Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00354 010852 16900897 na godz. na dobę w sumie
Wybór poezji - ebook/pdf
Wybór poezji - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 156
Wydawca: UNIVERSITAS Język publikacji: polski
ISBN: 97883-242-1122-7 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> klasyka literatury
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Maria Grossek Korycka (1868 lub 1869-1926) - poetka, tłumaczka. publicystka, urodzona w Krakowie. Wszechstronnie uzdolniona, studiowała kolejno medycynę i matematykę w Petersburgu oraz filologię w Krakowie. Po studiach osiadła na Ukrainie, gdzie pracowała jako nauczycielka. Po śmierci pierwszego męża, w 1908 roku przeprowadziła się z Kijowa nad Wisłę (mieszkała m.in. w Warszawie, Jędrzejowie) i zaczęła parać się publicystyką. Jej zapomniana dziś twórczość poetycka, niezwykle niejednorodna i nierówna artystycznie, jest ciekawym świadectwem początków ekspresjonizmu w literaturze polskiej.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

K L A S Y K A M N I E J Z N A N A Maria Grossek Korycka WYBÓR POEZJI universitas WYBÓR POEZJI Maria Grossek-Korycka (1868 lub 1869-1926) – poetka, tłumaczka, publicystka, urodzona w Krakowie. Wszechstronnie uzdolniona, stu- diowała kolejno medycynę i matematykę w Petersburgu oraz filologię w Krakowie. Po studiach osiadła na Ukrainie, gdzie pracowała jako nauczycielka. Po śmierci pierwszego męża, w 1908 roku przeprowa- dziła się z Kijowa nad Wisłę (mieszkała m.in. w Warszawie, Jędrzejo- wie) i zaczęła parać się publicystyką. Jej zapomniana dziś twórczość poetycka, niezwykle niejednorodna i nierówna artystycznie, jest cieka- wym świadectwem początków ekspresjonizmu w literaturze polskiej. 2 K L A S Y K A M N I E J Z N A N A Maria Grossek Korycka WYBÓR POEZJI Kraków © Copyright for Klasyka Mniej Znana by Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2004 Podstawą niniejszej edycji są wydania: Pisma, t. 1: Poezye, Warszawa 1904; Marya Grossek, Orzeł oślepły, Kraków 1913; Marya Grossek, Niedziela Palem, Warszawa 1919; Marya Grossek-Korycka, Pamiętnik liryczny, przedmową opatrzył Artur Górski, Warszawa 1928; Marya Grossek-Korycka, Wieszcz- ka. Poezje, Warszawa 1929. Teksty części pierwszej poematu Haf- ciarka i poematu Wieszczka skolacjonowano z ich pierwodrukami prasowymi (odpowiednio: „Tygodnik Ilustrowany” 1901, nr 16-21; „Pro Patria” 1928, nr 146-151) Teksty zmodernizowano według obowiązujących zasad ortograficznych i interpunkcyjnych. Opracowanie tekstu: Paweł Bukowiec ISBN 97883-242-1122-7 TAiWPN UNIVERSITAS Projekt okładki serii Ewa Gray 4 HAFCIARKA [CZĘŚĆ PIERWSZA] Pieśń Pierwsza I Będę wyszywać, siędę do krosna; Mam cały projekt w głowie gotowy To będzie pejzaż: wioska i wiosna I pierwsza miłość... Obraz nienowy... To prawda... ale za to wesoły! Niebo jak lazur... obłok strzępiaty, Jak uronione w przelocie pióro; Dołem i górą zgarbione chaty Z dachem do ziemi; przy pługach woły; Zboża zielone dołem i górą; Za mgłą niebieską czerniawe bory; Pod siew gotowe czarne ugory; Na żółtych piaskach liliowe wrzosy; Wierzb nad rowami spuszczone włosy, A przez okrągłe z nieba rzeszoto Leje się na świat gorące złoto. Dworek bielutki, jak świeży serek, Daszek czerwony na nim jak ruda, Słychać w nim pełno młodego luda, Nad dachem ciemny wystrzelił świerek; Małe okienka, sczerniałe ramy, Na starych szybkach tęczowe plamy Słońce z promieni pisze pędzelkiem; W rzęd okiennice Ciemnozielone, Na wskroś serduszka W nich wywiercone; Popod oknami do sadu dróżka, 5 A za trawnikiem z tyłu niewielkim Topole, jak te kościelne świéce. Dworek, jak gołąb słonecznej bieli, Pławi się w swego sadu topieli, W ruchomych falach żywej zieleni Wszelkiego tonu, różnych odcieni, Pięknie się w barwach dobrały drzewa, Choć rosły dziko, jak wiatr zasiewa: Na świerkach prawie czarne igliwa, Liście topoli grają jak szkliwa, Wierzba jak popiół jasna blondyna, Dąb kędzierzawy – z brązu czupryna; Karbuje złote liście grabina, Wysoka brzoza, w pniu nadłamana, Niby powoli zgina kolana, Do ślubu cała biało ubrana; Miedziane włosy płyną do ziemi I drży wzruszona liśćmi drobnemi – Z tej listki kapią sznurkiem, jak łezki – Pnie innych z dala świecą, jak kreski, Krzywo, niedbale wapnem rzucane Na gęsto zbitą szpaleru ścianę – Ta, niby w tańcu, w pół się przegina, A te są ni to brzozy, ni panny, Lecz ze szmaragdu skrzepłe fontanny – Każda innego coś przypomina – Akacja z liściem i kwiatem grochu To jedynaczka lasu... pieszczocha!... Wpół przezroczysta, blada dziewczyna, Wiotka i chora, bo się tak kocha! I wiele innych przychodźców z boru: Buki, leszczyny... wszystkich po trochu, A każde w innym tonie koloru. Dołem dać trzeba zioła i chwasty; Ślazy, cykorie, mydlik, jasnotka, 6 Oset, rodzimy kaktus kolczasty – Tam trawka ostra, niska, jak szczotka, W niej koniczyna, bratek, jaskierki – Żółte rumianki, polna stokrotka, Igły na ziemi, gdzie rosną świerki, A wreszcie trawy szerokie w prążki, Odlewające światło, jak wstążki. A każdy taki krwawniczek, trawka – Dla pędzla dobra zabawka! Mamy chwast jakiś, jakby Bóg wie co, Ubrany z sztuką iście kobiecą: Ząbki, pióreczka i agramenty, Ufryzowany, pocięty, Pożyłkowany w drobniutkie siecie, Jakby miał Bóg wie czym być na świecie... A żyć przynajmniej stulecie... Tymczasem jest to najlichsza trawa: Krwawnik – indyków potrawa. A już co dalej... czyste zmartwienie!... Na to nie lada trzeba malarza, Bo nie pominąć mi wirydarza, A tam to kwiatów masz zatrzęsienie. Naprzeciw okien, jak to zwyczajnie, Ciągnie się długim bokiem ogródek; Na prawo stajnie, Na lewo spichrze, Miejsce najbardziej w słońcu najcichsze, Gdzie rosną same krzewy i kwiaty. Zaraz na płocie pełno jagódek: Kraśne maliny, Czarne ożyny, Dołem truskawki, Agrest kosmaty, 7 Całe w paciorkach szklanych porzeczki Zarosły wąskie na krok ścieżeczki, Pozasłaniały spróchniałe ławki – Namalujże to! – ten świat, ten ludek, Tak jak my ludzie... kwietny ogródek! Najpierw te maki: Czy baletnice, Czy to są ptaki? Czy to rozdęte w tańcu spódnice? Czy rozpostarte skrzydła motyli? Kolor i w słońcu ma ton ceglaty... To barwa żywa! W żółtość zarywa – Lecz gdy się kwiatek w cień gdzie przechyli, To pociemnieją na nim te szaty Aż do koloru krwi i purpury – Tak tony idą, jak z klawiatury – Słońce gra... malarz słucha oczyma. Tam gaj się chwieje cienkich badyli, Na nich różyczki tkwią bez szypułki, Sztywne i suche, jak kwiat z bibułki, Jedna przy drugiej, że miejsca nie ma; Tak się łodyga na nie wysili, Że się aż potem pochyło trzyma – To smętne malwy, to panny stare... Zanadto cienkie, strojne nad miarę – Ludzie je sadzą, lecz nikt nie zrywa; „Niech tam przekwita sobie szczęśliwa!” Bratki – To małe dziatki: Buzia okrągła z aksamitnym puszkiem, Podparta jednym pączkiem, jak paluszkiem, Na plecach loczki, Patrzą ciekawie 8 Na świat szeroko otwarte ich oczki, I stoją wiankiem Na trawie Boso... I płaczą często wieczór i rankiem Jak dziatki Rosą... Lewkonie to są oznak zewnętrznych artystki, To rodowite arystokratki. Patrzcie się tylko: ich łodyga, listki, Kolory, zapach, kwiatki, Wszystko wykwintne, dobrane, bez braku, We wszystkim takt wyższego smaku – Trudno prawie uwierzyć, żeby takie królewne Były najbliższe krewne Tej grubej, tłustej Z głąbiem w środku kapusty? – A jednak... jest to pewne! Gwoździki Te pąsowe? To studenci! Wąsiki Pozakręcane w górę, jak haczyki... Od perfum aż w nosie kręci... Strasznie to romansowe! Zawraca nawet georginiom głowę, Aż do utraty pamięci... Za to też w każdym ile siedzi dumy!! Prawda, że mają bardzo ładne wąsy, Lica jak róże, usta jak z koralu, Że nikt nie umie tak się puszczać w pląsy, Te odurzają gwoździków perfumy, Te są prawdziwą ozdobą na balu, Ależ to nie są jeszcze najwyższe rozumy, 9 A tu zarozumiałość... fiu, fiu, fochy! fumy! Piwonia jest to piękność lat przeszło trzydziestu, Niby to druga róża... Z kształtu ją przypomina, z układu i gestu, Lecz za czerwona jest i nadto duża! Bo, chcąc przewyższyć różę, nie strzymała miary. Jak zwykle, ten, co sięga po wzór za wysoko, I kształt przybrawszy nadto otworzonej czary, Odsłaniając ramiona, pierś i „robiąc oko”, Zapomniała od róży wziąć choć trochę woni! A to, co jeszcze bardziej do niej zraża: Że żadnym cierniem przystępu nie broni Do wdzięków swoich głównego ołtarza W stylu rokoko. Ten groch na ścianie Wkoło ogrodu... Choć tej sztachecie Daje ubranie, Póki za młodu Jeszcze to w lecie Młoda rosada, Na której kwiecie Motylkiem siada, Ale jak tylko zacznie «robić groszki» I pchać do sakwy pękatego strączka – To go już nie obchodzi nic w świecie, Ni troszki!... I on dla świata z kretesem przepada, Tak nim groszowa gorączka owłada. Z wolna w tym pnączu wszystko obumiera, Co mu nie służy do robienia grochu – Mnożąc i licząc ziarna, jak ten sknera, 10 Obojętnieje na wszystko po trochu... W końcu się z niego robi istota tak marna, Jakby od ciężkiej zniszczona choroby – Jedna wiążąca worki nitka sucha! Bez liści, kwiatu, żylasta, a czarna... Nie ma w niej ani odrobiny ducha, Serca, chociażby wątroby, Choć brzucha!... To – groszoroby! Śliczne werbeny – z zawodu kokiety! Woń ich odurza głowę: mdła i słodka; Stanik jak żmijka: wijący się, cienki, W okrąg ma bujne, kuliste bukiety, A wiesza się... na czym spotka! Przy tym świeże i jasne z perkalu sukienki W gwiazdki, ciapeczki i kratki, Co bardzo podnosi wdzięki: Szkoda, że zbyt już nisko pełzają te kwiatki I stąd miewają niemiłe wypadki: Nieraz ktoś całą wdepcze w błoto lub kałużę, Lub się przynajmniej suknia podrze w szmatki, I błoto na nie bryzga i siadają kurze... Astry – to kawalerzy starsi, już do wzięcia – Każdy z nich dla georgiń materiał na zięcia – Trochę sztywne w kolanach, ale niezła mina, Dopóki listki trzymają się skroni, I jeżem stoi czupryna – Tylko kolory spłowiałe: Jakieś niebieskie, białe... I żadnej zgoła woni! A gdy ząb czasu czuprynę rozgarnie, To wyglądają już marnie: Żółta, jak placek, świeci na wierzchu łysina; 11 Lecz za to jakie to jest plemię wytrzymałe! Już mróz im w kościach wierci, A sztafiruje się to aż do śmierci! Bukiety bzów, czeremchy, akacji, jaśminu – To grona dziewic... Zebrane na zabawę wśród wiosny festynu – Wpół się objąwszy, tuląc ramionka i głowy, Serdeczne przyjaciółki szepcą jakieś zmowy, Bo każdej śni się zaklęty królewic – Każda, gdy noc zapadnie, wznosi cudne oczy Do srebrnej księżyca twarzy, Co się ku niej wychyla z błękitnej roztoczy, I posyłając w niebo wonnych ust podmuchy, O nadziemskiej miłości z tym Niebianem marzy, A każdą zwykły czerw stoczy! I zaspokoi apetyt jakiejś muchy... Kiedy zaś krasę utraci wiośnianą, Szara krzewina za życia umiera, Bo któż na bez okwitły lub jaśmin spoziera? Wśród zgiełku roślin żyje to za ścianą, A opłakując w sercu krótkie maju gody, Jedna umorusane hoduje jagody, A druga huśta niezliczone strączki, Co się jej zewsząd czepiają za rączki. Słyszałam o nich taką krążącą legendę, Że niektóre podległe są metamorfozie, Podobno, gdy im młodość przeminie w ukryciu, Rodzinnego kurnika opuszczają grzędę I wchodzą w świat salonów po raz drugi w życiu. Lecz się już teraz zjawiają na scenie Od wiosennego kwiatu różne nieskończenie: Długie lata, co przeszły im w zabójczej prozie, 12 Zniszczyły w nich poezję marzącej dziewczyny; Wonne bzy i akacje, czeremchy, jaśminy Przemieniają się w tłuste, ciężkie georginie O dumnej pozie I znudzonej minie. Ponieważ tam z piękności nie ma już i śladu, By czymś zwrócić uwagę, nie szczędzą nakładu: Wszystko jest na nich złote, aksamitne, Miejsca na podwyższeniu zajmują zaszczytne; Włosy ukarbowały, śpódnice też w rurki, Rozdęte na kształt balonu; Fijolet tylko noszą, szafran, amaranty, Używają mantyli, robronu I w każdą rurkę wkładają brylanty. W dole stokrotki, ich córki; Przy nich się kręcą gwoździki, Lub ich kamraty, kogucie grzebyki, Zwykłe stokrotek amanty; Wszystko to są zapewne rozkosze olbrzymie!... Jednak błogiemu oddana wrażeniu Każda z georgiń u swojej podpórki, Wśród woni perfum i w pochlebstwa dymie Powoli głowę skłania ku ramieniu I na wzniesieniu W blasku słońca drzemie. To georginie – to stare kobiety – Sal i ogrodów – tapety! Mężów tu nie ma – jest to naród dziki, Wstydzę się mówić: są to słoneczniki, Pospolite umysły... od wschodu do wschodu Siedzą na grzędach chłopskiego ogrodu, Pilnując, jak skopują ziemię robotniki. 13 Cóż o nich mówić? – ot, robocza kasta! Z nich się wytłacza olej – i basta! Na wiosnę żyje tylko kwiat wyższego rodu, Na przykład narcyz, co mieszkał przy wodzie, Którego dawno już nie ma w ogrodzie, On był poetą – więc umarł za młodu; Zmarł na suchoty. Zniknął też złoty Pierwiosnek, Co miał wrodzony dar piosnek, Mistrz, z ubogiego sieroty. Najpierw w postaci złocistego dzwonka Przebił skorupę zimowego lodu I dzwonił w krople łez własnych czy rosy... To był wstęp jego, pieśniarza, zawodu; Lecz wkrótce przeistoczył się pono w skowronka, Od rodzicielskiej urwał się łodygi, Sfrunął w niebiosy I z ptaszętami poszedł na wyścigi. Lecz mu nie wystarczyła i taka muzyka, Więc się przedzierzgnął w słowika. A potem, jak niesie bajka, Jeszcze w lepszego zamienił się grajka: Stał się wiatrem, co ziemi obiega przestworza, Grając na harfie lasu i na lutni morza. Lecz cóż go oderwało od jego szypułki? Nieszczęśliwe uczucie dla białego kwiatka, Marzycielki – konwalii, grajków przyjaciółki, Której nie dała mu dumna jej matka, Pomarańczowa znakomita dama, Zwana powszechnie „Cesarską koroną”. Ona dla córki męża wyszukała sama: 14
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wybór poezji
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: