Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00318 006066 14490905 na godz. na dobę w sumie
Wspomnienie Umarłej - ebook/pdf
Wspomnienie Umarłej - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 229
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4120-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).

 

 

Wspomnienie Umarłej - Trzydziestoletnia policjantka o imieniu Mercedes, pochodząca z domu dziecka, nie zna swej przeszłości, lecz od zawsze nawiedzają ją tak dziwne i rzeczywiste sny o odwiecznych czasach, że w swej samotności nie jest w stanie przestać tęsknić za wspomnieniami karmicznymi i wyimaginowanymi marzeniami sennymi. Po śmierci swego mistrza, sensey Mercedes przejmuje jego sekcję karate i wyjeżdża z młodymi uczniami na obóz, by tam uczyć ich sztuki walki i honoru samuraja. Rzeczywistość zaczyna jednak zmieniać się z dnia na dzień, gdy Mercedes zaprzyjaźnia się z aspołecznym chłopakiem o mrocznej osobowości, a na obozie dochodzi do serii dziwnych zdarzeń i wypadków…

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 WSPOMNIENIE UMARŁEJ PAULINA MATYSIAK ISBN: 978-83-272-4120-7 RADOM 2013 2 Spis Treści: Rozdział pierwszy- „Prapoczątek” Rozdział drugi – „Złoty Smok” Rozdział trzeci –„Krąg” Rozdział czwarty – „Seitedo” Rozdział piąty – „Drzewo” Rozdział szósty – „Złe posunięcie” Rozdział siódmy – „Kumite” Rozdział ósmy – „Christianos” Rozdział dziewiąty – „Zakazana wiedza” Rozdział dziesiąty–„Sammael” Rozdział jedenasty – „Czakramy” Rozdział dwunasty – „Pogorzelisko Duszy” Rozdział trzynasty – „Chaos” Rozdział czternasty – „Katharzis” Rozdział piętnasty – „Łzy smoka” str.4 str.16 str.34 str.51 str.66 str. 80 str. 96 str. 111 str.130 str.148 str.157 str.168 str.184 str.201 str.217 Autorka: Paulina Matysiak - Z zawodu dziennikarka związana w przeszłości z takimi tytułami jak Tygodnik Radomski, Gazeta Radomska, tygodnikradomski.pl, radom24.pl. Mgr. Administracji. Autorka: Wspomnienie Umarłej (2013), Klątwa Salem (2012); Żniwo Piekielnego Lata (2012), Gdzie Lilith Mówi Dobranoc (2012), Mroczne Bajki dla Dorosłych (2011); współautorka: Asocjacje (2012), Na Szarym Początku (2010/2011), Nowa Teoria Literatury Użytkowej (2009) pod red. A. Szarego. 3 Rozdział Pierwszy: „Prapoczątek” Śnieg cicho skrzypiał pod butami. Księżyc uśmiechał się do niej zza chmur oświetlając zhańbioną ciemnością drogę. Pochodnia trzymana w jej delikatnej dłoni odzianej rękawiczkąz jagnięcej skóry rzucała cienie na las rozświetlając mrok nocy. Przez zaspy szło się bardzo ciężko, a Telemida wędrowała bez ustanku już cały dzień. Wprawdzie pierwsze dwie doby podróżowała konno, ale zgłodniała wataha wilków pożywiła się jej rumakiem, toteż ostatni fragment swej drogi musiała pokonać pieszo. Z dali znów usłyszała wycie i ujadanie. Wiedziała, że lada chwila dotrze do osady. Mimo to serce zaczęło bić mocniej, a strudzona i głodna wędrowniczka postanowiła przyśpieszyć tempa. Trasa, która została jej do pokonania, była krótka, ale ciężka. Wtem z gęstwin wyłoniła się para świecących w ciemnościach oczu. Zatrzymała się wpatrując w łupiące na nią ślepia. Usłyszała złowrogi warkot, a w kolejnym ciągu sekund w czarnych zaroślach przed jej prawicą pojawiły się następna para szarych łbów. Wilki przyglądały się jej. Jeszcze nie atakowały. Zwierały szyki. Okrążyły samotną wędrowniczkę. Ich paszcze szczerzyły się do natarcia. Płomień pochodni oświetlił białe kły i błyszczącą ślinę wydobywającą się z zajadłych mord. - Ty jesteś ich panią. Przypomnij im o tym. – Pojawiło się nagle w jej umyśle. 4 Zadrżała z przerażenia. Zaledwie kilka godzin temu pozwoliła ich braciom posilić się własnym koniem. Czyż danina nie była wystarczająca, by dały jej spokój? Najwyraźniej nie. Nigdy nie wychodziło jej najlepiej przemawianie do zwierząt. Nie lubiła wchodzić w niczyje umysły, toteż nie próbowała rozwijać swych umiejętności. Zawsze chciała być taka jak jej bracia i siostry. Teraz tego żałowała. - Telemido, czekam na ciebie. Uspokój wilki i przybądź do mnie. – Znów pojawił się głos w jej głowie. Wtem największy wilk ze stada opuścił szereg. Za nim do ataku powolnie ruszały kolejne stworzenia. Nie patrzył na nią jak na żadna panią, lecz zwykły kawałek mięsa. - Stój! – Krzyknęła nerwowo ściskając pochodnię. Wilk zawarczał nie zważając na jej słowa. Jego łapy zapadały się w puszystej warstwie śniegu, która niczym kołderka przykryła drogę między gęstwinami lasu. Wściekłe oczy płonęły niczym dwa ogniki. Zmarszczona skóra na pysku ukazała jej groźne i ostre jak brzytwy siekacze gotowe wbić się w jej skórę. Klęknęła wpatrując mu się w oczy. Próbowała nawiązać z nim połączenie. Wniknąć do umysły bestii pragnącej posilić się jej słodką krwią. - Stój mój leśny bracie. – Przemówiła spokojnie, ale stanowczo bez wypowiadania słów w ludzki sposób. Wilk postawił uszy na sztorc bacznie jej się przyglądając. Nadal jednak oblizywał się na jej widok i wciąż szczerzył kły. 5 - Jeśli poprowadzisz swych braci na północ, spotka was nagroda i zaspokoisz swój głód. Koń, na którym zmierzałam jest bardzo blisko stąd. Możesz teraz odejść. Jeśli spróbujesz mnie tknąć, las pomści mą śmierć, gdyż jestem dzieckiem Drzewa. Wpatrując się w groźne ślepia i klęcząc przed swym szarym bratem, zdjęła z dłoni rękawiczkę, a następnie wystawiła ściśniętą w piąstkę rękę w stronę stworzenia o błyszczącym futrze. Wilk zaskomlał w odpowiedzi.Powoli zaczął się do niej zbliżać. Telemida bała się, że nie odejdą, że nie uda jej się ich przekonać. Tak ciężko było wpływać jej na umysły i łamać wolę. Och, gdyby tylko nie wzbraniała się przed tym kim była. Może uszłaby teraz z życiem. Wilk jednak nie zaatakował. Podszedł tak blisko klęczącej dziewczyny, że jego łeb znajdował się na wysokości jej twarzy. Bez problemu mógłby wbić zęby w jej nos. Jego obecność tak ją przerażała, że miała ochotę odwrócić spojrzenie, ale wiedziała, że nie może tego uczynić. Dziki zwierz rozszarpałby ją żywcem. Musi czekać. Przewodnik wygłodniałej watahy głośno węszył. Przyłożył swój mokry nos do jej dłoni wąchając skórę. Tak, o to chodziło. Gdy klęczała tak przed nim okazywała mu, iż są równi. Ale czy uda jej się go poskromić? Wilk odczytując jej przekaz polizał dłoń dziewczyny, po czym podkulił pod siebie ogon oddając jej pokłon.Odwzajemnił okazany mu szacunek odchodząc. Zaraz za nim zniknęły kolejne świecące w ciemności oczy. Dziki zew zgłodniałych bestii podążył na północ. 6 - Wiedziałem, że dasz radę bez mojej pomocy. Teraz chodź. – Znów usłyszała przywoływania. Podniosła się z zaspy wkładając na zmrożoną dłoń rękawiczkę. Jej policzki były różowe od zimnego powiewu wiatru okraszonego płatkami śniegu. Poprawiła kaptur zatykając usta przed mroźnymi podmuchami i ruszyła przed siebie.W dali widziała już jasne światło. - Opłaciło się jednak… – Pomyślała zdyszanaprzekraczając metalową bramę miasta, której skrzypienie obudziłoby umarłego. Przekroczyła ją śmiało krocząc po kamiennej drodze prowadzącej na rynek. Tam pochodnie oświetlały niemal każdy zakamarek, a kamienie ułożone były w wielkie kopce przykryte strzechą. Ludzie nie potrafili budować tak wytrzymałych domów odpornych na spalenia. Ale nie wchodziła wszak do ludzkiej wioski, o czym dobrze wiedziała. Głos, który coraz intensywniej wypełniał jej myśli nakazał skręcić w ciemną uliczkę między kamiennymi budowlami. Prowadził ją tak długo, aż dotarła do celu. Znalazła się na progu jednego z domostw. Nie musiała pukać. On wiedział, że przyjdzie. W drzwiach pojawił się pokaźnej postury mężczyzna o jasnych długich włosach spływających fikuśnymi kosmykami po szerokich ramionach. Uśmiechnął się na jej widok. - Witaj Oficerze Czarnego Słońca. – Rzekła odpowiadając uśmiechem. Mężczyzna nie zaprosił jej od razu do środka. Przez chwilę wpatrywał się w nią z błogością malowaną na twarzy. Był zadowolony, że go odnalazła. Nie 7 musiała oddawać mu pokłonu jak inne dziewki o ludzkiej krwi, które gdyby zachowały się tak krnąbrnie jak ona, zostałyby wychłostane. - Witaj mój Czarny Diamencie. – Odrzekł ze spokojem, po czym odsunął się od drzwi robiąc jej miejsce. – Wejdź. Czekałem wiele dni na twe przybycie. - Mój panie, przyszłam cię prosić o litość. – Odparła od progu zostawiając pochodnię na metalowych widełkach obok drzwi i lekko ocierając się o niego weszła do chaty. W pomieszczeniu utrzymywało się przyjemne ciepło. W kominku palił się ogień, a nad nim wisiał wielki kocioł, z którego wyłaniały się przepyszne zapachy. Nie jadła od dwóch zachodów słońca, toteż poczuła ucisk w żołądku. - Nie jestem twym panem Telemido. – Stwierdził zatrzaskując za nią wrota. – Nie zapominaj, że jesteś jedną z nas. – Powiedział obsuwając jej kaptur z głowy i zanurzając dłoń w złotych włosach. Telemida na chwilę zamknęła oczy delektując się jego dotykiem. Uwielbiała gdy bawił się jej włosami i delikatnie muskał policzek swą ciepłą dłonią. Miała ochotę wtulić się w niego, lecz nie po to tu przyszła. - Nie po to tu przyszłaś? – Spytał przerywając ciszę i bacznie wpatrując się w jej zielone tęczówki. - Możesz tego nie robić? – Odparła oburzona odsuwając się od niego i patrząc mu w oczy z wyrzutem. - Powiedziałaś to w mym języku bardzo głośno. Wiesz przecież, że nie wchodzę w twój umysł. – Uspokoił ją, po czym ruszył w stronę pieca. – Usiądź. Jesteś głodna i zmęczona. Nakarmię cię, odpoczniesz, a później porozmawiamy. 8 - Zgoda. – Powiedziała ruszając za nim do izby. Jego złota szata przyjemnie szeleściła gdy się przemieszczał. Lubiła na niego patrzeć. Miał w sobie tyle spokoju, a jednocześnie budził respekt i szacunek. Nie przerażał jej, choć większość ludzi wolałaby dać się rozszarpać wilkom, niż wejść do jego chaty. Nie rozumiała tych sztucznych podziałów. Dla niej był takim samym człowiekiem, jak mieszkańcy jej wioski. Nie bała spojrzeć mu się w oczy, choć rzeczywiście krył się w nich hipnotyczny urok. Ich orzechowa barwa była jasna jak światło słońca, które uwielbiała. Mogłaby tak wpatrywać się w nie godzinami. - Ja też za tobą tęskniłem. – Powiedział wyjmując z drewnianego kredensu dwie miseczki, do których nalał wywaru wielką chochlą. - Znowu to zrobiłeś. – Parsknęła z dąsem bojąc się, że czyta w jej myślach. - Przemówiłaś do mnie? – Odwrócił się spoglądając jej w oczy. - Myślałam właśnie, że uwielbiam na ciebie patrzeć, gdy powiedziałeś, że również za mną tęskniłeś. – Odparła nie używając słów. - Nie. Nie odczytałem twych myśli. Po prostu stwierdziłem, że brakowało mi ciebie. – Odparł w ludzki sposób uśmiechając się do niej z pobłażliwą miną. – No zdejmuj już ten płaszcz. W izbie jest ciepło. Siadaj koło mnie. Nie gryzę. – Stwierdził ruszając w stronę łóżka okrytego niedźwiedzim futrem. Telemida rozsupłała sznury płaszcza. Miała na sobie tkaną z lnu suknię o zielonym kolorze. Tkanina była dość cienka jak na tą porę roku, jednak ciepło ognia przyjemnie gładziło jej zmarzniętą skórę. 9 Ach, ogień. Jak to cudownie mieć w chacie ogień. Ludzie całe zimy marzli. Ich prymitywne ogniska nie nadawały się do utrzymania w łatwopalnych domostwach. Jedynie ich rasa potrafiła budować tak wspaniałe domy. Czemu ludzie nie mogli się od nich uczyć, zamiast toczyć spory? Nie byli aż tak bardzo inni. Wyglądali zupełnie tak samo. W większości byli też nastawieni przyjacielsko, choć nieco nieufni. Z całą pewnością woleli jednak towarzystwo dzikich zwierząt, niż ich, ludzi. Ale nie on. Bardzo cenił sobie jej przyjaźń. Kochał ją znacznie bardziej od swych sióstr i braci podobnych do siebie. Dla niego nie liczyło się kto należy do jakiej rasy. Wybrał ją spośród ludzi. Nie była dla niego gorsza. Usiadła obok niego biorąc w dłonie drewnianą miseczkę. Zapachy przyjemnie drażniły jej nozdrza. Strawa była gorąca, a Telemida strasznie głodna, toteż nie mogła już się doczekać, aż skosztuje mieszaniny ziół. - Nie oparz się. – Przemówił łagodnie po czym odstawił miskę na komodę wyjmując z wnętrza kufra skórzane zawiniątko. – Weź. – Podał jej biorąc od niej miskę. Telemida położyła tobołek obok siebie na łóżku rozwijając skórzane rogi. W środku znajdował się bochen chleba. Urwała pokaźną pajdę rozkoszując się przepysznym smakiem wypieku. Kolejny odłamany kawał podała mężczyźnie. - Zjedz wszystko. – Odparł przyglądając się radośnie jak Telemida napełnia usta. Chyba jeszcze nigdy nie był tak szczęśliwy ze spotkania z nią. Nie widzieli się tyle czasu. Zbyt wiele czasu. Gdyby nie te głupie podziały, które narzuciła jej 10 rasa, nie musieliby żyć osobno. Telemida nie marzłaby zimą tylko siedziała u jego boku w ciepłej, kamiennej chacie. Jej życie byłoby znacznie łatwiejsze. Wszystko mogło być inaczej. Ale nie było. Po jedzeniu otarła usta skrawkiem rękawa sukni. Wyglądała tak słodko, a zarazem krnąbrnie przyjmując zwyczaje i żyjąc wśród dzikusów. Nie miała ogłady należnej jego rasie. Mimo to była jedną z nich. - Zostaniesz tu ze mną, prawda? – Spytał odstawiając miski. Nie odpowiedziała bacznie mu się przyglądając. Usiadł obok chwytając w ręce jej dłonie. Powtórzył pytanie nie używając słów jak prymitywne zwierzęta, z którymi wiodła służalcze życie. - Chciałabym. – Odparła smutno. - Więc czemu nie zostaniesz? - A wioska? – Spytała patrząc na niego błagalnie. - Ludzie umierają. Jest nas coraz mniej. Zepchnęliście nas na jałowe tereny. U nas panuje głód. - Jesteś tu z własnej woli, czy przysyłają cię starsi? - Sama postanowiłam przyjść, by prosić cię o pomoc. - Więc nie mogę pomóc. – Odparł gorzko. – Ludzie nigdy się nie nauczą nas szanować. - Ludzi niedługo już nie będzie. Nasze plemiona są coraz mniejsze. - Mogliście pomyśleć o tym wcześniej, zanim postanowiliście toczyć z nami walkę. 11 - Spróbuj zrozumieć. Mój lud nie potrafi czytać w myślach, jak wy. Oni się was boją. - Nic złego im nie robiliśmy, póki nie zaczęli ciąć nas w pień. - Daj nam szansę. - Nam? Przecież ty nie jesteś jedną z nich. Potrafisz porozumiewać się naszym językiem. Nabrałaś ich zwyczajów wychowując się w ich prymitywnej wiosce, ale jesteś taka jak my. Nie musisz towarzyszyć im w ich końcu. - Dlaczego musi tak być? Dlaczego nikt nie może ustąpić?! – Powiedziała w myślach, gdyż gardło zapełniło się łzami, które ciekły po policzkach. - Nie płacz skarbie. – Powiedział ocierając jej twarz. – To nie twoja wina. Oni sami zarzucili sobie pętle na szyje. - Proszę cię, pomóż nam. – Wyszeptała drżącym głosem. – Błagam! – Krzyknęła padając przed nim na kolana. – Skończ tą wojnę. Tylko ty możesz to zakończyć. - Wstań. – Poprosił zawstydzony łapiąc ją za dłonie i przyciągając ku sobie. – Nigdy więcej tego nie rób. - Czyż nie tego chcecie? – Odparła wciąż łkając. – Nie chcecie by ludzie składali wam pokłony? Wszak jesteśmy tylko rasą niewolniczą. Zwykłą zwierzyną. Brzydzicie się nami. Czyż nie tak jest? - Ty nie jesteś taka jak oni.– Powiedział mocno tuląc do siebie. – Tak mi przykro, że cierpisz. – Dodał w myślach. – Tak bardzo chciałbym, byś umiała być szczęśliwa. 12 - W moich żyłach płynie ludzka krew. - Jesteś jedną z nas. – Powtórzył. - Potrafisz rozmawiać ze zwierzętami. Nie potrzebowałaś mej pomocy, by odgonić głodne wilki. Umiesz żyć w zgodzie z naturą. Jesteś jej częścią. Ludzie niszczą naturę. Zamiast poprosić wilka o odejście, zbryzgaliby las jego ciepłą krwią. Mordują dla zabawy. My zabijamy, gdy jesteśmy głodni. - Nie jestem taka jak ty. Jestem jedynie namiastką tego, co sobą reprezentujecie. Jestem zwykłą hybrydą. - To nie ma nic do rzeczy. Kiedyś nasze rasy żyły w zgodzie i harmonii, a ty jesteś owocem tej zgody. Nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia, że nie płynie w tobie czysta krew. Dobrze o tym wiesz. Powiedziałaś do wilka, że jesteś dzieckiem Drzewa. - Powiedziałam. – Odparła sucho. – Powiedziałam. – Stwierdziła opuszczając smutno głowę. - Musisz się wreszcie określić kochana. Nie możesz żyć wśród nas i wśród ludzi. Musisz wybrać. Zginiesz z nimi lub będziesz żyła ze mną. - Nie mogę wybierać. Nie każ mi tego robić. Dobrze wiesz, że jestem jedną z nich, ale ciebie też kocham. - Przestań się już zadręczać i przytul się do mnie. Tak dawno nie tuliłem cię w swych ramionach. – Powiedział łagodnie znów ją przytulając i bawiąc się złotym kosmykiem spływającym jej na twarz. - Jeśli każesz mi wybierać, zostanę z nimi. – Odparła wpatrując mu się w oczy. 13 Nie płakała. Otarła łzy. Próbowała udawać przed nim twardą i stanowczą, choć wiedział, że w głębi ducha drży i płacze jak małe dziecko. Jej serce było złamane wpół. Wiedział, że nie jest w stanie jej uleczyć, choć bardzo tego pragnął. - Proszę, skończ już tą wojnę. - Ona skończy się dopiero, gdy ludzie oddadzą nam pokłon. - Przecież wiesz, że tego nie zrobią. - To niech sobie giną. - Jesteś okropny. Nie ma w tobie nic litości? - Oni nie mieli dla mnie litości. – Odrzekł z nienawiścią w głosie. - Sam powiedziałeś, że są bardziej dzicy niż zwierzęta. Bądź ponad nimi. Oszczędź ich. Okaż litość. Jesteś od nich lepszy. Twoja rasa jest wspaniała. Potraficie zrobić tyle dobrego. - Tak, ale ludzie właśnie za to nas nienawidzą. Jesteśmy inni, a co za tym idzie, uważają, że gorsi. - Ale ty wiesz, że tak nie jest. – Przemawiała do niego błagalnym tonem. - Ta wojna się nie skończy. Za każdego naszego, zginie dziesięciu ludzi. Za jedno zburzone miasto, spłonie dziesięć ludzkich wiosek. Niech znają swe miejsce. - Skoro taka jest twoja wola, to wiedz, że masz we mnie wroga. Nienawidzę cię z całego serca. - Wiem. – Powiedział słowami. - Ale wiem też, że mnie kochasz. – Dodał w myślach. 14 - Jak nikogo innego. – Odparła w jego języku nie używając dźwięku do przekazania słów. - Więc ten jeden raz pozwól mi się kochać. – Odparł przyzywając ja do siebie. Telemidaspojrzała na niego z nienawiścią, a jednocześnie pragnąc go z całego serca i rozkoszując się jego spokojem i ciepłem umysłu. Wtuliła się mocno w mocarne ramiona i złożyła usta na jego wargach. Tak bardzo za nim tęskniła. Nie była w stanie mu się oprzeć. Nie chciała. 15 Rozdział Drugi: „Złoty Smok” Promienie kwietniowego słońca przenikały przez szybę rzucając snopy światła na zielone stoliki przykryte czerwonymi obrusami. Na każdym z nich znajdował się maleńki wachlarzyk ozdobny. Pod sufitem wisiał drewniany smok, który zerkał z góry na klientów restauracji. Mimo popołudniowej godziny frekwencja gości nie była zbyt duża. Przy ladzie barowej siedziało dwóch mężczyzn sącząc piwo. Obaj wpatrywali się w kelnerkę, której strojem roboczym było kimono. Włosy spięte miała niczym prawdziwa gejsza. W rogu sali znajdowała się para kobiet, które to nie zerkały na nic, ani na nikogo. Zbyt zajęte były pochłanianiem sajgonek ze swoich talerzy. Obok wejścia przy stoliku pod oknem siedział starszy mężczyzna o wzroku błądzącym po talerzu z nietkniętą zupą. Sensei przez duże „S”. Gdyby nie fakt, że miał na sobie dżinsową kurtkę i ciepłą koszulę w kratę, mógłby swym wyglądem nawet przypominać samuraja. Siwe włosy zaczesane miał z tyłu głowy w cienki kucyk. Zakola na czole tworzyły pokaźne plamy błyszczące w świetle dnia. Mieszając łyżką po dnie miski zastanawiał się nad swoim życiem. Jego lata świetności dawno już przeminęły. Na twarzy pojawiły się pokaźne bruzdy zmarszczek. Mimo wieku nadal był dobry w tym co robił. Wiedział jednak, że czas najwyższy znaleźć kogoś, kto pozwoli mu odejść na zasłużony odpoczynek. Jego żona od wielu wiosen czekała na niego w zaświatach. Nie miał własnych dzieci. Sekcja była jego jedyną rodziną w tym materialnym świecie obłudy. Nie mógł od tak zrezygnować tylko dlatego, bo czuł się zmęczony. Musi 16 zostawić swoje dzieci w dobrych rękach. Znaleźć godne zastępstwo. Kogoś, kto wpoi młodym wartości, a nie tylko techniki. Jego myśli skupiły się wokół Mercedes. Zastanawiał się czy sensei, który od dawna nie pojawia się na treningach, mógłby zostać jego następcą. Zdawał sobie sprawę, że praca w policji nie jest łatwa, toteż stąd te nieobecności. Ale było chyba jeszcze coś, o czym nie wiedział. Jeśli Mercedes się nie zgodzi, będzie musiał zostać przy Mateuszu. Młody, silny, zdecydowany i władczy. Bez problemu poprowadzi jego mały zastęp. Poza tym już z nim na ten temat rozmawiał. Ale czy sempai znajdzie w sobie tyle ciepła, co Mercedes? Zdecydowanie wolałby sensei’a dla swoich podopiecznych. Myśl o rudowłosej dziewczynie z piegami na nosie sprawiła, że na zmęczonej starczej twarzy pojawił się uśmiech rozbawienia. Przypomniał sobie jak krnąbrna i nieokrzesana czternastolatka podpaliła kosz na śmieci, gdy jeszcze pracował jako nauczyciel matematyki w podstawówce. Było z niej niezłe ziółko. Miała w sobie tyle gniewu i smutku. Kto by pomyślał, że z tak buntowniczej nastolatki wyrośnie tak dobry człowiek. Było w tym sporo jego zasługi. Gdy wszyscy postawili kreskę na niegrzecznej i sprawiającej liczne kłopoty wychowawcze dziewczynie z domu dziecka, on jako jedyny nauczyciel ze szkoły, postanowił dotrzeć do serca młodej lisicy o złotej duszy. Pierwsze ich spotkanie skończyło się niemałą pyskówką z jej strony. Chyba właśnie dlatego zaprosił ją na swój trening, aby pokazać jej, że negatywne emocje można wyładować w zupełnie inny sposób, niż te, które znała dotychczas. 17 Dziewczyna szybko nauczyła się ogłady. Nigdy jeszcze nie miał tak pojętnego ucznia, toteż pozwalał jej ćwiczyć w swojej sekcji i nie brał od niej żadnej zapłaty. Wiedział, że nie mogła mu płacić. Niby jak? Nie miała rodziców, którzy sfinansowaliby treningi. Teraz, gdy o niej myślał, rozpierała go duma. Podniósł wzrok znad miski słysząc dzwoneczek nad otwieranymi drzwiami ze szkła. Do restauracji wszedł młody chłopak o długich czarnych włosach. Usiadł w rogu sali naprzeciwko niego. Skądś go znał, ale młokos ukrył spojrzenie pod kępą włosów tak, że nawet nie zdążył mu się przyjrzeć. Zaraz za nim pojawiła się kobieta o krótkich ognistych włosach postawionych na żel. Trzydziestolatka ubrana była w szerokie spodnie moro oraz czarną skórzaną kurtkę spod której wystawała kabura z bronią przypiętą do pasa. Na nogach miała glany z metalowymi obiciami. Jej postura oraz pewny krok sprawiły, że ściągnęła na siebie spojrzenia mężczyzn siedzących przy barze. Szybko jednak przestali interesować się rudowłosą „chłopczycą” wgapiając się na powrót w słodką i kobiecą kelnerkę przy barze. Mercedes nie miała jednak potrzeby malowania rzęs czy sztucznego upiększania się albo uwydatniania figury. Ona nie potrzebowała tego wszystkiego. Lubiła się taką jaką była. Nie pracowała przecież w biurze. Była jedynie policjantką. Na co dzień miała do czynienia z wyrzutkami społecznymi i bandziorami, toteż niespecjalnie musiała malować rzęsy czy usta. Dla nich nie miało znaczenia, czy w kajdanki zakuwa je piękna policjantka, czy też zwyczajny i męski glina, którym była mimo swojej ukrytej kobiecości. Kobieta nie zwróciła uwagi na starca siedzącego przy oknie. Szybkim krokiem dotarła do baru. Dopiero gdy w jej dłoni pojawił się kufel z piwem, 18 rozejrzała się po restauracji. Uśmiechnęła się lustrując stolik, przy którym siedział starzec. Wzięła piwo i ruszyła w jego stronę. - Witam. – Rzuciła z promiennym uśmiechem na twarzy. – Mam nadzieję, że nie zgorszę pana tym piwem. Jestem już po służbie. – Dodała z rozbawioną miną stając obok niego. - Siadaj Mercedes. –Podniósł się by odsunąć jej krzesło. – Tak dawno się nie widzieliśmy. – Spojrzał na nią z sentymentem. - Fakt. Sporo czasu minęło od kiedy ostatni raz byłam na treningu. Mam nadzieję, że nie będzie mi pan robił wyrzutów z tego powodu. – Stwierdziła nie przestając się uśmiechać. Ona również ucieszyła się na jego widok. Był jej najbliższą osobą jaką miała. Nigdy nie spoufalała się zbytnio z nikim, a ludzi wolała trzymać na bezpieczną odległość. Im mniej się zwierzała obcym, tym mniejsze istniało prawdopodobieństwo, że ktoś ją zrani. Ale nie ten sympatyczny starszy pan. Robert Czapkowski był dla niej jak ojciec, którego nigdy nie miała. - Ależ skąd kochana. Mów, co tam u ciebie. Jakieś zmiany? - Jedynie w godzinach służby. Poza tym po staremu. Praca, praca i jeszcze raz praca. – Podsumowała zerkając na długowłosego chłopaka w rogu sali. Krępy dzieciak ze spuszczoną głową przysłoniętą czarnymi włosami, najwyraźniej musiał się na nią gapić. Było w nim coś, co od razu przykuło jej uwagę. Był jakiś dziwny. Nie wiedziała jak inaczej mogłaby go opisać. W każdym razie miała nosa do dziwnych ludzi, a on do takich należał. 19 - Wykończysz się. Nie można żyć jedynie pracą, a twoja jest strasznie ciężka i męcząca. - Przynosi mi satysfakcję. - Wiem i rozumiem cię bardzo dobrze, ale czy nie jest tak, że bierzesz dodatkowe godziny tylko po to, żeby uciec od życia prywatnego? Nie jest łatwo ciągle żyć samemu. - Wiem, wiem. – Odparła mrużąc oczy w geście dąsu niczym mała rudowłosa dziewczyna, która w szkole podpalała kosze na śmieci. – Mam trzydzieści lat i zero życia prywatnego. Żadnej rodziny, porządnych obiadów, psa ani męża. – Uśmiechnęła się rozbawiona własnymi słowami. – Ale jak tu myśleć o rodzinie i dzieciach, gdy moje życie to jedna wielka niewiadoma? – Wyłgała się od niepostawionego zarzutu, który zapewne pojawił się w głowie zroszonej srebrnymi włosami. - Za każdym razem, gdy idę na służbę, może to być ostatni dzień mojego życia. – Stwierdziła wesoło. Nie przejmowała się wcale tym, że jest sama. Tak było jej dobrze. Nikogo nie krzywdzi i nikt nie skrzywdzi jej. Układ idealny. Większość ludzi jednak tego nie rozumiała niepotrzebnie się nad nią litując. Nie spotkała jeszcze nikogo, kto zawróciłby jej w głowie. Nie miała ochoty z nikim się wiązać, a zważywszy na wiek, który miała, doszła do wniosku, że okres randkowy dawno przeminął, więc teraz czeka ją jedynie samotne oglądanie telewizji w wolnych chwilach. Ale przynajmniej nikt nie będzie przełączał na mecze, więc miało to też dobre strony. Bynajmniej nie było jej przykro z tego powodu. W pracy zawsze otaczało ją grono kolegów. Nie musiała się dla nikogo malować, ani stroić w niewygodne 20 sukienki i buty na obcasie. To po prostu nie było w jej stylu. Była policjantką. Tylko i wyłącznie. Zarówno służbowo, jak i prywatnie. To za jej wysiłek w rozpracowywanie siatek przestępczych koledzy ją podziwiali oraz za jej ognisty temperament. Nie musiała udawać kogoś kim nie była jak sztuczne lalki „Barbi” w różowych lateksowych spódniczkach i z trzy- centymetrową warstwą fluidu na twarzy, którymi to wprost się brzydziła. - Nie powinnaś być sama. – Stwierdził smutno staruszek. - Przecież nie jestem. Mam całkiem spore grono kolegów z pracy. - To dobrze. Mogłabyś mieć też własnych uczniów. – Dodał po chwili. – Kogoś, kogo wprowadziłabyś w dorosłe życie. - Uczniów? – Zainteresowała się kobieta. – Nie wiem o czym pan mówi. – Uniosła lekko brwi ze zdziwienia nachylając się nad szklanką piwa. - Czemu nie przychodzisz już na treningi? - Pracuję w różnorakich godzinach. Zazwyczaj na drugą zmianę. Fizycznie jest to niewykonalne z mojej strony. Pojawiam się tak często jak tylko mogę. - Jesteś świetnym karateką. Mogłabyś być wzorem do naśladowania dla wielu nowicjuszy. - Po co im ja, jak mają mistrza? – Uśmiechnęła się do starca. - Czasem uczeń przewyższa mistrza. – Stwierdził z zamyśleniem malującym się na twarzy. Mercedes zamilkła wpatrując się w sąsiedni stolik. Zwykle nie lubiła, gdy ludzie obdarzali ją komplementami. Zawsze zastanawiała się czy mówią szczerze, 21 czy po prostu chcą jej zrobić przyjemność. Jej wrodzona nieufność przekładała się na korzyść, gdy chodziło o pracę w policji i węszenie. Tym razem jednak wiedziała, że słowa były szczere. Poczuła się nieco zmieszana tak dużą dawką docenienia jej umiejętności, jednak komplement z ust poczciwego staruszka był najprzyjemniejszą rzeczą jaką usłyszała od długiego czasu. Cieszyła się, że tak uważał. Zawsze ją chwalił, ale nigdy nie powiedział jej czegoś tak miłego jak dziś. - Nie wiem co powiedzieć. – Odparła wzruszona. - Nie musisz nic mówić. To tylko stwierdzenie. Ale zastanów się nad moją propozycją. Nie będę żył wiecznie. - Jak to? – Udała zaskoczoną. – To nie przeżyje mnie pan? Myślałam, że samuraje żyją wiecznie. – Stwierdziła uśmiechając się serdecznie, ale też i zawadiacko. - Oj, dziewczyno, dziewczyno. – Roześmiał się, a szeroki uśmiech na jego twarzy odjął mu kilka lat. - Nigdy się nie zmienisz. Zawsze wypłynie z ciebie to szatańskie dziecko. - E tam. – Odbąknęła. - Tak, tak. Już ja wiem co mówię. - Szatańskie dziecko? – Zamyśliła się. – Teraz moje wybryki wydają się być śmieszne, ale sądzę, że gdybym w odpowiednim momencie nie spotkała kogoś, kto ściągnąłby mnie na dobrą drogę, siedziałabym teraz w więzieniu, a tak, to ja jestem ta dobra, która broni obywateli. – Uśmiechnęła się patrząc mu w oczy. 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wspomnienie Umarłej
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: