Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00515 006388 13652242 na godz. na dobę w sumie
Wyścig z czasem - ebook/pdf
Wyścig z czasem - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 106
Wydawca: Literatura Net Pl Język publikacji: polski
ISBN: Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).
Książka znanego niemieckiego powieściopisarza Karola Maya, znanego z licznych powieści przygodowych. Jest to XI tom mało znanego w Polsce cyklu „Leśna Różyczka”. William Saudores, ekscentryczny bohater prerii i pampasów, zjawia się w Berlinie i rozmawia z samym Bismarckiem. Jednak nie tylko to sprowadza go do Europy. Płomienne uczucia, intrygi, żywa akcja, elementy westernowej tradycji – słowem – interesująca powieść przygodowa.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Aby rozpocz(cid:261)ć lektur(cid:266), kliknij na taki przycisk , który da ci pełny dost(cid:266)p do spisu tre(cid:286)ci ksi(cid:261)(cid:298)ki. Je(cid:286)li chcesz poł(cid:261)czyć si(cid:266) z Portem Wydawniczym LITERATURA.NET.PL kliknij na logo poni(cid:298)ej. KAROL MAY WY(cid:285)CIG Z CZASEM Tytuł oryginału: Das Waldröschen oder die Verfolgung rund um die Erde XI 2 Tower Press 2000 Copyright by Tower Press, Gda(cid:276)sk 2000 3 AUDIENCJA Gdy przybył do stolicy wynaj(cid:261)ł doro(cid:298)k(cid:266) i kazał si(cid:266) zawie(cid:296)ć do hotelu magdeburskiego, gdy(cid:298) bał si(cid:266) ponownego zbiegowiska, dotarłszy do hotelu zawołał portiera: – Czy to jest hotel magdeburski? – Tak. – Dostan(cid:266) tutaj pokój? Portier, który przygl(cid:261)dał si(cid:266) przybyszowi ze zdziwieniem rzekł: – Pan jest obcokrajowcem? – Tak. – A ma pan paszport? – Mam. – To prosz(cid:266). Poprowadził go przez podwórze na tył hotelu i tam otwarł jakie(cid:286) drzwi. – Prosz(cid:266) do (cid:286)rodka. S(cid:266)pi Dziób wszedł do (cid:286)rodka i ogl(cid:261)dn(cid:261)ł wn(cid:266)trze. Był to ciemny, zadymiony pokój pełen rupieci i starej odzie(cid:298)y. Kilku m(cid:266)(cid:298)czyzn siedziało przy brudnym stole, na którym stały pełne kieliszki. – Do stu piorunów! Co to za dziura? – spytał. – Pokój dla słu(cid:298)by. – Zamawiałem pokój dla słu(cid:298)by czy osobny? – Zamawiał pan tylko pokój, a my(cid:286)l(cid:266), (cid:298)e ten jest stosowny, chyba mo(cid:298)e (cid:298)yczy pan sobie co(cid:286) lepszego? – Naturalnie. – A w jakiej cenie? – To nie ma znaczenia, byle tylko był wygodny. Portier zrobił drwi(cid:261)c(cid:261) min(cid:266) lecz z gł(cid:266)bokim ukłonem rzekł: – Prosz(cid:266) pój(cid:286)ć za mn(cid:261). Poprowadził go głównymi schodami. Zaraz na pierwszym pi(cid:266)trze były otwarte drzwi do wygodnie urz(cid:261)dzonego pokoju, mo(cid:298)na było zobaczyć wielki, elegancko urz(cid:261)dzony salonik, a po prawej stronie sypialni(cid:266). – Czy to panu wystarczy? – spytał portier drwi(cid:261)cym głosem, s(cid:261)dz(cid:261)c, (cid:298)e go(cid:286)ć cofnie si(cid:266) przera(cid:298)ony. Jednak pomylił si(cid:266), gdy(cid:298) przybysz spojrzał oboj(cid:266)tnie i powiedział: – No, pałac to to nie jest, ale.., mo(cid:298)e wystarczy. To zezło(cid:286)ciło portiera, wi(cid:266)c rozdra(cid:298)niony powiedział: – W tym pokoju mieszkał sam hrabia Waldsetten i to przez dwa dni. – Dziwne, ja zatrzymam to mieszkanie tymczasowo. Portier przeraził si(cid:266) nie na (cid:298)arty, a je(cid:298)eli ten dziwol(cid:261)g naprawd(cid:266) si(cid:266) tutaj rozlokuje, a potem nie b(cid:266)dzie miał czym zapłacić za pobyt. – Ten apartament kosztuje pi(cid:266)ć talarów za dob(cid:266) – zawołał szybko. – To jest mi oboj(cid:266)tne. – Bez jedzenia. – Wszystko jedno. – I bez o(cid:286)wietlenia. 4 – Dobrze. W tej chwili zjawiła si(cid:266) pokojówka. Była to znajoma Roberta. – Prosz(cid:266) o dokumenty – powiedział portier. – Do pioruna, czy to takie pilne? – spytał S(cid:266)pi Dziób. – Takie s(cid:261) przepisy. – To nie hotel, tylko jaka(cid:286) knajpa, skoro nawet ksi(cid:261)(cid:298)ki meldunkowej nie macie dla go(cid:286)ci. – Mamy, mo(cid:298)e j(cid:261) pan zaraz dostać. – No to prosz(cid:266) j(cid:261) przynie(cid:286)ć, ale najpierw prosz(cid:266) mi powiedzieć, czy przypadkiem nie zna pan kapitana huzarów, Roberta Helmera? – Nie. – Czyli, (cid:298)e jeszcze nie przyjechał. – Nic mi o tym nie wiadomo. W tej chwili do rozmowy wmieszała si(cid:266) pokojówka i rzekła: – Ja bardzo dobrze znam pana kapitana. – Tak? – Ja pochodz(cid:266) z tych samych co on okolic. – Mieli(cid:286)my si(cid:266) dzisiaj tutaj spotkać – rzekł S(cid:266)pi Dziób. – To zapewne niedługo przyb(cid:266)dzie. Czy mam dla niego zarezerwować pokój? – O tym nie wspominał, ale... – przerwał a zwracaj(cid:261)c si(cid:266) do portiera powiedział: – Czego pan tu jeszcze stoi? Czy przypadkiem nie miał pan przynie(cid:286)ć ksi(cid:261)(cid:298)ki meldunkowej? – Natychmiast, prosz(cid:266) pana – odparł kelner ju(cid:298) innym tonem. – Czy pan jeszcze co(cid:286) – Co(cid:286) do jedzenia. – (cid:285)niadanie? Zaraz przynios(cid:266) spis potraw. – To zbyteczne, prosz(cid:266) mi przynie(cid:286)ć dobre (cid:286)niadanie. Z czego si(cid:266) b(cid:266)dzie składało jest mi Kelner oddalił si(cid:266). S(cid:266)pi Dziób porozkładał swe baga(cid:298)e, a zwracaj(cid:261)c si(cid:266) do pokojówki rozka(cid:298)e? oboj(cid:266)tne. spytał: – Pochodzi wi(cid:266)c pani z Moguncji? – Tak. – To pani te(cid:298) jest tutaj obca? – Nie, ju(cid:298) kilka lat jestem w Berlinie. – Widziała ju(cid:298) pani kiedy(cid:286) Bismarcka? – Widziałam. – Prosz(cid:266) mi go opisać. Spojrzała na niego ze dziwieniem. – Czy pan si(cid:266) mo(cid:298)e do niego wybiera? – spytała. – Tak moja panno. – O to raczej b(cid:266)dzie trudne, trzeba si(cid:266) najpierw zameldować w ministerstwie. – Głupstwo, tyle zachodów nie b(cid:266)d(cid:266) robił. Opisała mu drog(cid:266) do ministerstwa, tymczasem zjawił si(cid:266) portier z ksi(cid:266)g(cid:261) i (cid:286)niadaniem. S(cid:266)pi Dziób wpisał si(cid:266) do ksi(cid:261)(cid:298)ki i zabrał do (cid:286)niadania. Słu(cid:298)ba si(cid:266) oddaliła. Kiedy po chwili portier zjawił si(cid:266) ponownie, zastał go wypakowuj(cid:261)cego swój worek i z przera(cid:298)eniem spojrzał na zawarto(cid:286)ć. Nie namy(cid:286)laj(cid:261)c si(cid:266) wiele pobiegł do gospodarza donosz(cid:261)c mu o dziwacznym go(cid:286)ciu. Kiedy go opisał, wła(cid:286)ciciel zawołał: – I takiemu człowiekowi dałe(cid:286) nasz najlepszy apartament? – Ja chciałem sobie z niego zadrwić – odparł portier usprawiedliwiaj(cid:261)co. – Jaki ma baga(cid:298)? – Strzelb(cid:266). – Do diabła! Co jeszcze? 5 wygl(cid:261)da podejrzanie? – Dwa rewolwery, wielki, długi nó(cid:298). – Straszne. – Star(cid:261) tr(cid:261)b(cid:266). – Co? Star(cid:261) tr(cid:261)b(cid:266)? W to nie uwierz(cid:266). Dokładnie widziałe(cid:286)? – Hm, przypuszczam, (cid:298)e to tr(cid:261)ba. – Z mosi(cid:261)dzu? – To trudno powiedzieć. – A jakiej jest barwy? – Podobnej do mosi(cid:261)dzu, tylko ciemniejszej. – O Bo(cid:298)e, to na pewno jaki(cid:286) diabelski instrument, jakie(cid:286) działo, albo taran. Mówisz, (cid:298)e – O i to bardzo! – Kto wie jakie on ma zamiary! Pokojówka, która dotychczas przysłuchiwała si(cid:266) spokojnie, zawołała nagle: – O Bo(cid:298)e, on pytał si(cid:266) o Bismarcka! Gospodarz zbladł. – Czego chciał od niego? – zapytał szybko. – Nie wiem, dokładnie opisałam mu drog(cid:266) do pałacu. – On chce tam i(cid:286)ć? – Tak, chce mówić z ministrem. – Do stu diabłów! On na pewno szykuje jaki(cid:286) zamach! – Powiedziałam, (cid:298)e nie tak łatwo si(cid:266) tam dostać, odpowiedział, (cid:298)e nie b(cid:266)dzie robił zbytnich zachodów. – O Bo(cid:298)e! naprawd(cid:266) chce go zastrzelić! – zawołał kelner. – Co tu teraz robić? – spytał gospodarz. – Jak najpr(cid:266)dzej o wszystkim poinformować policj(cid:266) – dodał portier. – Oczywi(cid:286)cie, sam tam pobiegn(cid:266)! – i gospodarz bez tchu pobiegł na komisariat. – Zamach! Skrytobójczy zamach! – zawołał. – Gdzie? – spytał policjant. Hotelarz zacz(cid:261)ł opowiadać o szczegółach mieszaj(cid:261)c si(cid:266), plot(cid:261)c pi(cid:261)te przez dziesi(cid:261)te. – Jak si(cid:266) ten człowiek nazywa? – pytał dalej policjant. – William Saudores. – To jaki(cid:286) Anglik lub Amerykanin. Kiedy przyjechał. – Przed pół godzin(cid:261). – Jak jest ubrany. – Potwornie dziwacznie. W starych skórzanych spodniach, we fraku o guzikach wielko(cid:286)ci talerza, w trzewikach jak do ta(cid:276)ca i w ogromnym kapeluszu. – Hm, to raczej jaki(cid:286) szczególny okaz, ale nie zbrodniarz. Je(cid:298)eli kto(cid:286) planuje jakikolwiek zamach, to ubiera si(cid:266) raczej tak, aby innym nie rzucać si(cid:266) w oczy. – Ale jego bro(cid:276)! – Co? Posiada bro(cid:276)? – Tak. Strzelb(cid:266), dwa rewolwery, ogromny nó(cid:298) i jak(cid:261)(cid:286) podobn(cid:261) do tr(cid:261)by maszyn(cid:266), zapewne naładowan(cid:261) dynamitem. – Widział pan to? – Ja nie, ale mój portier. – Mo(cid:298)na mu wierzyć? – Naturalnie. – A sk(cid:261)d pan wie, (cid:298)e ten zamach wymierzony jest przeciw Bismarckowi? – Przecie(cid:298) pytał o jego mieszkanie. – Kogo? 6 – Pokojówk(cid:266). – Hm, to rzeczywi(cid:286)cie podejrzane, ale nie do ko(cid:276)ca przekonywuj(cid:261)ce. – Powiedział, (cid:298)e nie b(cid:266)dzie sobie robił zb(cid:266)dnych ceregieli. – Czy ta dziewczyna mo(cid:298)e na to przysi(cid:261)c? – Mo(cid:298)e. – Powiedział mo(cid:298)e kiedy ma udać si(cid:266) do Bismarcka? – Nie. – Gdzie jest teraz? – W swoim pokoju, je (cid:286)niadanie. – Dobrze. Mam nadziej(cid:266), (cid:298)e pan si(cid:266) myli, ale moim obowi(cid:261)zkiem jest zbadać t(cid:266) spraw(cid:266). Zamelduj(cid:266) to przeło(cid:298)onemu i za jakie(cid:286) pół godziny zjawi(cid:266) si(cid:266) u pana. Musi pan uwa(cid:298)ać, (cid:298)eby do tego czasu nie wyszedł z hotelu. – W razie potrzeby mog(cid:266) zatrzymać go sił(cid:261). – Tylko w szczególnym wypadku, pan sam b(cid:266)dzie najlepiej wiedział, jak ma to zrobić, jakich u(cid:298)yć (cid:286)rodków aby nie działać gwałtownie. – Dobrze, ju(cid:298) ja to zrobi(cid:266). Z tymi słowami oddalił si(cid:266). Tymczasem S(cid:266)pi Dziób zjadł z apetytem (cid:286)niadaniem nie przeczuwaj(cid:261)c nawet jakie chmury zbieraj(cid:261) si(cid:266) nad jego głow(cid:261). – Mam tu czekać na kapitana? – spytał sam siebie. – O nie! S(cid:266)pi Dziób i bez protekcji potrafi trafić do Bismarcka. Naturalnie nie b(cid:266)d(cid:266) sobie ju(cid:298) mógł stroić (cid:298)artów, jak do tej pory, ale dostać si(cid:266) do niego musz(cid:266). Ciekawy jestem jakie oczy zrobi na widok takiego dziwaka, który koniecznie chce si(cid:266) dostać do niego na audiencj(cid:266). Rzeczy schował w sypialni, drzwi zamykaj(cid:261)c na klucz. – Nikt nie potrzebuje wiedzieć co mam w worku, ju(cid:298) i tak ten głupi kelner widział za du(cid:298)o. Mo(cid:298)e maj(cid:261) drugi komplet kluczy do pokoju, ale i na to jest rada. Wyj(cid:261)ł (cid:286)rub(cid:266) słu(cid:298)(cid:261)c(cid:261) do zamykania zamków i wkr(cid:266)cił j(cid:261) w dziurk(cid:266). Niezauwa(cid:298)ony przez nikogo zszedł na dół. Gospodarz był wła(cid:286)nie na policji, a słu(cid:298)ba zgromadziła si(cid:266) w kuchni, by omówić ostatnie wydarzenia. Gdy wyszedł na zewn(cid:261)trz udał si(cid:266) we wskazanym kierunku. Człowiek mieszkaj(cid:261)cy w wielkim mie(cid:286)cie widzi tyle dziwaków przeró(cid:298)nie ubranych, (cid:298)e raczej nie zwraca uwagi na kolejnego przebiera(cid:276)ca. Kilku przechodniów zapytał o drog(cid:266) i w ko(cid:276)cu stan(cid:261)ł przed rezydencj(cid:261) kanclerza. W bramie stał wartownik. S(cid:266)pi Dziób podszedł do niego, poufale klepn(cid:261)ł po ramieniu i zapytał: – To rezydencja pana Bismarcka, nieprawda(cid:298)? – Tak – odparł słu(cid:298)bowo wartownik, przygl(cid:261)daj(cid:261)c si(cid:266) z u(cid:286)miechem przybyszowi. – Mieszka na pierwszym pi(cid:266)trze? – Tak. – A czy mister w domu? – Mister? Kto? – No, Bismarck. – Chce pan powiedzieć, jego ekscelencja, hrabia Bismarck. – Tak, hrabia, ekscelencja i co pan tam jeszcze chcesz. – Jest w domu. – Ha, to dobrze trafiłem. Chciał przej(cid:286)ć obok stra(cid:298)nika, ale ten złapał go za r(cid:266)k(cid:266) i spytał: – Stój! Dok(cid:261)d pan idzie? – No, do niego. – Do jego ekscelencji? – Naturalnie. – To niemo(cid:298)liwe. 7 – Tak, a to dlaczego? – Czy jest pan umówiony? – Nie. – A w jakiej sprawie pan przybywa? – To mog(cid:266) powiedzieć tylko jemu. – W takim razie musi pan najpierw zło(cid:298)yć podanie o audiencj(cid:266). – Podanie o audiencj(cid:266)? Ani mi to w głowie. – Ha, no to nic panu nie poradz(cid:266). – Bardzo dobrze, ja i tak nie mog(cid:266) tracić wi(cid:266)cej czasu. Do widzenia! Zamiast odej(cid:286)ć poszedł w stron(cid:266) schodów. – Stój! – zawołał stró(cid:298). – Powiedziałem przecie(cid:298), (cid:298)e nie wolno wchodzić do (cid:286)rodka! – Nie wolno? Przekonam pana, (cid:298)e wolno. Usun(cid:261)ł go na bok i pospieszył naprzód. – Prosz(cid:266) si(cid:266) natychmiast st(cid:261)d oddalić! – wołał rozzłoszczony wartownik. – Inaczej b(cid:266)d(cid:266) zmuszony u(cid:298)yć prawa. – A ja moich pi(cid:266)(cid:286)ci. Wła(cid:286)nie kiedy si(cid:266) tak kłócili i szamotali zjawił si(cid:266) na schodach jaki(cid:286) starszy pan w mundurze, z czapk(cid:261) na siwej głowie. Był imponuj(cid:261)cej postaci i łagodnym wzroku. Trzymał si(cid:266) prosto, j ak na (cid:298)ołnierza przystało. Wartownik, gdy go zobaczył natychmiast pu(cid:286)cił S(cid:266)piego Dzioba i stan(cid:261)ł na baczno(cid:286)ć. Traper tego nie zauwa(cid:298)ył, chc(cid:261)c skorzystać z wolno(cid:286)ci pobiegł na schody i tam zrównał si(cid:266) ze schodz(cid:261)cym. Niewiele namy(cid:286)laj(cid:261)c si(cid:266) uchylił kapelusza i rzekł: – Good morning, starszemu panu. Mo(cid:298)e pan potrafi mi wskazać pokój, w którym mógłbym spotkać jego ekscelencj(cid:266), ministra Bismarcka? Schodz(cid:261)cy spojrzał ze zdziwieniem i spytał ze (cid:286)miechem: – Pan chce mówić z Bismarckiem? – Tak. – A kim pan jeste(cid:286)? – To mog(cid:266) powiedzieć tylko jego ekscelencji. – Tak? A czy jest pan umówiony? – Nie, my old mister. – W takim razie b(cid:266)dzie pan musiał odej(cid:286)ć z niczym. – To niemo(cid:298)liwe, bo to bardzo wa(cid:298)na sprawa. – Tak? Prywatna? Widocznie ów szpakowaty jegomo(cid:286)ć zrobił na S(cid:266)pim Dziobie pozytywne wra(cid:298)enie, bo odrzekł po chwili: – Wła(cid:286)ciwie nie powinienem panu tego mówić, ale poniewa(cid:298) widz(cid:266), (cid:298)e nie jest pan byle kim i nie pyta pan z czystej ciekawo(cid:286)ci, wi(cid:266)c powiem panu, (cid:298)e to nie jest sprawa prywatna. – A jaka? – Wi(cid:266)cej nie mog(cid:266) powiedzieć. – To taka straszna tajemnica? – Tak. – Nie ma pan nikogo, kto by pana u ekscelencji zameldował lub wprowadził? – O mam, ale dotychczas nie przyjechał, wi(cid:266)c nie chciałem na niego czekać. – A kto to taki? – Kapitan huzarów gwardii królewskiej. – Jego nazwisko? – Robert Helmer. Przez twarz starszego jegomo(cid:286)cia przeleciał dziwny u(cid:286)miech. – Znam go – odrzekł. – On ma przyjechać do Berlina i wprowadzić pana do Bismarcka? 8 mówić. – Tak. – Ale on jest w podró(cid:298)y? – Miał pojechać, ale spotkał mnie w Kreuznach i dowiedział si(cid:266) ode mnie o paru wa(cid:298)nych sprawach, dlatego chciał, bym to wszystko zakomunikował jego ekscelencji. – Tak? W takim razie ja sam wprowadz(cid:266) pana do ministra, prosz(cid:266) mi tylko powiedzieć, kim pan jest? – Dobrze, ale nie tutaj, bo usłyszy mnie ten gamo(cid:276) wartownik. – Prosz(cid:266) za mn(cid:261). Wprowadził go do pokoju, w którym siedział lokaj. Na widok wchodz(cid:261)cych chciał oddać gł(cid:266)boki ukłon, jednak jegomo(cid:286)ć skin(cid:261)ł nieznacznie r(cid:266)k(cid:261). – No, to jeste(cid:286)my sami – powiedział gdy lokaj si(cid:266) oddalił. – Teraz mo(cid:298)e pan wreszcie – Jestem my(cid:286)liwym i kapitanem dragonów Stanów Zjednoczonych, mój przyjacielu. – Tak? A czy pan ma na sobie przypadkiem strój ameryka(cid:276)skich dragonów? – O nie. Je(cid:298)eli pan, to co mam na sobie uwa(cid:298)a za mundur, to musisz mieć słabe poj(cid:266)cie o mundurach. Ale nic nie szkodzi, przyjacielu. Ja specjalnie ubrałem si(cid:266) w te fatałaszki, (cid:298)ebym, no (cid:298)ebym mógł cieszyć si(cid:266) z miny gapiów, który ogl(cid:261)dali mnie z rozdziawion(cid:261) g(cid:266)b(cid:261). – To do(cid:286)ć dziwny rodzaj sportu. Ale prosz(cid:266) mi powiedzieć, co to za tajemnica, prosz(cid:266) si(cid:266) nie obawiać zdrady z mojej strony, bo jestem bliskim powiernikiem ministra. – Tak? Hm, niech ju(cid:298) tak b(cid:266)dzie. Ja przybywam z Meksyku. Twarz starszego pana natychmiast spowa(cid:298)niała. – Z Meksyku? Był tam my(cid:286)liwym, czy mo(cid:298)e (cid:298)ołnierzem? – Przede wszystkim byłem przewodnikiem jednego Anglika, który miał dostarczyć pieni(cid:261)dze i bro(cid:276) do Juareza. – Lorda Lindsaya? – Tak, zna go pan? – Znakomicie. Podró(cid:298)ował pan z nim? – Tak. Płyn(cid:266)li(cid:286)my w gór(cid:266) Rio Grande del Norte a(cid:298) do miejsca spotkania z Juarezem. – To znaczy, (cid:298)e pan widział tak(cid:298)e Juareza? – Naturalnie. Codziennie. A(cid:298) do mego wyjazdu do Prus, cały czas przebywałem przy jego boku. Twarz m(cid:266)(cid:298)czyzny zdradzała coraz wi(cid:266)ksze zainteresowanie. – A po co pan przybył do Prus? – Stosunki rodzinne domu Rodrigandów, Sternaua, Helmera itd. wymagały tego, ale to pana nie b(cid:266)dzie interesowało, zreszt(cid:261), mog(cid:266) panu pokazać moje papiery. Wyci(cid:261)gn(cid:261)ł cały stos i podał. Starszy pan przegl(cid:261)dn(cid:261)ł je szybko i powiedział: – Rzeczywi(cid:286)cie musz(cid:266) pana szybko przedstawić jego ekscelencji, chocia(cid:298)by jako okaz niezwykłego Amerykanina, bo... W tej chwili otwarły si(cid:266) drzwi i do pokoju wszedł Bismarck. – Jego królewska mo(cid:286)ć jeszcze tutaj? – spytał zwracaj(cid:261)c si(cid:266) z gł(cid:266)bokim ukłonem do starszego jegomo(cid:286)cia. r(cid:266)k(cid:261), mówi(cid:261)c do trapera: – Co? Jego królewska mo(cid:286)ć? – zawołał pospiesznie S(cid:266)pi Dziób. – Do pioruna! Bismarck spojrzał na nieznajomego wr(cid:266)cz z przera(cid:298)eniem. Starszy jegomo(cid:286)ć skin(cid:261)ł jednak – Prosz(cid:266) si(cid:266) nie denerwować. – Ani mi to w głowie – odparł S(cid:266)pi Dziób – ale je(cid:298)eli ten mister nazywa pana jego królewsk(cid:261) mo(cid:286)ci(cid:261), to pan chyba jest... – No, kim? – Królem Prus. – Tak, w rzeczy samej. 9 – Ale ze mnie osioł. Ale ktoby pomy(cid:286)lał, no to ładnie si(cid:266) spisałem; S(cid:266)pi Dziobie, co sobie o tobie król pomy(cid:286)li? – S(cid:266)pi Dziób? A któ(cid:298) to taki? – spytał król. – Ja. Na prerii ka(cid:298)dy ma swój przydomek. Mnie ochrzcili S(cid:266)pim Dziobem, dzi(cid:266)ki memu ogromnemu nosalowi. Ale jego królewska mo(cid:286)ć, kim jest ten pan? – Nie zna go pan? – Nie mam przyjemno(cid:286)ci. – A z portretu? – Portretu? Ja si(cid:266) obrazkami nie zajmuj(cid:266). – To ten człowiek, do którego chciał si(cid:266) pan dostać. S(cid:266)pi Dziób zrobił krok do tyłu i zawołał: – Co? To Bismarck? Naprawd(cid:266)? – Tak. – No, inaczej go sobie wyobra(cid:298)ałem. – To znaczy jak? – Cienkiego, chudego, prawdziwego mistrza pióra, a tu postawa godna, wysoka. No, ale to nie szkodzi, nawet korzystniej wygl(cid:261)da. A teraz prosz(cid:266) jego królewsk(cid:261) mo(cid:286)ć, aby powiedział ministrowi, kim ja jestem. Król z u(cid:286)miechem podał dokumenty my(cid:286)liwego Bismarckowi. Ten przeleciał je wzrokiem, po czym spojrzawszy na twarz S(cid:266)piego Dzioba skin(cid:261)ł r(cid:266)k(cid:261) i rzekł: – Prosz(cid:266) za mn(cid:261), panie kapitanie. Zrobił miejsce królowi, po czym wszedł razem z traperem do swego gabinetu. Lokaj, który powrócił na swoje miejsce słyszał jak(cid:261)(cid:286) o(cid:298)ywion(cid:261) rozmow(cid:266). Tre(cid:286)ć jej jednak pozostała tajemnic(cid:261) * * * Kiedy gospodarz i wła(cid:286)ciciel hotelu magdeburskiego powrócił z komisariatu natychmiast zapytał o go(cid:286)cia. – Ci(cid:261)gle jest u siebie? – spytał kelnera – Tak. – Je (cid:286)niadanie? – Z pewno(cid:286)ci(cid:261). – Nie mo(cid:298)e opu(cid:286)cić hotelu, dopóki nie przyb(cid:266)dzie policja. – W takim razie b(cid:266)d(cid:266) go pilnował na korytarzu. – Tym zajm(cid:266) si(cid:266) sam. W tak wa(cid:298)nych sprawach wol(cid:266) polegać tylko na sobie. Za jaki(cid:286) kwadrans przybyła policja. Na ulicy, domu pilnowali detektywi. Dwóch z nich, najbardziej wprawnych w pracach (cid:286)ledczych udało si(cid:266) na gór(cid:266), by uwi(cid:266)zić przybysza. – Jest w pokoju? – spytali gospodarza. – Musi być, bo nikt nie widział, (cid:298)eby go opuszczał – odparł. – Gdzie mieszka? – W pokoju numer jeden. – Dzwonił mo(cid:298)e na słu(cid:298)b(cid:266)? – Nie. – Hm, to obsłu(cid:298)ymy go bez dzwonienia. Ju(cid:298) chciał podej(cid:286)ć do drzwi, gdy nagle co(cid:286) sobie przypomniał i zapytał gospodarza: – Ten człowiek podobno rozmawiał z pana pokojówk(cid:261)? – Tak. – Gdzie ona jest? – W kuchni. 10 – Prosz(cid:266) j(cid:261) zawołać. – Po co? – Wejdzie do niego pod jakimkolwiek pretekstem; w ten sposób dowiemy si(cid:266) co on porabia. Pokojówka zjawiła si(cid:266) szybko i zapukała do drzwi. Poniewa(cid:298) nie otrzymała (cid:298)adnej odpowiedzi weszła do (cid:286)rodka. Upłyn(cid:266)ło sporo czasu zanim wyszła z powrotem. – Co on robi? – spytał policjant. – Nie wiem – odparła z zafrasowan(cid:261) min(cid:261). – Przecie(cid:298) go widziała(cid:286)? – Nie. Nie było go w pokoju, ani w salonie. – A w sypialni? – Sypialnia jest zamkni(cid:266)ta. – Mo(cid:298)e (cid:286)pi, pukała(cid:286)? – Pukałam, ale nikt nie odpowiadał. – Mo(cid:298)e twardo (cid:286)pi? – To niemo(cid:298)liwe, bo waliłam w drzwi pi(cid:266)(cid:286)ciami. – Gdzie ma swoje rzeczy? – prawdopodobnie w sypialni. – Wi(cid:266)c nie chce otworzyć? – Nie. – No to spróbujemy sami. Władzy si(cid:266) nie oprze. Razem z innymi wszedł do (cid:286)rodka i podszedł do zamkni(cid:266)tych drzwi sypialni. Zapukał i zawołał: – Panie kapitanie! Odpowiedziała mu cisza. – Prosz(cid:266) otworzyć! Znowu ani słowa odpowiedzi. – W imieniu prawa! Nadal cisza. – Ha, b(cid:266)dziemy musieli sami otworzyć. Zwracaj(cid:261)c si(cid:266) do jednego ze swoich podwładnych rzekł: – Prosz(cid:266) mi podać wytrych. Zacz(cid:261)ł próbować. – Do diabła! Dziurka jest zatkana! – Mo(cid:298)e klucz jest z drugiej strony? – Nie, musiał co(cid:286) wpakować do (cid:286)rodka i to od tej strony. – W takim razie nie ma go w (cid:286)rodku. – Prawdopodobnie. Jeden po drugim zacz(cid:266)li próbować otwarcia i przekonali si(cid:266), (cid:298)e rzeczywi(cid:286)cie jaka(cid:286) stalowa (cid:286)ruba tkwiła w dziurce od klucza. – Tam nikogo nie ma – zawołał jeden z policjantów. – Musiał uciec – powiedział nast(cid:266)pny. – Zapewne udał si(cid:266) do kanclerza Bismarcka. Na Boga! To tragedia! Panowie, prosz(cid:266) za mn(cid:261) – zawołał rozgor(cid:261)czkowany urz(cid:266)dnik. – Tymczasem reszta ma pilnować domu. Wybiegł z domu i wsiadłszy do doro(cid:298)ki kazał si(cid:266) zawie(cid:296)ć czym pr(cid:266)dzej do ministra. W tej samej niemal chwili inna doro(cid:298)ka zatrzymała si(cid:266) tu(cid:298) przy hotelu, wysiadł z niej nasz znajomy, Robert Helmer. Wszedł do restauracji i kazał sobie podać szklank(cid:266) piwa. Na jego widok kelnerka zawołała przera(cid:298)ona: – Pan kapitan naprawd(cid:266) przybył. Czyli, (cid:298)e ten człowiek nie kłamał? – Kłamał? – (cid:297)e pan miał przyjechać. – A panna sk(cid:261)d o tym wie? 11 – Jeden obcy, którego wła(cid:286)nie miano aresztować powiedział mi. – Aresztować? Kogo? – Tego, który przygotowywał zamach. – Zamach? Na kogo? – Na Bismarcka. – A co to za łotr? – Pewien ameryka(cid:276)ski kapitan. – Jak si(cid:266) nazywa. – William Saunders. – Nie znam. Traper w Kreuznach przedstawił si(cid:266) jako S(cid:266)pi Dziób, wi(cid:266)c Robert rzeczywi(cid:286)cie nie wiedział o kim mowa. – Ale on powiedział, (cid:298)e pana zna – zawołała dziewczyna. – To musiał skłamać. Jak on wygl(cid:261)da? Dokładnie opisała mu S(cid:266)piego Dzioba. – Nie znam – powiedział ponownie. – Powiedział mi wyra(cid:296)nie, (cid:298)e si(cid:266) na dzisiaj tutaj z panem umówił. Wiadomo(cid:286)ć ta zastanowiła go, wi(cid:266)c spytał: – Czy ten nieznajomy miał jaki(cid:286) znak, po którym mógłbym go rozpoznać? – O miał. – Jaki? – Ogromny nos. Robert zbladł. – Czy to mo(cid:298)liwe? Mówił z obcym akcentem? – Tak. – I policja naprawd(cid:266) chciała go aresztować? – Tak wła(cid:286)ciciel hotelu poinformował policj(cid:266). Ów nieznajomy ma pełno broni przy sobie, strzelb(cid:266), rewolwery i jak(cid:261)(cid:286) maszyn(cid:266) podobn(cid:261) do tr(cid:261)by Chce zamordować Bismarcka. – Czysty nonsens. Bzdura! – To nie bzdura, to szczera prawda panie kapitanie. – Udał si(cid:266) do kanclerza? – Niezawodnie. – A policja za nim? – Tak jest. – W takim razie nie mam czasu do stracenia, musz(cid:266) tam biec. Wybiegł z hotelu bior(cid:261)c pierwsz(cid:261) lepsz(cid:261) doro(cid:298)k(cid:266) i ka(cid:298)(cid:261)c si(cid:266) wie(cid:286)ć do ministerstwa. Tymczasem S(cid:266)pi Dziób sko(cid:276)czył swoj(cid:261) konferencj(cid:266) z wysokimi osobisto(cid:286)ciami, wi(cid:266)c poszedł na spacer bez specjalnego celu, pogwizduj(cid:261)c z rado(cid:286)ci. Miał tak wyrobiony zmysł spostrzegawczy, (cid:298)e mimo tego i(cid:298) nie znał miasta nie pomylił drogi i trafił z powrotem do hotelu. Ju(cid:298) miał wej(cid:286)ć do (cid:286)rodka, gdy jaki(cid:286) m(cid:266)(cid:298)czyzna zast(cid:261)pił mu drog(cid:266) i kłaniaj(cid:261)c si(cid:266) spytał: – Przepraszam, ale my(cid:286)my si(cid:266) ju(cid:298) gdzie(cid:286) widzieli. S(cid:266)pi Dziób my(cid:286)lał wła(cid:286)nie o niespodziance, jak(cid:261) zrobił kapitanowi, i(cid:298) samemu udało mu si(cid:266) wej(cid:286)ć do hrabiego Bismarcka, wi(cid:266)c niezadowolony z przeszkody odparł gniewnie: – Ciekawy jestem gdzie? – Na drugiej półkuli. – Gdzie? – W Stanach Zjednoczonych. – Co one mnie obchodz(cid:261). – Ale pan jest przecie(cid:298) w Stanach kapitanem kawalerii. 12 – A to pana nic nie powinno obchodzić. Czy nie mieszka pan przypadkiem w hotelu magdeburskim? Pchtschchft! – posłał mu cał(cid:261) porcj(cid:266) tytoniu tu(cid:298) obok nosa. – Do diabła! Uwa(cid:298)aj pan! – zawołał rozzłoszczony tajniak. – Jak to panu nie na r(cid:266)k(cid:266) to prosz(cid:266) si(cid:266) oddalić. Ja nie zaczepiłem pierwszy – odparł zimno S(cid:266)pi Dziób i nie ogl(cid:261)daj(cid:261)c si(cid:266) za siebie poszedł wprost do restauracji hotelowej. Kilku tajniaków weszło tu(cid:298) za nim. Nie przeczuwał nic złego, gdy(cid:298) przypuszczał, (cid:298)e to tak jak i on go(cid:286)cie hotelowi. Dopiero, gdy ten, który zaczepił go na ulicy podszedł do jego stołu i zapytał, czy mo(cid:298)e z nim dalej porozmawiać zniecierpliwiony zawołał: – Wyno(cid:286) si(cid:266) pan czym pr(cid:266)dzej, niech pana diabeł porwie! – Ani my(cid:286)l(cid:266) si(cid:266) st(cid:261)d wynosić, – odparł policjant – a kogo ma diabeł porwać to si(cid:266) niedługo My(cid:286)liwy spojrzał na niego zdziwionym wzrokiem. – Hola chłopcze, czy ty naprawd(cid:266) szukasz ze mn(cid:261) zwady? – Prawdopodobnie – za(cid:286)miał si(cid:266) spytany z drwi(cid:261)c(cid:261) min(cid:261). – No to podejd(cid:296) tu bli(cid:298)ej, to zaraz ci dam poznać, na kogo trafiłe(cid:286). – Nie zl(cid:266)kn(cid:266) si(cid:266) pogró(cid:298)ek. Zna pan ten znak? – mówi(cid:261)c to wyj(cid:261)ł z kieszeni metalowy kr(cid:261)(cid:298)ek i pokazał S(cid:266)piemu Dziobowi. – Co? Pieni(cid:266)dzmi si(cid:266) chcesz przechwalać? Je(cid:298)eli jeszcze raz podsuniesz mi t(cid:266) monet(cid:266) tak blisko nosa, to zar(cid:266)czam, (cid:298)e nie ujdzie ci to na sucho! – A, to pan nie zna tego medalu? – Nic mnie on nie obchodzi. – Przeciwnie, bardzo wiele pana obchodzi. Ten medal to moja legitymacja. Zrozumiał oka(cid:298)e. pan? naprzykrza. – Jest mi to oboj(cid:266)tne, ja zwykłem legitymować si(cid:266) policzkiem, je(cid:298)eli mi si(cid:266) kto(cid:286) zanadto – Pan mnie naprawd(cid:266) nie chce zrozumieć. Ja jestem urz(cid:266)dnikiem tutejszej policji. Dopiero teraz S(cid:266)pi Dziób rozgl(cid:261)dn(cid:261)ł si(cid:266) dookoła i zauwa(cid:298)ył, (cid:298)e całe jego otoczenie składa si(cid:266) z samych policjantów. wła(cid:286)nie mnie si(cid:266) pan przedstawiasz? otwarcie i szczerze. – Tak, to bardzo pi(cid:266)knie, (cid:298)e pan jest policjantem – odparł. – Ale nie wiem dlaczego – Bo mnie bardzo interesuje pa(cid:276)ska osoba. (cid:297)(cid:261)dam, aby na moje pytania odpowiadał pan S(cid:266)pi Dziób po raz wtóry rozgl(cid:261)dn(cid:261)ł si(cid:266) wkoło i powiedział: – Wy, Prusacy jeste(cid:286)cie ogromnie dziwnym narodem. – Tak? A to dlaczego? – Bo nikt, tak jak wy nie kocha aresztować innych ludzi. – Tak? Przekonał si(cid:266) pan ju(cid:298) o tym? – Naturalnie. Od wczoraj ju(cid:298) trzeci raz mnie aresztujecie. – Wczoraj wi(cid:266)c aresztowano pana i to ju(cid:298) dwa razy? – Tak. – I udało si(cid:266) panu wyj(cid:286)ć z tego? – Tak i to z cał(cid:261) skór(cid:261). – Ale dzisiaj si(cid:266) to nie uda. – Spodziewam si(cid:266), (cid:298)e wprost przeciwnie. – Ju(cid:298) ja si(cid:266) o to postaram, aby było inaczej. Mo(cid:298)e b(cid:266)dzie pan tak łaskaw i poda mi swoje r(cid:266)ce. Mówi(cid:261)c to wyj(cid:261)ł z kieszeni stalowe kajdanki. To oburzyło Amerykanina i wstaj(cid:261)c zawołał: – Co? Chcecie mnie skuć? – Jak pan widzi. 13 – Do stu piorunów! Chciałbym zobaczyć tego, który odwa(cid:298)y si(cid:266) podnie(cid:286)ć na mnie r(cid:266)k(cid:266) – zawołał ju(cid:298) rozzłoszczony. – Co wam takiego zrobiłem łotry, (cid:298)e otaczacie mnie ze wszystkich stron jak ody(cid:276)ca w lesie!? Pozostali tak(cid:298)e zbli(cid:298)yli si(cid:266) do Amerykanina, otaczaj(cid:261)c go ze wszystkich stron. Wła(cid:286)ciciel wraz ze słu(cid:298)b(cid:261) przypatrywali si(cid:266) całej procedurze. – Co pan nam zrobił? – spytał ironicznie policjant. – Nam nic. A co do reszty, to pan sam wie najlepiej. – Jak(cid:261) reszt(cid:261)? Ja o niczym nie wiem! – Tak? To my panu udowodnimy. Pan nazywa si(cid:266) William Saunders? – Od urodzenia. – I jest pan kapitanem kawalerii Stanów Zjednoczonych? – Tak. – Ma pan ze sob(cid:261) strzelb(cid:266)? – Tak. – I dwa rewolwery? – Tak. – A nó(cid:298)? – Tak(cid:298)e. – A jak(cid:261) jeszcze bro(cid:276)? – (cid:297)adnej. – B(cid:266)dzie si(cid:266) pan wypierał? A gdzie pan był teraz? – Na spacerze? – Gdzie? – Nie wiem jak si(cid:266) te ulice nazywaj(cid:261). – Mo(cid:298)e pan ogl(cid:261)dał apartament pana ministra Bismarcka? – Mo(cid:298)liwe. – Aha, tu ci(cid:266) mamy ptaszku. Dawaj r(cid:266)ce. – Po co, ja nie my(cid:286)l(cid:266) uciekać. – Wszystko jedno, takich niebezpiecznych typków przede wszystkim nale(cid:298)y uwi(cid:266)zić. S(cid:266)pi Dziób wiedział, (cid:298)e wszelki opór jest daremny, wi(cid:266)c dobrowolnie podał mu swoje r(cid:266)ce, mówi(cid:261)c: – Składam protest na takie traktowanie. Odpowie mi pan za to! Musiał pój(cid:286)ć na gór(cid:266) do swego apartamentu i otworzyć sypialni(cid:266). Policjanci szukali przede wszystkim pisemnego pozwolenia na bro(cid:276). – W mojej kamizelce jest paszport – powiedział. – Prosz(cid:266) mi go podać. – A niby jak, skoro jestem skuty. Policjant kazał wyj(cid:261)ć dokumenty jednemu ze swoich podwładnych, a przeczytawszy rzekł: – Paszport jest wprawdzie wa(cid:298)ny, ale co to za maszyna? – tu wskazał na tr(cid:261)b(cid:266). – Do dmuchania – brzmiała zwi(cid:266)zła odpowied(cid:296). – Napełniona? – Powietrzem. – Czyli, (cid:298)e to zwyczajna tr(cid:261)ba? – Jak najbardziej. – Hm, a co z Bismarckiem? – Ju(cid:298) u niego byłem. – Co? Prosz(cid:266) nie kłamać. My(cid:286)li pan, (cid:298)e upadłem na głow(cid:266), (cid:298)eby w to uwierzyć. Tak dziwacznie ubranego człowieka mieli mo(cid:298)e wpu(cid:286)cić na audiencj(cid:266) do ministra? 14 – To si(cid:266) pan przekonaj, jak mi nie wierzysz. Nawet sama jego królewska mo(cid:286)ć wpu(cid:286)ciła mnie do (cid:286)rodka. A co do upadania na głow(cid:266), to nie wiem, czy nie miało to miejsca, bo człowiek, który zwyczajn(cid:261) tr(cid:261)b(cid:266) uwa(cid:298)a za jak(cid:261)(cid:286) wa(cid:298)n(cid:261) maszyn(cid:266)... – Milczeć! – krzykn(cid:261)ł urz(cid:266)dnik. – Wariatem jest ten, który twierdzi, (cid:298)e go sam król na audiencj(cid:266) do ministra wprowadził. Nagle jaki(cid:286) głos zabrzmiał przy wej(cid:286)ciu: – Ten pan nie jest wariatem. To co mówi jest prawd(cid:261). Wszyscy obrócili si(cid:266) do drzwi, w których stał Robert Helmer, a za nim komisarz policji, maj(cid:261)cy za zadanie ochranienie ministra przed niebezpiecze(cid:276)stwem. Wszedł do (cid:286)rodka i rozkazał: – Natychmiast zdj(cid:261)ć temu panu kajdanki! Rozkaz wykonano w oka mgnieniu, komisarz zwrócił si(cid:266) do S(cid:266)piego Dzioba mówi(cid:261)c: – Prosz(cid:266) pana, zupełnie niezasłu(cid:298)enie spotkała pana krzywda. Mam rozkaz publicznie przeprosić pana za te nieprzyjemno(cid:286)ci. Stało si(cid:266) to tylko na podstawie podejrze(cid:276) wła(cid:286)ciciela hotelu. Je(cid:298)eli pan chce, mo(cid:298)e go pan zaskar(cid:298)yć. Naturalnie jestem gotów wzi(cid:261)ć spraw(cid:266) w swoje r(cid:266)ce i ukarać winnych. S(cid:266)pi Dziób popatrzył wokoło z drwi(cid:261)cym u(cid:286)miechem i odpowiedział: – Mam tylko jedno (cid:298)yczenie, chc(cid:266) temu panu, który uwa(cid:298)ał mój(cid:261) tr(cid:261)b(cid:266) za jak(cid:261)(cid:286) diabelsk(cid:261) maszyn(cid:266), podarować j(cid:261) na wył(cid:261)czn(cid:261) własno(cid:286)ć. Na koniec chciałbym wreszcie zostać sam. Wszyscy oddalili si(cid:266) ze (cid:286)miechem. Zawstydzony agent wyszedł z ogromn(cid:261) tr(cid:261)b(cid:261), tylko Robert pozostał w pokoju my(cid:286)liwego. Gdy opanował swój (cid:286)miech powiedział: – Kochany panie, co za maskaradowy strój pan na siebie zało(cid:298)ył? – Takie mam hobby – odrzekł S(cid:266)pi Dziób ze (cid:286)miechem. – Po drodze te(cid:298) pan wyprawiał same głupstwa. – Kto to panu powiedział? – Słyszałam. Na jednej stacji nawet pana podobno aresztowano? – Tak. – Musiał pan przerwać podró(cid:298) i wysi(cid:261)(cid:286)ć. – Za to dalej pojechałem specjalnym poci(cid:261)giem. – Tak. Najlepszy z tego jednak jest pa(cid:276)ski rewan(cid:298). – Co pan ma na my(cid:286)li? – No to, (cid:298)e kazał pan zamkn(cid:261)ć tego pułkownika i porucznika. – O tym te(cid:298) pan ju(cid:298) wie? – Wszyscy o tym opowiadali. Po opisie poznałem pana. Ci dwaj aresztowani byli mymi osobistymi wrogami. Zemsta moja była wielka, gdy wysiadłem i kazałem ich uwolnić. Naturalnie natychmiast chcieli mnie wyzwać na pojedynek, ja jednak z min(cid:261) triumfatora powiedziałem, (cid:298)e nie zwykłem si(cid:266) pojedynkować z lud(cid:296)mi, którzy pozwalaj(cid:261) si(cid:266) policzkować jakiemu(cid:286) w(cid:266)drownemu muzykantowi. – Co teraz robimy? – spytał Amerykanin. – Jeszcze dzisiaj wyruszamy. – Co? Dok(cid:261)d? – Do Havre de Grace. – Do Meksyku? – Naturalnie. Dostałem pilne rozkazy. – A co ja dostałem? – spytał S(cid:266)pi Dziób ze (cid:286)miechem. – I dla pana znajdzie si(cid:266) moc roboty – odparł Robert. – Teraz jak najpr(cid:266)dzej w drog(cid:266). Cał(cid:261) spraw(cid:266) omówimy w poci(cid:261)gu. 15 PRZYGOTOWANIE DO WYPRAWY Wreszcie po tak długim czasie Czytelnik przybywa znowu do tych samych miejsc, w których rozegrały si(cid:266) pierwsze dramaty naszej powie(cid:286)ci, to jest do Hiszpanii, do Rodrigandy. W lesie, w pobli(cid:298)u zamku, koczowała cała banda Cyganów. Najstarsza z nich spoczywała w szałasie sporz(cid:261)dzonym napr(cid:266)dce z gał(cid:266)zi, a zimno mocno jej doskwierało. Była to Zarba, królowa Gitanów, owa niegdy(cid:286) ubóstwiana pi(cid:266)kno(cid:286)ć, Ró(cid:298)a Zigarita, ta sama, któr(cid:261) uwiódł, a nast(cid:266)pnie porzucił Kortejo. Nadszedł wieczór. W obozie panowała niezwykła cisza, widocznie królowa musiała usn(cid:261)ć, wi(cid:266)c nikt nie warzył si(cid:266) zakłócać jej spoczynku. W(cid:286)ród tej ciszy gło(cid:286)no zabrzmiał t(cid:266)tent ko(cid:276)skich kopyt. Wkrótce na małym koniu bez siodła, ukazał si(cid:266) je(cid:296)dziec. Wszyscy poderwali si(cid:266) z miejsc, widocznie poznali przybysza. – Jarko! – zabrzmiał ogólny okrzyk, który obudził królow(cid:261). Z szałasu wyszła dziwna postać. Ta niegdy(cid:286) tak zniewalaj(cid:261)ca pi(cid:266)kno(cid:286)ć znikn(cid:266)ła z tego oblicza na zawsze. Na twarzy uło(cid:298)yła si(cid:266) zmarszczka na zmarszczce, nos wydłu(cid:298)ył i zakrzywił, z(cid:266)by powypadały tworz(cid:261)c zapadłe miejsca po obu stronach policzków. Ale oczy nie poszarzały, nadal l(cid:286)niły jasnym blaskiem i biada temu, na kogo rzuciły nienawistne spojrzenie. – Jarko! – zawołała. Je(cid:296)dziec zsiadł z konia i podszedł bli(cid:298)ej do szałasu. – Chod(cid:296) mój synu i usi(cid:261)d(cid:296) obok mnie – rzekła dono(cid:286)nym głosem. – Długo si(cid:266) nie widzieli(cid:286)my. Nareszcie przybywasz. Chc(cid:266) si(cid:266) wszystkiego dowiedzieć. Ale mo(cid:298)e jeste(cid:286) zanadto zm(cid:266)czony lub głodny? Cygan potrz(cid:261)sn(cid:261)ł głow(cid:261), i odpowiedział: – Znu(cid:298)ony? Głodny? To nie przystoi prawdziwemu Gitanowi. Pytaj matko o co tylko chcesz. – Byłe(cid:286) w Prusach? – Byłem. – A w Moguncji? – Te(cid:298). – W tej miejscowo(cid:286)ci, do której ci(cid:266) posłałam? – W Kreuznach? Tak, byłem. – Czy Tombi jeszcze (cid:298)yje? – (cid:297)yje i jest zdrów. – Widziałe(cid:286) mo(cid:298)e tego starego człowieka, któremu w głowie zaległa ciemno(cid:286)ć? – Widziałem. Ci(cid:261)gle mówi o sobie, (cid:298)e jest starym poczciwym Alimpo. Powiadaj(cid:261), (cid:298)e to hrabia Emanuel Rodriganda. – To akurat nic ci(cid:266) nie obchodzi. Jakie osoby spotkałe(cid:286) tam jeszcze? – Ksi(cid:266)cia Olsunn(cid:266). – Znam go. – I jego (cid:298)on(cid:266), ksi(cid:266)(cid:298)n(cid:266). – Ona była moj(cid:261) przyjaciółk(cid:261). 16 – Ró(cid:298)(cid:266) Sternau, córk(cid:266) Rodrigandy. – Tak. To wielkie nieszcz(cid:266)(cid:286)cie, (cid:298)e jej m(cid:261)(cid:298) umarł. – Spotkałem te(cid:298) jej córk(cid:266), Ró(cid:298)(cid:266), któr(cid:261) wszyscy nazywaj(cid:261) Le(cid:286)n(cid:261) Ró(cid:298)yczk(cid:261). – Widziałam j(cid:261) jako małe dziecko i pobłogosławiłam. Nadal jest pi(cid:266)kna? – Pi(cid:266)kniejsza od porannej jutrzenki. – A dobra? – Jej serce jest przepełnione dobroci(cid:261). – To dobrze. A kogo jeszcze widziałe(cid:286)? – Pewnego oficera, na którego wołaj(cid:261) Robert. Wprawdzie jest jeszcze młody, ale przed nim wielka kariera. – To syn sternika. Wyczytałam w gwiazdach, (cid:298)e los jego b(cid:266)dzie wspaniały. – Potem widziałem starego kapitana Rodensteina. – To kamie(cid:276) bez politury i połysku, na skutek staro(cid:286)ci robi si(cid:266) coraz bardziej szorstki. – Jego syna malarza i jego (cid:298)on(cid:266), córk(cid:266) ksi(cid:266)cia. – To dwa serca kochaj(cid:261)ce si(cid:266) silnie i niezmiennie. – Na koniec od twego syna Tombiego dostałem list, który mam ci oddać. – List. Poka(cid:298)! Tombi nie umie dobrze pisać, ale jego matka i bracia zrozumiej(cid:261) go. Potrafi(cid:266) jeszcze przeczytać słowa mego syna, tak jak i mego najwi(cid:266)kszego wroga. Podał jej papier zabazgrany strasznymi kulfonami, a owini(cid:266)ty jakim(cid:286) kawałkiem płótna. Pomimo trudno(cid:286)ci z odczytaniem poszczególnych liter zrozumiała tre(cid:286)ć. „Matko! List do pani Sternau. (cid:297)yje jeszcze. I sternik, hrabia Ferdynand. I inni. S(cid:261) w Meksyku. Ferdynand przez Pablo Korteja otruty, w letargu. Na okr(cid:266)t. Jako niewolnik. Landola zrobił. Inni tak(cid:298)e na okr(cid:266)t Landoli. Połapani. Miał ich zabić. Wyrzucił na odludn(cid:261) wysp(cid:266). Szesna(cid:286)cie lat. Uratowani. Niedługo przyjad(cid:261). Wielka uciecha w Kreuznach. Zemsta niedługo, wielka. Syn Tombi”. List ten miał dat(cid:266) sprzed przybycia do Moguncji S(cid:266)piego Dzioba, a wi(cid:266)c w czasie, gdy Tombi nie wiedział, (cid:298)e uratowani ponowni zagin(cid:266)li. Zarba siedziała jaki(cid:286) czas w milczeniu, wreszcie wstała, mały sztylet schowała za pazuch(cid:266) i bez słowa oddaliła si(cid:266). Udała si(cid:266) wprost do zaniku Rodriganda. Przy bramie zatrzymał j(cid:261) krzycz(cid:261)cy stró(cid:298): – Czego tu chcesz, czarownico?! Milcz(cid:261)c chciała przej(cid:286)ć obok. Jednak złapał j(cid:261) za r(cid:266)kaw wołaj(cid:261)c jeszcze gło(cid:286)niej: – Ogłuchła(cid:286)? Pytam si(cid:266) czarownico czego tutaj szukasz?! Popatrzyła na niego spokojnie i odparła: – Czy nie wiesz, (cid:298)e ja mam zawsze wolny wst(cid:266)p do zamku? – Wiem, ale powiedz mi do kogo idziesz? – Jest Hrabia Alfonso? – Nie. – A senior Kortejo? – Jest. – Siostra Klarysa? – Jest. – Gdzie s(cid:261)? – W pokoju Korteja. Dobrze znała drog(cid:266), wi(cid:266)c po chwili zapukała do drzwi i nie czekaj(cid:261)c na zaproszenie weszła do (cid:286)rodka. 17 Kortejo siedział razem z Klarys(cid:261) na sofie, spo(cid:298)ywali syt(cid:261) kolacj(cid:266). Na widok wchodz(cid:261)cej stracili swe dobre miny. – Czego tu chcesz? – spytał Kortejo gro(cid:296)nie. – Przychodz(cid:266) ci(cid:266) ostrzec. Spojrzał na ni(cid:261) zdziwiony, ale zarazem przera(cid:298)ony. Ta Cyganka posiadała władz(cid:266), której nawet on nie dorównywał. Wiedziała wiele o jego (cid:298)yciu, a teraz nawet wi(cid:266)cej ni(cid:298) on. Ju(cid:298) nie raz miał zamiar zgładzić to niepotrzebne, naprzykrzaj(cid:261)ce si(cid:266) stworzenie, ale zawsze przed tym krokiem powstrzymywała go jaka(cid:286) dziwna trwoga. – Do kogo wła(cid:286)ciwie przychodzisz? – spytała Klarysa dumnym tonem. – Nie do ciebie! – brzmiała odpowied(cid:296) Cyganki. Klarysa zaczerwieniona ze zło(cid:286)ci a(cid:298) poderwała si(cid:266) z kanapy i krzykn(cid:266)ła: – Co?! Ty czarownico, o(cid:286)mielasz si(cid:266) mówić do mnie przez ty! – A czym ty si(cid:266) ró(cid:298)nisz ode mnie? – spytała Cyganka. Klarysa nie odpowiadaj(cid:261)c zwróciła si(cid:266) do Korteja: – Wyrzuć t(cid:266) włócz(cid:266)g(cid:266)! Natychmiast! Kortejo nie o(cid:286)mielił si(cid:266) jej sprzeciwić wi(cid:266)c rzekł do Zarby: – Wyno(cid:286) si(cid:266) st(cid:261)d! Id(cid:296) do swego obozu! – Zarba zostanie, gdzie si(cid:266) jej podoba. – odpowiedziała dumnie. – Ta kobieta nie ma prawa rozkazywać mnie. Ona tak jak i ja była twoj(cid:261) kochank(cid:261), i podobnie jak ja urodziła ci syna; tylko (cid:298)e jej syn został hrabi(cid:261), a mój samotnym Cyganem. Oboje przerazili si(cid:266) słysz(cid:261)c te słowa. Pierwszy oprzytomniał Kortejo. – Zarba, na miło(cid:286)ć bosk(cid:261)! Fantazjujesz! Klarysa podsun(cid:266)ła sobie pod nos flakonik i wołała: – Ta baba naprawd(cid:266) zwariowała! – Nie zaprzeczaj! – odrzekła Cyganka z błyszcz(cid:261)cymi oczami i sił(cid:261) w głosie. – I na was przyjdzie chwila, gdy b(cid:266)dziecie pragn(cid:261)ć szale(cid:276)stwa, całkowitego zapomnienia przeszło(cid:286)ci. Jeszcze b(cid:266)dzie wyć i (cid:298)ebrać o lito(cid:286)ć, ale tylko piekło ulituje si(cid:266) nad wami. Kortejo nie wiedział co to ma znaczyć. Zarba, jego dawna kochanka i pomocnica, teraz w tak okrutny sposób wyst(cid:266)powała przeciw niemu. Jak nieprzytomny patrzył na ni(cid:261) i spytał: – Czego ty wła(cid:286)ciwie chcesz ode mnie? – (cid:297)(cid:261)dam dla mego syna tytułu hrabiowskiego. – Nie pleć głupstw! – Czego? Głupstw? Wiesz, (cid:298)e mówi(cid:266) prawd(cid:266), ale nie przeczuwasz, (cid:298)e Zarba jest pot(cid:266)(cid:298)niejsza i silniejsza od ciebie. – Mylisz si(cid:266) – odparł. – Wystarczy, (cid:298)e tylko powiem słowo, a wyrzuc(cid:261) ci(cid:266) za drzwi. – Ty? – spytała ze (cid:286)miechem. – Powiedz tylko to słowo, a tym samym sam zgotujesz sobie zgub(cid:266). hrabiego? – Chcesz mi grozić? Przecie(cid:298) jeste(cid:286) współwinn(cid:261) wszystkich moich zbrodni. – Mo(cid:298)e nie wszystkich – odparła chytrze. – Czy mo(cid:298)e to ja, na twój rozkaz zabiłam – Naturalnie, przecie(cid:298) znale(cid:296)li w jarze jego ciało. – Doktor Sternau mówił prawd(cid:266), to ciało nie było jego. – Ten szarlatan! To był trup hrabiego! – Mylisz si(cid:266) ogromnie. To było ciało dopiero co zmarłego człowieka z s(cid:261)siedniej wioski, które ubrali(cid:286)my tylko w szaty hrabiego. Za(cid:286) jego samego ukryli(cid:286)my tak, (cid:298)e nikt go nie mógł odnale(cid:296)ć. Oboje pobledli. Klarysa oparła si(cid:266) o poduszki, Kortejo jak ra(cid:298)ony piorunem podskoczył i krzyczał z całych sił: – Babo! Szatanie! Kłamiesz haniebnie! 18 – Je(cid:298)eli nie chcesz to nie wierz – odparła spokojnie. – Ale twa niewiara nic nie zmieni, hrabia Emanuel (cid:298)yje. – Gdzie? – Tam gdzie go nigdy nie odnajdziesz. Doktor Sternau tak(cid:298)e (cid:298)yje! Popatrzył na ni(cid:261) i odparł z ironi(cid:261): – O nie, zgin(cid:261)ł. Wiem to z cał(cid:261) pewno(cid:286)ci(cid:261)! – Tak my(cid:286)lisz! – spytała z nieskrywan(cid:261) satysfakcj(cid:261). – Zapewne hrabia Ferdynand tak(cid:298)e zgin(cid:261)ł? – Naturalnie. – I Mariano, prawdziwy dziedzic rodu Rodriganda? – Tego nie znam. Wszyscy zgin(cid:266)li. Zaton(cid:266)li na morzu w czasie burzy. Podeszła krok bli(cid:298)ej mówi(cid:261)c półgłosem: – Gasparino Kortejo, mylisz si(cid:266) ogromnie. Landola tak jak i ja, nie wypełnił dokładnie wszystkich twoich polece(cid:276). – Zupełnie ci(cid:266) nie rozumiem. – Zaraz zrozumiesz. Landola nigdy ci nie wierzył. Chciał mieć przeciw tobie w r(cid:266)ku pewn(cid:261) bro(cid:276) i dlatego nie zabił tych, których kazałe(cid:286). Wysadził ich na bezludnej wyspie. Szesna(cid:286)cie lat tam przesiedzieli i niedawno udało im si(cid:266) powrócić. Kortejo zgłupiał. Gdyby nawet Zarba kłamała, to i tak znała wszystkie tajemnice, o których nikt nic nie powinien wiedzieć. Ale co b(cid:266)dzie, je(cid:298)eli to wszystko jest prawd(cid:261)? Przecie(cid:298) po tym łotrze Landoli mo(cid:298)na si(cid:266) wszystkiego spodziewać. Zrobiło mu si(cid:266) gor(cid:261)co. Klarysa oddychała ci(cid:266)(cid:298)ko, wreszcie opanował swój niepokój i powiedział z drwin(cid:261): – Wspaniale zmy(cid:286)lasz, stara. Byłaby(cid:286) dobra jako nia(cid:276)ka, pi(cid:266)kne bajki opowiadałaby(cid:286) dzieciom. Za(cid:286)miała si(cid:266) z pogard(cid:261) i powiedziała: – Po co te komedie? Doskonale wiem, (cid:298)e to ci(cid:266) przeraziło. Hrabia Ferdynand (cid:298)yje. Podano mu tylko trucizn(cid:266), na skutek której popadł w letarg. Pogrzebali go, wkrótce potem wyj(cid:266)li go z trumny, doprowadzili do przytomno(cid:286)ci tam przetransportował. Jednak hrabia uratował si(cid:266), uciekł z niewoli i odnalazł pozostałych. Teraz wszyscy, a wi(cid:266)c: Sternau, Ferdynand i Mariano znajduj(cid:261) si(cid:266) w Meksyku. i sprzedali do niewoli. Landola go – Udowodnij to! – Nie musisz znać moich (cid:296)ródeł informacji, ale doskonale wiesz, (cid:298)e to prawda. – A je(cid:298)eli nawet, to dlaczego mówisz to mnie, ty stara czarownico! – zawołał ze zło(cid:286)ci(cid:261). – Czy chcesz bym miał czas na ratunek? – Ratunek? – rzekła ze (cid:286)miechem. – Nie potrafisz si(cid:266) ju(cid:298) uratować. Mówi(cid:266) ci to, gdy(cid:298) najwi(cid:266)ksz(cid:261) przyjemno(cid:286)ć sprawi mi widok twego przera(cid:298)enia, chc(cid:266) by(cid:286) długo cierpiał i długo si(cid:266) bał. – Diable! – zawołał. – Ja? A kim ty jeste(cid:286)? – spytała Zarba. – Nie wierz(cid:266) w ani jedno twoje słowo. W tej wła(cid:286)nie chwili zapukano i po chwili w drzwiach stan(cid:261)ł słu(cid:298)(cid:261)cy z paczk(cid:261) listów. Gdy tylko si(cid:266) oddalił Kortejo przegl(cid:261)dn(cid:261)ł korespondencj(cid:266). – Z Meksyku! – zawołał na widok z jednego z listów. – Przeczytaj! – rzekła Zarba. – Mo(cid:298)e wtedy si(cid:266) przekonasz, czy ci(cid:266) okłamałam. Chc(cid:261)c nie chc(cid:261)c rozerwał kopert(cid:266) i zacz(cid:261)ł czytać. Ci(cid:266)(cid:298)kie westchnienie wydarło mu si(cid:266) z piersi. Gdy sko(cid:276)czył musiał oprzeć si(cid:266) o sof(cid:266), aby nie stracić równowagi. Klarysa nie mogła opanować swej ciekawo(cid:286)ci. Wyj(cid:266)ła mu pismo z r(cid:261)k i przeczytała: 19 „Kochany stryju! Obecnie przebywam w hacjendzie del Erina i pisz(cid:266) napr(cid:266)dce te kilka słów, gdy(cid:298) s(cid:261) one bardzo wa(cid:298)ne. Wydarzyły si(cid:266) rzeczy niesłychane, wr(cid:266)cz potworne. Landola nas oszukał. Ci wszyscy, którzy mieli zgin(cid:261)ć, (cid:298)yj(cid:261). Wszyscy! Wysadził ich na bezludnej wyspie, sk(cid:261)d udało im si(cid:266) uciec. Przebywaj(cid:261) teraz w forcie Guadalupe u boku naszego wroga, Juareza. Wystarczy, (cid:298)e wymieni(cid:266) ci Sternaua, Mariano, obu braci Helmerów. Hrabia Ferdynand jest tak(cid:298)e z nimi, (cid:298)yje, wbrew zapewnieniom. Ojca tutaj nie ma, a ja jestem do(cid:286)ć słaba. Posłałam do niego list, aby natychmiast podj(cid:261)ł odpowiednie kroki. Je(cid:298)eli nie uda nam si(cid:266) ponownie pochwycić naszych wrogów, to bez w(cid:261)tpienie jeste(cid:286)my zgubieni. Twoja zatroskana bratanica Józefa.” Po przeczytaniu Klarysie wypadł list z r(cid:261)k. Zarba powiedziała z satysfakcj(cid:261): – No i co, potwierdzaj(cid:261) si(cid:266) moje nowiny, widz(cid:266) to po waszych twarzach. Kortejo rozzłoszczony krzykn(cid:261)ł: – Milcz ty stara czarownico, bo inaczej ka(cid:298)(cid:266) ci zakneblować g(cid:266)b(cid:266)! Mo(cid:298)esz bredzić co ci (cid:286)lina na j(cid:266)zyk przyniesie, ale nie to, (cid:298)e Alfonso nie jest prawdziwym hrabi(cid:261)! Nigdy tego nie zdołasz udowodnić. – Tak my(cid:286)lisz? Znowu jeste(cid:286) w bł(cid:266)dzie. Bardzo łatwo da si(cid:266) udowodnić, (cid:298)e prawdziwym dziedzicem rodu, a wi(cid:266)c prawdziwym Rodrigand(cid:261) jest Mariano. Rozbójnicy nie zabili go po zamianie. A gdyby były jakie(cid:286) w(cid:261)tpliwo(cid:286)ci to zapytaj swego syna, co w Pary(cid:298)u ukradł mu jeden garoter. – W Pary(cid:298)u? Garoter? O czym ty mówisz, ja o niczym nie wiem? – Powiem ci. S(cid:261) tacy ludzie, którzy na skutek słabej pami(cid:266)ci lub mo(cid:298)e z innych przyczyn maj(cid:261) w zwyczaju zapisywać wszystko co si(cid:266) tylko wydarzyło. Nie my(cid:286)l(cid:261) o tym, (cid:298)e ich notatki mog(cid:261) si(cid:266) dostać w niepowołane r(cid:266)ce. Takim wła(cid:286)nie durniem jest twój syn. Notował wszystkie tajemnice i to bardzo szczegółowo. Ten notes w Pary(cid:298)u ukradł mu pewien garoter, a ja poznałam jego tre(cid:286)ć. – Na wszystko co (cid:286)wi(cid:266)te, powiedz, kto ma ten notes?! – zawołał Kortejo zrywaj(cid:261)c si(cid:266) z kanapy i podchodz(cid:261)c do Cyganki. – Tego nie musisz wiedzieć – powiedziała spokojnie. – Tak? Musisz mi powiedzieć prawd(cid:266), inaczej ci(cid:266) st(cid:261)d nie wypuszcz(cid:266). – Musisz poczekać, a(cid:298) b(cid:266)d(cid:266) miała ochot(cid:266) aby ci to wyjawić. – Nie my(cid:286)l(cid:266) czekać! Mów natychmiast! Złapał j(cid:261) za rami(cid:266), lecz w tej samej chwili z krzykiem odskoczył na bok. Zarba niepostrze(cid:298)enie wyj(cid:266)ła swój sztylecik i wbiła mu w r(cid:266)k(cid:266). Ze zr(cid:266)czno(cid:286)ci(cid:261) kota pobiegła do drzwi i znikn(cid:266)ła. Zanim Kortejo si(cid:266) obejrzał, schowała si(cid:266) w parku. – Przekl(cid:266)ta czarownica – powiedział ogl(cid:261)daj(cid:261)c swoj(cid:261) r(cid:266)k(cid:266). – Gł(cid:266)boka rana, kochany? – spytała zatroskana Klarysa. – Nie, na szcz(cid:266)(cid:286)cie trafiła mi(cid:266)dzy ko(cid:286)ci, wi(cid:266)c tylko mnie drasn(cid:266)ła, ale jej j(cid:266)zyk był znacznie gorszy. prawda z tym... z tym synem... – Trzeba mój kochany rozpatrzyć punkt po punkcie, ale powiedz mi najpierw, czy to Kortejo nie od razu odpowiedział, a po chwili z wahaniem i l(cid:266)kiem rzekł: – No có(cid:298), to taka młodzie(cid:276)cza miłostka. Mo(cid:298)liwe, (cid:298)e ma syna, ale kto jest jego ojcem? – Ty! – Co? – I to było wtedy, kiedy si(cid:266) ju(cid:298) znali(cid:286)my. 20 – Mo(cid:298)liwe. Ale po co teraz, po latach mówić o takich drobnostkach. Mamy wa(cid:298)niejsze sprawy do omówienia. W pierwszym rz(cid:266)dzie interesuje mnie Ferdynand, nie umarł, jak miało si(cid:266) stać. Nie otruli go, a kto zawinił? – Twój brat Pablo. Ale nie potrafi(cid:266) zgadn(cid:261)ć dlaczego? – Ja chyba wiem. – W takim razie mam nadziej(cid:266), (cid:298)e podzielisz si(cid:266) ze mn(cid:261) tymi wiadomo(cid:286)ciami. – On ma córk(cid:266), a ja syna. Mój syn został spadkobierc(cid:261) całego maj(cid:261)tku Rodrigandów. Chciał aby ci młodzi pobrali si(cid:266) i Józefa otrzymała cz(cid:266)(cid:286)ć maj(cid:261)tku. Poniewa(cid:298) Alfonso nie chciał, dlatego postanowili trzymać nas w szachu unieszkodliwiaj(cid:261)c hrabiego, ale pozostawiaj(cid:261)c go w(cid:286)ród (cid:298)ywych. – Jasne, trzeba si(cid:266) czym(cid:286) takim samym zrewan(cid:298)ować. – A co z pozostałymi zaginionymi? – (cid:297)yj(cid:261). – T(cid:266) spraw(cid:266) pozostawi(cid:266) tymczasem na głowie mojego brata. Wa(cid:298)niejsza jest dla mnie Zarba i Landola. Bez tej dwójki, nikt niczego nie jest mi w stanie udowodnić. – Musisz si(cid:266) ich pozbyć i to na dobre. – Najpierw Cygank(cid:266). – Kiedy? – Jeszcze dzisiaj. – A Landol(cid:266)? – Z tym musz(cid:266) najpierw pogadać, mo(cid:298)e b(cid:266)dzie mi jeszcze potrzebny, potem... – Jest w Barcelonie? – Tak. Musi si(cid:266) nawet ukrywać przed hiszpa(cid:276)sk(cid:261) policj(cid:261). Ten Bismarck ma długie r(cid:266)ce. (cid:297)ebym nie zapomniał, musimy o wszystkim powiadomić Alfonso. A teraz musz(cid:266) działać. – Idziesz do Zarby? – Tak i do Landoli. Jeszcze dzisiejszej nocy pojad(cid:266) do Barcelony. W takich sprawach po(cid:286)piech jest niezb(cid:266)dny. Oddalił si(cid:266), a godzin(cid:266) pó(cid:296)niej opu(cid:286)cił zamek boczn(cid:261) bram(cid:261). Kołuj(cid:261)c dotarł w ko(cid:276)cu na miejsce, gdzie według niego powinien znajdować si(cid:266) obóz Cyganów. Ze strzelb(cid:261) gotow(cid:261) do strzału przesuwał si(cid:266) z wolna od krzaka do krzaka. Znał cyga(cid:276)skie obyczaje i wiedział, (cid:298)e o tej porze Zarba zwykła siedzieć przed swoim namiotem pal(cid:261)c fajk(cid:266) i rozmawiaj(cid:261)c ze swym ludem. Jednym celnym strzałem mógł załatwić spraw(cid:266). Kiedy podsun(cid:261)ł si(cid:266) tu(cid:298) pod sam wyłom i wyjrzał zza krzaków mimo woli wydał z siebie okrzyk zdziwienia. Miejsce gdzie powinien stać obóz było puste. Dlaczego wyruszyli? Dlaczego stara nic mu o tym nie powiedziała? A mo(cid:298)e nie s(cid:261) jeszcze daleko? Mo(cid:298)e mógłby ich dogonić i zastrzelić star(cid:261)? Przecie(cid:298) nie mo(cid:298)e wracać do zamku z niczym. Postanowił pój(cid:286)ć po ich (cid:286)ladach, lecz niedługo natrafił na now(cid:261) przeszkod(cid:266). – Stój! – usłyszał za sob(cid:261) jaki(cid:286) głos. Kiedy si(cid:266) obejrzał zobaczył za sob(cid:261) czterech młodych Cyganów. – Czego chcesz? – spytał Kortejo. – A, senior Kortejo, czego tu szukasz? – Co ci(cid:266) to obchodzi? – Nawet bardzo du(cid:298)o. Czekali(cid:286)my tu na was. – Na mnie? Dlaczego? – spytał zdziwiony. – Rozkazała nam to nasza matka. – Tak? A sk(cid:261)d wiedziała, (cid:298)e ja tu przyjd(cid:266)? – Tego nie wiemy. Rozkazała wszystkim natychmiast wyruszać, a nam kazała pilnować, aby pan nie poszedł naszymi (cid:286)ladami. 21 – Dlaczego? – Tego tak(cid:298)e nie wiemy. – A gdy mimo tego pójd(cid:266)? – To b(cid:266)dziemy strzelali. – Co? Nie odwa(cid:298)ycie si(cid:266)! – My musimy słuchać Zarby, nawet gdyby(cid:286)my mieli narazić swoje (cid:298)ycie, dlatego pozwólcie senior, (cid:298)e odprowadzimy was do domu. – Ja znam drog(cid:266). – Tak, to prawda, ale chcemy si(cid:266) przekonać, (cid:298)e rzeczywi(cid:286)cie tam wrócicie. Chod(cid:296)cie, nie chce nam si(cid:266) z wami spierać. – Co? Chcecie u(cid:298)yć siły, łajdaki? – Oczywi(cid:286)cie, je(cid:298)eli dobrowolnie z nami nie pójdziecie. Kortejo w(cid:286)ciekał si(cid:266) ze zło(cid:286)ci, gdy prowadzili go do zamku, ale nic nie mógł na to poradzić. Gdy tylko dotarli na miejsce, Cyganie odeszli, a on poszedł prosto do Klarysy, by opowiedzieć co mu si(cid:266) przydarzyło. – Na Boga, uciekła? – spytała ze strachem. – Musz(cid:266) j(cid:261) złapać. – Kiedy, mo(cid:298)e jutro? – Nie. Jutro musz(cid:266) udać si(cid:266) do Barcelony, to jest wa(cid:298)niejsze. Jeszcze dobrze nie zacz(cid:266)ło (cid:286)witać, gdy Kortejo przybył do Barcelony. Przez boczne, w(cid:261)skie uliczki dotarł do pewnego krawca, trudni(cid:261)cego si(cid:266) przeróbkami starej odzie(cid:298)y. U niego, w małym pokoiku, pod przybranym nazwiskiem, mieszkał Landola. – Przynosz(cid:266) wam nowe, dochodowe zlecenie – powiedział w drzwiach. – Bardzo mi przyjemnie – odpowiedział kapitan. – Co to takiego? – Podró(cid:298) do Meksyku. – Hm, jako pasa(cid:298)er, czy na własnym statku. – Wszystko jedno. Chodzi o przewiezienie zwłok hrabiego Ferdynanda, do grobowca rodzinnego w Rodrigandzie. Mo(cid:298)ecie si(cid:266) tego podj(cid:261)ć? – Niech was diabeł porwie – zakl(cid:261)ł Landola zamiast odpowiedzi. – Mnie? Dlaczego? Nie chcecie? – Trup na pokładzie zawsze przynosi nieszcz(cid:266)(cid:286)cie. – To przes(cid:261)d. Dziwi mnie, (cid:298)e wy w to wierzycie. – To akurat jest mi oboj(cid:266)tne. Dajcie spokój temu staremu i pozostawcie go tam, gdzie jest. – A gdzie jest? – Jak to gdzie, w Meksyku przecie(cid:298). – A mo(cid:298)e w niewoli? Landola wyra(cid:296)nie si(cid:266) przestraszył. Popatrzył badawczo na Korteja i spytał: – W niewoli, w jakiej niewoli? – Nie rozumiecie? Normalnie, zabrali(cid:286)cie go na swój okr(cid:266)t i wywie(cid:296)li(cid:286)cie gdzie(cid:286) daleko, a potem został sprzedany w niewol(cid:266). – Do diabła! To znaczy, (cid:298)e wasz braciszek nie potrafi trzymać j(cid:266)zyka za z(cid:266)bami, musiał wszystko wygadać, jak jaka(cid:286) stara plotkarka. – Uczynili(cid:286)cie to na rozkaz mojego brata? – Naturalnie. – Czyli, (cid:298)e on jest dla was wa(cid:298)niejszy ni(cid:298) ja. – To nie tak, ale on był w Meksyku i musiałem si(cid:266) tam stosować do jego rozkazów. – A co do innych polece(cid:276), te(cid:298) si(cid:266) do nich zastosowali(cid:286)cie? – Do jakich innych? – Chocia(cid:298)by co do Sternaua i jego towarzyszy. – Oni nie (cid:298)yj(cid:261). – A mo(cid:298)e tak(cid:298)e s(cid:261) w niewoli. 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wyścig z czasem
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: