Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00328 004357 14687112 na godz. na dobę w sumie
Xenna moja miłość - ebook/pdf
Xenna moja miłość - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 300
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-64-2 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Największym atutem Xenny jest wiarygodność opisu uzyskana przez użycie prostego, kolokwialnego, a niekiedy wręcz slangowego języka. Gdy czytałem, wydawało mi się, że po prostu jestem wśród tych ludzi, że odurzam się wódka, prochami i punk-rockiem. Nie jest to jednak zabawa w młodzieżowy, subkulturowy folklor w stylu Masłowskiej. Powiedziałbym raczej, ze to polski Charles Bukowski.
Witold Horwath, autor Ekstradycji

W Xennie jest i seks i alkohol, i punk rock, ale przede wszystkim wielka, niespełniona miłość. Ta książka ani na chwile nie zwalnia tempa, a świat w niej przedstawiony jest jakby znajomy, bliski naszemu pokoleniu.
Pauluss, wokalista zespołu Włochaty

Świat Łukasza Gołębiewskiego nie jest moim światem, ale nie jest też moim światem świat Charlesa Bukowskiego. A jeden i drugi magnetyzuje mnie, przyciąga, także, a może przede wszystkim tym, co jest w nim odrażające, brudne i złe. Sąsiaduje bowiem, ramię w ramie przy kontuarze, z tym, co krystalicznie czyste, piękne i dobre. Jak – i tu autor jest nad wyraz sugestywny – nieistniejąca dziewczyna nosząca imię na pamiątkę nieistniejącej punk rockowej grupy TZN Xenna.
Krzysztof Masłoń, krytyk literacki

 

Łukasz Gołębiewski, dziennikarz, krytyk literacki, przez ponad dziesięć lat związany z „Rzeczpospolitą”. Redaktor i wydawca m.in. „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI” i „Biblioteki Analiz”, autor monografii Rynek książki w Polsce, która do 2006 roku miała dziewięć wydań oraz tłumaczenia na niemiecki i angielski.
Od zawsze związany ze sceną punk, uczestnik punk-rockowych zlotów i festiwali w wielu krajach, przed laty grał na perkusji w garażowych zespołach, o których nikt już nie pamięta (np. Grzyby Goebbelsa), w punkowym środowisku znany pod ksywką „Disorder”.

Xenna moja miłość to debiut powieściowy autora, wcześniej publikował w prasie literackiej i w zbiorach opowiadań, wydawanych zazwyczaj pod różnymi pseudonimami. Obecnie pracuje nad ksiązką poświęcona Meksykowi, który w ostatnich latach wielokrotnie odwiedzał, przejeżdżając kilkanaście tysięcy kilometrów. Tytuł powieści pochodzi od nazwy działającej w latach 1981-1987 legendarnej warszawskiej grupy punk-rockowej TZN Xenna.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jirafa Roja Warszawa 2009 © Copyright by Łukasz Gołębiewski, 2007 © Copyright by Jirafa Roja, 2007 Tytuły poszczególnych części zaczerpnięte zostały z płyty „Christ – e Album” grupy Crass w tłumaczeniu Włochatego. Redakcja: Korekta: Projekt okładki: Zdjęcie autora na IV stronie okładki: Łamanie: Kuba Frołow Magdalena Rejnert Agnieszka Herman Anna Gołębiewska Tatsu tatsu@tatsu.pl www.xenna.com.pl ISBN 978-83-62948-64-2 Wydanie IV Warszawa 2009 Kobiety, które mi się podobają, to – nieuchronnie – iluzje, które stworzyłem, żeby się mamić, oto moja tragedia. Gao Xingijan, Góra duszy Prolog: Gdyby cały świat był tak delikatny jak podmuch wiatru w moich dłoniach, nie byłoby smutnej piosenki Siedzę sam w barze. Ostatni klient dawno wyszedł. Od daw- na to ja jestem ostatnim klientem. Siedzę do zamknięcia speluny, dopóki mnie nie wyproszą. Kolejny papieros, kolejny kieliszek. Mój wydawca, po wysłuchaniu opowieści o Xennie i o wszystkich kobietach, które były po niej, powiedział: „sta- ry, przeżyłem tyle lat co ty, a nie wiedziałem, że seks może być taki fajny”. Ano może być, wystarczy się trochę postarać. „Tyle lasek, ty to miałeś fajnie”. Miałem. Tylko co z tego? Przegrałem swoją miłość. Straciłem moją Xennę. Nie ma jej. Może zresztą zawsze była tylko mitem, bezsensowną po- gonią za szczęściem, za marzeniami, za wspomnieniami, za młodością? Choć jest tak daleko, czuję zapach jej skóry, za- pach który kocham nad wszystko inne, czuję jej ciepło, jedy- ne, jakie daje mi schronienie. To tylko złudzenia. Teraz jesteśmy sami, kieliszek i ja, za- topieni w półświetle słabej żarówki, znudzony barman usta- wia pasjansa i co kilka minut wymownie spogląda na zega- rek. Minęła północ, nie mam do czego wracać. Pety wysypu- ją się z popielniczki, ogarnia mnie otępienie, z wolna prze- chodzę w letarg. To jedyne co mi pomaga, wódka tłumi wy- rzuty sumienia, daje błogą obojętność. Tęsknię za tobą, moja Xenno, moja dziewczynko w ko- szulce Discharge, biegnąca po plaży w za dużych okularach 7 słonecznych, ze śmiechem próbująca mnie złapać, gdy ja uciekam. Wciąż uciekam, wymykam się z twoich ramion, ale to nie jest zabawa, a ty tracisz cierpliwość i widzę już w twoich oczach złość, wiem, że zaraz przestaniesz biec, usiądziesz na piasku i schowasz twarz w dłoniach, bym nie widział łez. Leżysz teraz pewnie w hamaku, na rajskiej Playa Escondi- do, wsłuchana w szum ciepłych fal Zatoki Meksykańskiej. Dzieli nas siedem godzin różnicy w czasie, u ciebie słońce jest dopie- ro w połowie swej drogi w dół, ku tafli oceanu. Dzieli nas blisko dziesięć tysięcy kilometrów, ale przecież nie to jest przeszko- dą. Za trzy dni mógłbym leżeć tam z tobą, a siedzę wgapiony w brudną plamę na blacie stolika. I wiem, że się nie ruszę. Przeklinasz mnie, moje niezdecydowanie, moją kolejną ucieczkę. Już nie jesteś dziewczynką, a ja nie jestem zbunto- wanym anarchistą, choć wydaje mi się, że to wszystko zdarzy- ło się wczoraj. Właśnie wyszliśmy z koncertu, trzymamy się za ręce i biegniemy po Polach Mokotowskich. Jest ciepła noc, ty jak zwykle roześmiana, zaczepiasz przypadkowych przechod- niów, przytulam cię mocno; chodźmy się kochać, mówisz, a ja nigdzie nie muszę iść, bo kocham cię tu i teraz, i na zawsze. Siedzę sam, z pustką w głowie, z pustką w sercu. Nie zazdrość mi drogi wydawco, naprawdę nie ma czego. Kolej- ne kobiety, epizody, ucieczki, poszukiwania, rozczarowania, nadzieje. Jasne, mam fajne wspomnienia. Mogę karmić się przeszłością i wciąż uciekać; inaczej nie potrafię. Ale też nie oczekuję już niczego. Bo czegóż nowego mógłbym doświad- czyć? W kolejnej kobiecie szukać twojego odbicia, twojej na- miastki, moja Xenno? Przez dwadzieścia lat syciłem się na- miastkami. Nie było mi z tym źle, nie było dobrze, było cho- lernie obojętnie. A obojętność jest jak śmierć. Żyłem intensywnie, bardzo intensywnie, i nie żałuję tego, nie żałuję niczego, jedynie do samego siebie czuję dziś wstręt. Bo prawda jest taka, że żyłem podle. Live fast, die young, ni- 8 czym James Dean — ikona nonkonformistycznej postawy, jak o nim piszą. Niezły żart. Umrzyj młodo! Dean miał 24 lata, kiedy roztrzaskał się w wypadku samochodowym. Ja miałem więcej farta, zawsze miałem go w nadmiarze, mógłbym obda- rzyć nim kilka osób. Farta, nie szczęścia, od szczęścia ucie- kałem, potem za nim goniłem, później znów się przed nim chowałem… nie wierząc, że ono i mnie dotyczy. Tak, żyłem szybko. I niezbyt pięknie. Nie zazdrość mi tych kobiet, one nie istniały. Iluzje, dzie- siątki iluzji, bez imion, bez życiorysów, widma. A prawda jest taka, że zaraz zamkną bar i wrócę do pustego mieszkania, naleję sobie kieliszek, puszczę płytę Patti Smith, przejrzę li- sty, ale tych od Xenny nie otworzę. Od tygodni przychodzą kolejne i leżą nie otwarte ze stemplami z Veracruz, Catema- co, Oaxaca. Z miejsc, w których jeszcze niedawno cieszy- łaś się moją obecnością, z miejsc, które dla mnie są już tyl- ko punktami na mapie, których nazwy brzmią egzotycznie. Wolałbym, żebyś pisała z Krakowa, Wrocławia czy Szczecina, moja Xenno. Choć może wówczas pokusa ujrzenia cię kolej- ny raz, dotknięcia twoich włosów, byłaby zbyt silna? Bo prze- cież wciąż cię kocham, dziewczynko. To dlatego uciekam, nie przed tobą, uciekam przed własnymi uczuciami. Przepraszam. Nie otwieram tych listów, bo wiem, co bym tam znalazł. Że jestem kłamcą, że znowu cię zawiodłem, że jestem tchórzem, bo wciąż uciekam, że nie chcesz mnie znać, albo przeciwnie, że tęsknisz, że mnie nienawidzisz, al- bo że kochasz, słowa, tam będą tylko słowa, ale nie będzie twojego zapachu, nie będzie twojego oddechu, w słowach nie odnajdę twoich gestów, twojego ciepła, ruchu twoich rzęs, rozwianych włosów, co najwyżej ślady łez na kartce papieru, choć równie dobrze mogłyby to być krople deszczu. Nad two- ją rajską plażą wciąż przechodzą ulewy. Część 1: Gdyby wszystkie dni nie były policzone dla tych, którzy chodzą bez celu po ulicy, nie byłoby smutnej piosenki Deuter Koniec czerwca, 2001 rok. Urodziny Praffdaty. W CDQ gra właśnie Deuter. Przepycham się przez tłum, pijany, z plasti- kowym kubkiem piwa w dłoni. W kącie stoi mała chuda blon- dynka. Śmieje się, widząc jak się zataczam. — Byłaś na koncercie Deutera w 1984 roku? — Zwariowałeś? Miałam wtedy siedem lat. — Sorry, jestem trochę już uwalony. I pewnie trochę star- szy. Masz na rękawie naszywkę „Deuter 1984”. — To pamiątka po jednym starym punkowcu. — Tak starym jak ja? Byłem wtedy na Deuterze. Osiem- dziesiąty czwarty rok, orwellowski. Zagrali w „Stodole”, pa- miętam jak dziś, wystąpił też Tilt i Xenna. — Mam koncert Xenny na wideo. — Żartujesz?! W tamtych czasach nikt nie miał kamer wideo. — Ale mam kasetę. Nie wiem, może to od kumpla, który dał mi bluzę. Nie pamiętam. — Pożyczysz? Chętnie bym to sobie obejrzał. — Jasne. Zapiszę ci mój telefon. Zadzwoń kiedyś. 11 Zadzwoniłem. Odebrał jej brat. Nieźle wyjebany koleś. Ta- kie przynajmniej sprawiał wrażenie, wyrzucając do słuchaw- ki dwadzieścia wyrazów na minutę. Nawijał, jakbyśmy znali się od lat, co wprawiło mnie w lekką konsternację, bo prze- cież nawet nie wiedziałem, że ma brata. Jak jej wreszcie od- dał telefon, to oczywiście nie poznała w pierwszej chwili; kto by poznał? Byłem niepewny, zresztą nie wiedziałem do koń- ca, czego chciałem. Spotkać ją jeszcze raz? Nie pamiętałem jak wygląda. Chyba jak zwykle, zdecydowała ciekawość… In- nego człowieka, innego ciała, innego zapachu. Zgodziła się umówić; nawet ochoczo. Zdziwiłem się widząc ją na trzeźwo. Nie była piękna. A mia- łem nadzieję, że jest. Tak to już jest, gdy człowiek mało co pa- mięta. Podjąłem jednak wyzwanie, uśmiechnąłem się szeroko i pomachałem: — Tu jestem! Podeszła z kasetą wideo wycią- gniętą w moją stronę. Miała na sobie krótką jasną sukienkę w kwiaty, na nogach tenisówki, nie byłem pewien, ale wydawa- ło mi się, że nie nosi stanika. First sting — Nie poznałam cię. — Też cię nie poznałem. Jakoś inaczej wyglądałaś wtedy na koncercie, a może to alkohol zmienia sposób widzenia. Rzeczy podłe potrafią wyglądać cudownie, cudowne — pod- le. I sam nie wiesz z kim masz do czynienia… Już miałem dalej nawijać bezsensowną gadkę, by czym- kolwiek ukryć pustkę w głowie, ale szybko przerwała. — Jesteś akwizytorem? — A wyglądam na akwizytora? — A bo ja wiem? Chyba tak. 12 — Przecież nie noszę krawata… — Ale tak wyglądasz. I pachniesz fahrenheitem, fu fu. — Nie lubisz fahrenheita? — Jest banalny. Pół mojego bloku tym pachnie. Shit. Jak na początek to raczej słaba rekomendacja. Ale nic nie odpowiedziałem. Dla porządku, stałem pod gmachem Zachęty w pomarań- czowej kurtce, dżinsach i granatowej bluzie z kapturem. Czy tak wyglądają akwizytorzy? Czy umawiają się na randki przed wejściem do galerii? O co jej chodzi? — starałem się zebrać myśli, a ona mówiła dalej. — Przyniosłam ci kasetę. — Dzięki, pamiętam Xennę z tamtych lat. To był najbar- dziej odjechany zespół. Zygzak oblewał publiczność ze sceny białą farbą. Zawsze byli nagrzani. Oczywiście wtedy piło się jabole, tanie wina „Okęcie” z Warsowinu. Dzisiaj nie ma już ani Warsowinu, ani „Okęcia”. — Ale są tanie wina. Mnie i moich znajomych na inne nie stać. — Co robisz? — Aktualnie nic, a ty? — Jestem akwizytorem. Żartuję. Jestem pisarzem. — Pierdolisz? — No może trochę. Co robisz teraz? — Nic. — To chodźmy na piwo. — Mogę pójść, ale na jedno. — Ja nie chodzę na jedno. — Mam kasę najwyżej na dwa. — Ja stawiam. — Nie ma mowy, zawsze za siebie płacę. — Jak chcesz. Chodźmy na Starówkę. 13 Gwoli prawdy, pojechaliśmy. Jestem zbyt leniwy żeby ła- zić gdziekolwiek, zwłaszcza na trzeźwo, zwłaszcza wczesnym popołudniem. Zdziwiła się, gdy zawołałem taryfę, od razu zastrzegła, że za taxi nie płaci, bo to moja fanaberia, a po- rządni ludzie jeżdżą autobusami. Może i tak, ale ja porządny nie jestem. I już nie chciałbym być. Źli chłopcy dostają to co najlepsze (Analogs). Wylądowaliśmy w restauracji Pod Samsonem. Tanio tu jak na Stare Miasto. W sam raz miejsce na pierwszą randkę. Nie głośno, względnie estetycznie — obrazki na ścianach, białe obrusy, smaczne żydowskie żarcie. Piwo za siedem pln, obiad w miarę suty za osiemnaście. Miła świadomość, że jak nic nie wyjdzie ze spotkania, to przynajmniej człowiek nie przepuści za dużo kaski. Zamówiłem dwa piwa i tak się za- częło. — Naprawdę jesteś pisarzem? — A co to znaczy być pisarzem? — Czy wydałeś jakąś książkę? — Mhm. Kilka. — No co ty? Dasz mi? — Jasne. Z dedykacją. — Też piszę. Wydrukowałam nawet kilka wierszy. — Chętnie przeczytam. Jeszcze jedno piwo? — Nie mam już kasy. — Mówiłem, że stawiam. — Możesz mi pożyczyć. Oddam ci jak zarobię. — Okay, oddasz jak zarobisz. Opowiedz coś o sobie. — Studiowałam to tu to tam, trochę pracowałam, ogólnie to nic ciekawego. — Ile masz lat? — Dwadzieścia cztery. — Masz chłopaka? — Teraz nie. 14 — Jeszcze piwo? — Jasne. — Zjesz coś? — A mogę? Chętnie. Ty ile masz lat? — Trochę więcej niż ty, pamiętam przecież Deutera z 1984 roku. — To dziwne, że słuchasz punka. Nikt go już nie słucha. — Przecież ty słuchasz. — Ja słucham wszystkiego. A ty jesteś stary, powinieneś słu- chać Boney M. — Starszy, nie stary. Becky Bondage, wokalistka Vice Squ- ad, powiedziała kiedyś: Dziś robimy wiele różnych rzeczy, ale punk był najlepszym sposobem spędzenia naszej młodości. To samo mogę powiedzieć o sobie. Dziś jestem alkoholikiem po trzydziestce, ale punk był moją młodością. Nie zrywa się z tym, co najpiękniejsze. Czy naprawdę taką gadkę zapodałem z cytowaniem Bec- ky Bondage? Pewnie nie. Gadaliśmy o dupie Maryni, jak to przy pierwszym, drugim, trzecim piwie bywa, gdy się dwoje dopiero poznaje. Ale fajnie ta gadka szła. Dziewczyna była mądra i coraz bardziej mi się podobała. Miała w sobie power. Była mocno zakręcona, ale jednocześnie łagodna i uczucio- wa. Poza tym patrzyła z podziwem na „pisarza”, a ja choler- nie lubię być podziwianym przez młode laski. Myślę sobie, że mógłbym spędzać czas wyłącznie na stawianiu piwa małola- tom, najlepiej gdyby to były licealistki. Hmm… odważnie po- wiedziane. Doktor Samson też lubił i kiepsko skończył. No, może on preferował jednak ciut młodsze dziewczynki. Swo- ją drogą ciekawie zbiegła się nazwa restauracji z nazwiskiem znanego psychoterapeuty. Skojarzenie nie zamierzone, kie- dy siedzieliśmy Pod Samsonem był początek lata 2001 i te- matu Andrzeja S. jeszcze nie było. 15 — Ja nie mam miłych wspomnień. — Dlaczego? — Wiesz, ostro grzałam dragi, właściwie wszystko co by- ło pod ręką. Spierdoliłam sobie młodość. — Jesteś młoda. — Ale mam spierdoloną młodość. — Co brałaś? — Wszystko. — I co? Bierzesz nadal? — Nie, od kilku miesięcy nic nie biorę. Nawet trawki. To wszystko gówno, które mi wyprało mózg. Robiłam wiele głu- pich rzeczy i nie mam zamiaru wracać do tego. Fu fu. Często mówimy, że nie chcemy do czegoś wracać, ale spra- wa żyje w nas i za nic nie chce się wykorzenić z mózgu. Ja tak mam z nikotyną, rzucam bez przerwy palenie, potem wracam, znowu rzucam, nie chcę wracać i tak dalej. Alkoholu nie rzu- cam, bo lubię do niego wracać, kiedy się tylko da. O niej pomyślałem, że przybiera pozy, ale wciąż gadało się zaskakująco sympatycznie. — Mów dalej… — Co tu gadać. Jak jesteś ćpunem, to masz kumpli ćpu- nów. Nie masz kasy na dragi to zaczynasz kraść. Wynosisz rzeczy z domu. Twoja rodzina cię już nienawidzi, a na pew- no nie rozumie. Obracasz się wśród wstrętnych typów. Wpa- dasz w deprechę. Nie chcesz żyć. Więc znowu bierzesz, bo masz deprechę. I tak w kółko. Aż w domu już nic nie ma. Nie masz ciuchów, nie masz magnetofonu, płyt, nawet zegarka, bo wszystko oddałeś na dragi. I gówno. — Jak z tego wyszłaś? — Matka mnie zaciągnęła do szpitala, na odwyk. Zerwa- łam ze starymi kumplami. Nie było łatwo. — Nie wrócisz do tego? 16 — Czasem bym chciała, ale nie. Wiem przez jakie piekło przeszłam, jakie miałam gówniane życie. Trzymam się teraz z daleka od dragów. — Jeszcze piwo? — Mhm. Często pijesz? — Codziennie. — Nie przeszkadza ci to w pracy, w życiu? — Nie mam życia. W pracy mi nie przeszkadza. Nawet faj- niej się pisze po alku. — Dziwny z ciebie typ. — Dzięki, to lepsze niż bycie akwizytorem. — Ale naprawdę wzięłam cię za akwizytora. — Już nie bierzesz? — Trochę. Zawsze będziesz dla mnie akwizytorem. — Zawsze? Miło zabrzmiało. To znaczy, że się jeszcze zo- baczymy? — Jak będziesz chciał. Ja nie mam nic do roboty, a z tobą fajnie się gada. Znałam wcześniej kilku pisarzy. Tylko star- szych od ciebie. Jeden nawet próbował zaciągnąć mnie do łóżka. Może szkoda, że nie poszłam, bo mogłabym opowia- dać, że się przespałam z prawdziwym pisarzem. — Jeszcze wszystko przed tobą. Wielu miałaś facetów? — A kto by ich zliczył. Wielu. Po imprezach — u mnie, u nich. Jednorazowe strzały. Zawsze sobie ich wybierałam. Ale po tym nic nie zostaje. Następnego dnia astalavista. A ty? — Co ja? — Dużo miałeś kobiet, masz kogoś? — Dostatecznie wiele, by nie potrzebować więcej. Piwo? — Yes. Oczywiście kłamałem. Zawsze kłamię, taka moja natura. Kłamstwo jest zrośnięte ze mną, kłamię bez sensu, bez po- wodu, z przyzwyczajenia. Lubię robić wrażenie, więc zwykle koloryzuję, ale poza tym kłamię jak z nut, wymyślając sobie 17 życiorysy, upodobania, mnożąc byłe żony, albo przemilcza- jąc imiona kochanek. Raz jestem rozpustny, innym razem wstrzemięźliwy. Nigdy sam się w tym nie gubię, mnogość by- tów sprawia mi frajdę, ale inni głupieją. I to mnie jeszcze bardziej kręci, bo wiem, że jestem intrygujący, tajemniczy. To dodaje uroku. Tak sobie myślę. Pewnie jeszcze o tym na- piszę, teraz jednak wracam myślami do naszej pierwszej li- bacji Pod Samsonem. Dzieciak podchodzi do naszego stolika z bukietem róż. Ku- puję wszystkie i wręczam jej. Jest zdumiona, zwłaszcza, że przecież jej nie podrywam. — No co ty? Za dużo masz pieniędzy? — Niech sobie dzieciak zarobi. — Lubisz dzieci? — Nie. — A ja lubię. Myślę, że mogłabym się zajmować dziećmi. Jak masz za dużo forsy to możesz dać na Palucha. — Na co? — Na Palucha, schronisko dla zwierząt. — Nie lubię zwierząt. — No co ty, jak to możliwe? — Po prostu, nie lubię i już. — I nie masz w domu żadnego zwierzaka? — Nie. — Nawet patyczaka? Dlaczego spytała o patyczaka? — nie mam pojęcia. Paty- czaki to takie robaki z długimi nogami, które żrą liście, a jak są głodne to zżerają siebie nawzajem. Faktem jest, że nie lubię zwierząt, ona — jak się później okazało — miała psa, kota, a niegdyś także chomika. Na scenie punk Patyczak to ksywa szalonego barda, który śpiewa swoje protest songi sa- motnie z gitarą. Trzy akordy, darcie mordy — to on. Ale nie 18 spytałem, czy o nim myślała, czy tak ten patyczak jakoś dziw- nie jej przyszedł do głowy. — Co robią twoi starzy? — Nic. Ojciec jest alkoholikiem, a mama się mną nie inte- resuje. — Czyli jesteś chodzącym nieszczęściem… — Odczep się. Chodźmy się przejść, jest taka ciepła noc. Chciałem zaszpanować i zapłaciłem złotą kartą visa. Wy- szliśmy. Róże zostawiła w wazonie na stoliku Pod Samso- nem; nie przywiązywała wagi do takich gestów, na kartę też nie zwróciła uwagi. W sklepiku nocnym przy Rynku Nowe- go Miasta kupiłem dla niej szlugi, a dla nas jeszcze po piwie. Poszliśmy w stronę Wybrzeża Gdańskiego, na moją ulubio- ną skarpę przy Kościele Nawiedzenia NMP. Usiedliśmy na drewnianej ławce bez oparcia i patrzyliśmy w dół, na Wisłę. Opowiadałem jej o moim dzieciństwie, o tym jak przycho- dziłem na skarpę zjeżdżać na sankach, obiecałem, że kiedyś pokażę gdzie mieszkałem na Starym Mieście. Próbowałem imponować wiedzą o tym zakątku, opowiadałem o księżnej Annie Mazowieckiej, która w XV wieku ufundowała kościół, bredziłem różne rzeczy, a piwo coraz mocniej szumiało nam w głowach. Noc była ciepła, nic tylko się przytulić i wyznać miłość, ale jakoś się nie przysuwaliśmy do siebie. Siedzieli- śmy zapatrzeni w mknące wzdłuż Wisły światła samocho- dów. Dziewczyna nagle zaczęła płakać. Zaskoczyła mnie. — Mogę pojechać do ciebie? — Jak to? — Chciałabym u ciebie zostać, nie chcę wracać do domu. — Okay, nie płacz już. Wezmę taksówkę i pojedziemy. Mam w domu dość gorzały, obejrzymy sobie ten twój koncert Xenny. 19 Miałem gorzałę, ale wiedziałem, że lodówka jest pusta. Taksówkarz zjechał na stację Shella. Kupiłem wstrętne goto- we kanapki zawinięte w folię, pudełko prezerwatyw — czar- nych dureksów, ona poprosiła o batona mars i serowe czipsy. Wzięliśmy jeszcze po dwa piwa — głównie po to, żeby mieć czym popijać wódkę. Zresztą to nie była wódka, tylko teki- la — najtańsza jaka była w markecie — sombrero, wyjątko- we paskudztwo. Bez cytryny, bez soli. Tekila solo, w dodatku ciepła. — Są cudowne, ale nie drap please. — Serio nie lubisz drapania? Ja to uwielbiam. — Nie lubię. — Mój poprzedni chłopak lubił. — To idź do niego. — Jego już nie ma. — To nie drap. — A ty rżnij mnie. — Co? — Rżnij mnie. Wejdź we mnie mocno. Błagam. Najmoc- — Będę na ciebie mówił Xenna, okay? Napiszę o tobie niej jak potrafisz. książkę. — Lepiej mi nalej jeszcze tekili. Uwielbiam tekilę. — Nie mogę już pić, ale jak chcesz to ci naleję. — Przytul mnie. — Masz cudowne małe sterczące piersi. — A ty jesteś stary i gruby. Masz blond włosy i niebie- skie oczy. Nie znoszę facetów z blond włosami i niebieskimi oczami. — To dlaczego tu jesteś? Dlaczego się przytulasz? — Nie wiem. — Dlaczego pozwalasz się całować? — Bo chcę. — Dlaczego pozwalasz się rozbierać i całować swoje piersi? — Przestań pytać. — A ty nie drap. — Zrób to wreszcie. — Nie spieszymy się. — Zrób to, wejdź we mnie. — Wolę głaskać twoją skórę. — Gryź je. — Uhm. — Gryź je mocniej, mocniej. Ach, szaleję, jak je tak moc- no gryziesz. 20 — Jesteś taka mała. — Rżnij, nie pierdol, ty jesteś wielki i mi to nie przeszka- dza. Przyznaję, był to dla mnie szok. „Rżnij, nie pierdol”… czy- li co mam robić? W tym małym ciele było coś demonicznego, coś czego — przyznaję zawstydzony — nigdy nie okiełznałem. Miała cholernie apodyktyczną naturę, nad którą nie umiałem zapanować. Tamtej nocy w tle cały czas leciał z odtwarza- cza koncert TZN Xenna, źle nagrany dokument z połowy lat osiemdziesiątych. Nigdy później go nie obejrzałem, a i wtedy krzyczący ze sceny Zygzak najmniej mnie zajmował. — Jak było? — Daj mi papierosa. — Musisz palić? — Muszę! — Nie krzycz. — To ty mi nie mów, co mam robić. — Nie mówię. Robisz co chcesz. Tylko nie pal. — Tyran. — Może trochę. — Jesteś wstrętnym dyktatorem. Dawaj papierosa! 21 — Chryste, nie krzycz bo pobudzisz sąsiadów. Masz. — I nalej mi jeszcze tekili. — Dobrze, ale powiedz jak było? — A jak miało być? Jak z facetem. Faceci to tylko zabaw- ki. Fu. Tak mi powiedziała. Fucking shit! Fakt, że pytałem jak de- bil. Ale to raniło męską dumę. Xenna potrafiła boleśnie zra- nić. Wiedziała o tym, uwielbiała to. Była małą, perfidną sa- dystką. Chyba dobrze się dobraliśmy. Nasycony postanowiłem się jej czym prędzej pozbyć. Nie jestem towarzyski, lubię zasypiać sam i budzić się sam. Nie cierpię, gdy rano ktoś mi się kręci po mieszkaniu i zawraca głowę. Przyznaję, że dotąd wszystkie kobiety traktowałem in- strumentalnie — najchętniej just fuck i do widzenia, a na- wet jeśli miało to trwać dłużej, to z zachowaniem stosowne- go dystansu i poszanowaniem mojego prawa do samotności. — Zamówić ci taksówkę? — Nie. — Chcę spać. — To śpij. Ja chcę zostać z tobą. — To przytul się i już nie gadaj. — Prawie cię nie znam, ale lubię jak mnie przytulasz. — A ja lubię jak leżysz wtulona, ale teraz śpijmy. — Nie. Kochajmy się jeszcze raz. — Jestem za stary. Nie mogę tak raz po razie. — Nie gadaj. Możesz. Ja chcę. — Okay. Ale nie gwarantuję sukcesu. — To się postaraj, bo więcej nie poproszę. Udało się. Potem kazała mi to robić jeszcze raz. Jezu, skąd te młode laski mają tyle energii. W dodatku po nieprawdo- 22 podobnej ilości alkoholu. Ja mogę dużo wypić, mam masę i wprawę… ale to maleństwo? Na szczęście maleństwo za- snęło. A ja perfidnie szykowałem jej pobudkę, zresztą sam spać nie mogłem, bo gryzły mnie wyrzuty sumienia, narasta- jące wraz z kacem. Zawsze miałem wyrzuty sumienia gdy po- znawałem nową dziewczynę, bo z góry przewidywałem kom- plikacje, mało sympatyczne rozstanie, na koniec jej żal do mnie i do siebie samej. Nie umiem być z kimś, ale nie bardzo też umiem tak po prostu spławić, zwykle idę na jakieś ustęp- stwa, potem się z tego wyplątuję, a że przy okazji wychodzi na jaw trochę kłamstw, więc po krótkiej znajomości pozostaje tylko niesmak. Z tego też powodu ze swoimi byłymi laskami nie utrzymuję kontaktów, nawet nie trzymam ich numerów telefonów, bo po co… — Wstawaj. — Która godzina? — 7.24. — Tak wcześnie? Śpię do dwunastej. — Ale ja nie. Wstawaj, odwiozę cię do domu. — Nie krzycz na mnie. Nie mogę zostać? — Nie. — Dlaczego? — Bo lubię samotność. — Ale ja nie chcę wracać do mojego pieprzonego domu. — To wracaj gdzie chcesz. U mnie na pewno nie będziesz. Zawsze jestem sam. Byłem zły i zdecydowany. Nie chciałem jej już w swoim łóżku, nie chciałem jej w swoim domu. Czułem się brudny, splugawiony. Myślałem wyłącznie o długiej gorącej kąpieli. Pomimo porannego stężenia alkoholu postanowiłem usiąść za kierownicą i odwieźć dziewczynę do domu. 23 — Jeździsz taką wypasioną bryką? — Jeżdżę tym, czym mi wygodnie. — Pewnie zarabiasz mnóstwo kasy? — Do pierwszego mi wystarcza. — Więc jednak jesteś akwizytorem? — Nie, dlaczego? — Bo z pisania nikt nie jest w stanie się utrzymać. — To bardzo stereotypowy i fałszywy pogląd. — Skórzana tapicerka, uwielbiam taką. — Nie przywiązuję do tego wielkiej wagi. — Nie gadaj, wiesz jaki fajny jest seks na skórzanym fo- telu w samochodzie? — Nie wiem, ale kiedyś może mi pokażesz. — Co to za muzyka? — Post Regiment. — Uwielbiam ten kawałek. Tylko zmieniają się kolory — zielony żółty i czerwony, coś, czego nigdy nie było, jest jeszcze raz. Mi się tamten ranek kojarzy z inną piosenką z tej samej płyty Post Regimentu. Słuchaliśmy jej zresztą w drodze, ga- dając o muzyce, uciekając myślami od minionej nocy. Obudziłeś się znów sam na końcu świata w pustej bramie. To nie to miasto, nie ten dom, nie ten czas. W myśli szukasz jakichś punktów, lecz nic nie wiesz na pewno. Drzwi zamknięte — to już znaczy tylko jedno. W głowie znowu pustka, gaśnie ogień w twoich ustach, znów nadchodzi kolejna zła noc. — Nie obudziłeś się sam. — A jednak sam, na końcu świata… 24 Nie obchodzisz już nikogo, idziesz dalej swoją drogą, nie pamiętasz — zapomniałeś, nie zgubiłeś, lecz szukałeś. I znikąd pomocy. — Wiele zależy od ciebie. — Fajnie wiedzieć, może zostaniesz psychoterapeutką? Twój ojciec naprawdę jest alkoholikiem? — Nie. Kłamałam. W ogóle nie pije. Jest kierowcą auto- busu. — A mama? — Bardzo mnie kocha. — A narkotyki? — Narkotyki naprawdę brałam. — Dlaczego mam ci wierzyć? — Nie musisz. — Nie wierzę. — To twój problem. I co powiecie po tym? Należało olać laskę, nie? Ale coś mi się w niej spodobało. Dziś nie wiem co. Drapieżność? A mo- że jej bezradność? Mogłem traktować ją jak starszy brat, wła- ściwie prawie jak ojciec. Seks był okay, ale to wszystkiego nie wyjaśnia. Udany seks to dziewięćdziesiąt procent rela- cji męsko-damskich, jeśli się choć trochę staramy i mamy kontekst. :) Tak czy inaczej złapała mnie, choć w pierwszej chwili myślałem: never more. Umówiliśmy się na kolejną randkę. Najpierw obiad w orien- talnej restauracji, potem jazda do mnie. Ja zaczynam pić wód- kę, od razu polewam pół szklanki i wychylam, prycham obrzy- dliwie. Ona też pije ze szklanki. Mi się ręce trzęsą, ona mówi, że nie pamięta poprzedniego razu. 25 — Jak ci było? — O co pytasz? — Jak ci było poprzednim razem? — Jakim poprzednim razem? Nie pamiętam… — Nie pierdol! Nie pamiętasz jaki zajebisty był seks? — To ty nie pierdol, w ogóle nie było seksu. Nie chodzę z pierwszym lepszym. — Myślałem, że nie jestem pierwszym lepszym. I tego jej musiałem dowieść, sorki. Fajny był seks za drugim razem i już go pamiętała. Do 5.30 rano to trwało. Ależ byłem wypruty po takim maratonie. Nie pamiętam już szczegółów, bo oczywiście wcześniej było dużo alku. Za dużo, gwoli sprawie- dliwości. Ale było fajnie i to wystarczy. Potem znowu Post Regi- ment; zapewne. Nie pamiętam już dokładnie, jak to się skoń- czyło. Dość, że polubiłem ją. Zadzwoniłem po raz trzeci. MC Robo — Spóźniłeś się. — Sorki Xenna. Poznaj mojego kumpla. To jest MC Robo. Straszny palant. — Cześć, jestem MC Robo. — Co porabiasz Robo? — Jestem wydawcą. — O kurde! Wydajesz jego książki? — Też, ale poza tym shitem, także bestsellery i gram w ban- dzie. Jestem didżejem. — Jak każda pałka. Ciekawe są te bestsellery? — A co ja ci będę mówił mała, chodźmy na browca. — Pieprz się, Robo. Po co u niego wydajesz? — Żeby dać palantowi pożyć. — Chodźmy do Czternastki. 26 Czternastka to lokal przepełniony małolactwem. W su- mie nie wiadomo dlaczego — drogo tu i beznadziejnie. Znam w Warszawie czternaście fajniejszych miejsc niż parszywa Czternastka, ale Xenna tam się chciała spotkać. Właściwie to chciała się spotkać pod pomnikiem Kilińskiego i tam czeka- ła wściekła, że się spóźniam, a potem wściekła, że nie jestem sam, a na dodatek przyjeżdżam taksówką, zamiast — „jak każdy porządny człowiek” — autobusem. I tak ze złą miną, rzucając przekleństwami, poprowadziła nas do Czternastki; nie zapytawszy o zdanie. — Trzy piwa i trzy razy po pięćdziesiątce. — Ja nie chcę wódki. — Co tam nie chcesz. Dziś się bawimy, nie Robo? — Jasne stary. Tzn. pijemy, bo ja się nie bawię. — Co nie bawisz? Dajemy czad, Xenna jutro wyjeżdża nad morze i trzeba się zabawić nieźle, jak się tylko da. — Żona ode mnie odeszła. — O to chujowo, ale nie pierwszy raz. — Masz żonę? — Miałem. — Ty go Xenna nie słuchaj, bo zawsze tak pierdoli, jak mu żona dupy nie da. — Musisz tak wulgarnie? — Taki jestem. — Nie zawsze. — Nie zawsze z tobą, ale z kumplami zawsze. — Lepiej się wtedy czujesz? — Pieprz się. — Sam się pieprz. — Wolę pieprzyć ciebie. — To masz pecha. — O co ci chodzi? — Uspokójcie się. 27 — O nic mi nie chodzi, to co powiedziałam — masz pecha, mnie nie będziesz pieprzył. Fu. Gadanie, pomyślałem. Tylko na to czekasz. Ale nic nie powiedziałem, zwłaszcza że pod parasole przy Czterna- stce władowały się dwie ładne laski. Wspomniałem już, że zawsze jak widzę młode i piękne ciała, to chcę im sta- wiać piwo. Te może tak strasznie młode nie były, ale za- wołałem je do naszego stolika, z czego skwapliwie sko- rzystały zadowolone, że będą piły browca za friko. I cool. Wszyscy są zadowoleni poza naburmuszoną Xenną. Robo się ślini do lasek, ja zaczynam konwersację od standar- dów towarzyskich, wypowiadam banały niczym z rapowej płyty. — Takie ładne dziewczyny same w mieście w środku la- ta? Toż to o pomstę do nieba woła. To jest Xenna, to Robo. Żona go dziś zostawiła i szuka pocieszenia. Ja też. Co wam zamówić? Po browcu i po pięćdziesiątce może być? — Ekstra. Ja jestem Monika. — A ja Aśka, wpadłyśmy tylko na chwilę. — Spoko, my też na chwilę, potem przeniesiemy się w ja- kieś spokojniejsze miejsce; na przykład do mnie do domu. Aś- ka masz piękne włosy. — Dzięki. — Umówimy się na jutro? Mam wolny wieczór. — A tak w ogóle to co robisz? — Jestem pisarzem. — No co ty? — To prawda, on nie wkręca, ja jestem jego wydawcą. — A co ja tu robię? — Nie marudź, Xenna. Siedzisz z nami i pijesz, potem je- dziemy wszyscy do mnie i robimy imprezę. — Nie jadę. 28 — Please, nie marudź i nie wydymaj swoich ślicznych ust. Wiesz, że to tylko zabawa. — Jakoś się nie bawię. — To wypij jeszcze pięćdziesiątkę. Dziewczyny, dla was następne piwo? — Chętnie. Opowiedz co piszesz? — Piszę książki o miłości. — Jezu! Uwielbiam książki o miłości. — A ja uwielbiam zbierać doświadczenia do swoich no- wych książek. — Jak to? — Nie słuchajcie go, on tak zawsze wkręca. — Robo, nie wtrącaj się, tylko myśl o tym, dlaczego ci żo- na nie daje. Słuchaj, może się czegoś na przyszłość nauczysz. Wiesz Aśka, żeby napisać dobrą książkę trzeba najpierw do- świadczyć tego, o czym chce się opowiedzieć. Na przykład miłości. Myślę, że mógłbym się w tobie zakochać. Serio. — I napisałbyś o mnie książkę? — Myślę, że tak. — Wychodzę, bo nudno. — Xenna, nie wygłupiaj się, przecież tylko rozmawiamy. — To rozmawiaj dalej, ja spadam. — Nie bądź wkurzona. Robo zajmij się Aśką i Monisią, my z Xenną mamy do pogadania. I tak oto spieprzyła mi cudownie zapowiadający się wie- czór. Szybko wpakowałem ją do taryfy i zabrałem do mnie. Nie odzywała się obrażona. — Byłaś zazdrosna? — O ciebie? — O mnie. — Chyba żartujesz! Nie pochlebiaj sobie. — Przytul się. 29 — Po co? Może wrócisz podrywać Aśkę? — Wolałem Monisię. — Pieprz się. — Przytul się. Wiesz, że cię uwielbiam. — Jasne. I napiszesz o mnie książkę, prawda? — Napiszę. O nas. — To byłaby nudna książka. Nas nie ma. — Ale teraz jesteśmy razem. Przytul się. To było tylko dro- czenie się. — Nie ma dzisiaj mowy o seksie. — Dlaczego? Uwielbiam twoje ciało. — To napisz na moją cześć poemat, albo kup sobie sukę i nazwij ją Xenna. — Nie bądź już zazdrosna. — Nie jestem. — Jesteś. — Po prostu nienawidzę, gdy się ze mnie robi pośmie- wisko. — Nie robiłem. Tylko trochę flirtowałem. — Jasne. — Nigdy nie umówię się z tymi dziewczynami. Obiecuję. — To pierwsza obietnica, której nie masz zamiaru dotrzy- mać? — Ale jesteś ostra. One nie istnieją. Już wyrzuciłem ich nu- mery telefonów. Nie bądź zazdrosna. — A ty nie traktuj mnie jak zabawkę. Nie jestem twoją maskotką, fu. — Przepraszam. Wiem, że nie jesteś. I nie poruchałem tamtego wieczora żadnych fajnych la- sek. Xenna wtuliła się we mnie i zasnęła. Ja byłem trzeźwy, zły, upokorzony. Może wtedy, czując jej bijące serce (bardziej interesował mnie kształt jej piersi) po raz pierwszy zaczą- łem myśleć, że mam poważny problem? To nie była zwykła 30 dziewczyna, którą przywozisz z knajpy na jedną noc do do- mu, dmuchasz i nad ranem mówisz: adieu. Miała charakter. I usilnie wwiercała się w moje poukładane i w sumie beztro- skie życie. Miałem kasę, święty spokój, żyłem sobie samotnie z dnia na dzień. A tu mi baba zasypia przytulona, miarowo oddycha, czuje się bezpieczna w ciepłym wyrze, a ja głasz- czę jej włosy zamiast spać. I nawet już nie myślę o ruchaniu, tylko o tym, jaka z niej krucha istota. Wrażliwa i rozedrgana. Dziwny, dziwny świat… Ostrzeżenie Pojechała nad morze, czy na Mazury, czy gdzie ją oczy po- niosły, dokładnie już nie pamiętam, mógł to być nawet Kazi- mierz nad Wisłą. Ale chyba myślała o mnie, bo przysłała kil- ka szalonych sms-ów. A ja grzecznie czekałem. Kartkę z tele- fonami do lasek z Czternastki wyrzuciłem, tak jak jej powie- działem. Czekałem na jej powrót, a wieczorami siedziałem przy komputerze i pisałem powieść, raz wyskoczyłem z MC Robo na piwo pogadać, czas mi się dłużył, książki nużyły. Dużo o niej myślałem i doszedłem do wniosku, że to nie ma sensu, że ja się, cholera, zaczynam angażować, ona też, czy- li bez dwóch zdań będą z tego kłopoty. A muszę tu wyznać, że miłości programowo nie uznawałem jako elementu swo- jego życia, kpiłem z zakochanych twierdząc, że taki stan za- mroczenia może się przytrafić tylko w szczenięcym wieku. Pewnie zresztą to te lata młodzieńcze, pierwsza nieszczę- śliwa miłość, związane z nią cierpienie sprawiły, że później zajmowały mnie wyłącznie przelotne romanse, nic stałego, żadnych rozmów o wspólnym życiu, żadnych planów. Jestem sam, jestem wolny i tak ma być. Efekt był taki, że zawsze w chwili, w której było mi za do- brze, mówiłem sobie dość, a lasce: żegnam. Postanowiłem 31
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Xenna moja miłość
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: