Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00079 009752 11028120 na godz. na dobę w sumie
Wywiad ze śmiercią - ebook/pdf
Wywiad ze śmiercią - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 280
Wydawca: Wydawnictwo Psychoskok Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3790-0252-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże >> literatura faktu
Porównaj ceny (książka, ebook (-33%), audiobook).

„Wywiad ze śmiercią” Michała Wancerza to wbrew pozorom rozmowa o życiu, ludzkości, jej historii oraz przyszłości.

Głównym bohaterem książki jest człowiek, który przeżył śmierć kliniczną, a swoimi przeżyciami postanowił podzielić się z czytelnikami na zasadzie wywiadu udzielonego autorowi, nie ujawniając swojej tożsamości. Mężczyzna ten zginął w wypadku samochodowym, a po czterech godzinach od stwierdzenia zgonu powrócił do świata żywych, budząc się w kostnicy. Sama śmierć nie była czynnikiem skłaniającym do napisania książki, ponieważ głównym powodem było to, co wydarzyło się po śmierci. Bohater książki powrócił z „tamtego świata” jako osoba całkowicie odmieniona i bogatsza o nowe doświadczenia. Tajemniczy rozmówca twierdzi z całym przekonaniem, że wie co dzieje się z nami po śmierci, jak powinniśmy żyć, oraz co czeka nas w przyszłości. Skłania się również do stwierdzenia naszego miejsca we Wszechświecie oraz naszej duchowości i cielesności. Cała opisana historia w tej książce to połączenie różnych dziedzin jak psychologia, fizyka kwantowa, kosmologia, idee religijne i wiele innych.

Książkę można odebrać na różne sposoby, przede wszystkim mieć dystans do zawartych w niej treści i potraktować to wszystko jako ciekawostki, bądź wręcz przeciwnie – uwierzyć w przekaz tajemniczego bohatera. Opowieść ta może wzbudzić wiele kontrowersji zarówno w środowiskach religijnych, jak i naukowych lub zostanie przez nie całkowicie zignorowana. Odbiór tej treści to indywidualna sprawa każdego czytelnika, ale też umiejętności perswazyjnych człowieka, który przeżył śmierć.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Michał Wancerz „Wywiad ze śmiercią” Copyright © by Michał Wancerz, 2014 Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, sp. z o.o. 2014 Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy. Skład: Jacek Antoniewski Korekta: Paweł Markowski Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok Zdjęcie na okładce: © olly – fotoloia.com ISBN: 978‑83‑7900‑252‑8 Wydawnictwo Psychoskok, sp. z o.o. ul. Chopina 9, pok. 23, 62‑510 Konin tel. (63) 242 02 02, kom. 665 955 131 http://wydawnictwo.psychoskok.pl e‑mail: wydawnictwo@psychoskok.pl Wstęp Stanąłem przed wielkim wyzwaniem. Przelać na papier to, co przekazał mi pewien człowiek. Mógłbym ubrać to w piękne opowiadanie, ale ponieważ nie uważam się za pisarza, zapewne nie wyszłoby mi to zbyt dobrze. Ta książka nie może zostać niezauważona. Ta książka musi trafić do rąk wszystkich tych ludzi, którzy jej potrzebują i którzy na nią cze- kali. Właśnie dlatego nie mogę zanudzać ich jakimiś wymyślo- nymi historiami, postaciami i opisami przyrody. Wiedza, którą powierzono w moje ręce, jest zbyt cenna, by upychać ją pomiędzy wierszami, dlatego właśnie, zdecydowa- łem się niczego nie zmieniać, niczego nie upiększać, a swoją rolę ograniczyłem tylko i wyłącznie do zapisania na tych kartkach pa- pieru rozmowy, którą przeprowadziłem z pewnym człowiekiem. Kim więc jest ów człowiek? Dlaczego wiedza, którą posiada, jest tak cenna? Co czyni go tak wyjątkowym? To człowiek, który udowodnił mi, że zmarł w wypadku sa- mochodowym. Człowiek, który posiada medyczne dokumenty, z których jasno wynika, iż przez cztery godziny uznany był przez lekarzy za martwego. Jednak po czterech godzinach obudził się, a jego ciało i mózg w niewytłumaczalny sposób nie doznały żad- nych zmian z powodu niedotlenienia. Oczywiście medycyna zna takie przypadki, w których le- karz lub ratownik medyczny nie zauważyli minimalnego tętna, 3 czy bardzo spowolnionego oddechu. Takie sytuacje zdarzały się i pewnie zdarzają się nadal. Lecz ten przypadek jest trochę inny. Człowiek ten podłączony był do najnowocześniejszej aparatury monitorującej wszelkie funkcje życiowe, łącznie z aparaturą EEG do zapisu fal mózgowych. Z przyrządów tych jasno wynikało, że mężczyzna ten zmarł. Sama śmierć – choć z medycznego punktu widzenia zapew- ne bardzo ciekawa – nie jest powodem, dla którego powstała ta książka. Powodem jest to, co zdarzyło się po śmierci. Przedstawiam Państwu człowieka wyjątkowego w skali świa- ta. Świata, w którym żyjemy, i który znamy. Człowieka, który wrócił z zaświatów wraz z całą wiedzą, do jakiej człowiek otrzy- muje dostęp po śmierci. Jak sam twierdzi, dostał znak, że już czas podzielić się tą wie- dzą z ludzkością. Oto ona. 4 – Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy na kursie hipnozy, po- wiedział Pan, że jest coś, w czym muszę Panu pomóc. Chodziło o napisanie tej książki. Dlaczego nie chciał Pan napisać jej sam? – Jest kilka powodów, dla których nie mogę to być ja. Pierw- szy i najważniejszy jest taki, że nie chcę ujawniać swojej tożsa- mości. Zdaję sobie sprawę z tego, iż książka ta stać się może best- sellerem na całym świecie. Utrzymanie w tajemnicy tożsamości autora byłoby niemożliwe, a właśnie na tym w tej chwili zależy mi najbardziej. I tu pojawia się Pana rola. W moim życiu nie ma miejsca ani czasu na całe to zamieszanie, jakie niesie za sobą publikacja książki. Właściwie, to śmiało mogę powiedzieć, że jest to ostatnia rzecz, jaką chciałbym, aby przyda- rzyła się w moim życiu. Gdy rozmawialiśmy o tej książce, jasno zaznaczyłem, iż moja osoba nigdy nie może zostać ujawniona. Mam tylko nadzieję, że czytelnicy po przeczytaniu tej książki zro- zumieją, co mną w tej chwili kieruje i wybaczą mi tę tajemniczość. – Tak, to prawda, rozmawialiśmy o tym, iż Pana tożsamość musi pozostać tajemnicą, lecz czy nie wydaje się Panu, że przez to wielu ludzi nie uwierzy w to, o czym za chwilę będzie Pan opo- wiadał? Czy nie przyszło Panu na myśl, że ta cała tajemniczość wokół Pana osoby przysporzy tylko negatywnych recenzji i opi- nii tej książce? Sam Pan powiedział, że zależy Panu, aby książka ta trafiła do jak największej liczby ludzi. A ludzie lubią dowody. – Nie interesuje mnie to, czy ludzie uwierzą mi, czy też nie. Nie interesują mnie żadne, jak Pan to nazwał, negatywne 5 recenzje. Takimi rzeczami przejmują się pisarze, którzy chcą za- robić na swojej książce, a pisanie jest ich pracą zarobkową. Ja na tej książce nie zamierzam zarabiać. Z doświadczenia wiem, że ci, którzy czekają i są gotowi na tę wiedzę, zapoznają się z nią, ocenią, zaakceptują lub odrzucą wedle swoich przekonań. Ci, którzy na nią nie są jeszcze gotowi, obrzucą tę książkę błotem. Bylibyśmy niepoprawnymi idealista- mi myśląc, że książka ta przysporzy nam, a właściwie Panu, jako autorowi, samych przyjaciół i zwolenników. Myślę, że stanie się wręcz odwrotnie. – Pana zdaniem, jakie środowiska najciężej będzie przeko- nać do wiedzy, jaka zawarta zostanie w tej książce? – Ja nie dzielę ludzi na środowiska i naprawdę nie zamierzam do tej wiedzy nikogo przekonywać. Ludzie muszą sami zdecydo- wać, co zrobić z tą wiedzą. Ale chcąc odpowiedzieć na to pytanie, pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to oczywiście środowiska naukowe oraz kościelne. Ale, jak powiedziałem już wcześniej, nie interesuje mnie, kto mi uwierzy. Książka ta adresowana jest do ludzi, którzy oczekują tej wiedzy, są na nią gotowi i potrzebują jej. A ponieważ ludzi takich jest coraz więcej, nadszedł czas, aby wiedza ta stała się ogólnie dostępna właśnie dla nich. – I tu nasuwa mi się kolejne pytanie. Dlaczego zwlekał Pan tak długo z napisaniem tej książki? Od chwili wypadku, w któ- rym poniósł Pan śmierć, minęło już kilka lat. Dlaczego właśnie teraz? – Ciężko to wytłumaczyć. Nauczyłem się w życiu dostrzegać znaki. Zbiegi okoliczności, które tak naprawdę są w naszym życiu subtelnymi wskazówkami. Wiedziałem, że tej wiedzy nie mogę zachować dla siebie, że będę musiał podzielić się nią z ludzkością 6 w odpowiednim momencie. Czekałem tylko na znak, aby zro- bić to we właściwym momencie. Nasze spotkanie było dla mnie znakiem, że już czas. Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, opowiedział mi Pan o tym, że od kilku lat rozwija się Pan duchowo i próbuje zgłę- biać wiedzę na temat nas, ludzi. Zrozumieć, na czym tak na- prawdę polega życie. Powiedział Pan również, że w wolnych chwilach próbuje opisać swoje doświadczenia w książce. To było to. Na mojej drodze pojawił się człowiek zainteresowany roz- wojem duchowym, piszący, szukający odpowiedzi. Nie miałem wątpliwości. To miał być Pan. Pojawił się Pan w moim życiu i to mi wystarczyło. – Sugeruje Pan, że ktoś steruje naszym życiem tak, aby do- chodziło do takich spotkań? – Niczego nie sugeruję, ja to wiem. Ale ten temat chciałbym poruszyć trochę później. Odpowiedź na to pytanie przyjdzie sama, w trakcie naszej rozmowy. – Rozumiem. Zacznijmy więc od początku. Wiem już, że ofi- cjalnie był Pan nieżywy przez blisko cztery godziny. Rozumiem, że chce Pan się podzielić z czytelnikami tym, co wydarzyło się w ciągu tych czterech godzin, mam rację? – Chcę podzielić się czymś o wiele większym niż czterema godzinami mojego życia, czy też śmierci, jak kto woli. Nie cho- dzi mi tylko o to, aby opowiedzieć jak wygląda sama śmierć i co dzieje się po niej. Gdybym miał do opowiedzenia tylko to, nie dążyłbym do napisania książki. Chodzi o coś więcej. Gdy wró- ciłem, okazało się, że posiadam wiedzę, jakiej nie posiadałem za życia. I to właśnie tą wiedzą chcę się podzielić z ludźmi. – Wiedzę na jaki temat? 7 – Niemalże na każdy temat. Jest tak obszerna, że nie można jej zaszufladkować. To odpowiedzi na niemalże wszystkie pyta- nia dotyczące sensu naszego istnienia, życia, śmierci. Pytania, które nawet jeśli zostaną zadane, nikt nie oczekuje odpowiedzi, myśląc, że taka po prostu nie istnieje. – Pytania takie, jak na przykład – czy Bóg istnieje? – Tak, właśnie o takie pytania mi chodzi. – A więc? Istnieje? – Myślę, że akurat z tym pytaniem należy poczekać. Jest wiele rzeczy, które trzeba zrozumieć zanim zrozumie się tę odpowiedź. Proste tak lub nie, nic tutaj nie da. Nie rozwieje niczyich wątpli- wości, nie sprawi, że ludzie uwierzą w tę odpowiedź. – Ale czy to oznacza, że zna Pan odpowiedź? – Tak, znam, ale obiecuję, że każdy kto przeczyta tę książkę nie będzie musiał nawet zadawać takiego pytania. – Może w takim razie najlepiej będzie zacząć od początku. Mógłby Pan opisać, co wydarzyło się tuż po wypadku? Co Pan wtedy czuł? Czy był Pan świadomy tego, co się dzieje? – Miałem ciężki wypadek samochodowy. Nie zmarłem na- tychmiast. Nieprzytomnego zawieziono mnie do najbliższe- go szpitala, gdzie na oddziale intensywnej opieki medycznej próbowano utrzymać mnie przy życiu. To się jednak nie uda- ło. To wszystko wiem z opowieści lekarzy, gdyż byłem całko- wicie nieświadomy tego, co się dzieje. Świadomość zacząłem odzyskiwać dopiero jakiś czas po śmierci. Nie sposób określić jak długo to trwało i co się ze mną do tego momentu działo. Pamiętam tylko tyle, że o czymś śniłem i mój sen z chwili na chwilę stawał się coraz bardziej realny. Pierwsza świadoma myśl jaka przyszła mi wtedy do głowy to, że z tym snem jest 8 coś nie tak, ponieważ mogę w nim podejmować świadome, logiczne decyzje. Każdy z nas miewa sny, a ci którzy je zapamiętują rozumieją co chcę przez to powiedzieć. W śnie nie możemy podejmować decyzji. Bardziej przypomina to oglądanie filmu, w którym gra- my główną rolę. Tutaj było inaczej. Wszystko stawało się coraz bardziej realne, a ciąg dalszy zależał od decyzji jakie podejmo- wałem. W końcu nadszedł moment, gdy sam sobie zadałem py- tanie. Czy to jest sen, czy jawa? Byłem całkowicie zdezorientowany. Tak najprościej mógł- bym opisać to, co wtedy czułem. Próbowałem zrozumieć co się ze mną dzieje. Dlaczego nie mogę się obudzić. Starałem się przypomnieć sobie poprzedni dzień. Kosztowało mnie to wiele sił, aby przypomnieć sobie cokolwiek z dnia poprzedniego, aż wreszcie straciłem rachubę, który z tych dni był wczorajszym dniem. Wspomnienia dnia wczorajszego przeplatały się z tymi z dnia dzisiejszego i poukładanie ich w sensowną całość było wręcz niewykonalne. Przez myśl przeszło mi nawet to, że ktoś prawdopodobnie dosypał mi jakiegoś narkotyku do drinka i dla- tego nie potrafię logicznie myśleć, ale gdy szukałem w pamię- ci jakiejś sytuacji, czy też miejsca, w którym mogłoby do tego dojść, w głowie miałem całkowitą pustkę. Narkotyk w drinku był jedynym sensownym wytłumacze- niem na jakie mogłem wtedy wpaść, więc zdecydowałem, że bę- dzie lepiej jeśli dam sobie jeszcze chwilę i spróbuję ponownie nieco później. Pytania na które szukałem odpowiedzi wróciły jednak zaraz po tym, jak się rozejrzałem i przeanalizowałem otoczenie w jakim się obecnie znajdowałem. Byłem w jakimś parku, co kompletnie nie pasowało do tego, co już udało mi się 9 wydostać ze swojej pamięci. Jeszcze raz postanowiłem przypo- mnieć sobie ostatnią rzecz jaką pamiętam. Przed moimi oczyma pojawiły się urywki z chwili tuż przed wypadkiem. Przypominałem sobie skąd, dokąd i w jakim celu jechałem. Nie było tego dużo, a z pewnością zbyt mało, aby po- układać to sobie wszystko w jakąś całość. Umiejętność logicz- nego myślenia wracała bardzo wolno. Wysilając swój umysł zdołałem przypomnieć sobie ostatnią zapamiętaną chwilę. Nie- bieski samochód i uczucie, że nic już nie da się zrobić. Wtedy uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie miałem wypadek sa- mochodowy. Nic jednak do siebie nie pasowało. Byłem w zupełnie innym miejscu, niż w chwili wypadku. Nie rozpoznawałem tego miej- sca. Wokół mnie nie było nikogo. Usiadłem na ziemi i postano- wiłem dać sobie jeszcze chwilę na przemyślenie tego wszystkiego. Pamiętam, że zdziwiłem się, gdy usiadłem na trawie. Nie czu- łem jej tak, jak powinienem ją czuć. Nie czułem chłodu ziemi, nierówności, wszystko było jakieś mało wyraźne. Pomyślałem sobie, że mój organizm potrzebuje czasu, żeby ochłonąć, ale ciągle nie rozumiałem, dlaczego nie opiekują się mną teraz le- karze. W mojej głowie zaczęły pojawiać się różne myśli. Czy w ogóle byłem w szpitalu? Jeśli tak, to kto mnie stamtąd wy- puścił? Przecież jeszcze przed chwilą byłem nieświadomy i nie- przytomny. Nadal nie czułem się dobrze. Może w takim razie nie byłem w szpitalu? Ale jak to możliwe, skoro uległem wy- padkowi w środku miasta? Ktoś przecież musiał wezwać po- moc. Gdzie ja w ogóle jestem? Pamiętam, że po tym pytaniu postanowiłem to ustalić. Zde- cydowanie był to jakiś park. Były ławki, bardzo dużo drzew 10 i alejki przecinające trawniki. Pomiędzy drzewami dostrzegłem zarys kilkupiętrowego dużego budynku. Postanowiłem udać się w tamtą stronę. Już chwilę później zrozumiałem, że to szpital. Poznałem nawet który, gdyż w moim mieście są tylko dwa. Idąc w kierunku szpitala przypomniałem sobie jak wygląda wejście i gdzie się znajduje, a także, jak wygląda izba przyjęć. Wtedy stało się coś bardzo dziwnego. W jednej chwili znalazłem się w miej- scu, o którym myślałem. I tu pojawiła się konsternacja. Co się ze mną dzieje? Dlaczego nie pamiętam jak tu wszedłem? Zaniki świadomości? Czy może ja po prostu nadal śnię? Wszystko to było jakieś takie… Nierzeczywiste. – I ani przez chwilę nie przyszło Panu do głowy, że może Pan nie żyć? – Nie! Przecież chodzę, myślę, widzę. Były pewne różnice, ale zbyt małe, by mogły spowodować, aby do głowy przyszła mi taka myśl. Wszystko tłumaczyłem sobie szokiem powypadko- wym, albo narkotykami, chociaż ta opcja wydawała się coraz mniej prawdopodobna. – A ludzie? Rozumiem, że nie widzieli Pana, nie reagowali na Pańską obecność. Jak Pan to sobie tłumaczył? – Początkowo nie zauważyłem tego, gdyż nie było wokół mnie osoby, z którą chciałbym nawiązać jakiś kontakt. Było oczy- wiście mnóstwo ludzi w recepcji, ale sam Pan rozumie. Gdy czło- wiek przychodzi do takiego miejsca, szuka pielęgniarki, lekarza czy recepcjonistki, żeby zadać pytania. Nie pytamy się innych chorych siedzących w izbie przyjęć, czy wiedzą coś na temat osób poszkodowanych w wypadku, który miał miejsce kilka go- dzin temu, prawda? Tak też było w tym przypadku. Za biurkiem z napisem recepcja nie było nikogo. Na korytarzu nie było ani 11 jednego lekarza, tylko jeden ratownik medyczny wypełniał na kolanie jakieś dokumenty. Po chwili, z korytarza, w którym znajdowały się pokoje za- biegowe i oddział zwany potocznie OIOM wyszły dwie pielęgniar- ki. Wyprowadzały łóżko, na którym ktoś leżał. Gdy mnie mijały chciałem się odezwać, ale wtedy zobaczyłem, że ciało leżące na łóżku, przykryte jest całkowicie białym prześcieradłem, co ozna- czać mogło tylko jedno. Człowiek ten zmarł i transportowany był prawdopodobnie do kostnicy. Ten widok sprawił, że komplet- nie zaniemówiłem. Wydawało mi się niestosowne zatrzymywać te kobiety. Pomyślałem wtedy, że przecież czuję się coraz lepiej i nic się nie stanie, jeśli zaczekam jeszcze chwilę na kogoś, kto będzie mi w stanie pomóc. Dosłownie kilkanaście sekund później, z tego samego kory- tarza wybiegła kolejna pielęgniarka. Zawołała swoje koleżanki, które przed chwilą mnie mijały. Poprosiła, aby przeliterowały jej nazwisko nieboszczyka… To było moje nazwisko. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy to, że jest to zwy- kły zbieg okoliczności. Nie podali przecież imienia, a nawet, jeśli i imię by się zgadzało… Prawdopodobnie pomylili osoby, które ucierpiały w wypadku. Takie rzeczy się przecież zdarzają. Wystar- czy ich tylko uświadomić, pokazując jakiś dokument tożsamości. Odruchowo sięgnąłem ręką do kieszeni, ale jej nie znalazłem. Wte- dy po raz pierwszy zwróciłem uwagę na to, w co jestem ubrany. Gdy spojrzałem na siebie, przez sekundę nie widziałem swojego ciała, ale już chwilkę potem ujrzałem ręce i swój tułów ubrany w szpitalną białą koszulę. Dziś wiem już, że mój umysł wygenero- wał sobie w ciągu tej niecałej sekundy najbardziej realny obraz, ale wówczas pomyślałem, że nadal z moim wzrokiem jest coś nie tak. 12 Pamiętam jak dziś, że przeszło mi przez myśl, aby powia- domić o tym władze szpitala, że nikt nie zainteresował się i nie zatrzymał osoby ubranej w ten sposób, gdy opuszczała szpital. Myślałem oczywiście wtedy o sobie i byłem wściekły, że nikogo nie zainteresowało moje zniknięcie. Mogłem przecież wyjść na ulicę, a nie do parku. Mogła mi się stać krzywda. Postanowiłem wejść do korytarza, z którego wyprowadzono łóżko, a do którego to wróciła pielęgniarka pytająca jeszcze przed chwilą o pisownię mojego nazwiska. Stałem tam przez chwilę czekając aż ktoś się mną zainteresuje. Cały personel, dwóch le- karzy i cztery pielęgniarki skupieni byli w tej chwili na innym pacjencie w jednej z sal. Z rozmowy wynikało, że udało im się zażegnać już niebezpieczeństwo, ale stan pacjenta był nadal po- ważny. Nie chciałem im przerywać. Wiedziałem, że w końcu ktoś się zainteresuje tym, że stoję tu ubrany w szpitalne ubranie, w miejscu, w którym nie powinno mnie być. Przysłuchiwałem się rozmowie personelu medycznego. Mężczyzna, którym się zajmowano, to również ofiara jakiegoś wypadku drogowego. Tak samo jak ja. Stałem tak około trzech, może czterech minut, gdy z ust pie- lęgniarki padły słowa, które sprawiły, że postanowiłem działać. – Jakie to były słowa? – Jedna z pielęgniarek powiedziała, że idzie zawiadomić po- licję, że kierowca czerwonego Mitsubishi zmarł, a drugi poszko- dowany, kierujący niebieskim Fordem, jest w stanie ciężkim. Czerwone Mitsubishi to mój samochód. Musiałem ich wy- prowadzić z błędu. Przecież to oczywiste, że pomylili osoby. Tutaj pojawiło się zmieszanie… Logiczne myślenie nadal sprawiało mi problemy, ale nie trzeba być geniuszem, żeby 13 zrozumieć, że coś w tej całej sytuacji jest nie tak…Skoro ja żyję i stoję tutaj… Mężczyzna na łóżku w stanie ciężkim, ale również żyje… To, kto jest owym nieboszczykiem, którego wywieziono na łóżku kilka minut temu? Może to jakiś pasażer? Dlaczego pielęgniarka chcąc informować policję o sytuacji poszkodowa- nych osób, nie wspomina nic o tym, że przywieziono z wypad- ku jeszcze trzecią osobę? Musiałem dowiedzieć się, co się tu dzieje i sprostować to całe nieporozumienie. Podszedłem do pielęgniarki. Skończyła wła- śnie wybierać numer telefonu i przystawiła słuchawkę do ucha. Poprosiłem, aby nie dzwoniła dopóki mnie nie wysłucha, bo jest w błędzie. Nie reagowała. Powtórzyłem drugi raz podnie- sionym głosem, ale również nie przyniosło to rezultatu. Krzyk- nąłem, jednocześnie próbując wyrwać pielęgniarce słuchawkę telefonu z ręki… Nie da się słowami opisać, co czuje człowiek, którego ręka przelatuje w takiej chwili przez przedmiot, który chciał chwycić i głowę drugiego człowieka. Stanąłem jak wryty. Jedyne, co w tej chwili przychodziło mi do głowy, to pytanie – Co się właśnie stało? Pielęgniarka zdała sprawozdanie policji. Nie wspomniała nic o trzeciej osobie. Z jej raportu wynikało, że w wypadku uczest- niczyłem tylko ja i ów leżący w tej sali mężczyzna, z czego ja nie przeżyłem. Wtedy po raz pierwszy pojawiła się ta myśl. A co, je- śli ja naprawdę nie żyję? – Co w takiej chwili czuje człowiek? – Najpierw pojawia się uderzenie strachu. Takiego samego, jak sam lęk przed śmiercią. Ale nie trwa to długo. Już po chwili uświadamiamy sobie, że nawet jeśli to prawda, to wcale nie bola- ło, i że rzeczywiście istnieje życie po śmierci. Nasz umysł działa 14 na najwyższych możliwych obrotach starając się znaleźć sensow- ne wytłumaczenie. Chwilę później, pojawiają się myśli dotyczące naszych najbliższych, tego, że nie mieliśmy szansy się pożegnać. Jestem rozwiedzionym mężczyzną, nie mam dzieci, moi rodzice już odeszli, więc nie było tak źle. Ale mogę sobie wyobrazić, co w takiej chwili musi czuć osoba, która uświadamia sobie, że już nie zobaczy swojej żony, męża czy dzieci… – Sama myśl o tym sprawiła, że poczułem ścisk w gardle. To musi być naprawdę straszne uczucie. Ale proszę mówić dalej. Proszę postarać się jak najbardziej szczegółowo opisać uczucia, jakie towarzyszą temu zjawisku. – Z uczuciem straty najbliższych nie da się od tak po prostu pogodzić… Ale w międzyczasie przychodzi kolejne uczucie. Za- gubienie… I tym samym pytanie… Co teraz? Gdzie powinienem się udać? Co zrobić? Gdzie ten tunel ze światłem na końcu, o którym kiedyś czytałem? Pojawiają się py- tania, ale nie odpowiedzi. Pomyślałem, że jedyną sensowną rzeczą, jaką mogę jeszcze teraz zrobić jest upewnienie się, że te wywiezione niedawno z sali zwłoki, to moje ciało. Nic więcej nie przychodziło mi do głowy. Wyszedłem z sali i pamiętam, że zatrzymałem się na chwilę, aby przypomnieć sobie gdzie w tym szpitalu jest kostnica. Gdy się rozejrzałem, okazało się, że stoję przed samym wejściem do niej, co było przecież niemożliwe, gdyż kostnica znajduje się w sute- renach szpitala, jeden poziom niżej niż OIOM. – Kolejny zanik świadomości? – Tak początkowo myślałem, ale nie szło to w parze z tym, że czułem się coraz lepiej. Rzekłbym nawet, że mój umysł zaczął pracować tak, jak powinien. 15 – Może po prostu zawodzi Pana w tej chwili pamięć? – Tu nie chodzi o pamięć. Pamiętam dokładnie każdą sekun- dę z tego, co się wtedy wydarzyło. Po śmierci mamy możliwość przemieszczania się za pomo- cą myśli. Zawsze, gdy później skupiałem się na jakimś miejscu, okazywało się, że już tam jestem. Początkowo dzieje się to cał- kowicie przypadkowo. Nie dowierzamy, że to w ogóle możliwe. Ale już po kilku razach człowiek uczy się jak to wykorzystywać. Był nawet taki moment po mojej śmierci, że próbowałem prze- testować działanie tego zjawiska. Przenosiłem się kilkakrotnie z korytarza kostnicy na szóste piętro szpitala i z powrotem tylko po to, aby zrozumieć jak to działa. – Jak wygląda podróż z jednego miejsca do drugiego? Może Pan to jakoś opisać? – Nie bardzo. Aby móc się przenieść w ten sposób, musia- łem bardzo skoncentrować się na miejscu, w którym chciałem się znaleźć. Dlatego właśnie szóste piętro szpitala, gdyż piętro to znam i pamiętam najlepiej. Tam właśnie ostatnich swoich dni dożywali oboje moi rodzice. Za każdym razem jednak, gdy chciałem dostrzec, zapamię- tać sam moment znikania z jednego miejsca i pojawiania się w drugim, nigdy nie byłem wystarczająco skupiony na miejscu, do którego chcę się przenieść. Nie udawało mi się. Po kilku pró- bach przestałem skupiać się – jakby to ująć – na technicznych aspektach tego zjawiska. – Wracając do kostnicy, co się tam wydarzyło. – Łóżko z moimi zwłokami stało w otwartym korytarzu, więc nie wchodziłem do środka. Zbliżyłem się i odruchowo sięgną- łem ręką, aby odsłonić prześcieradło. Za każdym razem, gdy 16 próbowałem, moje palce łączyły się, ale nie było pomiędzy nimi prześcieradła, mimo, że je oczywiście tam widziałem. Stałem tak przez chwilę i zastanawiałem się jak mam spraw- dzić, czy to ja. Nie wiem dlaczego, ale czułem, że to jednak ja. Nie potrafię tego opisać, ale stojąc przy tym łóżku, byłem pewien, że to moje ciało. Czułem je. Ale gdzieś pozostawała ta iskierka nadziei, która błagała, aby była to jakaś pomyłka. Na moje szczęście, po niecałej minucie, pracownik kostni- cy przyszedł po moje ciało. Miał w ręku jakieś kartki papieru. Położył je na łóżku. Jedną z tych kartek była kserokopia moich dokumentów. Pracownik kostnicy odsłonił twarz leżących na łóżku zwłok i uważnie porównywał je ze zdjęciami z dokumen- tów. Ja nie musiałem porównywać… I choć widok był nieco- dzienny – w końcu nieczęsto oglądamy się w takiej sytuacji – to szybko rozpoznałem znamię na szyi, które noszę od dzieciństwa. – Co Pan wtedy poczuł? – Miałem mętlik w głowie. Strach, smutek, poczucie zagubie- nia i bezsilności mieszały się ze sobą. Wyszedłem stamtąd i usia- dłem na podłodze pod ścianą. Nie wiedziałem, co mam dalej robić. Oparłem głowę o kolana i chciałem się po prostu wypłakać. Ale nawet tego nie mogłem zrobić. Najwidoczniej jest to coś, co potrafi tylko nasz organizm, ale nie nasza, nazwijmy to, dusza. Siedziałem tak kilka minut. W tym czasie trochę się uspoko- iłem. Myślałem o moich rodzicach. Zastanawiałem się, czy jeśli naprawdę nie żyję, to czy będzie mi dane ich zobaczyć. Myśla- łem o swojej byłej żonie. Pamiętam, że bardzo za nią zatęskni- łem, mimo, iż relacje między nami nie były najlepsze po naszym rozstaniu. Chciałem ją przytulić i przeprosić za wszystko, czym mogłem ją skrzywdzić, a czego nie zauważałem. 17 – Mając ten dar przenoszenia się w dowolne miejsce za po- mocą myśli, nie chciał Pan jej jeszcze raz zobaczyć? – Chciałem. I to bardzo. Niestety nie wiedziałem gdzie pra- cuje, ani gdzie teraz mieszka, więc nie mogłem sobie wyobra- zić miejsca, do którego miałbym się przenieść. Myślałem też o dalszej rodzinie i o moim bliskim przyjacielu. Gdy już zdecy- dowałem się skupić na jego mieszkaniu, wyczułem coś. Czyjąś obecność. Gdy podniosłem głowę z kolan i skierowałem swój wzrok w stronę klatki schodowej, zobaczyłem coś bardzo dziwnego. Wyglądało to tak, jak gdyby w powietrzu unosiła się jakaś ener- gia. Delikatnie świeciła. Nieregularny kształt, całkowicie prze- źroczysta, a mimo to zniekształcała obraz. Mam na myśli to, że wprawdzie widziałem wszystko to, co znajduje się za nią, ale obraz był pofalowany, lekko rozmyty i niewyraźny. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego i skąd, ale wiedziałem, że to postać, jakaś istota, a nie tylko plama dziwnej energii. Wie- działem to od samego początku i może właśnie dlatego nie ba- łem się jej ani przez chwilę. – Skąd Pan to wiedział? – Skąd to wiedziałem? Wtedy nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na to pytanie. – A teraz? Potrafi Pan? – Nazwałem go przewodnikiem. To istota, która odprowa- dza nas do celu zawsze, gdy umieramy w nagły sposób. Mam tu na myśli wypadki i różnego rodzaju katastrofy. Podczas tego ro- dzaju śmierci, najczęściej dochodzi do takich sytuacji, jaka spo- tkała mnie. Moja dusza oddzieliła się od nieprzytomnego ciała, i gdyby nie fakt, że znałem to miejsce, ten szpital, mógłbym się 18 naprawdę pogubić. Weźmy na przykład sytuację, gdy ktoś umie- ra w miejscu, którego nie zna. Nie wie gdzie jest, dokąd się udać. Ktoś taki, jak przewodnik, jest wtedy potrzebny. – Ma Pan na myśli Anioła? – Anioł to słowo pochodzące z Biblii i oznacza posłańca. Boskiego wysłannika, pośrednika w kontaktach Boga z człowie- kiem. Z wyjątkiem tej całej boskości… Tak, można powiedzieć, że jest to anioł. Ma za zadanie przeprowadzić nas na drugą stro- nę. Jeśli jest to możliwe, albo wręcz w niektórych przypadkach konieczne, wysyłana jest dusza jakiegoś człowieka, którego zna- my z obecnego życia. To sprawia, że czujemy się bezpieczniej, gdyż nie widzimy wtedy obłoku energii, tylko człowieka w ta- kiej postaci, w jakiej go znaliśmy za życia. Łatwiej nam zaufać. Jeśli jednak nie ma takiej możliwości, przychodzi po nas nasz osobisty opiekun. – Chwileczkę. Czy chce Pan przez to powiedzieć, że rzeczy- wiście każdy z nas ma anioła stróża? – Na początku sprecyzuję tylko, że używamy tutaj określenia anioł w sposób bardzo umowny. Wszyscy wiemy, kim w religii chrześcijańskiej są aniołowie i jaką rolę pełnią, dlatego okre- ślenie to jest najbliższe funkcji, jaką pełnią nasi opiekunowie w chwili naszej śmierci. Czy każdy człowiek ma anioła? Każdy może go mieć, jeśli tylko zechce. To najwłaściwsza odpowiedź na to pytanie. W dal- szej części książki postaram się to wytłumaczyć. – W mojej głowie aż roi się od pytań, które mogą wydawać się w tej całej historii mało istotne, ale jestem już takim człowie- kiem, który musi poznać na nie odpowiedź. 19 – Proszę śmiało pytać. – Jak to możliwe, że nie możemy po śmierci chwycić mate- rialnych przedmiotów, a jednak chodzimy po podłodze piętro- wego budynku i nie przelatujemy przez nią na najniższy poziom? Stąpanie po podłodze również jest formą interakcji z material- nym przedmiotem, czyż nie? – Ma Pan rację. Tyle tylko, że ja nie powiedziałem, że nie je- steśmy w stanie po śmierci dotknąć materialnych przedmiotów. To jest możliwe. Po prostu nie potrafimy zrobić tego świadomie. Są rzeczy, które wykonujemy w życiu całkowicie nieświa- domie i chodzenie, siedzenie jest jedną z takich rzeczy. Z jakie- goś powodu, gdy umieramy, nasza dusza nie ma problemu ze staniem na podłodze, z leżeniem na łóżku. Nie potrafi jednak świadomie podnieść ołówka i zacząć pisać. Wiem, że ta odpowiedź do końca Pana nie satysfakcjonuje, ale nie mam lepszej. Mogę tylko opisać to, co się wydarzyło tego dnia w moim życiu. Niestety, nie znam praw fizyki, jakie rządzą tym światem, czy nami samymi po naszej śmierci, a nie mam za- miaru zmyślać jakichś niestworzonych teorii, czy hipotez. – Rozumiem. W takim razie mam jeszcze tylko jedno py- tanie. Powiedział Pan, że zauważył, chcąc sięgnąć do kieszeni, że ubrany jest Pan w szpitalną koszulę. Jak to możliwe? Nie miał Pan już wtedy materialnej postaci, więc jak mógł Pan być ubrany? – Na to pytanie mogę odpowiedzieć. Nasz umysł skonstru- owany jest tak, że na pytanie zawsze będzie szukał odpowiedzi. To, co widzimy, to też nie jest świat rzeczywisty. To tylko nasza interpretacja płynących przez nasz mózg sygnałów elektrycznych. Doskonale zdaje Pan sobie sprawę z tego, że za pomocą hip- nozy można wmówić człowiekowi, że widzi on nieistniejącą 20 rzecz. Nasz umysł pod wpływem sugestii posthipnotycznej wy- generuje obraz nieistniejącej rzeczy, tworząc w naszym mózgu odpowiednią partię sygnałów elektrycznych, które dołączą do tych płynących z naszych oczu. – Dobrze, ale będąc martwym nie mamy mózgu. – Dlatego właśnie używam słowa umysł, a nie mózg, gdy opowiadam o swoich przeżyciach. Podświadomie wiedziałem, że powinienem być pacjentem w tym szpitalu, więc w chwili, gdy spojrzałem na siebie, ubrany byłem w typowy dla pacjenta ubiór. Gdyby na moim miejscu był ratownik medyczny, ktoś, kto na co dzień po szpitalu chodzi ubrany w czerwony mundur, zapewne po śmierci taki właśnie wygląd wygenerowałby nasz umysł. Dla naszego umysłu rzeczą niedopuszczalną jest fakt, że mo- żemy istnieć bez ciała, dlatego zostało ono przez nasz umysł stworzone. – Użył Pan sformułowania „Druga strona”. Ma Pan na my- śli niebo? – Znów użył Pan terminologii, którą wyniósł Pan z religii chrześcijańskiej. Ja jestem ateistą i staram się nie nadużywać tego typu określeń. Ale tak naprawdę „niebo”, to znów jedyne właściwe słowo, które mogłoby opisać to miejsce. Z mojej per- spektywy jest to jakiś inny świat, który w naturalny sposób prze- nika się ze znanym nam za życia. Nie wiem, czy to inny wymiar, czy jeszcze coś innego. Prawdopodobnie nie znajdziemy słów, terminów naukowych, które byłyby w stanie opisać to miejsce w sposób właściwy. Jest to po prostu miejsce, w którym spoty- kamy się po śmierci, lecz cały czas mamy wgląd w to, co dzieje się w tym świecie. 21
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wywiad ze śmiercią
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: