Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00096 007724 10468441 na godz. na dobę w sumie
Wychowanie bez nagród i kar. Rodzicielstwo bezwarunkowe - ebook/pdf
Wychowanie bez nagród i kar. Rodzicielstwo bezwarunkowe - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 273
Wydawca: MiND wydawnictwo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62445-38-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> poradniki
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Książka wybitnego amerykańskiego psychologa może zaskoczyć rodziców przyzwyczajonych do tradycyjnych przekonań na temat wychowania i dyscypliny. Powołując się na dziesiątki fachowych badań, autor demonstruje negatywne skutki kontrolowania dzieci za pomocą nagród i kar. Co ważniejsze, demonstruje także, jak niszcząca dla dziecięcej psychiki jest warunkowa akceptacja, tak zwana miłość odmawiana, zależna od tego, czy dziecko spełnia oczekiwania rodziców. Najczęściej bywa ona nieświadomym środkiem rodziców do wymuszania posłuszeństwa u dzieci. Ta książka to lektura obowiązkowa każdego rodzica, który chciałby być na bieżąco z najnowszą wiedzą na temat dzieci.

Alfie Kohn (ur. 1957) jest amerykańskim psychologiem, krytykiem podejścia behawioralnego do wychowania dzieci oraz wielu innych aspektów tradycyjnej dyscypliny. Znany przeciwnik ocen i rywalizacji w szkołach. Autor m.in. książek Punished by Rewards (Ukarani przez nagrody), No Contest (Bez rywalizacji), What Does It Mean to Be Well Educated? (Co to znaczy być dobrze wykształconym?).

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Prowokacyjna książka renomowanego autora na temat wychowania i dyscypliny 1 O Autorze Alfie KOHN (ur. 1957) jest amerykańskim badaczem interdyscyplinarnym, znanym ekspertem od edukacji i wychowania. Zajmuje się zagadnieniami motywacji, współpracy i długoterminowych skutków strategii wychowawczych. Prowadzi wykłady i warsztaty dla instytucji, nauczycieli i rodziców. Autor książek: No Contest. The Case Against Competition (1982), Punished by Rewards (1993), What Does It Mean To Be Well Educated? (2004), The Homework Myth (2006) oraz wielu innych, przełożonych na kilkanaście języków świata. Kohn dał się poznać jako błyskotliwy krytyk współczesnej kultury rywalizacji, obecnej także w szkołach i przedszkolach. Wypowiada się przeciwko wszelkim formom nauczania opartymi na konkurencji, a nie współpracy. Z tego względu jest przeciwnikiem ocen w szkołach. Podważa behawiorystyczne podejście do wychowania zorientowane na posłuszeństwo dziecka. Podkreśla, że należy wychowywać dzieci na ludzi samodzielnych, wrażliwych, ciekawych świata i gotowych nieść pomoc innym. Jest ojcem dwojga dzieci. www.alfiekohn.org O ileż cenniejsza niż wszystkie zasady tego świata jest odrobina człowieczeństwa. - Jean PIAGET Tytuł oryginału UNCONDITIONAL PARENTING MOVING FROM REWARDS AND PUNISHMENTS TO LOVE AND REASON Projekt graficzny KAROLINA TOLKA Copyright © 2005 by Alfie Kohn Copyright © by Wydawnictwo MiND, Podkowa Leśna 2013 ISBN 978-83-062445-39-4 WSTĘP O satysfakcji bycia ojcem, jak i wyzwaniach, które się z tym wiążą, wiedziałem na długo przed przyjściem na świat moich dzieci. Niestety, poza tym moja wiedza była dosyć mglista. Nie miałem pojęcia, jak wyczerpujące jest to zadanie. Nie przeczu- wałem, że człowiek czasami czuje skrajną bezradność, innym razem zaś mobilizuje w sobie jeszcze resztkę sił, kiedy wydaje mu się, że jest już u kresu. Z czasem zdałem sobie sprawę, że ćwiczenia głębokiego oddechu przerabiane przez matki w szkole rodzenia profitują długo po pierwszym krzyku noworodka. Na własnej skórze do- świadczyłem, jak głośno dzieci potrafią krzyczeć choćby z po- wodu złego kształtu makaronu podanego na obiad. Wielką ulgę przyniosła mi jednak świadomość, że wszystkie dzieci zachowują się tak samo. Jeszcze większą, że ich rodzi- ce także przyłapują się czasami na wątpliwościach, czy cały ich wysiłek wychowawczy nie idzie na marne. No cóż, wychowanie dzieci to nie zajęcie dla mięczaków. Moja żona mówi, że jest to najlepszy test umiejętności radze- nia sobie z bałaganem i nieprzewidywalnymi wydarzeniami – egzamin, do którego nie można się przygotować i którego re- zultaty nie zawsze podnoszą na duchu. Fizyka kwantowa? Neu- rochirurgia? Kiedy ktoś mówi, że są łatwe, możemy pokiwać głową: no tak, w końcu to nie wychowywanie dziecka... 5 Kłopoty rodziców biorą się między innymi stąd, że całą swo- ją energię kierują na przezwyciężanie oporu dzieci i zmuszanie ich, by robiły to, co im się każe. Jeżeli nie są dość przezorni, szybko staje się to ich podstawowym celem. Niestety, bardzo łatwo zamienić się w rodzica, który ponad wszystko ceni sobie potulność i posłuszeństwo swoich dzieci. Kilka lat temu, podróżując na jakiś wykład, siedziałem w sa- molocie, który właśnie wylądował i kołował na lotnisku. Kiedy zbierałem bagaże, jeden z moich przypadkowych współtowa- rzyszy podróży pochylił się nad rzędem siedzeń przed nami i  pogratulował siedzącej tam parze młodych ludzi: ,,Państwa synek był taki dobry podczas całego lotu!”. Zastanówmy się przez chwilę nad tym zdaniem. Słowo ,,do- bry’’ często niesie w sobie treść moralną: może być synonimem takich określeń, jak ,,etyczny’’, ,,honorowy’’ czy ,,współczujący’’. Jednakże w odniesieniu do dziecka znaczy ono niewiele więcej niż: ,,spokojne’’ albo ,,nie weszło mi na głowę’’. W tamtym mo- mencie, w kołującym samolocie, uświadomiłem sobie, że to jest właśnie to, czego zazwyczaj oczekujemy od dzieci: nie żeby były empatyczne, pomysłowe albo ciekawe świata, ale żeby dobrze się zachowywały. Dobre dziecko – od niemowlęctwa po dojrzewanie – nie sprawia zbyt wielu kłopotów dorosłym. Od kilkudziesięciu lat poglądy na kwestie wychowawcze za- czynają ulegać zmianie. Kiedyś dzieci były rutynowo poddawa- ne karom cielesnym, teraz stosuje się raczej karę odosobnienia czasowego (time-out) albo nagradza, kiedy są posłuszne. Ale nie mylmy nowych środków z nowymi celami. Cele pozostały te same: nadal chodzi o kontrolę nad dzieckiem, nawet jeżeli zaprowadzamy ją bardziej nowoczesnymi metodami. Jest tak nie dlatego, że nie troszczymy się o nasze dzieci. Chodzi raczej 6 o to, że przytłacza nas zwykła codzienność, kiedy obowiązek wieczornego kładzenia dziecka do łóżka i rannego budzenia, niezbędna kąpiel czy spacer sprawiają, że trudno nabrać dy- stansu i nadać właściwą miarę temu, co robimy. Nasze starania, by dzieci robiły to, co im nakazujemy, mogą kolidować z innymi, ambitniejszymi celami, jakie im wytycza- my. Dzisiejszego popołudnia skupiamy się głównie na tym, by nasz synek nie podniósł wrzasku w supermarkecie i pogodził się z faktem, że nie dostanie wielkiego kolorowego pudła słody- czy. Ale warto zastanowić się nad tym nieco głębiej. W warsz- tatach, które prowadzę dla rodziców, lubię zaczynać wykład od następujących pytań. • Jakie dalekosiężne cele stawiacie sobie w odniesieniu do waszych dzieci? • Jak chcielibyście je wykształcić? • Jakimi chcielibyście je widzieć, kiedy dorosną? Pomyślmy chwilę nad odpowiedzią. Kiedy proszę kolejne grupy rodziców o zdefiniowanie najważniejszych dalekosięż- nych celów dla ich dzieci, jak kraj długi i szeroki słyszę niezwy- kle podobne odpowiedzi. Oto typowa lista przedstawiona przez jedną z losowych grup. Dzieci mają być: • Szczęśliwe • Zrównoważone • Niezależne • Spełnione • Kreatywne • Życzliwe • Operatywne • Samodzielne • Uprzejme • Dociekliwe • Czułe • Pewne siebie 7 A teraz zastanówmy się, jak się ma ten zbiór przymiotni- ków do naszego postępowania wobec dzieci? Czy to, co robimy, jest spójne z tym, czego naprawdę chcemy? Czy moje codzien- ne zabiegi mogą pomóc dzieciom wyrosnąć na takich ludzi, na jakich chciałbym, żeby wyrosły? Czy to, co właśnie powie- działem dziecku w supermarkecie, przyczyni się choćby w naj- mniejszym stopniu do tego, by było szczęśliwe, zrównoważone, niezależne, spełnione i tak dalej – czy raczej wręcz przeciwnie? W takim razie jak powinienem reagować? Jeżeli nie mamy ochoty, zdrowia albo czasu, by wyobrażać sobie, jakie będą nasze dzieci za dziesięć czy dwadzieścia lat, to pomyślmy przynajmniej o tym, co liczy się dla nas dzisiaj. Oto wcisnęliśmy się w jakiś kąt na przyjęciu urodzinowym na- szego dziecka albo stoimy na szkolnym korytarzu. Tuż za ro- giem przystanęło dwoje innych rodziców, którzy nie zdają sobie sprawy z naszej obecności. Słyszymy, że rozmawiają o… na- szym dziecku! Skupmy się na moment i pomyślmy o słowie czy zdaniu, które bardzo bylibyśmy radzi usłyszeć. Przypuszczam – i mam nadzieję – że nie byłoby to coś w rodzaju: „O rany, to dziecko robi wszystko, co mu się każe, i ani piśnie!”. I tu postawmy sobie zasadnicze pytanie: czy przypadkiem nie postępujemy tak, jakby właśnie na tym nam najbardziej zależało1? *** Prawie ćwierć wieku temu psycholożka społeczna Elizabeth Cagan po zrecenzowaniu mnóstwa książek o nowoczesnych metodach wychowawczych uznała, że większość z nich „po- wszechnie akceptuje prawa rodzicielskie”, podczas gdy niewiele miejsca poświęca się „poważnej refleksji nad potrzebami, uczu- ciami czy rozwojem dziecka”2. W świetle powyższego, dodaje, 8 słusznie można dojść do wniosku, że pragnienia rodziców „są automatycznie zasadne”, a dyskutować należy jedynie o tym, jak sprawić, by dzieci robiły to, co im się każe. Od tamtej pory zmieniło się, niestety, niewiele. Każdego roku ukazuje się kilkaset książek o wychowaniu, a większość z nich wypełniają rady o tym, jak dostosować dzieci do ocze- kiwań dorosłych, co robić, by były grzeczne, i jakiej poddawać je tresurze, jakby były jakimiś zwierzakami domowymi. Wiele z tych poradników zachęca radośnie do stawiania czoła dziecia- kom i dzierżenia nad nimi władzy. Co więcej, niektóre jedno- znacznie nakazują wyzbycie się wszelkich wątpliwości i skru- pułów, jakie moglibyśmy mieć przy tego rodzaju postępowa- niu. To podejście ujawnia się już w samych tytułach: Don’t Be Afraid to Discipline (Nie obawiaj się dyscypliny), Parents in Charge (Rodzice biorą sprawy w swoje ręce), Taking Charge (Brać sprawy w swoje ręce), Back in Control (Przywrócić kon- trolę), Disciplining Your Preschooler and Feeling Good About It (Dyscyplinowanie przedszkolaka bez wyrzutów sumienia), Cause I’m the Mommy, That’s Why (Dlatego, że jestem mamą), Guilt-Free Parenting (Rodzice bez poczucia winy), The Answer Is No! (Odpowiedź brzmi: Nie!) i tak dalej i tak dalej. Jedne z tych książek stają w obronie staroświeckich metod i wartości („Ojciec złoi ci skórę, niech no tylko wróci z pracy!”), inne opowiadają się za nowomodnymi technikami („Wspania- le! Wysiusiałeś się do nocniczka, kochanie! Masz za to naklej- kę!”). Jednak ani jedne, ani drugie nie dają nam pewności, że nasze wymagania w stosunku do dzieci są rozsądne – ani że na dłuższą metę przyniosą im korzyść. Poza tym wiele z tych książek oferuje rozwiązania, któ- re okazują się, powiedzmy, nieszczególnie użyteczne, chociaż 9 ubarwia się je miejscami śmiesznymi, nierealnymi dialogami, mającymi rzekomo zademonstrować ich działanie3. Czytanie o metodach wychowawczych, które w praktyce okazują się nie- skuteczne, wywołuje irytację i tylko irytację, natomiast praw- dziwe niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, kiedy autorzy tych książek nie zadają sobie trudu, by zapytać, co rozumiemy pod pojęciem ,,skuteczne’’. Jeżeli nie przemyślimy własnych nad- rzędnych celów, przegramy z praktykami ukierunkowanymi na całkowite posłuszeństwo dziecka. Inaczej mówiąc, skupimy się jedynie na tym, co jest najważniejsze dla nas, a nie na tym, cze- go potrzebują dzieci. Kolejna sprawa dotycząca poradników wychowawczych: większość z nich proponuje porady oparte jedynie na przemy- śleniach autorów, z odpowiednim doborem anegdot potwier- dzających ich punkt widzenia. Rzadko zdarzają się odniesienia do stosownych badań naukowych. Bywa też, że wyrabiamy sobie pogląd po przeczytaniu jednego tytułu z półki z tematy- ką dziecięcą z najbliższej księgarni, nie zdając sobie sprawy, że istnieje cały wachlarz opracowań proponujących inne metody wychowawcze. Niektórzy czytelnicy są sceptyczni wobec zapewnień, że „badania potwierdzają” prawdziwość takiej lub innej metody. Ich sceptycyzm jest zrozumiały. Rzecz w tym, że ludzie, któ- rzy lubią podpierać się takimi sformułowaniami, często nie precyzują, o jakie badania chodzi, a tym bardziej, jak były pro- wadzone ani jakie znaczenie mają przytaczane wyniki. Znów zatem pojawia się to samo natrętne pytanie: jeżeli jakiś badacz twierdzi, że metoda x ma być skuteczniejsza od metody y, to natychmiast mam ochotę spytać: co pan właściwie rozumie pod pojęciem „skuteczniejsza”? Czy dzieci wychowywane według 10 tej metody będą w przyszłości ludźmi lepiej sytuowanymi? Czy będą bardziej uwzględniać wpływ swojego działania na innych? A może metoda x nauczy ich bezmyślnego posłuszeństwa? Niektórzy eksperci, podobnie jak niektórzy rodzice, wydają się zainteresowani wyłącznie tą ostatnią kwestią. Według nich, skuteczna strategia to taka, która sprowadza się do podporząd- kowania dziecka osobom dorosłym. Ale to strategia, która nie uwzględnia uczuć dziecka ani tego, jak postrzega ono osoby tłamszące jego wolę. Czy o to chodzi w całym procesie wycho- wawczym? Istnieją dowody, że wystarczy przyjąć subtelniejsze kryteria, a wszelkie techniki dyscyplinujące okażą się skuteczne tylko z pozoru. Powinno się też wiedzieć, że dziecięce obietni- ce typu „Już będę grzeczny”, choć składane ochoczo i w dobrej wierze, są płytkie, a wymuszona uległość nie trwa długo4. To jeszcze nie koniec historii. Problem polega nie tylko na tym, co tracimy, oceniając nasze strategie pod kątem skutecz- ności w wychowaniu posłusznego potomka. Chodzi o to, że posłuszeństwo samo w sobie nie zawsze jest pożądane. Istnieje coś takiego, jak bycie zbyt dobrze wychowanym. W Waszyng- tonie grupa badaczy śledziła rozwój dzieci w wieku od roku do pięciu lat i doszła do wniosku, że „podporządkowaniu cza- sami towarzyszyło nieprzystosowanie’’5. Na odwrót, „pewien poziom oporu wobec władzy rodzicielskiej” może być „sygna- łem pozytywnym”. Inna para psychologów opisała w ,,Journal of Abnormal Child Psychology’’ niepokojący fenomen, nazwa- ny przez nich „kompulsywną uległością”, a zachodzący wówczas, kiedy strach dzieci przed rodzicami prowadzi do tego, że robią wszystko, co im się każe – natychmiast i w sposób bezmyślny6. Także wielu terapeutów komentuje emocjonalne konsekwencje nadmiernej potrzeby zadowalania i słuchania dorosłych. Tera- 11 peuci wskazują, że nad wyraz dobrze wychowane dzieci robią to, co rodzice chcą, by robiły, i stają się takimi, jakimi rodzice chcą, by się stały, ale często kosztem zatracenia własnej osobowości7. Dzieci, wobec których stosuje się surową dyscyplinę, nie zawsze bywają wewnętrznie zdyscyplinowane. Niekoniecznie lepiej jest mieć dzieci, które przejmują nasze pragnienia i war- tości do tego stopnia, że robią to, co chcemy, nawet pod naszą nieobecność. Próba zaszczepienia samodyscypliny może być równoznaczna ze zdalnym sterowaniem dzieckiem, które nie jest niczym innym jak bardziej rozbudowaną wersją posłuszeń- stwa. Poza tym zachodzi duża różnica między dzieckiem, które robi coś, ponieważ wierzy, że jest to słuszne, a takim, które robi to pod przymusem. Nabycie przekonania, że dziecko przyswaja sobie nasze wartości, to nie to samo, co pomaganie mu w do- pracowaniu się własnych. Internalizacja rodzicielskich wartości nie musi prowadzić do celu, jakim jest wychowanie dziecka na samodzielnie myślącego człowieka8. Jestem przekonany, że większość z nas naprawdę chce, by nasze dzieci myślały samodzielnie, były asertywne i odważne moralnie... kiedy są wśród swoich przyjaciół. Mamy nadzieję, że stawią czoło łobuzom i oprą się presji rówieśników, zwłasz- cza jeśli chodzi o seks i narkotyki. Ale jeśli tego chcemy, mu- simy wychować je tak, by wyrobiło sobie własne zdanie o róż- nych sprawach. Inaczej mówiąc: jeżeli naszym priorytetem jest wymuszanie posłuszeństwa w obrębie czterech ścian naszego domu, to możemy się spodziewać, że nasze uległe dzieci w przy- szłości podporządkują się komuś innemu ‒ poza domem. Bar- bara Coloroso zauważa, że często zdarzało jej się wysłuchiwać narzekań rodziców nastolatków w rodzaju: „Był takim dobrym dzieckiem, tak dobrze wychowanym i ułożonym. Ale popatrz na niego teraz!”. Tu Coloroso odpowiada: 12 Zawsze ubierał się według waszego gustu. Zachowywał się w sposób, w jaki, według was, miał się zachowywać. Mówił to, co, według was, powinien mówić. Zawsze słuchał kogoś, kto mu nakazywał, co ma robić. On się nie zmienił. On wciąż słu- cha kogoś, kto mu mówi, jak ma postępować. Kłopot w tym, że teraz to nie jesteście wy, rodzice, ale jego rówieśnicy9. *** Im więcej rozmyślamy nad naszymi dalekosiężnymi cela- mi wychowawczymi, tym bardziej wszystko zaczyna się kom- plikować. Każdy cel może okazać się niewarty wysiłku, jeżeli rozważamy go pojedynczo: niewiele wartości znaczy w życiu tak wiele, że aby je osiągnąć, warto poświęcić wszystko inne. Może mądrzej byłoby pomóc naszemu dziecku znaleźć złoty środek między przeciwnymi parami wartości, tak aby wyrosło na człowieka samodzielnego, ale także troskliwego wobec in- nych czy pewnego siebie, a mimo to skłonnego wytyczać sobie pewne granice. Podobnie niektórzy rodzice mogą się upierać przy tym, że to samo, co dla nich liczy się najbardziej, pomoże ich dzieciom określić i osiągnąć własne cele. Owszem, może tak się zdarzyć, ale musimy być przygotowani także na ewentual- ność, że dzieci dokonają własnych wyborów i opowiedzą się za innymi wartościami niż nasze. Rozważania o celach na przyszłość mogą nas prowadzić w przeróżnych kierunkach, ale chcę podkreślić, że cokolwiek byśmy o nich myśleli, powinniśmy myśleć wiele. Powinny one być naszym kamieniem probierczym, choćby tylko po to, byśmy nie ulegli pokusie robienia wszystkiego, co zapewni nam święty spokój. Jako ojciec dwojga dzieci jestem doskonale obeznany 13 z  frustracją i wyzwaniami, które wiążą się z rodzicielstwem. Bywają chwile, kiedy moje najlepsze strategie biorą w  łeb, a  cierpliwość wyczerpuje się i wtedy chcę jedynie, aby moje dzieci robiły to, co im każę. Trudno skupiać uwagę na wznio- słych celach, gdy jedno z nich drze się wniebogłosy na obiedzie w restauracji. Czasami trudno mi nawet pamiętać o tym, kim jestem albo kim chciałbym być, bo pochłania mnie wir nerwo- wego dnia i czuję przypływ niezbyt szlachetnych impulsów. Jest mi trudno, niemniej wszystko to jest warte zachodu. Niektórzy ludzie racjonalizują swoje postępowanie przez odrzucenie bardziej znaczących celów, takich jak bycie dobrym człowiekiem albo wychowanie dziecka na dobrego człowieka. Nazywają je idealistycznymi. Ale bez ideałów niewiele jesteśmy warci. Ideały nie zawsze są niepraktyczne. Są równie praktycz- ne jak racje moralne, dla których ustalamy dziecku dalekosięż- ne cele i zastanawiamy się nad tym, czego ono potrzebuje, a nie tylko nad tym, czego od niego żądamy. W niniejszej książce będę mówił o tym, dlaczego widzę sens w odejściu od zwykle stosowanych strategii wychowawczych. Naszym priorytetem powinno być pytanie: na jakich ludzi wy- rosną nasze dzieci? Czy mają akceptować świat takim, jaki jest, czy też starać się go ulepszać? Jest to podejście wywrotowe. Wywraca bowiem na nice konwencjonalne poglądy na temat wychowania dzieci i rzuca wyzwanie krótkowzrocznym dążeniom rodziców. W niektó- rych wypadkach może także podważać przekonanie o słusz- ności naszych dotychczasowych działań albo nawet słuszności tego, co zrobiono dla nas w czasach naszego dzieciństwa. Temat tej książki nie sprowadza się tylko do dyscypliny, ale szerzej do sposobów postępowania z dziećmi i tego, co o nich 14 myślimy i co do nich czujemy. Jej zamierzeniem jest pomóc nam, rodzicom, zaufać swoim najlepszym instynktom i – po tym jak ubraliśmy nasze pociechy w piżamy, a odgłosy kłócą- cych się bliźniaków nareszcie przycichły, my zaś skończyliśmy ze zmywaniem i sprzątaniem – utwierdzić się w przekonaniu, co tak naprawdę liczy się w życiu. Ta książka namawia do po- nownego rozważenia naszych podstawowych przekonań o rela- cjach między rodzicami i dziećmi. Co najważniejsze, proponuję praktyczne rozwiązania alter- natywne dla metod, które mają sprawić, by nasze dzieci dobrze się sprawowały albo osiągały sukcesy. Wierzę, że mogą one po- móc im wyrosnąć na naprawdę dobrych ludzi. rozdział PierWSzy WyCHoWaNie WarUNKoWe Czasami znajduję pocieszenie w myśli, że wbrew wszelkim błędom, jakie popełniłem i jeszcze popełnię jako rodzic, moje dzieci wyrosną na wartościowych ludzi z tej jednej przyczyny, że naprawdę je kocham. A miłość ponoć leczy wszystkie rany. Wszystko, czego potrzebujemy, to miłość. Miłość oznacza, że nie musisz przepraszać za to, że rano w kuchni poniosły cię nerwy. Ten pokrzepiający pogląd opiera się na idei, że istnieje coś takiego, co nazywa się miłością rodzicielską, i jest najważniej- szym wianem, w jakie możemy wyposażyć nasze dzieci. Ale może idea ta to tylko zgubne uproszczenie? Czy nie istnieją różne sposoby kochania dzieci? Czy wszystkie są jednakowo pożądane? Psychoanalityczka Alice Miller zauważyła swego czasu, że można kochać dziecko „bezgranicznie, jednak nie tak, jak ono tego potrzebuje”. Jeśli Miller ma rację, istotną sprawą jest nie to, czy – lub jak bardzo – kochamy nasze dzieci, ale jak je kochamy. Kiedy się to zrozumie, całkiem szybko można sporządzić listę różnych rodzajów miłości rodzicielskiej. Niniejsza książ- ka bierze na warsztat rozróżnienie między dwiema: kochaniem dzieci za to, co robią (m i ł o ś ć w a r u n k ow a ), i kochaniem ich za to, że są (m i ł o ś ć b e z w a r u n k ow a ). Pierwszy rodzaj miłości jest warunkowy, to znaczy, że dzieci muszą sobie na nią 16 zasłużyć, postępując w sposób, który my, dorośli, uważamy za odpowiedni, albo zaspokajając nasze oczekiwania. Druga miłość nie stawia warunków: nie zależy od tego, jak dziecko postępuje, czy jest udane, odnosi sukcesy ani czy dobrze się sprawuje. Chcę bronić idei wychowania bezwarunkowego z dwóch powodów: moralnych i praktycznych. Pierwszy głosi po pro- stu tyle, że dziecko nie powinno pracować na nasze pochwa- ły. Mamy je kochać, jak mówi moja przyjaciółka Deborah, bez żadnego powodu. Ponadto liczy się nie tylko nasze przekona- nie, że kochamy je bezwarunkowo – ważne jest także, żeby ono to odczuwało. Z praktycznego punktu widzenia możemy stwierdzić, że mi- łość bezwarunkowa przynosi pozytywne skutki. Jest nie tylko słuszna z moralnego punktu widzenia, ale także mądra. Dzieci chcą być kochane takie, jakie są, i za to, że są. Taka miłość po- zwala im akceptować siebie w każdej sytuacji, w powodzeniu i niepowodzeniu. Łatwiej akceptują wtedy także innych ludzi. Krótko mówiąc, miłość, która nie stawia warunków, jest tym, czego dzieci potrzebują do pełnego rozwoju. A jednak my, rodzice, często skłaniamy się do obwarowywa- nia naszej aprobaty różnymi warunkami. Popycha nas do tego nie tylko wpojona przez otoczenie wiara w słuszność takiego wychowania, ale także sposób, w jaki sami byliśmy wychowa- ni. Można powiedzieć, że jesteśmy uwarunkowani do stawiania warunków. W istocie bezwarunkowa akceptacja wydaje się wy- stępować rzadko nawet jako idea: wyszukiwanie w Internecie wariantów słowa ,,bezwarunkowy’’ prowadzi głównie na stro- ny poświęcone religii albo zwierzętom domowym. Najwyraźniej trudno jest wielu ludziom wyobrazić sobie taką miłość do dru- giego człowieka, która potrafi dawać, nie oczekując zapłaty. 17 Przez zapłatę, jeśli chodzi o dzieci, niektórzy rozumieją d o - b re z a c h ow a n i e , inni – o s i ą g n i ę c i a i s u k c e s y. Ten rozdział i trzy następne poświęcę na zgłębienie kwestii wycho- wawczych, a zwłaszcza sposobu, w jaki wiele popularnych stra- tegii dyscyplinowania powoduje, że dzieci czują, iż są akcepto- wane tylko wówczas, kiedy postępują zgodnie z wymaganiami rodziców. W rozdziale piątym przedstawię punkt widzenia dzieci. W drugiej połowie książki podam konkretne propozy- cje pozwalające zrezygnować z tego podejścia i wskażę coś, co jest bliższe miłości, jakiej dzieci potrzebują. Najpierw jednak chciałbym przyjrzeć się dokładniej idei wychowania warunko- wego: jakie założenia leżą u jego podłoża i jakie ma ono skutki dla rozwoju dziecka. Dwie metody wychowawcze Kłopoty z moją córką Abigail zaczęły się kilka miesięcy po jej czwartych urodzinach, co miało zapewne związek z pojawie- niem się w domu drugiego dziecka. Zrobiła się wówczas niemi- ła, bardziej oporna wobec naszych próśb i wymagań, reagowała na wszystko złością i tupaniem. Zwykła codzienność przero- dziła się w próbę sił. Pamiętam, że pewnego wieczoru obiecała wziąć kąpiel zaraz po kolacji, jednak nie zrobiła tego, a kiedy przypomnieliśmy o obietnicy, wrzasnęła okropnie i rozbudziła ledwie co uśpionego braciszka. Na prośbę, by była ciszej, odpo- wiedziała kolejnym wrzaskiem. Pytam zatem: czy powinniśmy wtedy jak co wieczór przy- tulić ją i poczytać książeczkę? Wychowanie warunkowe powie: O, nie! Podejmując zwykłe, miłe sercu czynności, w pewnym sensie nagradzamy córkę za niedopuszczalne zachowanie. 18 Powinno się odstąpić od cowieczornego rytuału, dając jej do zrozumienia uprzejmie, acz stanowczo, dlaczego musi ponieść ,,stosowne konsekwencje”. Taki tryb postępowania wydaje się krzepiąco znajomy więk- szości z nas i jest spójny z radami oferowanymi przez liczne poradniki dla rodziców. Co więcej, muszę przyznać, że do pewnego stopnia miałbym satysfakcję z narzucenia swojej woli krnąbrnej czterolatce. Dając jej do zrozumienia, że nie wolno tak się zachowywać, ja, ojciec, miałbym poczucie, że potrafię się postawić. Że panuję nad sytuacją. Jednak rodzic kierujący się miłością niestawiającą warun- ków powinien jak gdyby nigdy nic przytulić dziecko na dobra- noc i poczytać mu do snu jak co wieczór. Co wcale nie znaczy, że należy zignorować cały incydent. Wychowanie, w którym nie stawia się warunków, nie jest jednoznaczne z przyzwole- niem na to, by dzieci robiły wszystko, na co mają ochotę. Kiedy jest już po burzy, trzeba wspólnie z dzieckiem zastanowić się, co ją wywołało. Tak właśnie zrobiliśmy z Abigail po przeczytaniu paru stron książki. Jest o wiele bardziej prawdopodobne, że lek- cja, jakiej chcemy udzielić, zostanie zapamiętana, gdy dziecko będzie wiedziało, że nasza miłość jest stała bez względu na jego zachowanie. Każdy z tych dwóch sposobów wychowania opiera się na swoistym zestawie przekonań dotyczących psychologii dzieci i natury ludzkiej. Zacznijmy od tego, że podejście warunkowe wiąże się ściśle z kierunkiem psychologicznym zwanym beha- wioryzmem, który jest powszechnie kojarzony z nieżyjącym już Burrusem F. Skinnerem. Dyscyplinę tę charakteryzuje koncen- tracja na zachowaniu ludzi, z pominięciem tego, co dzieje się w ich uczuciach i myślach. Wszystko, co behawioryzm mówi o człowieku, sprowadza się do tego, co widać i co można zmie- 19 rzyć eksperymentalnie. Ponieważ nie da się zobaczyć ludzkich pragnień ani strachu, trzeba skoncentrować się tylko na tym, jak przejawiają się one w zewnętrznym zachowaniu. Ponadto behawioryzm zakłada, że wszystkie zachowania powstają i ustają, pogłębiają się i spłycają jedynie w reakcji na bodźce. Behawioryści uważają także, że każde nasze działanie można wytłumaczyć tym, czy przynosi nam jakąś nagrodę albo prowadzi do jakiejś satysfakcji. Jeżeli dziecko jest czułe dla swo- ich rodziców albo dzieli się deserem z przyjacielem, to wyłącz- nie dlatego, że takie postępowanie spotykało się w przeszłości z czyjąś miłą reakcją lub nagrodą. W skrócie: nasze działania zostają wyjaśnione przez oddzia- ływanie zewnętrzne, na przykład fakt, że ktoś został wcześniej nagrodzony lub ukarany za zrobienie czegoś. A człowiek jest po prostu sumą swojego działania. Nawet ci, którzy nigdy nie czy- tali żadnej książki B. F. Skinnera, wydają się przyklaskiwać jego ideom. Kiedy rodzice i nauczyciele ciągle mówią o ,,zachowa- niu dziecka’’, można by pomyśleć, że składa się ono wyłącznie z ,,zachowania”. Nieważna jest jego osobowość ani to, co myśli, czuje lub czego potrzebuje. Nieważne są motywy jego postępo- wania i wartości, którymi się kieruje – ważne jest jedynie, by się ,,zachowywało”. To oczywiście stanowi zachętę dla technik dyscyplinujących, które za jedyny cel stawiają sobie wymusze- nie na dzieciach określonego działania lub zaprzestania okre- ślonych działań. Behawiorystyczne podejście prezentują, na przykład, rodzi- ce, którzy wymuszają na dziecku mówienie słowa ,,przepraszam”. Gdy ono kogoś urazi, mówią: „Nie powiesz, że jest ci przykro?”. Czy zakładają, że samo powiedzenie ,,Przepraszam’’ wiąże się z poczuciem skruchy, mimo wszelkich dowodów świadczących o czymś przeciwnym? A może, co gorsza, wcale nie dbają o to, 20 czy dziecku jest przykro, ponieważ szczerość jest dla nich nie- istotna, liczy się zaś tylko fakt wypowiedzenia stosownej formuł- ki? Na ogół takie wymuszone przeprosiny uczą dzieci mówienia rzeczy, których nie zamierzają mówić, to znaczy kłamstwa. Nie jest to jakaś epizodyczna praktyka rodzicielska, którą wystarczy zmienić. To jeden z wielu możliwych przykładów sposobu myślenia wyznawców idei Skinnera: przykładania wagi jedynie do zachowania. Sposobu myślenia, który zawęża nasze rozumienie dzieci i wypacza sposób postępowania z nimi. Wi- dzimy to także w programach, których ideą jest wytrenowanie małych dzieci, by spały we własnym łóżeczku albo jak najszyb- ciej zaczęły korzystać z nocniczka. Autorzy takich programów nie wnikają w przyczyny, dla których dziecko zostawione samo sobie płacze. To może być strach przed ciemnością, nadmier- ne zmęczenie, głód czy coś jeszcze innego. Podobnie nikt nie pyta o przyczynę, dla której maluch wzbrania się przed siusia- niem w toalecie. Eksperci, którzy przedstawiają nam recepty na „uczenie” dzieci krok po kroku spania w oddzielnym pokoju lub namawiają do nagradzania medalami, m msami czy chwa- lenia za niesiusianie w pampersy, nie skupiają się na myśleniu, uczuciach i intencjach dziecka, które stanowią źródło jego za- chowań. Skupiają się na samym zachowaniu. W tym miejscu pozwalam sobie dać pewną praktyczną radę: wartość książek o wychowaniu jest odwrotnie proporcjonalna do częstości wy- stępowania w niej słowa ,,zachowanie’’. *** Wróćmy do Abigail. Wychowanie warunkowe zakłada, że w sytuacji, jaką opisałem, poczytanie jej bajki na dobranoc lub jakakolwiek inna deklaracja miłości rodzicielskiej może 21 jedynie zachęcić ją do kolejnego napadu złości lub wzmocnić w przekonaniu, że dajemy przyzwolenie na wszystko, co robi: że rozbudzenie śpiącego niemowlęcia albo odmowa wieczornej kąpieli mieści się w granicach normy. Wychowanie bezwarunkowe postrzega taką sytuację – i w ogóle istoty ludzkie – bardzo odmiennie. Na początek radzi nam wziąć pod uwagę to, że powody zachowania Abigail mogą być bardziej wewnętrzne niż zewnętrzne. Być może zawładnął nią lęk, którego nie umie nazwać, albo frustracja, której nie umie wyrazić? Zachowanie dzieci nie zawsze bywa wywołane zewnętrznymi bodźcami. Wychowanie bezwarunkowe zakłada, że zachowania są uze- wnętrznieniem uczuć i myśli, potrzeb i intencji. Jednym sło- wem, l i c z y s i ę n i e s a m o z a c h ow a n i e , a l e d z i e c- k o, kt ó re s i ę w n i e a n g a ż u j e. Dziecko to nie miauczą- cy lub szczekający ulubieniec, którego trzeba wytresować, ani komputer zaprogramowany do z góry przewidzianych reakcji. Dziecko postępuje w taki czy inny sposób z różnych powodów – i niektóre z nich mogą być bardzo trudne do zidentyfikowa- nia. Ale nie możemy ich lekceważyć. Nie możemy reagować tylko na zewnętrzne przejawy, to znaczy tylko na zachowania naszych dzieci. W istocie każde z nich wymaga całkiem innego trybu postępowania. Gdyby się, na przykład, okazało, że Abiga- il jest arogancka, ponieważ w jej przekonaniu za bardzo zajmu- jemy się jej bratem, wówczas przede wszystkim należałoby się uporać z ogólniejszą sytuacją, a nie tylko ze sposobem, w jaki okazuje swoje lęki. We wszystkich staraniach zrozumienia konkretnych powo- dów różnych działań i wychodzenia im naprzeciw zachowajmy wierność jednemu nadrzędnemu imperatywowi: dziecko musi 22 wiedzieć, że je kochamy w każdej sytuacji i w każdym momen- cie. W rzeczywistości dla Abigail – s z c z e g ó l n i e tamtego wieczoru – było ważne móc się do nas przytulić, wyczytać z na- szego zachowania, że nasza miłość pozostaje niezachwiana. To pomogłoby jej pokonać zły dla niej czas. Nic, co jest równoznaczne z karą, nie może być konstruk- tywne. Tamtego wieczoru kara tylko podtrzymałaby w córce sprzeciw i prawdopodobnie stałaby się bodźcem do kolejnego napadu złości. A nawet gdyby ją chwilowo wyciszyła, to czy za- pobiegłaby gwałtownym reakcjom nazajutrz? Kara nie przema- wia do sposobu rozumowania dziecka, a to, co my uważamy za nauczkę, w jego oczach może oznaczać odebranie naszej mi- łości. Generalizując, ukarane dziecko czuje się jeszcze bardziej nieszczęśliwe, zostawione samo sobie i pozbawione wsparcia. Kara daje mu poczucie, że tylko wówczas jest kochane – i za- sługuje na kochanie – kiedy postępuje zgodnie z oczekiwania- mi rodziców. Dostępne badania, które przeanalizuję pokrótce, wykazują z całą mocą, że kara jedynie pogarsza sprawę. *** Rozmyślając nad tym przez lata, doszedłem do wniosku, że wychowania warunkowego nie da się całkowicie wyjaśnić po- przez behawioryzm. Zachodzi tu coś innego. Otóż wyobraźmy sobie taką sytuację: zdenerwowane dziecko krzyczy, a kiedy się uspokaja, tata obejmuje je, kładzie do łóżka i czyta mu o przy- godach żabki i ropuchy. W reakcji na to orędownik wychowa- nia warunkowego woła: „O nie! W ten sposób dziecko jedynie utwierdza się w przekonaniu, że wolno mu się źle zachowywać! Uczy się, że bycie nieposłusznym jest w porządku!”. 23 Takie podejście zawiera nie tylko pewną hipotezę na temat tego, czego i jak dzieci uczą się w określonych sytuacjach. Od- zwierciedla także szalenie niewłaściwy, ogólniejszy pogląd na naturę dzieci, a co za tym idzie, również na naturę człowieka: że przy pierwszej nadarzającej się okazji dzieci nas wykorzy- stają. Dać im palec, a chwycą całą rękę. Że wyciągną najgorszą z możliwych naukę: „Hurra, mogę sprawiać kłopoty!”. Wycho- wanie warunkowe przynajmniej częściowo bazuje na głęboko cynicznym przekonaniu, że akceptowanie dzieci takimi, jakie są, pozwala im być dziećmi złymi, ponieważ, no cóż, takie są z natury. Akceptowanie ich bez żadnych zobowiązań zostanie zin- terpretowane jako przyzwolenie, by zachowywały się w sposób egoistyczny i roszczeniowy, by były zachłanne lub niedelikatne10. Mówiąc o niestawianiu warunków w procesie wychowaw- czym, zacznijmy od przypomnienia, że Abigail nie miała w za- myśle dokuczenia ojcu – czyli mnie. Nie miała zamiaru być złośliwa. W ten sposób, takim językiem, jakim potrafiła, mó- wiła do mnie, że coś jest nie tak. Dlatego proponuję obdarzenie naszych dzieci większym zaufaniem, że nie wyciągają złej nauki z okazywanej przez nas miłości. Kwestionuję przekonanie, że zawsze chciałyby postępować źle, gdyby tylko doszły do prze- konania, że złe postępowanie ujdzie im na sucho. Taki punkt widzenia nie jest ani romantyczny, ani niereali- styczny. Nie zamierzam przeczyć, że dzieci – i dorośli – robią czasami złe rzeczy. Dziećmi trzeba kierować i trzeba im po- magać, to prawda, ale nie są małymi potworami, które należy ujarzmiać i zmuszać do posłuszeństwa. Potrafią być współczu- jące i agresywne, altruistyczne i samolubne, skłonne do współ- pracy i do rywalizacji. Dużo zależy od tego, jak są wychowywa- ne ‒ między innymi od tego, czy czują miłość bezwarunkową. 24 Kiedy małe dziecko dostaje napadu złości lub ni stąd ni zowąd wzbrania się przed kąpielą, często można to wytłumaczyć jego wiekiem ‒ to znaczy niemożnością zrozumienia źródeł wła- snego niepokoju, wyrażenia własnych uczuć we właściwszy sposób, pamiętania o swoich obietnicach i o ich dotrzymywa- niu. Zatem można kategorycznie stwierdzić, że wybór między wychowaniem warunkowym i bezwarunkowym jest wyborem między radykalnie odmiennymi poglądami na naturę ludzką. Ale przyjrzyjmy się jeszcze innym hipotezom. Naszemu społeczeństwu wpojono, że aby dostać coś dobrego, trzeba na to zasłużyć: nie ma nic za darmo! W istocie wielu ludzi wręcz doprowadza do szału myśl, że zasada ta mogłaby zostać po- gwałcona. Zauważmy, na przykład, wrogość, jaką wiele osób czuje do opieki społecznej i tych, którzy na nią liczą. Wreszcie wychowanie warunkowe przejawia tendencję do uznawania niemal każdej interakcji między ludźmi, nawet między członkami jednej rodziny, za coś w rodzaju transakcji handlowej. Prawa rynku ‒ podaż i popyt, coś za coś ‒ przyjęły status uniwersalnych i absolutnych zasad, jak gdyby wszystko w naszym życiu, łącznie z tym, co robimy ze swoimi dziećmi, było analogiczne do kupowania samochodu albo wynajmowa- nia mieszkania. Pewien autor książki o wychowaniu – nieprzypadkowo behawiorysta – przedstawia to następująco: „Jeśli chcę zabrać moje dziecko na przejażdżkę czy choćby tylko je uścisnąć i po- całować, najpierw muszę się upewnić, że na to zasłużyło”11. Zanim odrzuci się taki pogląd jako skrajny, zauważmy, że wy- bitna psycholog Diana Baumrind użyła podobnego argumentu przeciw wychowaniu bezwarunkowemu, deklarując, że „zasada wzajemności, płacenia za wartość otrzymaną, to reguła życio- wa, która wszyscy stosujemy”12. 25 Jest wielu pisarzy i terapeutów, którzy co prawda nie hoł- dują tej zasadzie w sposób otwarty, niemniej wygląda na to, że korzystają ze swoistego modelu ekonomicznego. Ich rady, o ile potrafimy czytać między wierszami, wydają się bazować na przekonaniu, że kiedy dzieci nie postępują wedle naszej woli, trzeba im odmówić czegoś, na czym im zależy. Przecież nicze- go nie powinno się dostawać za darmo – nawet szczęścia czy miłości. Ile razy słyszymy wokół wypowiedzi rodziców – stanowcze i aroganckie – że coś jest „przywilejem, a nie prawem”? Cza- sami marzy mi się przeanalizowanie osobowości ludzi, którzy wyznają taki pogląd. Wyobraźmy sobie kogoś, kto twierdzi z uporem, że wszystko – od kupienia dziecku lodów po okaza- nie mu zainteresowania – powinno być zależne od jego postę- powania, że ono samo z siebie nie zasługuje na obdarowywanie ani rzeczami, ani uczuciami. Czy możemy sobie wyobrazić ko- goś takiego, z taką osobowością? Czy taką matkę lub takiego ojca naprawdę cieszy przebywanie z własnymi dziećmi? Czy chcielibyśmy mieć takiego przyjaciela? A zatem kiedy słyszę zwrot „to przywilej, a nie prawo”, za- stanawia mnie nieodmiennie osobowość człowieka, który wi- działby w tym słuszność. Czy nie istnieje nic takiego, do czego ludzie są upoważnieni tylko z racji bycia ludźmi? Czy nie ist- nieją relacje, których nie chcielibyśmy podporządkować pra- wom ekonomicznym? To prawda, że rodzice spodziewają się rekompensaty za swoją pracę tak jak rachunku za zakupy. Ro- dzi się jednak pytanie, czy podobna „zasada wzajemności” jest stosowana w naszych relacjach z przyjaciółmi czy rodziną. Psy- cholodzy społeczni zauważyli, że faktycznie są osoby, z którymi 26
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wychowanie bez nagród i kar. Rodzicielstwo bezwarunkowe
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: