Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00303 006774 14673830 na godz. na dobę w sumie
Wolny i De Klesz - ebook/pdf
Wolny i De Klesz - ebook/pdf
Autor: , Liczba stron: 328
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-35-2 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Michał Wolny to 23-letni rozpieszczany przez życie mężczyzna. Wszystko zawsze układało się po jego myśli – miał pieniądze, świetny samochód i powodzenie u kobiet. Gdy bez problemu dostał posadę nauczyciela w jednym z najlepszych liceów we Wrocławiu, wcale nie był zaskoczony. Wszystko jak zwykle szło gładko. Jednak klasa D, której został wychowawcą, wywróciła jego życie do góry nogami...

Klasa D, De Klesz, to nie są zwykłe dzieciaki, lecz ekipa najlepszych przyjaciół żywcem wyjętych z Jarocina. To zbiorowisko najróżniejszych subkultur i indywidualności, którym przewodzi charyzmatyczny anarchista Kacper. Dekleszowcy kierują się w życiu ideałami, w jakie prawie żaden z dorosłych już od dawna nie wierzy. Organizują manifestacje w obronie praw człowieka i buntują się przeciwko normom społecznym, których zadaniem jest utrzymanie ludzi w szeregu. Przez swą anarchistyczną działalność chcą uświadomić społeczeństwu, co jest w życiu naprawdę ważne.

A poza tym, Dekleszowcy zmagają się z problemami typowymi dla nastolatków - z całych sił kochają, nienawidzą i wśród marności codziennego życia, starają się zbudować swój własny świat.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jirafa Roja Warszawa 2011 © Copyright by Sara Antczak, Aleksander Małecki, 2011 © Copyright by Jirafa Roja, 2011 Redakcja: Hanna Kukwa Korekta: Hanna Kukwa Projekt okładki: Maciej Dudzik Łamanie: Tatsu Druk i oprawa: Fabryka Druku | www.fabrykadruku.com.pl tatsu@tatsu.pl ISBN 978-83-62948-35-2 www.jirafaroja.pl Wydanie I Warszawa 2011 Dla Snowa, Asi, Łukasza i Julki. Za wszystko co robiliście dla tej książki i jej autorki. Sara Za pomoc w trudnej chwili dziękuję Piotrkowi Micule, Tobiaszowi, Pawłowi, Sobianowi, Korzonowi i Dżebsowi. Dziękuję za to, że jesteście. Mamie dziękuję za wszystko. Olek Osaczają mnie informacje, hasła, prawdy, Zasady i świętości Mój bunt jest świadomy i bolesny Czuję go całym sobą, Rozdziera mnie na części — To stan wojny i chaosu. To tworzenie siebie od nowa, Ucieczka i powrót, nienawiść i miłość Sweet Nosie — Patrz LEKCJA DE KLESZ TEMAT: CZARNE CHUSTKI KACPER NIE- Jak często wypowiadasz to słowo? Tam, gdzie zaczynają się ograniczenia. Zastanawiałeś się, dlaczego im podlegasz? Bo prze- cież postępujesz tak, jak ci każą. Kontrola towarzyszy ci od zawsze. Jest stałą częścią twojego życia. Chcesz coś zmienić? Powiedz nie. NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE. NIE tym wszystkim, którzy próbują cię usystematyzować i utrzymać w szeregu. No śmiało, bądź nieposłuszny. Jeśli chcesz, możesz wszystko zmienić. Czasami wydarzenia może nakręcić jedna głupia funkcja w telefonie. WYŚLIJ DO WIELU. FRIK — Dlaczego nie chcesz chodzić do kościoła?! Starzy pochylali się nade mną jak dwuosobowa komisja śledcza. Brakowało tylko gestapowskiej lampy skierowanej prosto w twarz. — Bo trzy razy wyrzucili mnie za wygląd! — Nic dziwnego! Nie chodzi się do kościoła z irokezem i w po- dartych spodniach! — Jeśli tak, to chrześcijańska tolerancja to jakaś ściema! Nie chcę należeć do takiej religii. — Czyli przestajesz chodzić do kościoła. Może do szkoły też? — Byłoby nieźle — mruknąłem. W tym momencie nadeszło wybawienie. Nie, wcale nie w po- staci Jezusa Chrystusa. Odezwał się mój telefon. Przeczytałem wiadomość i zerwałem się na nogi. 9 — Jeszcze nie skończyliśmy rozmawiać! Gdzie idziesz? — za- wołali za mną. — Zmieniać świat! — krzyknąłem z przedpokoju. — Ale wróć na kolację! „Za pół godziny na maja! Jesteś zaproszony do pomocy w two- rzeniu namacalnej alternatywy wobec tego, co na zewnątrz. Weź spreje. I coś na twarz”. NIKA Zawiązałam glany. To znaczy najlepsze buty. Do kopania, bie- gania i obrony. Potem plecak i do niego ze trzy… ALAN …spreje. Żeby mury stały się czarno- LINA — Czerwona, ulubiona smycz mojego psa. Zabrałam go z do- mu, kiedy wychodziłam. Psy też mają prawo być zaangażowane politycz… ALAN …NIE. Napisałem to wielkimi literami na czole, bo tylko tego miejsca nie zasłaniała mi GUDSTUF Chustka na twarz. I czapka na głowę. Kamery są wszędzie. Chustkę zawiązuje… MAJKA …podwójnie. Często zdarza się ktoś, kto chce ją zerwać. No i jeszcze świadomość FRIK …Samozagłady. Trzeba ją mieć. Na wypadek gdyby chciał nas zaatakować policjant albo inny łysy przestępca. Kacper opierał głowę na brudnej szybie autobusu i spod czapki z daszkiem obserwował mijane miasto. Nie znosił czekać. Kiedy autobus dowlókł się na plac Pierwszego Maja, Kacper rozejrzał się. Stało tam kilkanaście osób. Ich oczy błyszczały w mętnym świe- tle lamp ulicznych, zużywających opodatkowaną elektryczność. Twarze ciężko było rozpoznać w ciemności, przez kominiarki, chustki i arafatki. Kacper ruszył w stronę placu. Powitały go chóralne okrzyki ra- dości. Kilku przechodniów obejrzało się. Zobaczyli zamaskowaną grupę i przyśpieszyli kroku. Lepiej nie mieć z tą podejrzaną sprawą nic wspólnego. Lepiej spędzić spokojny niedzielny wieczór z herba- tą przed telewizorem. Wieczorem leciał „Traffic” na Polsacie. Kac wskoczył szybko na sam szczyt schodów i uśmiechnął się szeroko. — Drogie panie i punki, dzisiaj trochę pobiegamy i poskacze- my. Mury, mosty, rusztowania i słupy. Do roboty. Demokracja ▷ praca ▷ wypłata ▷ małżeństwo ▷ obiad ▷ kapitalizm ▷ śmierć — Jesteśmy genialni — zaśmiała się Nika, zeskakując z murku. — Siedmioma słowami podsumowaliśmy całą cywilizację. Alan wciąż stał na murze, dorysowując komiks o czarno-białych ludzikach sterowanych sznurkami jak marionetki. — Nie powinniśmy już iść? — Lina była niespokojna, stała ra- zem ze swoim psem na czatach. Alan jej nie słyszał. Kiedy trzymał w ręce sprej, nigdy nikogo nie słuchał. — Nie lekceważ siły sztuki — mruknął pod nosem i odwrócił się. Sprej spadł i z brzękiem potoczył się po chodniku. Dwóch policjantów idących drugim końcem ulicy zatrzyma- ło się. — Słyszałeś? Kacper i Frik wychylili się zza muru na parkingu. — Dlaczego mam wrażenie, że zrobimy dzisiaj coś totalnie pojebanego? — Dlaczego mówisz szeptem? Bo rozjebaliśmy państwową kra- tę? — zapytał Kac normalnym głosem i wbiegł na parking. 10 11 — AAAAA!!! — ryknął — JESTEŚMY TU! I ODRZUCAMY GŁÓWNE ZAŁOŻENIA CYWILIZACYJNE!!! — Kac, pojebało cię?! — Majka wybiegła zza muru i złapała go za bluzę. — O co wam chodzi, ludzie? Anarchia kocha teatr. Chwilę później klęczeli obok siebie w bagażniku wielkiej brud- nej ciężarówki, z dachem przykrytym jakąś szmatą. Właściciele samochodów miotali się na zewnątrz szukając wandali. — Fajnie tu — Frik usiadł na podłodze. — Jak długo zostajemy? — Aż skończą nas szukać… Majka? Obydwaj spojrzeli na nią. Siedziała patrząc na niebo przez dziu- rę w płachcie. — Czemu tak rzadko patrzymy w górę? Przysunęli się do niej i podnieśli głowy. Ciemność. Chmury przecinające niebo. Ostre, postrzępione i agresywne. Położyli się na plecach z rękami pod głową, patrzyli w niebo i mówili o swoich planach na przyszłość. Bo najważniejsze to mieć marzenia. — Jak będę dorosły, to nie chcę mieć samochodu. — Powie- dział Frik. — Jak będę dorosła, to nie będę mieć hipoteki. — Marzyła Majka. — Jak będę dorosły, nie będę płacić podatków. — Mówił Kac. Zaraz potem wsłuchał się w odgłosy na zewnątrz. — No dobra, ambitni ludzie. Wychodzimy. Wracali do domów, skandując hasła i rzucając ulotkami w po- wietrze. Czarne chustki dalej zasłaniały ich twarze. Dla reszty Wrocławia był to spokojny niedzielny wieczór. Na Polsacie właśnie kończył się film. LEKCJA WOLNEGO TEMAT: NAUCZYCIEL Z POWOŁANIA — Hej… Wolny… Pieprzone echo w mojej głowie. — Wolny… wstawaj. — Spierdalaj — mruknąłem z przekonaniem. — Wstawaj! Jest ósma! Musisz iść do szkoły — echo zaczęło coraz bardziej przypominać czyjś głos. — Ja nie chodzę do szkoły. — Ale ty jesteś nauczycielem! — usłyszałem krzyk. Nauczycielem? Gdzie ja jestem? Jaki jest dzisiaj dzień tygodnia? CO JA KURWA WCZORAJ PIŁEM? Godzinę później już kontakto- wałem. Mogłem się spóźnić na rozmowę kwalifikacyjną, ale fuck it, nadrobię wielkim wejściem. Przed lustrem zmierzwiłem grzywkę, trzeba dbać o atuty. Trick polega na tym, żeby włosy były rozczo- chrane, ale nie wyglądały tak, jakby miały być rozczochrane. To samo stosuję przed randkami. Dalej biała koszula (górne guziki rozpięte, żeby nie było sztywno), dżinsy i moje ulubione trampki Conversa. Wczoraj była u mnie impreza oblewająca moją przyszłą pracę. Zawsze byłem zapobiegliwy. Zacząłem robić jajecznicę i dla motywacji uruchomiłem pilotem moją kochaną wieżę Sony. Spod tapczanu wytoczył się mój kumpel Rozwaga. Rozwaga to przyszły prawnik. Jest teraz na czwartym roku, ale mimo tego już towarzyszy prawnikom na rozprawach i dzięki jego sugestiom prze- ważnie wygrywają. Oczywiście jest podręcznikowym frajerem. Lubię mieszać mu w życiu. A on w zamian regularnie wypełnia mi rachunki, pity i zajmuje się wszystkimi bzdurami, na które szkoda mi czasu. — Wolny, mówiłeś że to kameralna impreza! Mam dzisiaj roz- prawę! Nawet nie czytałem akt… Widzicie, co mam na myśli? Beznadziejny przypadek. 13 Przy stole siedział mój kolejny kumpel, Skalpel, w koszulce z na- pisem „Who the fuck is Mick Jagger?!” i wyżerał mój ulubiony se- rek. Sadystyczny student medycyny, od niedawna na praktykach. Potencjalny kandydat na reportaż o aktualnej służbie zdrowia. Tych dwóch gości nie łączy absolutnie nic, poza tym, że są mo- imi kumplami od czasów ogólniaka. Stanąłem w drzwiach i zaprezentowałem dzisiejszą stylówę. — Jak wyglądam? Dzisiaj przecież wielki dzień. Rozwaga zakrztusił się tostem i wpatrywał się we mnie z nie- dowierzaniem. — Co?! Nie zrezygnowałeś z tego chorego planu?!! — Nie. W życiu trzeba eksperymentować. — Ciągle to powtarzam w szpitalu, ale nikt nie chce mnie słuchać! — zaśmiał się Skalpel. — Nie mogę się już doczekać tych nagłówków w gazetach… „23-letni nauczyciel deprawuje licealistki…”. — Jeszcze lepiej będzie wyglądało w kronikach kryminalnych! — zdenerwował się Rozwaga. — Wiesz jakie to ryzykowne? Możesz wylądować za kratkami dla kaprysu… — Jak cię zamkną, to ja biorę snowboard, ekspres do kawy i Ipoda! — zastrzegł natychmiast Skalpel. — Jak możesz go do tego namawiać! — oburzył się Rozwaga. — Przecież to jest przestępstwo! Powiedz mu coś! Skalpel stanął przede mną i podniósł obie ręce do góry. — O nie! Stój! Zatrzymaj się! Kiedy spojrzałem na niego jak na debila, on klepnął mnie w ra- mię, odwrócił się i wzruszył ramionami. — Widzisz, Rozwaga? Próbowałem. Znam tych gości od siedmiu lat. Z każdym moim pomysłem po- jawiają się aniołek i diabełek w ich postaci i napierdalają mi w gło- wie. Chciałem być z nimi szczery, więc wtajemniczyłem ich w mój magiczny plan. Ten poranek to moja kara. — Aaa, i toster też chcę, Wolny! — Michał, pamiętaj, że jakbyś potrzebował prawnika… Wbrew temu co myślicie, wcale nie jestem głupi ani zboczo- ny. No… nie jestem głupi. Mam 23 lata i dużo znajomych na Face- booku. Chodzę do kina, biegam, gotuję, podróżuję, spotykam się z przyjaciółmi. Zanim wybrałem karierę nauczyciela, szukałem pomysłów na życie. Na studiach wszyscy moi znajomi mieli wy- znaczony plan. Chcieli pracować w biurowcach, tłumaczyć książ- ki, reperować starocie do muzeów albo sprzedawać samochody. Ach, ta presja, presja, presja, aby być kimś. Ja czułem się wolny. Nie musiałem nic nikomu udowadniać. Po- za tym… lubiłem rozrywkę. Łapiecie? Lubiłem się obijać, lubiłem wygodę… Chciałem się bawić. To był mój cel. Nie miałem zamiaru pozwolić, żeby dorosłość stanęła mi na drodze. Więc bujałem się tu i tam. I tak nagle znalazłem praktyki w liceach. I wierzcie mi na słowo, poczułem pieprzone powołanie. Zostawiłem frajerstwo w mieszkaniu i jechałem moją zajebistą furą przez zalane słońcem ulice Wrocławia. Przyciągała spojrze- nia połowy ulicy, a wiadomo, że dziewczyn nic nie kręci tak jak szybkie samochody i przystojny facet za kółkiem. Idąc korytarzem nie spinałem się. Jest spoko, łatwo pójdzie. Mam kasę, mam klasę, co nie? Poza tym raczej niezły wygląd i swo- bodę wypowiedzi. Mogę się założyć, że pierwsze pytanie będzie brzmiało: „Dlaczego chce pan uczyć w tak młodym wieku?”. — Dlaczego chce pan uczyć w tak młodym wieku? Zapytał uprzejmie dyrektor Liceum Ogólnokształcącego nu- mer X-X o ogólnopolskiej renomie. — Uważam, że w tym wieku o wiele łatwiej nawiązać kontakt z młodzieżą. Zależy mi na tym, żeby wyciągnąć z nich to, co naj- lepsze, a bez zaufania to niemożliwe. Dyrektor kiwnął głową najwyraźniej zadowolony i luknął do mojego CV leżącego na biurku. — Ma pan świetne humanistyczne wykształcenie i zastana- wiam się, dlaczego wybrał pan akurat ten zawód. Obecnie więk- szość ludzi uważa zawód nauczyciela w liceum za… ekstremalnie trudny i nieopłacalny. Przypomniałem sobie praktyki na studiach i napaloną licealist- kę w mundurku, rozłożoną na ławce w klasie. Uśmiechnąłem się rozbrajająco. — Bo… kocham moją pracę. Nie muszę dodawać, że następnego dnia już byłem na etapie podpisywania umowy. Dyrektor był bardzo chętny. Tak chętny, że było to trochę niepokojące. Gdybym wtedy zwrócił na to uwagę, wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale to olałem, bo byłem zadowo- lony, że wszystko układa się ładnie, jak zwykle. 14 15 Dyrektor opowiadał mi o szkole i pokazywał listy nazwisk. — W naszej szkole jest bardzo szeroki wybór klas tematycz- nych… klasa biologiczno-chemiczna, humanistyczna… Przebiegłem wzrokiem listę. Kurwa! Same dziewczyny! Ad- optujcie mnie! — Hist-WOS, sportowa i duma naszej szkoły, matematyczno- fizyczna czyli MEN-owska… Ciekawe co oznacza MEN-owska? Może szkolny oddział psy- chiatryczny? — I kulturoznawcza… — Kulturoznawcza? — zainteresowałem się. — Tak — dyrektor zaczął unikać mojego wzroku. — Akurat ta klasa nie ma wychowawcy… — A co się stało? Zaczął udawać, ze szuka czegoś w papierach. — Musiał wyjechać… wie pan, sprawy rodzinne. — I co, ja miałbym go zastąpić? Na liście nazwisk kilka znałem. I nie tylko ja. Wszyscy, którzy raz w tygodniu w oczekiwaniu na POP listę oglądali TVN 24. — Antynowicz?… czy to TEN biznesmen? Ten z piątki najbo- gatszych Polaków? Dyrektor, z niewiadomo czemu nieszczęśliwym wyrazem twa- rzy, przytaknął. — Mrozowska? To córka prezesa tego banku…?! — Tak. Chce pan kawy? Albo herbaty? — gość za wszelką ce- nę starał się zmienić temat. się za parę dni, a nie chcemy obciążać innych nauczycieli… kon- trakt obejmuje to półrocze, wychowawstwo i lekcje polskiego 5 ra- zy w tygodniu… i pensję… x_x_x_x. W miejsce iksów wrzucił taką sumę, że poczułem się jak na karu- zeli. A więc te wszystkie narzekania i strajki nauczycieli to ściema! Powinienem się chwilę zastanowić, domyślić się, że jest jakiś haczyk. Ale, jak zwykle, nie zastanawiałem się zbyt długo. — Zdaję sobie sprawę, że wymuszam szybką decyzję, ale… jest pan naszą ostatnią nadzieją. Więc jak. Decyduje się pan? Wyszedłem ze szkoły i wyjąłem telefon. Miałem 5 nieodebra- nych połączeń. Dwa od Skalpela i Rozwagi, a trzy od jakichś nie- znajomych numerów. Cholera, znowu po pijaku podałem numer jakimś laskom na imprezie. Komórka zawibrowała mi w rękach. — Halo? Wolny? I jak? Jesteś już nauczycielem? — zapytał Skalpel. — Tak stary. Dzwoń po ludzi. I wyjmuj flaszkę. — Znowu? — Nie narzekaj, ja stawiam. Odpadniesz, jak usłyszysz ile mi będą płacić. Zamknąłem klapkę z uśmiechem, odwróciłem się i osłaniając oczy spojrzałem na szkołę. Duży, jasny budynek z wielkimi oknami i wystrzyżonym trawnikiem. Sąsiadowało z nim ogromne boisko, ogrodzone murem kolorowym od graffiti. Największy napis czer- wonym sprejem głosił „JESUS CHRIST PRISON BREAK”. Miałem spędzić tu najbliższe pół roku. Słońce wyszło zza — Tak, może być kawa… łał… wpływowi ludzie… te dzieciaki chmur. To był chyba dobry znak. to musi być prawdziwa elita. W tym momencie dyrektor, który niósł kawę, potknął się. Ze- rwałem się zza biurka (miałem na sobie ciuchy z Diverse!). Ciemny płyn wylał się na listę uczniów i zaczął ściekać po biurku. — Eee… pomóc jakoś? — Nie nie, nie trzeba… — wykonał jakiś magiczny telefon i po- prosił o ścierkę. — Więc jak? Jest pan zainteresowany? Otworzył teczkę i wyjął z niej umowę. Uniosłem brwi. Ale jak? To już? Tak z marszu? Bez testów psychologicznych? Chyba za- uważył moje zdziwienie i się zmieszał. — Wie pan… trochę się śpieszymy… Nowy semestr zaczyna Następnego dnia wszedłem do pokoju nauczycielskiego, rozkoszu- jąc się swoim nowym, prestiżowym i odpowiedzialnym wcieleniem, skalanym jedynie delikatnym kacem. Średnia wiekowa wynosiła ok. 40 lat, więc sami nudziarze. Rozmawiali o lekcjach i pili kawę. Nie zwracali na mnie uwagi, więc też ich olałem i siadłem z tyłu. Wyją- łem dziennik i zacząłem szukać kolejnych znanych nazwisk. — Hej… wiesz, czym się różnią uczniowie z B od uczniów z E? — usłyszałem za sobą zachrypnięty głos. Odwróciłem się i zobaczyłem pytającego. Był ubrany w brązo- wą skórę, miał zachrypnięty głos, około 25 lat, podkrążone oczy 16 17 i najwyraźniej dotkliwego kaca. Ostentacyjnie palił papierosa, nie zwracając uwagi na zakaz. Wreszcie ktoś normalny. — Nie. Czym? — zapytałem zaintrygowany. — Kiedy klasie B powiesz: „nauczcie się słownika na pamięć” to zapytają: „dlaczego?”. A klasa G rzuci tylko: „na kiedy?”. Uśmiechnąłem się i podałem mu rękę. — Michał Wolny. — Szczery. — Serio? Fajne nazwisko. — Twoje też. Szczerze. Poczułem, że go lubię. Szczery położył nogi na pobliskim krze- śle. Jakaś stara wysuszona nauczycielka posłała nam spojrzenie pełne dezaprobaty, ale nic nie powiedziała. Najwyraźniej Szczery był tu na jakichś specjalnych prawach. — Więc… Wolny… — zaciągnął się i dmuchnął dymem w stro- nę wapna — jak ci się tu podoba? — Dopiero się rozglądam. Są tu fajni ludzie? — Mówisz o uczniach czy o nauczycielach? — O tych i o tych. — Wiesz, ogólnie nie jest źle… teraz przyjmują nową kadrę, podobno ma być więcej młodych nauczycieli… jakiś nowy pomysł dyrektora. Twierdzi, że tacy lepiej dogadują się z młodzieżą — za- rechotał paskudnie. — No, a powiedz mi co na pytanie ze słownikiem odpowie- działaby klasa D? Szczery, który właśnie zaciągał się papierosem, rozkaszlał się na dobre. W pokoju nauczycielskim zapadła kosmiczna cisza. Przy- najmniej tak mi się wydawało. Po chwili Szczery podniósł na mnie zaczerwienione oczy. — Chwila… uczysz w DE KLESZ?! — Jeszcze nie. Dopiero zaczynam. I mam być ich wychowawcą. — O stary — poklepał mnie po plecach. — O stary… zapalisz? — Dzięki, nie palę. — Ale zaczniesz. Uwierz mi. Szedłem korytarzem w stronę klasy na pierwszą lekcję. Wy- obrażałem sobie te bogate, zblazowane dzieciaki, przyzwyczajone do wygody. Nastawione na układy. Gotowe się dogadać. Mogliśmy mieć ze sobą wiele wspólnego. Jesteś nauczycielem z powołania. Jesteś nauczycielem z powoła- nia. Zrób dobre pierwsze wrażenie. Bądź cierpliwy. Profesjonalny. — Cześć, jestem waszym nauczycielem polskiego… Siadać, je- stem waszym nowym wychowawcą… Siema, jestem Wolny i chcę przelecieć wasze matki, siostry i koleżanki. No dobra. Let’s get it started. Wziąłem głęboki oddech i naci- snąłem klamkę. Klasa była pusta. Bardzo dziwne. Słońce spokojnie oświetlało tablicę i rzędy ła- wek. Poszedłem do pokoju nauczycielskiego, sprawdziłem jeszcze raz. Numer sali 25, wszystko się zgadza. Więc zacząłem chodzić po korytarzu, zaglądając do różnych klas, dopóki nie złapał mnie jakiś zdyszany nauczyciel. — Pan Wolny? Wychowawca klasy pierwszej De? — Tak. — Znalazłem ich. Są w sali numer 20, niech pan tam lepiej szybko idzie… Zaintrygowany ruszyłem do dwudziestki i bez namysłu naci- snąłem klamkę… — WŁA-DZA PRECZ! WŁA-DZA-PRECZ! — BIUROKRACI, BURŻUJE! WASZ KONIEC SIĘ SZYKUJE! — FASZYŚCI — POLICJA! JEBANA KOALICJA! — PO-MÓŻ POLICJI! ZA-STRZEL SIĘ SAM! Najpierw decybele rozpieprzyły mi bębenki. A potem zalało mnie może naszywek, skór, agrafek, irokezów. Jeden wielki ryk, wrzask i chaos. KURWA, JAROCIN. Kiedy otrząsnąłem się z pierwszego szoku, zacząłem oceniać sy- tuację. Większość ławek była przewrócona, a na pozostałych stała ko- lorowa załoga i trenowała jakieś hasła. Od razu wyczułem jakiś taki brak respektu, tym bardziej, że oni stali na ławkach, a ja na ziemi. — Hej — podjąłem heroiczną próbę kontaktu. Z góry skazaną na niepowodzenie, jak się okazało. — Hej, ludzie! — popełniałem dwa błędy. Po pierwsze, nie mia- łem megafonu, a bez megafonu ni chuja, a po drugie, zwracałem się do nich „ludzie”. Nic dziwnego, że nie zareagowali. 18 19 No dobra. Więc ja sobie tak stałem jak debil, oni tak sobie ska- kali i krzyczeli, aż w końcu w akcie desperacji przyszło mi do głowy jedyne rozwiązanie, które stosowałem głównie na imprezach. — CISZA KURWA!!! — ryknąłem. Nie byłem pewny czy zadziała, ale zadziałało. Wszyscy nagle za- milkli, jakby ktoś wyłączył dźwięk. Jednocześnie zogniskowałem spojrzenia trzydziestu par oczu. W obliczu takiej uwagi nagle straci- łem całą pewność siebie i chciałem się schować. Ale nie było gdzie. — Dzień dobry — powiedziałem cicho. — Jestem waszym no- wym wychowawcą. W chwili kiedy próbowałem ułożyć dalszy ciąg, okazało się, że oni już go znają. — Spóźniłeś się. Rzucił skate stojący na jednej z nielicznych, nieprzewróconych ławek. Miał czarną bluzę z ogromniastym A na przodzie, rękawicz- ki bez palców, rozczochrane blond włosy i czapkę z daszkiem. — Dzisiaj nie idziemy na lekcje. Udzielił mi szczegółowej informacji ktoś z boku. Przeniosłem wzrok. Tym razem był to punk w dżinsowej kamizelce tak przykry- tej naszywkami, że nie było widać dżinsu i łańcuchem doczepio- nym do spodni. Straszył na odległość czerwonym irokezem. Miałem ochotę powiedzieć „tak? to, przepraszam, pomyłka” i wyjść. Zbierałem się mentalnie przez chwilę. W końcu zapytałem ich usprawiedliwiającym głosem, jak w jakiejś telenoweli: — Ale dlaczego? Skate zeskoczył na ziemię, lądując centymetr przede mną. Spojrzał mi prosto w twarz. Miał niesamowite oczy. Blade, rozmy- te i szare. Były skupione i twarde jak stal. Cały promieniował taką determinacją, że nie miałem pojęcia, co zrobić. — Bo tak — powiedział po prostu. I tym razem, nie dając mi czasu na reakcję, wszyscy skierowa- li się do drzwi i wyszli. A ja stałem jak sparaliżowany, aż klasa nie została pusta. To była ta klasa? Dzieciaki VIP-ów, elity Wrocławia? Po wyjściu z klasy byłem tak wkurwiony, że nawet nie rozglą- dałem się za dziewczynami. Na korytarzu dogonił mnie Szczery. Oczywiście domyślił się po mojej minie jak poszło, a raczej jak nie poszło. — Jak źle było? — Nie bardzo. Skandowali. Wywrócili ławki. Nie pozwolili mi dojść do słowa. Wyszli z klasy. — No to nie było najgorzej. W zeszłym semestrze podpalili ławki. Jeszcze wcześniej zabarykadowali się w klasie, trzeba było dzwonić po policję. A na walentynki… Wyłączyłem się i usiadłem na ziemi. — Kurwa, w co ja się wplątałem? — powiedziałem do siebie. Szczery usiadł koło mnie. — Próbowałem cię ostrzec, stary. To są wywrotowcy. Anarchi- ści. Świry. Nie można z nimi nic zrobić, bo ich starzy nie pozwa- lają ich wyrzucić. Niektórzy są w radzie miasta. A że trzymają się razem w stadzie, są praktycznie nietykalni. Chyba zauważył mój stan, bo przerwał przemowę i poklepał mnie współczująco po ramieniu. Po chwili byłem już w gabinecie dyrektora, gotowy podrzeć umo- wę o pracę. Opieprzyłem go, że zataił przede mną informację, że mam prowadzić lekcję z młodocianą bojówką anarchistyczną i za- groziłem sądem. W formie rekompensaty zaproponował mi zwięk- szenie pensji i żebym zamiast wychowawczej poprowadził teraz lek- cję polskiego z klasą pierwszą A. Podobno bardzo łagodną. Stwier- dziłem, że i tak nie mam pola manewru i przyjąłem ofertę. I tak już gorzej być nie mogło. — No więc, co sądzicie o tym utworze? Zamknąłem książkę i popatrzyłem po klasie. Trzydzieści par oczu wpatrywało się we mnie z maślanym za- chwytem. O, tak nam mów, i jeszcze więcej, i więcej. Rzeczywiście, klasa A składała się z samych dziewczyn i do te- go obłędnie atrakcyjnych. Najbardziej przyciągała moją uwagę ta z pierwszego rzędu — Ania. Miniówka w kratkę, bluzka zawiązana nad brzuchem, wielkie oczy i burza fantastycznych blond włosów. Nie spuszczała ze mnie wzroku. Wyglądała zupełnie jak Britney Spears w teledysku „Hit Me Baby One More Time”. Teledysku, który nie po- zwalał mi spać przez pół roku, kiedy podbijał listy przebojów. 20 21 Podniosła rękę, nie odrywając ode mnie wzroku. — Mam pytanie. — Dawaj. — Będzie nas pan uczył polskiego? — Na to wygląda. Dziewczyny zaczęły wiwatować. Uśmiechnąłem się szeroko. Ania znów podniosła rękę. — Jeszcze jedno pytanie. Gdzie pan mieszka? — Na Gaju. — Ja też! Pytam dlatego, że dzisiaj chyba pana widziałam. Faj- ny samochód. — Dzięki. No dobra, dziewczyny, to jedziemy dalej… Ale do końca lekcji jej słowa obijały mi się po głowie echem. Po dzwonku wszystkie dziewczyny zaczęły tłoczyć się przed moim biurkiem z pytaniami. Jednak się myliłem. Jestem tu mile widzia- ny. Kogo obchodzi jakaś pojebana klasa degeneratów, jak obok mam inną, w dodatku pełną takich towarków? A potem był długopis. Czerwony, toczący się po podłodze i lądu- jący dokładnie pod moimi nogami. Zanim zdążyłem się pochylić, pojawiła się przede mną zalotnie uśmiechnięta Ania. Schyliła się, podniosła go i powoli wyprostowała. Wiecie, ile skojarzeń można wywołać jednym ruchem? — Masz jakieś pytania? — Nie — mrugnęła do mnie. — Chociaż właściwie… Gdybym miała jakiś problem z zadaniem domowym, mogłabym kiedyś pa- na odwiedzić? Wyszedłem ze szkoły z uśmiechem na ustach. Ale później, w drodze do domu, przypomniałem sobie wzrok tego skejta. I te jego stalowe oczy. Do tej pory patrzyli na mnie w ten sposób tylko obecni faceci dziewczyn, z którymi spałem. Albo eks-faceci dziew- czyn z którymi spałem. Albo ci, którzy dopiero stawali się eks, przez to, że spałem z ich dziewczynami. W każdym razie jego wzrok był taki jak tych facetów — nieprzyjazny. I rzucał wyzwanie do walki. LEKCJA KACPRA TEMAT: SKOK I LOT Mówią ci: „Nie mów hop, dopóki nie przeskoczysz”. Mówią ci: „Myśl o swojej przyszłości, zacznij robić plany”. Mówią ci: „Słuchaj się starszych, rób co do ciebie należy, Nasza odpowiedź powinna brzmieć mniej więcej tak: a zajdziesz daleko”. PROSZĘ SIĘ NIE WPIERDALAĆ W NASZĄ WOLNOŚĆ Kłódka. Po co, kurwa, zamykać skatepark? Co tu można ukraść?! Beton? O piątej rano, jak zawsze chciałem potrenować. I nagle okazuje się, że ci grabieżcy z płacą minimum, już zdążyli założyć kłódkę. To było nasze miejsce. Powstało na Placu Wolności, na miej- scu skłotu wybudowanego w latach 80-tych i zburzonego przez pieprzony urząd miasta. Rozwaliłem tę kłódkę, otworzyłem bramę i zostawiłem na niej kartkę z napisem „Proszę się nie wpierdalać w naszą wolność”. Ta- ki sposób korespondencji ze światem wymyślili pierwsi skłotersi. Pisali na bramie „Zamieszkujemy tu, policja o tym wie”. Tylko po to, żeby wkurzyć gliny. Skok. LOT. Te kilka sekund, w trakcie których jestem w powietrzu, to naj- lepszy moment, jaki mogę sobie wyobrazić. Wolność absolutna. Nie obowiązuje mnie grawitacja. Nie myślę o niczym. 23 Za każdym razem kiedy wyskakuję w górę na rampie, widzę mury pełne haseł. Największe graffiti przedstawia boga skejtów — Tony’ego Hawka. Ale nie mojego. Dla mnie nie istnieje Bóg. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła siódma rano. Miałem coś do zrobienia. Ześlizgnąłem się z rampy, wyciągnąłem komórkę i wykręciłem Jej numer. Sygnał. Sygnał. — Halo? — zaspany, zachrypnięty głos. — Idziesz dzisiaj do szkoły? Zarzuciłem plecak na ramię, podniosłem deskę i ruszyłem w stronę bramy. — Kac… jeszcze śpię… — No właśnie, pomyślałem, że wpadnę i zrobię ci szybką po- budkę. — Spieprzaj. — Będziesz dzisiaj w szkole? — Nie. A ty tak? Kurwa, czemu nigdy nie możemy się zgrać? — Viva la różnorodność. — To przyjdę później na skatepark. Czekaj tam na mnie — po- wiedziała i rozłączyła się. WOLNY Ta szkoła to pojebane miejsce. Nie mówię tego jako nauczyciel, tylko jako człowiek, a wszyscy wiedzą, że to się nawzajem wyklu- cza. Na przykład dzisiaj. Kiedy wszedłem, zobaczyłem, że wszyscy w holu stoją pod schodami i wskazują w górę. Jak zawsze kiedy wi- dzę, że inni coś robią, zrobiłem to samo. I zobaczyłem Kacpra Antynowicza, syna najbogatszego miesz- kańca tego miasta, na szczycie schodów, z nogą opartą na desce. Nie. To chyba kurwa jakiś żart. Wytrzeszczyłem oczy. Nie zrobi tego. A jednak zrobił. W ciągu sekundy zmusił deskę do spadu i pomknął po schodach. Na początku przechyliło go na bok i już myślałem, że się przewróci, ale wymanewrował. Na ostatnim stopniu wykonał coś w stylu salta i wylądował na ziemi. Zapadła chwila ciszy, a potem wszy- scy dostali po prostu szału. Wiwatowali, jakby byli na olimpiadzie. Byłem taki zagapiony na ten show, że nie zauważyłem, że stanął przy mnie Szczery i trącił kumpelsko ramieniem. — Jebany Bam Margera, co? — Wolno mu to robić? — zapytałem. Byłem zaszokowany, ale nie tym, że jeździ na desce w budzie, tylko tym, że zjechał ze wszystkich schodów i nie leży jeszcze na OIOM-ie. Szczery wzruszył ramionami. — Nigdy nikogo nie pytał o zdanie. — I co, tak zawsze mówi co chce, robi co chce i pierdoli zasady? Szczery wskazał głową na Kacpra, który ponownie wskoczył na deskę i przejechał obok pokoju nauczycielskiego, po drodze waląc pięścią w drzwi. — Stary, on w ogóle nie wie co to są standardy. KACPER Kiedy wszedłem do klasy, wszyscy skoczyli na mnie i przewró- cili na ziemię z nadludzkim entuzjazmem. Po chwili poczułem jak Frik i Alan wyciągają mnie spod reszty. Zaśmiałem się i ruszy- liśmy korytarzem. — Frik, zajebałeś mi glanem w twarz. — Ej, o co ci chodzi — zaśmiał się — nie mogę powstrzymać moich glanów, one chcą niszczyć. Frik to najlepszy kumpel, jakiego kiedykolwiek miałem. Pozna- liśmy się pierwszego dnia budy. Znał mnie jak nikt inny. Był z nas specyficzny duet, który pokazywał wszystko w działaniu. — Ze schodów? Tego jeszcze nie było — Alan poklepał mnie po plecach. — Chciałem wkurzyć paru nauczycieli. — A od kiedy potrzebujesz do tego deski? Alan jak zawsze miał wszystkie ciuchy w kolorowej farbie. Na jego policzku było napisane plakatówką słowo DENIAL. — Smells like Nirvana, Alan… Szargasz świętości. Zatrzymaliśmy się przy ksero. Frik usiadł na parapecie i za- palił papierosa, od niechcenia rzucając spojrzenie na drzwi od pokoju nauczycielskiego, przy którym staliśmy i mruknął znie- chęcony: — W tym miesiącu wyrobiłem normę bywania w szkole. Mam dość. — Zdefiniuj normę? — Ej, jestem punkiem — wymamrotał niewyraźnie, wciąż trzymając w ustach fajkę. — Nie wymagajcie ode mnie definio- wania czegokolwiek, to się kłóci z moją ideologią! 24 25 Alan wyjął z torby projekty. Wielka gąsienica zjadała swój ogon. Nad nią było napisane „Sprzedaj dzieci za żywność”. — Kogoś mi tu brakuje… Gdzie jest Majka? — rozejrzał się Frik. — Miała nam pomóc przy rozwieszaniu. Spojrzeli na mnie. Wzruszyłem ramionami. — Wiecie jak to z nią jest… chodzi swoimi drogami. Ksero rozświetliło się i wysunęła się z niego pierwsza czarno- biała ulotka. Pierwsza kopia naszego przekazu dla świata. Na lekcję wbiliśmy się spóźnieni, jak zawsze. Siadłem na ław- ce i zdjąłem bluzę. — Widzieliście już tego palanta? — rozejrzałem się. — Chyba jeszcze go nie ma. Zawsze nienawidziłem nauczycieli, ale pan Wolny to była nie- nawiść na zupełnie nowym poziomie… Nic mnie tak nie dopro- wadzało do szału jak ten jebany blondas, ten pieprzony półprodukt z MTV. Już od pierwszego momentu, kiedy zjawił się w naszej szkole ze swoją superluzacką fryzurą i superluzackim stylem, poczułem nieskończoną pogardę. Woził się po korytarzach, jakby przyszedł tu promować swój najnowszy film. — Czy postanowiliście być solidarni w niesieniu sztandaru głu- poty? — zapytał już w drzwiach gestapowiec od fizyki. Zaczął chodzić po klasie, wręczając sprawdziany. Z oczu promieniowała mu satysfak- cja. Cała klasa oblała. Cała poza mną. Kartka z tym jebanym dobrym płonęła mi w rękach. A przecież nawet się do niego nie uczyłem. — Wolałbym nie robić wam nadziei. Jeśli nie poprawicie te- go sprawdzianu, a nie poprawicie go, to oblejecie rok. Wyraziłem się jasno? Pewnie, służalcza pizdo — pomyślałem i wstałem. Nauczyciel uniósł brwi z politowaniem. — Chciałbyś coś dodać, Kacper? — Tak. Chciałem powiedzieć w imieniu wszystkich, że nie poświęcamy czasu na naukę tych bzdur, bo oceny nie są dla nas ważne. — Zdanie do następnej klasy jest ważne. — Nie jest. Rozejrzałem się, złapałem zapalniczkę Jahrego, który wpatrywał się w nią, najwidoczniej zbąkany, i podpaliłem moją pracę. Nauczyciel zdębiał. Kartka spłonęła w parę sekund. Rozłożyłem ręce i uśmiech- nąłem się. — Widzi pan? Nie jest. Francuska gazeta „Le anarchie” ogłosiła nauczycieli szkół państwowych „intelektualnymi gliniarzami klasy kapitalistycz- nej”. Bardzo trafne. Miejsce, w którym mieszkam (nie mylić z „mój dom”), to typo- wy przejaw burżuazji szpanującej obecnym stanem majątkowym. Wielki, bezosobowy i obcy. Chce mi się rzygać za każdym razem, kiedy tu jestem. Nie odczuwam tego dojmującego wstydu przyna- leżności jedynie w moim pokoju. Zawsze miałem tylko jedną potrzebę. Chciałem żeby mój pokój wyglądał jak skate park. Zrobiliśmy z Alanem graffiti na ścianach. Dostałem za to szlaban na dwa miesiące. Mimo te- go nie zmieniłem wystroju. Miniaturowe rampy, materac w ro- gu. Dużo miejsca zajmują regały z książkami. Czytałem, co mi wpadło w ręce. Whartona, Irwinga, Faulknera, Vonneguta, Cartera, Kunderę, Nietzschego i Dostojewskiego. Ale najlepsza książka w historii ludzkości to „Fight Club”. Mocne, człowie- ku. Mocne. — Cześć Kac. Jak w szkole? Oczywiście to pytanie nie padło od moich starych. Mój ojciec nigdy by go nie zadał. Matki nie znałem. Zdaje się, że sprowadziła mnie na ten świat i zniknęła. Coś w stylu „dobra, to teraz radź so- bie sam”. Moi rodzice są do dupy. Zresztą, rodzice prawie zawsze są do dupy. No, więc te wszystkie słowa wypowiada Ewa, która sprząta dom po południu. Mój stary, jako przedstawiciel uzależnionej od władzy klasy średniej, musiał mieć pod sobą ludzi nawet we własnym domu. Więc zatrudniał tych do sprzątania, tych do go- towania, tych do prowadzenia limuzyny. Tak jakby ludzie byli od czegoś. Pamiętam, że kiedy ich zatrudnił miałem siedem lat. Stary traktował ich od początku tak przedmiotowo, że do mnie bali się nawet podejść. A wszystko, czego chciałem to się z nimi zakumplować. Teraz usiadłem na narożniku z modnego, markowego plastiku. 26 27 — Stary musi pójść do dyrektora… — O co tym razem się do ciebie przyczepili? — zapytała współ- czująco Ewa. — Zjechałem ze schodów na desce. Walnąłem w pokój nauczy- cielski. Obraziłem nauczyciela. Spaliłem sprawdzian na lekcji. — Aha. Zjesz coś? — Dzięki, sam sobie zrobię. Pomóc wam w czymś? — Nie, skończyliśmy już. — To weźcie sobie wolne. Kiedy przyszedłem na skatepark, było już pełno ludzi. I ze wszystkich stron było słychać dźwięk kółek na betonie. Cholera, jak ja kocham to miejsce. Żadnych pytań, żadnych dokumentów. Tylko samowolka. Tunele, rampy i hopy. Z radia le- ciał ostry rock z lat 90. Przywitałem się z kumplami i ćwiczyliśmy przez godzinę. Potem zrobiliśmy sobie przerwę i siedliśmy na ram- pie. Piłem wodę, a Wino i Mazi coca-colę i z dezaprobatą oglądali moją deskę. — Zdarłeś sobie całego taila… co zrobiłeś? Zjechałeś ze scho- dów? — No. — Po co? — Żeby zrobić zamieszanie w budzie. Popukali się w głowę, a zaraz potem zaczęli komentować ja- kieś nowe koszulki z nazwami firm produkujących deski. Więc wstałem i zacząłem znowu jeździć. Nigdy nie poświęcam czasu na wygląd. Nie patrzę w lustro, nie robię pompek. Noszę porozcią- gane bluzy, rękawiczki bez palców, luźne spodnie i prawie zawsze czapkę z daszkiem. Kiedy jej nie mam, włosy wpadają mi do oczu i muszę trzepać głową jak mokry pies. Ale Majka je lubi, mówi, że są nieujarzmione jak ja. Nie miałem nic do kumpli ze skatepar- ku. Fajnie się z nimi jeździło, znali na pamięć wszystkie teksty Kalibra, tylko że byliśmy trochę inni. Oni ciągle chodzili do KFC, a ich cele skupiały się na tym, żeby przejść jakąś durną grę, lub przelecieć jakąś jeszcze bardziej durną laskę. innych. W tym samym momencie. To działo się tutaj tylko w jednym wypadku. Miała na sobie czarny płaszcz, który powiewał na wietrze odsłaniając czarną bluzkę i przetarte dżinsy. Lewą rękę w kiesze- ni. Prawą swobodną, z dymiącym papierosem. Uśmiech na twarzy. Ci, co jeszcze zostali na deskach, natychmiast stracili koncentrację i już tylko gapili się na nią z wywieszonymi językami. Zatrzymała się pod rampą. Nie zawołała mnie. Po prostu uśmiechnęła się i lekko machnęła głową w bok. Jak ona to robiła? Reszta świata mogłaby mi rozkazywać i wołać, a ja bym się nigdzie nie ruszył. Z jej strony wystarczył ruch głowy. Tylko tyle, a ja już chwytałem deskę i szedłem w jej stronę. Kumple patrzyli na mnie jakbym miał tarczę strzelniczą przymocowaną do pleców. Podszedłem do niej. Prawie natychmiast poczułem jej język na moim języku, muśnięcie kolczyka na podniebieniu, zapach jej włosów. Zapach dymu. Jej ręka pod moją koszulką, jej kolano pomiędzy moimi nogami. Rampa zaczęła głośno protestować, więc ruszyliśmy w stronę Rynku. Mieliśmy misję do spełnienia i nie chodziło o seks; to mogło zaczekać. — Masz wszystko? — Sprawdź. Wyjęła papierosy i podsunęła mi torbę. — Alan wszystko mi przekazał… W dwóch punktach ksero odmówili mi, wyobrażasz sobie? — A dzisiaj rano ktoś zamknął skatepark. Pierdoleni mania- cy kontroli. — Masz ogień? Przyciągnąłem ją do siebie za szlufkę od dżinsów. Byłem jedy- ną osobą z chyba całej De Klesz, która nie paliła, więc nie nosiłem zapalniczki. Ale ona wciąż o tym zapominała. — Jak było w szkole? — Nieźle, tylko cały czas miałem uczucie, że czegoś zapomnia- łem. A to po prostu ciebie nie było. Uśmiechnęła się lekko. — To jak, zaczynamy? — Pomyślałam, że szybciej nam pójdzie jak będziemy je roz- Byłem w połowie blunt reverta, kiedy nagle usłyszałem charak- terystyczny łomot. To Wino wywalił się na desce. A za nim dwóch klejać osobno. Zatrzymałem się w pół kroku. 28 29 — No tak, ale… — zagryzłem wargi. — Ale co? Byłem pewny, że wie, co chcę powiedzieć. Często zarzucała mi, że za bardzo ją osaczam. — Spoko — rzuciłem. — Nie ma problemu, rozklejamy osob- no. Kto rozwiesi wszystkie pierwszy, ten wygrywa. Staliśmy zdyszani przed drzwiami mojego domu. Majka trzy- mała ręce w kieszeniach i patrzyła mi w oczy. — Wygrałeś — powiedziała z mieszaniną złości i rozbawienia. Odgarnąłem jej włosy z twarzy, a potem demonstracyjnie się przeciągnąłem i udałem, że chcę już iść. Złapała mnie za bluzę. — Dokąd to? — Do domu. Muszę jeszcze przygotować parę rzeczy. — Przygotuj ze mną. Może zrobimy tak, że coś… Zbliżyła usta do mojego ucha i z trzaskiem zapaliła zapalniczkę. — …eksploduje? — Mmm… Kac…? — Już odleciałaś? — Mów do mnie… — O czym? — Opowiedz mi o przyszłości… — Będziemy organizować manify, będziemy mieć pomysły, będziemy mieć kontakty. Pójdziemy do mediów, będziemy ryzy- kować więzienie albo śmierć. I jak nadejdzie rewolucja, staniemy gotowi. Taka jest nasza przyszłość, Maja. A potem diabli wzięli całą czułość, gryźliśmy się w usta aż do krwi i krzyczeliśmy tak głośno, żeby usłyszał nas cały świat. Mówią ci „nie mów hop, zanim nie przeskoczysz”. Ale przerwij im w pół słowa i skocz. Ja już skoczyłem. I leciałem. I nie zamierzałem się wycofać. LEKCJA WOLNEGO TEMAT: DZIECI (Z DWORCA ZOO) WOLNY — Dobra, no to zaczniemy od listy obecności… — Po co? — natychmiast dobiegło mnie pogardliwe pytanie jakiegoś gościa ujebanego plakatówkami. Włożył sporo trudu, żeby władować tyle negatywnych emocji w takie krótkie pytanie. — Żebym mógł was trochę poznać. — Nie znosiłem ich. Już przed poznaniem imion. Zmuszali mnie, żebym przy każdej od- powiedzi robił z siebie idiotę. — Kacper Antynowicz. — Spojrzałem pytająco po klasie. Od- powiedziała mi lodowata cisza. Przyjrzałem się im uważniej. — To ty? — wskazałem na skate’a rozwalonego w pierwszej ławce. Spod czapki z daszkiem śledziły mnie jego przenikliwe, szare oczy. Prawdziwy charakter. Czarny charakter. Uśmiechnął się ironicznie. Do nikogo innego w tej klasie tak bardzo nie paso- wałoby nazwisko z przedrostkiem anty-. — Piotr Brener? Tym razem spotkałem się z odzewem, chociaż raczej nie ta- kim, jakiego bym sobie życzył. Z krzesła obok Kacpra podniósł się czerwonowłosy punk i rzucił w moją stronę: — Ich bin da, ziche kommendante. Kurwa! Przecież tylko poprosiłem, żeby się przedstawił, a on zaczął się zachowywać, jakbym rekrutował Hitlerjugend czy coś. Postarałem się zignorować chichoty. Lecimy dalej. Wszyscy reagu- ją tak samo. „Ich bin da, ziche kommendante”. — Maja Mrozowska? — I tu przerwa. Z pierwszej ławki podnio- sła się dziewczyna, najwidoczniej Maja. A mi opadła szczęka. Ja pier- dolę, ale kociak! Czarne, lśniące włosy do ramion. Porcelanowa cera. Zielone, kocie oczy. Kolczyk w języku. Czarna bluzka na ramiączkach 31 z wielkim napisem „Sex, drugs and rock’n’roll” (wszystko razem, po- myślałem). Na to skórzana kurtka i przetarte w kilku ciekawych miej- scach dżinsy. Spojrzała na mnie, oczywiście, z krańcową nienawiścią, wstała, przywitała się po niemiecku, a potem zmieniła miejsce, siadła okrakiem na kolanach Kacpra i zaczęła go gwałtownie całować. Aha. — Alan Radner? Tym razem mieliśmy do czynienia z artystą. Koszulka cała w kolorowych farbach, obwisłe dżinsy też. Oczy totalnie nieobec- ne i utlenione blond włosy. — Wiktor Słoneczny? Jesteś? — z ostatniej ławki łypał na mnie jakiś metal. Cały na czarno, z czarnymi, czarnymi włosami, które zamiatały ławkę i przy okazji skutecznie zasłaniały całą twarz. Na- około latały czarne, czarne kruki. W górze szybowała mała chmur- ka, z której nieustannie lał się deszcz… Sorry, poniosło mnie. — Nie nazywają cię czasami Słoneczkiem? — nie mogłem się powstrzymać. Odpowiedź Wiktora brzmiała: — A co to ma za znaczenie? I tak wszyscy zginiemy. Powiedział to całkiem serio. Klasa się zaśmiała, a mnie po prostu wbiło w krzesło. To musi być spisek. Trzydziestoosobowy zespół ekster- minacji psychicznej Michała Wolnego. Szybko przeszedłem dalej. Jeszcze raz spojrzałem po klasie. Zacięte miny, założone rę- ce, śledzące mnie oczy… Byli na tak silnej kontrze wobec świata i reszty uczniów szkoły, jak to tylko było możliwe. Sprawdzając listę śledziłem lot karteczki, która przelatywała co chwilę przed moim nosem. Od jakiegoś czasu mnie już cieka- wiła. Każdy po kolei ją czytał, zwijał i podawał dalej. Nie wiem czy mam jakieś zdolności parapsychologiczne, ale od razu wiedziałem, że to coś o mnie. Ostatni dostał ją Kacper. Ten punk — Piotrek — przekazał mu ją jak zośkę, balansując kulką na nodze. Kac złapał ją i uśmiechnął się szeroko. Kurwa, co tam może być napisane? Niestety, nie dowiedziałem się tego, bo zadzwonił dzwonek. Okazało się, że sprawdzanie listy zajęło całą lekcję. — A oni do mnie „Ich bin da komendancie”! No what the fuck?! Akompaniował mi wybuch śmiechu moich dwóch najlepszych kumpli, Skalpela i Rozwagi. — Może myśleli, że uczysz niemieckiego? — Pierdolcie się! — Rozejrzałem się, ale ochrona klubu była wyluzowana. Znałem tu kierownika, piliśmy na koszt firmy. Zoba- czyłem tylko kilka nieprzychylnych spojrzeń innych klientów. — No więc powiedz jeszcze raz, jak to było — Rozwaga złożył ręce na stole jakby był na sali rozpraw. — Pamiętacie tę scenę na końcu „Króla Lwa”, w której hieny zmówiły się i zjadły Skazę? — Tak. — Ja byłem Skazą. Rozwaga współczująco poklepał mnie po plecach. Skalpel nie silił się na empatię. — Nie pokazali tej sceny! Cholera, czemu Disney zawsze opuszcza najlepsze kawałki? U nas ostatnio przywieźli do szpitala jakiegoś gościa pogryzionego przez psa. Ja operowałem. — Żyje? — przestraszył się Rozwaga. — Tak, i nawet przyjmuje pokarm przez rurkę. — Przepraszam, kurwa, ale czy możemy się chwilę skupić na moich problemach? — zdenerwowałem się. Mieli irytującą skłon- ność do zbaczania na inne tematy. — Muszę ujarzmić wrocław- ski półświatek! Skalpel rozciągnął się wygodnie na krześle. — Zadzwoń na przerwę, Wolny. Są młodzi i gniewni… Myślą, że przed nimi nikt się nie buntował. — Właśnie. Pewnie nienawidzą ludzi takich jak my. — Do- dał Rozwaga. — Dlaczego? Co ja im zrobiłem? — Nic, wystarczy że ich uczysz. W sumie wystarczy, że je- steś. — Ale ja ich do tej pory niczego nie nauczyłem! — wrzasną- łem. — W zasadzie to za bardzo mnie też nie było — dodałem skwaszony. Rozwaga wziął się do porządnej analizy. — Dobra, Wolny, jacy oni są? Nie przychodziły mi do głowy żadne zwroty poza: zblazowani, obraźliwi i niechętni do współpracy. Wszystkie jednak nie odda- wały tego, co mnie spotkało, więc zrezygnowany pokręciłem tyl- ko głową. 32 33 — Możesz coś z tym zrobić? — Nie. Przecież nie akceptują żadnej władzy! Około siódmej zrobiłem sobie jajecznicę. Byłem nakręcony po całym dniu jak po amfie. Nagle rozległ się dzwonek domofonu. Zjechałem po poręczy schodów i odebrałem. — Taa? — rzuciłem zdyszany. — Hej, tu Ania. Chodzi o wiesz, zadanie. Możesz mnie wpu- ścić? Czyli niespodziewanie przeszliśmy z Anią na ty! No proszę, nie trzeba było długo czekać. W czasie kiedy wchodziła po schodach, rozścieliłem łóżko, zmieniłem koszulkę, zmierzwiłem grzywkę i psiknąłem się Axem. Pukanie. Stanąłem w drzwiach. To tak się ubieramy na wspól- ną naukę? Miała na sobie czarny gorset, czerwoną miniówkę i bu- ty na wysokich obcasach. Spojrzała na mnie prowokująco i zagry- zła wargę. — Nie odrobiłam pracy domowej. Uśmiechnąłem się, zadowolony z takiego obrotu sprawy. — A jak mógłbym ci pomóc? Wtedy ona rzuciła się na mnie, pocałowała w usta, a potem po- szło już łatwo, moja twarz w jej włosach, jej ręce na moim pasku, jej krzyki w moim uchu. Później leżymy na materacu obok siebie. Ania nie przytula się, to znaczy, że nie jest jedną z tych uzależnionych emocjonalnie. Rzuciła mi krótkie spojrzenie i uśmiechnęła się. — Byłeś cudowny. Aha, to czas komplementów. Bawię się pasmem jej włosów. — Masz prześliczne włosy. Ania? — No? — dziewczyna sięgnęła do torebki po fajki i zapalniczkę. Uniosłem głowę, bo pytanie było ważne, może nawet kluczowe. — Czy jesteś jedyną osobą w tej szkole, która mnie lubi? Ania wybuchnęła śmiechem. — Żartujesz? Moja przyjaciółka, Kaśka, też uważa, że jesteś su- per. — Naprawdę? Odpaliła fajkę. — Mogę zapalić, proszę pana? 34 Spoglądam na nią i podaję jej rękę. Może trochę mało oficjalnie, bo wciąż leżymy na plecach i nie mamy na sobie ciuchów. — Dla ciebie, po prostu… Michał Wolny. — Heya, tu Michał Wolny. Jeśli jesteś gorącą laską, zostaw wia- domość. Jeśli nie, odpuść sobie bo i tak nie będzie mi się chciało odsłuchać. Split! PIIP — Cześć, tu twój gorący kumpel, Skalpel. Mamy na dzisiaj pla- ny, pamiętasz? Kręgle, wieczorem. PIIP — Michał, tu Rozwaga. Powiedz, że nie przespałeś się z tą uczennicą. Odbierz i powiedz to w tej chwili! No dobra, nie ma cię. Sprawdzałem to w kodeksie, wiesz na ile może cię pozwać? I nie licz, że będę twoim obrońcą. Widzimy się dzisiaj. I zmień w końcu tę durną sekretarkę! PIIP — I co to znaczy ten „SPLIT”?! PIIP — Hej, tu Ania. Dzwonię tylko, żeby powiedzieć, że wczoraj było świetnie. Do zobaczenia w szkole! Obudziłem się przy trzeciej wiadomości. Chwila. Powiedzia- ła do zobaczenia „w szkole”, tak? Nie „w sądzie”? Nie, na pewno w szkole. Z powrotem uwaliłem się na łóżko. Drugi raz obudziłem się koło siódmej, przebiegłem rundkę do- okoła domu, wskoczyłem do auta i ruszyłem do szkoły. Mam mniej więcej taki sam plan, jak większość uczniów — przespać jakoś te 8 godzin, wyrwać kogoś, a potem nawalić się po lekcjach. Problem tkwi w tym, że ja jestem nauczycielem. Wejście do szkoły zacząłem od zamknięcia na klucz wszystkich klas. Wiem, co klasa D będzie kombinować, więc z góry uniemożli- wiłem im schowanie się przede mną w innej klasie. Potem siadłem za biurkiem w sali 25 i położyłem nogi na blat. Haha, tu was mam! Nie przewidzieliście mojego geniuszu. Pół godziny później okazało się, że nie przewidziałem innej opcji. Po prostu nie przyszli do szkoły. 35
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wolny i De Klesz
Autor:
,

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: