Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00143 007006 13419637 na godz. na dobę w sumie
Wygrana w Monte Carlo - ebook/pdf
Wygrana w Monte Carlo - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 156
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876205 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Baronowa Samantha van Bergen z przerażeniem przyjęła wiadomość, że została przegrana w karty wraz z majątkiem przez męża – nałogowego oszusta i hazardzistę. Wkrótce po wygraną zgłasza się bogaty, tajemniczy i nieprzewidywalny Włoch, Cristiano Bartolo. Oburzona Samantha wkrótce odkrywa, że Cristiano ma jakiś ukryty cel...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Jane Porter Wygrana w Monte Carlo Tłumaczyła Monika Łesyszak Droga Czytelniczko! Witam w lipcu. Lato mieni się juz˙ wszystkimi kolorami. Jez˙eli jesteś na wymarzonym urlopie, moz˙e sięgniesz po ksiąz˙kę z serii Światowe Z˙ycie? Lato sprzyja lekturze i... miłości. Oto róz˙norodna wakacyjna oferta: Testament z Brazylii omal nie zniweczył miłości Nicka Ramire- za i pięknej Tess... Wygrana w Monte Carlo była pierwszym krokiem, który zrobił Cristiano, by zdobyć Samanthę... Filmowa opowieść i Nieprzypadkowa dziewczyna (Światowe Z˙ycie Duo) – dwie historie o krętych drogach do szczęśliwego związku. Zapraszam do lektury Małgorzata Pogoda Harlequin. Kaz˙da chwila moz˙e być niezwykła. Czekamy na listy! Nasz adres: Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises Sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21 Jane Porter Wygrana w Monte Carlo Toronto · Nowy Jork · Londyn Amsterdam · Ateny · Budapeszt · Hamburg Madryt · Mediolan · Paryż Sydney · Sztokholm · Tokio · Warszawa Tytuł oryginału: Taken by the Highest Bidder Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon Limited, 2005 Harlequin Presents, 2005 Redaktor serii: Małgorzata Pogoda Opracowanie redakcyjne: Małgorzata Pogoda Korekta: Zofia Firek ã 2005 by Jane Porter ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Światowe Z˙ycie są zastrzez˙one. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-5024-3 Indeks 389994 ŚWIATOWE Z˙YCIE – 71 ROZDZIAŁ PIERWSZY Mąz˙ Samanthy van Bergen znowu od wielu dni późno wracał do domu. Jak zwykle w takich przy- padkach wiedziała, gdzie go znaleźć. Przygotowana na cięz˙ką batalię, owinęła się ciaśniej szarym ak- samitnym płaszczem, spiesząc po schodach wiel- kiego Le Casino w Monte Carlo. Johann od niepa- miętnych czasów grał nałogowo w karty. Dawniej przynajmniej częściej wygrywał. Z początku od- chodził od stolika, kiedy nie dopisywało mu szczęś- cie. Z czasem zatracił tę umiejętność, a wraz z nią resztki zdrowego rozsądku. Ostatnio siedział w lo- kalu w nieskończoność, chociaz˙ stracili juz˙ wszyst- kie oszczędności, luksusowy apartament w centrum miasta, a nawet ferrari. Co jeszcze pozostało? – py- tała samą siebie bezradnie na marmurowych scho- dach budynku. W gabinecie dla prominentów Cristiano Bartolo przyjął nonszalancką pozę przy swym ulubionym stoliku. Kiedy otworzyły się drzwi, popatrzył w ich stronę, wściekły, z˙e ktoś mu przeszkadza. Na widok pięknej baronowej van Bergen jego spojrzenie nieco złagodniało, a usta wykrzywił ironiczny uśmieszek. Cóz˙ za znamienity tytuł dla nieśmiałej, młodej Angielki, pomyślał. Zdjęła właśnie płaszcz, prze- rzuciła go sobie przez ramię, odsłaniając białą 6 JANE PORTER wieczorową suknię. Nie rozumiał, czemu ta kobieta tak go fascynuje. Widział ją tylko raz, równiez˙ w Le Casino, pół roku wcześniej. Wywarła na nim tak wielkie wraz˙enie, z˙e nie potrafił o niej zapomnieć. Tamtego dnia grał w ruletkę. Nagle spostrzegł, z˙e wszyscy męz˙czyźni obracają głowy w tę samą stro- nę. Gdy podąz˙ył za ich spojrzeniami, zrozumiał. Drobna, szczupła baronowa miała twarz anioła. Otaczające ją złote loki spływały kaskadą na plecy. Tylko lekko przymruz˙one, czujne oczy przeczyły złudzeniu niewinności. Znał całe tuziny pięknych dziewcząt, lecz ta właśnie, zdecydowanie zbyt po- waz˙na jak na tak młody wiek, głęboko zapadła mu w pamięć. Teraz przystanęła w drzwiach, czujna, skoncen- trowana niczym Joanna d’Arc przed decydującą batalią. Zdecydowanym krokiem podeszła do męz˙a, Johanna van Bergena. Cristiano nigdy go nie lubił. Dlatego właśnie z nim grał. Parę miesięcy wcześniej odkrył, z˙e Johann nie tylko źle gra w karty, ale tez˙ brak mu siły woli, z˙eby opuścić lokal, gdy szczęście przestaje mu dopisywać. Tego dnia stracił juz˙ pięć milionów. Cristiano nie popełniał takich błędów. Wszelkimi sposobami dąz˙ył do zwycięstwa, kal- kulował, obliczał swoje szanse. Nienawidził pora- z˙ek. Ostatniej doznał tak dawno, z˙e niemalz˙e o niej zapomniał. Nie do końca. Nadal odczuwał jej gorzki smak. Jednak ryzykował. I zwycięz˙ał, tak jak teraz. Sięg- nął ponownie po karty, z˙eby wykończyć przeciw- nika, zrujnować, wdeptać w ziemię. W ramach WYGRANA W MONTE CARLO 7 rewanz˙u, z zemsty. Pchnął garść z˙etonów na środek stołu, podwyz˙szając stawkę. Popatrzył spod rzęs na Samanthę van Bergen. Przykucnęła obok Johanna z płaszczem przerzuco- nym przez ramię. Połoz˙yła dłoń na jego udzie. Zdaniem Cristiana, na niewłaściwym. Powinna na- lez˙eć do niego. Nie wątpił, z˙e wkrótce będzie nale- z˙ała, choć przysięgała wierność innemu. Zazdrościł mu. Marzył o tym, z˙eby owinąć sobie jej złoty lok wokół palca i umieścić między pełnymi piersiami tej piękności. Sięgnął po kieliszek whisky. Alkohol rozgrzał mu krew, podsycił zarówno ciekawość, jak i pragnienie. Postanowił, z˙e ją zdobędzie. Zajrzał w głęboki dekolt białej sukni w złociste prąz˙ki. Powoli uniósł wzrok ku smukłej szyi, delikat- nemu zaokrągleniu podbródka, wyraźnym kościom policzkowym, wreszcie ku zatroskanym błękitnym oczom. Strapienie zbyt wcześnie wyrzeźbiło zmar- szczkę pomiędzy łukowatymi ciemnobrązowymi brwiami. Zaciśnięte usta nadawały ślicznej buzi bolesny wyraz. Anioły nie powinny tak cierpieć, pomyślał z przykrością. Wyobraził sobie, jak te cudowne wargi miękną od jego pocałunków. Ocza- mi wyobraźni widział ją na łoz˙u, spragnioną piesz- czot, ubraną jedynie w złoty naszyjnik. Lecz współczesna Joanna d’Arc nie zwracała na niego uwagi. Nie obchodził jej nikt prócz męz˙a. Właśnie przystąpiła do działania. Cristiano nie sły- szał, co mu powiedziała, za to baron nawet nie raczył ściszyć głosu. – Idź do domu – ofuknął ją bez z˙enady. 8 JANE PORTER Lecz ona uparcie tkwiła przy jego boku. Szeptała coś z przejęciem tak, z˙eby inni nie słyszeli. Jeszcze bardziej go rozzłościła. Znowu na nią nawrzeszczał. Choć przynosił jej wstyd, patrzyła na niego z wy- soko uniesioną głową, z jakimś bolesnym rodzajem godności. Następnie bez słowa oddała portierowi płaszcz, przystawiła sobie krzesło i usiadła z tyłu, za męz˙em. Cristiano złoz˙ył karty, po czym rzucił je na środek stołu. Wykorzystał chwilę przerwy, z˙eby nasycić oczy widokiem młodej, powabnej i niedo- stępnej kobiety, dokładnie takiej, o jakiej marzył. Właśnie jej nieprzystępność najbardziej rozpalała wyobraźnię. Dawno juz˙ nie doświadczał tak inten- sywnych emocji, nikogo tak mocno nie poz˙ądał. Dopiero teraz poczuł, z˙e naprawdę z˙yje. Śledził dalsze poczynania baronowej spod wpółprzymknię- tych powiek. Raz po raz tłumaczyła coś gwałtownie męz˙owi, ten zaś całkowicie ją ignorował. Głupiec! Dostał rzadkiej piękności klejnot, a nie potrafił go docenić. Cristiano wezwał go do odsłonięcia kart. Z˙adnych atutów. Ukrycie radości kosztowało go sporo wysiłku. Sam patrzyła na męz˙a z przeraz˙eniem i niedowie- rzaniem. W kolejnym rozdaniu równiez˙ dostał bar- dzo słabe karty, jednak zamiast wstać od stołu, najspokojniej w świecie kontynuował grę. Stracił resztki instynktu samozachowawczego. Konto ban- kowe dawno zostało opróz˙nione. Teraz właśnie postawił willę. Nie zostało juz˙ nic. Sam westchnęła cięz˙ko. Serce podeszło jej do gardła. WYGRANA W MONTE CARLO 9 Johann z jękiem pokazał karty. Trzy siódemki, nic poza tym. Wraz z nimi oddał obcemu ich dom. – To juz˙ koniec, przegrałem wszystko, nic wię- cej nie mam, Bartolo – oznajmił bezbarwnym gło- sem, zakrywając dłońmi opaloną twarz. Ten austriacki baron, znany w całym Monte Carlo playboy, spędzał całe popołudnia na słonecz- nym tarasie ze szklaneczką koktajlu w dłoni. Przez ciało Sam przepływały na przemian fale zimna i gorąca. Poprosiła go raz, drugi i trzeci, z˙eby wracał do domu. Kazał jej milczeć. Z rumieńcem wstydu na policzkach zagryzła wargi, świadoma, z˙e Bartolo wszystko widzi i słyszy. Jego natrętne, przenikliwe spojrzenie doprowadzało ją do rozpa- czy. Odbierało resztki sił, których tak bardzo po- trzebowała, potęgowało poczucie osamotnienia, bezradności. Bartolo z nonszalanckim uśmiechem wyłoz˙ył własne karty na stół. – Niewiele ci brakowało do zwycięstwa. – To prawda, omal cię nie ograłem – przyznał Johann. Przywołał kelnera, z˙eby zamówić kolejną porcję trunku. Sam zacisnęła ręce na kolanach. Nie pij więcej, Johann błagała go w myślach. Z całego serca nie- nawidziła Bartola. Z premedytacją rozpijał barona, wodził go za nos. Tylko po co? Ograbił go juz˙ z majątku, domu, resztek godności. Czego jeszcze chciał? Johann pokiwał głową. Przez chwilę patrzył na 10 JANE PORTER przeciwnika. I nagle, wbrew wszelkiej logice, za- proponował kolejną rundę. Na co liczył? Nie miał z˙adnych szans w rozgrywce z tym zimnym draniem, zwłaszcza po solidnej dawce alkoholu. Zdecydowa- ła, z˙e nie zostawi tego głupca na pastwę bezwzględ- nego Bartola. Powtórzyła swą prośbę. Ponownie ją zignorował. Za to wyrachowany barbarzyńca, Bar- tolo, zmierzył ją tak okrutnym spojrzeniem, az˙ przez całe ciało przeszedł lodowaty dreszcz. Do- tknęła ramienia Johanna. Strzepnął jej dłoń jak natrętną muchę. – Jez˙eli sama nie wyjdziesz, zawołam ochronę. Zrozpaczona Sam jeszcze raz spróbowała prze- mówić mu do rozsądku. Na próz˙no. Johann spokoj- nie odebrał od kelnerki kolejną szklankę trunku, następnie gestem przywołał ochroniarza. – Pani baronowa wraca do domu. Proszę ją wy- prowadzić. Wszyscy obecni, z wyjątkiem Johanna, zwrócili ku niej głowy. Palił ją wstyd. Siedziała jak spara- liz˙owana jeszcze wtedy, gdy skromnie ubrany pra- cownik kasyna dotknął jej łokcia. – To nie w porządku – zaprotestowała głośno. Odpowiedziała jej cisza. Tylko Bartolo posłał jej karcące spojrzenie. Jego oczy płonęły zimnym blas- kiem. Ochroniarz szeptem poprosił ją, z˙eby wyszła. Wstała z wściekłością. Fałdy zwiewnej materii za- falowały wokół smukłej sylwetki. – Jeśli nie obchodzi cię mój los, pomyśl chociaz˙ o Gabby – zaapelowała na odchodnym po raz ostatni do jego sumienia. WYGRANA W MONTE CARLO 11 Lecz on milczał, jakby wcale nie słyszał. Łap- czywie wlewał w siebie alkohol. Sam w milczeniu opuściła lokal. Odprowadzały ją gwizdy i piski jednorękich bandytów z końca sali. Nienawidziła kasyn, ich jaskrawych świateł, oszu- kańczego blichtru, który niejednego sprowadził juz˙ na manowce. Na szczęście męz˙czyzna, który towa- rzyszył jej do wyjścia, wykazał przynajmniej tyle taktu, z˙e jej nie popędzał. Wiedział równie dobrze jak ona, co dalej nastąpi. W końcu całe Monte Carlo zbudowano za pieniądze, wyciągnięte z kieszeni pozbawionych rozsądku ludzi o wypchanych port- felach. Wróciła do domu. Odebrała śpiącą Gabby od sąsiadów, zaniosła do skromnej sypialni miejskiej willi, ułoz˙yła na łóz˙ku, po czym zamknęła za sobą drzwi. Usiadła w fotelu w salonie, szczelnie owinię- ta kocem. W domu panowało przenikliwe zimno. Nie włączyła jednak ogrzewania. Od dawna nie starczało im pieniędzy na takie ekstrawagancje. Ani tez˙ na nic innego. Łzy napłynęły jej do oczu. Usiło- wała je powstrzymać. Zakryła oczy dłońmi. Nie wolno mi płakać, nie jestem przeciez˙ dzieckiem, powtarzała sobie w kółko. Bez skutku. Zbyt wiele złego ją spotkało. Łzy płynęły strumieniem spod zaciśniętych powiek. Uczyniła wszystko, z˙eby za- pewnić Gabrieli lepsze z˙ycie. Dla niej wyszła za mąz˙ bez miłości za kobieciarza, alkoholika, hazar- dzistę, dla niej znosiła jego zniewagi. Mimo wszel- kich wysiłków nie zapobiegła katastrofie. Nie wiadomo kiedy zasnęła w fotelu. Obudził ją 12 JANE PORTER dopiero rano odgłos kroków na schodach. Niespełna pięcioletnia, zawsze radosna Gabby zeszła do niej juz˙ w ciemnoszarym mundurku z białymi lamów- kami. Wyglądała przepięknie, jak zwykle. Niemal- z˙e kaz˙dego dnia ktoś zatrzymywał Sam na ulicy, z˙eby podziwiać niezwykłą piękność dziewczynki. Jej matka była modelką. Pochodziła z Madrytu. Zagrała tez˙ kilka drobnych ról w filmach. Zginęła w tragicznych okolicznościach, gdy Gabriela miała rok. Samantha nie znała szczegółów. Ciemnowłosa córeczka o regularnych rysach, zielonych, okolo- nych nieprawdopodobnie długimi rzęsami oczach, odziedziczyła po matce urodę. – Gdzie tato? – spytała mała. Sam wstała i złoz˙yła koc. – Wkrótce wróci – odrzekła wymijająco, umyśl- nie przybierając niefrasobliwy ton, jakby nie prze- płakała w fotelu całej nocy. – Jakaś ty grzeczna, sama się ubrałaś – pochwaliła, z˙eby odwrócić jej uwagę. – Bardzo dawno go nie widziałam – marudziła Gabby. – A ty nawet nie zdjęłaś wieczorowej sukni. Sam nie posiadała więcej eleganckich ubrań. Posłała dziecku moz˙liwie beztroski uśmiech. Zda- wała sobie sprawę, z˙e nie wypadł przekonująco. – Zasnęłam podczas czytania – skłamała. – Te- raz zjemy śniadanie, a później cię uczeszę. W podobny sposób podtrzymywała beztroską konwersację o niczym przez całą drogę do szkoły. Kiedy została sama na chodniku, opuściły ją resztki sił. Nie wiedziała, co dalej począć. Nie miała nic, WYGRANA W MONTE CARLO 13 nawet konta w banku. Wcześniej pracowała dla Johanna jako niania. Po ślubie przestał jej płacić. Wszystkie skromne oszczędności wydała na potrze- by Gabrieli. Johann nie przyjmował do wiadomości, z˙e dzieci wyrastają z ubranek, a nawet najukochań- sze lalki w końcu się niszczą. W drodze powrotnej podsumowała ostatnie czte- ry lata pobytu u barona van Bergena. Sprawy z roku na rok szły ku gorszemu, az˙ wreszcie została na dnie, bez środków do z˙ycia, bez z˙adnego oparcia. Gdyby miała rodzinę, zabrałaby do niej małą. Lecz ona wychowała się w sierocińcu w okolicy Chester. W wieku siedemnastu lat ukończyła szkołę. Stypen- dium z parafii umoz˙liwiło jej naukę w Princess Christian College w Manchesterze. Mimo z˙e w la- tach szkolnych dorabiała w kilku miejscach, ledwie starczało jej na utrzymanie. Z˙ycie nigdy jej nie rozpieszczało. Aczkolwiek od najmłodszych lat przywykła do skromnych warunków bytowych, ta- kiej biedy jak teraz jeszcze nie zaznała. Dla siebie bez trudu znalazłaby zarówno posadę, jak i dach nad głową, lecz kto ją zechce przyjąć z dzieckiem? Weszła po czterech schodkach do cudzej juz˙ willi. Ledwie zaczęła rozpinać płaszcz, usłyszała z salonu wołanie Johanna: – Czy zechcesz poświęcić mi chwilkę? Jaki uprzejmy pomyślała z gorzką ironią. Podą- z˙yła za głosem męz˙a do pokoju. Promienie popołu- dniowego słońca rzucały na drewniany parkiet dłu- gie smugi światła. Grube ściany starego domostwa tłumiły wszelkie hałasy ruchliwego Monte Carlo. 14 JANE PORTER Cisza az˙ dzwoniła w uszach. Przytłaczała ją. Stanęła naprzeciwko fotela Johanna z rękami w kieszeniach. – Zdejmij płaszcz – rozkazał szorstkim tonem. Bez słowa spełniła polecenie. Johann wziął w rękę szklankę, bez wątpienia z jakimś alkoholem. – Uregulowałem dług wobec Bartola. Sam o mało nie podskoczyła ze szczęścia. Jed- nym zdaniem rozpędził czarne chmury znad jej głowy. Nie kryła radości, obdarzyła męz˙a promien- nym uśmiechem. – Naprawdę? Cudownie! – Nie zdąz˙yła dodać nic więcej. – Przyjdzie po ciebie za godzinę – przerwał gwałtownie. – Co to ma znaczyć? – Przegrałem cię w pokera. Sam o mało nie zemdlała. Zaparło jej dech, przed oczami wirowały kolorowe płatki. Nie wierzyła własnym uszom. Wychodząc za niego, wiedziała o uzalez˙nieniu od alkoholu i hazardu, znała wszyst- kie jego wady, ale takiego bestialstwa się po nim nie spodziewała. Postąpiła krok w jego kierunku. Na- stępnego zrobić juz˙ nie była w stanie. Stała bez ruchu jak wmurowana. Johann siedział w milczeniu, z zamkniętymi oczami. Sam wstrzymała oddech. Po namyśle uznała, z˙e sobie z niej z˙artuje. Czekała na wyjaśnienie nieporozumienia. W nieskończoność. Na próz˙no. Nie usłyszała nic, tylko brzęk kostek lodu o ścianki naczynia. W końcu nie wytrzymała napięcia.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wygrana w Monte Carlo
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: