Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00249 005068 15197218 na godz. na dobę w sumie
Wściekłe psy - ebook/pdf
Wściekłe psy - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 364
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-62-8 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Wydana w 1921 roku powieść stała się bestsellerem wydawniczym. Temat zagrożenia ze strony Sowietów był wówczas bardzo na czasie, a więc nic dziwnego, że zręcznie napisana, antykomunistyczna książka Bandrowskiego cieszyła się powodzeniem u czytelników. Jej drugie wydanie ukazało się w Poznaniu w 1930 roku. We Wściekłych psach  Bandrowski skupił się na odmalowaniu życia Moskwy już po zwycięstwie bolszewickiej rewolucji, ale jeszcze przed zagarnięciem przez Lenina i Trockiego pełni władzy. Działają inne partie polityczne, wychodzą opozycyjne wobec komunistów czasopisma. Błądząc po Moskwie, główny bohater, Polak Zaucha, styka się z anarchistami, drugą po bolszewikach siłą polityczną ówczesnej Rosji.

Brutalna rozprawa bolszewików z anarchistami - „krasnoarmiejców” z „czarnogwardiejcami” – stanowi finał tej barwnej opowieści ukazującej z reportażową dokładnością życie i mentalność mieszkańców rewolucyjnej Moskwy, w tym nędzę i potworności okresu przejściowego.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

WŚCIEKŁE PSY Jerzy Bandrowski WŚCIEKŁE PSY Redakcja i wstęp Piotr Kitrasiewicz Jirafa Roja Warszawa 2005 © Copyright by Jerzy Bandrowski © Copyright by Jirafa Roja, 2005 Skład i łamanie: Tatsu Projekt okładki: Natalia Gościniak ISBN 978-83-62948-62-8 Wydanie I Warszawa 2005 4 Jerzy Bandrowski W cieniu sławnego brata Kiedy w 1921 nakładem lwowskiego wydawnictwa ukazała się po raz pierwszy powieść „Wściekłe psy”, jej autor, Jerzy Bandrow- ski, był już pisarzem z niemałym dorobkiem. Ale chociaż do swojej śmierci w 1940 roku opublikował jeszcze szereg książek, to nigdy nie stał się autorem hołubionym przez krytyków. Zadecydowała o tym w pewnym stopniu duża poczytność napisanych dość lekkim piórem jego utworów. Utworów zawierających wartką i przesyconą sensacyj- nością fabułę, co sprawiało, iż recenzenci nazbyt gorliwie klasyfiko- wali je do gatunku literatury podrzędnej, pisarstwa klasy B. Nie był to jednak czynnik rozstrzygający. Bardziej istotne znaczenie miał fakt, że Jerzy Bandrowski był starszym o dwa lata bratem Juliusza Kadena- Bandrowskiego, słynnego piłsudczyka, pułkownika, autora licznych powieści i opowiadań, takich jak „Generał Barcz”, „Mateusz Big- da”, „Czarne skrzydła”, „Miasto mojej matki”, beniaminka sanacyj- nych recenzentów. Sława hałaśliwego, rozpolitykowanego Juliusza przysłoniła twórczość jego starszego brata, który posunął się nawet do tego, że w 1929 roku zamieścił list na ten temat na łamach „Ilustro- wanego Kuriera Codziennego”, popularnego „IKAC-a”, najchętniej kupowanego dziennika w przedwojennej Polsce. Oto jego treść: „Ponieważ w ostatnich czasach miałem wiele przykrości z tego powodu, że mniej znający stosunki literackie mylili mnie z mym bra- tem Juliuszem Kaden-Bandrowskim, autorem znanego skandalicz- nego odczytu, proszę o umieszczenie w waszym poczytnym piśmie mego oświadczenia, że poza związkami krwi, pomimo niezmiennej miłości braterskiej ideowo ani życiowo nic mnie z nim nie łączy. Podwójne nazwisko, jakiego on używa, ma oznaczać tylko, że jako młodszy mój brat i młodszy ode mnie pisarz, chcąc się ode mnie 5 odróżnić, do czego miał zupełne prawo, do nazwiska ojca przydał nazwisko naszej matki”. Zwróćmy uwagę na to: „nic mnie z nim nie łączy”. Braci dzie- liło sporo, także polityka. Jerzy skłaniał się w stronę wrogiej sana- cji Narodowej Demokracji. Zapewne drażniła go rozdmuchiwana przez wpływową prasę prorządową popularność młodszego brata i młodszego – jak sam napisał w liście – pisarza. Irytowała go jego bezczelność i obcesowość, wywoływane skandale i brutalne pole- miki prasowe. Bo Kaden-Bandrowski był człowiekiem o rozległych wprawdzie zainteresowaniach i reprezentującym wysoki poziom in- telektualny, ale jednocześnie zachowującym się w sposób typowo koszarowy: apodyktyczny, brutalny, mówiąc krótko – chamski. Ma- jąc „niewyparzoną gębę”, Kaden był jednak mężczyzną odważnym i nie bał się nawet narazić samemu Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu zarzucając mu, że – „Panu Marszałkowi u dupy wisi polska kultura” (było to po tym, jak Rydz-Śmigły zignorował zaproszenie na wykład Leopolda Staffa, któremu patronował właśnie autor „Generała Bar- cza” z ramienia Polskiej Akademii Literatury). Ale nade wszystko irytowało starszego Bandrowskiego to, iż jego – Jerzego – mylono aż nadto często z Juliuszem. Ciągle więc zmieniał miejsca pobytu i pogrążał się w alkoholizmie, do którego miał niewygasłą skłon- ność jeszcze od młodych lat. Nadwrażliwy samotnik Jerzy Bandrowski urodził się 22 stycznia 1883 roku w Rzeszowie. Pochodził z szanowanej i zamożnej rodziny o mocno sprecyzowanych ambicjach i zainteresowaniach artystycznych. Jego ojciec, Juliusz, był lekarzem, ale porzucił praktykę medyczną na rzecz sztuki. Interesu- jąc się teatrem i publikując wiele artykułów dotyczących problemów Melpomeny, przez wiele lat dyrektorował różnym scenom, najpierw we Lwowie, potem w Krakowie i Warszawie. Brat ojca, Aleksander Bandrowski, zasłynął jako śpiewak operowy, wykonawca trudnych partii wagnerowskich. Jego córką była znana sopranistka, Ewa Ban- 6 drowska-Turska. Matka Jerzego, Helena, pochodziła ze szlacheckiej rodziny Kadenów. Od najmłodszych lat Jerzy często zmieniał miej- sce pobytu. Do gimnazjum uczęszczał w Krakowie i Lwowie, stu- dia w zakresie filologii słowiańskiej rozpoczął na Uniwersytecie Ja- giellońskim, a kontynuował je w Pradze. Ze stolicy Czech nadsyłał do krajowych czasopism liczne korespondencje dotyczące tamtejsze- go życia kulturalnego. Odtąd dziennikarstwo stanie się jego drugą – po literaturze – pasją. Jako pisarz zadebiutował opowiadaniem opublikowanym w 1902 roku w warszawskim „Kurierze Porannym”. Wkrótce rozpoczął ka- rierę humorysty i satyryka ogłaszając na łamach licznych pism wier- sze, epigramaty i opowiadania podpisywane pseudonimem: Tersytes, nawiązując tym imieniem do postaci tchórzliwego Greka samochwa- ły z homerowej „Iliady”. Pierwszą książkę opublikował we Lwowie w 1910 roku. Był to zbiór żartobliwych wierszy noszący tytuł „Baj- ki ucieszne”. W tym samym roku ukazała się jego pierwsza powieść „Romans Marty”, a w trzy lata później tom „Osaczona i inne nowele”. Wybuch I wojny światowej zastał Bandrowskiego we Lwowie. Za- reagował na wojnę cyklem felietonów zamieszczanych w lokalnym dzienniku „Słowo Polskie”, których ostrze wymierzone było przeciw- ko państwom centralnym czyli Niemcom i Austro-Węgrom. Wyma- gało to sporej odwagi, gdyż Lwów znajdował się przecież na terenie zaboru austriackiego. W kilka lat później felietony te wydał w tomie zatytułowanym „W płomieniach”. Po zajęciu miasta przez wojsko ro- syjskie, Jerzy wyjechał w głąb imperium carskiego. Pracował w pol- skich gazetach wydawanych w Kijowie i w Moskwie. Trafił na Daleki Wschód, gdzie służył w sformowanej tam czechosłowackiej dywizji im. Jana Husa. Potem współorganizował polską Dywizję Syberyjską. Jako członek Polskiego Komitetu Wojennego wyjechał do Władywo- stoku, gdzie powierzono mu skomplikowaną i niełatwą misję kurier- ską. Miał dotrzeć do Paryża i zameldować się u generała Józefa Hal- lera. Aby wykonać powierzone mu zadanie musiał przebyć połowę świata. Do Francji dotarł bowiem przez Japonię, wyspy malajskie, Egipt i Gibraltar. Wrażenia i obserwacje z tej długiej podróży wykorzy- sta w swoich przyszłych powieściach i opowiadaniach. Przebywając 7 u schyłku wojny ponownie w Kijowie zajmował się aktywną pracą agi- tatorską, pisząc między innymi broszury polityczno-patriotyczne typu „Kim był książę Józef Poniatowski?”, „Legiony Dąbrowskiego”, „Le- giony Piłsudskiego”. Po proklamowaniu niepodległego państwa pol- skiego zamieszkał we Lwowie, gdzie współpracował jako felietonista oraz publicysta ze „Słowem Polskim”, „Gazetą Wieczorną”, „Gazetą Poranną”. Lata 1924-25 spędził w podwarszawskiej Utracie. W okre- sie tym związał się z endecką „Gazetą Poranną 2 grosze”. Wkrótce przeniósł się do Poznania. Pisywał do „Kuriera Poznańskiego” oraz – w latach 1936-39 – do tygodnika „Kultura”. Wybuch wojny zastał go w stolicy Wielkopolski. Po przyłączeniu przez Niemców Poznania do Rzeszy, Bandrowskiego wyrzucono z jego mieszkania. Ratował się powrotem do Krakowa, gdzie miał rodzinę mogącą udzielić mu schro- nienia. Tam też zmarł w 1940 roku. Bandrowski pozostawił po sobie liczne powieści, z których więk- szość ukazała się w dwudziestoleciu międzywojennym. Utwory napi- sane tuż po zakończeniu I wojny światowej noszą wyraźne piętno jego wojennych przeżyć, zręcznie przerobionych na literacką, sensacyjno- przygodową fabułę. Są to: „Przez jasne wrota” (1920), opis podróży z Syberii przez Japonię i Malaje do Francji i Polski, powieści „Piel- grzymi”, „Czerwona rakieta” i „Wściekłe psy” (wszystkie trzy wyda- ne w 1921 roku). Z licznego dorobku prozatorskiego Bandrowskiego warto wymienić także „Sosenkę z wydm” (1930), opowiadania mor- skie będące jednym z nielicznych opisów w ówczesnej literaturze pol- skiego Pomorza oraz „Pałac połamanych lalek” (1935), powieść z ak- cją rozgrywającą się w zakładzie dla psychicznie i nerwowo chorych. O Bandrowskim pisano niewiele, krytycy na ogół pomijali jego twórczość niechętnym milczeniem. Z jego literatury wydobywano głównie wątki przygodowe, porównując jego pisarstwo ze stylem charakterystycznym dla Jacka Londona, a z rodzimego podwórka z Ferdynandem Antonim Ossendowskim i Ferdynandem Goetlem. Byli jednak i tacy ludzie pióra, którzy go doceniali. „Płodny i utalentowany beletrysta, przez niektórych, ubocznymi względami kierujących się krytyków spychany do oficyn literatury. Może jednak stale rosnące zainteresowanie czytelników dostarczy mu 8 przynajmniej częściowej satysfakcji” – pisał Rajmund Bergel na ła- mach „Polonii” w 1930 roku. Z kolei w innym czasopiśmie recenzent kryjący się za inicjałami F.J. tak scharakteryzował osobę i twórczość autora „Wściekłych psów”: „Jerzy Bandrowski nie ma nic wspólnego z żadną z wpływowych grup literackich. Nie jest to przypadek: pisarz ten nie pasuje do żad- nego ze znanych nam środowisk. Jego samotność nie jest zresztą świa- domą postawą indywidualisty, wynika raczej z chorobliwej nadwraż- liwości. Powieści Bandrowskiego robią wrażenie oryginalnych, choć nie zawsze są takimi w rzeczywistości. Jest w nich zaciekłość i jakaś omdlałość zarazem, staroszlachecki wigor i dekadencja „inteligen- ta”, świeżość i zapach jesieni” („Gazeta Warszawska”, 1934). Podobnie scharakteryzował Bandrowskiego w rok później znany krytyk i historyk teatru, Adam Grzymała-Siedlecki, pisząc w „Kurie- rze Warszawskim”: „Jerzy w gospodarce swoją karierą lekkomyślny, rozrzutny talen- tem, o reklamę niedbały, cygan artystyczny dożywotni, jest jednak jed- ną z najbujniejszych organizacji psychicznych, jakie się przesunęły przez ostatnie 25 lat naszego piśmiennictwa”. Warto zaznaczyć, że niektóre z książek Bandrowskiego zostały przetłumaczone na języki obce: czeski i słowacki. On sam również parał się tłumaczeniami, przekładając na polski m.in. Rabindranatha Tagore’go, Rudyarda Kiplinga, Jacka Londona. Bestseller roku 1921 „Wściekłe psy” ukazały się w 1921 roku we Lwowie, a więc wkrótce po odparciu nad Wisłą przez żołnierzy Piłsudskiego bol- szewickiej inwazji w 1920 roku. Temat zagrożenia ze strony sąsied- nich Sowietów był wówczas bardzo na czasie, a więc nic dziwnego, że zręcznie napisana, antykomunistyczna powieść Bandrowskiego cieszyła się powodzeniem u czytelników. Jej drugie wydanie ukaza- ło się w 1930 roku w Poznaniu, gdzie pisarz opublikował większość swoich dzieł. Współpracował z wydawnictwem Rudolfa Wegnera, 9 znanego w środowisku wydawców skąpca, można więc mniemać, że panu Jerzemu nie przelewało się w życiu codziennym. Jak już sy- gnalizowałem, „Wściekłe psy” były trzecią częścią trylogii ukazującej losy Polaków w tragicznych latach ogarniętej rewolucją Rosji: od re- wolucji lutowej i końca rządów caratu do objęcia władzy przez bol- szewików i zaprowadzenia przez nich okrutnego terroru. „Prawda historyczna bierze może w tej powieści górę nad prawdą artystyczną, ale i tak rzecz jest bardzo zajmująca” – stwierdził w kra- kowskim „Czasie” recenzent A.O., czyli znany krytyk i historyk Ta- deusz Sinko. Najwięcej miejsca poświęcił Bandrowskiemu wydawca i historyk literatury polskiej Leon Piwiński: „Jego «Pielgrzymi», «Czerwona rakieta» i «Wściekłe psy» są jed- nym wielkim pamiętnikiem przeżyć autora, najpierw w «gminie wy- gnańczej» pod Charkowem, później w Kijowie w czasie wybuchu pierwszej rewolucji rosyjskiej, ruchów ukraińskich i rewolucji bolsze- wickiej. Autor miał zamiar artystycznego zorganizowania swych ba- jecznie bogatych materiałów wspomnieniowych z tego okresu. Zamiar ten udał mu się tylko w nieznacznym stopniu. Nie fabuła, nie fikcyjne postaci powieści, nie konstrukcja artystyczna, lecz konkretność ob- serwacji i bezpośredniość przeżyć wysuwa się tutaj na pierwszy plan i nadaje wartość niezwykłą tym utworom. Wydaje się, że autor mógłby zaniechać zupełnie nikłego wątku powieściowego i przemówić wprost od siebie, a czytelnik nie zauważyłby tego i słuchałby go z takim sa- mym zainteresowaniem. Autor bowiem umiał patrzeć: oczy miał nie- ustraszone i otwarte na wszystko; umysł mocny i pewny nie zbłądził się w piekle sprzecznych wydarzeń i nie dał się otumanić żadnemu uprzedzeniu. Rysem najbardziej charakterystycznym organizacji du- chowej autora jest zasadnicza życzliwość dla wszystkiego co ludzkie. Życzliwość i nigdy nie słabnące zainteresowanie. Stąd płyną wielkie zalety jego opowiadań: prostota, naturalność, prawda artystyczna i – ponad wszystko – prawda historyczna” („Przegląd Warszawski”, 1922). We ,,Wściekłych psach” Bandrowski skupia się na odmalowaniu życia Moskwy już po zwycięstwie bolszewickiej rewolucji, ale jesz- cze przed zagarnięciem przez Lenina i Trockiego pełni władzy. Dzia- 10 łają inne partie polityczne, wychodzą opozycyjne wobec komunistów czasopisma. Błądząc po Moskwie, główny bohater, Zaucha, styka się z anarchistami, drugą po bolszewikach siłą polityczną ówczesnej Ro- sji. Brutalna rozprawa bolszewików z anarchistami – ,,krasnoarmiej- ców” z ,,czarnogwardiejcami” – stanowi finał tej barwnej opowieści ukazującej z reportażową momentami dokładnością życie i mental- ność mieszkańców rewolucyjnej Moskwy, w tym nędzę i potworno- ści okresu przejściowego. Nie brakuje w tych opisach przesyconej emocjonalnością tendencyjności (m.in. w zobrazowaniu i roli Żydów oraz Łotyszów), nie brakuje wykrzywień plastycznych i ideologicz- nych. Dla Bandrowskiego tamta Moskwa była dnem piekła, w którym uwięźli miejscowi i przyjezdni, nie chcący lub nie mogący wyrwać się z tej otchłani. Piekłu temu, przez które sam przeszedł nadał w swojej powieści cechy apokaliptyczne, utrwalając jednocześnie liczne oby- czajowe i topograficzne szczegóły, mające niekiedy niebagatelną war- tość dokumentalną. * * * Wydanie „Wściekłych psów”, które oddajemy do rąk Czytelników jest pierwszą powojenną edycją tej pozycji. W Polsce Ludowej rzecz jasna powieść ta nie mogła się ukazać, a i po nastaniu wolności wy- dawcy jakoś nie sięgali po twórczość Bandrowskiego. Żadna z jego książek nie została wznowiona. Jak widać nawet po śmierci obu braci (Kaden-Bandrowski zginął podczas Powstania Warszawskiego), Je- rzy pozostawał w cieniu Juliusza. PIOTR KITRASIEWICZ 11 I. Żołnierze z rykiem i wrzaskiem hurmą rzucili się na nadjeżdżające w ciemnościach wagony. Wmieszawszy się w tłum, Zaucha, z małą walizeczką pod pachą, nie ceremoniował się, lecz, prąc całym ciałem, świdrując i wiercąc sobą, wkliniony w szamoczącą się masę ludzką, sunął ku drzwiom wagonu sanitarnego, zdobywanego właśnie przez jego „odcinek”. W dzień nie ryzykowałby może czegoś podobnego, bo wchodzenie w drogę żołnierzom łatwo mogło się skończyć połamaniem żeber, ale w nocy, gdzieś za stacją, gdzie szybowano wagony, podobne przedsię- wzięcia zwykły się udawać. Mimo że wagony biegły jeszcze dość szybko, schodki wozu dud- niły już od ciężkich kroków żołnierzy, z rozgłośnym stękaniem cią- gnących za sobą swe toboły. Ciemności nocne warczały pogróżkami i klątwami, blaszane kociołki brzęczały, kolby karabinów zdradli- wie godziły w kolana, „sołdackie” sumki, twardo wypchane łupem, ugniatały żebra i piersi. Nie zrażało to jednak Zauchy, przyzwycza- jonego już do bezustannych bojów w sowieckiej Rosji, do zdobywa- nia wszystkiego siłą zawsze i wszędzie. Zżył się z tym i nawet z pew- nym radosnym podnieceniem nurzał się w krzyczących i huczących odmętach ludzkich, rad, gdy zdołał przedrzeć się przez nie i postawić na swoim, na złość pieniącym się z gniewu niedołęgom. Nadeszła rozstrzygająca chwila. Wciąż biegnąc wraz z pociągiem, zbita gromada żołnierzy usta- wiła się jakoś tak, że Zaucha znalazł się przy stopniu, pod drzwiczka- mi wagonu. Teraz naprzód — i albo połamanie nóg, lub śmierć pod 13 kołami, albo miejsce w tym jednym z ostatnich pociągów, uciekają- cych z Ukrainy przed Niemcami. Więc Zaucha zaparł się w sobie, wstrzymał dech, naprężył wszystkie członki. Splątane razem z nim, zwikłane grono ludzkie dźwignęło się w górę i poczęło wśród walk i klątw piąć się ku drzwiczkom. Kilkunastu kanciastych olbrzymów szamotało się, grzmocąc ogromnymi pięściami i wywijając karabina- mi, zaś Zaucha prześlizgiwał się między nimi coraz bliższy celu, póki wreszcie, zgrzany lecz cały, nie stanął na skraju korytarzyka, zapcha- nego ludźmi i tobołami. — Towariszcz, a, towariszcz! — odezwał się błagalny głos tuż za nim. — Posuń się odrobinkę naprzód, żebym choć nogę mógł postawić! W milczeniu Zaucha ugiął się, jak mógł i przecie trochę miejsca zrobił jakiemuś kolosowi w szynelu. Było to w planie. Olbrzym zu- pełnie zatkał sobą wejście, a prócz tego na siebie już brał obowiązek walki z tymi, którzy jeszcze do wozu dostać się pragnęli. Wciśnię- ty między dwa twarde szynele, przesycone wonią machorki, ognisk obozowych i kapusty, sam drobny i szczupły, Zaucha stał, wyczeku- jąc, co dalej będzie. Udało mu się zdobyć miejsce w wagonie, więc teraz już z pogardą myślał o „głupim bydle”, dobijającym się wciąż do wozu. — Gdzież leziesz jeden z drugim? — wołał w duchu, krzywiąc się z niesmakiem. — Żadnego porządku nie ma! Co za hołota! — Towariszcz! — błagał ktoś, uczepiwszy się ramy wybitego okna w drzwiach już zatrzaśniętych. — Towariszcz! Cztery doby już czekam tu i do pociągu dostać się nie mogę. Wciąż — „miejsca nie ma”! Puść mnie! — Jakże ja ci miejsce zrobię, kiedy go nie ma? — A ty, wszystko jedno, posuń się troszeczkę! — Gdzie ja ci się posunę, duszo boża? — Gołubczik, odrobinkę — a posuń się! Już ono się zrobi, miej- sce, nie bój się, a to, mówią, ostatni już pociąg może… Hermaniec, mówią, idzie, w plen jego przeklęty popadnę… — O, a tobie zaraz już i „Hermaniec idzie!” Fu, ty czort, łżesz i grzech na duszę bierzesz, żeby cię tylko wpuścić. No, chodź, zobaczę ja, gdzie ty to miejsce znajdziesz. 14 Drzwi się otworzyły. Wsunął się przez nie tobół. („Pewnie rzeczy, zrabowane w którymś z rozgromionych dworów naszych!” pomyślał Zaucha). Za tym tobołem wepchnął się drugi, żywy, w żółtym szyne- lu, i tam, gdzie, zdawało się, igła już zmieścić by się nie mogła, znalazł przecie miejsce szeroki, barczysty żołnierz ze swym pakunkiem. Scena ta powtarzała się co parę minut. Zaczynał ktoś skomleć pod oknem — odpowiadano mu niechętnie, odmownie, czasem okrzykami głośnego protestu, ale przecie po jakimś czasie drzwi się otwierały, nowy pasażer z westchnieniem radości i wdzięczności wciskał się w ciasny, zatłoczony korytarzyk, wymieniał z drugimi kilka ostrożnych, nic nie znaczących, dyplomatycznych zdań i chuchając w zziębnięte dłonie, za- szywał się w swój kąt, grzejąc się w cieple natłoczonych ludzi. W miarę jednak, jak coraz dłuższym stawał się ten korek, zatyka- jący ciasny korytarzyk, pasażerowie, znajdujący się w nim, posuwali się naprzód. Stłoczona masa ludzka ugniatała się, jak kapusta w becz- ce. Działo się to niezmiernie powoli, niewidocznie, tak, że nikt kroku naprzód nie zrobił, a jednak po pewnym czasie Zaucha o duży krok już oddalił się od drzwi i stanął u wejścia do malutkiego korytarzyka, prowadzącego do wozu. Nareszcie kiszka ta tak się zatłoczyła, iż absolutnie już nikogo nie można było wpuścić. Wybuchło parę gwałtownych utarczek słow- nych, aż zapóźnieni podróżni, widząc bezowocność swych ataków, zaczęli wóz przepełniony omijać. II. W zatłoczonym ludźmi wagonie panowała cisza. Zrazu brzęczało kilka kłótliwych głosów, wadzących się o to, jak i gdzie najwygodniej ułożyć pakunki. Z rozmowy i akcentu można się było domyśleć, że to do drogi dalekiej układają się Syberyjczycy. Po jakimś czasie kłótnia ustała. Czasem szczęknęła blaszana zapal- niczka i błysnęła żółtym płomykiem w ciemnościach, żarzyły się pa- pierosy, ciężko dyszały szerokie piersi. Zresztą można było myśleć, że ludzie śpią. 15 Zaucha wiedział, że nie śpią. Przyczaili się tylko w ciemnościach i myślą. O czym? O sobie, o swych dziwnych przygodach na kru- szącym się froncie, o krwawych ogniach dworów, gromionych przez „zieloną armię”, o nowych czasach, o tym wreszcie, czy uda się im cało dotrzeć do domu i dowieźć lupy. Czasami, sapiąc i szczękając żelastwem, przelatywała obok wozu lokomotywa. Maszyniści porozumiewali się, gwiżdżąc z końca na koniec dworca według aparatu Morse’a. Coraz rzadziej chrzęściły po śniegu kroki żołnierzy, z klątwami i pobrzękiwaniem blaszanek szukających miejsc. Pociąg miał odejść o ósmej, północ już minęła, a o odjeździe nie było mowy. Pociąg stał, jak wmurowany. — A może nas tu tak zostawią? — zaniepokoił się Zaucha. Nie liczące się nigdy z ludźmi, przekorne a złośliwe władze bol- szewickie często płatały takie figle. Wtem wstrząsnęło wozem potężne uderzenie. — Nareszcie! — pomyślał Zaucha. Po krótkiem szybowaniu przypięto wagony do pociągu, po czym znowu zapadła głęboka cisza. Skurczony w niewygodnej pozycji, wciśnięty między dwóch cuchnących sołdatów, emigrant rozmyślał o swojej doli. Prześla- dował go los zły i zawistny, siłę woli i wytrwałość nagradzający tylko nowymi upokorzeniami i klęskami. Bo w końcu to wszystko było jednym nieprzerwanym pasmem niepowodzeń. Gdzież Legia Wschodnia, jej bunt szlachetny i jej tragiczna wiara w możliwość zwycięstwa sprawy dobrej wbrew twierdzeniu, iż Bóg stoi zawsze po stronie silniejszych batalionów? Cóż z nieugiętości i cichej poko- ry serc tułaczy i emigrantów, wszelkimi sposobami wmawiających w Rosję dobrą wolę i szlachetne posłannictwo? Cóż wreszcie z re- wolucji i nieskoordynowanych wybuchów zapału i energii rosną- cych w siłę oddziałów polskich? Z gałęzi na gałąź przelatuje Orzeł Biały, a front niemiecki rozwinął się od Bałtyku aż do Morza Azow- skiego i dalej, przez Kurdystan do granic Indii. Żadnego zwycię- stwa, same tylko straty i klęski, a on, Zaucha, znowu w wozie, mię- dzy uciekającem żołdactwem bolszewickiem, jadący — Bóg wie, dokąd i Bóg wie, po co. 16 Jednakże, mimo przygnębienia, nie czuł się złamanym na duchu. Nawet w krwawym chaosie rewolucji spostrzegał wyraźnie realizo- wanie się wielu wyroków sprawiedliwości, ledwie przeczuwanych dawniej, prorokowanych tylko. Niedostępny talmudystycznej sofi- sterii, może jednostronnie lecz jasno widział, iż „dokonuje się”. Co? Trudno było określić, ale cudownie i promieniście w tej szatańskiej gospodarce jedno po drugiem wyświetlały się słowa boże. Dlatego — nie rozpaczał, poprzestając na tych zwycięstwach ma- łych i drobnych, jakie mógł zdobyć. I tu było miejsce — w bolszewic- kim pociągu. Pojedzie. Sami bolszewicy go powiozą. A tam — może się przecie jeszcze na coś przyda. Po kilku godzinach czekania daleko dał się słyszeć niewyraźny szmer. — Kontrol! — szepnął ktoś czujniejszy niedaleko ucha Zauchy. Istotnie, wsłuchawszy się w te szmery, można było rozróżnić gło- sy, otwieranie i zamykanie drzwi. — Czort waźmi, na czto zdieś kontrol, mat’ ich! — „rugnął” szeptem drugi głos. Moment był istotnie nieprzyjemny. Zaucha miał paszport austriac- ki — nie miał wyobrażenia, jak się wobec niego bolszewicy zacho- wają. Ale liczył na swój poplamiony szynel rosyjski, nędzną czapkę i głupią, baranią minę. Jeszcze w szkole zawsze mu profesorowie mó- wili, że ma gębę zaspaną, baranią. Zbliżały się głosy stanowcze, mocne, bezwzględne. — Bolszewitskij komisar! — Nu jewo! Głośna rozmowa odezwała się już niedaleko. Wóz spał. Ktoś raz i drugi bezceremonialnie szarpnął drzwiami, błysnęło oślepiające światło latarki. Do wozu wszedł komisarz bolszewicki, wysoki, chudy Żyd o jastrzębiej, czerwonej twarzy. Mimo że zacho- wywał się głośno, nie zwracano na niego uwagi. Nie pytał o doku- menty, przyglądał się tylko twarzom. — Pokażcie swoje lico! — mówił drwiąco, budząc kogoś. — Chcę się nim porozkoszować. Nu, prędzej! Ja komendant. Nie o łas- kę proszę, lecz rozkazuję. 17 Z górnej półki wychyliła się okropna, obrzękła morda, zaspana, głupia, idiotycznie zdziwiona, a okrutna. — Wot czestnoje lico russkawo sałdata! — z ledwo dostrzegalną ironią wykrzyknął komisarz. — Nie sliszkom charoszoje no bolsze- witskoje! A wy kto? Trącił jakiegoś zaspanego lub udającego sen jegomościa, zawinię- tego w świtkę. — Mordoczku, pożałujsta, pokażitie! Pokazała się twarz „burżuja”, pulchna, różowa, gładko ogolona. — Kak wasza familja? — zapytał ostro komisarz. — Czyja? Moja? — pytał wystraszony czy zaspany inteligent — Czyja? Nie moja, a wasza! Pasażer — otyły olbrzym, łysawy blondyn, przeląkł się. Twarz drgnęła mu, że aż oczy zamknął. Wyjąkał z trudem: — Sa-ła-wjow! Patrzono na niego z pogardą. — Wasz dokument? A, praporszczyków już nie ma. To było kie- dyś, teraz — skończyło się. — Teraz wszyscy równi! — pouczyło kilka głosów. Mocny, badawczy wzrok Żyda obmacał kilka twarzy i przez mgnienie oka zatrzymał się na twarzy Zauchy, który stał przytajony w sobie, z gapiowato otwartymi ustami. Drapieżne źrenice komisa- rza kilku spojrzeniami przekłuły ciemne kąty, w których piętrzyły się „sumki” i toboły żołnierzy. Wreszcie Żyd odwrócił się i wyszedł, za- trzaskując za sobą drzwi. Rewizja podrażniła żołnierzy. — Jakiem prawem on wypytuje ludzi? — odezwał się ktoś. — Pokaż twarz! Jak wasza familia? A jak jego familia? A czemu on mnie pyta, a nie kogo drugiego? Ale z górnych półek odezwały się gwałtowne, energiczne pro- testy. Leżeli tam „Krasnoarmiejcy” ideowi. Ci rozpoczęli teraz po- lityczną rozmowę, z kolosalnym tupetem posługując się obrzy- dliwym żargonem partyjnym i pod niebiosa wynosząc potęgę bolszewizmu. 18 III. Pociąg ruszył. Oparłszy się o ścianę i przestępując z nogi na nogę, Zaucha stał, leniwe i niedbałe tropiąc myśli, przemykające mu przez mózg. Bez protestu, z całą rezygnacją poddawał się monotonii niewygodnej, no- woczesnej podróży po Rosji, w ścisku, w nieopalonym wozie sani- tarnym, bez światła. O świecy nie marzył i myśleć nawet nie chciał od chwili, kiedy podczas jednej z takich podróży widział, jak straż kolejowa rozstrzelać chciała „burżuja”, domagającego się lekkomyśl- nie światła w wagonie. Z uśmiechem przypominał sobie, jak stosun- kowo jeszcze niedawno temu jechał tędy za tanie pieniądze pierwszą klasą pośpiesznego pociągu, jak jadł znakomity obiad w wozie re- stauracyjnym i jak eleganccy oficerowie flirtowali z rozkapryszony- mi, uperfumowanymi damami w zacisznych, miłych „coupees”, mile oświetlonych elektrycznymi lampkami, przystrojonymi we wzorzy- ste, różnobarwne abażury. — No i cóż? — myślał. — Było i nie ma i obejdzie się. Za to jest co innego. A co stanowi istotę życia? Któż wie? Bez wielu rzeczy można się obejść. Na przykład: można sprzedać wolność za wygody, lub wygodami okupić wolność, a w gruncie rzeczy tak w pierwszym jak i w drugim wypadku jest niewygodnie. Ale jak prędko oni to po- trafili zniszczyć i jak gruntownie! Jasna rzecz. Przyroda bez regulato- ra inteligencji dąży do chaosu. Na którejś stacji pociąg stał rozpaczliwie długo. Nudno było nie- słychanie. Szczęśliwcy, którzy jako tako mogli wyciągnąć się lub za- haczyć o coś swe ciało, spali i drzemali. Inni stali, wzdychając z cicha. Ten i ów palił bezprzykładnie smrodliwego papierosa. — A ty skąd jedziesz, towarzyszu? — pytał jakiś szept. — Z rumuńskiej niewoli, z Kiszyniowa. — Isz ty! — zdziwił się szept. — Z rumuńskiej niewoli? A czyż my z Rumunią wojujemy? — Skąd mnie wiedzieć? Ja wiem tylko, że cały nasz artyleryjski pułk wzięli Rumuni do niewoli. — Cóż to ty opowiadasz? — zniecierpliwił się trzeci. 19 — To niby po twojemu Rumuni zajęli Kiszyniow? — A to kakże! — Kłamiesz! Kiszyniow nie zajęty! — Niech ci będzie nie zajęty, a ja w Kiszyniowie tym twoim cały miesiąc w rumuńskim szpitalu leżałem. Dopiero niedawno wypuścili. — Nie można tobie wierzyć. Ty kłamiesz. Nie mogli Rumuni za- jąć Kiszyniowa. Jakżeby oni śmieli? My z nimi nie wojujemy. — A co takiego? Daj ognia, towarzyszu? — przysunął się czwar- ty i przy rozdmuchanym żarze papierosa spojrzał mu w twarz. — Mó- wisz, że z rumuńskiego „plenu” jedziesz? A kto tobie kazał to mówić? Widziałeś ten „plen” na własne oczy? — Połno gawarit’! Nikt mi nie kazał. — Wieści takie fałszywe rozpuszczają, żeby Rosję rewolucyjną hańbić i niepokoić. Zakotłowało w wagonie. Odezwały się głosy: — Durak! Niczewo nie znajet! Dieriewnia! Duraczjo! — A mnie to co? Szczęśliwy, że wypuścili i że do domu jadę. Niech będzie po waszemu! Uspokoiło się trochę, ale tuż odezwał się niski, spokojny głos: — Tak ty w samym Kiszyniowie leżał, „soldatik?” — Zostawcie już! — zniecierpliwił się naciągany. — Nieee. Dlaczegóż? Ja przecie też z rumuńskiej niewoli jadę! — Ot, już i drugi jeniec rumuński się znalazł! — krzyknął ktoś zniecierpliwionym głosem. — Ech, wy, „zielona armia!” — Drugi! Nie bój się! I tysiące naszych znajdziesz: w niewoli ru- muńskiej, leśny kawalerze! — odpowiedział spokojnie tęgi, mocny bas. — Czemu gadasz, jeśli nie wiesz? Czemu żołnierzom uczciwym nie wierzysz? Ty dziewka, żebym ja cię zwodził? — Prawdę mówi! — zaczęto wołać w wagonie. — Czemu nie wierzyć? Czym on gorszy od ciebie? Prawda to, że Rumuni Kiszy- niow zajęli? — I Kiszyniow i całą Besarabię. — Czort! Czemuż oni przeciw nam wystąpili? — Ich zapytaj! — A czegóż dalej chcą? 20 — Mówią, że na Odessę pójdą. — Na Odessę? W wagonie zapanowała konsternacja. Żołnierze zaniepokoili się. Zaucha zauważył, że wiadomość o zajęciu Besarabii nie była im obo- jętna. W głosach ich, niedowierzających i podejrzliwych, drgało obu- rzenie, cień jakby wstydu, upokorzenia, gniewu. Nie dało się to nawet porównać z obojętnością, a nieraz nawet i złośliwą radością, z jaką wszelkie wieści tego rodzaju przyjmowała rosyjska inteligencja. Zaucha milczał i słuchał, wytężając całe swe czucie i całą swą in- teligencję. Zrozumiał, iż jest jednym z tych nielicznych, którzy mogą podsłuchać jakąś ważną tajemnicę przyrody. Mało znał chłopa rosyj- skiego, nie miał o nim własnego zdania, a te, które spotykał, bywa- ły często sprzeczne i rozbieżne. Nie zapominał jednak ani na chwi- lę o tym, że, jak wszędzie tak i w Rosji, lud odegra rolę decydującą, i że zatem głosowi jego trzeba się przysłuchiwać. Ktoś z górnej półki wsiadł na rozmawiających, skarżąc się, że mu spać nie dają. Inny zjechał całe towarzystwo, twierdząc, że to wszyst- ko głupie plotki, że żołnierzowi jednemu czy dwóm nie należy wie- rzyć, ponieważ oni nic wiedzieć nie mogą. — A zresztą, choćby nawet Rumuni na razie, czasowo Besarabię i zajęli — niczewo! Przyjdzie i na nas kolej. I Besarabię odbierzemy i mordę zbijemy. Na to chętnie zgodzili się wszyscy. IV. Szary, posępny dzień zimowy zaczął świtać w zabrudzonych, parą pokrytych oknach. Kto mógł, bodaj iluzorycznie, ustalić równowagę swego ciała, drzemał, nawet na stojąco. Grube, jak toporem wyciosa- ne, żółte twarze straciły wszelki wyraz i stały się, jak trupie. Obrzękłe, sine wargi rozchyliły się. Mocne, krótko ostrzyżone, twarde głowy ki- wały się bezwładnie, słaniały się ciała. Na górnej półce ktoś czasami jęczał przez sen dziko, strasznie. — Ładne musi mieć sny ten przyjemniaczek! — myślał Zaucha. 21 Pierwsi zbudzili się Syberyjczycy, którzy w czterech zajęli miej- sce przy oknie w jednym niskim przedziale. Chmurnie i z przekor- nym uporem spoglądały w blady, niechętny poranek ich twarze suche, dobrze modelowane, nieledwie inteligentne, a ostre profile wyraźnie i cienko odcinały się od popielatego tła brudnej szyby, nasiąkającej z wolna światłem. Drapali się w głowę, ziewali, przeciągali się. Je- den z nich przyniósł parę kociołków wrzątku. Zasypawszy go herbatą, odrobinkę wody poświęcili na — fryzurę. Przeglądając się w małych lusterkach kieszonkowych czesali się długo, z pedantyczną dokładno- ścią pracując nad rozdziałem na głowie i nad symetrią loków. Skoń- czywszy toaletę, rozdzielili między siebie bochenek chleba i z wiel- kiego, dobrze wypchanego worka dobyli cztery blaszane puszki konserw mięsnych. Systematycznie i z wprawą otwierali je nożami, a żując powoli chleb, oglądali po chłopsku wbite na koniec noża ka- wałki mięsa, oblepione żółtym tłuszczem. Potem, sapiąc i łykając gło- śno, przez dłuższy czas zalewali trzewia herbatą. Kiedy się zaś naje- dli i napili, zapalili po papierosie, porozumieli się wzrokiem i na dany znak na cztery głosy zanucili jakąś pieśń wojskową, w marszowym rytmie i z ciekawymi synkopami, ale melancholijną i smutną. Głośny, smętny „pean” Syberyjczyków rozbudził cały wagon i te- raz dopiero Zaucha mógł zobaczyć, z kim jedzie. „Krasnogwardiejców” było zaledwie kilku. Rozłożyli się na gór- nej półce i przy jednym oknie, gdzie ustawili też swe karabiny. Zresztą wagon pełen był wracających z frontu żołnierzy, którzy się sami zde- mobilizowali, poprostu uciekali, nakradłszy i narabowawszy na za- pas, co się gdzie dało. Wszyscy zaopatrzeni byli znakomicie w odzież zimową, której masy nakładli na siebie. Niektórzy mieli po dwa nowe szynele. Między tymi „zbolszewizowanymi dezerterami” kręcili się wychudzeni i pokorni żołnierze, wypuszczeni ze szpitali lub wracają- cy z niewoli, zgłodniali i źle ubrani. Byli Syberyjczycy, były wąsate, pucułowate twarze Ukraińców o rysach nieledwie mazurskich, byli wysocy, często zezowaci i ospo- waci Wielkorusowie, poważni, skupieni i zamknięci w sobie, było tro- chę Tatarów, zaś w jednym kącie o sprawach „miru”, pszenicy i ziemi szeroko rozprawiali chłopi nadwołżańscy. Wśród żołnierzy prostych, 22 wśród typów silnych, mało skomplikowanych i wyraźnych, bez trudu poznawało się nierasowych, kundysowatych inteligentów miejskich, wątłych, przedwcześnie wyłysiałych, z twarzami, których młody — dzięki ogoleniu — wyraz miał w sobie coś zdziecinniałego, z oczami wystraszonymi lub drwiącymi, ludzi niepewnych siebie, poniżonych, nieszczerych i niemęskich. Byli to poprzebierani i chyłkiem do do- mów powracający oficerowie rosyjscy, Zausze jednak zdawało się, że są to sami Żydzi. W kłębach dymu, w ziemisto-żółtych szynelach i zsuniętych na tył głowy siwych „papachach”, wyglądało to wszystko na pierw- szy, rzut oka posępnie, groźnie, nawet dziko. Niektóre twarze były istotnie straszne, wszystkie chmurne. Ale w owych czasach mało kto się uśmiechał, a Zaucha zbyt dużo widział, aby wierzyć nieprzyjem- nym pozorom. Żołnierze zachowywali się na ogół poprawnie, spo- kojnie, nawet grzecznie. Kto mógł drugiemu zrobić miejsce, robił je z uszczerbkiem dla własnej wygody, kłótni ani bitek nie było, roz- mawiano, prawda, ostrożnie, ale chętnie. Tylko bezwarunkowo nie mówiono ani o wojnie, ani o rewolucji. Zaczęło się zwykłe życie w wagonie — wylatywanie po wrzątek, picie herbaty, zagryzanie chlebem, wreszcie palenie machorki. Kiedy się w wozie trochę rozluźniło, Zausze udało się przysiąść na ławce. Ucieszyło go to bardzo, bo teraz miał już pewność, że do Mo- skwy dojedzie na siedząco. Według ściśle przestrzeganych zwyczajów, których nawet rewolucja nie zniosła, nikt nie miał prawa ruszyć go z raz zajętego miejsca. I nikomu nawet na myśl by to nie przyszło. Korzystając z tego i on wybiegł na jakiejś stacji po wrzątek. Wra- cając z pełnym wody kociołkiem zobaczył wagon eskortowany przez „Krasnoarmiejców”, a wiozący do Moskwy uciekającą z Kijowa woj- skową misję francuską i angielską. Aż w nim serce zabiło na widok in- teligentnych, cywilizowanych głów w siwych, rogatych „calote’ach” i w płaskich, okrągłych czapkach „khaki” z brązowymi lwami. — Szczęśliwcy, psiakrew! — myślał. — Pojadą sobie do Archan- gielska, gdzie na nich wiernie czekać będzie własny, elegancki krą- żownik i wygodnie, nie śpiesząc się, pojadą do siebie. Ale co! Jak to bydło zacznie się wyrzynać, odpłyną sobie na parę metrów i będą 23 się temu przyglądali. Przegrali bo przegrali, ale wrócą do siebie, do domu. A ja co pocznę? Wojuj, jak nie masz piędzi własnej ziemi pod nogami, albo choćby tego krążownika! Ech, są szczęśliwe narody na świecie, są, są! Koło południa zdarzyło się znów ciekawe „intermezzo.” Ktoś bąk- nął, że wojska austriackie i niemieckie zajęły Berdyczów i Żytomierz. — Kto? Awstrijcy? Awstrijcy? Awstrijcy zajęli Berdyczów i Ży- tomierz? — śmiał się jakiś żołnierz. — Słuchajcie, towarzysze! Mó- wią, że Awstrijcy zajęli Berdyczów i Żytomierz! Rozległ się głośny śmiech. — A, może być, powiesz jeszcze, że oni i na Kijów pójdą? — żar- tował rozbawiony żołnierz. — Nie wierzą w Austrię ci ludzie! — ucieszył się Zaucha. — Wierno. Idą na Kijów. I bardzo być może, że już są w Kijowie. — Awstrijcy? Ani na krok z miejsca ruszyć się nie mogą! Co Aw- strijcy! Sami ledwo na miejscu stali! Nasi ich nie puszczą! „Samostij- niki” z nimi idą. — Jacy nasi? Może ty? Sam do domu uciekasz, a chcesz, żeby się drudzy bili! — Tam jest front! — G… nie front, to ja ci powiem. Takie czasy przyszły, że nawet Awstrijcy mogą iść, gdzie zechcą. Wybuchła kłótnia. Jedni dowodzili, że frontu nie ma, drudzy wy- śmiewali Austriaków, twierdząc, że oni do żadnej akcji zdolni nie są. Spór przerwał „Krasnoarmiejec”, który wyjął bolszewickie „Izwie- stja” z kieszeni i, nie wdając się w dyskusję, odczytał głośno komu- nikat urzędowy, donoszący o pojawieniu się pod Berdyczowem paru podjazdów austriackich, wysłanych wyłącznie w celach furażerki, wszelkie jednak wiadomości, jakoby mogli zająć Berdyczów, są nie- prawdziwe. — Oto — komunikat urzędowy! — śmiał się zwiastun złej wie- ści. — Więcej wiem ja, który spod Berdyczowa uciekałem… — Tchórze uciekają! — mruknął właściciel, „Izwiestii.” — Ja cztery razy ranien był! Nie tchórz! A sam się bić nie będę, kiedy wy uciekacie! 24 — Ale temu, co nasze „Izwiestja” piszą, przeczyć nie wolno! My, „Krasnogwardiejcy”, sami najlepiej wiemy, jak jest. Po chwili milczenia zaczęto mówić o czym innym. Dusza Zauchy rozszerzyła się szerokim, błogim uśmiechem. Oto wolność przekonań, oto wolność i uczciwość prasy, rzekomej opi- nii publicznej, oto prawdziwość informacji urzędowych, oto potęga pisma! Tak zawsze było, to prawda. Prasa autoryzowana plotkarka, łże świadomie, dla tendencji, i nieświadomie, z powodu ignorancji. Więc cóż się zmieniło? Zabarwienie kłamstwa. Łgarstwo jest dzisiaj w kolorze czerwonym. Przypomniał się Zausze najmłodszy brat, który jako mały chłopa- czek, namiętnie lubił patrzeć na świat przez czerwone szkiełko. Z oka go nie wyjmował. Ale świat od tego szkiełka nie poczerwieniał, a tyl- ko chłopcu czerwone gruczoły na oku wystąpiły. — Czerwone zołzy! — śmiał się w duchu Zaucha. V. Po południu wsiadło do wozu kilku nowych pasażerów. Wpusz- czono ich dla zabawy. Było to jakieś starsze małżeństwo, łyk mało- miejski z dobrodusznie chytrą miną i jego żona, szeroka, tłusta baba, Kozaczka, demonstrująca niesłychaną rewolucyjność i ze wstrętem spluwająca za każdym razem przy słowie „szlachcic”. Para ta jechała dokądś „po chleb”, a Zaucha domyślił się bez trudu, iż krwi chciwa przewrotowość staruszków pochodziła z chęci przypodobania się żoł- nierzom i ze strachu, aby ich z wozu nie wyrzucono. Żołnierze woleli by byli porozmawiać o tym, co na wsi słychać, prowokowani jednak przez Kozaczkę, potakiwali jej półgębkiem. Znacznie większe wrażenie zrobiło pojawienie się młodej pary żydowskiej. On, z twarzą bladą, zniszczoną, łajdacką, w granatowym birecie i w takiejże pelerynie, wyglądał jak typowy „apasz”, zaś ko- rzystając z przywilejów nowych czasów, otwarcie przedstawił się żoł- nierzom jako „warszawskij wor, karmanszezik”*, co podróżni przyjęli * Warszawski złodziej kieszonkowy. 25 z uznaniem i wybuchem radości. Ona, młoda, w wojłokowym kafta- nie, w mitenkach i pretensjonalnie zaczesana, twarz miała taniej „ro- gówki”, a przypominała małomiejską Surę. Para ta korzystnie przyczyniła się do ożywienia nastroju. „Do- liniarz” wyśpiewywał kuplety, żołnierze rozpoczęli ożywiony flirt ze Surą, znalazła się harmonia, nawet Syberyjczycy zaciekawieni przerwali swój posępny „pean”. Zaczęło się robić wesoło. Jakiś świa- towiec, przysiadłszy się do Sury i zrobiwszy dowcipną minę, obsy- pał ją deszczem pornograficznych jednoznaczników, dobierając figur jak najprzejrzystszych i najbardziej rozłożystych, a słów jak najmoc- niejszych, gwałcących. Zaś siedzący obok niego Tatar za każdym ta- kim słowem rżał głośno, kręcił głową, zachwycony wodził wzrokiem po twarzach towarzyszy i chwalił: — Su-kin-syn! Jakby w książce czytał! Dłużył się czas, ale przecie — jechało się. Zaucha zdrzemnął się trochę. Kiedy się zbudził, „doliniarz” grał z kilku żołnierzami w hazard, zaś Sura z piskiem i pokazywaniem skombinowanych „dessous”, wywija- jąc nogami w czerwonych, bawełnianych pończochach, windowała się na górną półkę, dokąd ją wciągało kilka par mocnych, młodych rąk. Zapadł zmrok, długi, przykry, przygnębiający. Gasły i ciemnia- ły brudne szybki sanitarnego wozu. Bez końca ciągnęła się pokryta śniegiem równina, na której ciemnymi plamami znaczyły się z rzadka zbiegowiska czarnych chat. Syberyjezycy, zbudziwszy się z mocnej, poobiedniej drzemki, zawyli melancholijnie swój „pean” o pięciuset zwrotkach, inni podróżni drzemali, ziewali, patrząc w coraz bardziej gęstniejący błękit, układali się do snu, lub, chcąc przekrzyczeć turkot kół, rozmawiali gromkimi głosami. Wieczorem, kiedy wszyscy prawie posnęli, zrobił się rumor i do wa- gonu wdarł się nowy pasażer, czysto i przyzwoicie ubrany typowy feld- febel, z wygoloną twarzą, przymarzniętym nosem i jasnymi, zimnymi oczami lokaja lub woźnego, jak się później okazało — Łotysz. Jechał z papierami z „Głównej Kwatery”, opowiadał dużo o swym poufałym stosunku z głównodowodzącym bolszewickim, chorążym Krylenką, zaś wieści, jakie przynosił, zgalwanizowały cały wagon. 26 — Giermancy idą na Psków! — biadał na cały głos. — Dawno już mówiłem Krylence: — Towarzyszu, posłuchajcie wy mojej rady, Niemcom nie wierzcie! — Ale — gadaj sobie. Sam mądry. A wot-tie- na! Teraz co? Teraz g… w rot nabrał i milczy. A ty, matuszka Rassie- ja — stradalnica, ratuj się, jak możesz i umiesz. Ale nikt jej ocalić nie chce, każdy myśli tylko, jakby skorzystać… — Sabotaż burżuazji niszczy rewolucję! — odezwał się ktoś. — Jaki sabotaż? Prosto — robotnicy zdradzają! — wykrzyknął Łotysz. Tego już za wiele! Robotnik nie zdradzi! — A wot — ja jechałem z pociągami Głównej Kwatery. Tak oto kolejarze zatrzymywali pociągi po drodze i żądali okupu. Tor kole- jowy rozebrali. Prawda, że w razie ewakuacji należała im się pen- sja trzymiesięczna, której nie dostali, bo o tym nikt nie pamiętał, ale w każdym razie tor kolejowy przed pociągami Głównej Kwatery roz- bierać — to już nadto. — Nu, jeśli im nie wypłacono… — Rzecz w tym, że oni pójdą tam, gdzie im lepiej zapłacą. Oni, swołocz, dla Giermanca rabotajut. Otwarty i śmiały ton Łotysza, a także oddalenie od frontu ośmie- liło i innych — i posypały się wieści. Każdy coś wiedział. Nikomu nie było tajnym, że Niemiec idzie naprzód i na północy i na połu- dniu, a prawie wszyscy już kołowali z powodu przerwania bezpośred- nich połączeń kolejowych. Tam , bliżej frontu, milczeli, bojąc się, aby ich agenci bolszewiccy nie zatrzymali po drodze, jednakże, choć się i nie mówi, każdy wie, czego się trzymać. Czemuż to jadą do Moskwy tak długo, czemu posuwają się naprzód tak powoli? Bo droga zabita jest pociągami. A na południe pociągi idą? Nie. Spotkali jeden jedyny eszelon wojskowy. A front? Głupi tylko może jeszcze mówić o jakimś froncie. Frontu już dawno nie ma. — Ginie Rosja! — zakonkludował Łotysz. — I ja ię obawiam, że z nią przepadnie nasza swoboda. Ani jeden głos protestu się nie odezwał. — A na Orszę można jeszcze jechać? — Na Orszę? Na Orszę Polacy idą, Dowbor-Muśnickij… 27
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wściekłe psy
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: