Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00280 004475 13086943 na godz. na dobę w sumie
Wybrane komedie - ebook/pdf
Wybrane komedie - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 163
Wydawca: UNIVERSITAS Język publikacji: polski
ISBN: 97883–242–1128–9 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> klasyka literatury
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Ignacy Krasicki (1735-1801) jest autorem ośmiu komedii, z których trzy - Solenizant, Statysta, Łgarz zostały opublikowane za jego życia (1780) pod nazwiskiem jego sekretarza Michała Mowińskiego. Pozostałe to: Krosienka, Pieniacz, Frant, Mędrzec, Satyryk (niedokończone). Ich akcja ustytuowana jest na prowincji, prawdopodobnie w okolicach rodzinnych stron autora, którego uważą sie za twórcę polskiej komedii dworkowej. Problematyka i budowa tych utworów jest zgodna z poglądami teoretycznymi na temat teatru, przedstawionymi wcześniej przez Krasickiego na łamach 'Monitora'; można je też zaliczyć do typu komedii dydaktycznej reprezentowanej u nas przez dzieła Franciszka Bohomolca.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

K L A S Y K A M N I E J Z N A N A Ignacy Krasicki WYBRANE KOMEDIE universitas WYBRANE KOMEDIE K L A S Y K A M N I E J Z N A N A Ignacy Krasicki WYBRANE KOMEDIE © Copyright for Klasyka Mniej Znana by Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2003 Podstawa edycji: Ignacy Krasicki, Komedie, oprac. M. Klimowicz, wstęp R. Wołoszyńskiego, Warszawa 1956; [Ignacy Krasicki], Łgarz. Komedia w trzech aktach, przez Michała Mowińskiego, Warszawa 1780. Wybór i opracowanie Roman Dąbrowski ISBN 97883–242–1128–9 TAiWPN UNIVERSITAS Projekt okładki serii Ewa Gray SOLENIZANT Komedia w trzech aktach 5 OSOBY REPREZENTUJĄCE: Staruszkiewicz – stryj Leandra Leander Pan Cześnik Pani Cześnikowa Pan Skarbnik Pani Skarbnikowa Pan Podwojewodzy Pani Podwojewodzina Pan Pogromski – towarzysz Dumski – marszałek dworu Leandra Tarabański – kapitan Wytrząsalski – podskarbi Szłapaczyński – koniuszy Konceptowicz – sekretarz Puzan – kapelmajster Gierwaziewicz – pokojowy Protaziński – pokojowy Bartłomiej – szafarz Scena w domu Leandra. 6 AKT PIERWSZY SCENA PIERWSZA BARTŁOMIEJ sam Dobrze się stało, że naszego panicza pan cześnik na obiad do siebie zaprosił; ale cóż po tym, kiedy go znowu zbałamucił pan marszałek: „Nie daj się waćpan w spaniałości przewyższyć. Pan cześnik daje obiad, daj waćpan wieczerzą, bal, fejerwerk, ilumi- nacją.” Pan na to: „Bardzo dobrze! wołajcie Bartłomieja!” Przy- chodzę: „Bartłomieju, niech dziś będzie wieczerza, bal, fejerwerk, iluminacja.” Ja: „Ale, mości dobrodzieju!” Nie dał mi domówić i z izby wyszedł. A tu pieniędzy nie masz, Żyd za kwitkami już półtora roku arendy zapłacił; ja nie mam nic przy sobie, a choć- bym miał, nie dam. Oj, nie dam i pół szeląga! Cóż to za bieda z tymi młodymi panami! Jakie to marnotrawstwo! Miły Boże, co by na to mówił nieboszczyk jegomość! On, co tylko w niedzielę, i to nie zawżdy, kawał, i to niewielki, sztuki mięsa miał na stole. O kapłunach ani pytaj, kurka chyba wtenczas, kiedyśmy się bali, żeby nie zdechła, a nie było można przedać; kaszą, kluseczkami dorobiliśmy się chleba. Niewiele się jadło, niewiele się piło. Ale też za to co kontrakty była wieś albo suma na prowizją po dzie- sięć od sta. Pieniędzy huk, zboża pełno, bydła dostatkiem. A teraz co? W pokojach adamaszek, a w stodole pustki, w lamu- sie psiarnia – wołyśmy zjedli, krowy przedali. Mamy za to dwie furmanki i forysiów po angielsku. Dobrze, panejku, dobrze! Wy- jedziemy my z domu tymi furmankami, a podobno bez powrotu. Ja nie wiem, gdzie te furmanki powiozą – a wreszcie, co mi do tego! Niech hula, niech traci! Jam sobie swoją sumkę na kabałę ulokował; będzie czym żyć na starość i może się jeszcze co z pro- 7 wizji okroi. Nie chciał mnie słuchać, niechże sobie lepszego szu- ka. Mówiłem, perswadowałem, prosiłem; darmo. Cóż ja mam dalej czynić? Porzucę wszystko: niech czyni, co chce! tak jest, porzucę! Ale mi go jednakowo żal. Przecież to pańska krew; dorobiłem się przy ojcu kawałka chleba, nie godzi się syna porzucać. Ale na cóż się ja zdam, kiedy mnie nie słucha? Prawda. Ale kto wie, może kiedy i usłucha, może się upamięta. Stryj też ma przyje- chać; poczekam jeszcze, niech no stryj przyjedzie. SCENA DRUGA Marszałek, Bartłomiej. Cóż to waść sam do siebie gadasz? MARSZAŁEK Sam do siebie, bo mnie nikt słuchać nie chce. BARTŁOMIEJ Bo może nie masz co słuchać. MARSZAŁEK Tym, którym to słuchanie niemiłe. BARTŁOMIEJ MARSZAŁEK Waść, widzę, coś nadto przebąkujesz – znaj się waszeć na sobie, czyń, coś powinien – a pamiętaj, iż nie przystoi szafarzowi być kaznodzieją. BARTŁOMIEJ Wielu nie przystoi być tym, czym są. Tak to teraz świat idzie. Ale nie chcę już więcej mówić, żebyś mnie waćpan znowu kazno- dzieją nie nazwał. Słyszałeś waść, panie Bartłomieju, co jegomość rozkazał? MARSZAŁEK 8 Taćżem słyszał. BARTŁOMIEJ MARSZAŁEK Trzeba tedy, żeby wieczerza była suta, stół pański na osób dwa- dzieścia, marszałkowski na osób trzydzieści, oprócz tego dla go- ścinnej czeladzi stół u waszeci. BARTŁOMIEJ Dwadzieścia osób u pana, trzydzieści u waćpana, u mnie może pięćdziesiąt. Będzie tedy dziś na wieczerzą osób dwadzieścia a trzydzieści – pięćdziesiąt, a pięćdziesiąt – sto. Na to wszystko ani woła, ani krowy, ani jendyka, ani gęsi, ani kaczki, ani nawet chleba nie masz. A mnie co do tego? MARSZAŁEK BARTŁOMIEJ Kazał jegomość dać iluminacją, a tu nie masz ani wosku, ani łoju, ani oliwy; lamp już i księdzu plebanowi nie stało, bośmy je wytłukli. A mnie co do tego? MARSZAŁEK BARTŁOMIEJ Nadto kazał jegomość dać bal, pan kapelmajster grać nie chce, bo niepłatny od pół roka; trębacz od ustawicznego grania chory na dychawicę, pan Pogromski z panem koniuszym ostatnią razą potłukli sobie flety na łbach. MARSZAŁEK Jużem waszeci powiedział, że mnie nic do tego; dość, że pan chce, i musi tak być, jak pan chce. Rozumiesz waść, panie Bar- tłomieju? Odchodzi. 9 SCENA TRZECIA BARTŁOMIEJ sam „Rozumiesz waść, panie Bartłomieju?” Piękna dyspozycja! Ja mu przekładam, czego potrzeba, a on: „A mnie co do tego?” Pan chce, pan każe. Niechże pan płaci! Ja cudów nie będę robił. Kiedy z jegomością do stołu, kiedy do flaszki, ani się można natenczas przez panów urzędników przecisnąć; a kiedy trzeba panu dopo- móc, to wszystek ciężar na Bartłomieja. A jużem też i stary, godzi- łoby się pofolgować staremu słudze. Ale czy myślą o tym nasi panowie? Oj, nie! Trzeba się będzie jednakowo zakrzątnąć, ale też to już ostatni raz. Jegomość, widzę, powraca – co za asystencja! SCENA CZWARTA Leander, Marszałek. Szkoda mówić, pięknie pan cześnik panu aplaudował, nie żal mu będzie odwdzięczyć tak, jak to pan umie. MARSZAŁEK Ale podobno coś mi chciał mówić szafarz. Zmiłuj się waść, żeby on swoim skępstwem ochoty nam i balu nie popsuł. LEANDER MARSZAŁEK Niech się tylko pan na mnie spuści, a temu staremu bajarzowi nie wierzy; upewniam, że będzie wszystko z honorem. Ale niech pan każe przywołać ichmościów urzędników dworskich i każde- mu przynależyte uczyni dyspozycje; ja tymczasem pójdę wszyst- ko przygotować, co się mojej funkcji tycze. Odchodzi. Gierwaziewicz! LEANDER 10 SCENA PIĄTA Leander, Gierwaziewicz, Protaziński. GIERWAZIEWICZ Co pan każe? Wołaj podskarbiego, koniuszego i sekretarza. Protaziński! LEANDER Jestem, mości dobrodzieju! PROTAZŃSKI Niech tu przyjdą kapitan i kapelmajster. LEANDER SCENA SZÓSTA Leander, Podskarbi, Koniuszy. LEANDER Panie koniuszy, każ waść, żeby była w stajni wszelka gotowość, konie przybrane, o czubach nie zapomnieć. Jędrzej stangret niech sobie szwarcowane wąsy przyprawi; koń mój cisawy niech będzie okulbaczony, każesz waść rząd mój pozłocisty na niego włożyć. Stanie się wszystko według woli pańskiej. Ale, mości dobrodzie- ju... KONIUSZY Dajże mi waść pokój z tym „ale”. LEANDER Ale, mości dobrodzieju! Stajenni strawnych... KONIUSZY LEANDER Jużem powiedział, że tych „ale” nie lubię. Niech będzie wszyst- ko tak, jakem rozkazał. Czubów nie zapomnieć. Pódź waść! Pa- nie podskarbi! 11 Jestem do usług pańskich. PODSKARBI LEANDER A przyszły pieniądze od tego Żyda? Od tego Żyda, panie dobrodzieju? PODSKARBI Tak jest, od tego Żyda, co je tu miał przewekslować. LEANDER PODSKARBI Przewekslować, panie dobrodzieju? Tak jest, przewekslować. LEANDER Panie dobrodzieju, przepraszam! PODSKARBI Za cóż mnie waść przepraszasz? LEANDER Przepraszam, panie dobrodzieju, bom pieniędzy nie odebrał i o wekslu nie słyszałem. PODSKARBI Jak to waść nie słyszałeś? Wszakem mówił ostatnią razą, że waść miałeś pisać o te pieniądze... LEANDER O te pieniądze, panie dobrodzieju? Od dwóch miesięcy w skar- bie pańskim i szeląga nie masz; i moja pensja... PODSKARBI Dajże mi waść pokój z tą pensją i tym swoim skarbem. Niech tu przyjdzie pan kapitan. LEANDER 12 SCENA SIÓDMA Leander, Kapitan. Ssta-sta-wam na zawoła-ła-nie, na pa-pa-pański ordy-dy-nans. KAPITAN Ludzie czy są w gotowości? Ta-ta-tak jest. Harmaty zatoczone? Ta-ta-tak jest. LEANDER KAPITAN LEANDER KAPITAN Broń czy jest czysta i ładunki do strzelania czy dostali żołnierze? LEANDER Ta-ta-tak jest. KAPITAN LEANDER Słuchajże waść, panie kapitanie! Jak będą goście przyjeżdżać, pamiętaj waść dać ordynans wachmistrzowi, żeby żołnierze byli w kurdygardzie. Jak zaś goście będą wjeżdżać, niech warta za- woła: raus! Ra-ra-raus! KAPITAN Ale nie przeszkadzaj mi waść. Jak więc goście będą wjeżdżać, niech warta zawoła: raus! LEANDER Ta-ta-tak jest, raus! KAPITAN 13 Ale już mówiłem, nie przerywaj mi waść. LEANDER Ta-ta-tak jest. KAPITAN Jak więc goście będą zajeżdżać, niech uważają karetę, w której będzie pan cześnik, pani cześnikowa i panna cześnikówna. LEANDER Ro-ro-zumiem, i pa-panna cześnikó-kówna. KAPITAN LEANDER Przestańże waść, kiedy ja mówię. Jak tedy postrzegą karetę pana cześnika, niech dobosz natenczas już nie bije werbel, ale marsz! To-to-to być nie mo-może. Jak to być nie może? KAPITAN LEANDER Nie-nie-nie może. Marsz się bi-bije tylko przed pa-panem i kró- -kró-królem. KAPITAN Co mi tam waść prawisz. Ja tak chcę i tak musi być. Rozumiesz waść? LEANDER Ta-ta-tak jest. KAPITAN Jak przyjdzie czas wieczerzy, niech żołnierze półmiski z kuchni niosą, wachmistrz przed nimi z laską, a oni jeden po drugim. LEANDER 14 KAPITAN Żoł-żoł-nierze do pół-półmisków? LEANDER Ta-ta-tak jest. Już mówiłem, żeby mi nie przeszkadzać. Jak przyj- dzie zastawiać i zdejmować potrawy, niech stoją koło stołu rzę- dem, a każdy niech się prosto trzyma i patrzy w bok. Nie-nie na pół-pół-miski? KAPITAN LEANDER Waść, widzę, nie możesz wytrzymać, żebyś czego nie dołożył. Jak przyjdzie bić capstrych, niech dobosz pod okna sali chodzi, żeby słyszeli goście. I po-po-szli spać. KAPITAN Idźże już i waść, a nie bałamuć. LEANDER Ale-le mo-mo-ści do-do-brodzieju żołnie-nie... KAPITAN SCENA ÓSMA Leander, Kapitan, Kapelmajster. A ja kiedy będzie gralem? KAPELMAJSTER Niech kapela będzie na pogotowiu, da znać pan marszałek, kie- dy się będzie miał koncert zacząć. LEANDER Concerto, a, ja, concerto! KAPELMAJSTER 15
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wybrane komedie
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: