Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00605 009547 10439412 na godz. na dobę w sumie
Wszystko inne poczeka - ebook/pdf
Wszystko inne poczeka - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 364
Wydawca: BIS Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7551-363-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Historia niełatwego związku. Dojrzała, wykształcona i ustabilizowana życiowo kobieta udziela pomocy nieznanemu bezdomnemu mężczyźnie, który właśnie wyszedł z więzienia. Okazuje mu zaufanie, oferuje dach nad głową i pomaga znaleźć pracę. I choć to wbrew rozsądkowi oraz panującym w społeczeństwie stereotypom, nie może się oprzeć rodzącemu się w niej uczuciu. Chwilowe zaślepienie i łatwowierność? A może odwaga, by odrzucić uprzedzenia, zaufać drugiemu człowiekowi i sięgnąć po miłość?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Projekt okladki: Iza Szewczyk Zdjęcia http//pl.depositphotos.com (Nejron, Carloscastilla, Tawng) Copyright © Barbara Ciwoniuk Copyright © Wydawnictwo BIS 2013 Książ ka, któ rą na by łeś, jest dzie łem twór cy i wy daw cy. Pro si my, abyś prze strze gał praw, ja kie im przy słu gu ją. Jej za war tość mo żesz udo stęp nić nie od płat nie oso bom bli skim lub oso bi ście zna nym. Ale nie pu bli kuj jej w in ter ne cie. Je śli cy tu jesz jej frag men ty, nie zmie niaj ich tre ści i ko niecz nie za znacz, czy je to dzie ło. A ko piu jąc jej część, rób to je dy nie na uży tek oso bi sty. Sza nuj my cu dzą wła sność i pra wo. Wię cej na www.le gal na kul tu ra.pl Pol ska Izba Książ ki ISBN 978-83-7551-363-9 Wydanie I w tej edycji Wy daw nic two BIS ul. Lędz ka 44a 01-446 War sza wa tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84 e -ma il: bis bis@wy daw nic two bis.com.pl www.wy daw nic two bis.com.pl Od dwóch dni sza la łam po miesz ka niu jak taj - fun. Z obu szaf wy mio tłam wszyst kie sta re sen ty - men ty – sto sy ubrań trzy ma nych „na wszel ki wy pa - dek”, „bo dro gie”, „bo tyl ko ciut za cia sne”, „bo kie dyś ulu bio ne”, „bo przy po mi na ły szcze gól nie mi łe zda rze nie z prze szło ści”. Z paw la czy po wyw le - ka łam ster ty ga zet, rów no po ukła da nych fi ran i za - słon, któ re już ni gdy nie mia ły uj rzeć sło necz ne go dnia, ma te ria ły, z któ rych kie dyś coś mia łam uszyć, a któ re wy do by te dziś na świa tło dzien ne wy glą da ły smut no i ża ło śnie, z trud ny mi do roz pra so wa nia za - gię cia mi po zło że niach. Z po ko ju „ma łej”, któ ra do bie ga ła dwu dzie stu trzech lat, prze ro sła mnie o gło wę i wła śnie koń czy ła stu dia, wy gar nę łam bo - ga tą ko lek cję ksią żek dla dzie ci, pocz tó wek ze zwie - rzę ta mi, pu dła cen nych kie dyś kloc ków, po zy ty wek i ma sko tek, re gu lar nie prze bie ra nych co kil ka lat, ale na dal za wa la ją cych każ dą wol ną prze strzeń sza - fek i pó łek. Nie bez opo rów do rzu ci łam do te go wszyst kie go spo ry zbiór nut, któ re dla mnie by ły 5 nie zro zu mia łym szy frem, a pod pal ca mi cór ki zmie - nia ły się w mu zy kę, kie dyś sta le obec ną w na szym miesz ka niu, te raz prze brzmia łą i za po mnia ną. Z sa tys fak cją gro ma dzi łam to wszyst ko w du żym po ko ju na środ ku dy wa nu, utwier dza na w słusz no ści mo ich po czy nań przez An kę, nie ste ty tyl ko przez te - le fon. Obie ca ła po móc mi w tych ma te rial nych zma - ga niach z prze szło ścią, ale jak to u niej czę sto by wa, cią gle coś jej sta ło na prze szko dzie: a to Ja kub miał zły dzień w pra cy i wró cił wście kły, a to jej ma ły gdzieś prze padł… Wy dzwa nia ła do mnie i uspo ka - ja ła tym ra czej sie bie niż mnie. Gdy po pią tej usły - sza łam w słu chaw ce jej płacz z po wo du wy bi tej je - dyn ki Czar ka, z aniel skim spo ko jem po da łam jej nu mer do po go to wia sto ma to lo gicz ne go i przy ję - łam do wia do mo ści fakt, że ze sku pi skiem na dy wa - nie mu szę upo rać się sa ma. Nie by ło by w tym nic strasz ne go, gdy by nie per - spek ty wa od wie dze nia piw ni cy, któ rej od kil ku na stu lat uni ka łam, jak tyl ko mo głam. Więk szość tej zbie - ra ni ny kwa li fi ko wa ła się do wy nie sie nia na śmiet nik, ale część kar to nów chcia łam za cho wać, nie umia łam być tak ra dy kal na jak mo ja przy ja ciół ka, któ ra na - mó wi ła mnie na to ca łe za mie sza nie. Sam ba z nie po ko jem ob ser wo wa ła mo je przy go - to wa nia do wyj ścia z miesz ka nia. Cho dzi ła za mną krok w krok i trą ca ła mnie no sem, da jąc tym znak, że jest go to wa mi to wa rzy szyć. – Nie, Sam ba, zo sta jesz w do mu – po wie dzia łam jej wresz cie tę strasz ną praw dę, na co opa dła gru - 6 bym tył kiem na śro dek kuch ni i po pa trzy ła mi ża ło śnie w oczy. Wy bra łam dwa śred niej wiel ko ści kar to ny, uzbro - iłam się w la tar kę, rzad ko uży wa ne klu cze od piw - nicz ne go bok su i spoj rza łam na psa. – Za chwi lę wró cę – pró bo wa łam wy tłu ma czyć się su ce. – Do bra Sam bu nia, pil nuj do mu! – na ka - za łam i otwo rzy łam drzwi. Od ra zu usły sza łam pod nie co ne, mę skie gło sy na do le, wśród któ rych do mi no wał zna jo my bas Waw rzy nia ka. Nie pa li łam się do spo tka nia z nim na klat ce, za wsze mnie za ga dy wał, a ja go po pro stu nie lu bi łam. Im bar dziej scho dzi łam na dół, tym po - wie trze sta wa ło się chłod niej sze; ktoś mu siał otwie - rać drzwi wej ścio we, bo stuk nę ły gło śno dwa ra zy. Z do no śnej roz mo wy męż czyzn wy ło wi łam niewró - żą ce nic do bre go sło wo „po li cja”. – Ale są siad ka wy bra ła się w po rę do piw ni cy! – huk nął Waw rzy niak, ob ser wu jąc, jak ostroż nie zsu - wam się przy po rę czy. – Aku rat zła pa li śmy zło dzie - ja! I co, ja dą? – Wy tknął gło wę na ze wnątrz, skąd do - cho dzi ły po krzy ki wa nia in nych uczest ni ków ak cji. Spoj rza łam py ta ją co na Cho mi cza, sta rusz ka spod szóst ki, a ten pod szedł i wziął ode mnie pu dło z wierz chu. – Na praw dę w piw ni cy jest zło dziej, pa ni Ado! – ob ja śniał mi przy ci szo nym gło sem. – Już od kil ku dni tam sie dzi, my śle li śmy z żo ną, że to ja kiś bez - dom ny… żo na chcia ła mu na wet znieść coś cie płe go do zje dze nia, bo ziąb ta ki… A tu pro szę! Wła my wał 7 się do piw ni cy Waw rzy nia ków! Pan Mie tek zła pał go na go rą cym uczyn ku! – Już od ty go dnia go nię te go łach my tę, ale cią gle wra ca! – wtrą cił się sam za in te re so wa ny. – Upa - trzył so bie cie pły kąt na sta rej wer sal ce Kru ków! Lo kum so bie zna lazł! Piw ni ca za smro dzo na, a dzi - siaj ra no na lał mi na wy cie racz ce! Ze mścił się, drań je den, że kil ka ra zy wy rzu ca łem go na mróz! Ale ja zro bię z nim po rzą dek! Szwa gier pra cu je w po li cji, już tu je dzie. Gru bas przyj rzał mi się z za in te re so wa niem i wścib ski mi oczy ma zje chał na mo je pu dła. – Ty le ra zy mó wi łem są siad ce, że gdy by coś… to chęt nie słu żę po mo cą… – zga nił mnie z tą dwu - znacz no ścią w to nie, któ rej nie cier pia łam. – Upar - ta z pa ni ko bie ta! Ale te raz po pro si mnie pa ni o po - moc, praw da? – Nie, pa nie Waw rzy niak. – Sta now czo ski nę łam na Cho mi cza, że by mi zwró cił kar ton i za czę łam scho dzić w ciem ną cze luść po ni żej par te ru. – Co za ko bi ta! Aż żal, że sa ma tak się mar nu je! – usły sza łam za so bą nie wy bred ną uwa gę tłu ścio - cha. – Pil nuj, pa nie Cho micz, za pa lę jej świa tło i przy oka zji zer k nę na te go łaj zę! Szyb ko do tar łam do drzwi piw ni cy i oparł szy pu - dła o ścia nę, włą czy łam przy cisk. Brud na ża rów ka za świe ci ła nie wy raź ną żół cią, oświe tla jąc śro dek po miesz cze nia. Na szczę ście wej ście do mo je go la - mu sa by ło tuż obok, dru gie z rzę du. Za pach stę chli - zny, wil go ci i ostrych środ ków de zyn fek cyj nych ude - 8 rzył nie mi ło w nos, do pie ro po kil ku od de chach prze stał prze szka dzać i stał się pra wie nie zau wa żal - ny. Z ulgą po sta wi łam mój ba last na pod ło dze i nie roz glą da jąc się po mrocz nych ką tach, za czę łam mo - co wać się z kłód ką. Za ple ca mi usły sza łam kro ki i gło śne po sa py wa nie Waw rzy nia ka. – I co, zno wu po ra dzi ła so bie pa ni beze mnie? – Sta nął na chal nie bli sko i ob ser wo wał mo je ma - new ry przy kłód ce. – Pa nie Waw rzy niak, niech pan się zaj mie swo imi spra wa mi. – Od su nę łam się od nie go ze wstrę tem, bo brzu szy skiem do ty kał pra wie mo jej rę ki. – Zło - dziej pa nu uciek nie! – Eee tam! – Od stą pił pół kro ku i ja snym stru - mie niem świa tła za świe cił w pra wą stro nę. – Już on tak ła two się nie pozbiera… Za sta no wił mnie lek ce wa żą cy ton je go gło su. Spoj rza łam za bły skiem la tar ki. Czło wiek sku lo ny pod ścia ną po ru szył się i pod niósł gło wę. Pa trzył wprost w snop ośle pia ją ce go go świa tła. W oczach miał coś, co mnie za sko czy ło. Gdy po kil ku se kun - dach uniósł rę kę, by osło nić twarz, na je go pal cach zo ba czy łam świe żą, ja skra wo czer wo ną krew ciek - ną cą w głąb man kie tu. – Pa nie Waw rzy niak, on jest ran ny! Mo że trze ba we zwać po go to wie? Gru bas ro ze śmiał się, jak bym po wie dzia ła coś za - baw ne go. – Po sza mo ta li śmy się tro chę, to ma za swo je! Niech nie wy cią ga łap po cu dze, nie? 9 Z nie chę cią po pa trzy łam na je go tłu stą, na la ną twarz i bez sło wa wró ci łam do swo jej kłód ki. Z tru - dem się z nią upo ra łam, zde ner wo wa na na tręt ną asy stą. Waw rzy niak nie za ga dy wał już, wi dząc mo ją nie przy chyl ność, w mil cze niu po mógł mi wnieść pu - dła do środ ka. Gdy za my ka łam piw ni cę, obo je usły - sze li śmy wo ła nie Cho mi cza. – Po ra dzi so bie pa ni z tą kłód ką – bar dziej stwier - dził, niż spy tał, już bez cie nia nad ska ki wa nia, i ru - szył na gó rę. Je go cięż kie kro ki za szu ra ły po scho dach. Krzyk - nął coś nie zro zu mia le i wy szedł na ze wnątrz, za - trza sku jąc za so bą drzwi. W ci szy, któ ra nie spo dzie - wa nie za pa dła, usły sza łam, że męż czy zna pod ścia - ną po ru szył się i jęk nął. Za mknę łam kłód kę i za sty - głam w bez ru chu oszo ło mio na świa do mo ścią, że być mo że pa trzy te raz na mnie ty mi swo imi błysz - czą cy mi, roz go rącz ko wa ny mi oczy ma, któ re przez mo ment wi dzia łam w świe tle la tar ki Waw rzy nia ka. Spoj rza łam w je go stro nę, ale stąd, gdzie sta łam, wi dać by ło tyl ko no gi męż czy zny; resz ta cia ła zle wa - ła się z mro kiem ką ta, w któ rym sie dział. Olśni ło mnie na gle, że to nie uchwyt ne, co wi dzia łam w je go oczach, a cze go nie mo głam okre ślić, to był wy raz ja kiejś bo le snej re zy gna cji. Ten czło wiek nie chciał już o nic wal czyć, by ło mu wszyst ko jed no, co się z nim sta nie! Po tur bo wa ny przez aro gan ta i bru ta - la, któ re go szcze rze nie lu bi łam, któ re go zu chwa - łość i gru biań stwo za wsze mnie ra zi ły, pod dał się te - mu py ska czo wi bez wal ki! By łam pew na, wy czu łam 10 to w to nie gło su Waw rzy nia ka, że wła ma nie wy my - ślił i sfin go wał na swój wy łącz ny uży tek, że by po - zbyć się nie sfor ne go in tru za, dać mu na ucz kę. Po de szłam do drzwi i chwi lę nad słu chi wa łam. Męż czyź ni roz ma wia li na ze wnątrz, na klat ce scho - do wej by ło ci cho. We szłam kil ka stop ni wy żej, by się upew nić, że na praw dę ni ko go tam nie ma. By ło pu - sto. Wy co fa łam się do piw ni cy i zbli ży łam do nie - zna jo me go. – Niech pan bie gnie do mo je go miesz ka nia… dru gie pię tro, nu mer dzie więć! Szyb ko! Nie za my - ka łam drzwi. Miesz kam sa ma. Pa trzył na mnie zdu mio ny pro po zy cją nie mniej niż ja sa ma. Po wtó rzy łam mu ją pospiesz nie i z ulgą do strze głam błysk zro zu mie nia w je go oczach. – Jest pa ni… pew na? – za py tał. – Ni cze go nie je stem pew na, ale bie gnij, czło wie - ku, bo za raz tu bę dą! – po na gli łam. Syk nął z bó lu, gdy szarp nę łam go za rę kę, by po - móc mu wstać. – Prze pra szam! – szep nę łam głu pio i jesz cze raz wyj rza łam na scho dy, by się upew nić, czy wszy scy są na ze wnątrz. Ski nę łam mu gło wą i chwi lę pa trzy łam za nim, aż znik nął za za krę tem. Od cze ka łam mo ment, przy - słu chu jąc się od gło som roz mo wy z po dwór ka. Waw rzy niak tłu ma czył coś Cho mi czo wi. Gdy stuk - nę ły drzwi, prze ry wa jąc po tok słów tłu ścio cha, spo - koj nym kro kiem wy szłam z piw ni cy, zga si łam za so - bą świa tło i spoj rza łam na pod glą da ją ce go mnie 11 z gó ry Cho mi cza. Po ko na łam kil ka na ście dzie lą - cych nas stop ni i sta nę łam obok nie go. – Pa nie Sta ni sła wie, prze zię bi się pan, ster cząc tu tak bez kurt ki – po wie dzia łam. – A do te go czło wie - ka po win ni ście we zwać po go to wie. Jest ca ły za - krwa wio ny… – Już jest po li cja, za raz go za bio rą – ode zwał się przy ci szo nym gło sem, obej rzał na drzwi wej ścio we i po pa trzył na mnie po ro zu mie waw czo. – Szcze rze mó wiąc, pa ni Ado, nie chcę go oglą dać, że by po tem nie ze zna wać w są dzie. Waw rzy niak na ma wia mnie, że bym był je go świad kiem… ale co ja wła ści wie wi - dzia łem? Nic! Na ro bił wrza sku, że mu piw ni cę okra da ją, to zsze dłem, jak in ni, ale po są dach cią - gać się nie dam! Ze zro zu mie niem kiw nę łam mu gło wą i po szłam na gó rę. Za za krę tem scho dów przy spie szy łam, po - czu łam się jak prze stęp ca ucie ka ją cy z miej sca zbrod ni. Na po rę czy zo ba czy łam roz ma za ny, świe ży ślad krwi. Z prze ra że niem wy tar łam go rę ka wem swe tra i spoj rza łam ni żej. Cof nę łam się kil ka stop ni i w pa ni ce usu nę łam po dob ną pla mę. Na do le sły - sza łam już po krzy ki wa nia męż czyzn i stu ka nie drzwi. Bie gnąc do sie bie, lu stro wa łam zie lo ny pla - stik po rę czy i ścia ny na prze ciw ko. Z ulgą do tar łam do klam ki i wpa dłam do swo je go miesz ka nia. Przy drzwiach ła zien ki usły sza łam od gło sy sza - mo ta nia i war cze nie psa. Sam ba! Zu peł nie o niej 12 za po mnia łam! Wy sła łam tu czło wie ka, nie wspo - mniaw szy mu o psie! Za pa li łam świa tło w ko ry ta rzu i uj rza łam mo ją su kę. War cząc, po ru szy ła łbem, wy - raź nie ucze pio na cze goś zę ba mi, jej tłu sty za dek za - ko ły sał się w rytm tar mo sze nia. Pod bie głam do niej, opa dłam na ko la na i si łą pró bo wa łam ro ze wrzeć jej zę by, by uwol nić uwię zio ne w szpa rze drzwi ra mię męż czy zny. – Sam ba! Spo kój! Nie rusz pa na! Puść! – wy rzu - ci łam z sie bie wszyst kie moż li we ko men dy ma ją ce uspo ko ić zwie rzę. Pod nie co na szarp nę ła łbem jesz cze ener gicz niej i, nie wy pusz cza jąc z py ska rę ka wa, spró bo wa ła spoj rzeć na mnie, jak by, nie da jąc wia ry w usły sza - ne po le ce nia, chcia ła po chwa lić się swo ją zdo by czą. – Sam ba, puść! – krzyk nę łam i mię dzy jej przed - nie zę by wci snę łam pal ce le wej rę ki. Z tru dem ode rwa łam ją od nie zna jo me go i moc no przy gar nę łam do sie bie. Drzwi ła zien ki otwo rzy ły się sze ro ko, wpusz cza jąc do niej tro chę świa tła. W ką cie mię dzy pral ką a wan ną zo ba czy - łam męż czy znę. Sie dział na pod ło dze i ga pił się na mnie, po dob nie jak ja na nie go. – Prze pra szam pa na. Zu peł nie o niej za po mnia - łam! Czy ona pa na ugry zła? Zdzi wi ły mnie od gło sy, ja kie wy da wał. Prze ra zi - łam się, że to szloch, ale po ja kimś cza sie zro zu mia - łam, że fa cet się śmie je. Pa trzy łam na nie go z nie - do wie rza niem, pies za pisz czał w mo ich ra mio nach, bo zbyt moc no chwy ci łam go za pysk. 13 – Ta ka sza lo na ak cja nie mo gła skoń czyć się ina - czej! – re cho tał męż czy zna. – Wpa dłem tu jak z desz - czu pod ryn nę! Pu ści łam Sam bę. Nie uf nie za czę ła ob wą chi wać swo ją nie do szłą ofia rę, z tru dem ak cep tu jąc fakt, że praw do po dob nie jest na szym go ściem. Oczy nie zna - jo me go prze su nę ły się ze mnie na psa i je go gę ba zno wu ro ze śmia ła się od ucha do ucha. – To ja kiś da le ki przo dek psa? Skąd pa ni wy trza s- nęła ta kie go di no zau ra? Sam ba zro zu mia ła, że mó wi o niej, na sło wo „pies” re ago wa ła pra wie tak sa mo jak na swo je imię. Na wszel ki wy pa dek za war cza ła i spoj rza ła na mnie, ocze ku jąc ewen tu al nych in struk cji. – Niech pan jej nie ob ra ża, bo ona wszyst ko ro zu - mie – ostrze głam. – Jest szcze gól nie wraż li wa na uwa gi do ty czą ce jej wy glą du. Spo kój, Sam ba! – na ka za łam i wy pchnę łam su kę z ła zien ki. Pod nio słam się z ko lan i po pa trzy łam na męż czy znę z gó ry. Po wo li opa no wy wał we so łość i po waż niał. – Chy ba jed nak pa na nie po gry zła – za uwa ży łam. Wzniósł na mnie oczy i przez chwi lę przy glą da li - śmy się so bie cie ka wie, choć sto jąc w drzwiach, za - sła nia łam wpa da ją ce tu z ko ry ta rza świa tło. Był du - żo młod szy, niż wy da wał mi się tam na do le, a mo że to na gła zmia na sy tu acji oży wi ła go, tchnę ła w nie go ży cie? Wy glą dał na trzy dzie ści pa rę lat, miał ży wą, in te li gent ną twarz, ale był za ro śnię ty, brud ny i za - krwa wio ny. Fak tem by ło to, że ten piw nicz ny obe - rwa niec sie dział w mo jej ła zien ce z ob ja wa mi roz ba - 14 wie nia, ja kie go się po nim zu peł nie nie spo dzie wa - łam. Mo że na wet nie był wca le aż ta kim obe rwań - cem. Wy glą dał, jak by trud na sy tu acja, w któ rej się zna lazł, do skwie ra ła mu od nie daw na. Ubra nie by ło zu peł nie w po rząd ku, po mi ja jąc śla dy wap na ze ścian piw ni cy, krwi i zę bów Sam by na rę ka wie. Za - bru dze nia na twa rzy i rę kach mo gły po cho dzić od bi - ja ty ki, któ rą sto czył z Waw rzy nia kiem. Nie był lum - pem, ja kie go spo dzie wa łam się uj rzeć po wej ściu do miesz ka nia. Pies, skar co ny za ob wą chi wa nie go ścia, przy glą - dał mu się nie pew nie, nie wie dząc, jak ma go trak - to wać. Drep tał nie spo koj nie na sztyw nych ła pach i po war ki wał groź nie, stro sząc sierść na grzbie cie. Na gle war cze nie przy bra ło na si le, Sam ba wy co - fa ła się pod drzwi wej ścio we i za czę ła gło śno uja - dać. Te raz i ja usły sza łam na klat ce do no śny bas Waw rzy nia ka. Dźwięk dzwon ka wy ga sił reszt ki uśmie chu w oczach męż czy zny. Z gry ma sem bó lu na twa rzy pod niósł się i sta nął przy pral ce. Był nad spo dzie wa nie wy so - ki, prze wyż szał mnie pra wie o gło wę. – To Waw rzy niak – uspo ko iłam go i wyłączy łam świa tło w tej czę ści ko ry ta rza, za ta pia jąc go w bez - piecz nej ciem no ści. – Pro szę zo stać, nic tu pa nu nie gro zi. Pew nie przy szli wy py tać mnie o zbie ga… Ski nął gło wą, bar dziej wy czu łam to, niż zo ba czy - łam w mro ku. Szyb ko za pa li łam świa tło w kuch ni, ten gest zwró cił mo ją uwa gę na za krwa wio ny rę kaw swe tra. Zdję łam go i wrzu ci łam do sza fy. 15 – Spo kój, Sam ba! – za wo ła łam ofi cjal nym to nem, choć jej szcze ka nie by ło mi tym ra zem na rę kę. Za mknę łam ją w du żym po ko ju. Ja zgo ta ła tam bez opa mię ta nia, bo za wsze tak re ago wa ła na obec - ność Waw rzy nia ka, któ re go nie lu bi ła bar dziej niż ja; był wro giem nu mer je den na jej te ry to rium. Ode tchnę łam głę bo ko, uspo ko iłam twarz i otwo - rzy łam drzwi wej ścio we. Zdzi wi łam się na wi dok po li cjan ta, któ ry to wa rzy szył gru ba so wi. Był to wiel - ki, zwa li sty męż czy zna o wy łu pia stych oczach, na je - go bro dzie i po licz kach wid nia ły pla my świad czą ce o cho ro bie skór nej lub aler gii. – Do bry wie czór pa ni. Sier żant Jan Gę ba ła. – Wy - ko nał gest na śla du ją cy sa lu to wa nie, ale nie do niósł rę ki do dasz ka czap ki zsu nię tej na tył gło wy. – Chciał - bym za dać pa ni kil ka py tań. Czy moż na? Nie dba le mach nął mi przed oczy ma ja kąś le gi ty - ma cją czy blasz ką i scho wał ją do kie sze ni. Z nie - uda wa nym zdzi wie niem spoj rza łam na Waw rzy nia - ka i wzru szy łam ra mio na mi. – Pro szę. – Od stą pi łam od drzwi i otwo rzy łam je sze rzej. – Wy ba czy pan, że nie za pro szę da lej, ale mam bar dzo nie spo koj ne go psa… – Nie szko dzi, my tyl ko na chwi lę. – Obaj wtło czy li się do cia sne go przed po ko ju i za mknę li za so bą drzwi. – Słu cham? – za py ta łam gło śno, prze krzy ku jąc uja da ją cą Sam bę. – Pa ni są siad twier dzi, że by ła pa ni świad kiem wła ma nia do je go piw ni cy. Ujął spraw cę, a pa ni by - ła ostat nią oso bą, któ ra go wi dzia ła. 16 – Tak? – Spoj rza łam na bacz nie ob ser wu ją ce go mnie Waw rzy nia ka. – Nie oglą da łam piw ni cy mo je - go są sia da i nie wi dzia łam żad nych śla dów wła ma - nia… Zno si łam do swo jej pu dła, a pan Mie czy sław był uprzej my mi po móc, ale nie po ka zał mi piw ni cy, do któ rej się wła ma no… – Ale wi dzia ła pa ni spraw cę wła ma nia? – Spraw cę wła ma nia? – za py ta łam i znie cier pli - wio na po pa trzy łam na drzwi, za któ ry mi mio ta ła się su ka. – Nie wiem, czy to był czło wiek, któ ry wła mał się do piw ni cy pa na Waw rzy nia ka… – Prze cież po ka za łem go pa ni! – wy buch nął gru - bas z tru dem za cho wu ją cy do tąd spo kój. – Ow szem – spo koj nie spojrzałam mu w oczy – po ka zał mi pan ja kie goś za krwa wio ne go czło wie - ka pod ścia ną… po tem pan Cho micz za wo łał, że już jest po li cja, pan po biegł do nie go, a ja za mknę - łam swo ją piw ni cę i szyb ko z niej wy szłam. Prze pra - szam, ale nie bar dzo ro zu miem, do cze go pa no wie zmie rza ją… – Prze nio słam wzrok na po li cjan ta. – Je że li ten za trzy ma ny czło wiek twier dzi coś in ne - go niż mój są siad… ja w ni czym nie mo gę tu po - móc! To spra wa mię dzy nim i pa nem Waw rzy nia - kiem. Nie by łam świad kiem wła ma nia. W piw ni cy zna la złam się przy pad ko wo… ze szłam tam już po tym zda rze niu. Pa no wie wy ba czą… Otwo rzy łam drzwi do po ko ju, w któ rym sza lał mój pies. – Sam ba, spo kój! – wrza snę łam. – Brzyd ki pies! Spo kój! 17 Su ka, pod nie co na wi do kiem obu męż czyzn, roz - sz cze ka ła się jesz cze bar dziej. Za mknę łam drzwi i bez rad nie spoj rza łam na przy by łych. – Przy kro mi, zwy kle ła two da je się uspo ko ić, ale za wsze tak re agu je na pa na Waw rzy nia ka. Nie spo - sób tu roz ma wiać. – Mo że jed nak wyj dzie my na klat kę scho do wą? – za pro po no wał po li cjant i otwo rzył drzwi. Ski nę łam gło wą i wy szłam za ni mi. – No, tro chę tu ci szej – ode tchnął i przyj rzał mi się do kład nie. – Nie zro zu mia ła pa ni, o co py ta łem. Po - szko do wa ny – wska zał na Waw rzy nia ka – i… pan… – Cho micz! – pod rzu cił mu gru bas z mi ną ofia ry. – Tak… i pan Cho micz twier dzą, że by ła pa ni ostat nią oso bą, któ ra wi dzia ła spraw cę. Czy w piw - ni cy dzia ło się coś po dej rza ne go, gdy zo sta ła tam pa ni sa ma? – Nie… nic! – wzru szy łam ra mio na mi. – Ten czło wiek… nie od zy wał się do pa ni? Nie po ru szył się… nie po szedł gdzieś? – Nie. – Pa trzy łam na wy py tu ją ce go jak na idio tę. – Le żał w tym swo im ką cie ci cho… Wy szłam stam tąd jak naj szyb ciej, kil ka se kund po pa nu Mie czy sła wie. – No… nie se kund! – ży wo za prze czył Waw rzy - niak. – To mu sia ło trwać pa rę mi nut! Roz ma wia - łem chwi lę z Cho mi czem na ze wnątrz, a on wi dział po tem, jak pa ni wy cho dzi ła z piw ni cy! – Nie wiem… – ob ru szy łam się – mo że to po trwa - ło mi nu tę czy dwie. Mo co wa łam się tro chę z kłód - ką… By ło mi nie przy jem nie, gdy zo sta łam sa ma 18 z tym czło wie kiem… chcia łam stam tąd jak naj szyb - ciej wyjść. I wy szłam! Wy da je mi się, że to trwa ło chwi lę. Ale ja kie to ma zna cze nie? Nic się tam nie wy da rzy ło… za mknę łam i wró ci łam do sie bie. Usły sze li śmy trzask od ry glo wy wa nych drzwi i na ko ry tarz wy su nę ła się gło wa są siad ki spod sió dem ki. Po pa trzy ła na nas, wy raź nie za afe ro wa na obec no ścią po li cjan ta, i za py ta ła, czy coś się sta ło. Waw rzy niak kiw nął jej nie cier pli wie gło wą i wró cił wzro kiem do mnie. Był wy raź nie za wie dzio ny mo imi wy ja śnie - nia mi, mu siał spo dzie wać się ja kichś re we la cji. – Ten czło wiek uciekł – po wie dział. – Nie wie my, jak to mo gło się stać, ale… uciekł! Ga pi łam się na nie go zdu mio na. – To nie moż li we! Prze cież on się nie ru szał! Był ca ły za krwa wio ny, wy glą dał, jak by nie żył… – Świa - do mie eks po no wa łam mo tyw po bi cia go przez gru - ba sa. – Bro czył krwią! – Kto? – za py ta ła Kro to szew ska, za szo ko wa - na mo imi sło wa mi. Spoj rza łam na nią, za sta na wia jąc się, czy przy - pad kiem nie wi dzia ła ucie ki nie ra skra da ją ce go się do mo je go miesz ka nia. Wie dzia łam, że czę sto trzy - ma ła war tę przy swo im ju da szu, pod glą da nie bliź - nich, a szcze gól nie mnie, by ło ulu bio ną roz ryw ką tej ko bie ty. W jej wzro ku do strze głam coś nie po ko - ją ce go, ale za wsze przy glą da ła mi się po dejrz li wie. Już przez sam fakt by cia oso bą sa mot ną sta łam się dla niej naj cie kaw szym obiek tem do ob ser wa cji, a tu jesz cze po li cja przed mo imi drzwia mi. 19 – Zło dziej – wy ja śni łam jej i ze współ czu ciem po - pa trzy łam na Waw rzy nia ka. – Przy kro mi, pa nie Mie czy sła wie… Wiel ki po li cjant po ru szył się nie cier pli wie, da jąc mi na dzie ję, że to już ko niec prze słu cha nia. – No cóż… wy glą da na to, że ten umie ra ją cy fa - cet roz pły nął się w po wie trzu. Ni gdzie żad nych śla - dów! Spraw dza my jesz cze dach. Pój dzie my już… – Kiw nął mi gło wą i zbli żył się do scho dów. – Do wi - dze nia pa ni! – Do wi dze nia… przy kro mi, że nie mo głam po - móc. – Szyb ko wy co fa łam się do miesz ka nia, uda jąc, że nie wi dzę wbi tych we mnie oczu Kro to szew skiej. Bę dąc już za drzwia mi, usły sza łam, że za gad nę ła Waw rzy nia ka. Wy pu ści łam z po ko ju Sam bę. Ura do wa na krę ci - ła się pod no ga mi, obie ga jąc mnie do oko ła i wy wi - ja jąc ogo nem, szczę śli wa z mo je go po wro tu. Otwo - rzy łam drzwi ła zien ki i za pa li łam w niej świa tło. Męż czy zna zmru żył oczy i uśmiech nął się do mnie po ro zu mie waw czo. – Nie źle im pa ni ba je ro wa ła… Nie zdo ła łam utrzy mać po wa gi i od po wie dzia łam mu uśmie chem. Wy glą da ło na to, że przy gar nę łam pod swój dach kpia rza i choj ra ka. – Nie spo dzie wa łam się, że z pa na bę dzie ta ki ko - zak – za uwa ży łam z iro nią i spoj rza łam na psa. – Gdzie się pchasz, awan tur ni co! Fa cet ro ze śmiał się swo bod nie. 20 – Dziel ny zwie rzak! Sam chęt nie bym ob szcze kał tych dwóch. Zna się na lu dziach! – Tak? A pa mię ta pan, z ja ki mi ho no ra mi przy - wi ta ła tu pa na? – To co in ne go! Wtar gną łem tu taj pod pa ni nie - obec ność… – Nie tra cił re zo nu i ukuc nął, że by po - gła skać su kę. – Nie ra dzę te go ro bić. Bul te rie ry są bar dzo nie - uf ne! – Tak? – za py tał z nie do wie rza niem i dwu krot - nie, po wo li prze je chał rę ką po grzbie cie Sam by. Zdez o rien to wa na su ka spoj rza ła na nie go zdzi - wio na. Za miast war czeć i ob wą chi wać go, jak zwy - kła czy nić z ob cy mi, usia dła i przy glą da ła mu się ze spo ko jem, któ ry mnie za sko czył. Ob ser wo wa łam ich z gó ry. – Wy glą da na to, że za war li ście już ko mi ty wę… przy tym rę ka wie. – Fakt. To był dość bli ski kon takt – przy znał i cięż ko się pod niósł. Omi nął mo je oczy i z za in te re so wa niem ro zej rzał się po ła zien ce. – Wie ki nie wi dzia łem wan ny, pral ki, lu ster… i dam skiej bie li zny na sznur kach. Spoj rza łam na su szar kę i zmie sza łam się na wi - dok roz wie szo nych tam maj tek, raj stop i sta ni ków. – Gdzie się pan ucho wał? Nie mu si pan od po wia - dać na to py ta nie – szyb ko wy co fa łam się z wła snej cie ka wo ści. – Wy da wa ło mi się, że trze ba pa nu opa - 21 trzyć ra ny – zmie ni łam te mat, by nie za czął tłu ma - czyć mi się z prze szło ści. – Dro biazg. – Z lek ce wa że niem zer k nął na za - krwa wio ne dło nie i po ru szył ra mio na mi, jak by spraw dzał, czy z kar kiem wszyst ko w po rząd ku. – Ja kiś czas by łem w wię zie niu. Szcze rze mó wiąc… wła śnie od gi ba łem pią ta ka. Jest pa ni od waż ną i bez po śred nią ko bie tą, to nie bę dę kła mał. Czu łam, jak na mo jej twa rzy wy kwi ta ją ru mień ce wsty du i za że no wa nia, nad któ ry mi nie umia łam za - pa no wać. Pa trzył mi śmia ło w oczy. Za uwa ży łam, że je go są bar dzo nie bie skie, zu peł nie bez od cie nia sza ro ści. – Za pro si łam pa na do sie bie i nie wy co fam się z te go… – wy du ka łam, uśmie cha jąc się z przy mu - sem. – Nie wy glą da pan na se ryj ne go mor der cę… Ma pan chwi lo we kło po ty… miesz ka nio we, a jak się oka za ło, piw ni ca nie jest do brym roz wią za - niem. – Te go nie da się ukryć. – Zer k nął do lu stra i spró bo wał otrze pać bok kurt ki z wap na. – Nie mia łem po ję cia, że tak szyb ko moż na zmie nić się w łach my tę, pew nie dla te go nie mo gę zna leźć pra - cy. Po rząd ni lu dzie omi ja ją mnie z da le ka. Sam czu - ję, że już strasz nie cuch nę. – Nie jest tak źle… – opo no wa łam sła bo. – Pach - nie pan piw ni cą. – Pach nę? – uśmiech nął się z odro bi ną iro nii. Chy ba był mi wdzięcz ny za to de li kat ne okre śle - nie zio ną ce go od nie go smro du. Mil cza łam za kło - 22 po ta na. Nie bar dzo wie dzia łam, jak mam go trak to - wać po tym wy zna niu. – Chcia łam za pro po no wać pa nu ko la cję, ale mo - że pan za cząć… od ką pie li. Skrę po wa na pro po zy cją, szyb ko otwo rzy łam sza - fę w przed po ko ju i wy ję łam z niej du ży szla frok. Po - ło ży łam go na pral ce. – Jest czy sty, mo że pan go użyć – po wie dzia łam. – Na praw dę? – Do pie ro te raz zda wał się spło szo - ny, stra cił swo ją swo bo dę. – Szcze rze mó wiąc… – Tak?… – Mia łem ci chą na dzie ję, że mnie pa ni prze cho - wa tu kil ka go dzin i no cą ja koś stąd wy pro wa dzi… Nie li czy łem… aż na ta ką go ścin ność – nie pew nie do tknął miękkiej tkaniny. Je go brud na, po krwa wio na dłoń wy glą da ła ża ło - śnie na tle leżącego na pral ce szlafroka. – Je śli nie chce się pan wy ką pać, to pro szę się tyl - ko umyć. Ten zie lo ny ręcz nik jest czy sty, dzi siaj go po wie si łam – rzu ci łam pręd ko i wy szłam do kuch ni, by jak naj prę dzej ukryć się przed je go oczy ma. Pa trzył na mnie tak prze ni kli wie, jak by do kład nie wie dział, o czym my ślę, co mnie nie po ko iło. Ma chi - nal nie za ję łam się przy go to wy wa niem ko la cji. Tro - chę zbyt ner wo wo, bo gar nek z wo dą na jaj ka o ma - ło nie wy le ciał mi z rąk, a drzwi lo dów ki trza ska ły z wiel kim hu kiem. Zaj rzał do mnie po dwóch mi nu tach. – To jed nak się wy ką pię – po wie dział to nem, jak - by pod ję cie tej de cy zji by ło nie la da wy czy nem. 23 Spoj rzał na stół, gdzie kro iłam wę dli nę. – Mo gę? – Brud ną ręką ścią gnął z ta le rza pla ste - rek i znik nął za drzwia mi. Pa trząc za nim, uśmiech nę łam się do sie bie. Przy - ła pał mnie na tym, bo zaj rzał jesz cze raz. – Prze pra szam… Mam przy so bie ma szyn kę do go le nia, ale nie mam moj… to zna czy… ży let ki. Mo że ja kimś cu dem znaj dzie pa ni jed ną?… Bez sło wa wró ci łam do ła zien ki. Z szaf ki nad lu - strem wy ję łam pu deł ko no wych ży le tek Je rze go i po da łam mu je. Kiw nął gło wą z uzna niem. – Przy oka zji zbio rę bie li znę – zer k nę łam na su - szar kę. – Niech pa ni te go nie ro bi… – po pro sił szyb ko. – Z przy jem no ścią so bie po pa trzę – uśmiech nął się roz bra ja ją co. – To mo że roz wie szę ład niej szą? – za żar to wa łam i pręd ko po zbie ra łam majt ki i biu sto no sze. Spoj rzał na mnie z wy rzu tem. – A tak w ogó le to… An drzej je stem… na wy pa dek, gdy by pa ni ze chcia ła się ze mną tro chę spo ufa lić. – Aida. – Przy sta nę łam w drzwiach i scho wa łam za sie bie garść bie li zny, bo na praw dę się na nią ga pił. – Aida? – uda wał, że chwi lę na słu chu je. – Nic nie sły szę! – To ma być dow cip? – za py ta łam z iro nią i wró - ci łam do kuch ni. Sta łam nie zde cy do wa na na środ ku, trzy ma ne w rę ku majt ki ni jak nie kom po no wa ły się z wnę - trzem peł nym garn ków i sło icz ków z przy pra wa mi. 24 – Na praw dę ma pa ni na imię Aida? – Zaj rzał do mnie zno wu. Spoj rza łam na nie go. Śmiesz nie wy glą dał ta ki już roz luź nio ny, z ma szyn ką do go le nia w rę ku, ale jesz cze w kurt ce. – Na praw dę. Tyl ko nie wejdź w tej kurt ce do wan ny. Po wieś ją w przed po ko ju… Przez mo ment pa trzył na mnie i na stół, na któ - rym sta ły rze czy po trzeb ne do przy go to wa nia ko la - cji. My śla łam, że coś jesz cze po wie, ale uśmiech nął się tyl ko i bez sło wa wy szedł. Wrzu ci łam bie li znę do szu fla dy i wró ci łam do kuch ni. Po my śla łam so bie, że gdy by na gle za czął śpie wać przy go le niu, mo ich są sia dów chy baby to nie zdzi wi ło, bo przy zwy cza je ni by li do obec no ści męż czy zny w mo im miesz ka niu, szcze gól nie w week - en dy. Jesz cze mie siąc te mu był tu Je rzy. Szyb ko wy - rzu ci łam tę myśl z gło wy, już dość cza su stra ci łam na wspo mnie nia o nim i na za sta na wia nie się nad wła sną na iw no ścią i głu po tą. Nie wie le zmą drza - łam po tym bo le snym i upo ka rza ją cym do świad cze - niu, sko ro w mo jej wan nie zno wu ką pie się fa cet, w do dat ku kry mi na li sta. Sła bą po cie chą był fakt, że te mu cho ciaż nie my łam ple ców! Ale co ja z nim zro - bię? An ka za wsze mi mó wi, że mo ją naj więk szą wa - dą jest to, że naj pierw dzia łam, a po tem my ślę, i chy - ba ma ra cję. Roz pę dzi łam się i tro chę prze sa dzi łam z ob fi to ścią je dze nia, na wet na ru szy łam za pa sy zgro - ma dzo ne już na świę ta. Roz sąd nie zre zy gno wa łam z otwo rze nia dwóch ko lej nych pu szek i odło ży łam 25 je na miej sce. Te go by tyl ko bra ko wa ło, aby po my - ślał so bie, że mu nad ska ku ję! Kry tycz nie po pa trzy - łam na stół i scho wa łam do lo dów ki jesz cze pie czar - ki w oc cie i sa łat kę z pa pry ki. Wy star czą mu ogór ki i po mi do ry! Też mi gość! My śla łam o nim, kro jąc se ry i kru sząc sko rup ki jaj. Sły sza łam, że wo da la ła się do wan ny po tęż nym stru - mie niem. Pew nie brud na nim od ma kał, po tem bę dę mu sia ła po rząd nie zde zyn fe ko wać wan nę. Jak ta ki mło dy, in te li gent ny czło wiek mógł wy lą do wać w piw - ni cy na sta rej ka na pie Kru ków? Wy szedł z wię zie nia, szu kał pra cy. A ro dzi na, zna jo mi? W my ślach szyb ko zro bi łam prze gląd sióstr, bra ci, cio tek i wuj ków, po - li czy łam przy ja ciół. Na któ rych mo gła bym li czyć, gdy bym zna la zła się w je go sy tu acji? Po nad po ło wy mo jej ro dzi ny nie lu bi łam (z wza jem no ścią za mój nie wy pa rzo ny ję zyk), pra wie z ca łą łą czy ły mnie po - wierz chow ne, nie wie le zna czą ce wię zi. Bli skie by ły mi cio cia Gra żyn ka i Wie sia, naj bliż sza cio cia Ola. Wszyst kie czę sto dzwo ni ły do mnie, na ma wia ły na ro dzin ne uro czy sto ści i obiad ki. Rzad ko ko rzy sta - łam z ich za pro szeń, bo po śmier ci ma my nie miał mnie kto bro nić przed dy dak tycz ny mi za pę da mi wuj - ka Bol ka, kie dyś wzię te go praw ni ka, te raz już tyl ko fi la ra na szej ro dzi ny, któ ry za bar dzo lu bił mo ra li zo - wać, po wo łu jąc się na po peł nio ne przez nas błę dy z prze szło ści. Mnie cią gle wy ty kał ze rwa ne mał żeń - stwo, in nym do sta wa ło się za brak suk ce sów za wo do - wych, nie do sko na łe dzie ci czy wnu ki. Sam uwa żał się za nie omyl ne go, świe cił nam w oczy przy kła dem 26 swo je go Ra fa ła, któ ry chlub nie po szedł w śla dy oj ca, zro bił już ze dwa dok to ra ty i był śmier tel nie nud ny, cze go wuj oczy wi ście nie za uwa żał, po dob nie jak fak tu, że sy nek już daw no wy rósł z krót kich por ta - sów. Do pie ro nie daw no od kry łam, że po za za się - giem wzro ku oj ca Ra fał jest zu peł nie in ny. Przy znał mi się, że pro wa dze nie po dwój ne go ży cia bar dzo go mę czy i od dłuż sze go cza su no si się z za mia rem ze - rwa nia krót kiej, oj cow skiej smy czy. Już chy ba lep szy był wuj Ta de usz, cał ko wi te prze ci wień stwo wu ja Bol ka. „Zło ty czło wiek, ale pi jak” – ma wia no o nim, ale ja lu bi łam go za swo bo dę by cia (nie ko niecz nie po al ko ho lu) i za wsze we so łe oczy. „Drżyj cie pa no - wie, na dal je steś pięk na, Aid ko!” – szep tał mi do ucha na po wi ta nie. Uśmie cha łam się i na prze kór ca łej ro dzi nie wy pi ja łam z nim o kil ka kie lisz ków za du żo, że by zgor sze nie wszyst kich roz kła da ło się spra wie dli wie na nas obo je. Uda wa łam, że nie wi dzę ostrze gaw czych spoj rzeń ciot ki Te re sy mó wią cych: „Uwa żaj, nie wiesz, że z nim trze ba ostroż nie?”. Bied ny wuj nie lu bił uro czy sto ści ro dzin nych tak jak ja, bo ni gdy nie po zwa la no mu na nich na pić się do wo li. Od bi jał to so bie po tem w pra cy, z ko le ga - mi. Był wy so ki, śnia dy i, mi mo dość głę bo kich śla - dów po ospie na le wym po licz ku, kie dyś mu siał być bar dzo przy stoj ny. Cio cia Re nia jesz cze te raz wo - dzi ła za nim za chwy co ny mi oczy ma i mi mo na ci - sków ro dzi ny, ni gdy się na nie go nie skar ży ła. Drań znał jej sła bość do sie bie i na gmin nie to wy ko rzy sty - wał; cio cia Gra ży na ma wia ła, że być mo że jej prze - 27 ba cze nia by ły głów ną przy czy ną je go cho ro by al ko - ho lo wej. Ob ra łam ja ja i de ko ro wa łam je ma jo ne zem, gdy za dzwo nił te le fon. An ka pła ka ła mi w słu chaw kę, w tle sły sza łam stro fo wa nie Ja ku ba. – Le karz po wie dział, że do pó ki Cza rek jest ma ły, nie war to z tym nic ro bić. Mo że ząb tro chę uro śnie i zrów na się z in ny mi… – To dla cze go ry czysz? To brzmi dość opty mi stycz - nie, nie? – Wiesz, jak on wy glą da? – Wy obra żam so bie, wi dy wa łam spo ro ma łych, szczer ba tych dzie ci. A co ma ją po wie dzieć ro dzi ce, któ rym ro dzą się brzyd kie dzie ci? Ma ją na nie nie pa trzeć? Twój sy nek i tak jest ślicz ny… bez po ło wy te go głu pie go zę ba. – To wła ści wie nie po ło wa, ale jed na trze cia. Dru ga je dyn ka ma sie dem mi li me trów, a w tej bra - ku je pra wie trzech. – Mie rzy łaś? – A co my śla łaś? Te raz mu szę go ob ser wo wać, czy ro śnie. – Gło śno wy tar ła nos i ode zwa ła się już przy tom niej: – Mo że Ja kub przy je dzie po móc ci z tym baj zlem? Po zno si wszyst ko do piw ni cy i na śmiet nik? – Nie trze ba, dam so bie ra dę. Część już wy nio - słam. – Po my śla łam o sto sie w po ko ju i dwóch ma - łych pu deł kach w piw ni cy. – Mó wi łaś, że du żo te go na zbie ra łaś! Ju tro jest nie dzie la, wy jeż dża my do te ściów. 28 – I bar dzo do brze. Jedź cie i nie mar tw cie się o mnie. Po ra dzę so bie. – Już wiem jak – pro gno zo wa ła po nu ro. – Po upy - chasz to wszyst ko z po wro tem po sza fach. Ro ze śmia łam się z jej prze po wied ni, po nie waż ta ka myśl rze czy wi ście prze mknę ła mi przez gło wę. – Ja kub mó wi, że chęt nie ci po mo że. – Dzię ki, na praw dę nie troszcz cie się tak o mnie. Już dwa ra zy, pod nie obec ność Ani, jej mąż pró - bo wał mnie nie dwu znacz nie po cie szyć. Nie chcia - łam spraw dzać po wie dze nia „Do trzech ra zy sztu - ka” i wpusz czać go do miesz ka nia wie czo rem, bo ta po ra dnia ko ja rzy ła mu się zbyt jed no znacz nie. An - ka zna ła je go nie po ha mo wa ne sam cze in stynk ty, ponieważ miał już na swo im kon cie dwie czy trzy udo wod nio ne zdra dy. Przy sy ła jąc go tu, al bo nie do ce nia ła mnie, al bo prze ce nia ła je go. – To zo ba czy my się w po nie dzia łek w pra cy – że - gna ła się gro bo wym gło sem. – Tak. Stuk nę ły drzwi ła zien ki. Nie od wróciłam się, by spoj rzeć na mo je go go ścia. – Ktoś jest u cie bie? – za py ta ła czuj nie. – Nie, je stem sa ma. To Sam ba wy sko czy ła z wan - ny. Ob ra zi ła się, że nie wzię łam jej do piw ni cy i scho wa ła się w ła zien ce. Znasz jej fo chy. – Po zdrów ją od cio ci Ani. – Ja sne – ro ze śmia łam się i odło ży łam słu chaw kę. Czu łam na so bie je go spoj rze nie. Od wró ci łam się i też po pa trzy łam na nie go. Nie wło żył ofia ro wa ne go 29 mu szla fro ka, wbił się w swo je ubra nie. Czy sty i ogo - lo ny spra wiał wra że nie sym pa tycz ne go i in te re su ją ce - go, miał w twa rzy coś przy cią ga ją ce go wzrok i roz bra - ja ją ce go, je go oczy błysz cza ły go to wo ścią do żar tów. W dżin sach i w ja snej ko szu li wy glą dał mło do, du żo mło dziej niż w ciem nej kurt ce. Nie pa trząc na nie go, mo głam my śleć o nim źle; ma jąc go przed so bą, trud - no by ło nie od po wie dzieć mu uśmie chem. – Jed nak nie sko rzy sta łem z te go szla fro ka – uspra wie dli wiał się. – Głu pio ja koś… i tak za raz bę dę ucie kał. Spra wi łem ci dość kło po tów… – Jak chcesz – wzru szy łam ra mio na mi. Sam ba po wi ta ła go już jak swo je go, pew nie pach - niał mo im my dłem. – Jesz cze żad ne go fa ce ta nie trak to wa ła tak przy - jaź nie – po wie dzia łam, by mu spra wić przy jem ność. – Mo że ża den nie ką pał się w two jej wan nie? Po mi nę łam to py ta nie mil cze niem i uważ niej przyj - rza łam się je go spodniom, wy raź nie mo krym w oko li - cy bio der. – Mo głeś nie użyć szla fro ka, ale ręcz ni ka chy ba po wi nie neś – na po mknę łam zło śli wie. – To nic. – Klep nął się po sie dze niu. – Upra łem spoden ki i wło ży łem mo kre. Za raz wy schną na tył ku. Przy glą da łam mu się z nie do wie rza niem. – Osza la łeś? Chcesz taki mo kry wyjść na mróz? – Nic mi nie bę dzie… – Jed nak po czuł się głu pio i zmie sza ny uciekł oczy ma w bok. 30 – Zdej mij je i rzuć na ka lo ry fer. – Otwo rzy łam sza fę w przed po ko ju i wy su nę łam szu fla dę z bie li - zną Je rze go. – To są no we ubra nia. Więk szość bie - li zny pew nie nie by ła jesz cze uży wa na, ale wszyst ko jest czy ste. Znaj dziesz tu gat ki, skar pet ki, pod ko - szul ki… Mo żesz so bie z te go wziąć, co tyl ko chcesz. Mu szę to wy rzu cić, po dob nie jak ich wła ści cie la. Nie od ry wał oczu od wnę trza sza fy. – A nie bę dę ci się źle ko ja rzył w je go ciu chach? – za py tał przy tom nie. – Nie. Na praw dę nie. Bierz, co chcesz. Na kry wa jąc do sto łu w po ko ju, my śla łam o Je rzym. Co by po wie dział na mo ją szczo drość? Przy wią zy wał du żą wa gę do ubrań, ku po wał dro gie, dłu go je wy bie - rał. Przy jeż dżał, ob sy py wał mnie kwia ta mi i pre zen ta - mi. „Wiesz, ku pię so bie tro chę ubrań, że by nie jeź dzić tu z ta ką wy pcha ną tor bą. Nie spra wi ci to kło po tu? Masz trzy sza fy, daj mi tyl ko kil ka wie sza ków”. Po tem wpadał w jed nym gar ni tu rze, prze bie rał się w coś lek - kie go i zo sta wał na week end, cza sa mi na dłu żej. Wy - jeż dżał w tym, co zrzu cił pierw sze go dnia. Dzi wi łam się, dla cze go nie je dzie w lek kiej ko szul ce, cho ciaż był upał. „Mo żesz się prze brać w gar ni tur, kie dy zno wu przy je dziesz” – na le ga łam. Tłu ma czył coś po kręt nie o czę stych de le ga cjach, że ma już go to we ze sta wy ubrań, w któ rych ni cze go nie chce zmie niać. By ło to tro chę eks cen trycz ne, ale da łam mu spo kój, przyj mo - wa łam go ta kim, ja kim był, z ty mi je go dzi wac twa mi. „Ko cha na, ta ki jest los lu dzi na sta no wi sku. By wa, że na wet po pla ży spa ce ru je my bo so, ale w gar ni tu rach 31 i z ko mór ka mi, lu dzie oglą da ją się za na mi ze współ - czu ciem”. Ja mu nie współ czu łam, uwa ża łam to za to tal ną głu po tę i kon ser wa tyzm, a mo że na wet sno bizm, bo Je rzy lu bił czuć się waż ny. Nie na gan ny, kosz tow ny ubiór w każ dej chwi li mu siał pod kre ślać je go przy na leż ność do od po wied niej gru py lu dzi, zwra cać na nie go uwa gę. Na wet mo ją. Gdy wy jeż dżał, pra łam rze czy, któ rych uży wał, o skar pet ki za wsze dbał sam i mo kre zo sta wiał na sznur ku. Tknę ło mnie, dla cze go nie mo że wy je chać w in nej bie liź nie. Też wcho dzi ła do „ze sta wu”? W koń cu prze sta łam się dzi wić i za czę łam brać to za nie zdro wy ob jaw je go pe - dan te rii. – Mo gę? – An drzej zaj rzał do po ko ju. – Pro szę. – Od su nę łam fo tel. – Sa ma po czu łam się głod na, choć zwy kle nie ja dam ko la cji. – Sko rzy sta łem z ką pie ló wek… – tłu ma czył się nie zręcz nie. – Wzią łem też pod ko szu lek i pa rę skar pet. Swo je upra łem, bo by ły w okrop nym sta - nie. Dasz mi na nie ja kąś re kla mów kę, to je po tem gdzieś wy su szę? Ski nę łam gło wą i usia dłam na prze ciw ko. – Pro szę – po da łam mu pół mi sek z wę dli na mi – mam na dzie ję, że je steś głod ny. – Je stem – kiw nął gło wą i ła ko mie zlu stro wał stół. Je dli śmy w mil cze niu, je go swo bo da i roz ga da nie sprzed ką pie li znik nę ły bez śla du. Na praw dę mu siał być głod ny, bo bez skrę po wa nia na kła dał so bie na ta lerz ogrom ne por cje i szyb ko je zja dał. Koń cząc jed ną po tra wę, po żą dli wie roz glą dał się za dru gą. 32 Po ża ło wa łam go i przy nio słam z lo dów ki grzy by i sa - łat kę z pa pry ki. Z uzna niem po ki wał gło wą i od ra - zu się gnął po sa la ter kę z pie czar ka mi. Dzio ba łam wi del cem pla ste rek szyn ki bar dziej dla to wa rzy stwa niż dla za bi cia gło du. My śla łam o ostat niej ko la cji z Je rzym wca le niezwia stu ją cej bli skie go koń ca. Tam te go dnia ad o ro wał mnie na - tar czy wiej niż zwy kle, bez prze rwy glę dził o swo jej mi ło ści. Ko la cja przy świe cach, do bre wi no… – Przy po mnia łem ci go? Pod nio słam na nie go oczy. Był po waż ny, pa trzył na mnie ze współ czu ciem. – Nie. No… mo że tro chę. – Na praw dę był ta kim dra niem? Ro ze śmia łam się, skrę po wa na je go py ta niem. – A coś ty ta ki cie ka wy? – Lu bię słu chać opo wie ści o ro man sach. Nie uwie rzysz, ja cy ro man tycz ni by wa ją fa ce ci w wię zie - niu. Ca łe no ce wspo mi na ją dziew czy ny swe go ży - cia… wszyst kie, pra wie od pod sta wów ki… – Na praw dę? Ski nął gło wą. Oczy świe ci ły mu się roz ba wie - niem, chciał i mnie za ra zić we so ło ścią. – Mo że ty nie na zwa ła byś te go ro man tycz no ścią, ale ja tak to wi dzia łem. Noc, le ży my na pryczach… kil ku chło pów… róż nych, nie któ rzy na praw dę z du - ży mi, dwu cy fro wy mi paj da mi… i snu je my opo wie - ści. Cza sem ca ły dzień cze ka ło się na tę chwi lę. Wszyst kie la ski w tych opo wia da niach by ły pięk ne, do bre i czu łe… Wie dzie li śmy, że to nie mo gła być 33 praw da, bo trud no so bie wy obra zić cher la we go, ku - la we go zło dzie ja o prze pi tym, za chryp nię tym gło sie z pięk ną, wy so ką bły skot ką, zbu do wa ną jak trze ba, a na wet le piej… Praw dę mó wiąc, szcze gó ły ana to - micz ne by ły w tych wspo mnie niach naj waż niej sze. Ale przy ję li śmy za sa dę, że we wszyst ko wie rzy my. Nie któ re opo wie ści by ły ta kie na iw ne i śmiesz ne, aż za ty ka li śmy się ko ca mi, że by się nie bre chać… Prze - chwa la li śmy się przed so bą ty mi ba ba mi jak ma li chłop cy za baw ka mi, któ re ma ją w do mu, ale nie mo - gą ich wy nieść na po dwór ko, tak że nikt nie spraw - dzi, czy mó wią praw dę. – Ty mu sia łeś do brze opo wia dać. – Uśmiech nę - łam się, z przy jem no ścią ob ser wu jąc je go oży wio ną twarz. – By łem w tym nie zły… – przy znał się i za milkł. Wi dzia łam, że my śla mi był te raz przy kum plach z ce li, je go oczy by ły nie obec ne, choć pa trzył na stół. Za czął jeść, nie chciał już mó wić. – Chy ba nie tę sk nisz za ni mi? – za py ta łam ci cho. – Nie. Śmiesz nych chwil by ło tam nie wie le… Więk szo ści z te go, co się tam dzia ło, szcze gól nie wie - czo ra mi i no ca mi, nie chce się wspo mi nać. – Spoj rzał mi pro sto w oczy. – Więc każ de z nas ma coś, o czym chce za po - mnieć. Na pi je my się wi na? Ob ser wo wał, jak wyj mu ję kie lisz ki i wy bie ram bu tel kę. Po tknę łam się o je den z kar to nów za wa la - ją cych śro dek dy wa nu, a on ze rwał się, go tów mnie pod trzy mać. 34 – Nie trze ba – po wie dzia łam, ob cho dząc karton do oko ła, bo ta ra so wał dro gę do sto łu. – Mia łam to dziś wy nieść do piw ni cy al bo na śmiet nik… – Po ukła dam je tu z bo ku. – Ukuc nął i po prze su - wał pu dła pod re gał. – Ten gru bas chciał ci po móc, ale by łaś dla nie go ja kaś opry skli wa – uśmiech nął się na wspo mnie nie Waw rzy nia ka. – To strasz ny czło wiek. Przy kro mi, że mia łeś z nim do czy nie nia. – Po tar mo si łem się z nim tro chę… Rąbnął mnie de chą w ple ry i po wa lił na gle bę, aż mnie za mro czy - ło. Chy ba by ły w niej gwoź dzie – spoj rzał na rę kę. – Nie ro bi łem wła mu do je go piw ni cy. Chciał mnie w to wro bić! – Wiem. To okrop ny czło wiek – po wtó rzy łam. – Pró bu je tu na mi rzą dzić. Sza ro gę si się, na wszyst - kich pi sze ano ni my i do no sy… Nikt go tu nie lu bi, na wet psy. Sam ba czuj nie pod nio sła łeb z dy wa nu. – Do ber man są siad ki z trze cie go pię tra re gu lar - nie za ła twia się pod je go drzwia mi, a on po dej rze - wa o to lu dzi. Wie, że jest nie lu bia ny. Wszyst kie psy go ob szcze ku ją, nie wy łą cza jąc Sam by. Wy glą da to na psią so li dar ność. Skoń czył ukła dać kar to ny i usiadł z po wro tem. Po pa trzył na bu tel kę. – Mógł byś ją otwo rzyć? – Po da łam mu kor ko ciąg. Gdy się gał, na prze gu bie je go pra wej rę ki za uwa - ży łam gru by pa sek ta tu ażu. Ze rwał pa pie ro wą osłon kę szyj ki bu tel ki i w od sło nię ty ko rek wbił kor - 35 ko ciąg. Na pal cach od ra zu po ka za ła się krew. Otwo rzył dłoń i po pa trzył na mnie bez rad nie. – Prze pra szam… upać ka łem ci ju chą bu tel kę. – To nic. Zo staw ją. Wy szłam do ła zien ki po środ ki opa trun ko we. Gdy wró ci łam, ob ser wo wał mo je przy go to wa nia spod oka. Uśmiech nął się krzy wo, gdy usia dłam w fo te lu obok i za ło ży łam no gę na no gę. Przy kry łam ko la no czy stym, zło żo nym ręcz ni kiem i spoj rza łam na nie go wy cze ku ją co. Po ło żył na nim rę kę i przy glą dał się, jak wa ci kiem prze my wam mu ra nę. – Te ska le cze nia są okrop ne… głę bo kie. Je że li gwoź dzie by ły za rdze wia łe… Mo że prze my ję to jo - dy ną, chy ba jest moc niej sza od wo dy utle nio nej? – Z po wąt pie wa niem obej rza łam ety kie tę dru giej bu te lecz ki, od krę ci łam ją i na są czy łam in ny wa cik. – Jest tro chę prze ter mi no wa na. Stoi od ste ry li za cji Sam by. Bo li? – Ja koś to znio sę – uśmiech nął się po tul nie, skrę - po wa ny na szą bli sko ścią. – Wstyd mi, że mam ta kie brzyd kie ła py. Nie zdą ży łem wy czy ścić pa znok ci… – To głup stwo – prze rwa łam mu i się gnę łam po no wy ga zik. Środ ko wy pa lec pra wej rę ki był moc no roz ha ra - ta ny. Brze gi ra ny ro ze szły się na bo ki i przy je go naj drob niej szym po ru sze niu cie kła krew. – To kwa li fi ku je się do in ter wen cji chi rur ga – za - uwa ży łam. – Za goi się – mruk nął lek ce wa żą co i opa trzo ną już rę ką się gnął do ta le rzy ka. 36
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wszystko inne poczeka
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: