbliżała się pora obiadowa. Restaurację hotelową niepostrzeżenie wy- pełnili goście. Rozsiedli się w gustow nych krzesłach i nie zwracając na nikogo uwagi, zaczęli konsumować 23 apetycznie wyglądające posiłki. Norbert zaabsorbo- wany pisaniem nawet nie zauważył, kiedy do jego stolika podeszła Ewa. – Co ty tu robisz? – zapytała zdziwiona. – Nic, zaraz kończę i pójdziemy na górę. Ewa przykucnęła na krześle i w milczeniu patrzy- ła na swojego partnera. Po dłuższej chwili Norbert wymownym gestem postawił kropkę i z zadowole- niem rzucił: – No, wreszcie to skończyłem – nałożył skuwkę na długopis. Kartkę złożył tak jak do koperty i luźnym ge stem wsunął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wy mownie uśmiechnął się do Ewy i nonszalancko zapytał: – Skoro już jesteś, to może coś zjemy? – Dobrze, zamów coś do pokoju, bo tu się źle czuję. Dopił stojącego przed nim drinka i w szampań- skim humorze ruszył w stronę kelnera. Wymienił parę zdań z mężczyzną w surducie. Chwilę póź- niej wziął Ewę za rękę i windą ruszyli na górę. Teraz miał chęć tylko na seks. Usiadł na łóżku obok Ewy i mocno przyciągnął ją do siebie, namiętnie cału- jąc po szyi. Wyślizgnęła się z jego uchwytu i głośno zaprotestowała: – Nie chcę teraz. 24 Norbert zmarszczył brwi i agresywnie rzucił: – Co się stało? Ewa poczuła nagle, że się bardzo boi. – Najpierw załatw tę sprawę! Norbert wziął głęboki oddech i wolno wypuścił po wietrze z płuc. – Załatwię, tylko już więcej o tym nic nie mów. – Skarcił ją wzrokiem, wstał i podszedł do okna. W pokoju przez dłuższą chwilę panowało mil- czenie. Ewa, siedząc na łóżku, zastygła w bezruchu. Wyobrażała sobie, iż to ona jest wszystkiemu winna. Chociaż w ogóle nie znała tej dziwnej sprawy, chcia- ła zatroszczyć się o niego jak rodzona matka. Odgłos pukania do drzwi rozwiał tę wi szącą w powietrzu gęstą, niemiłą atmosferę. Ewa zerwała się i pośpiesz- nie otworzyła drzwi. – Zamawiali państwo obiad, prawda? – rzucił zza progu uśmiechnięty młodzieniec. – Tak, proszę wejść – odwzajemniła uśmiech, ru- chem ręki zapraszając go do środka. Kelner wjechał ze stolikiem do pokoju, rozstawił posiłek i życząc smacznego, wyszedł. Ewa usiadła przy stole i z wielką pieczołowitością zabrała się do nakładania obiadu na talerze. – Nie jesz? – zapytała, zapraszając go do posiłku. 25 – Nie, muszę teraz już wyjść – rzucił surowo. – Ale dlaczego?! – zaprotestowała. – Muszę i już. Przyjdę dopiero wtedy, gdy wszyst- ko załatwię. Norbert podszedł do zdziwionej Ewy, pocałował ją w policzek i prawie wybiegł z pokoju. Zjechał win- dą na dół i zasiadł ponownie przy stole w sali restau- racyjnej. Zamówił parę drinków i delektując się nimi, w bojowym nastawieniu czekał na spotkanie swo- jego życia. Doskona le zdawał sobie sprawę, iż musi zachować pokerową twarz. Oprócz blefu nie miał zupełnie nic. Grał teraz va banque, a więc swojego asa musiał wyciągnąć w odpowiednim momencie. W przeciwnym razie czeka go nietuzinkowa rozmo- wa z gorylami Benego. Siedział wpatrzony w okno i sącząc wyborny trunek, czuł, jak opuszcza go strach. Magiczny płyn dodawał mu tak bardzo potrzebnej odwagi. Odruchowo zerknął na zegarek. Dochodziła właśnie sie demnasta. Spojrzał w kierunku wejścia i przez moment zawiesił na nim wzrok. Po chwili z otchłani korytarza wyłoniła się znajoma postać. Jest! – w myślach powiedział do siebie. Beny ubrany w szykowny garnitur, w czarnych okularach, z dyplomatką w ręku pewnie kroczył w kierunku stolika Norberta. 26 – Zmienną mamy dzisiaj pogodę – srogo rzucił na powitanie Beny. – Istotnie, ale chyba miałeś na taksówkę, aby nie zmoknąć – ironicznie odgryzł się Norbert. Beny usiadł naprzeciwko Norberta, dyplomatkę po stawił obok swojego krzesła i pewnie zapytał: – Przyniosłem ci twoje zabawki, a czy ty masz moje? Norbert niczym wielki boss powoli wyprostował się na krze śle, zapalił papierosa i wypuszczając dym prosto w twarz Benego, sucho oznajmił: – Oczywiście. – No to chciałbym je zobaczyć – powiedział moc- no podenerwowany Beny. Norbert ze spokojem sięgnął do wewnętrz nej kie- szeni marynarki i wyjął z niej złożoną kartkę listo- wego papieru. Postukał nią arogancko w stół i patrząc Benemu prosto w oczy, zapytał: – A może się czegoś napijesz? – Nie, przejdźmy od razu do interesu – rzucił za- niepokojony widokiem kartki. – Jak chcesz – podając mu kartkę, triumfalnie oznajmił Norbert. Beny wyszarpnął mu ją z ręki, rozłożył i ze zdzi- wioną miną zaczął czytać. 27 Donos Ja, niżej podpisany Norbert Zborowski, urodzony 15 kwietnia 1964 roku w Bytomiu, syn Ryszarda i Teresy z domu Braun, od dwóch lat bezdomny z powodu eksmisji, donoszę: Znajduję się w posiadaniu sfałszowanych umów, faktur oraz wykazów siedmiu przeprowa dzonych niezgodnie z prawem przetargów na ro boty pu- bliczne, opiewające na łączną sumę ośmiu milio- nów dolarów. Dysponuję również kasetą video z nagraniem transakcji kupna-sprzedaży 50 kilogramów koka- iny. Wyjaśniam, iż wszystkich wyżej wymienio- nych czynów dopuścił się Benedykt Makuch, syn Tadeusza i Eugenii z domu Klemińska, urodzony 22 listopada 1951 roku w Warsza wie. Właściciel oraz szef firmy BRANX-MET 5. A. mającej swoją główną siedzibę w Warszawie. W obawie o swoje zdrowie i życie dowody te zdeponowałem w banku w Genewie w skrytce na okaziciela. Numer tej skrytki oraz prawo do jej otwarcia w razie nagłej mojej śmierci ma jeden z wysokich rangą duchownych w Polsce. Osoba duchowna, której powierzyłem to prawo, nie zna zawartości materiałów, jakie w niej zgromadzi- łem. Drugą przyczyną uprawniającą do otwarcia tejże skrytki jest nieodezwanie się przeze mnie do tego duchownego przez okres przekraczający dziewięćdziesiąt dni. Norbert Zborowski 28 – Ty pierdolony skurwielu, chcesz mnie teraz szantażować? Wiesz, że mogę rozgnieść cię jak gnidę – rzucił oburzony Beny. – Problem w tym, że teraz nie bardzo masz jak. Chyba, że resztę swojego parszywego życia chcesz spędzić w pierdlu. Twarz Benego zaczerwieniła się z wściekłości i wykrzywił ją grymas nienawiści. Norbert z ironicz- nym uśmiechem, zaciągając się dymem z papierosa, drwiąco dorzucił: – Jak sam widzisz, mój przyjacielu, musisz o mnie teraz dbać. – Jaką mam gwarancję? – zapytał pogodzony z lo- sem Beny. Gwarancję? – powiedział do siebie Norbert. – Moje zdrowie i życie, tak jak przeczytałeś. – Więc jak? – zapytał ponownie arogancko. Beny zacisnął pięści, oparł je o stół i z miną bestii pragnącej go pożreć powiedział przez zęby: – Bierz gnido walizkę i spierdalaj, ale pamiętaj, w razie czego, sam sobie własnoręcznie wykopiesz grób. Norbert uśmiechnął się nonszalancko, pochwycił dyplomatkę i dumnym krokiem opuścił lokal. 29 Książki dotychczas wydane Roberta Gonga 1. „W pogoni za miłością” 2. „Wilki” 3. „Kokainowa miłość” Powieść zakwalifikowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus 2014 r. 4. „666 do mroku” Powieść zakwalifikowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus 2015 r. Książki dostępne także w wersji elektronicznej pdf oraz na urządzenia mobilne (epub, mobi) w księgarniach internetowych 258 ERA WILKÓW NADCHODZI?! „Wilki” – tytuł zaczerpnięty ze świata drapieżników, tu odnosi się do… współczesnej, polskiej rzeczywistości. Młody, drapieżny kapitalizm od lat łączony jest z pojęciem „wyścigu szczurów” – bezwzględnego dążenia do mety, do wygranej, do celu. W dramatycznej opowieści Roberta Gonga ów laboratoryjny wyścig gryzoni przeradza się w bezlitosną i podstępną walkę wilków w pogoni za zy- skiem, prestiżem i możliwością zniszczenia lub upokorze- nia ofiary. Wilki są wszędzie! Pisarz pokazuje życie bez maski – trudne, gorzkie, chwilami przerażające, lecz równo- cześnie pełne szans, nadziei, marzeń… I tylko te wilki nagle wkraczające w nasze losy! Szantaż, oszustwo, przekupstwo, obmowa, gra tocząca się o wielkie pieniądze i władzę. Uczestniczą w niej politycy, przedsię- biorcy, urzędnicy, adwokaci, lekarze, mężczyźni i kobiety, ludzie dążący do kariery. Zawiedziona miłość, zdrada po- ciągają lawinę zdarzeń. Krzywda rodzi następną krzyw- dę, odwet prowokuje zemstę… Losy bohaterów splatają się w dramatycznych wątkach – jak w sensacyjnym filmie – aż do gorzkiego finału, który nie jest jednak ostatnim za- mknięciem drzwi. Zastanów się Czytelniku, czy w tej fascynującej powie- ści nie odnajdziesz znanych Ci osób, a być może również i siebie samego. Przecież logika wilczych praw dotyczy nas wszystkich. Andrzej Zaniewski 259
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wilki
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: