Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00951 015338 17824077 na godz. na dobę w sumie
Wzgórze Ślimaków - ebook/pdf
Wzgórze Ślimaków - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 141
Wydawca: Goneta Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-925578-6-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

„Wzgórze Ślimaków” Tomasza Pląskowskiego to powieść, która spodobać się winna wszystkim miłośnikom prozy poetyckiej. To literatura piękna na niezłym poziomie — dobrze napisana, głęboka, ale też naprawdę wciągająca, dzięki zastosowanym przez autora zabiegom często bowiem nie pozwala po prostu oderwać się od lektury. Główny bohater tej historii, Wiktor, po śmierci żony trafia do nieco dziwnego hotelu nazywanego „Zieloną Górką”. Poznaje tu pierwszego „pilota spitfire’a, którego zna osobiście”, nieco tajemniczą kobietę, Martę, a w podziemiach odnajduje przedziwne pomieszczenie, które nazywa rupieciarnią. Z czasem poznaje również historię tego miejsca i związane z nim legendy – w tym także opowieść o czarownicy, która — zdradzona setki lat wcześniej przez mieszkających tu wieśniaków — rzuciła na nich urok, zamieniając ich wszystkich w ślimaki. Odtąd nieodległy pagórek miejscowi nazywają właśnie Wzgórzem Ślimaków i odwiedzają go niechętnie. Gdy mijają pierwsze dni, gdy Wiktor zaczyna oswajać się z tym miejscem, gdy zaczyna na nowo odkrywać radość życia i porządkować, układać swój świat, gdy uspokaja się, nagle wszystko zmienia się diametralnie. Do naszego bohatera zaczynają powracać obrazy z przeszłości — tej nieodległej, ale też zdarzenia, które zdają się nigdy nie mieć miejsca. Co jest tu prawdą, a co iluzją? Czy nasz bohater rzeczywiście zaczyna popadać w szaleństwo, czy też stopniowo wygrzebuje się z depresji spowodowanej utratą żony? Czy znajdujemy się w hotelu, czy w szpitalu dla umysłowo chorych? Trzeba przyznać, że Pląskowski pisarzem jest sprawnym. Nieźle tworzy i opisuje historie swoich bohaterów, a postaci, które wyszły spod jego pióra, są rzeczywiście wiarygodne. Nie ma tu miejsca dla postaci „papierowych”, choć momentami odnosi się wrażenie nierealności tego pisarskiego przedsięwzięcia. Pląskowski ponadto gra konwencjami. Na pierwszych stronach kreuje niemal idylliczny obraz spokojnej mieściny, w której można wypocząć po trudach codzienności, odnaleźć samego siebie i uspokoić się. Stylistyka i sposób opowiadania, ale też miejscami sceneria, przywodzą na myśl może nawet nie Remarque’a, do którego w nocie wydawca porównuje autora, lecz wręcz „Czarodziejską górę” Thomasa Manna. Kiedy zaś powraca się wraz z bohaterem w świat wspomnień, rytm i sposób prowadzenia narracji kierują się do „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta. „Wzgórze Ślimaków” nie jest oczywiście powieścią tak wielką, ale skojarzenia z klasyką prozy europejskiej są podczas lektury nieuniknione. Z biegiem opowieści jednak coraz bardziej oddalamy się od wspomnianych autorów i pogrążamy się w studium umysłu bohatera. Pląskowski z dużą sprawnością buduje atmosferę zagrożenia, zagubienia i osaczenia. Wspaniale opisuje życie wewnętrzne Wiktora, jego zmaganie się... No właśnie — z czym? Z chorobą psychiczną? Z depresją? A może Wiktor jest po prostu wybrańcem, któremu dane było poznać swe przeszłe wcielenia? Skąd bierze się nieustanny stukot maszyny do pisania, który nieustannie dobiega na kartach powieści? Zakończenie książki dla wielu okaże się zaskoczeniem, choć tego typu rozwiązania akcji w literaturze nieraz już spotykaliśmy. Jest więc powieść Pląskowskiego interesującą propozycją prozatorską dla wszystkich, którzy poszukują w literaturze czegoś więcej, niż żywo biegnących wydarzeń. Jest książką niepozbawioną wad, lecz zarazem przywodzącą na myśl stylistykę największych powieści europejskich. Jest powieścią ciekawą, która zwiastować może pojawienie się na scenie literackiej zupełnie nowej gwiazdy, która — co cieszy — swój powieściowy debiut prezentuje wyłącznie w formie elektronicznej.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

©opyrights to: Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera www.goneta.net ul. Archiwalna 9 m 45, 02-103 Warszawa Okładka: Tomasz Pl(cid:261)skowski © ISBN: 978-83-925578-6-9 Wydanie I Warszawa, listopad 2007 KSI(cid:265)(cid:366)KA NOMINOWANA DO NAJLEPSZEJ KSI(cid:265)(cid:366)KI NA WIOSN(cid:280) W WORTALU LITERACKIM WWW.GRANICE.PL — WIOSNA 2010 roku Mo(cid:298)e istniej(cid:261) leki czy zakl(cid:266)cia, które odroczyć, oszukać lub zmniejszyć mog(cid:261) cierpienia w tej smutnej siedzibie. (J. Milton „Raj utracony”) 3 Samochód listonosza zauwa(cid:298)yłem w chwili, gdy znalazł si(cid:266) na roz(cid:286)wietlonym wzgórzu. Podskakuj(cid:261)c na wybojach i zostawiaj(cid:261)c za sob(cid:261) olbrzymich rozmiarów ogon kurzu, wyra(cid:296)nie zmierzał w moim kierunku. Zreszt(cid:261) nie miał innego wyj(cid:286)cia. Droga, któr(cid:261) jechał, ko(cid:276)czyła si(cid:266) szerokim podwórkiem tu(cid:298) przy oknie, przez które patrzyłem. W pokoju tykał zegar, a robił to tak gło(cid:286)no i zawzi(cid:266)cie, jakby starał si(cid:266) wygrać z góry skazan(cid:261) na kl(cid:266)sk(cid:266) walk(cid:266) ze zbli(cid:298)aj(cid:261)cym si(cid:266) warkotem silnika. Poza tym w całym domu było cicho. Czasami odzywała si(cid:266) podłoga swoim wyuczonym skrzypieniem, czasem jaki(cid:286) mebel, por(cid:266)cz przy schodach, komin, a teraz zawołał mnie dzwonek do drzwi. Dostałem list, a raczej paczk(cid:266). Nigdy nie dowiedziałem si(cid:266), kto był nadawc(cid:261), chocia(cid:298) mo(cid:298)na powiedzieć, (cid:298)e po przeczytaniu tego najdłu(cid:298)szego listu, jaki kiedykolwiek miałem w r(cid:266)kach, dobrze go znam... * 4 — Prosz(cid:266) tutaj czytelnie wpisać nazwisko. — ? — Tutaj. Dzi(cid:266)kuj(cid:266), koniec korytarza, pokój numer 8. * Je(cid:286)li chcesz i wła(cid:286)nie nie masz nic innego do roboty, (cid:298)adna sprawa nie zajmuje twych my(cid:286)li i je(cid:286)li nic nie odci(cid:261)ga twojej uwagi, opowiem ci, co na pewno było na pocz(cid:261)tku. Na pocz(cid:261)tku postawiłem walizk(cid:266) na podłodze. My(cid:286)lałem przede wszystkim o odpoczynku, wi(cid:266)c wzrokow(cid:261) penetracj(cid:261) pokoju, który i tak nie był w stanie ukryć niczego interesuj(cid:261)cego, postanowiłem zaj(cid:261)ć si(cid:266) pó(cid:296)niej. Skierowałem si(cid:266) od razu do łazienki. Znalazłem tam wszystko to, czego teraz na gwałt potrzebowałem. W szafce pod starannie wyszorowanym zlewem – misk(cid:266), a odkr(cid:266)caj(cid:261)c niebieski kurek, co ani troch(cid:266) mnie nie zdziwiło, gor(cid:261)c(cid:261) wod(cid:266). Usadowiłem si(cid:266) w gł(cid:266)bokim zielonym fotelu, który jak stary, zaprzyja(cid:296)niony piel(cid:266)gniarz zaj(cid:261)ł si(cid:266) moimi skrzywionymi ze zm(cid:266)czenia plecami. Teraz mogłem sobie pozwolić na ogarni(cid:266)cie całego pomieszczenia badawczym spojrzeniem. Szafa z rozchylonymi ramionami pokazywała mi swoj(cid:261) pustk(cid:266). Szerokie łó(cid:298)ko, starannie zakryte niebieskim kocem, który wydzielał do(cid:286)ć intensywn(cid:261) wo(cid:276) (cid:286)wie(cid:298)o zdobytej czysto(cid:286)ci, wygl(cid:261)dało na wygodne. Dywan, krzycz(cid:261)cy na mnie nawet w tym półmroku jaskrawymi barwami, za mały był, na szcz(cid:266)(cid:286)cie, aby mógł zawładn(cid:261)ć cał(cid:261) powierzchni(cid:261) drewnianej podłogi. Do tego stolik z lamp(cid:261) tu(cid:298) przy łó(cid:298)ku, lustro wisz(cid:261)ce na drzwiach, wystarczaj(cid:261)co du(cid:298)e, aby ujrzeć w nim cał(cid:261) twarz z odpowiedniej odległo(cid:286)ci i obrazek na (cid:286)cianie: potok, młyn wodny i ukryty w zaro(cid:286)lach jele(cid:276) – wszystko szczelnie zamkni(cid:266)te w złotym prostok(cid:261)cie ramki. Najbardziej cieszyły mnie jednak mokre, rozmigotane kału(cid:298)e na podłodze, znacz(cid:261)ce moj(cid:261) w(cid:266)drówk(cid:266) z fotela do okna, przy którym mocowałem si(cid:266) z klamk(cid:261), aby je zamkn(cid:261)ć. Stopy od gor(cid:261)ca zrobiły si(cid:266) czerwone, a szyby w oknie pokryły si(cid:266) par(cid:261) tu(cid:298) przy podłodze. Telewizora nie było. Po raz pierwszy drzwi odezwały si(cid:266) do mnie skromnym pukaniem około godziny siódmej wieczorem, kiedy to woda w misce zacz(cid:266)ła szybko stygn(cid:261)ć. — Kto tam? 5 Drzwi otworzyły si(cid:266) szeroko, ukazuj(cid:261)c nisk(cid:261) postać w korytarzu. Widok ten był wyra(cid:296)nie odpowiedzi(cid:261) na moje pytanie. Odwiedziła mnie pokojówka. My(cid:286)l(cid:266), (cid:298)e od razu si(cid:266) zorientowała, i(cid:298) badawczo si(cid:266) jej przygl(cid:261)dam. Spojrzała na kału(cid:298)(cid:266) przy oknie i zignorowała j(cid:261) bajecznie długim krokiem, który zmusił obcas jej l(cid:286)ni(cid:261)cego buta do cichego skrzypni(cid:266)cia. Uchyliła okno. O wiele sprawniej poradziła sobie z klamk(cid:261). Nasze spojrzenia spotkały si(cid:266) dwa razy. Kiedy weszła do pokoju i kiedy, zapełniwszy jedn(cid:261) z półek w szafie po(cid:286)ciel(cid:261) i r(cid:266)cznikami, zamykała za sob(cid:261) drzwi. Szybko zerwałem si(cid:266) z fotela. Wtedy si(cid:266) u(cid:286)miechn(cid:266)ła. Wiedziała, (cid:298)e podbiegn(cid:266) do szpiegowskiego oka w drzwiach, aby obserwować jej zgrabne ruchy, gdy b(cid:266)dzie oddalać si(cid:266) korytarzem. Zniekształcona wypukłym szkłem twarz wyszczerzała białe z(cid:266)by, nos zajmował wi(cid:266)ksz(cid:261) cz(cid:266)(cid:286)ć głowy, a oczy pod niziutkim czołem patrzyły (cid:286)lepo w moim kierunku. Jedno nawet mrugn(cid:266)ło, zanim wraz z całym ciałem odsun(cid:266)ło si(cid:266) i pow(cid:266)drowało, tak jak si(cid:266) domy(cid:286)lałem – w linii prostej w gł(cid:261)b korytarza. Troch(cid:266) zaskoczony tym zachowaniem pokojówki, która wydała mi si(cid:266) w pierwszej chwili osob(cid:261) pozbawion(cid:261) poczucia humoru, odsun(cid:261)łem si(cid:266) od wizjera i ujrzałem własn(cid:261), głupawo u(cid:286)miechni(cid:266)t(cid:261), rozczochran(cid:261) głow(cid:266). — Zimno! Po co ona otwierała to okno?! Migocz(cid:261)ca na podłodze woda nie była ju(cid:298) przyjemna. Była zimna. Znowu mocowałem si(cid:266) z klamk(cid:261), jak ju(cid:298) uporałem si(cid:266) z muchami, które licznie zgromadzone na szybie nie mogły si(cid:266) zdecydować, czy zostać tutaj, czy wracać na zewn(cid:261)trz. Pomagałem im w podj(cid:266)ciu decyzji, popychaj(cid:261)c je palcami w kierunku, sk(cid:261)d mogły wyfrun(cid:261)ć. Te zbyt mocno spłoszone i ruchliwe w swym chaotycznym ta(cid:276)cu zabijałem lub zaganiałem w (cid:298)arłoczn(cid:261) sieć paj(cid:261)ka. Pó(cid:296)niej, choć zacz(cid:266)ło dokuczać gor(cid:261)co wydobywaj(cid:261)ce si(cid:266) z nie daj(cid:261)cego si(cid:266) wyregulować kaloryfera, nie otwierałem okna, chc(cid:261)c zapobiec dalszej inwazji insektów. Mogłem si(cid:266) teraz skupić na siedzeniu w bezruchu. Po chwili przeniosłem si(cid:266) na łó(cid:298)ko, które rzeczywi(cid:286)cie było wygodne... — Musisz wyjechać na jaki(cid:286) czas. — Matka ma racj(cid:266). Powiniene(cid:286) zamkn(cid:261)ć ten pokój i wyjechać na troch(cid:266). W mi(cid:266)dzyczasie my wyniesiemy wszystko na strych, je(cid:286)li chcesz. Pierwszy raz podj(cid:261)łem tak szybko decyzj(cid:266). Zreszt(cid:261) zawsze lubiłem je(cid:296)dzić w nowe miejsca. Le(cid:298)(cid:261)c tak na łó(cid:298)ku z r(cid:266)koma pod głow(cid:261), zauwa(cid:298)yłem, (cid:298)e farba odpada z sufitu. Dokładnie nad łó(cid:298)kiem sufit poprzecinały liczne (cid:298)yłki p(cid:266)kni(cid:266)ć białej zakurzonej farby. Gdybym wci(cid:261)(cid:298) był małym chłopcem, pomy(cid:286)lałbym, (cid:298)e to dom si(cid:266) zawala i za chwil(cid:266) lub dwie s(cid:261)siedzi, 6 wraz z wszystkimi ci(cid:266)(cid:298)kimi meblami, wyl(cid:261)duj(cid:261) na mojej głowie. Hotel nie był szczególnie drogi, zwłaszcza je(cid:286)li wliczyć w to utrzymanie i regularne posiłki. Poczułem, (cid:298)e zasypiam. My(cid:286)li nie były ju(cid:298) do ko(cid:276)ca moje, były bli(cid:296)niaczo podobne, ale nie ja je tworzyłem, nie ja kontrolowałem, nie ja, chyba... Na zewn(cid:261)trz padał (cid:286)nieg. Przez cały czas. Z pocz(cid:261)tku, kiedy pierwszy raz zerkn(cid:261)łem przez pokryte szronem okno, drobnymi płatkami od niechcenia, pó(cid:296)niej płatki si(cid:266) powi(cid:266)kszyły. Zwi(cid:266)kszyła si(cid:266) równie(cid:298) ich liczba. Padało naprawd(cid:266) bez przerwy. Postanowiłem mimo to wybrać si(cid:266) na spacer. Kiedy zamykałem pokój na klucz, do którego przytwierdzony był plastikowy bł(cid:266)kitny łab(cid:266)d(cid:296), wszyscy jeszcze spali, to znaczy nikogo nie zauwa(cid:298)yłem. Z wyj(cid:261)tkiem recepcjonistki. Przekwitła ju(cid:298) raczej brunetka z krótko obci(cid:266)tymi włosami piła kaw(cid:266). Poczułem jej aromatyczny zapach, stoj(cid:261)c jeszcze na wycieraczce. Kobieta wpatrywała si(cid:266) t(cid:266)po w ekran telewizora, wi(cid:266)c wyszedłem niezauwa(cid:298)ony. Na zewn(cid:261)trz nie było przyjemnie. Wiatr k(cid:261)sał policzki mro(cid:296)nymi pociskami i wsz(cid:266)dzie było biało: na szerokiej alei biegn(cid:261)cej od schodów, a(cid:298) do ledwie widocznej bramy, biało było na rozczapierzonych pot(cid:266)(cid:298)nych d(cid:266)bach i starych klonach, i na w(cid:261)tłej altanie. Jednak najwi(cid:266)cej bieli było w powietrzu. Ja sam po paru krokach cały pokryty byłem (cid:286)niegiem. Biały był mój oddech, który (cid:286)nie(cid:298)yca wyrywała mi z gardła z brutaln(cid:261) przesad(cid:261). Wtulony w wełn(cid:266) płaszcza pokonałem zdecydowanym krokiem cał(cid:261) drog(cid:266) do bramy. Przejechał jaki(cid:286) samochód, zaznaczaj(cid:261)c sw(cid:261) obecno(cid:286)ć o(cid:286)lepiaj(cid:261)cymi (cid:286)wiatłami. Pomy(cid:286)lałem o kawie, której mógłbym si(cid:266) napić w holu. Wzbraniałem si(cid:266), (cid:298)eby nie pobiec z powrotem. A gdyby tak kto(cid:286) obserwował mnie z hotelu? Nie pobiegłem. Chwil(cid:266) stałem jak pie(cid:276), by po chwili spokojnie zawrócić. W recepcji stał jaki(cid:286) facet. Przy nodze czekała walizka. Rozmawiał z brunetk(cid:261) przechylon(cid:261) przez kontuar. — Jest pan pewien, (cid:298)e chce nas teraz opu(cid:286)cić? Na zewn(cid:261)trz jest oberwanie chmury! W telewizji mówi(cid:261), (cid:298)e to nie potrwa krótko. Na pewno da pan sobie rad(cid:266) sam? Telefony ju(cid:298) nie działaj(cid:261), a nie wiadomo, jak wygl(cid:261)daj(cid:261) drogi. — Zerkn(cid:266)ła na ekran telewizora i z dziwnym u(cid:286)miechem dodała: — Zreszt(cid:261) i tak pewnie pan nie uruchomi tego gruchota, za przeproszeniem. — Rzecz nie w tym, czy mam na to ochot(cid:266), tutaj chodzi o co(cid:286) powa(cid:298)niejszego. — Drogi s(cid:261) chyba przejezdne — przerwałem. — Widziałem przed chwil(cid:261) samochód. Obydwoje gwałtownie odwrócili si(cid:266) w moj(cid:261) stron(cid:266), jakby wystraszeni wystrzałem z pistoletu. Dolna szcz(cid:266)ka kobiety znalazła si(cid:266) daleko od swej drugiej połówki, a jegomo(cid:286)ć manipulował powiekami, jakby cierpiał na powa(cid:298)ne zaburzenia wzroku. — Ale to chyba rzeczywi(cid:286)cie oberwanie chmury — dodałem, strzepuj(cid:261)c z głowy (cid:286)nie(cid:298)n(cid:261) czapk(cid:266), która najwyra(cid:296)niej przykuła ich uwag(cid:266). 7 — A pan, co wyprawia z samego rana? — zapytała bez u(cid:286)miechu — A gdyby tak pan mi tam zamarzł na (cid:286)mierć?! Musiałabym tłumaczyć si(cid:266) przed (cid:298)on(cid:261), prawda? Nie mo(cid:298)na wychodzić w tak(cid:261) pogod(cid:266), nie mówi(cid:261)c o tym nikomu. — Nie zszedłem nawet z ostatniego stopnia — skłamałem nie wiedzieć czemu. — Jak w takim razie zdołał pan dostrzec samochód? — zapytał facet, który wydał mi si(cid:266) znajomy. Teraz po jego twarzy rozlał si(cid:266) wyraz triumfu. Wyci(cid:261)gn(cid:261)ł z kieszeni jaki(cid:286) notes i szybko w nim co(cid:286) naskrobał. Stał tak chwil(cid:266), wpatruj(cid:261)c si(cid:266) we mnie, i oczekiwał odpowiedzi. — Widziałem (cid:286)wiatła — odparłem w pełni (cid:286)wiadomy tego, (cid:298)e zostałem zdemaskowany. Przysłuchuj(cid:261)ca si(cid:266) recepcjonistka pomachała p(cid:266)kiem kluczy, zwracaj(cid:261)c si(cid:266) do m(cid:266)(cid:298)czyzny z walizk(cid:261): — To jak, wypisuje si(cid:266) pan? — Chyba jeszcze troch(cid:266) zostan(cid:266) — odpowiedział bez przekonania i schował notes do kieszeni. Skorzystałem z okazji i pospiesznie oddaliłem si(cid:266) do swojego pokoju. Gdy znowu znalazłem si(cid:266) u „siebie”, przypomniałem sobie o kawie − aromatycznej, wzmacniaj(cid:261)cej kawie. Przez okno zauwa(cid:298)yłem, (cid:298)e detektyw, jak go sobie nazwałem, nie znaj(cid:261)c jego imienia, podchodzi do samochodu i po kilkakrotnej próbie uruchomienia silnika rezygnuje. Gdy w poszukiwaniu drobnych zanurzyłem r(cid:266)k(cid:266) w wewn(cid:266)trzn(cid:261) kiesze(cid:276) płaszcza, zamiast monet znalazłem mi(cid:266)towego cukierka, do którego mocno przylgn(cid:266)ła nitka. Bez wahania poło(cid:298)yłem go sobie na j(cid:266)zyku, przez chwil(cid:266) zastanawiaj(cid:261)c si(cid:266), kiedy to ostatnio kupowałem mi(cid:266)towe cukierki. Zabrałem portfel z łó(cid:298)ka i skierowałem si(cid:266) do p(cid:266)katego automatu stoj(cid:261)cego naprzeciwko okienka recepcji. Kiedy (cid:286)wiadomy tego, (cid:298)e bacznie obserwuje mnie stamt(cid:261)d ciekawska brunetka, powoli wyci(cid:261)gałem sobie nitk(cid:266) z ust, główne drzwi wpu(cid:286)ciły do (cid:286)rodka dwóch mundurowych. Szybko schowałem nitk(cid:266) do kieszeni. Podeszli do recepcjonistki i pochylili si(cid:266) nad kontuarem, aby mówić szeptem. Jeden z policjantów zerkn(cid:261)ł na mnie, gdy pi(cid:266)(cid:286)ci(cid:261) zmusiłem automat do owocnej pracy. Zapach kawy skusił drugiego do pój(cid:286)cia w moje (cid:286)lady. — Na długo pan tu przyjechał? — zapytał z u(cid:286)miechem, który nie zarysował mu si(cid:266) w spojrzeniu, i nie czekaj(cid:261)c na odpowied(cid:296), kontynuował: — Chyba wszystko na to wskazuje! Wszystkie drogi, którymi mo(cid:298)na by si(cid:266) st(cid:261)d wydostać, s(cid:261) przywalone (cid:286)niegiem! — Ten, który został z brunetk(cid:261), gło(cid:286)no zarechotał. — Z czego pan si(cid:266) (cid:286)mieje? — zapytałem. Policjant si(cid:266)gn(cid:261)ł do kieszeni, wyci(cid:261)gaj(cid:261)c z niej nitk(cid:266), na której ko(cid:276)cu wisiał zielony cukierek nabity jak przyn(cid:266)ta na mały haczyk. 8 Otworzyłem szeroko oczy. Podszedłem do drzwi, aby przejrzeć si(cid:266) w lustrze. Twarz nie wydała mi si(cid:266) blada, nosiła tylko wyra(cid:296)ne oznaki tego, (cid:298)e spałem. Otworzyłem usta najszerzej jak mogłem, by przez chwil(cid:266) podziwiać migdałki. Na z(cid:266)bach zauwa(cid:298)yłem krew, a potem krwawi(cid:261)ce miejsce na j(cid:266)zyku, który sobie przygryzłem. To czasami mi si(cid:266) zdarza, bardzo rzadko, ale zawsze, kiedy (cid:286)pi(cid:266). Poci(cid:261)gn(cid:261)łem za sznurek w łazience, zwołuj(cid:261)c na zewn(cid:261)trz cał(cid:261) moc czterdziestowatowej (cid:298)arówki. Wyplułem wszystko, co udało mi si(cid:266) wyssać, do zlewu. Wtedy na brzeg sfrun(cid:266)ła mucha. Przez chwil(cid:266) zaczesywała swoje futro, potem chwil(cid:266) zacierała r(cid:266)ce, okazuj(cid:261)c w ten sposób swoj(cid:261) rado(cid:286)ć. Uło(cid:298)yła dokładniej swój skrzydlaty płaszcz i rozpocz(cid:266)ła w(cid:266)drówk(cid:266) na dno krateru. Jak olimpijski biegacz na bie(cid:298)ni kilkakrotnie okr(cid:261)(cid:298)yła obwód zlewu po spirali. W ko(cid:276)cu jakby z niedowierzaniem pokr(cid:266)ciła głow(cid:261) tu(cid:298) przy moim dla niej podarku i przyst(cid:261)piła do degustacji. Odwróciłem si(cid:266) z obrzydzeniem, poci(cid:261)gn(cid:261)łem za sznurek i wróciłem na łó(cid:298)ko. Trzymaj(cid:261)c twarz w gł(cid:266)boko(cid:286)ci mojej osobistej poduszki, wdychałem jej zapach. Wiedziałem, (cid:298)e niedługo ju(cid:298) go nie b(cid:266)dzie, (cid:298)e opu(cid:286)ci mnie i zostawi tu samego. Wiedziałem, (cid:298)e poduszka bezwstydnie podda si(cid:266) temu pokojowi i powietrzu. Wypu(cid:286)ci wła(cid:286)nie ten zapach, który czuj(cid:266), i wpu(cid:286)ci do siebie nowy dla niej, ale stary ju(cid:298), pragn(cid:261)cy nowych ofiar zapach tego miejsca. Czy istnieje prawdziwy zapach poduszki, nie do odgadni(cid:266)cia ju(cid:298), dawno wygnany z jej struktur? Gdzie jest teraz? * Czy wspomniałem ju(cid:298) jak pi(cid:266)kny park otaczał hotel? Przyjemnie było spacerować po trawiastych (cid:286)cie(cid:298)kach. Nic, tylko otworzyć szeroko oczy i podziwiać widoki, pal(cid:261)c mi(cid:266)towego papierosa. — Pocz(cid:266)stuje mnie pan? – zapytał kobiecy głos za moimi plecami. Podałem paczk(cid:266) naprawd(cid:266) ładnej kobiecie. Ładnej to za mało powiedziane, ale nie wiedziałbym, jak j(cid:261) opisać, aby nie przekroczyć tej granicy, jak(cid:261) wydawała si(cid:266) zaznaczać. — Ładnie tu, prawda? — Tak. Szczerze mówi(cid:261)c, jeszcze nie wiele widziałem. — Dopiero pan przyjechał? — Tak. Wczoraj. 9 — Je(cid:286)li pan chce, mog(cid:266) co(cid:286) ciekawego pokazać — zaproponowała, odwracaj(cid:261)c si(cid:266) na pi(cid:266)cie i spogl(cid:261)daj(cid:261)c na mnie przez rami(cid:266). Chciałem. Moja ciekawo(cid:286)ć rozbudziła si(cid:266), kiedy skr(cid:266)ciła w boczn(cid:261), ciasn(cid:261) alejk(cid:266). Nie sposób było i(cid:286)ć obok siebie, wi(cid:266)c szedłem za ni(cid:261). I dobrze. Jej zgrabnych ruchów nie była w stanie ukryć nawet ró(cid:298)owa narzuta przeciwdeszczowa, któr(cid:261) nało(cid:298)yła na siebie, starannie rozkładaj(cid:261)c na ramionach foliowy kaptur, sugeruj(cid:261)c si(cid:266) za pewne sinym kolorem porannych obłoków. W ko(cid:276)cu odwróciła si(cid:266) i teatralnym gestem pokazała mi drzewo. P(cid:266)kni(cid:266)t(cid:261) na pół wierzb(cid:266). — Fajne, prawda? — Tak, bardzo ciekawe. — Co ma pan na my(cid:286)li? — No... to, (cid:298)e jeszcze (cid:298)yje, pomimo tego p(cid:266)kni(cid:266)cia. — Prawda? Lubi(cid:266) tutaj przychodzić, bo to drzewo jest takie jak ja. — Udałem, (cid:298)e si(cid:266) gł(cid:266)boko zamy(cid:286)liłem. — Pewnie piorun. — Z tego, co wiem, silny wiatr. A pan, co pana tutaj przygnało? — Zanurzyła obie dłonie w czelu(cid:286)ciach swojej ogromnej torebki. — Urlop. Chciałbym troch(cid:266) wypocz(cid:261)ć i troch(cid:266) sobie poukładać. — Doskonałe znalazł pan do tego miejsce. — Powiedziała to naprawd(cid:266) uprzejmie i szczerze. Nerwowym ruchem wyrwała z torebki przedmiot, którego szukała, nie spuszczaj(cid:261)c mnie z oczu. — Prosz(cid:266) o u(cid:286)miech! — Zapraszam pani(cid:261) na kaw(cid:266) — mrukn(cid:261)łem, o(cid:286)lepiony i troch(cid:266) onie(cid:286)mielony. Wrócili(cid:286)my t(cid:261) sam(cid:261) kr(cid:266)t(cid:261) (cid:286)cie(cid:298)k(cid:261), która wyprowadziła nas mi(cid:266)dzy pot(cid:266)(cid:298)ne d(cid:266)by rosn(cid:261)ce wzdłu(cid:298) podjazdu. Wyprzedziłem now(cid:261) znajom(cid:261) na schodach i pchn(cid:261)łem drzwi. Min(cid:266)li(cid:286)my recepcj(cid:266), rozmawiaj(cid:261)c o pogodzie. W kuchni poprosiłem o dwie kawy. Wszystko wtedy wydawało mi si(cid:266) na miejscu. Przede wszystkim ja sam. Dobrze mi było przy tym stoliku w towarzystwie kobiety. (cid:285)wiatło wpuszczane leniwie przez firanki silnie zaznaczało swoje granice uko(cid:286)nych pasów, a jednocze(cid:286)nie wypełniało cał(cid:261) sal(cid:266). Pust(cid:261) i cich(cid:261). Tak wygl(cid:261)da spokój, pomy(cid:286)lałem. Przyjemnie było nic nie mówić, wpatrywać si(cid:266) w nieliczne powolne drobinki kurzu unosz(cid:261)cego si(cid:266) w powietrzu i popijać kaw(cid:266). Zapaliłem papierosa i dmuchn(cid:261)łem w najbli(cid:298)szy snop (cid:286)wiatła. Wydawało mi si(cid:266), (cid:298)e wydmuchn(cid:261)łem o wiele wi(cid:266)cej dymu, ni(cid:298) zdarza si(cid:266) to zazwyczaj. — Na którym pi(cid:266)trze pan mieszka? — Tutaj, na parterze pod ósemk(cid:261). 10 — O, to dobrze. Ma pan blisko do wyj(cid:286)cia i nie musi korzystać z tych ciasnych kr(cid:266)tych schodów — mówi(cid:261)c to, silnie zmarszczyła brwi, co dodało jej uroku. — A pani? Na którym pi(cid:266)trze ma pani pokój? — Na drugim. Mam bardzo ładny widok z okna. Widać stamt(cid:261)d moj(cid:261) sosn(cid:266). — Wierzb(cid:266). — A tak, moj(cid:261) wierzb(cid:266). — Du(cid:298)o jest teraz go(cid:286)ci w hotelu? — O, tak. Raczej sporo. — Dziwne — rozejrzałem si(cid:266) z mał(cid:261) przesad(cid:261) dookoła, hu(cid:286)taj(cid:261)c si(cid:266) na krze(cid:286)le — chyba nie wychodz(cid:261) z pokoi. — Paru rzeczywi(cid:286)cie tego nie robi. Chwyciła za torebk(cid:266). Wiedziałem, (cid:298)e za chwil(cid:266) zostan(cid:266) sam. Nie wiedziałem, czy bez niej uda mi si(cid:266) samotnie utrzymać t(cid:266) atmosfer(cid:266) spokoju. — Dzi(cid:266)kuj(cid:266) za spacer i za kaw(cid:266). Prosz(cid:266) kiedy(cid:286) mnie odwiedzić. Mieszkam w 22, dokładnie nad panem. Czułem, (cid:298)e po jej odej(cid:286)ciu nie zostanie tutaj ani odrobina tej spokojnej atmosfery. Moj(cid:261) głow(cid:266) zapełniały znaki zapytania. Czy ona miała to samo na my(cid:286)li, co ja, kiedy zapraszała mnie do siebie? Jasne, (cid:298)e nie. A przecie(cid:298) to te same słowa. Dobrze, (cid:298)e patrzyłem na jej twarz, kiedy odchodziła od stolika. Siedziałem jeszcze chwil(cid:266). Zgasiłem papierosa na spodku fili(cid:298)anki i wstałem. Jak na razie, nic ciekawego si(cid:266) nie wydarzyło i raczej nic nie wskazywało na to, (cid:298)e nast(cid:261)pi jaka(cid:286) olbrzymia zmiana. Na szcz(cid:266)(cid:286)cie tego wła(cid:286)nie teraz pragn(cid:261)łem i na szcz(cid:266)(cid:286)cie p(cid:266)kata fiolka pigułek nasennych była pełna. Czerwony dywan odprowadził mnie do pokoju. W łazience wypłukałem zlew, umyłem si(cid:266), ogoliłem i uczesałem. Patrz(cid:261)c teraz w lustro, (cid:298)ałowałem, (cid:298)e nie zrobiłem tego wcze(cid:286)niej. Stwierdziłem, (cid:298)e nigdzie nie ma natr(cid:266)tnej muchy. Usiadłem w fotelu, otworzyłem grub(cid:261) ksi(cid:261)(cid:298)k(cid:266), która przypomniała o sobie, le(cid:298)(cid:261)c na mi(cid:266)kkim podło(cid:298)u nie rozpakowanych rzeczy. Walizk(cid:266) zamkn(cid:261)łem. Teraz była w pewnym sensie szaf(cid:261). Zamiast jednak zagł(cid:266)bić si(cid:266) w lekturze, poło(cid:298)yłem głow(cid:266) na oparciu i zacz(cid:261)łem nasłuchiwać. Kobieta z ulubionym drzewem w pobli(cid:298)u. Wpatrywałem si(cid:266) w sufit, jakby miało to jaki(cid:286) wpływ na moje zdolno(cid:286)ci słuchowe. Wyłapywałem w skupieniu wszystko, co mogło si(cid:266) dziać w pokoju nade mn(cid:261). Nic si(cid:266) jednak nie działo. Cisza. (cid:297)adnych kroków, otwieranych drzwi, skrzypi(cid:261)cej podłogi czy odgłosów wody. Nie docierał do mnie (cid:298)aden d(cid:296)wi(cid:266)k z zewn(cid:261)trz. Zupełnie jak w pluszowym pudełku. Jedynie zegar, który stał w k(cid:261)cie, informował mnie swoim gadaniem o tym, (cid:298)e wszystko płynie. Spojrzałem na 11 tarcz(cid:266). Jedna z cyfr była ko(cid:286)lawa. Szóstce na samej górze wyrósł p(cid:266)katy daszek. Zegar wybił godzin(cid:266) zachrypni(cid:266)tym tonem i wtedy daszek oderwał si(cid:266) od cyfry, pow(cid:266)drował wzdłu(cid:298) wskazówki i wskoczył na szybk(cid:266), zasłaniaj(cid:261)c(cid:261) tarcz(cid:266). Miałem wielk(cid:261) ochot(cid:266) na zdecydowanie silny rzut ksi(cid:261)(cid:298)k(cid:261), ale wtedy zniszczyłbym i zegar, i ksi(cid:261)(cid:298)k(cid:266), i kto wie, co jeszcze, w razie gdybym nie trafił. Owad czytał zapewne w moich my(cid:286)lach, bo bzykaj(cid:261)c sobie pod nosem, schował si(cid:266) pospiesznie gdzie(cid:286) we wn(cid:266)trzno(cid:286)ciach tykaj(cid:261)cego mechanizmu. Patrz(cid:261)c tak na zegar, pomy(cid:286)lałem, (cid:298)e równie dobrze mógłby przestać chodzić. To dziwne, ale nie pami(cid:266)tam, kiedy ostatni raz patrzyłem na zegar tak jak teraz, bez uczucia trwogi, nie patrz(cid:261)c, która godzina, ile mam jeszcze czasu, podziwiaj(cid:261)c po prostu wskazówki. Jaki(cid:286) kwadrans po tym, jak wróciłem do pokoju, odwiedził mnie dyrektor hotelu. Kiedy wchodził do (cid:286)rodka, dyskretnie si(cid:266) rozgl(cid:261)daj(cid:261)c, zauwa(cid:298)yłem, (cid:298)e ma krótsz(cid:261) praw(cid:261) nog(cid:266). — Mam nadziej(cid:266), (cid:298)e b(cid:266)dzie pan zadowolony z pobytu — dziwne, ale nie u(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266) — czy ma pan jakie(cid:286) zwierz(cid:266)? — Raczej nie — pomy(cid:286)lałem o stworzeniu z zegara. — To dobrze. U nas nie wolno. Czy dostał pan ju(cid:298) po(cid:286)ciel? — Tak, odwiedziła mnie bardzo sympatyczna pokojówka. — Aa. — O której jest obiad? — Za dwie godziny — odpowiedział, nie spuszczaj(cid:261)c z oczu zegara. — Gdyby pan czego(cid:286) potrzebował, to prosz(cid:266) i(cid:286)ć do recepcji, tam ci(cid:261)gle kto(cid:286) jest. Mnie mo(cid:298)na znale(cid:296)ć tutaj do kolacji, potem jestem uchwytny pod telefonem. — Na pewno nie b(cid:266)dzie takiej potrzeby — zapewniłem dyrektora z u(cid:286)miechem. — W takim razie do widzenia. — Zamkn(cid:261)łem drzwi z ulg(cid:261) i kiedy zerkn(cid:261)łem przez wizjer, zdarzyło si(cid:266) to samo, co z pokojówk(cid:261). Nasze wybałuszone (cid:296)renice spotkały si(cid:266). Wtedy nie zwróciłem na to szczególnej uwagi. * Zegar pokazał mi, (cid:298)e do obiadu mam sporo czasu. Napu(cid:286)ciłem wody do wanny, w walizce wyszperałem butelk(cid:266) wina domowej roboty, odebrałem jednej z półek stolika szklank(cid:266), z płaszcza wyj(cid:261)łem papierosa i zapałki i wróciłem do wypełnionej par(cid:261) łazienki. Nigdy nie 12 potrafiłem tak odkr(cid:266)cić wody, aby nie była lodowata lub za gor(cid:261)ca, gdy wchodz(cid:266) do wanny. Skorygowałem temperatur(cid:266) silnym strumieniem zimnej wody. Schowałem głow(cid:266) pod wod(cid:266), by przez chwil(cid:266) cieszyć si(cid:266) izolacj(cid:261) od otoczenia. Na sali, gdzie podawano obiad, byłem pierwszy. Siedz(cid:261)c tak przez chwil(cid:266), przygl(cid:261)dałem si(cid:266) krz(cid:261)taninie kucharek, a jednocze(cid:286)nie zastanawiałem si(cid:266), jak mam powitać pierwsze osoby, by stworzyć mił(cid:261) atmosfer(cid:266). Jednak, kiedy na drugim ko(cid:276)cu stołu pojawił si(cid:266) gruby jegomo(cid:286)ć, wsun(cid:261)łem si(cid:266) gł(cid:266)biej w moje krzesło. Człowiek ten stale rozgl(cid:261)dał si(cid:266) wokoło swoimi malutkimi, wilgotnymi oczkami, gł(cid:266)boko ukrytymi w puszystej twarzy koloru purpury. Nie mógł si(cid:266) odzwyczaić od chwytania si(cid:266) za ucho, gdy z kim(cid:286) rozmawiał i okazywał zainteresowanie tematyk(cid:261) wojenn(cid:261). Kto(cid:286) mógłby powiedzieć, (cid:298)e jest podobny do Churchilla. Zwłaszcza gdy zgniatał w(cid:261)skimi ustami z rzadka odpalane cygaro. Wygl(cid:261)dał do(cid:286)ć groteskowo z bł(cid:266)kitn(cid:261) apaszk(cid:261) pod szyj(cid:261) i w eleganckim stroju archaicznego dyplomaty nad talerzem zupy w stołówce. — Dzie(cid:276) dobry! — zawołał, wciskaj(cid:261)c energicznymi ruchami zwaliste ciało w ciasn(cid:261) przestrze(cid:276) swojego nieust(cid:266)pliwego krzesła. — Dzie(cid:276) dobry! — Odpowiedziałem i odwróciłem si(cid:266), (cid:298)eby spojrzeć przez okno. Ci, którzy przybyli pó(cid:296)niej, wcale nie byli bardziej interesuj(cid:261)cy, przynajmniej takie było moje pocz(cid:261)tkowe wra(cid:298)enie. Gdy wazy, otwieraj(cid:261)c swe porcelanowe paszcze, wypu(cid:286)ciły chmury skrywanej pary, która czule połaskotała nasze (cid:298)oł(cid:261)dki, wszystkie głowy pochyliły si(cid:266) i na sal(cid:266), nie zwracaj(cid:261)c niczyjej, prócz mojej uwagi, wsun(cid:266)ła si(cid:266) poznana w parku kobieta. Była jedyn(cid:261) osob(cid:261), której towarzystwo sprawiłoby mi przyjemno(cid:286)ć, ale ona, nie widz(cid:261)c mnie, usiadła w drugim ko(cid:276)cu sali, odwróciwszy si(cid:266) do mnie plecami. Zauwa(cid:298)yłem, (cid:298)e nikt mi si(cid:266) nie przygl(cid:261)da. Wypatrzyłbym przecie(cid:298) te nieudane próby ukrycia swej ciekawo(cid:286)ci przez zmian(cid:266) grymasu twarzy czy zawieszenie w pró(cid:298)ni nagle przyłapanych na gor(cid:261)cym uczynku oczu. Oznaczało to, (cid:298)e nikogo nie interesowałem jako nowo przybyły i wydało mi si(cid:266) to troch(cid:266) dziwne. Nawet grubas, który pierwszy, nie licz(cid:261)c mnie, stawił si(cid:266) na stołówce, nie spojrzał w moj(cid:261) stron(cid:266) ani razu, zaj(cid:266)ty pochłanianiem pierwszego dania i rozmow(cid:261) z dwiema s(cid:261)siadkami naraz. Rozejrzałem si(cid:266) dookoła. Po mojej lewej opierała na stole łokieć starsza kobieta z bujnymi siwymi włosami spi(cid:266)tymi w olbrzymi kok, który za ka(cid:298)dym razem, kiedy si(cid:266) schylała nad talerzem, obsuwał si(cid:266) do przodu i odskakiwał, kiedy głowa wracała do pozycji wyj(cid:286)ciowej. Po prawej stronie szczupły blondyn w sposób odbieraj(cid:261)cy apetyt zabawiał si(cid:266) zawarto(cid:286)ci(cid:261) talerza i nie wydawał si(cid:266) zainteresowany konsumpcj(cid:261) swej zabawki. Sala, mówi(cid:261)c krótko, była olbrzymia, biała i goła. Stoły ustawiono tak, (cid:298)e tworzyły szerok(cid:261) liter(cid:266) „L”. Lampy nad stołem wygl(cid:261)dały jak zastygłe gigantyczne matowe krople na 13 moment przed oberwaniem si(cid:266). Jedna wisiała dokładnie nade mn(cid:261), na szcz(cid:266)(cid:286)cie kurz sygnalizował jej stało(cid:286)ć w tej pozycji. Wszystkie otwory w (cid:286)cianach to drzwi wej(cid:286)ciowe, olbrzymie okno z geometrycznym witra(cid:298)em i szcz(cid:266)ka kuchni, na której opierały si(cid:266) teraz ciekawskie kucharki z białymi czepkami na włosach, przez co wygl(cid:261)dały jak dojrzałe pieczarki. Raz czy dwa spróbowałem u(cid:286)miechn(cid:261)ć si(cid:266) do kogo(cid:286), kto (cid:286)lizgał swój wzrok po sali, wpisuj(cid:261)c mnie w jego trajektori(cid:266). Kiedy w talerzu ukazało si(cid:266) dno z pozostało(cid:286)ciami wysuszonego przeze mnie pomidorowego jeziora, odsun(cid:261)łem gło(cid:286)no krzesło, podzi(cid:266)kowałem blondynowi za towarzystwo i skierowałem si(cid:266) do wyj(cid:286)cia. Wła(cid:286)nie wtedy wszystkie prze(cid:298)uwaj(cid:261)ce twarze zwróciły si(cid:266) w moj(cid:261) stron(cid:266), zaciekawione najwidoczniej, dlaczego rezygnuj(cid:266) z drugiego dania. Pozdrowiłem znajom(cid:261), która teraz mnie dojrzała, skinieniem głowy i zamkn(cid:261)łem za sob(cid:261) ci(cid:266)(cid:298)kie, wysokie drzwi jadalni. Odetchn(cid:261)łem z ulg(cid:261). Biegłem najszybciej jak mogłem. Chciałem, za wszelk(cid:261) cen(cid:266), być pierwszy przy schodach. Po chwili zostawiłem daleko z tyłu moich kolegów. Na drugim miejscu była Magda, na trzecim Kundys. Biegał lepiej od niej, ale dawał jej ze sob(cid:261) wygrywać i ka(cid:298)dy o tym wiedział, prócz niej. Gdy biegli(cid:286)my koło jego domu, matka krzyczała za nim, (cid:298)e ma zaraz wracać na obiad. Kundys potrafił tak szybko biegać, (cid:298)e jego wymówki: „nic nie słyszałem”, stawały si(cid:266) prawdopodobne. Biegli(cid:286)my wtedy dalej, a on nawet si(cid:266) nie odwrócił. Jak tylko pami(cid:266)tam, matka Kunda zawsze krzyczała. Podobno dlatego, (cid:298)e pracowała przy maszynach w wielkim hałasie i (cid:298)eby porozumieć si(cid:266) ze swoimi kole(cid:298)ankami w zakładzie, musiała zdzierać gardło. I tak, czy była na co(cid:286) bardzo w(cid:286)ciekła, czy z u(cid:286)miechem proponowała nam herbat(cid:266), to zawsze jej głos brzmiał jak ujadanie psa. Na ko(cid:276)cu, wywalaj(cid:261)c j(cid:266)zor, biegł Vasco. Upierał si(cid:266), (cid:298)e w wieku dziesi(cid:266)ciu lat widział przelatuj(cid:261)ce niedaleko naszego osiedla UFO. Zawsze, kiedy o tym opowiadał, robił si(cid:266) cały czerwony i oczy wychodziły mu na wierzch. Wszyscy si(cid:266) z niego (cid:286)miali, chocia(cid:298) ci(cid:266)(cid:298)ko było mu nie uwierzyć. Podobno na stare lata zaj(cid:261)ł si(cid:266) badaniem kosmosu. Czekałem chwil(cid:266), patrz(cid:261)c jak kumple rozchlapuj(cid:261) trampkami wod(cid:266) zalegaj(cid:261)c(cid:261) od wczoraj na ulicach. Potem patrzyłem, jak Magda odczytuje z głow(cid:261) podniesion(cid:261) do góry, szyld wisz(cid:261)cy w oknie. — Idziecie? — Na pewno tutaj pracuje twoja ciocia? — Noo… zobaczycie. Klamka w wysokich drzwiach miała kształt smoka zjadaj(cid:261)cego swój ogon i bardzo mocno broniła wej(cid:286)cia. Nast(cid:266)pn(cid:261) przeszkod(cid:261) były koraliki, g(cid:266)sto odgradzaj(cid:261)ce nas od pulsuj(cid:261)cego zapachami wn(cid:266)trza. 14 * Wyci(cid:261)gn(cid:261)łem buty spod łó(cid:298)ka i starannie je wypastowałem. Dawno ju(cid:298) tego nie robiłem. Wypiłem szklank(cid:266) wody z łazienki i wyszedłem z pokoju, wcze(cid:286)niej nakr(cid:266)ciwszy zegar, którego wahadło pomachało mi na do widzenia. Znajoma z ogrodu nachyliła si(cid:266) nade mn(cid:261), kiedy mijałem j(cid:261) siedz(cid:261)c(cid:261) na kamiennej por(cid:266)czy. — (cid:295)le pan wygl(cid:261)da, dobrze si(cid:266) pan czuje? — Tak... (cid:296)le spałem. „Nie, rzygałem wła(cid:286)nie pomidorówk(cid:261)”. Jedno powiedziałem, drugie pomy(cid:286)lałem. Zimny wiatr wieczorny dmuchaj(cid:261)cy orze(cid:296)wiaj(cid:261)co w policzek oraz (cid:286)wiatła wydostaj(cid:261)ce si(cid:266) z okien i stylowych latarni tworzyły bardzo mił(cid:261) atmosfer(cid:266). Zacz(cid:266)ło si(cid:266) ju(cid:298) (cid:286)ciemniać i nic ju(cid:298) prawie nie było widać, kiedy spacerowali(cid:286)my po parku, a potem po lesie. Gdy dotarli(cid:286)my do miejsca, sk(cid:261)d widoczne było migocz(cid:261)ce w dali jezioro, z krzaków przy drodze wyczołgał si(cid:266) starszy m(cid:266)(cid:298)czyzna. Odwrócił si(cid:266) i odsłaniaj(cid:261)c szare z(cid:266)by, nie wyjmuj(cid:261)c z nich papierosa, zawołał: — Pi(cid:266)kny widoczek, co nie?! — Po czym zdejmuj(cid:261)c z głowy czapk(cid:266), gł(cid:266)boko nam si(cid:266) ukłonił i znikn(cid:261)ł w cieniu drzew. Chwil(cid:266) potem usłyszeli(cid:286)my, jak załatwia w pobli(cid:298)u sw(cid:261) potrzeb(cid:266) fizjologiczn(cid:261). Usiadłem obok mojej znajomej i spytałem, jak ma na imi(cid:266), a potem oddałem jej swoj(cid:261) kurtk(cid:266), bo stwierdziła, (cid:298)e jest chłodno. * Mniej wi(cid:266)cej tyle zapami(cid:266)tałem z pierwszych dni mojego pobytu w tym przesi(cid:261)kni(cid:266)tym spokojem miejscu. Czasami snułem si(cid:266) bez celu, zapuszczaj(cid:261)c si(cid:266) w coraz bardziej odległe tereny parku, czasem całe wieczory sp(cid:266)dzałem w opustoszałej (cid:286)wietlicy hotelowej, wchłaniaj(cid:261)c bezmy(cid:286)lnie wszystko, co wylewało si(cid:266) z ekranu telewizora, w którym nie mo(cid:298)na było zmienić kanału, bo przymocowany był blisko sufitu, a pilot gdzie(cid:286) zgin(cid:261)ł. Wł(cid:261)czało si(cid:266) go, wkładaj(cid:261)c 15 wtyczk(cid:266) do kontaktu. Zwykle jednak nigdzie si(cid:266) nie ruszałem, trwoni(cid:261)c czas, pogr(cid:261)(cid:298)ony w nie chc(cid:261)cym mnie opu(cid:286)cić smutku, korzystaj(cid:261)c od czasu do czasu z cudownej fiolki. Kiedy siedziałem w swoim pokoju, korytarze za moimi drzwiami, cicho, ale natr(cid:266)tnie wsuwały si(cid:266) przez szpary, staraj(cid:261)c si(cid:266) wyci(cid:261)gn(cid:261)ć mnie z mojej kryjówki. Głosy, (cid:286)miechy i wszelkie inne d(cid:296)wi(cid:266)ki informowały mnie, (cid:298)e co(cid:286) si(cid:266) dzieje bez mojego udziału. Ludzie rozmawiali, wymieniali si(cid:266) adresami, których zreszt(cid:261) i tak nigdy nie zamierzali u(cid:298)yć, obiecywali sobie kontakty na odległo(cid:286)ć i telefony. Całowali si(cid:266), krzyczeli, bawili i płakali, kochali si(cid:266) w parach lub w pojedynk(cid:266), a ja le(cid:298)ałem na łó(cid:298)ku zaj(cid:266)ty my(cid:286)leniem o suficie. Pewnego dnia korytarz o(cid:286)mielony cisz(cid:261) za drzwiami wsun(cid:261)ł mi po podłodze kartk(cid:266) papieru. Bawiłem si(cid:266) przez chwil(cid:266) własn(cid:261) ciekawo(cid:286)ci(cid:261), nie ruszaj(cid:261)c si(cid:266) z miejsca. Ale za moment zerwałem si(cid:266) jak dzieciak, który długo czekaj(cid:261)c na swoje urodziny, zrywa si(cid:266) z łó(cid:298)ka zaraz po przebudzeniu, aby być (cid:286)wiadkiem wszystkiego, co dzieje si(cid:266) w jego domu przed zdmuchni(cid:266)ciem (cid:286)wieczki. Podniosłem papier z podłogi. Było to zdj(cid:266)cie zrobione polaroidem, na którym utrwaliła si(cid:266) moja twarz (cz(cid:266)(cid:286)ciowo zasłoni(cid:266)ta wydmuchiwanym przeze mnie dymem), wykonane podczas spaceru w parku. Wi(cid:266)ksz(cid:261) cz(cid:266)(cid:286)ć kompozycji zajmował palec przylepiony do obiektywu. Na odwrocie w dolnym rogu, drukowanymi literami napisane było: MARTA – NA PAMI(cid:260)TK(cid:265). Była druga w nocy, kiedy wyszedłem z pokoju. Zało(cid:298)yłem koszul(cid:266) i puszyste bambosze przypominaj(cid:261)ce krzy(cid:298)ówk(cid:266) lamparta z jak(cid:261)(cid:286) ryb(cid:261) akwariow(cid:261). Spodni postanowiłem nie ruszać z krzesła. Cicho, ale z pełn(cid:261) swobod(cid:261), skierowałem swoje kroki na kr(cid:266)te drewniane schody, które wiły si(cid:266) w gór(cid:266) przez kilka pi(cid:266)ter. Zatrzymałem si(cid:266) na pierwszym i w podobny sposób, jak robiłem to na dole, zbli(cid:298)yłem si(cid:266), id(cid:261)c po czerwonym dywanie, do niemal identycznych drzwi. Wydawały si(cid:266) ró(cid:298)nić jedynie numerem. Pokój dokładnie nad moim, numer 22. Chciałem zrewan(cid:298)ować si(cid:266) nowej znajomej szkicem alei z olbrzymimi d(cid:266)bami, który wykonałem siedz(cid:261)c w altanie. Nie ma to jak własnor(cid:266)cznie wykonany podarunek. Spotkałem si(cid:266) jednak z pewn(cid:261) przeszkod(cid:261). Drzwi tak szczelnie przytulały si(cid:266) do framugi, (cid:298)e nie było szans na przeci(cid:286)ni(cid:266)cie kartki, a na dole swoj(cid:261) sztywn(cid:261) grzyw(cid:261) bronił wej(cid:286)cia dywan wystaj(cid:261)cy z pokoju. W drzwiach znalazłem identyczne szklane oko jak w moich. Dotykaj(cid:261)c policzkiem ciepłego drewna, zajrzałem do (cid:286)rodka. Nic, tylko delikatnie migocz(cid:261)cy (cid:286)wiatłem przechwyconym z latarni za oknem, malutki punkcik. W (cid:286)rodku panowała cisza. Poczułem si(cid:266) głupio. Stoj(cid:266) tutaj bez spodni, w (cid:286)rodku nocy i próbuj(cid:266) podgl(cid:261)dać innych go(cid:286)ci. Nie odwa(cid:298)yłem si(cid:266) zostawić rysunku na wycieraczce. Kto(cid:286) mógłby zauwa(cid:298)yć kartk(cid:266) pierwszy, choćby teraz, jaki(cid:286) cierpi(cid:261)cy na bezsenno(cid:286)ć s(cid:261)siad. Zamieniłem rysunek w papierow(cid:261) kulk(cid:266) i wracaj(cid:261)c na 16 schody wrzuciłem j(cid:261) do małego kosza na (cid:286)mieci. Kiedy wróciłem ju(cid:298) na parter, r(cid:266)ka, któr(cid:261) trzymałem cały czas na drewnianej gładkiej por(cid:266)czy, nie chc(cid:261)c przerywać sobie tej przyjemno(cid:286)ci, zaprowadziła mnie do piwnicy. Odrobin(cid:266) zdziwiła mnie go(cid:286)cinno(cid:286)ć piwnicznych drzwi, które usun(cid:266)ły mi si(cid:266) z drogi, ukazuj(cid:261)c biały, zalany jarzeniowym (cid:286)wiatłem korytarz. Chłód, jaki dopadł moje nogi, przypomniał mi po raz drugi o braku spodni. Gdybym musiał tłumaczyć si(cid:266) komu(cid:286) z mojej obecno(cid:286)ci tutaj w takim stroju, z pewno(cid:286)ci(cid:261) słowa nie uło(cid:298)yłyby si(cid:266) w krótk(cid:261) harmonijn(cid:261) odpowied(cid:296). Zawsze pakowałem si(cid:266) w kłopoty przez moj(cid:261) chorobliw(cid:261) ciekawo(cid:286)ć. Postanowiłem sprawdzić pierwsze wej(cid:286)cie z brzegu i od razu zaprezentował mi si(cid:266) ogromny, zielony bojler. Dalej mnóstwo przeró(cid:298)nych mioteł i (cid:286)rodków czysto(cid:286)ci w kolorowych butelkach. Przysun(cid:261)łem si(cid:266) do (cid:286)ciany, na któr(cid:261) ruchliwy ognik pieca rzucał osobliwe cienie, (cid:298)eby przecisn(cid:261)ć si(cid:266) przez t(cid:266) rupieciarni(cid:266) dalej, w gł(cid:261)b. To, co z pocz(cid:261)tku wydawało mi si(cid:266) (cid:286)cian(cid:261), okazało si(cid:266) szaf(cid:261), która dzieliła to pomieszczenie z bojlerem na pół. Moja chorobliwa ciekawo(cid:286)ć cz(cid:266)sto zanosiła mnie w ciekawe miejsca. W drugiej cz(cid:266)(cid:286)ci zgromadzono mnóstwo przeró(cid:298)nych przedmiotów. (cid:285)wiatło nie docierało tutaj z cał(cid:261) swoj(cid:261) energi(cid:261), ale po chwili mogłem dokładnie obejrzeć sobie wszystko. Na szafkach i stolikach stały zakurzone kartony z ksi(cid:261)(cid:298)kami, tandetnymi porcelanowymi figurkami, elektrycznymi budzikami i fotografiami oprawionymi w ramki. Par(cid:266) pucharów sportowych, ptasia klatka. Na jednej szafce stał wiekowy gramofon, na drugiej gigantyczny globus. Do tablicy wisz(cid:261)cej na (cid:286)cianie kto(cid:286) poprzyczepiał zbiorowe fotografie, zapewne personelu i go(cid:286)ci. Nie przygl(cid:261)dałem si(cid:266) dokładnie. Zapaliłem papierosa. Kiedy płomie(cid:276) zapałki do(cid:286)wietlił najdalszy k(cid:261)t, omal nie wrzasn(cid:261)łem z przera(cid:298)enia. Po chwili spróbowałem si(cid:266) u(cid:286)miechn(cid:261)ć. Niewyra(cid:296)ny, monstrualny kształt okazał si(cid:266) głow(cid:261) dinozaura, fragmentem jakiej(cid:286) teatralnej dekoracji. Sk(cid:261)d to si(cid:266) tu wzi(cid:266)ło?! Godzinami mo(cid:298)na by to wszystko przegl(cid:261)dać, jednak po chwili, zły na siebie, postanowiłem wracać z powodu zimna, które bombardowało moje kolana. Z chwil(cid:261) gdy postanowiłem bezzwłocznie wracać, zauwa(cid:298)yłem listy. Zapakowane były w czarne worki na (cid:286)mieci, które stały w zwartej grupie, jakby czekały na maj(cid:261)c(cid:261) je zabrać lada chwila (cid:286)mieciark(cid:266). Nikt ich jednak nie wyrzucił. Wci(cid:286)ni(cid:266)te w k(cid:261)t i jakby niedbale ukryte, zdradzały si(cid:266) pod stert(cid:261) innych rupieci białymi, zapisanymi dziurami, które z pewno(cid:286)ci(cid:261) wygryzły myszy w poszukiwaniu apetycznych rzeczowników. Dlaczego? Dlaczego jeden zabrałem i schowałem do kieszeni? Nie wiem. Nie wiem te(cid:298), ilu ludzi nie uległoby tej pokusie. Listy w piwnicy hotelu? Kiedy wychodziłem, bojler wznawiaj(cid:261)c swoj(cid:261) prac(cid:266), wszcz(cid:261)ł alarm gło(cid:286)nym buczeniem. Zostawiaj(cid:261)c za plecami ten niski d(cid:296)wi(cid:266)k, powstrzymywałem si(cid:266), (cid:298)eby nie zacz(cid:261)ć biec i gło(cid:286)no 17 zatrzasn(cid:261)ć za sob(cid:261) drzwi. Czułem si(cid:266) jak włamywacz, którego demaskuje bezduszna fotokomórka, silnym reflektorem wyławiaj(cid:261)c go z cienia. Wtedy wła(cid:286)nie w całym korytarzu zło(cid:286)liwie zgasło (cid:286)wiatło, pogr(cid:261)(cid:298)aj(cid:261)c piwnic(cid:266) w grobowych ciemno(cid:286)ciach. — Super — wycedziłem przez z(cid:266)by, zatrzymuj(cid:261)c w sobie inne brzydkie wyrazy. Stałem sparali(cid:298)owany, porz(cid:261)dkuj(cid:261)c my(cid:286)li. W pami(cid:266)ci wywołałem obraz drogi powrotnej. Korytarz był pusty, wi(cid:266)c mogłem, przesuwaj(cid:261)c si(cid:266) wzdłu(cid:298) (cid:286)ciany, dostać si(cid:266) do drzwi, które tak ochoczo mnie tu wpu(cid:286)ciły, bez powa(cid:298)niejszych kolizji. Dla pewno(cid:286)ci zapaliłem zapałk(cid:266). Trzymaj(cid:261)c j(cid:261) chwil(cid:266) nad głow(cid:261) i nat(cid:266)(cid:298)aj(cid:261)c wzrok, stwierdziłem, (cid:298)e podobne sceny, które ogl(cid:261)dałem w kinie, kiedy bohater doskonale radzi sobie w czarnych labiryntach, dopóki nie wyczerpie mu si(cid:266) zapas zapałek, s(cid:261) równie niedorzeczne jak moja nadzieja na ujrzenie czegokolwiek. Posuwaj(cid:261)c si(cid:266) do przodu, u(cid:298)ywaj(cid:261)c dłoni wysuni(cid:266)tych daleko do przodu, zamiast oczu, wydostałem si(cid:266) z tej podziemnej pułapki. Ka(cid:298)dy spacer jest przyjemny, je(cid:286)li nie trwa zbyt długo. Ka(cid:298)dy spacer to w(cid:266)drówka z jednego pudełka do drugiego. Znów w swoim pokoju! Czy nie spotyka ci(cid:266) najwi(cid:266)ksza rado(cid:286)ć ze spaceru, kiedy po powrocie, niecierpliwie zdejmuj(cid:261)c buty, my(cid:286)lisz o tym, (cid:298)e ju(cid:298) za chwil(cid:266) b(cid:266)dzie ci dane znowu usi(cid:261)(cid:286)ć w swoim fotelu? Po(cid:286)ciel w łó(cid:298)ku była równie zimna jak moje kolana. Le(cid:298)ałem przez moment bez ruchu, z kołdr(cid:261) zaci(cid:261)gni(cid:266)t(cid:261) na brod(cid:266), czuj(cid:261)c jak ciepło, które emituj(cid:266), powoli rozlewa si(cid:266) dookoła, wnikaj(cid:261)c w materac. Pomy(cid:286)lałem nagle o tym, czy rysunek, który tak niedbale wrzuciłem do kosza, rzeczywi(cid:286)cie do niego trafił, czy le(cid:298)y teraz obok, zwracaj(cid:261)c na siebie uwag(cid:266)? Postanowiłem, ziewaj(cid:261)c gło(cid:286)no, nigdzie si(cid:266) nie ruszać i walcz(cid:261)c z innymi my(cid:286)lami, które niezmordowane, wci(cid:261)(cid:298) ponawiały swoje ataki, burz(cid:261)c co chwila (cid:286)wie(cid:298)(cid:261) konstrukcj(cid:266) spokoju, zasn(cid:261)łem. Siedziałem dokładnie na trzecim stopniu półpi(cid:266)tra na klatce schodowej. Nie mogłem dostać si(cid:266) do domu, bo wyprowadzaj(cid:261)c psa, zatrzasn(cid:261)łem sobie drzwi. Zło(cid:286)ciłem si(cid:266) na siebie za to, (cid:298)e nie wzi(cid:261)łem kluczy. Swoj(cid:261) drog(cid:261), jaki człowiek mógł wymy(cid:286)lić taki zamek? Gor(cid:261)ce powietrze z podwórka zmieniało swój zapach, wspinaj(cid:261)c si(cid:266) leniwie po por(cid:266)czy, gubi(cid:261)c sw(cid:261) wysok(cid:261) temperatur(cid:266) na zimnych schodach. To było przyjemne. Po pi(cid:266)ciu minutach wybiegłem na zewn(cid:261)trz, zeskakuj(cid:261)c ze schodów po cztery na raz i usiadłem zadowolony w sło(cid:276)cu, wzywaj(cid:261)c do siebie zdyszanego psa, który zdaj(cid:261)c sobie spraw(cid:266) z tego, (cid:298)e pob(cid:266)dzie tu dłu(cid:298)ej, pomachał ogonem. — Kto tam? 18 — Przychodz(cid:266) zmienić r(cid:266)czniki. — Chwileczk(cid:266). * Cał(cid:261) godzin(cid:266) zaraz po obudzeniu sp(cid:266)dziłem biegaj(cid:261)c po pokoju. Wskakiwałem na łó(cid:298)ko, zeskakiwałem na krzesło, skakałem w miejscu, machaj(cid:261)c r(cid:266)koma. Wszystko po to, (cid:298)eby schwytać jedynego owada, jaki ocalał, a który bezczelnie obudził mnie po raz drugi, swymi lepkimi łapami chodz(cid:261)c mi po twarzy. Podczas tego pojedynku nabrałem szacunku dla swego przeciwnika, jego refleksu i zwinno(cid:286)ci. Kiedy zrezygnowany rzuciłem si(cid:266) na fotel, gło(cid:286)no łapi(cid:261)c powietrze, mucha równie(cid:298) zrobiła sobie przerw(cid:266), siadaj(cid:261)c na resztkach kolacji, któr(cid:261) przyniosłem sobie wczoraj do pokoju. Najbardziej smakowały jej nadgryzione jabłko i placek. — Czas troszk(cid:266) si(cid:266) rozejrzeć po okolicy. — Powiedziałem gło(cid:286)no do siebie i podskakuj(cid:261)c to na jednej, to na drugiej nodze, pobiegłem do łazienki. Kiedy znów byłem (cid:286)wie(cid:298)y i pachn(cid:261)cy, odszukałem papierosy i zapałki i wyszedłem z pokoju. — Dok(cid:261)d si(cid:266) pan wybiera? — zapytał mnie dyrektor, próbuj(cid:261)c si(cid:266) u(cid:286)miechn(cid:261)ć. — Czas troch(cid:266) pozwiedzać okolice! — zawołałem, tryskaj(cid:261)c wr(cid:266)cz dobrym humorem, co zdarza mi si(cid:266) nad wyraz rzadko. — Niech pan poczeka... Kamil! — krzykn(cid:261)ł w stron(cid:266) holu. Spojrzałem w tamt(cid:261) stron(cid:266). Rudy dwudziestolatek z półtorametrowym modelem spitfire’a, ogl(cid:261)daj(cid:261)c si(cid:266) za siebie, wyszczerzał (cid:286)wiec(cid:261)ce nawet z tej odległo(cid:286)ci z(cid:266)by. — Taaa? — Idziesz na Zielon(cid:261) Górk(cid:266)? — zapytał dyrektor, kiedy ju(cid:298) podeszli(cid:286)my wystarczaj(cid:261)co blisko, (cid:298)eby nie musiał krzyczeć. — Taaa, musz(cid:266) sprawdzić lotk(cid:266). Dzisiaj przy niej grzebałem — odparł, poci(cid:261)gaj(cid:261)c energicznie za jak(cid:261)(cid:286) link(cid:266). — Mog(cid:266) zabrać si(cid:266) z tob(cid:261)? Dopiero przyjechałem i chciałbym si(cid:266) porozgl(cid:261)dać — wyr(cid:266)czyłem mego po(cid:286)rednika. — Pewnie, a bardzo lubisz (cid:286)limaki? — Co? — Pytanie zupełnie zbiło mnie z tropu. — Rudy u(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266) porozumiewawczo do dyrektora. 19 — Zobaczy pan, na Zielonej Górce — wymamrotał dyrektor, staraj(cid:261)c si(cid:266) być przy tym jak najbardziej tajemniczym. Odprowadził nas do wyj(cid:286)cia, a potem wzrokiem, a(cid:298) do bramy. Potem udał si(cid:266) do recepcji, gdzie opieraj(cid:261)c łokcie na kontuarze, u(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266) do recepcjonistki. — Jak podopieczni? Wszystko w porz(cid:261)dku? — Tak, tylko go(cid:286)ć z ósemki zszedł w nocy do piwnicy. — Długo tam był? — Jak tylko go zauwa(cid:298)yłam, wył(cid:261)czyłam pr(cid:261)d. Zielona Górka wypinała swój p(cid:266)katy brzuch tu(cid:298) za mostem kolejowym, który zwinnie stalowym skokiem pokonywał szerok(cid:261), leniw(cid:261) rzek(cid:266) na dole. Obficie zaro(cid:286)ni(cid:266)ty (cid:298)ółtymi mleczami teren górki okazał si(cid:266) krain(cid:261) (cid:286)limaków, które wystawiały swe spiralne pancerze na działanie sło(cid:276)ca w najmniej przewidywalnych miejscach, to znaczy dosłownie wsz(cid:266)dzie. Robiły wszystko, (cid:298)eby wygrzewać si(cid:266) w sło(cid:276)cu. Wspinaj(cid:261)c si(cid:266) na szczyt z modelem samolotu, pozbawiali(cid:286)my (cid:298)ycia olbrzymi(cid:261) ilo(cid:286)ć przedstawicieli (cid:286)limaczego gatunku. Co chwila docierał do nas zgrzytliwy d(cid:296)wi(cid:266)k rozgniatanych skorup. — Je(cid:286)li nawet b(cid:266)dziesz patrzył na (cid:286)cie(cid:298)k(cid:266) i uwa(cid:298)ał — zawołał Rudy — nie uda ci si(cid:266) ich nie rozgniatać! Rzeczywi(cid:286)cie, (cid:286)limaków na drodze było tak du(cid:298)o, (cid:298)e pomimo wszelkich stara(cid:276) pod moimi butami dochodziło do licznych malutkich eksplozji (cid:286)limaczych istnie(cid:276). Poczułem si(cid:266) głupio. — Nie b(cid:266)d(cid:266) patrzył — powiedziałem po chwili w taki sposób, (cid:298)e musiało to dziwnie zabrzmieć. Kamil zacz(cid:261)ł si(cid:266) (cid:286)miać, a(cid:298) musiał na chwil(cid:266) kucn(cid:261)ć. — Nie(cid:296)le! — zawołał, kiedy ju(cid:298) doszedł do siebie i mógł nabrać powietrza. Ja sam, choć (cid:298)al było mi tych skorupiaków, parskn(cid:261)łem (cid:286)miechem, i rechotałem razem z Kamilem przez reszt(cid:266) drogi, wykrzykuj(cid:261)c co chwila: — O, teraz ty! — Dwa na raz! CAP! TRAC! STRRC! Stan(cid:266)li(cid:286)my w miejscu, sk(cid:261)d skrzydlata maszyna miała wzbić si(cid:266) w powietrze. — Najlepszy samolot drugiej wojny (cid:286)wiatowej — szepn(cid:261)ł z namaszczeniem Kamil. — Nie interesuj(cid:261) ci(cid:266) za bardzo samoloty, co? — zapytał, obserwuj(cid:261)c mnie uwa(cid:298)nie. 20 — Raczej nie — przyznałem. — Szkoda, mógłbym godzinami ci o nich opowiadać. — A ja tobie o przyn(cid:266)tach na suma. — Taa — u(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266) szeroko — jak ty wła(cid:286)ciwie masz na imi(cid:266)? — Wiktor. — I jeste(cid:286) w(cid:266)dkarzem? — Ju(cid:298) nie, zmieniłem hobby. — I co? — zapytał, grzebi(cid:261)c co(cid:286) przy silniczku. Pomy(cid:286)lałem, (cid:298)e nie do ko(cid:276)ca mnie słucha. — Oddałem si(cid:266) w pełni mojej pracy twórczej, rysuj(cid:266) komiksy. — O! Ostatni czytałem dobrych par(cid:266) lat temu. — Mo(cid:298)esz przeczytać mój, mam ze sob(cid:261) trzy egzemplarze. — Dzi(cid:266)ki. A o czym? — Przygody wojownika Kargaana i łowcy Mosa. — Wied(cid:296)my, trolle i ksi(cid:266)(cid:298)niczki? — Tak, w du(cid:298)ym skrócie. — Nie(cid:296)le, i dzi(cid:266)ki temu si(cid:266) utrzymujesz? — Tak. Szczerze mówi(cid:261)c, nie musz(cid:266) (cid:298)ałować sobie niczego. Je(cid:286)li oczywi(cid:286)cie nie rozbujam za mocno mojej fantazji. — I pewnie masz prze(cid:286)liczny domek z ogródkiem, w którym przesiaduje kochaj(cid:261)ca (cid:298)ona? — zapytał, uruchamiaj(cid:261)c na prób(cid:266) silniczek. — Moja (cid:298)ona uton(cid:266)ła w jeziorze trzy lata temu. — ??? — W nocy, w tym czasie, kiedy ja byłem na rybach. Wpierw pomy(cid:286)lałem, (cid:298)e mnie nie usłyszał, czego nie miałbym mu za złe. Wstał, wzi(cid:261)ł gł(cid:266)boki słowa: „czasnaskrzydełczesanienajszybszyptaknagrod(cid:266)dostanie…” i wystartował warcz(cid:261)c(cid:261) maszyn(cid:261) w wypu(cid:286)cił powietrzem oddech i wraz z powietrze. Ogni(cid:286)cie czerwony spitfire wzniósł si(cid:266) ostrym łukiem w gór(cid:266) i od razu pochwalił si(cid:266) imponuj(cid:261)c(cid:261) beczk(cid:261). Stałem z otwartymi ustami, wpatruj(cid:261)c si(cid:266) w niebo, kiedy stoj(cid:261)cy obok pilot powiedział: — Przepraszam. Przykro mi. KKRRYZ, PRRYF, GHAARKK 21 — Jak mogła uton(cid:261)ć? Przecie(cid:298) doskonale pływała. Poza tym usłyszałbym co(cid:286). Siedziałem z kijem na drugim brzegu! — Czego ty chcesz dowie(cid:286)ć? Ona nie (cid:298)yje synu. Dochodzenie nie wykryło niczego podejrzanego. Wszyscy wiedz(cid:261), (cid:298)e uton(cid:266)ła i (cid:298)e to był nieszcz(cid:266)(cid:286)liwy wypadek. Zdałem sobie spraw(cid:266), (cid:298)e herbata, któr(cid:261) pij(cid:266) od pi(cid:266)ciu minut, nie ma smaku, nawet smaku wody, tylko... czy miałaby jakikolwiek powód, (cid:298)eby popełniać samobójstwo? — I nie obwiniaj si(cid:266). — Spojrzałem na moj(cid:261) matk(cid:266), która słuchaj(cid:261)c ojca, przemawiała do mnie cały czas spojrzeniem. — Wiem, (cid:298)e nie ma sensu mówić ci, (cid:298)eby(cid:286) o tym tyle nie my(cid:286)lał, ale powiniene(cid:286) dać sobie troch(cid:266) czasu, to znaczy wolnego czasu, wtedy wszystko si(cid:266) powoli poukłada. To dziwne, ale cały czas mówili o mnie. O tym, jak to si(cid:266) (cid:296)le czuj(cid:266) i jak im jest przykro z tego powodu, a nie mówili wcale o niej. Czy ona ju(cid:298) si(cid:266) nie liczy? — Po prostu? — Musisz wyjechać na jaki(cid:286) czas. — Matka ma racj(cid:266). Powiniene(cid:286) zamkn(cid:261)ć ten pokój i wyjechać na troch(cid:266). W mi(cid:266)dzyczasie my wyniesiemy wszystko na strych, je(cid:286)li chcesz. Zmiany w umy(cid:286)le syna postarzaj(cid:261) w jego oczach ojca, niezmiennego w swych przekonaniach jak pami(cid:261)tka z radosnych dni dzieci(cid:276)stwa. Po raz pierwszy zazdro(cid:286)ciłem ojcu jego (cid:298)ony. Po raz pierwszy matka nie była do ko(cid:276)ca i tylko moja. Pami(cid:266)tam, (cid:298)e poszła na przyj(cid:266)cie, do nowych sezonowych s(cid:261)siadów, którzy zadomowili si(cid:266) w jednym z tych letniskowych domków tak cz(cid:266)sto zmieniaj(cid:261)cych wła(cid:286)cicieli. Troch(cid:266) si(cid:266) posprzeczali(cid:286)my i zostałem w domu. Ostatni raz widziano j(cid:261) około północy, kiedy z wszystkimi si(cid:266) (cid:298)egnała, zanosz(cid:261)c si(cid:266) (cid:286)miechem. Tak, moj(cid:261) (cid:298)on(cid:266) odebrało mi spokojne, zimne, pełne tłustych ryb jezioro. Przez długi czas nie potrafiłem zrobić niczego sensownego. Czynno(cid:286)ci tego typu, jak przygotowanie dla siebie kolacji czy prysznic, były profanacj(cid:261) stanu mego umysłu i starałem si(cid:266) ich unikać. Pierwsz(cid:261) czynno(cid:286)ci(cid:261), jak(cid:261) wykonałem samodzielnie po wielu bezczynnych dniach w domu wypełnionym po brzegi pomoc(cid:261) i trosk(cid:261) bliskich, z którymi bez słowa mijałem si(cid:266) na schodach werandy, była wymiana dzwonka. Stary dzwonek, którego u(cid:298)ył zm(cid:266)czony funkcjonariusz policji, aby zawiadomić o i mdło(cid:286)ci, niejednokrotnie ko(cid:276)cz(cid:261)cych si(cid:266) obfitym zwracaniem, za ka(cid:298)dym razem, kiedy u(cid:298)ywał swego tragicznej (cid:286)mierci, doprowadzał mnie do fizycznego bólu 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wzgórze Ślimaków
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: