Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00091 006061 13649804 na godz. na dobę w sumie
Władca pustyni - ebook/pdf
Władca pustyni - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 386
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-5174-5 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Gretchen Brannon nie oczekuje zbyt wiele od losu. Dla tej dziewczyny z małego miasteczka wakacje w Maroku mają być jedynie miłym urozmaiceniem nieco monotonnej egzystencji. Tym bardziej nie spodziewa się, że właśnie tu spotka mężczyznę swego życia. Szejk Philippe Sabon, władca Qawi, nie ukrywa, że Gretchen obudziła jego zmysły. Choć pochodzą z tak różnych światów, są pokrewnymi duszami. Wspólny wyjazd do Qawi ma scementować ich związek. Tam jednak porywa ich wir dramatycznych wydarzeń. W kraju trwa wojna domowa, a Gretchen wpada w ręce najzagorzalszych przeciwników szejka Philippe'a...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

BEST SELLERS b2008 dp wp.indd 1 b2008 dp wp.indd 1 b2008 dp wp.indd 1 b2008 dp wp.indd 1 b2008 dp wp.indd 1 3/31/08 2:03:56 PM 3/31/08 2:03:56 PM 3/31/08 2:03:56 PM 3/31/08 2:03:56 PM Tytuł oryginału: Lord of the Desert Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2000 Redaktor prowadzący: Małgorzata Pogoda Korekta: Katarzyna Nowak ã 2000 by Diana Palmer ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2002, 2008 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-5174-5 ROZDZIAŁ PIERWSZY Tłumy podróz˙nych przelewały się przez bruk- selskie lotnisko, mijając bar, w którym dwie Ame- rykanki zastanawiały się bezradnie, co dalej robić. Szczupła blondynka, ubrana w bez˙owy kostium, uśmiechała się histerycznie, spoglądając na znie- cierpliwioną brunetkę, która miała na sobie z˙akiet i spodnie z zielonego jedwabiu. – Cóz˙ za ironia losu. Umrzemy z głodu, choć wokół są góry jedzenia! – powiedziała Gretchen Brannon. – Och, przestań! – odparła Maggie Barton, pochylając się nad przyjaciółką, która zaniosła się ponurym chichotem. – Śmierć głodowa nam nie grozi. Zaraz postaram się o franki belgijskie. Na pewno jest tutaj bankomat albo kantor. – Zatoczyła ręką szeroki łuk, wskazując okoliczne sklepy. – Naprawdę? Gdzie? – W zielonych oczach Gretchen pojawiły się złośliwe iskierki. Maggie westchnęła, daremnie próbując przypomnieć sobie francuskie słówka, z˙eby rozszyfrować napisy po- 5 nad drzwiami sklepów. Gretchen obserwowała ją spod cięz˙kich, spuchniętych powiek. Od trzydzies- tu sześciu godzin obywała się bez snu, w przeci- wieństwie do przyjaciółki, która podczas lotu wy- spała się za wszystkie czasy. – Juz˙ widzę nagłówki: Zwłoki zagubionych turystek z Teksasu w pięcio- gwiazdkowej restauracji!. – Znów zachichotała, chociaz˙ wcale nie było jej do śmiechu. – Czekaj tu na mnie, nie ruszaj się na krok – rozkazująco rzuciła Maggie. Gretchen oddała salut nalez˙ny wyz˙szej szarz˙y. Starsza od niej o trzy lata dwudziestosześcioletnia Maggie, pracownica i udziałowiec biura makler- skiego w Houston, miała przywódcze skłonności, co w trudnych sytuacjach okazywało się zbawien- ne. Na pewno znajdzie sposób, z˙eby wymienić dolary na miejscową walutę, i wkrótce zjawi się z prowiantem oraz napojami. Gdy Meggie wróciła, kieszenie miała pełne monet i banknotów. Ułoz˙yła je według nominałów i marszcząc brwi, próbowała sobie przypomnieć wyjaśnienia kasjera na temat bilonu. – Mamy dość czasu, z˙eby coś zjeść, a potem zwiedzić Brukselę. Samolot do Casablanki startuje dopiero po południu. – Zwiedzanie? Wspaniały pomysł! – powie- działa senna Gretchen. – Postaraj się tylko o krzep- kiego przewodnika, by wziął mnie na barana, bo ja po prostu padam z nóg. – Najpierw posiłek i kawa. No juz˙, idziemy. 6 Gdy przyjaciółka chwyciła ją za rękę, Gretchen posłusznie wstała. Zabawnie razem wyglądały: Maggie wysoka i ponętna, Gretchen szczuplutka, średniego wzrostu, o jasnej cerze i długich blond włosach w odcieniu platyny. Zabrały ze sobą tylko niewielkie walizki jako bagaz˙ podręczny, ograni- czając liczbę rzeczy do niezbędnego minimum. Dzięki tkwić na lotnisku przy bagaz˙owej karuzeli. Zdarza się, z˙e takie oczekiwanie okazuje się daremne, bo walizki trafiły do innego samolotu i pasaz˙erowie muszą obyć się bez nich. temu nie musiały godzinami – Wszyscy tu palą – burknęła Maggie i zaniosła się kaszlem. – Nie widzę sali dla niepalących. – Właśnie w niej jesteśmy, ale dym rozchodzi się po wszystkich pomieszczeniach – odparła z uśmiechem Gretchen. – Moz˙e zjemy w tym barze – zaproponowała Maggie z kwaśną miną i wskazała najbliz˙szą witrynę. – Jest prawie pusty i nie ma palaczy. – Szczerze mówiąc, dla mnie takie drobiazgi są teraz bez znaczenia. Smakowałby mi nawet suchy chleb – odparła Gretchen. – Jeśli zabraknie nam pieniędzy, gotowa jestem zmywać naczynia! Usiadły przy barze i zamówiły solidny posiłek: makaron z sosem pomidorowym i świez˙e pieczy- wo. Talerze były porcelanowe, sztućce prawdziwe, z˙adne tam plastiki do jednorazowego uz˙ytku. Gdy dopijały drugą kawę, Gretchen poczuła się jak nowo narodzona. 7 – Trzeba teraz załapać się na szybki objazd po mieście – oznajmiła pogodnie Maggie. – Zadzwo- nię do biura podróz˙y i poproszę, z˙eby pilot po nas przyjechał. Gretchen westchnęła bez słowa i przymknęła oczy. Najchętniej wskoczyłaby do łóz˙ka i prze- spała co najmniej dziesięć godzin, lecz od hotelu w marokańskim Tangerze dzielił ich jeszcze długi lot. Kwadrans później zirytowana Maggie odwie- siła słuchawkę. Mamrocząc przekleństwa, trąciła drzemiącą Gretchen. – Nie mogę znaleźć właściwego numeru, bo nie znam francuskiego. Z tego samego powodu nie wiem, jakie monety wrzucić do aparatu, i nie jestem w stanie dogadać się z tubylcami, którzy odbierają telefony. Przyczyna jest zawsze ta sama: ni w ząb nie mówię ich językiem! – Czemu tak na mnie patrzysz? – spytała przy- jaźnie Gretchen. – Mam ten sam problem. Nie potrafię zrozumieć nawet menu. – Znam hiszpański, ale tutaj jest zupełnie bez- uz˙yteczny – odparła zirytowana Maggie. – Mam pomysł! Wyjdziemy na zewnątrz i złapiemy tak- sówkę. To najłatwiejsze wyjście, prawda? Gretchen wstała bez słowa i ruszyła, ciągnąc za sobą walizkę jak opornego szczeniaka. Hala przy- lotów brukselskiego lotniska była duz˙a, nowoczes- na i dobrze oznakowana. Po kilku niepowodze- niach znalazły taksówkę. Kierowca był sympaty- czny i przyjacielski. Mówił łamanym angielskim, 8 nie lepszym od francuskiego Maggie. Mimo języ- kowych kłopotów dziewczyny postawiły na swoim i zobaczyły wiele pięknych zabytków. Odbyły długą i ciekawą przejaz˙dz˙kę, w końcu jednak musiały wrócić na lotnisko, z˙eby nie spóźnić się na samolot. Gretchen, całkiem rozbudzona po smacznym posiłku, kawie i miłej wycieczce, z niecierpli- wością myślała o Maroku, czyli właściwym celu podróz˙y. Była to dla niej staroz˙ytna, pustynna kraina wielbłądów, saharyjskich piasków i słyn- nych Berberów z gór Rif. Po kilku godzinach lotu urozmaiconego smacznymi przekąskami, ty- powymi dla kuchni śródziemnomorskiej, i lekturą gratisowych anglojęzycznych dzienników samolot wylądował w Casablance, gdzie dziewczyny miały się przesiąść na pokład maszyny lecącej do Tan- geru. Po szczęśliwym lądowaniu Maggie i Gret- chen przyłączyły się do głośnych oklasków dla załogi, a potem ruszyły do wyjścia i znalazły się w innym świecie, którego mieszkańcy para- dowali w długich fałdzistych szatach, a kobiety okrywały głowy ciasno zawiązanymi chustami i zasłaniały twarze. Wokół pełno było dzieci po- dróz˙ujących z rodzicami. Na lotnisku w Casablance, mniejszym, niz˙ przy- puszczały, uzbrojeni straz˙nicy w panterkach do- prowadzili pasaz˙erów lotów tranzytowych do sta- nowisk odprawy celnej, a potem do poczekalni, gdzie podróz˙ni mieli spędzić dzielący ich od star- 9 tu maszyny czas. Toaleta była staromodna, ale pobierający drobne opłaty Marokańczyk mówił po angielsku, okazał się więc niewyczerpanym źród- łem informacji na temat miasta i jego mieszkań- ców. Po kolejnej odprawie celnej i kontroli wy- krywaczami metalu Gretchen i Maggie wymieniły amerykańskie dolary na miejscowe dirhamy. Wkrótce znalazły się w samolocie lecącym do Tangeru. Casablankę oglądały z lotu ptaka. Ich uwagę zwróciły tradycyjne białe gmachy, nowoczesne wiez˙owce oraz typowe dla wszystkich duz˙ych miast korki uliczne. Gdy niewielki samolot wzniósł się wyz˙ej, z zachwytem patrzyły na piękne miasto u wybrzez˙y Atlantyku. Lot trwał trzy i pół godziny. Tym razem na pokładzie wolno było palić, więc gdy maszyna gładko podeszła do lądo- wania, były juz˙ lekko podduszone. Pasaz˙erowie wysiedli, ich paszporty opatrzono stemplem, a bagaz˙e znowu skontrolowano. Gdy wszystkim formalnościom stało się zadość, Gret- chen i Maggie opuściły halę przylotów. Otoczyło je wilgotne, niemal gorące powietrze marokań- skiej nocy. Były w Tangerze nad Morzem Śród- ziemnym. Na ulicy przed portem lotniczym zoba- czyły długi rząd taksówek. Kierowcy cierpliwie czekali na nielicznych pasaz˙erów. Jeden z nich z przyjaznym uśmiechem skłonił głowę i włoz˙ył ich walizki do bagaz˙nika mercedesa. Nareszcie były w drodze do pięciogwiazdkowego hotelu 10 Minzah, wzniesionego na wzgórzu górującym nad portem. Ulice były jasno oświetlone, a prawie wszyscy przechodnie nosili długie szaty. Miasto wabiło egzotyką, starodawnym urokiem i tradycyj- nymi zwyczajami. Wszędzie rosły palmy. Mimo późnej pory na ulicach kręciło się wielu ludzi. Od czasu do czasu widziało się europejskie stroje. Z bocznych uliczek, hałasując klaksonami, z duz˙ą szybkością wyjez˙dz˙ały auta. Głowy wysuwały się przez stale uchylone okna, dłonie gestykulowały z oz˙ywieniem, słyszało się dialekt Berberów, gdy kierowcy pokrzykiwali dobrodusznie, próbując włączyć się do ruchu. W powietrzu unosiła się dyskretna piz˙mowa woń: słodka, obca i w pełni marokańska. Dla Gretchen i Maggie był to prawdziwy skok na głęboką wodę. Zanurzyły się chętnie w nie- znanej rzeczywistości. Kiedy planowały podróz˙, nie znalazły bezpośredniego połączenia z Tan- gerem, postanowiły więc lecieć do Afryki przez Brukselę, a w drodze powrotnej zahaczyć o Ams- terdam, z˙eby poczuć specyfikę Europy. Przeczu- wały, z˙e czeka je wspaniała wyprawa, a teraz, kiedy znalazły się w Maroku, rozbudzona wyob- raźnia dostrzegała wszędzie ślady dawnych wie- ków, kiedy dosiadający białych wierzchowców Berberowie walczyli z Europejczykami o panowa- nie nad świętą krainą swych przodków. – Ten wyjazd to wspaniała przygoda – stwierdzi- ła Gretchen, choć była ledwie z˙ywa ze zmęczenia, 11 poniewaz˙ w czasie długiej podróz˙y prawie w ogóle nie zmruz˙yła oka. – No pewnie, od początku tak mówiłam – przy- taknęła Maggie. – Biedactwo, ledwie trzymasz się na nogach, prawda? – Owszem. – Gretchen kiwnęła głową. – Ale warto było się pomęczyć, z˙eby wreszcie tutaj dotrzeć. – Zmarszczyła brwi, wyglądając przez okno. – Nie widać Sahary. – Pustynia zaczyna się siedem kilometrów stąd – wyjaśnił kierowca, zerkając w lusterko wsteczne. – Tanger jest nadmorskim portem, mesdemoisel- les. – A my zamierzałyśmy przespacerować się na pustynię – zachichotała Gretchen. – Zapewniam, z˙e w najbliz˙szej okolicy jest wie- le miejsc wartych odwiedzenia – odparł kierow- ca. – Muzeum Forbesa, Grota Herkulesa, nie mó- wiąc juz˙ o naszym suku... – Bazar! – przypomniała sobie Maggie. – W fol- derze biura podróz˙y było napisane, z˙e to praw- dziwa rewelacja! – Oczywiście – potwierdził kierowca i dodał: – Mogą tez˙ panie wynająć samochód i w dzień targowy pojechać do Asilah na wybrzez˙u Atlan- tyku. Naprawdę warto zobaczyć bazar. Ludzie z całego kraju zwoz˙ą tam produkty i wystawiają na sprzedaz˙. – Chcemy tez˙ zobaczyć słynny Kasbah – roz- marzyła się Gretchen. 12 – Mamy ich tu sporo – odparł kierowca. – Jak to? – zdziwiła się Gretchen. – Aha, to amerykańskie kino. Wszystkiemu winien Humphrey Bogart. – Taksówkarz zachi- chotał. – Wyraz kasbah oznacza miasto otoczo- ne murami, mesdemoiselles. W Tangerze na ob- warowanej starówce są głównie sklepy. Na pew- no obejrzycie nasze mury. Są bardzo stare. Tan- ger był zamieszkany juz˙ cztery tysiące lat przed Chrystusem, a jako pierwsi osiedli tu Berbero- wie. Po drodze wskazał jeszcze kilka zabytków. W końcu wjechał na niskie wzgórze, zatrzymał się przed budynkiem o skromnej fasadzie, otoczonym niewielkimi sklepikami, i wyłączył silnik. – Wasz hotel, mesdemoiselles. Otworzył im drzwi auta i podał walizki mło- dzieńcowi, który z powitalnym uśmiechem pod- biegł do taksówki. Dziewczyny były zaskoczone, bo z zewnątrz hotel nie wyglądał zachęcająco, ale gdy weszły do środka, otoczył je wschodni prze- pych. Siedzący przy biurku recepcjonista w białej marynarce miał na głowie czerwony fez. Roz- mawiał z innym gościem, więc czekając z bagaz˙a- mi na swoją kolej, rozglądały się wokół. W sali przylegającej do holu na podłodze lez˙ał kosztowny dywan, kanapy i fotele były z ciemnego, kunsz- townie rzeźbionego drewna, na ścianach wisiały mozaiki oprawione w ramy. Obok znajdowała się winda, która właśnie ruszała. 13 Recepcjonista załatwił sprawy z poprzednim gościem i uśmiechnął się do dziewcząt. Maggie podeszła do biurka, poniewaz˙ rezerwacja została zrobiona na jej nazwisko. Wkrótce zmierzały do swego pokoju. Boy zajął się ich bagaz˙ami. Z okien pokoju roztaczał się widok na Morze Śródziemne. Hotel otaczały ukwiecone klomby, był takz˙e basen i mnóstwo przyjemnych zakątków w cieniu palm, skąd, nie będąc widzianym z ulicy, moz˙na było patrzeć na morskie fale. Otoczenie przypominało wspaniałe pejzaz˙e wysp karaib- skich, a powietrze miało cudowny zapach. Pokój był ogromny, o egzotycznym wystroju, z telefo- nem, osobną łazienką i toaletą oraz małym bar- kiem, w którym znalazły orzeźwiające napoje, wodę mineralną, piwo i przekąski. – Na pewno nie umrzemy z głodu – stwierdziła półgłosem Maggie, krąz˙ąc po pokoju. Gretchem wyjęła z walizki koszulę nocną, zrzu- ciła podróz˙ne ciuchy, wskoczyła pod kołdrę i za- snęła, a Maggie zaczęła się głośno zastanawiać, jak się wzywa hotelową obsługę. Wprawdzie dziewczęta przekroczyły kilka stref czasowych, ale następnego ranka o ósmej rano obudziły się wypoczęte i głodne. Ubrane w spod- nie i koszule zeszły na dół, chcąc jak najszybciej zjeść śniadanie i zwiedzić staroz˙ytne miasto, które kiedyś było częścią rzymskiego imperium. Recep- cjonista wskazał im salę jadalną i bufet z wystaw- 14 nym śniadaniem, a takz˙e przedstawił im dyplomo- wanego przewodnika, który za dwie godziny miał je zabrać na wycieczkę po Tangerze. Obaj męz˙czy- źni kilkakrotnie ostrzegali je, aby pod z˙adnym pozorem nie wypuszczały się na samotne wyprawy po mieście. Doszły do wniosku, z˙e to rozsądna zasada, więc obiecały jej przestrzegać i czekać w hotelu na swego opiekuna. – Widziałaś ceny w bufecie? – spytała Maggie, gdy jadły śniadanie. – Za to wszystko zapłaciłyśmy niecałego dolara. – Zmarszczyła brwi. – Gretchen, moz˙e byś zamieszkała w Tangerze? – To piękne miejsce, ale Callie Kirby nie pora- dziłaby sobie beze mnie. – Gretchen wybuchła śmiechem, a Maggie długo przyglądała się jej w milczeniu. – Zestarzejesz się w tej kancelarii adwokackiej i w końcu umrzesz tam, samotna i opuszczona – powiedziała cicho. – Postępek Deryla był dla ciebie okropnym przez˙yciem, zwłaszcza z˙e nie doszłaś jeszcze do siebie po śmierci matki. – Zrobiłam z siebie idiotkę. – Zielone oczy Gretchen posmutniały. – Wszyscy prócz mnie natychmiast go przejrzeli. – Przed nim nie miałaś z˙adnego chłopaka – przypomniała Maggie. – Nic dziwnego, z˙e osza- lałaś na punkcie pierwszego faceta, który dostrzegł w tobie kobietę. – Prawda jest taka, z˙e zalez˙ało mu wyłącznie na pieniądzach z polisy ubezpieczeniowej. Nie 15 miał pojęcia, z˙e ranczo było powaz˙nie zadłuz˙one, więc niemal cała suma poszła na spłatę nalez˙ności. Stracilibyśmy naszą ziemię, gdyby nie oszczędno- ści Marka, które wystarczyły na pokrycie najpil- niejszych płatności. – Szkoda, z˙e Deryl zdąz˙ył wyjechać z miasta, nim dopadł go twój brat – rzekła groźnie Maggie. – Gdy Mark wpada w złość, ludzie zazwyczaj trzęsą się ze strachu – przyznała z uśmiechem Gretchen. – Juz˙ jako teksański straz˙nik był lokal- nym bohaterem, a potem wstąpił do FBI. – On cię bardzo kocha. Ja równiez˙. – Maggie poklepała jej dłoń. – Obie znalazłyśmy się w sytua- cji bez wyjścia. Postanowiłam zaryzykować i od- waz˙yłam się na wielką przygodę, z˙eby skończyć z dotychczasowym marazmem. No i proszę! Jes- tem w drodze do pustynnego księstwa Qawi, gdzie zostanę osobistą sekretarką władcy tego państwa. – Po chwili zastanowienia dodała: – Postawiłam wszystko na jedną kartę, prawda? – Rzeczywiście. I grasz o wysoką stawkę. – Gretchen wybuchła śmiechem. – Mam nadzieję, z˙e wiesz, co robisz – ciągnęła. – Słyszałam okrop- ne rzeczy o krajach Bliskiego Wschodu. Moz˙na tam zostać skróconym o głowę. – W Qawi to się nie zdarza – zapewniła Mag- gie. – To księstwo jest niezwykle cywilizowanym i postępowym krajem. Ludność wyznaje rozmaite religie, więc Qawi to prawdziwy wyjątek wśród państw Zatoki Perskiej. Dzięki pieniądzom ze 16 sprzedaz˙y ropy naftowej szybko się bogaci i zara- zem otwiera na wpływy Zachodu. Szejk ma dale- kosięz˙ne plany. – Jest samotny, prawda? – rzuciła Gretchen z przebiegłym uśmieszkiem, a Maggie zmarsz- czyła brwi. – Tak. Chyba pamiętasz, z˙e przed dwoma laty napadnięto na jego kraj. Tamtej agresji towarzy- szył wielki skandal dyplomatyczny. Oglądałam w telewizji kilka reportaz˙y. Chodziły tez˙ plotki, z˙e szejk jest nałogowym uwodzicielem, ale jego rząd zdementował wszystkie pogłoski. – Moz˙e okaz˙e się zabójczo przystojny i zmys- łowy jak Rudolf Valentino? Widziałaś niemy film pod tytułem Szejk z udziałem tego aktora? – ciąg- nęła rozmarzona Gretchen, popijając kawę. – Wy- obraź sobie, Maggie, z˙e nasze fantazje nagle się urzeczywistniają i oto amerykańska branka przy- stojnego szejka, galopującego na białym wierz- chowcu, podbija nieczułe serce, a ksiąz˙ę pustyni zakochuje się w niej jak szalony! Na samą myśl o tym dostaję gęsiej skórki. – Skrzywiła się. – Chyba nie mam zadatków na nowoczesną kobie- tę. Powinnam raczej śnić, z˙e sama rzucam miej- scowego przystojniaka na koński grzbiet i uwoz˙ę go w siną dal jako swego jeńca. – Westchnęła przeciągle. – Zresztą to tylko sny na jawie. Rzeczy- wistość nie moz˙e być tak barwna, przynajmniej dla mnie, ale nie zdziwiłabym się, gdybyś ty poznała tutaj cudownego i namiętnego męz˙czyznę. 17 – Nie mam szczęścia do przystojniaków – od- parła Maggie z wymuszonym uśmiechem. Gret- chen od razu wiedziała, z˙e była to aluzja do męz˙czyzny, który nazywał się Cord Romero. – Nie patrz na mnie takim wzrokiem – rzuciła z˙artobliwie, próbując zbagatelizować sprawę. – Wiadomo, z˙e przyciągam wyłącznie z˙igolaków. – Deryl nie był z˙igolakiem, tylko obrzydliwym pasoz˙ytem. Na przyszłość umawiaj się wyłącznie z facetami, którzy cenią takie same wartości jak ty – radziła z˙arliwie Maggie, ale Gretchen ro- ześmiała się. – Och, przy tobie czuję się taka odwaz˙na i nie- zalez˙na – przyznała szczerze. – Wierz mi, strasznie się cieszę, z˙e zaproponowałaś te wakacje i za- płaciłaś za mnie więcej niz˙ połowę sumy. Jedynie dzięki twojej hojności stać mnie na ten wyjazd – powiedziała z wdzięcznością. – Szkoda tylko, z˙e wracam sama. Będzie mi ciebie brakować – dodała cicho. – Smutno mi, z˙e skończyły się nasze wspól- ne zakupy i sobotnio-niedzielne rozmowy przez telefon. Maggie z powagą kiwnęła głową. Z Tangeru miała polecieć do Qawi. Jako prywatna sekretarka panującego szejka i specjalistka od public relations będzie takz˙e zajmować się jego gośćmi, dbać o reprezentację, zarządzać dworem i pełnić obo- wiązki pałacowej ochmistrzyni. Z pewnością cze- ka ją mnóstwo pracy, ale kto wie, czy nieraz nie zatęskni za Teksasem. Z drugiej jednak strony 18 Gretchen miała rację: lepiej harować do upadłego, niz˙ znosić humory Corda Romera, który jasno i wyraźnie dał do zrozumienia, z˙e w przyszłości nie chce mieć z Maggie nic wspólnego. Oboje byli sierotami adoptowanymi przez damę z wyz˙szych sfer Houston. Choć nie łączyło ich z˙adne pokrewieństwo, Cord traktował Maggie jak prawdziwą siostrę. Przed kilku laty oz˙enił się, ale jego z˙ona, Patrycja, popełniła samobójstwo, gdy został cięz˙ko ranny, a mimo to nie zrezygnował z pracy w rządowych słuz˙bach specjalnych. Wkrót- ce po jej śmierci złoz˙ył wymówienie, został najem- nikiem i jako zawodowy saper zajmował się roz- brajaniem bomb. Tak wyglądało teraz jego z˙ycie. Maggie trzymała się od niego z daleka, ale jakiś czas temu spotkali się, bo niespodziewanie zmarła ich przybrana matka. Kilka tygodni później Maggie poślubiła znacz- nie starszego, mocno schorowanego męz˙czyznę, który umarł po sześciu miesiącach. Od tamtej pory ona i Cord wyraźnie się unikali. Gretchen była ciekawa, co między nimi zaszło, ale Maggie mil- czała jak zaklęta. Gdy Cord niespodziewanie wrócił do Houston i w przerwie między kolejnymi zleceniami zaczął obracać się w tych samych kręgach, Maggie po- stanowiła znaleźć pracę za granicą i natychmiast wysłała komplet dokumentów. Jak na ironię wy- brała kraj, o którym usłyszała właśnie od Corda. Wrócił niedawno z Qawi, gdzie rozbrajał bomby 19 pozostałe po inwazji wrogich rebeliantów. Staran- nie przeanalizowała ofertę szejka. Pensja była znacznie wyz˙sza niz˙ jej obecne wynagrodzenie w biurze maklerskim, a poza tym wyjazd na Bliski Wschód oznaczał ostateczne rozstanie z Cordem. Przed rozpoczęciem pracy postanowiła zafun- dować sobie krótkie wakacje. Zachęciła do wy- jazdu Gretchen, która była bardzo przygnębiona po śmierci matki i przykrym rozstaniu z wia- rołomnym narzeczonym, jak dotąd jedyną miło- ścią w jej z˙yciu. Wspólna podróz˙ zapowiadała się wspaniale. Potem jednak Maggie odleci do Qawi, a Gretchen wsiądzie do samolotu zmie- rzającego do Amsterdamu i stamtąd wróci do Teksasu. Biedactwo, z pewnością poczuje się osa- motniona, lecz taka wyprawa dobrze jej zrobi. Mała Gretchen zobaczy kawał świata, a właśnie tego teraz potrzebowała. W ciągu ostatnich sześciu lat jej matka dwukrotnie zapadała na raka, a córka pielęgnowała ją w chorobie. Skończyła dwadzieścia trzy lata, lecz była nie- doświadczona jak pensjonarka z klasztornej pensji. Nie miała wielu sposobności, z˙eby umawiać się z chłopcami. Matka wymagała starannej opieki, była tez˙ ogromnie zaborcza wobec jedynej córki. Gretchen straciła ojca w wieku dziesięciu lat, gdy jej brat Mark juz˙ stawał się męz˙czyzną, bo dobie- gał osiemnastki. Dla osieroconego rodzeństwa z˙y- cie stało się bardzo trudne. Ilekroć Markowi uda- wało się wykroić trochę czasu, mieszkał z matką, 20 siostrą, zarządcą i jego najbliz˙szymi na rodzinnym ranczu w teksańskim Jacobsville. Jednak gdy zaczął pracować w FBI, większą część roku spędzał w mieście, poniewaz˙ tego wymagała słuz˙ba, i dlate- go nie mógł pomóc Gretchen w opiece nad chorą matką, choć zawsze słuz˙ył finansowym wsparciem. – Maroko – rozmarzyła się znowu Gretchen. – Nie sądziłam, z˙e kiedykolwiek znajdę się w mie- ście tak odległym i egzotycznym jak Tanger. – Z uśmiechem spojrzała na milczącą, ale pogodną Maggie. – Czemu przycichłaś? – zapytała nagle, zdziwiona osobliwym zachowaniem przyjaciółki, która zwykle gadała za dwoje. – Zastanawiałam się... co słychać w domu. – Maggie wzruszyła ramionami i ujęła filiz˙ankę w obie dłonie. – Przestań się wygłupiać. Mamy wakacje, do- piero przyjechałyśmy. Za wcześnie na atak no- stalgii. – Wcale nie tęsknię za domem – odparła Mag- gie z wymuszonym uśmiechem. – Chciałabym tylko, z˙eby moje sprawy ułoz˙yły się lepiej. – Wciąz˙ chodzi ci o Corda – powiedziała do- myślnie Gretchen. – I tak by się nie udało. – Maggie znowu wzruszyła ramionami. – Nigdy nie przeboleje śmierci Pat i zawsze będzie szukać guza na wojnie. Podoba mu się ta robota. – Z wiekiem ludzie się zmieniają – próbowała pocieszyć ją Gretchen. 21 – On jest wyjątkiem. – W głosie Maggie pobrzmiewał z˙al. – Za długo łudziłam się, z˙e pewnego dnia po przebudzeniu uświadomi sobie, jak bardzo mnie kocha. Nic z tego nie będzie. Skoro nie moz˙na inaczej, nauczę się z˙yć bez niego. – Moz˙e za tobą zatęskni, wsiądzie do pierw- szego samolotu i zabierze cię do domu. – Niemoz˙liwe! – Wszystko jest moz˙liwe! Kto by przypuszczał, z˙e znajdę się w Maroku? – odparła rezolutnie Gretchen, kończąc pyszną jajecznicę. Maggie uśmiechnęła się mimo woli. – Właśnie. Szejk jest całkiem młody i czarują- cy. To kawaler, a zatem wszystko moz˙e się zda- rzyć. – Kto wie... – Gretchen z przykrością myślała o postanowieniu Maggie. Wiedziała, z˙e będzie za nią tęsknić. Callie Kirby, współpracowniczka z kancelarii adwokackiej, była wspaniałą kolez˙an- ką, ale przyjaźń z Maggie trwała od dzieciństwa. Gretchen bardzo narzekała, gdy przyjaciółka za- mieszkała w Houston, a teraz musiała przyjąć do wiadomości jej przeprowadzkę do innego kraju. – Moz˙esz do mnie przyjez˙dz˙ać. Wolno mi przyjmować gości. Spróbujemy znaleźć ci przy- stojnego księcia. – Nie dla mnie arystokraci – odparła rozchicho- tana Gretchen. – Zadowolę się miłym kowbojem, byle miał własnego konia i dobre serce. 22 – Dobre serce to rzadki towar – stwierdziła Maggie – a jednak mam nadzieję, z˙e w końcu spotkasz takiego faceta. – Moz˙e wrócisz ze mną? – spytała ponuro Gretchen. – Jeszcze nie jest za późno na zmianę decyzji. A jeśli Cord pewnego ranka otworzy oczy i odkryje, z˙e oszalał na twoim punkcie? I co wtedy zrobi? Będą was dzielić tysiące kilometrów! – Sama wspomniałaś, z˙e potrafi wsiąść do sa- molotu – odparła stanowczo Maggie. – Zmieńmy temat i porozmawiajmy o czymś przyjemnym. Gretchen posłuchała i nie robiła juz˙ z˙adnych uwag. Miała nadzieję, z˙e Maggie naprawdę wie, co robi. Krótkie wakacje to jedno, ale praca w obcym kraju i zalez˙ność od tamtejszego zwierzchnika to całkiem inna sprawa. Oferta była tak dobra, z˙e budziła pewną nieufność. Qawi jest przeciez˙ kra- jem, gdzie dominują męz˙czyźni, natomiast kobiety we własnym gronie przebywają w osobnych po- mieszczeniach. Wydawało się dziwne, z˙e szejk postanowił zatrudnić zagranicznego speca od pub- lic relations, a na dodatek uznał za stosowne przyjąć niezalez˙ną kobietę. Czyz˙by w Qawi na- stąpiła obyczajowa rewolucja? Gretchen miała nadzieję, z˙e tak rzeczywiście jest. Obawiała się niebezpieczeństw, które mogłyby zagraz˙ać jej naj- lepszej przyjaciółce. Wkrótce jednak poweselała, bo pomyślała o wakacyjnym tygodniu w Tangerze. Z pewnością czeka je wspaniały urlop. ROZDZIAŁ DRUGI Niestety zarówno wakacyjne plany, jak i marze- nia o zagranicznej posadzie, rozwiały się jak po- ranna mgła, a wszystko za sprawą jednego telefo- nu. Z Jacobsville w Teksasie zadzwonił Eb Scott, znajomy Maggie: – Okropnie mi przykro, ale mam złe nowiny – powiedział cicho. – Cord został ranny. Przed tygodniem dostał zlecenie i pojechał na Florydę. Kiedy umieszczał w metalowym pojemniku nie- wielki ładunek z zapalnikiem, umoz˙liwiający zdal- ną detonację, nastąpił wybuch... prosto w twarz. Maggie śmiertelnie zbladła i zacisnęła palce wokół słuchawki. – Zginął? – spytała ochrypłym szeptem. Po chwili milczenia, która ciągnęła się w nie- skończoność, Eb odpowiedział: – Nie, ale sam z˙ałuje, z˙e tak się nie stało. Maggie, on stracił wzrok. Zacisnęła powieki, próbując sobie wyobrazić dumnego, niezalez˙nego męz˙czyznę, który chodzi 24 z białą laską albo psem przewodnikiem i rozpaczli- wie próbuje w samotności na nowo ułoz˙yć sobie z˙ycie. – Gdzie jest? – zapytała. – Mark, brat Gretchen, był w Miami, kiedy doszło do wypadku, a gdy Cord został wypisany ze szpitala, przywiózł go na ranczo pod Houston. Zapewne wiesz, z˙e Cord kupił tam małą posiad- łość. – Eb zawahał się na moment i dodał: – Nie miałem pojęcia, co się wydarzyło, póki Mark nie zadzwonił do mnie. – Cord jest sam? – Jak palec – odparł zirytowany Eb. – Nie chciał zatrzymać się w Jacobsville. Ja i Sally, a takz˙e Cy Parks, chcieliśmy się nim zająć. Nie ma przeciez˙ z˙adnej rodziny, prawda? – Tylko mnie. – Maggie roześmiała się z goryczą. – Nie wiem jednak, czy zasługuję na takie miano. – Błyskawicznie przeanalizowała fakty i po chwili wahania zapytała: – Pewnie zostałabym wyrzucona za drzwi, gdybym wróciła, z˙eby u niego zamieszkać? – Trudno powiedzieć – odparł z namysłem Eb, starannie dobierając słowa. – Wiem od Marka, z˙e kilka razy wykrzyknął twoje imię, kiedy go zabie- rali do szpitala. Jakby oczekiwał, z˙e przyjedziesz po niego. Serce Maggie uderzyło mocniej. To był pierw- szy krok. Dotąd jeszcze się nie zdarzyło, aby była Cordowi potrzebna. Pragnął jej, ale tylko raz. Zresztą, nie był wtedy całkiem trzeźwy... 25 – Zadzwoniłem do Corda, gdy tylko Mark dał mi znać, z˙e zabiera go do domu. Cord stwierdził ze złością, z˙e na pewno nie będziesz chciała nim się opiekować, ale zgodził się, bym cię o wszystkim powiadomił, o ile oczywiście sam uznam, z˙e po- winnaś wiedzieć – mruknął z przekąsem Eb. – No to dzwonię. – W samą porę – odparła zdenerwowana Mag- gie. – Wkrótce miałam podjąć nową pracę, a wcze- śniej planowałam tygodniowe wakacje. – Zerknęła na Gretchen, która bez skrupułów przysłuchiwała się rozmowie, i wykrzywiła twarz. – Nie wiem, jak to zrobię, ale jeszcze dziś po południu wsiądę do samolotu lecącego do kraju, jeśli tylko uda mi się dostać bilet z przesiadką w Brukseli. – Wiedziałem, z˙e się zdecydujesz – odparł cicho Eb. – Zawiadomię Corda. – Dzięki – odparła szczerze. – Dla ciebie wszystko. Szczęśliwej podróz˙y. Mark kazał powiedzieć Gretchen, z˙eby sama nie włóczyła się po mieście. – Przekaz˙ę. Cord... ta jego ślepota... On nie odzyska wzroku? – zapytała. – Na razie trudno powiedzieć. Odłoz˙yła słuchawkę i powiedziała bez z˙adnych wstępów: – Cord został ranny. Muszę natychmiast wrócić do domu. Wybacz, z˙e wystawiam cię do wiatru... – Nie bój się o mnie, poradzę sobie – zapewniła Gretchen, nadrabiając miną. Wiedziała, co Maggie 26 czuje do Corda, więc prędzej dałaby się pokroić na kawałki, niz˙ zdradziła, z˙e z obawą myśli o samot- nym urlopie w obcym kraju. – Ale co z twoją pracą? Maggie popatrzyła na przyjaciółkę, a w jej umyśle kiełkował juz˙ śmiały plan... – Przejmiesz pałeczkę. – Co?! – Gretchen wytrzeszczyła oczy. – Polecisz do Qawi zamiast mnie. Posłuchaj uwaz˙nie – dodała, gdy Gretchen próbowała za- protestować. – Tego ci właśnie potrzeba. Wegetu- jesz w Jacobsville jako sekretarka prowincjonal- nych prawników, a wcześniej przez kilka lat pielę- gnowałaś chorą matkę. Najwyz˙szy czas wyjść z izolacji i zmierzyć się z losem. Przed tobą z˙yciowa szansa! – Alez˙ ja jestem zwykłą sekretarką! – krzyk- nęła przeraz˙ona Gretchen. – Nie umiem organizo- wać przyjęć i pisać komunikatów dla prasy. Zresz- tą szejk oczekuje ciemnowłosej wdowy... – Powiedz mu, z˙e zmieniłaś kolor i unikaj rozmów o swojej przeszłości – przerwała Mag- gie, wyciągając z szafy walizkę. Pobiegła do ga- rderoby, gdzie wisiały jej ubrania. – Dam ci bilet na samolot i całą gotówkę, która mi zo- stała. – To nie jest dobry pomysł. – Przeciwnie – zaprotestowała Maggie. – Zna- lazłyśmy idealne wyjście. Kto wie, moz˙e poznasz w Qawi odpowiedniego faceta? 27 – Oho, tego mi tylko brakowało – mruknęła ponuro Gretchen. – Zostałabym pewnie z˙oną nu- mer cztery, musiałabym zasłaniać twarz, owijać się burką od stóp do głów i mieszkać w haremie jakiegoś despoty! – Co ty wiesz o kobietach islamu! – Maggie spojrzała na nią z politowaniem. – Wyobraź sobie, z˙e ich z˙ycie opiera się na wartościach, które nam kiedyś były bliskie. Mają tez˙ spore wpływy. W Qa- wi i kilku innych krajach przyznano im prawo wyborcze. Mogą posiadać własny majątek. Poza tym w Qawi mieszka sporo chrześcijan. Podobno nawet stanowią większość, a równiez˙ szejk jest naszego wyznania. Jego rodzice wyznawali róz˙ne religie i gdy dorósł, dokonał wyboru. – O ile dobrze pamiętam, mówi się nie tylko o jego praktykach religijnych, ale równiez˙ o tym, z˙e jest erotomanem – z sarkazmem przypomniała Gretchen. – Zresztą sama mi o tym wspominałaś. – Wywiad udzielony międzynarodowej stacji telewizyjnej dowiódł, z˙e to wierutne bzdury – odpa- rła z roztargnieniem Maggie. – Senator Holden ujawnił, z˙e szejk celowo rozpuszczał takie plotki, aby zapewnić bezpieczeństwo z˙onie Pierca Huttona i udaremnić wrogie posunięcia jej ojczyma. Podob- no nadal coś czuje do tej Brianne Hutton. – Maggie zdejmowała ubrania z wieszaków. – Trud- no powiedzieć, z˙eby była ładna, ale ma śliczny uśmiech i gustownie się ubiera. Moz˙e wpadła w oko szejkowi, bo jest jasną blondynką. 28 – A on to smagły brunet, tak? – zapytała Gret- chen. – Nie mam pojęcia. Ani razu go nie widziałam, rzadko pozwala się fotografować. Nawet podczas intronizacji na ceremonialne szaty narzucił bisht, nosił tez˙ chustę na głowie oraz igal, więc jego twarz była ledwie widoczna. Na zdjęciach za- granicznych reporterów widać głównie bogaty strój. – Maggie skończyła się pakować. Przejrzała dokumenty i zawartość portfela, nieustannie myś- ląc o Cordzie. – Pewnie ma pryszcze – stwierdziła złośliwie Gretchen, ale roztargniona przyjaciółka nie zwra- cała na nią uwagi. – Jeśli coś tu zostawię, wyślij mi pocztą, dob- rze? Proszę. – Wręczyła jej garść marokańskich banknotów i trochę monet. – Tych pieniędzy i tak nie zdąz˙ę juz˙ wymienić. Wypocznij sobie tu do końca tygodnia, a potem leć do Qawi. Nim szejk zorientuje się, z˙e przyjechałaś zamiast mnie, wyro- bisz sobie mocną pozycję, więc nie pozwoli ci odejść. Moz˙e w ogóle się nie zorientuje, co jest grane? – Optymistka. – Gretchen uściskała przyjaciół- kę, która uśmiechnęła się, podniosła słuchawkę i szybko wytłumaczyła uprzejmemu recepcjoniś- cie, co się stało. – Dzięki. Zaraz schodzę – dodała po chwili. Zbierając ostatnie drobiazgi, odwróciła głowę i po- wiedziała do Gretchen: – Obiecał załatwić mi bilet. 29 Hotelowe auto będzie czekać przed wejściem, a Mustafa odwiezie mnie na lotnisko. Pamiętaj, nie wolno ci chodzić samej po mieście. Obiecaj mi, z˙e nie będziesz ryzykować. – Przyrzekam. Maggie, ty równiez˙ uwaz˙aj na siebie. Mam nadzieję, z˙e Cord się pozbiera. – Boję się, z˙e o ile nie odzyska wzroku, nigdy nie dojdzie do równowagi psychicznej – odparła ponuro Maggie. – Najgorsze w tym wszystkim jest to, z˙e będę mogła mu pomóc tylko wówczas, gdy mi na to pozwoli, co wcale nie jest pewne... Czeka mnie trudne zadanie, mam jednak nadzieję, z˙e w mojej obecności łatwiej dostosuje się do sytua- cji. Po raz pierwszy w z˙yciu przyznał, z˙e jestem mu potrzebna, a to juz˙ coś. Oby nie był to chwilowy impuls... – Nigdy nie wiemy, kiedy zdarzy się cud, ale jeśli będziesz mocno wierzyć... – Wiary mi nie zabraknie, bo Cordowi napraw- dę potrzebny jest cud. Pisz do mnie! – zawołała, chwytając pospiesznie spakowaną walizkę, i po- biegła do drzwi. – Oczywiście. Po wyjściu Maggie w pokoju zapanowała cisza, której Gretchen nie była w stanie znieść. Telewizor odbierał zaledwie kilka programów, w większości nadawanych po arabsku albo po francusku. Jedy- ny anglojęzyczny kanał prezentował tylko wia- domości. Pokój był wprawdzie duz˙y, ale teraz czuła się w nim jak w klatce. Potrzebowała zmia- 30 ny, więc postanowiła zejść nad basen i wygrzać się na słońcu. Popołudnie spędziła samotnie, chociaz˙ rozpo- znawała juz˙ hotelowych gości, którzy odpoczywali nad wodą. W czasie obiadu i kolacji nie szukała towarzystwa, samotnie siedząc przy stoliku. Mag- gie doleciała juz˙ pewnie do Brukseli. Powinna wsiadać do samolotu zmierzającego bezpośrednio do kraju. Pewnie tez˙ czuła się osamotniona. Gretchen myślała o planowanej na dziś wyciecz- ce, która rzecz jasna nie doszła do skutku. Po- stanowiła następnego dnia rano poprosić Mus- tafę, z˙eby zawiózł ją do Groty Herkulesa, którą wraz z Maggie zamierzała dzisiaj zwiedzić. Na- stępnego dnia moz˙na by pojechać do nadmor- skiego miasteczka Asilah. Z pewnością warte jest obejrzenia. Spała niespokojnie, ale rano obudziła się wypo- częta. Włoz˙yła długą sukienkę bez rękawów w bia- ło-z˙ółty deseń, narzuciła biały kardigan robiony na drutach, a włosy zostawiła rozpuszczone. Zbiegła do holu, zamierzając poprosić recepcjonistę, z˙eby jej pomógł znaleźć Mustafę. Tak się spieszyła, z˙e prawie wpadła na eleganckiego męz˙czyznę w sza- rym, markowym garniturze. Nieznajomy chwycił ją za ramiona, chroniąc przed upadkiem. Roze- śmiane czarne oczy przyglądały się jej uwaz˙nie. – Och, przepraszam najmocniej – rzuciła bez tchu. Popatrzyła na męz˙czyznę, który wyglądał na 31 Francuza, i dodała pospiesznie: – To znaczy ex- cusez-moi, monsieur. – Dobrze się ubierał i mógłby uchodzić za urodziwego, gdyby nie głębokie bliz- ny na wąskim, gładko wygolonym policzku. Proste włosy były czarne, tak samo jak oczy. Poruszał się z wdziękiem rzadkim u ludzi wysokiego wzrostu. Cerę miał ciemniejszą niz˙ większość białych Ame- rykanów i zarazem duz˙o jaśniejszą od Arabów i Berberów, których widywała w Maroku. Wzros- tem przewyz˙szał większość męz˙czyzn. Czubek głowy Gretchen sięgał jego podbródka. – Il n’ya pas de quois, mademoiselle – z˙ycz- liwie odparł niskim, łagodnym głosem. – Na szczę- ście nie ucierpiałem. – Na przyszłość obiecuję bardziej uwaz˙ać – od- parła, uśmiechając się do niego, ujęta blaskiem czarnych oczu. – Mieszka pani w tym hotelu? – zapytał po- godnie. Kiwnęła głową. – Zatrzymałam się tutaj na kilka dni. Wkrótce zacznę pracować w szejkanacie Qawi, ale najpierw postanowiłam zrobić sobie krótkie wakacje. Tu jest przepięknie. – Posada w Qawi? – rzucił z nagłym zaintere- sowaniem. – Tak, zatrudniłam się jako osobista sekretarka szejka oraz specjalistka od public relations – wyjaś- niła. – Juz˙ nie mogę się doczekać, kiedy tam pojadę. 32 Milczał przez chwilę, mierząc ją bystrym, mąd- rym spojrzeniem. – Dobrze zna pani Bliski Wschód? – Tak się składa, z˙e pierwszy raz wyjechałam ze Stanów Zjednoczonych – odparła i znowu się uśmiechnęła. – Czuję się jak kompletna idio- tka. Wszyscy tu mówią co najmniej czterema językami, a ja znam tylko angielski trochę hiszpański. i – Zadziwiające – mruknął, unosząc brwi. – Proszę? – Samokrytyczna Amerykanka. – Większość moich rodaków to ludzie skromni i samokrytyczni – odparła rezolutnie. – Jest wśród nas trochę zarozumiałych pyszałków, lecz zacho- wania mniejszości nie mogą wpływać na ocenę całego społeczeństwa. A Teksańczyczy stanowią prawdziwy wzór umiarkowania i skromności, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, z˙e nasz stan zdecydowanie góruje nad innymi. – Pochodzi pani z Teksasu? – Nieznajomy wybuchł śmiechem. – Owszem – przytaknęła z naciskiem. – Jestem dyplomowaną kowbojką. Jeśli ma pan wątpliwo- ści, chętnie na pańskich oczach spętam cielę. Znam tez˙ inne sztuczki. Uradowany męz˙czyzna znowu się roześmiał. Od dawna nie spotkał równie interesującej dziew- czyny. Raz tylko, przed laty... Wydął ładnie wy- krojone usta i przyglądał się jej uwaz˙nie. 33 – O ile mi wiadomo, pani stan jest znacznie większy od szejkanatu Qawi. – Zgadza się – przyznała, rozglądając się wo- kół z nieukrywaną ciekawością. – Problem w tym, z˙e cała Ameryka jest właściwie taka sama – tłuma- czyła. – Tutaj słyszy się niezwykłą muzykę, po- trawy są inne, stroje odmienne. Na kaz˙dym kroku spotykam zabytki. Z˙ycia by mi nie starczyło, aby się o nich wszystkiego dowiedzieć. – Lubi pani historię? – Uwielbiam – powiedziała. – Szkoda, z˙e nie mogłam zapisać się na uniwersytet i studiować. Moja matka chorowała na raka, więc nie chciałam zostawić jej samej. Rzecz jasna pracowałam, więc przed południem musiałam wychodzić, ale o dal- szej nauce nie było mowy, bo brakowało na nią czasu i pieniędzy. Mama umarła przed czterema miesiącami, a wciąz˙ mi jej brakuje. No cóz˙, być moz˙e teraz będę mogła zrealizować moje marze- nia... – Uśmiechnęła się przepraszająco. – Okrop- nie się rozgadałam. Niech mi pan wybaczy. – Słucham z ciekawością – odparł, najwyraź- niej szczerze. – Mademoiselle Barton! – zawołał recepcjo- nista. Dopiero po kilku chwilach zorientowała się, z˙e pomylił nazwiska i wziął ją za Maggie. Uzna- ła, z˙e to bez znaczenia, więc obeszła wysokiego męz˙czyznę i podbiegła do biurka. Marokańczyk oznajmił przepraszającym tonem: – Mustafa juz˙ 34 pojechał do Groty Herkulesa z grupą turystów, ale jeśli pani sobie z˙yczy, podstawimy auto i po- prosimy innego przewodnika, z˙eby tam panią za- wiózł. – Sama nie wiem... – zaczęła z wahaniem. Miała powaz˙ne wątpliwości, czy samotnie potrafi się cieszyć wyprawą. – Przepraszam – wtrącił wysoki męz˙czyzna, podchodząc do biurka. – Zamierzałem właśnie zwiedzić tę słynną grotę. Moz˙e pojedziemy ra- zem? – Och, cudowny pomysł! – zawołała, spo- glądając na niego z wdzięcznością. – Naprawdę pan się tam wybiera? – Oczywiście. – Popatrzył na recepcjonistę i dodał coś pospiesznie w języku, z którego Gret- chen nie rozumiała ani słowa. Przez kilka chwil rozmawiali z oz˙ywieniem, a recepcjonista zaczął chichotać. Zaniepokojona uznała, z˙e chyba zbyt pochopnie przyjęła zaproszenie nieznajomego. A jeśli wynikną z tego powaz˙ne kłopoty? – Ten pan jest człowiekiem godnym zaufania, mademoiselle – zapewnił recepcjonista, widząc niepokój na jej twarzy. – Czy mam powiedzieć Bojo...? To nasz drugi przewodnik. Chce pani, z˙eby podstawił auto pod drzwi hotelu? – No dobrze. – Gretchen zerknęła na nieznajo- mego i spytała z wahaniem: – A pańska teczka? Męz˙czyzna podał ją recepcjoniście i ponownie zamienił z nimi kilka słów w melodyjnym, tajem- 35 niczym języku, a potem z uśmiechem odwrócił się do odrobinę skonfundowanej Gretchen. – Jedziemy? Za kierownicą eleganckiego hotelowego mer- cedesa siedział inteligentny, wysoki męz˙czyzna z plemienia Berberów, co moz˙na było poznać po charakterystycznych wąsach i brodzie. Zręcznie lawirował między samochodami. Tak samo jak kierowca taksówki, który wiózł Gretchen i Maggie pierwszego dnia ich pobytu w Tangerze, szybę miał opuszczoną i z˙ywo dyskutował z innymi kierowcami oraz przechodniami, energicznie przy tym gestykulując. Wysoki męz˙czyzna powiedział jej, z˙e kazał jechać od razu do Groty Herkulesa, którą chciała najpierw zobaczyć. Potem mieli się udać do Asilah. – Bojo urodził się w Tangerze. Połowa miesz- kańców to jego znajomi, a pozostali są krewnymi – tłumaczył, sadowiąc się wygodnie na tylnej kanapie auta. Skrzyz˙ował ramiona i z uwagą obser- wował Gretchen. – Zupełnie jak u nas w Jacobsville – powiedzia- ła ze zrozumieniem. – Małe miasteczka są urocze. Wszyscy znają tam wszystkich. Nie sądzę, z˙ebym mogła być szczęśliwa w wielkim mieście, mając wokół samych obcych ludzi. – A jednak opuściła pani rodzinne strony, z˙eby pracować w dalekim i zupełnie obcym kraju – od- parł. To nie było pytanie, tylko stwierdzenie faktu. 36 – Moja matka umarła, nie mam z˙adnych krew- nych. – Uśmiechnęła się z roztargnieniem, spo- glądając ponad głową kierowcy na wąskie uliczki obramowane palmami. Na chodnikach tłoczyli się przechodnie w barwnych ubraniach. – Mam rozumieć, z˙e nie jest pani męz˙atką? – Ja? Och, nie! Dotąd nie wyszłam za mąz˙ – odparła mimochodem. – Miałam narzeczonego. – Skrzywiła się. – Myślał, z˙e w spadku po matce otrzymam duz˙y majątek i sporo pieniędzy, ale nasza posiadłość była okropnie zadłuz˙ona, a forsa z polisy ubezpieczeniowej wystarczyła jedynie na opędzenie licznych wierzycieli. Po pogrzebie ma- my narzeczony znikł. Teraz chodzi z córką ban- kiera. – Rozumiem. – Twarz mu stęz˙ała. Przyglądał się Gretchen z zainteresowaniem, ale tego nie spostrzegła. Wzruszyła ramionami. – Okazywał mi wiele z˙yczliwości, a poza tym ktoś przy mnie był w najtrudniejszych chwilach, gdy mama czuła się coraz gorzej. – Błądziła spojrzeniem po wybrzez˙u. – Przedtem nie chodzi- łam na randki. Widzi pan, mama od dawna choro- wała i tylko ja mogłam ją pielęgnować. Brat pomagał w miarę moz˙liwości, ale poniewaz˙ pracu- je dla agencji rządowej, więc stale jest w rozjaz- dach. – Nie było nikogo, kto by panią wyręczył? A znajomi? 37
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Władca pustyni
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: