Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00264 005814 13102861 na godz. na dobę w sumie
Wspólny dom - ebook/pdf
Wspólny dom - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 236
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323875703 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Cedar, lekarka, która wyspecjalizowała się w psychologii dziecięcej, wie, że nie wystarczy pomóc dziecku; trzeba również wesprzeć jego rodzinę. Potwierdza to przypadek siedmioletniego osieroconego Joeya i Marka, jego wuja i jedynego opiekuna. Terapia sprawia, że przerażony, zamknięty w sobie chłopiec przerywa milczenie, a Mark zaczyna rozumieć, że praca nie może całkowicie wypełniać życia. Pewnego dnia odkrywa, że żywi dla Cedar nie tylko wdzięczność…

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Cedar, lekarka, która wyspecjalizowała si(cid:277) w psychologii dzieci(cid:277)cej, wie, (cid:359)e nie wystarczy pomóc dziecku; trzeba równie(cid:359) wesprzeć jego rodzin(cid:277). Potwierdza to przypadek siedmioletniego osieroconego Joeya i Marka, jego wuja i jedynego opiekuna. Terapia sprawia, (cid:359)e przera(cid:359)ony, zamkni(cid:277)ty w sobie chłopiec przerywa milczenie, a Mark zaczyna rozumieć, (cid:359)e praca nie mo(cid:359)e całkowicie wypełniać (cid:359)ycia. Pewnego dnia odkrywa, (cid:359)e (cid:359)ywi dla Cedar nie tylko wdzi(cid:277)czno(cid:331)ć… 7 7 5 8 7 3 S K E D N I , T A V 0 M Y T W Ł Z 9 9 8 A N E C 7 0 / 8 0 8 R N 08-OR.indd 1 08-OR.indd 1 6/21/07 10:59:27 AM 6/21/07 10:59:27 AM Joan Elliott Pickart Wspólny dom dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Joan Elliott Pickart Wspólny dom Tłumaczyła Anna Sosnowska Harlequin. Każda chwila może być niezwykła. Czekamy na listy Nasz adres: Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21 Joan Elliott Pickart Wspólny dom Toronto • Nowy Jork • Londyn Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg Madryt • Mediolan • Paryż Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa Tytuł oryginału: Home Again Pierwsze wydanie: Silhouette Books, 2005 Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska Opracowanie redakcyjne: Katarzyna Żywolewska Korekta: Agnieszka Janowska © 2005 by Joan Elliott Pickart © for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są ikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak irmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Orchidea są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa Printed in Spain by Litograia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-5034-2 Indeks 378577 ORCHIDEA – 138 KOCHANY PUNCHO! CHCIAŁBYM SIĘ ZAWSZE UŚMIECHAĆ I BYĆ TA- KI SZCZĘŚLIWY JAK TY. JESTEM SMUTNY, BO MOJA MAMA I TATA JECHALI KIEDYŚ SAMOCHODEM I SĄ TERAZ ANIOŁAMI W NIEBIE, A JA STRASZNIE ZA NI- MI TĘSKNIĘ. WUJEK MARK JEST NAWET FAJNY, TYL- KO CZASAMI SIĘ WŚCIEKA, ALE RZADKO. ZA TO CE- DAR JEST NAPRAWDĘ SUPER I MOGLIBYŚMY BYĆ FAJNĄ RODZINĄ. TYLKO NIE WIEM, CZY ONI CHCĄ. MOŻE MÓGŁBYŚ COŚ ZROBIĆ, ŻEBYŚMY ZAMIESZ- KALI WSZYSCY RAZEM I ŻEBYM JUŻ WIĘCEJ NIE BYŁ SAM NA ŚWIECIE? TWÓJ PRZYJACIEL JOEY Rozdział 1 Doktor Cedar Kennedy spojrzała na zegarek i zmarszczy- ła brwi z dezaprobatą. Umówiony pacjent spóźniał się już kwadrans. Przypomniawszy sobie, że została w biurze sama, wstała z fotela i zaniosła do sekretariatu plik świeżo uaktu- alnionych dokumentów. Jej asystentka, Bethany wyszła te- go dnia nieco wcześniej. Spieszyła się na umówioną wizytę u dentysty. Cedar usiadła za jej biurkiem w recepcji i zaczęła kart- kować oprawiony w skórę terminarz. Sprawdziła harmono- gram wizyt na kolejny dzień i miała właśnie zamknąć zeszyt, gdy drzwi wejściowe otworzyły się z impetem i stanął w nich postawny mężczyzna. Od razu rzucił jej się w oczy jego ponadprzeciętny wzrost. Wyblakła koszula w kratę opinała mu się na sze- rokich barach, jakby miała za chwilę pęknąć w szwach. Niesamowicie długie umięśnione nogi odziane były w przy- kurzone dżinsy i ciężkie robocze buty. Twarz… o matko, co za rysy! Nieregularne, ale jakże niebywale męskie! Silnie zarysowana szczęka, lekki zarost na podbródku… Gęste  Joan Elliott Pickart czarne włosy rozpaczliwie domagały się strzyżenia. Niepo- spolicie ciemne oczy omiotły pospiesznie pomieszczenie, by w końcu spocząć na Cedar, która spokojnie taksowała nowo przybyłego. Trochę nieokrzesany, ale całkiem przystojny typ, oceniła, gdy podszedł bliżej. Hm, nawet bardzo przystojny. I bardzo spóźniony. Miała zamiar jasno dać mu do zrozumienia, że punktualność jest dla niej sprawą najwyższej wagi. – Pan Chandler? – upewniła się, wstając z krzesła. – Tak, Mark Chandler. Doskonały głos, przemknęło jej przez myśl. Niski, nieco szorstki, a przy tym donośny – w sam raz dla mężczyzny tak słusznej postury. Mark zerknął ukradkiem w głąb biura. – Jestem trochę spóźniony – odezwał się konspiracyjnym szeptem. – Mam nadzieję, że ta lekarka nie ma obsesji na punkcie punktualności? – Odczytał imię z plakietki na biur- ku. – Sama rozumiesz, Bethany, nie chciałbym zaczynać znajomości od zgrzytów. Nie mogę jej się narazić na samym wstępie. Znalazłem się w podbramkowej sytuacji i rozpaczli- wie potrzebuję pomocy pani doktor. – Otrzepał energicznie nogawki spodni, wzbijając przy tym olbrzymi tuman kurzu. – Pewnie nie będzie zachwycona moją garderobą. Przyniosłem na sobie tonę pyłu z budowy. Nie zdążyłem niestety wpaść do domu, żeby się umyć i przebrać. Cedar z trudem poderwała do góry głowę. Odrucho- wo powędrowawszy wzrokiem za jego dłońmi, od dłuższej chwili wpatrywała się jak urzeczona w potężne uda mężczy- zny. W życiu nie widziała u nikogo tak umięśnionych nóg. No, chyba że u kulturystów w telewizji. Wspólny dom  Mark tymczasem wyprostował się i mimowolnie przecze- sał palcami włosy, typowo męskim, zmysłowym gestem, któ- ry niejedną kobietę przyprawiłby o żywsze bicie serca. Może i niejedną, ale na pewno nie mnie, stwierdziła z za- dowoleniem Cedar. Zdążyłam się już uodpornić na męskie wdzięki… albo tak mi się tylko wydaje. – Myślę… – urwała gwałtownie, nie rozpoznając ochry- płego skrzeku, który, o zgrozo, wydobywał się z jej własne- go gardła. – Nie miałem jeszcze nigdy do czynienia z psychiatrą. Po- dobno większość z nich kiwa tylko głową i potakuje, mamro- cząc „mhm”. Martwię się, że doktor Kennedy będzie strasz- nie sztywna i zasadnicza. Rany, zupełnie nie pasuję do tego miejsca, ale co robić, jestem naprawdę zdesperowany. Pora- dzisz mi, jak najlepiej do niej dotrzeć? Wygląda na to, że jest dla mnie ostatnią deską ratunku. – Mhm – mruknęła Cedar. Nie potraiła odmówić sobie tej małej przyjemności. – Osobiście uważam, że doktor Ken- nedy nie jest ani trochę sztywna, panie Chandler. – Spojrzała na niego wyniośle. – Jeśli zaś chodzi o pańskie pytanie, pro- ponuję, żeby przeprosił pan za spóźnienie i zapewnił, że na kolejne wizyty będzie się pan stawiał punktualnie. To powin- no wystarczyć. – Dobra, raz kozie śmierć. Powiedz pani Freud, że już do- tarłem. – Pani Freud? – Cedar otworzyła oczy ze zdziwienia. – Doktor Kennedy jest psychologiem, panie Chandler, nie psy- chiatrą – sprostowała zdegustowana. – A co to za różnica? – Westchnął ze znużeniem. – Boże, ależ jestem skonany! Miałem wyjątkowo ciężki dzień w ro- 10 Joan Elliott Pickart bocie. Jestem zmęczony, głodny i muszę się umyć, więc miej- my to jak najszybciej za sobą. – Ależ naturalnie! Uchowaj Boże, żebyśmy niepotrzeb- nie pana przetrzymywały. Skoro wreszcie zaszczycił nas pan swoją obecnością, zostanie pan obsłużony ekspresowo. Oszczędność czasu to nasza podstawowa dewiza. Powinien pan to sobie zapamiętać. – Oj, coś mi się zdaje, że ty też miałaś zły dzień. Co? Betha- ny? Nie jesteś dziś przesadnie uprzejma. Atrakcyjna z ciebie kobieta, ale założę się, że byłabyś jeszcze ładniejsza, gdybyś się od czasu do czasu uśmiechnęła. – Proszę za mną. – Zignorowała jego uwagę i ruszyła do gabinetu. – Gdziekolwiek rozkażesz, nawet do piekła – zażartował i natychmiast poczuł się niezręcznie, bo wyniosła recepcjo- nistka obejrzała się przez ramię i niemal wgniotła go wzro- kiem w podłogę. Całkiem niezła, pomyślał, przyglądając jej się bez skrę- powania. Dziewczyna miała krótkie, lekko kręcone blond włosy, delikatne rysy i zmysłowe niebieskie oczy. Gra- natowe spodnie i bladobłękitny sweter nie były w stanie skutecznie zasłonić jej ponętnych kształtów. Mark gołym okiem dostrzegał ukryte pod eleganckim strojem ape- tyczne krągłości. Wszystkie dokładnie tam, gdzie trzeba. Mniam, mniam. Bardzo fajna babka z tej Bethany, tylko trochę antypatyczna. Przestąpili próg przestronnego, praktycznie umeblowa- nego gabinetu. Sekretarka wskazała ręką jedno z dwóch pustych krzeseł. Mark rozsiadł się wygodnie, zakładając nogę na nogę. Dziewczyna spojrzała na niego przeciągle, Wspólny dom 11 po czym zajęła miejsce w wysokim skórzanym fotelu za biurkiem. – Panie Chandler – odezwała się, splótłszy dłonie na le- żącej przed nią teczce. – Nazywam się Cedar Kennedy. Pro- szę, żeby na następne spotkania przychodził pan punktual- nie. Przykro mi, jeśli brzmi to trochę zasadniczo. – No, nie… – jęknął Mark, zaciskając powieki. – Więc nie jest pani recepcjonistką? – Nie. – Mogła pani coś powiedzieć, zanim zrobiłem z siebie kompletnego idiotę. – Szczerze mówiąc… tak świetnie panu szło, że nie mia- łam serca psuć zabawy. – W porządku. – Uniósł pojednawczo ramiona. – Zacznij- my wszystko od nowa. Przepraszam za spóźnienie. To się więcej nie powtórzy. Przykro mi, że roznoszę kurz z budowy po pani nieskazitelnie czystym biurze. Zapewne zresztą nie ostatni raz. Moja lekarz rodzinna, doktor Gibson, poleciła mi panią jako najlepszą specjalistkę. Pomoże mi pani? Cedar usiadła wygodniej w fotelu i uśmiechnęła się cie- pło. – Postaram się. Proszę powiedzieć, co pana do mnie spro- wadza. Pozwoli pan, że będę robiła notatki. W ten sposób… Co się stało? Coś nie w porządku? Dziwnie mi się pan przy- gląda. Wyrosły mi nagle wąsy? – Słucham? Przepraszam, nie zdawałem sobie sprawy, że się tak bezczelnie gapię. Miałem rację, mówiąc, że byłaby pa- ni jeszcze ładniejsza, gdyby się pani uśmiechała. Co tam ład- niejsza, zwyczajnie piękna. Uśmiech zupełnie zmienia pani twarz. Nawet oczy zaczynają pani błyszczeć. Nigdy nie wi- 12 Joan Elliott Pickart działem, żeby komuś tak lśniły oczy. A może nosi pani szkła kontaktowe? – Nie, nie noszę – odparła, czując na policzkach wykwita- jący powoli rumieniec. Zazwyczaj komplementy nie robiły na niej tak piorunu- jącego wrażenia. To doprawdy niedorzeczne, zbeształa się w duchu, nieprofesjonalne i zupełnie do mnie nie podobne. Ten kipiący testosteronem osiłek za bardzo na mnie działa. Trzeba zdusić zagrożenie w zarodku i jak najszybciej przejąć kontrolę nad sytuacją. Pacjentów należy traktować aseksual- nie. Tak jest. Tego właśnie będę się trzymać. – Panie Chandler – zaczęła chłodno – tracimy czas. Przejdźmy może do meritum. Podobno się panu spieszy? – Aha, zjeżyła się pani. Pewnie macie taką niepisaną zasa- dę: nie wolno mówić psychiatrze, że jest piękną kobietą. Jak już wspominałem, nie poznałem dotąd żadnego psychiatry, to jest chciałem powiedzieć, psychologa. Mam nadzieję, że wprowadzi mnie pani w obowiązujące w waszej branży re- guły gry. – Nie omieszkam, przy najbliższej okazji. Proszę mi wresz- cie powiedzieć, z czym pan do mnie przychodzi. Mark w jednej chwili spochmurniał. Popatrzył zasępio- nym wzrokiem na czubki butów i westchnął jakby leżał mu na sercu ogromny ciężar. Zabrzmiało to jak przyznanie się do porażki. Cedar wychyliła się nieco do przodu, próbując zachęcić go do zwierzeń. – Chodzi o Joeya – odezwał się ledwie słyszalnym szep- tem. – Jest tak niewyobrażalnie smutny, a ja w żaden sposób nie potraię do niego dotrzeć. Próbowałem wszystkiego, ale Wspólny dom 13 zbudował wokół siebie mur nie do przebicia. Nie chcę dłu- żej patrzeć jak cierpi. Kim jest Joey? – zastanawiała się, zapisując imię w aktach. Sądząc po bólu w głosie Chandlera, musi to być jakaś bardzo bliska mu osoba. Mogła jedynie snuć przypuszczenia, zwa- żywszy, że doktor Gibson była pediatrą. – Przepraszam, panie Chandler, ale jestem niedoinformo- wana. Zazwyczaj moja asystentka prosi przy pierwszej wizy- cie o wypełnienie stosownego formularza. Niestety wyszła dzisiaj nieco wcześniej… W związku z tym muszę zadać pa- nu kilka pytań. Czy jest pan żonaty? Joey to pana syn? – Nie jestem żonaty i nigdy nie byłem. Joey to mój sio- strzeniec. Hurrrra! Mark Chandler nie jest żonaty, podchwyciła z euforią, ale szybko wróciła na ziemię. Skąd jej przychodzą do głowy takie myśli? Na litość boską, jest przecież w pra- cy! To zupełnie nie do pomyślenia. Kompletny absurd! Ni- gdy wcześniej nie zdarzało jej się koncentrować wyłącznie na urodzie, tudzież stanie cywilnym nowo poznanego męż- czyzny. To z pewnością ze zmęczenia. Ma za sobą długi dzień. Oj, doktor Kennedy, pora wziąć się w karby. – Siostrzeniec – powtórzyła, notując informację w doku- mentach. – Ile ma lat? – Siedem. – Proszę mi o nim opowiedzieć. Mark nie potraił opanować kolejnego westchnienia. – Mały jest synem mojej siostry. Dwa miesiące temu do- szło do tragedii: Mary i jej mąż, John, zginęli w wypadku sa- mochodowym. Joeya nie było z nimi, bo w chwili wypadku akurat nocował u kolegi. 14 Joan Elliott Pickart Cedar kiwnęła poważnie głową, nie przerywając robie- nia notatek. – Po pogrzebie zostałem w Nowym Jorku jeszcze trzy ty- godnie. Musiałem dopełnić różnych formalności. Joey spę- dził większość tego czasu u swoich sąsiadów. Byłem tak zaję- ty, że nie mogłem się nim zajmować. W końcu udało mi się przywieźć go do Phoenix. Jestem teraz jego prawnym opie- kunem. – Jak chłopiec zareagował na nową sytuację? Mark wzruszył ramionami. – Problem w tym, że właściwie w ogóle nie zareagował. Za- chowuje się jak zombie. Nie chce ze mną rozmawiać, prze- siaduje zamknięty w swoim pokoju. Stworzył sobie własny świat, do którego nikt poza nim nie ma dostępu. Niedaw- no zapisałem go do szkoły. Kilka dni później zadzwoniła do mnie wychowawczyni. Powiedziała, że Joey w ogóle nie bie- rze udziału w lekcjach. Twierdzi, że nic nie jest w stanie go zainteresować, że siedzi tylko w ławce jak zaklęty i wpatruje się w jeden punkt. Jednym słowem, nie ma z nim żadnego kontaktu. Nie wiedziałem, co robić, więc w końcu zaprowa- dziłem go do doktor Gibson. Myślałem, że może jest chory. Stamtąd traiłem do pani. – Jak dobrze Joey pana zna, panie Chandler? – Proszę mi mówić Mark. Byłem bardzo zżyty z siostrą. Rozmawialiśmy przez telefon co najmniej raz w tygodniu. Nie odwiedzałem ich jednak zbyt często. Nie pozwalała mi na to praca. W zeszłym roku spędziliśmy razem Gwiazdkę… Joey wie, co prawda, kim jestem, ale nie mogę powiedzieć, że mnie zna. Jestem dla niego tylko wujkiem Markiem, któ- rego widział kilka razy w życiu. Na pewno nie czuje się przy Wspólny dom 15 mnie swobodnie. Nie ma do mnie takiego zaufania, jak do rodziców. – A pan? Czuje się pan przy nim swobodnie? Wyprostował się nerwowo na krześle. – Niespecjalnie – wyznał szczerze. Na jego czole pojawiła się głęboka zmarszczka. – Nie mam pojęcia, jak z nim roz- mawiać. Unikam tematu rodziców jak ognia. Nie potraię nawet porządnie zapytać, jak mu minął dzień. Nasze rozmo- wy przy kolacji wyglądają mniej więcej tak: „Jak tam dzisiaj w szkole, Joey?” „Normalnie”. Potem mały pyta, czy może odejść od stołu i zamyka się u siebie. Siedzi w pokoju dopóki mu nie powiem, że pora się wykąpać i iść spać. – Wygląda na to, że chłopiec zamknął się w sobie i próbuje tłumić bolesne emocje. – Oględnie mówiąc. – Mark uśmiechnął się niewesoło. – Wiem, że to moja wina. Chyba mnie to wszystko przero- sło. Nie daję sobie z nim rady. Potrzebuję pomocy. Mamy listopad, a mały nic nie robi w szkole. Jak tak dalej pój- dzie, zostanie na drugi rok w tej samej klasie. Poza tym, atmosfera w domu jest napięta jak… sytuacja na Bliskim Wschodzie. – Dobrze – podsumowała Cedar. – Wiem już wystarcza- jąco dużo, by móc zacząć terapię. Mimo wszystko dobrze by było, gdyby wypełnił pan… gdybyś wypełnił – poprawi- ła się pospiesznie – kwestionariusz, o którym wspomina- łam wcześniej. Na początek chciałabym widywać się z Jo- eyem trzy razy w tygodniu. Najlepiej zaraz po szkole, o ile to możliwe. – Obawiam się, że z tym będzie mały problem. Pracuję do późna i odbieram go ze świetlicy dopiero około szóstej. 16 Joan Elliott Pickart – Hm. Więc Joey spędza cały dzień poza domem. To bar- dzo męczące dla tak małego dziecka. – Niestety, taką mam pracę. Prowadzę irmę budowlaną. – Wrócimy jeszcze do tego. Muszę cię uprzedzić, że czasa- mi będę wzywała na rozmowę także i ciebie. Skoncentruję się oczywiście na chłopcu, ale niektóre sesje będziecie musieli odbyć razem. Może się też zdarzyć, że będę chciała omówić coś tylko z tobą. Aha, jeszcze jedno, powinieneś wiedzieć, że pracuję nieco inaczej niż większość psychologów dziecię- cych. Wiem z doświadczenia, że niektóre dzieci w gabinecie czują się nieswojo. Łatwiej nawiązać z nimi kontakt w przy- jaznym dla nich otoczeniu. Dlatego często będę przyjeżdżała do was do domu albo zabierała Joeya na obiad lub w jakieś inne miejsce. Szczegóły ustalimy później. – Oczywiście. – Jeśli chodzi o godziny wizyt, uważam, że przywożenie go tutaj dopiero po świetlicy zupełnie nie ma sensu. Dziecko będzie zmęczone, głodne… Nie, musimy się spotykać zaraz po szkole. Tak jak mówiłam; trzy razy w tygodniu. – O matko… – Mark zrobił nietęgą minę i przesunął ręką po włosach z tyłu głowy. – Dobrze. Coś wykombinuję. – Świetnie. – Cedar podniosła się zza biurka z notatkami w dłoni. – Chodźmy zajrzeć do mojego terminarza. Umówi- my się na konkretne dni. – Jest jeszcze coś, o czym wcześniej nie wspomniałem – odezwał się, wstając z krzesła. – Co takiego? – Joey w ogóle nie płakał. – Jak to? – Nie zapłakał ani razu przez cały ten czas, odkąd… Wspólny dom 17 – Jesteś pewien? A u sąsiadów, kiedy załatwiałeś sprawy spadkowe? Pokręcił głową. – Nie. Maggie, ich sąsiadka, specjalnie zwróciła mi na to uwagę. Mówiła, że mały nie chciał rozmawiać o rodzicach ani z nią, ani z jej dziećmi. W ogóle nie pozwalał im poru- szać tego tematu. Nie płakał też na pogrzebie, ani później, kiedy przywiozłem go do siebie. Jestem absolutnie pewien, że nie uronił nawet jednej łzy, pani doktor. – Wolałabym po prostu Cedar. – Uśmiechnęła się zachę- cająco. – Nie lubię zbędnych ceregieli. Wracając do rzeczy – dodała poważnie – Joey musi jak najszybciej dać upust emo- cjom. Nie powinien tłumić wszystkiego w sobie. Zwłaszcza, że ma dopiero siedem lat. Przeżył ogromną traumę i nie był w stanie się rozpłakać. Już samo to dowodzi, w jak marnej kondycji psychicznej jest w tej chwili. – Nawet go jeszcze nie znasz, a zabrzmiało to… sam nie wiem… jakby naprawdę ci na nim zależało. – Oczywiście, że mi zależy. Przecież to małe dziecko, które w dodatku przeżywa poważny kryzys. – A ty… masz własne dzieci? – Nie, nie mam – odparła cicho. – Moją rodziną są pacjen- ci. No i jeszcze rozpieszczona gruba kocica, Łatka. – Jestem pełen podziwu. Nie masz męża ani własnych po- ciech, a poświęcasz się cudzym dzieciakom i to takim z prob- lemami. Nie dokucza ci czasem samotność? – A tobie? – odpaliła Cedar, ruszając żwawo do sekreta- riatu. – Aha, zagrywka typowa dla psychologów, jak sądzę? Za- wsze odpowiadać pytaniem na pytanie. 1 Joan Elliott Pickart – Jasne – roześmiała się swobodnie. – Uczą nas tego od ra- zu na pierwszych zajęciach. – Ładnie się śmiejesz – zauważył Mark. – Może zabrzmi to jak wyświechtany banał, ale co mi tam. Twój śmiech jest jak… Jest… muzyką dla ucha. – Dziękuję – wymamrotała, spoglądając na zegarek. – Do- chodzi szósta. Wypełnij ten formularz, a ja ustalę datę pierw- szej wizyty. Lepiej się pospieszmy, bo nie zdążysz odebrać Jo- eya ze świetlicy. Gotujesz mu jakieś gorące posiłki? – Tak jakby. Żywimy się głównie jajecznicą. Na tym nieste- ty kończą się moje talenty kulinarne. Poza tym, zwiedzamy okoliczne fast foody albo zamawiamy coś do domu. – Hm… – Pokręciła głową z wyraźną dezaprobatą. – O tym też będziemy musieli podyskutować. Kiedy Mark uporał się z papierkową robotą, Cedar wrę- czyła mu kartkę z terminem pierwszej wizyty. – Miło było cię poznać, Mark – powiedziała, wyciągając do niego rękę. – Czekam teraz na spotkanie z Joeyem. – Dziękuję, że zechciałaś się nim zająć. – Uścisnął jej dłoń. Czyżby zrobiło mi się gorąco? – zastanawiała się z niedo- wierzaniem. O Boże, tak! Przyjemna fala ciepła rozlała jej się po ramieniu i zagnieździła gdzieś w okolicach serca. Mark miał szorstką skórę, ale jego dotyk był taki delikatny… Poczuła się nieswojo… – Puścisz mnie już? – O, przepraszam – odparł, niespiesznie uwalniając palce. – I jeszcze raz dziękuję… Cedar. – Nie ma za co… Mark. Wpatrywała się chwilę w zatrzaśnięte drzwi, po czym Wspólny dom 1 opadłszy z westchnieniem na fotel, oparła łokcie na biurku i ukryła twarz w dłoniach. Czuła, że pieką ją policzki. Facet jest po prostu niebezpieczny. Wystarczy, że wejdzie do pokoju tym swoim niedbałym zamaszystym krokiem i zaczynają się z nią dziać dziwne rzeczy. Nie spotkała do- tąd mężczyzny, który roztaczałby wokół siebie tak silną aurę zmysłowości. Jest taki potężny i muskularny, a te jego niere- gularne rysy… Kobiety pewnie mdleją na sam widok. Kiw- nie tylko palcem i może mieć każdą. Ale na pewno nie ją. O, nie! Pozostanie odporna na wdzię- ki pana Chandlera. Nie może tylko dać mu się już więcej za- skoczyć. Wystarczy, że będzie się miała na baczności i skon- centruje się przede wszystkim na Joeyu. To o niego przecież chodzi. Biedny mały! Musi się jak naj- szybciej wypłakać. Nie powinien dłużej powstrzymywać się przed okazaniem rozpaczy. Rozdział 2 Przekręcając klucz w zamku, uzmysłowiła sobie, że w dro- dze do domu rozmyślała wyłącznie o Marku i Joeyu. To cał- kiem zrozumiałe – próbowała zbagatelizować. W końcu Chandler był dzisiaj jej ostatnim pacjentem. Z formularza, który wypełnił w biurze, dowiedziała się, że chłopiec nie ma żadnych innych krewnych ani ze strony matki, ani ojca. Został mu tylko wujek, z którym, jak na ra- zie, mały nie bardzo się dogaduje. Zamknąwszy za sobą drzwi, postanowiła, przynajmniej przez jakiś czas, nie zaprzątać sobie nimi więcej głowy. Nie lubiła przynosić pracy do domu. Dom, skrzywiła się z niechęcią. Ponad rok temu zdecy- dowała się kupić piękną dwupiętrową kamieniczkę z końca dziewiętnastego wieku. Zauroczyła ją wiktoriańska architek- tura i niepowtarzalny klimat minionej epoki. Lubiła wyob- rażać sobie nadzwyczajne historie, w które mogłaby się wie- czorami wsłuchiwać, gdyby mury potraiły mówić. Niestety, przedsięwzięcie okazało się kompletnym ia- skiem; istną katastrofą inansową. Inspekcja techniczna przed zakupem wykazała, że dom jest w doskonałym stanie. Wspólny dom 21 Wkrótce okazało się jednak, że w budynku aż roi się od naj- rozmaitszych usterek. Naprawy pochłonęły prawie wszystkie oszczędności. W końcu Cedar zaczęła poważnie rozważać sprzedaż kamienicy i kupno nowego lokum. Przed przeprowadzką powstrzymywał ją jedynie napięty graik. Zyskała w Phoenix reputację znakomitego specjalisty i zgłaszało się do niej coraz więcej nowych pacjentów. Nie wystarczało jej czasu, żeby porządnie odpocząć, a co dopie- ro zająć się poszukiwaniem mieszkania. Poza tym, na samą myśl o kolejnym pakowaniu i prze- wożeniu całego dobytku w inne miejsce robiło jej się sła- bo. Postanowiła więc na razie pozostawić sprawy własnemu biegowi, modląc się w duchu, by wiktoriański nabytek nie wykończył ostatecznie jej nadszarpniętego budżetu. Choć, prawdę mówiąc, już teraz wydawał się studnią bez dna. – Łata, wróciłam! Chodź, przywitaj się ze swoją ukocha- ną panią! Duża czarno-biała kotka wkroczyła leniwie do pokoju i, pomrukując z zadowoleniem, otarła się o nogi Cedar. To doprawdy żałosne, stwierdziła dziewczyna. Trzydzieści dwa lata i pusty dom, w którym czeka na mnie tylko opasły kocur. Klasyczne objawy staropanieństwa. „Nie dokucza ci czasem samotność?” – rozbrzmiały jej nagle w uszach słowa Marka Chandlera. Nie wiedzieć cze- mu, wstrząsnął nią silny dreszcz. Schyliła się i wzięła kotkę na ręce. – Cześć, śliczna – Pogłaskała czule aksamitną sierść. – Wcale nie jesteśmy samotne, prawda? Dobrze nam razem. Nie potrzebujemy nikogo do szczęścia. Po co ktoś jeszcze miałby nam się pętać po domu? 22 Joan Elliott Pickart Łatka wyrwała jej się z objęć i, zeskoczywszy na podłogę, czmychnęła do kuchni. – Powstaje tylko pytanie – krzyknęła za nią Cedar – czy kochasz mnie z powodu moich licznych zalet, czy też wy- łącznie dlatego, że codziennie napełniam ci miskę ulubio- ną karmą? Chyba wolę pozostać w błogiej nieświadomości. – Potrząsnęła głową, z niesmakiem wykrzywiając usta. – Su- per. Po prostu wspaniale. Zaczynam gadać sama do siebie. Że-nu-ją-ce! Poszła na górę przebrać się w wytarte dżinsy i spłowiałą bluzę z nadrukiem Uniwersytetu Arizona. Powróciwszy do kuchni, zastała Łatkę krążącą niecierpliwie wokół miski. Da- ła kotce jeść, po czym zlustrowała zawartość lodówki. Na co by się tu dzisiaj skusić? Jak można żywić się wyłącznie jajecznicą? Natychmiast stanął jej przed oczami Mark. Dlaczego mężczyźni wciąż upierają się przy skostniałych stereotypach? Może wygod- niej im z góry zakładać, że są beznadziejni w kuchni i że go- towanie to babska rzecz. W dobie poprawności politycznej taki sposób myśle- nia jest zupełnie niedopuszczalny. Pan Chandler powi- nien kupić sobie dobrą książkę kucharską i opracować dla Joeya pożywną, odpowiednio zbilansowaną dietę. W okre- sie dorastania odżywianie jest niezwykle istotną kwestią. Nie wolno jej zaniedbywać. Poza tym wspólne gotowa- nie mogłoby stać się czynnością integrującą tę maleńką rodzinę. Kto wie, może po jakimś czasie chłopiec by się przełamał. W każdym razie, łatwiej byłoby mu zbudować emocjonalną więź z wujkiem. Będzie musiała porozmawiać o tym z Markiem…
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wspólny dom
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: