Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00883 016431 15997539 na godz. na dobę w sumie
Wtedy w Loszoncu - ebook/epub
Wtedy w Loszoncu - ebook/epub
Autor: Liczba stron: 200
Wydawca: Biblioteka Słów Język publikacji: polski
ISBN: 9788395261183 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

„Wtedy w Loszoncu” to historia przyjaźni dwóch chłopców, Słowaka Lewiatana i Węgra Kapii, i jednocześnie kronika życia małego, tętniącego życiem miasteczka na pograniczu węgiersko-słowackim, opowiedziana z perspektywy dziecka obserwującego świat nieuzbrojonym w cynizm okiem.

Lewiatan to spokojny grubasek, szkolny prymus, który zawsze trzyma się ustalonych reguł. Kapia jest jego przeciwieństwem – to zafascynowany przemocą naczelny łobuz-terrorysta miejscowej podstawówki. Przygody dwójki przyjaciół, pozornie banalne i prześmiewcze, są pretekstem do opowiedzenia o kwestiach fundamentalnych dla młodego człowieka – o dojrzewaniu, sile przyjaźni, kształtowaniu się osobowości, własnej tożsamości.

Wydarzenia historyczne mieszają się z rodzinnymi historiami, rzeczywistość płynnie przechodzi w absurd, banalność łączy się z metafizyką. Jak w prawdziwym życiu.

Każdy ma takie Macondo, na jakie zasłużył. Mieszkańcy Loszonca najwyraźniej nie zasłużyli na spokój. Peter Balko i jego bohater, dziewięcioletni rozrabiaka, poprowadzą nas w gąszcz opowieści o teraźniejszości i przeszłości. Skrzy się ta książka błyskotliwym, acz brutalnym dowcipem, niezwykłą wyobraźnią, wciągającą opowieścią. Żeby zobaczyć cały Loszonc, wystarczy wdrapać się na pierwszą lepszą górkę, ale żeby zobaczyć jego historię, trzeba zanurzyć się w tej fantastycznej powieści. Po co? By dostrzec, że choć historia bywa tragiczna, a ludzie nie zawsze mili, to możemy na przyszłość spoglądać z dobrotliwą ironią w oczach. Bo i tak niczego się nie nauczymy, a czasy zawsze przychodzą nowe. Książka dla miłośników i miłośniczek prozy Olgi Tokarczuk czy Joanny Bator, ale też dla tych, co tęsknią za opowieścią w duchu Marka Twaina, okraszoną Schulzowską nostalgią. I choć mogą te porównania wydawać się ryzykowne, to dajcie Peterowi Balko szansę, by was zaskoczył.

Wojtek Szot, Zdaniem Szota

Powieść otrzymała wiele nagród, w tym Nagrodę Jána Johanidesa, Nagrodę Fundacji Banku Tatra oraz nagrodę czytelników Anasoft Litera 2015. W 2018 powieść ukazała się w Czechach, w 2019 wydana zostanie w Austrii i na Węgrzech. Teksty Petera Balko przekładano na język angielski, węgierski, włoski, niemiecki i chiński. W Polsce dotąd nieznany.

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:



Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...słowo od tłumacza: W tej powieści jest wszystko, co powinno się znaleźć w rasowym Bildungsroman: topienie kotów, smażenie żabich udek nad jeziorem, wizyta słynnego cyrku, ucieczki przed dziwakiem Kilimandżaro, zemsta na byłym policjancie, bliskie spotkania z gangiem Bielika i marzenia o pięknej Alicji, niedostępnej i uwodzicielskiej, która, chcąc nie chcąc, wystawia na próbę męską przyjaźń głównych bohaterów. Jest też, a jakże!, polowanie z ojcem i śmierć ojca. I stypy, węgierska wystawniejsza niż słowacka. I cała galeria innych osobliwości z zaczytaną kozą Franciszką na czele. Miłosz Waligórski „Wtedy w Loszoncu” to historia przyjaźni dwóch chłopców, Słowaka Le- wiatana i Węgra Ka pii, i jednocześnie kro nika życia małego miasteczka na pograniczu węgiersko-słowackim, opowiedziana z perspektywy dziecka, obserwującego świat nieuzbrojonym w cynizm okiem. Lewiatan to spokojny grubasek, szkolny prymus, który zawsze trzyma się ustalonych reguł. Kapia jest jego przeciwieństwem – to zafascynowany przemocą naczelny łobuz-terrorysta miejscowej podstawówki. Przygo- dy dwójki przyjaciół, pozornie banalne i prześmiewcze, są pretekstem do opowiedzenia o kwestiach fundamentalnych dla młodego człowieka – o dojrzewaniu, sile przyjaźni, kształtowaniu się osobowości, własnej toż- samości. Wydarzenia historyczne mieszają się z rodzinnymi historiami, rzeczywistość płynnie przechodzi w absurd, banalność łączy się z metafi- zyką. Jak w prawdziwym życiu. Każdy ma takie Macondo, na jakie zasłużył. Mieszkańcy Loszonca najwyraź- niej nie zasłużyli na spokój. Peter Balko i jego bohater, dziewięcioletni rozra- biaka, poprowadzą nas w gąszcz opowieści o teraźniejszości i przeszłości. Skrzy się ta książka błyskotliwym, acz brutalnym dowcipem, niezwykłą wyobraźnią, wciągającą opowieścią. Żeby zobaczyć cały Loszonc, wystarczy wdrapać się na pierwszą lepszą górkę, ale żeby zobaczyć jego historię, trzeba zanurzyć się w tej fantastycznej powieści. Po co? By dostrzec, że choć historia bywa tragiczna, a lu- dzie nie zawsze mili, to możemy na przyszłość spoglądać z dobrotliwą ironią w oczach. Bo i tak niczego się nie nauczymy, a czasy zawsze przychodzą nowe. Książka dla miłośników i miłośniczek prozy Olgi Tokarczuk czy Joanny Bator, ale też dla tych, co tęsknią za opowieścią w duchu Marka Twaina, okraszoną Schulzowską nostalgią. I choć mogą te porównania wydawać się ryzykowne, to dajcie Peterowi Balce szansę, by was zaskoczył. Wojtek Szot, Zdaniem Szota PATRONAT MEDIALNY: MAGAZYN LITERACKI Cena książki: 29,90 zł ISBN 978-83-952611-8-3 9 788395 261183 W t e d y w L o s z o n c u Wtedy w Loszoncu p r z e ł o ż y ł M I Ł O S Z W A L I G Ó R S K I Peter Balko (ur. 1988 w Łuczeńcu w południowej Słowacji) – słowacki prozaik i poeta, absolwent scenariopisarstwa i dramaturgii w Wyższej Szkole Sztuk Scenicznych w Bratysławie (VŠMU), gdzie obecnie pracuje jako pedagog. Laureat nagrody głównej w konkursie Poviedka 2012 za opowiadanie Labutia balada (Łabędzia ballada), które stało się podstawą debiutanckiej powieści Vtedy v Lošonci (2014, Wtedy w Loszoncu), w przekładzie na język polski zaprezentowanej na łamach „Literatury na Świecie” (7-9/2017). Razem z Lucią Potůčkovą i Marošem Hečkiem wydał tom poetycki Metrofóbia (2012). Jest autorem scenariuszy do filmu z gatunku political fiction Kandidát (2013, Kandydat; razem z Michalem Havranem i Marošem Hečkiem), miniserialu telewizyjnego Moje povstanie (2014, Moje powstanie), thrillera ze słowacko-ukraińskiej granicy Čiara (2017, Linia) i horroru DOGG (2017). Z poetą Petrem Prokopcem ułożył antologię współczesnej literatury słowackiej Literatúra bodka sk (2016, Literatura kropka sk). W swoim rodzinnym mieście od dziesięciu lat współorganizuje międzygatunkowy festiwal Medzihmla. Publikował w czasopismach „Dotyky”, „Pravda”, „Romboid”, „Revue Labyrint”, „Denník N”, „Új szó” oraz „Gömörország”. Za Vtedy v Lošonci otrzymał Nagrodę Jána Johanidesa, Nagrodę Fundacji Banku Tatra oraz nagrodę czytelników Anasoft litera 2015. W 2018 powieść ukazała się w Czechach, w 2019 wyjdzie w Austrii i na Węgrzech. Jego teksty przekładano na język angielski, węgierski, włoski, niemiecki i chiński. W 2019 ukaże się jego nowa powieść pt. ØSTROV. Wtedy w Loszoncu P r z e ł o ż y ł z j ę z y k a s ł o w a c k i e g o M I Ł O S Z W A L I G Ó R S K I Tytuł oryginału: Vtedy v Lošonci © Peter Balko (na licencji udzielonej przez KK Bagala), 2019 © Miłosz Waligórski, 2019 © Biblioteka Analiz, 2019 Ilustracje © David Koronczi, 2014, 2019 Projekt graficzny © Emil Drličiak, 2014, 2019 Wydanie pierwsze Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody wydawcy jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi. Redakcja: Tomasz Karpowicz Korekta: Ewa Tenderenda-Ożóg Opracowanie graficzne i skład: TYPO 2 Jolanta Ugorowska Warszawa, 2019 Wydanie I ISBN 978-83-952611-8-3 Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury Wydawca: Biblioteka Analiz Ul. Mazowiecka 6/8 00-048 Warszawa tel. 22 828 36 31 ww.rynek-ksiazki.pl Facebook.com/bibliotekaanaliz Facebook.com/WydawnictwoBibliotekaSlow Dedykuję wszystkim, którzy wracają. Drogi Kapio vel Kolomanie, wczoraj skończyłem dziewięć lat. Rodzice urządzili przyjęcie, na które nikt nie przyszedł. Znaczy się, nikt poza najbliższą rodziną. Mama upiekła tort z niebieską polewą, ojciec nadmuchał balony, a dziadek opowiadał legendy o starym Loszoncu*. Było miło. Tort na pewno by ci smakował. Dostałem nowy rower. Jak wrócisz, kopsniemy się na koniec świata, może nawet za Kriváň**. Będziemy wrzeszczeć pod wiatr, palić złamane papierosy, zanurzać * Chodzi o miasto Łuczeniec (węg. Losonc, słow. Lučenec). Autor używa słowac- kiego zapisu węgierskiej nazwy: Lošonc. (Przypisy tłumacza). ** Kriváň – tu: wieś w południowej Słowacji oddalona o 30 km od Łuczeńca. 7 słoneczniki w błocie i okładać nimi durną dzieciarnię. Wszystko będzie jak kiedyś, przyjacielu, zobaczysz. W budzie bez zmian. Wuefista paraduje ciągle w tej samej podkoszulce z zaciekami od soli, drożdżówki w stołówce nadal smakują jak prochy Timravy*, a ogródek botaniczny za szkołą niezmiennie zdobią pety. Mamy nowych pierwszaków, garbate karły. Po rozpoczęciu roku poszedłem do szatni i obsikałem im kurtki. Na Twoją cześć! Stara Hrachová, której szyszka capi zakalcem, niedawno na hipie zaczęła płakać. Opowiadała coś o Štefániku** i nagle wybiegła z klasy. Wróciła z rozmazanym tuszem do rzęs, jak jakaś prostytutka. Najwyraźniej już sobie nie radzi, powinna przenieść się do domu starców, czas na nią. Co jeszcze? Maco Mamuko ukradł szambowóz ojcu, a ten za karę tak go sprał, że Macowi wypadło oko. Wypadło, poturlało się do kanalizacji, a potem przez Krivánsky Potok, Ipeľ i Dunaj popłynęło do Morza Czarnego. Biedak ma teraz w oczodole szklaną kulkę. Wszyscy w klasie Cię pozdrawiają. Grubaśnica od niemca nawet kazała nam modlić się za Ciebie, ale nie bój żaby, mnie * Božena Slančíková-Timrava (1867–1951) – jedna z pierwszych autorek prozy kobiecej w Słowacji, pochodziła z Polichna pod Łuczeńcem. ** Milan Rastislav Štefánik (1880–1919) – słowacki astronom, podróżnik, generał, jeden z ojców założycieli Pierwszej Republiki Czechosłowackiej. 8 nie urobiła. Dobrze wiem, że tam, gdzie jesteś, nie potrzebujesz żadnego Boga. O Iwana Groźnego dbam, chociaż muszę przyznać rację mojej babci – świnki morskie rzeczywiście nic, tylko srają, szczają i ogryzają zasłony. W Loszoncu po staremu. Ojciec mówi, że nasz region odmieni dopiero katastrofa nuklearna. Bezpańskich psów przybywa, w parku wycięto większość drzew, a w mieście zamknięto kolejną fabrykę. Ludzie stoją przed knajpami i przed urzędem pracy. Wokół cmentarza wyburzono kilka starych domów. Niedługo w mieście będzie więcej truposzy niż żywych. Kilimandżaro włamał się do ratusza i przez miejski radiowęzeł zaczął straszyć, że koniec świata jest blisko. Parę dni temu niebo faktycznie zaciągnęło się chmurami, od wtedy nie wyszło słońce. Do szkoły chodzę z czołówką na głowie, jak peruwiański górnik. Brakuje mi tylko młotka, plam potu pod pachami i złotych żył*. Pod koniec lata Alicja wyprowadziła się z ojcem do Nymburku. To jest w Czechach. Ludzie podobno piją tam mniej niż u nas i nie chodzą do kościoła. Dostałem od niej pocztówkę z jakimś starym mostem. Pisała, że do Loszonca nigdy nie wróci. * Zlatá žila – hemoroidy. Słowacy, za Pliniuszem, uważają, że środkiem na żylaki odbytnicy są okłady ze złota. 9 Nie dziwię się, w Nymburku mają przecież minigolfa! Nie wiem dlaczego, ale śni mi się co wieczór. Widzę jej wargi, rzęsy, piersi, pieprzyki na rękach, uda. Leży przy mnie na łóżku, jest całkiem naga, gotowa na to. Rozpuszcza włosy i szepcze, że rodzice już zasnęli. Pocą mi się dłonie i gdybym nie był nindżą, pewnie znów zlałbym się w gacie. Spoglądamy sobie w oczy i oboje wiemy, że już nigdy się nie zobaczymy. A co z Tobą, przyjacielu, śni Ci się tam coś? Często przed nocą staje mi przed oczami ten stary nóż myśliwski. Czuję jego lawendowy zapach, który zaraz miesza się z zapachem krwi. Brzydzę się sobą. Godzinami leżę pod kołdrą, trzęsę się, płaczę. Tak jest codziennie, każdego przeklętego dnia. Otworzyłem drzwi, które powinny zostać zamknięte, i wypuściłem przez nie coś złego. Coś, co zmieniło Loszonc, Ciebie, mnie. Nas. Razem byliśmy niepokonani. A teraz? Co ze mną będzie, przyjacielu? Siedzę za biurkiem w swoim pokoju, zaraz wybije północ. W domu wszyscy śpią, a ja piszę te słowa… Powinienem to zrobić dawno temu. Wcześniej. Wtedy. Czasem widuję Cię na ulicy albo w naszej podziemnej kryjówce na drzewie. Myślę o tamtym dniu, kiedy nad miastem szalała największa burza w historii, i czuję, jak po plecach chodzą mi ciarki. Dasz robie radę, nie masz wyjścia, musisz. 10 Ech, gdybym umiał cofnąć czas… Ale nie jestem naukowcem, przykro mi. Tęsknię za Tobą! Twój najlepszy przyjaciel na świecie, Lewiatan PS: Do listu załączam jedenaście zdjęć, siedem zdobycznych fajek i trzy nowe przygody Kapitana Morsa. 12 13 1 Pierwszy dzień mojego nowego życia Sąsiad Guzek nie ma włosów, bo ma raka. Na szczę- ście wygrał w totka, więc w szpitalu zrobili mu ko- smiczną sondę. To go wyleczyło. Współczesna me- dycyna przez tyłek. Pan Guzek był wniebowzięty, znowu zaczęły mu rosnąć włosy. Niestety niebieskie, i to w takim tempie, że szybko zmienił się w kosmate monstrum. Pokryły dom, ogród, konie, ulice, a po- tem cały Loszonc. Wtedy zza chmur wysunęły się boskie nożyce, które wystrzygły okolicę, ale włosy rosły dalej i niebawem wszystko, łącznie z nożycami, znów pochłonął dziki gąszcz. I  tyle. Dwie dziurki w  nosie, skończyło się. Aha, jeszcze morał: wobec współczesnej medycyny boskie nożyce to mały pi- kuś! W chwili moich narodzin na sali porodowej pę- kły wszystkie żarówki. Musiałem mieć ogromną cha- ryzmę. Posadzka spływała krwią, której strumienie 14 łączyły się w przerażające wzory, a nad miastem otwie- rał się nowy dzień. Odtąd w naszej rodzinie świecimy wyłącznie świeczkami. Pan doktor Böhl, który pacjentów przyjmował w  suterenie pożydowskiej rzeźni, powiedział, że będę dziewczynką, więc ojciec musiał szybko prze- malować różowołososiowy pokój na niebiesko. Moje spektakularne przyjście na świat zostało zarejestro- wane aparatem fotograficznym, żebym po latach w  razie wątpliwości mógł sobie przypomnieć, jak bardzo brzydkim byłem noworodkiem. Mama pła- kała. Przytuliła do policzka moje miękkie ciałko, które od ciałka upragnionej córeczki dzielił trzycen- tymetrowy ogonek. Urodzić się i od razu sprawić ro- dzicom zawód – wymarzony początek szczęśliwego życia. Tylko co począć z tymi rozkosznymi ubrankami dla dziewczynki? Możecie mi nie wierzyć, ale przyjście na świat w  Loszoncu, rzut beretem od węgierskiej granicy, ma swoje plusy. Wystarczy wdrapać się na pierwszą lepszą górkę i  z  niewielką pomocą wiatru można opluć jakiegoś seginia* w  Salgótarján. Albo przejść się po głównym deptaku pełnym aptek, optyków, sa- lonów gier, aby się przekonać, że dzieci na południu są chore, ślepe i uzależnione. Historia nie oszczędza- ła Loszonca, dwa razy spalili go Turcy, a raz banda * Segiň (węg. szegény) – nieszczęśnik. 15 pelikanów, tych uwiecznionych w  herbie miasta. Potem nadeszły epidemie niebieskiej zarazy, klęski głodu i bombardowania podczas pierwszej i drugiej wojny światowej, które rozbiły siłę życiową miasta w niutony. Na zachodzie kraju mówią na nas Węgry, starzy loszonczanie nazywają to miejsce śmietnikiem historii, a mój ojciec – ziemią niczyją. Dla mnie to po prostu dom. Miałem piękne dzieciństwo. W  porównaniu z rówieśnikami, których żywcem grzebano w przed- szkolach, zmuszano do picia słodkiej wody z plasti- kowych kubeczków i  do spania na żądanie, byłem najszczęśliwszym chłopcem pod słońcem. Czas spędzałem głównie na drzewach, w  wyobrażonych kuchniach, gdzie gotowałem sobie pożywne zupy z  igliwia, przeciery i  różne eliksiry. Każdego dnia dziadek prowadzał mnie do parku, siadał na ławce, wyciągał papierosa i czytał kronikę kryminalną w lo- kalnej gazecie „Przełyk Timravy”. Babcia z kolei regularnie chodziła ze mną do wy- pożyczalni wideo, gdzie godzinami krążyłem po cia- snych korytarzach wśród regałów, z zapartym tchem dotykając palcem okładek kaset, na których pręży- ły się torsy bohaterów filmów akcji, uzbrojonych w sprzęt ciężkiego kalibru. Jean-Claude Van Dam- me, Bruce Lee, Chuck Norris, Bolo Yeung, Cynthia Rothrock – to oni byli moimi przyjaciółmi i  na- uczycielami. Owijałem sobie głowę białym szalem, drewnianą kataną dziadka smagałem w  ogrodzie 16 sadzonki i  kręciłem nią nieudolne młynki. Potem dostawałem baty rzemieniem, mimo to byłem szczę- śliwy, bo nigdy nie uroniłem ani jednej łzy. Nindże płaczą tylko do środka. Kiedy miałem pięć lat, dziadek nauczył mnie pisać. Strząsnął ze starej gruszy owoce na palenkę i powiedział, że ludzie robią wszystko, byle nie za- pomnieć. Jedni fotografują, inni piją, jeszcze inni ry- sują kreski na framugach, a ja, najmłodszy z rodziny, mam pisać. O sobie i o innych. Dziadek da mi zeszyt, a  kiedy go zapełnię, dostanę nowy. Odnajdę swój styl, odnajdę swoje zdania. Zeszyt muszę regular- nie dokarmiać słowami, w przeciwnym razie zdech- nie z głodu, a mnie do końca życia będzie dręczyć sumienie, że go zawiodłem. Dziadka, ale i  zeszyt. Nie wolno mi się z nim rozstawać, mam z nim spać i z nim srać, bo nigdy nie wiadomo, kiedy z gówna wyjdzie opowiadanie. Tak mówił. Początki były trudne i niepewne. Zdania proste, krótkie. Na przykład: „Sąsiad Guzek nie ma wło- sów”. A potem: „Sąsiad Guzek nie ma włosów. Sąsiad Guzek ma raka” – żeby w końcu dojść do konstruk- cji złożonych: „Sąsiad Guzek nie ma włosów, bo ma raka”. Ćwiczyłem codziennie, nawet po dwanaście godzin, i  powoli nabierałem rutyny. Poznawałem słowa oraz ich wzajemne relacje. Odkryłem, że nie- które z nich się lubią, inne nienawidzą, a ich łączenie może doprowadzić do katastrofy. Na przykład „kieł- basa” nie może sąsiadować ze „studnią”, tak samo jak 17 „napletek” z  trudem znosi towarzystwo „piernika”. Później przyszły przecinki, kropki i znienawidzony średnik. Gdybym mógł rozprawić się z jakimś zna- kiem interpunkcyjnym, bez wątpienia wybrałbym właśnie ten. Średnik, brr... Ostatecznie, po długich tygodniach ciężkiego drylu, wyrzeczeń i bólu w nadgarstkach doszedłem do czegoś, co nadało mojemu życiu sens, czyli do kłamstwa, które, jak się okazało, w literaturze nazy- wa się fikcją. Niedługo potem mój kruchy świat – kruchy, bo obwarowany tylko setkami karteluszków, filmami kung-fu, eliksirami warzonymi w  koronach drzew i  niską frekwencją w  przedszkolu – uderzył o  gru- be mury podstawówki i się rozpadł. Na jego zglisz- czach wyrósł inny chłopiec, wstydliwy i  zagubio- ny. Zewsząd czyhały na niego rozwydrzone dzieci, ogromne tornistry, zawiniątka z drugim śniadaniem, a  także uśmieszki starszych uczniów, dla których kombinacja otyłości z nieśmiałością zawsze jest za- chętą do wyrafinowanych szykan. Gdybym wte- dy wiedział, że moi wrogowie z czasem zmienią się w  samotnych tatusiów, tyrających jak dzikie osły w tartaku za wsią Prša, po bratersku bym ich wyści- skał i od razu puścił w niepamięć wszelkie urazy. Teraz, po latach, dochodzę do wniosku, że pro- blemem mógł być też mój wiek i wzrost – byłem naj- wyższy i  najstarszy w  klasie. Wszyscy myśleli więc, że jestem opóźniony, choć tak naprawdę chodziło 18 tylko o pory roku. Jak mówiła mama, byłem dziec- kiem jesieni. Zawsze umiałem kłamać, kiedy więc rodzice py- tali o  szkołę, kluczyłem jak wytrawny dyplomata, tak żeby nie wzbudzić ich podejrzeń. W rzeczywi- stości szkoła co rusz serwowała mi małe lobotomie, po których strach i niepewność wgryzały się w moją korę mózgową, kopiąc w niej bezdenne katakumby. Roześmiane pryszczate twarze, odchody wiewiórki znalezione w menażce czy slipy podciągnięte aż pod śledzionę jeszcze długo prześladowały mnie w noc- nych koszmarach, kończących się zazwyczaj zmocze- niem łóżka albo nawet – w przypadku szczególnie okrutnych snów – utytłaniem pościeli na brązowo. Karta odwróciła się w chwili, kiedy poznałem swoje- go najlepszego przyjaciela. Wtedy to zaczął się okres, w  mojej prywatnej księdze życia i śmierci zapisany tłustą czcionką, któ- ry mógłbym nazwać czasem Kapii. 19 20
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wtedy w Loszoncu
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: