Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00267 006140 13651792 na godz. na dobę w sumie
Wniebowstąpienie Samuela Francisco Gomeza - ebook/pdf
Wniebowstąpienie Samuela Francisco Gomeza - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 30
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3905-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> opowiadania
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Korrida, to wielkie widowisko - dla jednych wspaniały spektakl, dla drugich barbarzyńska rzeź. Ludzie ją kochają i jej nienawidzą, a jak wszytko, co wzbudza tyle skrajnych emocji, korrida również jest areną walki o władzę.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

    Tytuł  oryginału:   Wniebowstąpienie  Samuela  Francisco  Gomeza   Copyright  ©  2014  by  Jan  Frum   Korekta: Grażyna  Małgorzata  Dobromilska   ISBN  978-­‐83-­‐272-­‐3905-­‐1         2   W  pomieszczeniu,  w  którym  siedzieli,  panował  półmrok.  Było  w  nim  ciasno,  niewygodnie  i  gorąco,  a   lepka  woń  słomy  i  ludzkiego  potu  zdawała  się  osiadać  im  na  skórze.  Chłopcy  mieli  już  serdecznie  dość   tej  sytuacji,  bo  takie  bezczynne  czekanie  to  przecież  najgorsza  forma  tortury  dla  każdego  nastolatka.   Było  ich  czterech  –  wszyscy  ubrani  w  kolorowe  stroje,  z  lśniącymi  włosami  nasmarowanymi  oliwą.   Rozpierał  ich  ten  typ  energii,  który  zawsze  rodził  się  w  sercach  narwanych  młokosów  z  połączenia   stresu,  niecierpliwości,  odwagi,  głupoty.  Każdy  z  nich  bardzo  długo  czekał  na  ten  dzień.  Teraz,  na   chwilę  przed  występem,  każda  kolejna  minuta  trwała  dłużej  niż  poprzednia,  rozciągając  się  niemalże   do  granic  nieskończoności.  Oliwy  do  ognia  dolewał  gwar  wydobywający  się  z  tysięcy  gardeł  rządnych   widowiska  ludzi,  który  dobiegał  ich  uszu  z  zewnątrz.  I  każdy  z  nich,  każdy  bez  wyjątku,  w  myślach   wmawiał  sobie,  że  kiedyś  głosy  te  będą  skandowały  jego  imię.     Minęła  kolejna  minuta,  a  oni  wciąż  czekali.  Ktoś  zakasłał  nerwowo.  Ktoś  inny  poruszył  się  na  ławce  i   stara  deska  zatrzeszczała  złowieszczo.  Napięcie  udzielało  się  wszystkim,  chociaż  nikt  nie  komentował   tego  głośno.  Chcieli  wreszcie  wyjść  na  zewnątrz,  zostawić  za  sobą  to  ciemne  i  duszne  pomieszczenie,  a   w  nim  swój  strach  i  niepewność.  Tu  byli  tylko  zgrają  anonimowych  szczeniaków.  Za  drzwiami  czekała   na  nich  chwała.   •   To  była  niedziela,  dziewiętnastego  sierpnia  1827  roku.  Na  południu  Hiszpanii  powietrze  było  gorące  i   ciężkie  jak  zawsze  o  tej  porze  roku.  Ronda,  niewielkie  miasto  leżące  po  obu  stronach  wąwozu  rzeki   Guadalevín,  nie  była  wyjątkiem.  Owego  dnia  temperatura  postanowiła  chyba  pobić  rekord  i  żar  lał  się  z   nieba  niczym  strumień  ciekłego  złota.  Nikt  jednak  nawet  nie  pomyślał  o  tym,  aby  szukać  ukojenia  w   cieniu  swojego  domu.  Nie,  nie  dzisiaj.  To  ostatni  dzień  narodowej  fiesty  i  przegapić  to  wydarzenie  było   dla  każdego  szanującego  się  obywatela  królestwa  Hiszpanii  niemalże  grzechem.  Nawet  ludzie  z   oddalonych  o  wiele  kilometrów  wiosek  porzucili  obowiązki  dnia  codziennego,  aby  zawitać  tego  dnia  do   miasta.  Wąskie  uliczki  zamieniły  się  w  kolorowe  rzeki  pełne  straganów,  których  właściciele   powystawiali  swoje  najlepsze  sery,  wędliny  i  wina;  roześmianych  ludzi,  którzy  na  tę  okazję  założyli   najbardziej  odświętne  stroje;  kolorowych  flag,  proporców  i  sztandarów  powywieszanych  niemalże  we   wszystkich  oknach  niskich  kamienic.  Jednak  wystarczyło  przypatrzeć  się  uważniej,  aby  wyszło  na  jaw,   że  wszystko  to  była  tylko  fasada,  dobra  mina  robiona  do  złej  gry.  Normalnie  festiwal  trwałby  kilka  dni   dłużej,  byłby  jeszcze  bardziej  wystawny  i  uczestniczyłoby  w  nim  więcej  ludzi,  jednak  powiedzmy  sobie   szczerze  –  Ronda  miewała  lepsze  i  gorsze  lata,  a  ten  rok  należał  do  najgorszych  od  czasów,  gdy   zakończyła  się  trwająca  sześć  lat  Guerra  de  la  Independencia  Española.  Plony  udały  się  marne,  handel   też  kulał,  a  populacja  miasta  malała  z  roku  na  rok  i  teraz  wynosiła  zaledwie  nieco  ponad  sześć  tysięcy   mieszkańców.  Właściwie  nie  było  się  z  czego  cieszyć,  a  jedyny  powód  do  świętowania  stanowiło  święto   samo  w  sobie.  Jednak  dla  mieszkańców  Andaluzji  był  to  powód  dobry  jak  każdy  inny.  Kulminacją   festiwalu  miała  być  oczywiście  korrida,  wspaniała  rewia  przemocy,  spektakularne  widowisko  rodem  ze   starożytnego  Rzymu.  Ale  tym  razem  nawet  ona  fundowała  miastu  swoją  zubożałą  wersje,  ponieważ   Pedro  Romero  Martinez,  jeden  z  najsłynniejszych  torrero  swoich  czasów,  żywa  legenda,  dumny  syn   Rondy,  nie  mógł  wziąć  w  niej  udziału,  gdyż  zmorzyła  go  choroba.  Jego  miejsce  zajęli  inni,  aczkolwiek   było  to  tak,  jakby  na  arenie  zamiast  lwa  miały  pojawić  się  koty.     •   Chłopców,  czekających  w  pomieszczeniu,  nie  dało  się  nawet  porównać  do  kotów.  Byli  młodzi,  naiwni,   nieokrzesani  i  niecierpliwi.  Przypominali  raczej  wygłodniałe  kocięta,  które  często  można  było  spotkać   polujące  na  gołębie  pośród  wąskich  uliczek  Rondy.  Nie  byli  torreros.     Jeszcze  nie.       3   Novilladas  były  amatorską  wersją  korridy,  swoistym  rodzajem  inicjacji,  podczas  której  amator  miał   szansę  stać  się  profesjonalistą.  Używane  w  nich  byki  były  młodsze  niż  te,  które  stosowano  w   prawdziwej  korridzie,  jednak  nie  miejcie  wątpliwości:  były  to  śmiertelnie  niebezpieczne  zwierzęta.  I   chociaż  chłopcy  siedzieli  razem,  jak  żołnierze  w  okopach  czekający  na  tę  pierwszą  prawdziwą  bitwę,   chociaż  mieli  ramię  w  ramię  walczyć  z  rozjuszonymi  bestiami,  trzech  z  nich  nie  chciało  mieć  nic   wspólnego  z  czwartym,  który  siedział  samotnie  w  kącie  izby.  Nie  mówili  nic,  ale  też  słowa  były  zupełnie   zbędne.  Wystarczyły  ukradkowe  spojrzenia,  ciche  pomruki  dezaprobaty  i  przestrzeń,  jaka  dzieliła  ich  i   jego.  Był  o  głowę  wyższy  od  najwyższego  z  nich  i  znacznie  lepiej  zbudowany,  więc  zostawili  go  w   spokoju,  chociaż  z  chęcią  zatłukliby  go  gołymi  rękoma.  Sama  jego  obecność  w  tym  miejscu  napawała   ich  obrzydzeniem.   Wygląda  jak  wielki,  tępy  cebestro  –  pomyślał  Enrique  Spinoza,  nieformalny  przywódca  trójki.  –  Nie   powinni  go  wcale  wpuszczać  na  arenę.  A  jak  już,  to  w  formie  rozgrzewki  dla  nas!     Zabawne,  ale  w  żadnej  innej  sytuacji  nie  pomyślałby  w  ten  sposób.  To  był  pierwszy  raz,  kiedy  chciał   naprawdę  wyrządzić  komuś  krzywdę.  Był  krzepkim  siedemnastolatkiem,  ambitnym  i  porywczym,   owszem.  W  końcu  w  jego  żyłach  płynęła  hiszpańska  krew.  Jednak  w  gruncie  rzeczy  miał  gołębie  serce  i   nigdy  w  życiu  nie  pomyślałby,  że  będzie  w  stanie  podnieść  rękę  na  jakiekolwiek  żywe  stworzenie.   Wyjątkiem  były  byki  na  plaza  de  toros,  jednak  tego  nie  traktował  w  kategoriach  okrucieństwa  –  one   istniały  tylko  po  to,  aby  je  zabijać  na  arenie.  To  był  naturalny  stan  rzeczy.  Proste.  Natomiast  nigdy,   przenigdy  w  życiu  nie  pomyślałby  o  zabiciu  człowieka.  No  może  poza  paroma  Francuzami,  którzy   podczas  wojny  zdekapitowali  mu  ojca  (doprawdy  zajmująca  historia  i  naprawdę  warta  opowiedzenia,   ale  może  innym  razem).  Jednakże  obecność  czwartego  chłopca,  siedzącego  razem  z  nim,  czekającego   na  to  samo,  co  on,  sprawiała,  że  czuł  się  w  jakiś  sposób  oszukany,  odarty  z  cząstki  chwały,  na  którą   przecież  w  pełni  zasłużył.   To  nie  będą  zwykłe  novilladas.  Ktoś  to  uknuł,  aby  mnie  ośmieszyć.  Albo  sprawdzić.  Nie  powinno  cię  tu   być    –  myślał  gorączkowo  o  chłopcu  siedzącym  w  rogu.  –  Nie  jesteś  godny  tego  wspaniałego  stroju,   który  masz  na  sobie.  Twoje  miejsce  jest  w  zagrodzie  dla  byków,  nie  tutaj!   Wyobraził  sobie,  jak  srebrną  szpadą  przebija  szeroki  kark  siedzącego  w  kącie  chłopca,  i  myśl  ta   jednocześnie  przeraziła  go  i  poprawiła  mu  humor.  Sprawdził  sprzączkę  swojego  skórzanego  pasa  i   spojrzał  w  stronę  wyjścia  na  arenę.  Kto  wie?  Może  jeszcze  będzie  ku  temu  okazja?  Tak  wiele  może  się   zdarzyć  podczas  inicjacji,  a  on,  choćby  nie  wiem  co,  miał  zamiar  sprawić,  że  będzie  to  wspaniałe   widowisko.   •   Niezależnie  od  ambitnych  planów  młodego  Enrique  Spinozy,  nikt  z  widzów  obecnych  na  trybunach  nie   spodziewał  się  wiele  po  novilladas.  Walki  młodzików  były  popularne  na  prowincji,  tam,  gdzie  ludzie  nie   mogli  sobie  pozwolić  na  prawdziwą  korridę,  jednak  tutaj  w  mieście,  które  było  domem  rodu  Romero,   nikt  nie  miał  wątpliwości,  że  novilladas  będą  tylko  przystawką,  nie  głównym  daniem.  Jednak  prawdą   było,  że  publiczność  wypełniająca  szczelnie  trybuny,  czekała  na  tę  inicjację.  Może  lekko  zniesmaczona,   ale  niezwykle  ciekawa  tego,  co  się  wydarzy.  Jak  goście  na  przyjęciu  weselnym,  na  którym  pojawić  się   ma  były  kochanek  panny  młodej.     Powodem  tego  niezdrowego  zainteresowania  był  ów  czwarty,  którego  Enrique  z  tak  wielką  chęcią   nadziałby  na  swój  rapier  i  chyba  nadszedł  najwyższy  czas,  aby  go  wreszcie  przedstawić:  chłopiec   nazywał  się  Samuel  Francisco  Gomez.  Pierwsze  imię  dostał  po  dziadku,  przygarbionym  mężczyźnie  o   białej,  kędzierzawej  brodzie,  którego  znał  jedynie  z  opowieści  przekazanej  mu  przez  przybraną  ciotkę.   Drugie  wybrał  sam,  podczas  bierzmowania  –  imię  legendarnego  matadora  i  dziadka  samego  Pedro     4  
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wniebowstąpienie Samuela Francisco Gomeza
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: