Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00901 013534 17011974 na godz. na dobę w sumie
Xiądz Faust - ebook/pdf
Xiądz Faust - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 529
Wydawca: UNIVERSITAS Język publikacji: polski
ISBN: 97883-242-1000-8 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Poezja Micińskiego została od początku uznana za zjawisko oryginalne, wyjątkowe, niepowtarzalne. Dramaturgia, realizująca wizję 'teatru-świątyni', wykraczała poza standardy teatralne epoki, zwiastowała dramat ekspresjonistyczny. Najwięcej rozbieżnych ocen wywoływały powieści: dostrzegano w nich albo chaotyczność i destrukcję reguł gatunku, albo przeciwnie -nowe, synkretyczne formy prozatorskie, przynoszące projekty indywidualnego i narodowego odrodzenia.

Autor Xiędza Fausta łączył swobodę wyobraźni z bogatą erudycją (indywidualne interpretacje symboli, mitów, tradycji religijnych), był buntowniczym wizjonerem, zarazem przyjmował rolę 'nauczyciela narodu', czuł się spadkobiercą romantyków (zwłaszcza Słowackiego), interesowała go również pragmatyka życia społecznego ('tężyzna narodu'), wtajemniczenie w 'wiedzę tajemną' łączył z fascynacją najnowszymi osiągnięciami nauki. Tworzył paradoksalne projekty religijne (Lu-cyferyzm Chrystusowy - synteza ofiarnej miłości i krytycznej wiedzy, mocy, wszechstronnej aktywności) i antropologiczne, inspirowane m.in. myślą Friedricha Nietzschego, Henri Bergsona, Williama Jamesa (Życie Nowe, czyli egzystencja otwarta, ryzykowna, przełamująca granice i tabu, twórcza, łącząca rozwój duchowy z witalizmem).

 

Miciński, artysta-kreator, proponuje nam literaturę niepokojącą, wieloznaczną, skierowaną ku egzystencjalnemu przebudzeniu i przemianie odbiorcy. Xiądz Faust, powieść inicjacyjna, o wtajemniczeniu, doczekała się ostatnio kilku ważnych opracowań, jednak - jako antykwaryczny rarytas - pozostaje praktycznie niedostępna, istnieje na prawach legendy. Niniejsza edycja, pierwsze wydanie krytyczne, ma szanse wprowadzić to największe prozatorskie dzieło Micińskiego w krąg doświadczeń współczesnego czytelnika.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ISBN 97883-242-1000-8 …– Życie na każdego z nas woła : – Bądź mężem i nie idź za mną, jeno za sobą! Jeno za sobą! Bądźmy wolni i nieustraszeni, w niewinnej samorodności z siebie samych rośnijmy i kwitnijmy! – I oto gdy spoglądam na takiego człowieka, dzwonią mi w uchu dziś jeszcze, jak niegdyś, te same zdania: „że namiętność lepsza jest od stoicyzmu i obłudy; że być uczciwym nawet w złym, to lepiej niż zatracić samego siebie w obyczajności, przekazanej zwyczajem; że wolny człowiek może być równie złym jak dobrym; że jednak niewolny człowiek jest hańbą natury i w żadnej nie uczestniczy niebiańskiej czy ziemskiej pociesze; wreszcie, że każdy, kto chce być wolnym, musi stać się nim przez samego siebie, i że nikomu wolność, jak dar cudowny, nie spadnie w podołek”. (Z Wiedzy radosnej, 137) 1 2 I. SZLAKIEM PRADZIADÓW Zmieniał Piotr kilka więzień prowincjonalnych jedno za drugim, gdzie konfrontowano go z różnymi politycznymi. I teraz, w eskorcie żandarmów, miał dojechać do stacji kolejowej, by po- ciągiem ruszyć do więzienia dyscyplinarnego na pograniczu Rosji i dawnej R-tej. Wiedział, że będzie to już dla niego kresem, gdyż tam czyha jego za- żarty wróg, też z obywatelskiej rodziny. Ten wyda nareszcie jego prawdziwe nazwisko, jak mu to przyrzekł. Jadąc w mroku, przeżywał Piotr bolesne, głęboko wryte wspomnienia. Przystojnym, zuchwale cynicznym paniczem był ów wróg Piotra – w sali śledczej rozglądał się po więźniach, gestem ręki, ubranej w pierścienie, uwy- datniał szczegóły, jak niejaki Skała zabijał kolbą od mauzera jednego z ro- botników, który zaczął wsypywać; jak potem z nadzwyczajną zimną krwią poszedł grać w szachy przed oczyma licznej publiczności w kawiarni… Mówiąc to, Kondor zmrużonymi oczyma patrzył, już tylko jedno słowo – zerwie maskę i pod przejrzystym mianem Skały wyjawi Piotra. Niedawno Kondor należał do partii i był jednym z główniejszych, ale zwią- zał się z kochanką i uznał wtedy, że partia płaci za mało. Bo jakże utrzymać się z trzydziestu pięciu rubli, kiedy do tego jest bachór? Kondor nie mógł przejść spokojnie obok swego dwuletniego dziecka, aby go nie kopnął nogą. Nieustraszony i bystry, choć zawsze z nutą znikczemnienia, należał do wypraw na pociągi, gdzie wieziono wielkie wory, napełnione złotem lub stu- rublówkami. Kiedy bojówka zaczęła demoralizować się, pierwszy utworzył bandę roz- bójniczą i zaczął na własną rękę napadać dwory i karczmy, oblewać naftą Ży- dówki i podpalać, albo, skrępowawszy je wprzód na łożu, zalewał im twarz witriolem; wtedy zaczęli go ścigać rewolucjoniści jeszcze zacieklej niż wojsko. Obległa go raz sotnia kozaków w starej kuźni i po śmiałej wymianie wszystkich strzałów w dwóch brauningach, które miał przy sobie, zrozumiał, że jeśli chce dalej żyć, pozostaje mu tylko… Wyszedł, białą chustką powiewając, i rzekł do rotmistrza kilka słów, które uchroniły go od natychmiastowego zasiekania nahajami; rozwściekleni byli 3 oporem jedynego człowieka w kuźni, gdzie kozacy spodziewali się z gęstości i celności strzałów całej partii. W więzieniu zaczął wyjawiać, a że wiedział wszystko do najdrobniejszych szczegółów, że nigdy nie zmylił się ani nigdy nie skłamał, policja uzyskała naraz wejście i orientację we wszystkich labiryntach… Kilkanaście szubienic zadrgało od konwulsjami targanych ciał. Kondor odsiadywał swe domowe więzienie, strzeżony raczej dla bezpie- czeństwa przed rewolucjonistami niż przez karę. Tam w sali śledczej mierzył Piotra od czasu do czasu błyskami swych zu- chwałych spojrzeń – mimo iż wzrok tamtego groźną zadumą okryty patrzył w niego prosto, jakby wzrok Danta, mierzący niechlujną lodową czeluść zło- śliwego Demona. Wreszcie adwokat, poruszony tym, że słowa Kondora kosiły każdym swym zamachem życie mnóstwa ludzi i rodzin – zwrócił się do niego z wyrzutem: – A czyliż pan nie byłeś między nimi? i pan miałeś niegdyś wysokie po- rywy do ujrzenia ludzkości wolną, równą, szczęśliwą! pan teraz gubisz tych ludzi, których podżegałeś – między którymi uznałeś się godnym za wodza – których opuściłeś, aby grabić i zbójecko hulać po dworach! Kiedyż zamilk- niesz? – Panie prisiażnyj powieriennyj! moje sumienie nie należy do pana! jed- no tylko mnie zmusi do milczenia – odrzekł szyderczo Kondor – a tym jest kula w łeb! Dopóki ta mi nie przejdzie mózgu, będę korzystał z moich praw do życia! – I zaczął dalej ciągnąć historię całego ruchu w guberni. Ukończone śledztwo. – – Do celi samotnie siedzącego Piotra wszedł Kondor, bystro badając, jaki ruch uczyni więzień. co? Lecz ten, podniósłszy wzgardliwie głowę, znowu opuścił ją ku lepionemu z chleba więziennemu posążkowi. – Eh bien, cheri – zaśmiał się Kondor – marzysz o kobiecie, pora by wyjść, – Proszę wyjść. – Wybacz, że usiądę. A tak zdawałoby się niedawno mówił ci jeszcze na- uczyciel Anfonow: Piotr takoj to, za dikoje nachalstwo dwadcat’ czetyrie cza- sa w karcerie! pamiętasz, jak ja ściągałem od ciebie wypracowania, ale za to ty uderzyłeś mnie w twarz za jakiś mój niewinny koncept o rozgniatanych poziomkach na twarzy twej siostry. – Wyjdź pan z mej celi. – W kółku naszym samokształcenia byłeś pierwszy. Zawsze starałeś się mnie upokorzyć – na przykład w tej dyspucie na tle Spencera o ewolucji i dy- solucji! Powiem prawdę, nie starałeś się, ale przychodziło ci to mimo woli… 4 Czytałeś potajemnie Ramajanę i miałeś się za bohatera z rasy słonecznej dawnych Ariów. W trzech słowach kończę – rzekł wobec powstającego z krzesła Piotra. – Moja kara już mija, prędko będę wolny. Udziel mi, bracie, polecającego listu do Twej siostry. Chciałbym zmienić życie. Znasz mnie, że nie mam w sobie nic z gruboskórności Pochronia. Namówię ją na wyjazd za granicę, zajmiemy się sztuką. Zawsze frapowały mnie łacińska wymowa, francuskie malarstwo i okultyzm. Twoja siostra to jakby Diana Vaughan i za pomocą jej objawień zwiedziemy niejednego papieża Leona XIII! – Miotnął się Piotr, ale jego wyniosła postać, blond kędziory i cudna rycer- ska twarz mogły się stać tylko symbolem groźby, gdyż kajdany, rzemieniami ściągnięte, przykuwały mu ręce do pasa. Wzrok gorejący wpił w agatowe, jasne szybki Kondora. – Idź zdradzić – dwóch na świecie nas żyć nie może. – Według życzenia pańskiego. Czy ono jednak dotrwa czasu, gdy, rozbity fizycznie i moralnie, znajdziesz się pan w więzieniu dyscyplinarnym? to do- piero zobaczymy. W każdym razie ja tam już będę czekał – i postawię wtedy ultimatum. Ale żebyś nie był zbity tej nocy przy indagacji, objaw mi dobrowolnie hasło, przy pomocy którego porozumiewałeś się z dostawcami broni nad granicą! Pomyśl, Piotrze, masz dopiero lat dwadzieścia i dwa. Jeśli będę milczał, dostaniesz wszystkiego piętnaście lat katorgi. Cóż to wielkiego? wyjdziesz, mając lat trzydzieści siedem. Pełnia życia. Zresztą, towarzysze ułatwią albo amnestia… Ślubuję ci, że od twej siostry wydębiwszy pieniądze, dostarczę i tobie. Ona już tylko jedna wie, gdzie jest zakopany półmilionik. Wybrała Wenecję. Maluje teraz cmentarz na wyspie, gdzie czarne gondole, marząc na zielonej wodzie w zachodzącym słońcu, wsuwają się między gąszcza uroczy- stych mrocznych cyprysów… Widzisz, wiem dokładnie o niej… – Razem po- pchniemy naprzód narodową kulturę… założymy teatr. A pieniądze wszystko potrafią – tocząca się potęga, według Tołstoja, a jak mówi Szekspir w „Kupcu weneckim” – to skupiona krew! – – Piotr rzucił się ku drzwiom i ramionami gwałtownie walił o żelazne drzwi. Na ten rumor wpadli dozorcy. – Proszę poświecić temu panu na schodach – rzekł dyszącym głosem, wskazując końcem nogi okutej w łańcuch w stronę Kondora. – I jakim pra- wem tu wchodzi ktoś inny prócz naczalstwa? – Wszystko się wytłumaczy, wszystko! La vida es sueño. Jest równie księżycowa noc jak wtedy, gdyś przy mono- polu zabijał straż. 5 Petre – Petre… tu es Petra... sto ad portam tuam et clamo: eritis sicut Lucifer! ut non dicas: eheu! ab ligno szubienicy! Pecuniae mogą wiele… pomyśl, że główny winowajca siedzi obecnie w Pa- ryżu, bo piękne siostry jego rzuciły sumami. Ma się rozumieć, bogata rodzina. Twoja matka jest wszakże nędzarką? Widziałeś tych olbrzymów – chłopów i robotników, którzy przechodzili przez kancelarię – tym, gdyby ktoś tylko dostarczył pilnika, oni sami wydarliby kraty i zeszli po sznurach z bielizny i bałachona na wolność… Nie mają bogatych lub pięknych sióstr… Partia?… wszędzie biedny zginąć musi. Partia jest jak owa matka obca na sądzie Salomona: woli, żeby dziecko było rozdarte, niż żeby miało się ostać i służyło stronie przeciwnej… Partia słabo ratuje… i to zniechęca. Te olbrzymy chłopy jutro o świcie wszyscy będą wisieć. Prawda, panie starszy dozorco? Więc my ujrzymy się aż w dyscyplinarnym. Ha ha! życie nie jest igraszką fal Böcklina… W mordę kują śmierdzącymi łapami… wtedy zrozumiesz, że człowiek ze swoją pozorną głębią – jest to kupa narządów, które chcą żreć i wyją, gdy je kopać w brzuch między Mons Veneris i splotem słonecznym. Ecoutez encore: ainsi que je suis Kondor – votre soeur sera ma Vierge au beau sein que je suis! jak ta w Saragossie Madonna!… Nie pójdę za przykładem Orygi- nesa qui se castravit propter regnum coelorum. Cóż dopiero miałbym kastrować się propter regnum socialistorum! Ha ha! powiem ci jeszcze według piosenki gerylasów hiszpańskich: Si me cogen – me horqueran, Pero no me cogeran! Jeśli mnie złapią – mnie powieszą – Ale mnie nie złapią!… Zatrzasnęły się żelazne dźwierze. – Więźniowi – wyrzekł głośno, ale już za drzwiami do nadzorców – proszę dostarczyć atramentu, pióra i listowego papieru. Ma złożyć list na me ręce. – Won – rzucił mu zza drzwi Piotr. * * * Stało się w następstwie, jak przewidział Kondor. Po bezowocnej macani- nie śledczej i wędrowaniu z więzienia do więzienia – wreszcie za tępy upór i nieprzyznawanie się zaliczony został Piotr na czas nieograniczony między niepoprawnych w więzieniu dyscyplinarnym miasta X. Jechał tam Piotr, wiedząc, iż to są już jego ostatnie godziny. 6 Tam spotka mężnie z góry wiadome losy w postaci uśmiechniętych ze- znań Kondora. Jechał szlakiem pradziadów, którzy w kibitkach lub etapem pieszym wyruszali tysiące wiorst od swego kraju aż po zorze borealne wśród martwych tajg Kołymy i Jeniseju… Zacząwszy od biskupa Sołtyka, który był rażony obłędem, od generała Kopcia, Rufina Piotrowskiego i księdza Siero- cińskiego, aż do paruset tysięcy powstańców i również paruset tysięcy póź- niejszego ludu… Sybir, kiedy już przestanie być krajem dla różnorakiego motłochu, szuka- jącego „nażywy” – stanie się zarówno dla Rosji jak dla Polski Hakeldamą… rolą krwi… 7 II. MALEFICIUM BENEFICII Wjeżdżali do wsi Zakliszczyków, gdzie rzeka Prypeć rozlewa siedmiu ko- rytami; siedem mostów wysokich wznosi się tam nowo zbudowanych. Z powodu, że nie dosypane tereny osunęły się, mosty sterczą na łokieć od ziemi, w tych nasypach zaś tworzą się wilcze doły. Co gorsza, belki na moście, zakupione w dostawie przez podriadczyków, zgniły haniebnie, świe- cą dziurami aż w głąb ku wodzie. Biada temu, kto jedzie nawet dniem po chwiejących się dylach: konie chrapią i tłoczą się na siebie, cofając wzrok swój od dziko szumiącej rzeki, kopytami zapadają między osuwające się belki, których jeden koniec, gdy znienacka podważy się – koń w śmiertelnym po- płochu targnie uprzężą, zrywając, gdy słabsza… Są to mosty, myślał Piotr, na których inżynierowie „Argonauci” – tak wiel- bieni i słusznie, jako idea, przez zacne powieściopisarki – zarabiali na każ- dym po dziesięć tysięcy rubli. Każdy z tych mostów jest ze swą specjalną sztuczką – ten łamie koła, ów płozy od sań, tamten okulawia konie, inny grozi zawaleniem się całkowi- tym. Ale za to, kiedy ktoś przejedzie wszystkie mosty szczęśliwie – jaką radość poczuje we wnęku, jak mu się świat rozjaśni, jak chętnie wtedy ucałowałby inżyniera i wypił z nim Haf an hafu za świetnie udane podriady, na których zarobili Polacy wespół z Rosjanami i Żydami! Wielka machina państwowa wszystko zniesie – i kto by tam zaglądał, na jakim żywym bruku pędzą nasze gumy lub petersburskie kłusaki?! Potem inżynier urządzi sobie pałace, gustowne, jak stajnie dla słoniów; złowi żonę jak malowanie, nastawi posągów tandetnych a drogich, przed- stawiających nagie primadonny… kilka obrazów, gdzie pstrykanina własna będzie sąsiadowała z przypadkowo według ceny wysokiej zakupionym ar- cydziełem Chełmońskiego lub Maneta – portretem żony, malowanej przez jednego z milusich faworytów naszych Zachęt – przy wyuzdanych kiczach malarzy Moulin Rouge’u. Znaj naszych!… – Pojezżaj! – krzyknął zniecierpliwiony ostrymi ukąsami śniegu stary żan- darm do wlokącego się już od kwadransa woźnicy. 8 Konie zarwały, zamamlały w śnieżnej mazi kopytami. Szaleje zadymka, iście mrok piekła, nie nocy wigilijnej! Wspomnienie: – jarzy mnóstwem ogni i pozłot, wyniosły aż pod sufit, świerk – domownicy wraz z Piotrusiem małym nucą wzruszającą kolędę: – Bóg się rodzi, moc truchleje – Pan niebiosów obnażony, Ogień krzepnie, blask ciemnieje, Ma granice – nieskończony! – Na tej zwrotce urwało się dzieciństwo i nasz więzień uczuł się wyrzuco- nym w powietrze. Ale co jest niemiłe filistrom, bywa wymarzoną gratką dla więźnia. I kto wie, mości mostów inżynierze, czy nie Opatrzność wiodła twymi pozornie chciwymi obliczeniami – aby oto więzień uczuł się wolnym!… Na pół zdrzemnięty, zdążył tylko machinalnie za coś uchwycić – i już ca- łym ciałem zawisnął nad wezbraną, krami szumiącą rzeką. Trzymając dyl, myślami przecierając oczy, usłyszał już tylko odległy krzyk żandarmów: – Łowi, łowi! – Chlastał bicz dalekie konie, kopyta ich zabębniły raz jeszcze na ostatnim moście – i – pisz waćpan na Berdyczów! Położenie Piotra stało się niezwykle interesujące: niby gracz w Monte Karlo, odgadujący cyfrę, która mu przyniesie złota wór czy kulę zapędzi do mózgu, podobnie rozmyślał Piotr: utonąć w rzece wolnym, puściwszy żerdź z ręki – czy być nadal Prometeuszem, Absolutem, Królem Stworzenia – aż do stryczka? Lichym był żołnierz napoleoński, który nie nosił w tornistrze marszałkow- skiej buławy… Lichym jest człowiek, który, modląc się długo i zbożnie przed Losem – nie spróbuje jednak w pewnej wybranej chwili uczęstować go pięścią na odlew! Te czy inne argumenty lub może po prostu potężne „nieświadome” mło- dzieńczego organizmu rozstrzygnęło z jurnością nie filozoficzną, ale prastarą małpią… „Naukowo” wejrzawszy w nasze pochodzenie, widzimy nie Melchizede- cha z jego bezkrwawą ofiarą, ale małpy ogoniaste Świata Nowego lub mał- py bezogoniaste Świata Starego – a między tą wielką rodziną – skaczącego z maczugą Homosimiusa… Wola „nieświadomie małpiego” przy pomocy wszystkich muskułów krzy- ża, brzucha, ramion i lędźwi – czy według Piotra: wola nieświadomego już bohaterstwa z czasów Ramajany – przy pomocy żelaznego spokoju, stanow- czości i rozwagi – kazała podciągnąć się, rzutem nogi prawej zarzucić stopę w otwór między warstwami dylów i – 9 Uczyniła ta moc to wszystko świetnie, ale niestety – Piotr uczuł gorąco nie tylko od wzruszenia, gdyż stał na moście z wykręconą nogą, nie mogąc jej wydobyć. Śnieżne wysokie brzegi jaru – zdały mu się mózgiem, po którym ściekały krwawe błyskawice. Kra w czarnych odmętach zmieszała się mu z kaszą w oczach. „Byłoby tak lekko, lekko” – gdyby nie straszliwy ból. Wydobył wreszcie stopę. Czołgał się na rękach, skakał na jednej nodze, biegł tak dość długo w stronę przeciwną niż zniknęli żandarmi. Ale nagle zrobiło się mu bardzo dziwno. W oczach migał mu podługowa- ty sczerniały śnieg niby kopeć z rozkręconej lampy – migał, sypał się w wór bez dna. W okolicach przepony poczuł duszność i słodkawe ciągoty. Mdlał. Zbudził się na śniegu przydrożnym wśród zaspy; powstał, uczuł znowu w piersiach gorzkość, brak tchu, szybko łykał śnieg, aby nie zemdleć raz dru- gi – mówił sobie coś w rodzaju: – Na bębnie w czasie bitwy wyliczał Napoleon najbardziej miażdżący atak – Piotrze, nie bądź łotrem – ugryź rękę – aby nie zemdleć – żandarmi wrócą – Ha – ha – zrozumiej, człowiek ze swymi pozornymi głębiami jest to kupa narządów – zaczął brzmieć dziwnie ckliwo głos cichutki Kogoś Czarnego. Mroki nasunęły się, pełzną w przepaść z przerażającą szybkością – osunął się za nimi – wola została daleko – zjeżdżaj, kiedy wiezie najgłupszy mus! Zemdlał tym razem na długo. Lecz nie było to zemdlenie bezświadome. Nie mając poczucia już swej osoby, doznawał, albo raczej coś w nim do- znawało, świadomości szerokiej jak cała ziemia polska. Bolesne przeżycia zaostrzały się w ton proroczy i wizyjny. Widział na olbrzymim dworcu emigrantów, każdy walczy o dobro tylko swych tobołków i walizek, każdy dba tylko o ten łyk gorącej herbaty lub fi- liżankę bulionu dla dziecka, każdy patrzy wrogo na sąsiada, czy ten mu nie zapuści ręki do palta. Rządzi tą już bezdomną gromadą, tym tłumem wielkiego narodu emi- grantów – gwizd lokomotywy, brzęk dzwonka – nie ma zaś już polskiej duszy zbiorowej, polskiego zbiorowego sumienia!… I widział jakby za przezroczystą szybą szantaże w polityce i w literaturze, w krytyce i w zarządzie magistrackim – kto upomni się, kto osądzi – kto wyda straszny wyrok opinii? gdzie są Rejtany? Widział zupełne rozkręcenie śruby okrętu ziemnego: setki tysięcy, które giną od błota i mrozu lub od dżumy w Mandżurii, z tą obojętnością u jednych na śmierć, która cechuje buddystów, z tą żądzą u innych zarobienia dwudziestu pięciu tysięcy płacy lekarskiej na dżumie… przeciw której nie ma środka i nie robiono też nic… 10 Słucha Piotr – i nawet nie oponuje kapitaliście, który tyjąc na skupionej krwi swej renty, narzekał na rewolucję, że tak wszystko popsuła… Dobrze poczciwcowi – żona mu podaje wieczerzę wykwintną z kwiatami, na mieście czeka niedawno zgodzona po dyrektorze teatru utrzymanka albo do wyboru bridż z przedstawicielami prasy… Można też zajechać powozem do klubu i omówić kwestię zakupna akcji od chwiejącej się cukrowni.– Taki pan Groszower nie spotka Piotra na raucie i nie obrazi się z powodu nie- winnej ironii jego zapytania: któż rządzi nareszcie światem: Chrystus? więc czemu nie dzielimy się jeden z drugim przy wielkim wigilijnym stole świata? – lub jeśli nie Chrystus – a! to znów co innego – panie Groszower, przecież zrozumiej, żeś tylko pijawką i wszą społeczną, nie ewolucją naszej polskiej ziemi… że trzeba cię zmiażdżyć tarczami tak, jak rozmiażdżyli Salomę żoł- nierze rzymscy – niby z gniazda chuci wyrosłe nassane krwią zielsko!… I obojętne to, czy imię tego zielska Groszower, czy książę Gwido Try- – Sędziami wtedy będziem my! – Kto my? czerń złotrowana, nieistniejący cnotliwy lud Russa i Machaj- kalski… skiego? I zmroczył się Piotr jak lampa przykręcona – zrozumiał, że nie ma wyjścia dla świata, który zaparł się wiodących wzwyż pierwiastków ducha – i nie uznaje już ludzkości za wielką rodzinę, której nie lża budować wieży Babel gwoli morderstw wyfraczonych maklerów politycznych na kongresach. – Nie zabijaj! – mówił niegdyś Bóg ze Synaju, z góry Tabor, spod świętej Figi Indyjskiej – lub ustami Chelczyckiego, Skargi, Mickiewicza!… – Nie poniżaj! – mówił najświetlańszy Intuicjonista, ukrzyżowany, jak nie- toperz, na bramach ciemnoty. Kain zabił tylko brata… Kainy współczesne zabijają dusze, a my uśmiechamy się z obojętnością chińskich marionetek. Widział Piotr Kaina, który nie biega już z maczugą, ma dobrze leżący tu- żurek, robi interesa na wszystkim, wybiera z menu świata najlepsze potrawy, zna się na kobietach, proteguje sympatyczne mu talenty – i – uznaje jakąś powolną, niezależną od woli ewolucję. Oto nawet wchodzi do kościoła, gdyż jest tam uroczyste nabożeństwo za uznaną narodową chwałę – nieszkodliwą już, bo z ducha pogrobowego usu- nięto wszystkie pierwiastki, które od ludzi żądają bohaterstwa, mocy twór- czej i zaparcia się. Wzniosło się olbrzymie, jak synagoga diabła Hapuna, bagno dusz – zblu- zganą jest nawet spowiedź, bo Ktoś Ciemny siedzi w konfesjonale… Na- gle zaczęto kamienować Piotra, przeklinając Matkę, która go wychowała na Mickiewicza „Dziadach”. 11 Wali się w otchłań, skąd już nie ma wyjścia… Czarno ohydnie… roz- deptano mu jego gwiazdy – boleść najgorsza, najtępsza, że się jest robakiem ziemi. Si me cogen – me horqueran… Mroczno… okropna wilgoć… rozdeptali!… Pełne oczy, pełne usta infernalnej wilgoci… Zabiwszy, tłumy odwróciły się od niego. I wtedy rozpoczęła się dzika karuzel wszystkich kabaretów – tłumy szły na Wawel, aby go zburzyć i nie zostawić kamienia na kamie- Nagle ze zdumieniem ujrzał tych, którzy są Wrotnymi Bram Wysokich – niu. i czuwając, czują… 12 III. DALSZY CIĄG MALEFICJÓW Tymczasem zaskrzypiały sanie na śniegu, uczuł Piotr, że mu ktoś głowę podnosi i znów zdało się, że jedzie w cichym przestworzu, słuchając miłego skrzypienia studni zwanej żurawiem – widział, niby na obrazie Malczew- skiego, dziwną kobietę o szatach spłowiałych dawnych królewskich, która nabiera wody z cembrowiny i podaje mu. On zaś, wygnaniec sybirski – jeszcze z konfederatów – idzie ku niej, w oczach ma łez pełno – – coraz jaśniej, coraz większe świty – aż łuna bije mu w oczy. Wtem widzi potworne wężowe kręgi na wodzie – – studnia życia okazuje Rozwarł oczy: widzi pochodnię, którą ktoś zapalił na dworze i która buchnęła w mrok się zatrutą… nocy – poczciwa twarz Litwina w czapie giedyminowej nachyla się nad nim – i bardzo realnie do niego mówi… żandarm. Nie zdziwił się, bo jakież mogą być mistyczne światy polskie bez tych sinych mundurów? poznaje starego Iljicza – nie, czy to nie za wiele podobieństwa na wizję? Piotr przymyka oczy, starając się zmienić bieg widzeń, lecz oto dyszkant mówiącego Litwina naraz zamroził mu krew w żyłach: miłosierny samarytanin przywiódł go do karczmy na opatrzenie!! Piotr zerwał się z siedzenia: sanie rządowe stały przed karczmą, zaś żan- darmi, wdzierając się w gęstwinę za uchem, niby eksploratorzy Afryki w ta- jemno-dziewicze lasy Gabunu – zmienili fizjonomie sponurzałe na słoneczną radość tego oracza, który śpiewa u Kolcowa: „Nu, taszczysia siwka!” – Sława Bohu, nu, i stiepiennoj że wy czełowiek – pochlebiał stary Fiodor Iljicz – sami znajetie gosudarstwiennoje naczało! – mówiąc to, pomagał mu ze sań chłopskich wyjść. 13 Piotr zeszedł z twarzą tak zlodowaciałą i straszną, że nareszcie nawet Li- twin coś niecoś zrozumiał i, nie czekając podziękowań ani indagacji, mach- nął konie batem i zwiał w ciemność. Wkroczyli do karczmy. Piotr uczuł chęć rozmiażdżenia głowy o węgieł pieca; ale stary wachmistrz ostrożnie, lecz silnie trzymał go pod rękę, gotów mu sekundować nawet w razie, gdyby czeluść ziemna rozwarła się i miała ich obu wciągnąć w swój nurt piekielny!… Nie puściłby go nawet na rozkaz Aniołów, mówiących doń: – Iljicz, stary raskolnik! nu i gdzie to widziane i gdzie to pisane, żeby apo- stoły Jezusa szablą dzwonili? nu i poszedłby ty przed świtem na łąki zielone – na łąki duchowne – między starców, wierygi noszących… Nie posłuchałby Iljicz!… Trzeźwym aż do czertikow jest umysł Wielkorosjanina, nawet gdy zabrnie we wszelkie bizantyjskie nieprzełazy. I oto usadził Piotra w pokoju gościnnym na burym perkalowym twardym meblu, mogącym służyć do łamania kości w czasach bardziej szczerych, lecz w dzisiejszej cywilizacji alegoryzującym ze strychu wyrzuconą dworską ka- napę. Zaczął Iljicz po polsku opowiadać, idąc za biegiem swych myśli: – A to jechał ja z takim, jak wy, katorżnym przez Sibir. Gienerała spotykamy, siedział na ganeczku, kurzył. Kiwnął na więźnia, gadać z nim zaczął. Gadali – gadali – a rozhowor zaciąga się. – Wasze Priewoschoditielstwo, mówię, trzeba mi więźnia wieźć! – Ach, ty Boże mój, jak zacznie gienerał rugatsia!… klął mnie, poniewie- rał… Nie obyło się bez takich synów – i piekłem wiecznym gorejącym mi groził… i żełtogłazym abzywał, co zwierch wątpienia najgorsze. – Słuszaju – powtarzam tylko, ręce po szwam… – A wiesz ty, mówi, że może to jaki święty, którego ty – nieucz, ćma ziemi żełtogłazaja, wieziesz – – Słuszaju – mówię. Tylko Wasze Prewoschoditielstwo pozwoli mi swej familii dowiedzieć się – zapisać ją potrzeba w książeczkę, aby donieść po naczalstwu. Dał mi swą familię i plunął. I zapisałem także plunięcie to. Jak potem zrobili z gienerałem, nie moje dzieło!… Przemarzł więzień czy tylko ze wzruszenia drżał, dość, że nie czekając jego życzeń, Iljicz huknął na Żyda: – Samowar! ili ja tiebia… żełtogłazaja nieucz!… 14 Nie złym, a nawet poniekąd dobrym człowiekiem był Iljicz, bo zauwa- żywszy, że więzień z trudem stawiał nogę, próbował mu zdjąć walonki. Piotr uczuł piekielny ból, lecz aby go nie zdradzać – rzekł, łagodnie odpychając Iljicza: – Nic, Fiodor Iljicz, nic… Wnet głowę położył na stole i wyć począł. Wył, jak potępieńcy wyją, kiedy po dziesięciu milionach lat rozwarły się bramy na wszystkie Dionizyjskie dale, z górami, gdzie szybują orły, z łąkami, gdzie pędzą – ogon rozwiawszy na wiatr, kare i tarantowate centaury – – Nagle z jaszczurczą chytrością bramy się zawarły. Została na wieki nuda formuły więziennej, tępość murów. Mrok – brama z ołowiu, na której można tępić bezsilne pazury furii… Wył – daremno siląc się poskromić ten nieznany w sobie głos, ten głos, którego tak lękał się u innych w ciszy nocnej więzienia, głos, który znamio- nował zwykle pierwszy atak obłędu… Piotr gryzł rękę pod przegubem, aby się uspokoić. Iljicza, który chciał go powstrzymać, pchnął nagle tak, że mocny, wielki żandarm z pokładzistą brodą aż dechu nie mógł chwycić pod przeciwną ścianą. Wył jeszcze, ale już chrapliwie, zębami gryźć zaczął stół i, nieokiełznany w rozpaczy, uderzeniem pięści złamał blat stołu – zaśmiał się dziko i, ze- rwawszy ze siebie rzemień od spodni, zaczął skręcać pętlę. Wściekła natura tabunowca zbudziła się w nim, nie wiadomo z jakiego pradziada dusza nieokiełznana. fala magnetyzmu biła od więźnia! Spoglądał błędnym wzrokiem Iljicz, nie śmiąc przystąpić – taka olbrzymia Ale on, owijając sznur na szyi, przypadkowo wziął w rękę medalion z fo- tografią grobu dziada, Matka mu włożyła ten medalion szczerozłoty, za pie- niądze oszczędzone nabyty… I zrozumiał, że to jest złota łza Matki, która nie lękała się syna stracić: lękała się – żeby syn nie okazał się mniej mężnym od innych. W jednej chwili opamiętał się. Wolności? i cóż – nie ma jej… – Kto zwycięży – wolnym będzie, a kto umarł – wolnym już!… z dawnej Piosenki Listopadowej przyśpiewywał – i dodał jeszcze słowami naigrawają- cymi Kondora: – Petre, Petre, tu es Petra!... – Dajcie samowar, Iljiczu! – zawołał już zupełnie opanowanym głosem – i nie mówmy więcej. – Rozradował się Iljicz, wybiegł – lecz przed wybiegnięciem zbadał jeszcze, czy nie ma wyjścia innego z pokoju. 15 Źle obejrzał: rozchyliła się tapeta i z kąta, gdzie słychać było mamrotanie Talmudu, nieśmiało wysunęła się słuszna, średniej tuszy, o dość zacnej twarzy Żydówka – z peruką na głowie, w czepcu rudym ze wstążkami fioletowymi. Wejrzała z pokiwaniem głowy na Piotra, który siedział cicho i tylko na zgiętej dłoni wybębniał palcami drugiej ręki coś w rodzaju tańca karłów i du- chów leśnych, które opadły Peer Gynta… – Niech osoba szanowna nie boi sobie Newachowej! mnie tu w całe oko- lice, Bogu dziękować, nie boi się nikto. Pan jest student – a? i jeszcze nieże- niasty? – Dzieciów też nie ma? musi mieć dzieciów, bo tylko za dzieciów tak się krzycy… Kto widział – zaczęła znowu – żeby takie drogie było ze siedym mostów… Dawniej, chwalić Boga, przejeżdżało się na promach i w bród… i źle nie było… niech Pan Bóg zachowa… W karczmie zresztą można było wischnąć, można zjeść było wieczerzę. Teraz tyż można! Może wielmożny socjalista ma przi sobie taki psirząd do wibuchu? trzeba ostrożnie i, broń Boże, nie tu… mój mąż taki delikatny, wun stary je… Może sznapsiku? ja mam takie jamajkę, co to… (tu zniżyła głos) przez Ejdkun śwarcowana… Może by dla kogo potrza jakie pismo doręczyć? tu jeden obiwatel miał też kłopot o syna… sam umarł ze zgryzotów, żona jego też martwą zostanie!… – Usłyszawszy kroki wachmistrza, wsunęła się znowu za coś niewiadomego, co było tak brudne, że aż podobne do czarnej tapety, i tak odarte, że robiło wrażenie firanki. Wachmistrz wniósł nieszumiący jeszcze samowar. Dla pośpiechu zaczął go rozdymać butem, który widać wziął od młodsze- go żandarma. Kłęby popiołu, jak z wulkanu Krakatau, napełniły powietrze, płuca i nos, lecz na szczęście nie dostały się do zamkniętych oczu Piotra. Zresztą, nic już go nie obchodziło… Nieraz miał zwyczaj i w więzieniu wyobrażać, że świata nie ma – tylko wielki Atman, muszla złota wśród Nirwany – a przy każdym rozchyleniu jej konchy – mijają manwantary. Pył opadł na ziemię, herbata zaparzona. Iljicz pokiwał głową, spróbo- wał miękko zaalarmować Piotra, że „czaj styniet” – lecz ten był nieczuły na wszystkie majaki, które sen zakłócają Atmanowi… Iljicz zniknął. Trwało milczenie. Wtem Piotr, ujrzawszy Newachową, wysuwającą się z kandelabrem, ale już przez drzwi – 16 nie wiadomo czemu, parsknął śmiechem. Może to blask jedynej szabasówki w miedzianym lichtarzu, przedstawiają- cym węża z dwunastu głowami, czyhającymi na Ewę… Może uroczysta mina Newachowej, która przeszła, dygocąc, przez izbę, gdzie już wydmuchiwali gorący czaj na spodeczkach żandarmi – może wreszcie roześmiał się tak, jak na pogrzebie czasem śmieje się neu- rastenik, wstrzyknąwszy sobie za dużo morfiny – dość, że radość Piotra oka- zała się teraz niezupełnie na miejscu, bo Newachowa miała twarz wprost tragiczną. Lichtarz poza samowarem stawiąc, podała mu cukier i pęk obwarzanków; zza piersi wydobyła gabinetową fotografię. – Trzy syny moje – i nie żyją już! – W głosie jej taki brzmiał tragizm, że zamiast Żydówki w karczmie była tu Niobe przed świątynią, płacząca syna, zrodzonego w uścisku z piorunowład- nym… Newachowa zatrzęsła się. Wzrok jej skupił się w sobie. – Wuni byli robotnicy na fabryce. Jak przyszli te wolnościowe dni, to wzięli obuch rozstrzelić. Widziałam ich przez kraty do pożegnania: to mi oba pokazywali z płakaniem piersi czarne, krwawiaste i ręce bez paznogciów. I wszystkie państwo w mieście wzięli mnie do swe pokoje – aj – co to za bogactwa – same szafy z liustrami – i mnie sadzali na pierwszych miejsc i słuchali, jak to oni nie mieli paznogczi na rę- cach… A takie bogate państwo – – A ten trzeci syn, wun był w Ameryce, pan musiał czytać? jego wsiscy wiedzieli. Pisał romany i wystawiał na teater w Hicago. Szukałam cukier i znalazłam go w komodzie. Jak żywy! taki piękny! co? nie było takiego drugiego na cały świat! Miał dom w Hicago i powóz miał. Tu jego żona – też jak maljowana – ona z ruskich Żydów!… Wejrzał Piotr jednym okiem na dystyngowaną lady obok niemiłego Semi- ty. Nadpis na fotografii wzruszył go jednak: – To my dear mother – Mojij Kochany Mami Synek, Mister Sam Neva- – Co un napisał, tego wisłuchać musieli: ma być wojna, biła wojna! Wun napisał: w Kiszyniowie biją Żydków, to zaraz prezydent przijechał do Wun to miał także z żoną przijechać i miał nam wymurować kamieniec na sześć piętrów – tu – właśnie że tu! w Zakliszczykach… cho.– Europe na okręt. Może podać obwarzanki? – Wobec milczenia oparła się o ścianę. Samowar kipiał. 17 Piotr znalazł w tym dźwięku tyle rzewnej czułości, tyle pogodnego zrzę- dzenia, tyle zapału starców, dawnych wojowników – że mimo woli zajrzał pod samowar i ujrzał złote serce, przebłyskujące w dole przez otworki miedzi. Wtem okropny żal za Matką własną odrętwił go. Widzi: patrzy w niego, oddzielona kratami podwójnymi, więźnie i ich rodziny przekrzyczeć się usi- łują – ona milczy – i on milczał… I tyle wypowiedzieli sobie tym strasznym milczeniem! Ona uśmiecha się, prawie piękna – podała mu kwiaty, starając się, aby żandarm ich nie dotknął… tylko syn z jej rąk… – Bezgranicznie droga Mamusiu – mówił do wizji: – czuję, że nie odpę- dzasz Ty swych czarnych myśli od mojej, jakoby okropnej doli. Ja cierpię tylko wtedy, gdy Wy tam, najdrożsi, szczególniej biadacie… Może to przeczuwam? Wami… zawsze z Wami. W jeden prześliczny poranek, jak mówi się w powieści, ocknę się między I cóż, że mnie wysyłają kędyś dalej?… Przestrzeń się powiększy, ale to nic nie znaczy, bo duszą i sercem jam Przecież moja najdroższa Mateczka jest wierzącą i wyznaje, że Bóg jest najsprawiedliwszą istotą… I gdy wypadnie umrzeć, nawet z daleka od Was, to i wtedy rozpaczać nie będziemy. Strumieniu ty, rzeko polskich łez… kiedyż ty przepłyniesz piachy i niwy – kiedyż Wisłą wezbraną wpłyniesz do Morza Wyrównanych Krzywd – olbrzy- mią wieszczą falą runiesz na koralowe skały Wysp Wniebowziętych – ? W radości bezmiernej swobody kiedyż zapomnisz, że tak cierpiało twe ser- ce, przeglądając się w miedzianym samowarze w żydowskiej karczmie?!… – Pan nie pójdzie obejrzeć kościół? tu jest ksiądz uczony człowiek, ale ma trochę tu! – I uderzyła się w czoło. – Wun zna całego ziemnego szaru… ale… jest trochę wyklęty przez swo- jego naczalnika, takiego biskupa, co to szedzi w Zimie. – Za ścianą głos modlącego się talmudysty przygłuszył jej słowa. – Mój mąż już trzeci miesiąc tak modli się za duszę syna… ja miałam sen, że syn miał jeden wielki grzech na sumieniu… że wun już nie chciał być polskim Żydem, tylko się nazwał Mister Sam… – Piotr podszedł do Newachowej, wziął ją za rękę i długo patrzył w jej bied- ne wypłakane oczy. – Życzę, aby pani spotkała wszystkich swoich trzech synów – w niebie. Polska nie jest jeszcze żebraczką, żeby trzeba odwagi przyznać się do niej – ale tu na kresach, to coś warte! moja Matka jest też sama – a ból ludzki wszędzie jednaki… 18 Newachowa ocierała łzy… – Niech pani poprosi męża, żeby przeczytał werset w Kabale o Bezalie- lu… który był budowniczym i chciał postawić świątynię na górze, aby zeszły się wszystkie narody. W księdze II tak zwanej Mojżesza jest też o nim. – Wszystkie narody – rzekła Newachowa – ja to rozumiem. – Wyszła, schyliwszy głowę i kiwając tak pojętnie, jakby Bezaliel był jej sy- nem. 19 IV. KTÓŻ TEN ZNÓW? Piotr, już uspokojony zupełnie, nalał herbaty i wrzuciwszy cukier, patrzył: maleńkie pęcherzyki powietrza wypływały z dna na powierzchnię. Uwolniły się z białej kamiennej niewoli – któż je teraz ujmie? wypłyną wolne z dna na powierzchnię przez drzwi otwarte, przez szpary podłej chałupy wzlecą ku obłokom – aż tam ku Ajterom Szelleja i Słowackiego gwiazdom… „zimnym, świata szatanom”… Wiatr wionął, zatargał płomieniem… Myśląc, że wszedł talmudysta z wersetem o Bezalielu, Piotr nie odwrócił głowy. Mrok zasłaniał zresztą grubym kirem połowę izby, gdyż oszczędna Newa- chowa, wniósłszy szabasówkę, wyniosła lampę… Zza samowaru mdłym blaskiem światełko jaśniło zaledwie stół ze szklan- ką herbaty i obwarzankami. – Dobry wieczór wigilijny panu podróżnemu – zabrzmiał głos szczególnie mocodawczy mimo spokojnej treści… Więzień wpatrzył się w ciemność, mając wrażenie, że tam z murów pieca wyszedł jakiś Arianin dawny. – Hm… – ozwał się ten ktoś. Piotr ujął lichtarz i podniósł do góry. Ale zaraz postawił, sam natomiast powstał. Było coś jakby ze „Sądu Ostatecznego” Michała Anioła w tej czaszce z głę- bokimi cieniami. Na wygolonej twarzy starca świeciły ametystowe oczy, wcale nie księże, ale srogie, jasnowidzące, niby u człowieka, który spędził kilka zim pod bie- gunem, zanim go odkrył. Twarz uderzała nadmiarem treści duchowej, wydawała się monstrualna ze swą kopułą wielką czoła i rozwianymi włosami, z cięciem przez twarz, które zmiażdżyło dolny kawałek czoła i przegubie nosa, – takie lico w snach swych obchodził dokoła Rembrandt, lecz nie ujął nigdy! Ustami szerokimi, jak u fauna, puszczał kłęby dymu z fajki. Sutanna mocno zrudziała okryta z wierzchu niewyprawnym kożuchem chłopskim, długim prawie do kolan. 20 Pod pachą dębowy kostur. Widać było, że ten człowiek nie robi sobie nic z całego świata, zawsze jest gotów – jechać w karecie poszóstnej, wybrany na papieża, czy brnąć w mazi jesiennej, między katorżnikami. – Ksiądz jestem – wypuścił z kłębem dymu tak wielkim, jak kiedy naraz otworzą się wrota wielkiej fajczarni padyszacha, gdzie siedzi on z czterdzie- stu mułłami, pogrążonymi w chmurach Najwyższej Mądrości. – Żandarm starszy dość poczciwy człowiek. Zna mnie z dawnych jeszcze lat – puścił Pana na moją porękę, żebyśmy razem spędzili Wilię. Oni będą czuwali w dalszym pokoju. – Piotr stał się ciemny z purpury gniewu. Znowu pokusa? nigdy. – Bardzo ksiądz dobrodziej jest uprzejmy. Ale wyzwolenie na godzinę jest grzecznością diabła. Wilii nie obchodzę. Nie wierzę w opatrznościowe rządy nad światem. – Staropolski obyczaj. A i Rzymianie wierzyli, że w tym czasie zimowego nawrotu słońca przez całe Brumalia bogowie chodzą po ziemi i że duchy obcują z ludźmi. – Nie jesteśmy Rzymianie. – Pochlebiam, że jesteśmy lepsi. Z nami są wyższe duchy. – Uczynili księża, że duchów nie ma. Monstrualna teologia odjęła światu waszemu moc twórczą, woli waszej rozpęd swobodnego działania. Kuria rzymska robi zbyt wyraźne interesy na tęsknocie narodów za tym, czego nie daje materializm. szarlatan. Tertium non datur. I dlatego mogłem szanować dawnego księdza. Dziś – jest to bigot lub A dodam jeszcze: nie mam duszy współczesnego Polaka – ten mydłkuje wiarę, której nie ma, mydłkuje uczucie wolności, której nie potrzebuje. – Ksiądz patrzył w niego jasnym wzrokiem. – Znałem ludzi mężnych… umiejących czcić duszę bez względu na partie – rzekł spokojnie. Piotrowi wydał się ksiądz znanym – z jakiejś opowieści więziennej… – Nie mieszkał ksiądz przed laty pięcioma w miasteczku Sędziwojewie – – gdzie zdarzyła się dziwna historia? – Mieszkałem tam istotnie lat temu kilka… i cóż za dziwna historia? – Wszakże mi opisywał księdza mój towarzysz… Zanieśli go bezprzytomnego do domu – potem wezwali mu księdza, sło- wem ostatnie sakramenty… – Tak… – Policmajster i strażnicy oblegli dom… 21 Trzeba było z domu wynieść… wybuchowe przyrządy. Matka mego towa- rzysza chciała to uczynić, ksiądz nie dałeś, bo nikogo z domu nie wypuściliby bez rewizji… Ksiądz wyszedłeś ze Sakramentami. Policmajster i setnicy kozaccy wobec zgromadzonego ludu nie śmieli rewidować księdza, idącego z Ciałem Chry- stusowym… Między Rosjanami bywają ludzie głęboko religijni… – Niekoniecznie ów policmajster… ten mógł być trzynastym na Wiecze- rzy… Ale setnicy zaprotestowali bezwzględnie przeciw temu, żeby księdza dotknąć… – Zatem ksiądz jest jednym z naszych? – Bynajmniej. Uczyniłem, jak należało, nic więcej. No proszę… Dam chleba czarnego, rzodkwi i trochę wina starego, zresz- Piotr uczuł się znowu zmrożony wyznaniem księdza, iż nie jest z „na- Podzielił bowiem świat tylko na tych, którzy walczą za Polskę lub idą tą nic. – szych”. przeciw Polsce. śmiech. Ale chciał to wypowiedzieć grzecznie. – Wina nie pijam w Polsce. Tu jest tak mało ludzi wolnych… a przecież tylko wolni z wolnymi mogą pić… – Zaśmiał się ksiądz, ale tak, że Piotra przeszył ten ostry satyryczny – Ano, zatem nie będzie można rzec: Nunc est bibendum, nunc pede ligero pulsanda tellus!… Kucharka moja zgo- Kucharka moja zgo- tuje żandarmom wieczerzę, a my na sucho ugadamy się. – Przemilczymy. – Jako wola. – Nie zrobię kłopotu? – Nie robi kłopotu, kto nie lęka się pokotu. U mnie spanie niewygodne, ja śpię sam już w trumnie. Ale tak czy owak – nie możesz waćpan jechać, sanie rozbite. Posłano po cieślę, jutro o świcie pojedziecie. Więc, łaskawco, idź za mną, powtarzając z cicha: – „Czemuż nie do mej Anieli? żeby diabli wzięli!” – Wziął Piotr czapkę, idąc jakby z nakazu. Żandarmi salutowali księdzu. Wyszli razem. Na dworze szalała zamieć. Po kilku minutach brnięcia wśród śniegów zaszli w opłotki. Wiatr dzi- ko trzaskał gałęźmi, wygwizdywał na krzyżach cmentarza. Mroczyła tu bez- 22 brzeżna dzikość, ale jakąż muzyką zdała się wobec nudy rozpacznej, która od tylu lat zaścielała pajęczyną duszę więźnia?! Wiatr ucichł – mur zakrył ich od wściekłych podmuchów. Kościół w mroku majaczył; za węgłem gwizdała zamieć; gwiazdy tańczyły na niebie obłąkanego poloneza, chmury przewalały się niby lawiny śnieżne z gór. Miejscami niebo stawało się czarne, jak wnętrze zgasłego krateru. Zaszczekały psy jeszcze nie spuszczone z uwięzi. Błysły jarzenia w oknach wysoko. Potknął się o schody Piotr, idąc za księdzem. Mrok i stęchlizna murów. Po schodach krętych szli – zapałka rozświecała kurytarze klasztorne że- browane o liniach ostrołukowych, rozpostartych niby łapy pająków zwanych kosarzami. Zapałki zgasły, nie było ich więcej. Ciemność zdwoiła się. Strachem wiało od tych murów zamierzchłej przeszłości – zdaje się, że ko- nała tu ona tak długo, aż nie zamarła już całkiem, jeno zmroczniała w świat niewidzialny. – Kiedyś tu był klasztor cystersów, kwitnęła nauka i sejmiki; potem miesz- kało wojsko napoleońskie… potem ruina… ja odrestaurowałem – mówił ksiądz zniżonym głosem, który dziwnie brzmiał wśród brzęku żandarmskich ostróg i ciężkich stąpań. Na oścież otwarły się drzwi, jasność ich ogarnęła, wywołując silniejsze – Otóż u celu. Kto się w opiekę odda Panu swemu, ten na smokach jeździć oddechy serca. będzie. – Raczej tego smoki same powiozą – odparł z ironią Piotr. Tajony gniew przeciw losom świata ucichł w nim jednak. Żandarmi ode- szli, rozdzieliwszy się tak, że jeden zajął izbę wchodową, drugi zaś pokój od wyjścia kuchennego. Zostawili swobodnym cały środek mieszkania. Nie było słychać ich kroków, grube mury oddzieliły – i Piotr wchłaniał w siebie widok nadzwyczajności, które mówiły doń niby kazanie Skargi. 23 V. WTAJEMNICZENIA MITRY Tajemniczo boskim ekstatycznym jest wpływ ognia, buchającego z olcho- wych szczap na kominku! giem ognia, który żywie w nas. Budzi się dawny Aryjczyk czy Sumeryjczyk, uginają się kolana przed bo- Najstarsza i najgłębsza msza, jaką odprawiał człowiek! magnetyzm roz- lewający się po jestestwie naszym z tej Ofiary i Przemienienia – wprowadza nastrój świętości. Komnata, w której był Piotr, składała się z kilku cel, w których usunięto ściany przedzielające; na suficie widać było jeszcze wręgi nieistniejących już murowanych ścian. Okna gotyckie – z witrażami, niektóre zakryte kotarą. Mnóstwo ksiąg na półkach, ciągnących się wzdłuż wszystkich ścian – od podłogi aż hen po sufit; stół wielki zastawiony doniczkami begonii, księgami w starych skórzanych in foliach, tudzież cały warsztat pracy: rękopisy, nożyki pióra gęsie i nowoczesne; ustawione chemikalia różne, retorty, lampki. Zwieszały się ze ścian mchy podbiegunowe, nadzwyczajnym szatańskim rysunkiem straszyły skóry boów jawajskich, maski z Kambodża, Peru i Ma- ori, tkaniny malowane, krisze zatrute, chińskie miecze katowskie. Zapalił mu ksiądz światło acetylenowe, zajrzał Piotr przez tubę mikroskopu i ujrzał prze- cudny rysunek tkanki. Ksiądz zajmował się badaniem choroby raka. Znać było tu wszędzie demonizm życia, oczy rozwarte na niezgłębioną otchłań, upodobanie w niebezpieczeństwach. Napisy przy skórach zwierząt głosiły, że były zdobyte przy odparciu napastników. Na księgach napisy, drogie uchu Polaka: Waszyngton, Irkuck, miasto Kra- ków. Ale były i księgi z Bombaju – i Tokio. Widać, że ksiądz mieszkał długo na wielkim świecie i mozolnie zbierał swą bibliotekę. Biblioteka służyła głównie do badań religijnych, więc były tam dzieła o Chaldejach Smitha, Lassena Indie, Cumonta badania poganizmu, Radliń- skiego i Tyrrela modernizm; byli badacze jak Jeremias, Loisy, Chwolson, byli filozofowie dawni, jak Chryzyppus, Plato, Jamblichus, Heraklit, Lucjan ze Samosaty, i średniowiecze Kuzona, Mirandoli, Kopernika, całe ściany zajęte przyrodą – Bill, Darwin, Lyell, Suess, Strasburger, Kerner. Wydania świętych ksiąg Wschodu i kilkaset żywotów świętych przez bollandystów; stosy pism 24 naukowych, ezoterycznych – – – i nowi myśliciele jak Bergson, Poincaré, Sorel, Simmel, Driesch. Z dzieł polskich zauważył Piotr, rozglądający się po tych cudach z wypie- kami na twarzy – „Bibliotheca fratrum polonorum”, „O naśladowaniu Jezu- sa” w pysznym tłumaczeniu polskim z XVI wieku i z miniaturami ręcznymi; literaturę emigracyjną z Mochnackim i całą ścianę zajętą Rzewuskim, Kra- szewskim, Wieszczami, Norwidem, – byli pisarze po roku 63 i Młoda Polska. Teraz dopiero wyczuł Piotr bezmiar swej tęsknoty za wyrośnięciem wzwyż, za dokonaniem swego czynu i swej myśli… Z siódmej klasy poszedł już do boju – i zamiast wtajemniczać się w mi- sterium chemii Mendelejewa – stanie się procesem chemicznego rozkładu w fosie przyfortecznej, zadeptany grubymi butami sołdatów. Z nienawiścią spojrzał na rozwartą Biblię, wziął do ręki największego z wrogów chrześci- jaństwa Kelsosa, filozofa z II wieku po Chr., który potężniejsze wymierzył ciosy krzyżowi niż Nietzsche w „Antychryście”. Przerzucał wzgardliwe za- rzuty „temu tłumowi nieuków” – wtem oczy jego padły na miejsce wielkiej ciszy, w którym jakby godziły się wszystkie kultury świata. „Zaiste, jest tylko jedna droga dla dusz ku ziemi i od ziemi tam wzwyż – która idzie przez planety, jak o tym mówi Platon. Świadczą również misteria Mitry u Persów. Wyobrażenie dwu ruchów na niebie, planetarnego i gwiezd- nego – oraz przejście duszy przez takowe: schody z wysokimi bramami, nad tymi jeszcze drzwi ósme. Pierwsza brama jest z ołowiu, druga z cyny, trzecia ze spiżu, czwarta z żelaza, piąta z metalu mieszanego, szósta ze srebra, siódma zaś ze złota. Pierwsza przypisana Kronosowi, przez ołów znamionuje powol- ność tej gwiazdy; druga Afrodyty, porównana do niej jasnością i miękkością cyny; trzecia Zeusa – – „ze spiżowym progiem śmierci”; czwarta Hermesa, gdyż spełniając wszystkie prace, żelazo – jest giętkie i wytrwałe; piąta Are- sa, z mieszaniny srogiej utworzona; szósta księżyca – srebrna, siódmym jest słońce, złoto naśladuje jego barwę. Przyczyna takiego podziału gwiazd jest częścią przyrodnicza, częścią muzykalna – którą teozofia Persów rozwija”. Już nie mógł owładnąć sobą Piotr – zawarty dotąd za bramą z ołowiu – za bramą, dokąd wchodzi się młodzieńcem, a wychodzi starcem, nie poznał innych bram życia! Korzystając, iż ksiądz wyszedł zarządzić posiłek jemu i żandarmom, wszedł do drugiej komnaty, tam paliła się świeca. Wzrok Piotra prześlizgnął się po portretach, lecz szczególniej zajął go ob- raz o ponurej grze fizjonomii: w sali oświeconej gromnicami stół, zastawiony kryształami i jadłem – cudna kobieta bawi się różą, zaś rozkochany w niej mężczyzna – przebija widmo sztyletem… Mężczyzna w świetnym oficerskim mundurze papieskiej gwardii… 25 Wpatrzył się w twarz bladą, demoniczną mężczyzny – i zdało mu się, że jest to nikt inny, tylko sędziwy dziś gospodarz, lecz bez szpecącej go bruzdy pod nosem – z twarzą młodzieńczą, dumną, piękną, zmysłową… Dalej były obrazy z powstania roku 63, portret pułkownika Sierakowskie- go z napisem: Dla księdza Fausta. W kącie stała trumna, w niej skórzana poduszka i trochę siana, nakrytego prześcieradłem. Czyżby ksiądz istotnie tam sypiał? Wtem usłyszał kroki księdza i jak żak bojąc się kary, chciał uciec do bi- bliotecznej komnaty, ale się pohamował: owładnęła nim myśl ponura, zimna, jak wierzchołki Kaukazu nad burzliwą zaworą chmur. Wiała z otchłani jego duszy bezmierna nicość wszystkiego. Ksiądz wniósł na tacy czajnik z wodą gorącą i herbatą, duże szklanice, kawał niekrajanego chleba razowego, rzod- kiew, sól i piękne jabłka. – Oto wilia więzienna – rzekł – pozwól pan ją ze sobą podzielić. – Z apetytu, z jakim jadł ksiądz ten skromny posiłek, widać było, że karmił się on sam zazwyczaj jeszcze skromniej. Jabłka były dla Piotra zawsze istną radością życia. Wpatrzył się w nie, myśląc o wierszu Słowackiego: I krwią mię Pan Bóg porównał z jabłonią, która nie idzie prędko pod obłoki, lecz ma ciężarny płód i słodkie soki. Zawstydził się Piotr, ujrzawszy, że z pochylonej twarzy stoczyły się mu na podłogę duże łzy. Zawstydził się, gdyż objęła go oto wielka hardość: tak, on schodzący zbyt młodo do mogiły nie będzie niczym niższy od tych mędrców – wobec sprawiedliwości kosmicznej! gdyż jest tymże promieniem, który „W ciemnościach nie ginie”. Ale zaczęła go dręczyć myśl, że ksiądz jest hipokrytą, kiedy, zdobywszy wierzchołki myśli, podtrzymuje w innych wiarę w ciemny i martwy kanon dogmatów… Wyraził to mniej więcej oględnie. – Pan myślisz, że burzami rozwierają się najgłębsze wrota, a może tam trzeba iść przez uspokojenie? – Burzami czy mrówczą pracą, myślę – że wstyd jest dla obecnego Kościo- ła polskiego, iż nie ma swoich myślicieli, którzy by rozbili stary mur – – – I? – Tedy odkryłoby się życie nowe. – Hm… jak pan mogłeś zabijać, nie wierząc w nic? – Miałem być Macochem, który zabijał, wierząc? Tak, nie wierzę w nic prócz w mękę życia i w radość słońca. – Umysł nie wyczerpuje życia naszych głębin. 26 – Nie chcę, nie chcę tych domniemanych głębin: tam jest atawizm daw- nych przeżytych wierzeń. Niegodne wolności Prometeusza! – Prometeusz! czyli myśliciel, który zaświatom wyrwał ich tajemnicę! – Ksiądz zamilkł, Piotr zaś wpatrywał się w obraz. – W upiory pan wierzysz? – W upiory? Piotr spojrzał na księdza jak na maniaka. Ale postanowił uderzyć z otwar- tej karty. upiorem. – – Tamta Hiszpanka na obrazie nie zdaje się być upiorem z innej planety! – Hm. Filozofię swą tworzyłem z przeżyć. A ta Hiszpanka właśnie była Ksiądz zasiadł głębiej w fotelu. Skłębione chmury, wycie huraganu, mrok i ten cudny ogień na kominku wyrażały oczom Piotra to, co wyczuwał jego duch – demoniczną wolność przestworzy nad górami życia! Trwało długie milczenie. Wsunął się kot ogromny, pręgowaty, jak pantera – musiał być bardzo zły, bo, zobaczywszy Piotra, zaczął parskać. Wreszcie, postanowiwszy ignorować go, wskoczył na poręcz fotelu i ułożył się, jak poduszka, pod głową starca. Ksiądz zaczął już wydmuchiwać popiół ze stambułki bursztynowej, ale ku grozie Piotra – nakładał nową porcję tytuniu. Podał mu jednak młodzian uprzejmie iskrę z pieca wyjętą – rękami okutymi w kajdany niosąc ogień! Zaczął mówić ten, którego pułkownik Sierakowski nazwał księdzem Fau- stem. 27 VI. RÓŻA UPIORNA Z kardynałem Metastasio żyłem w pewnej zażyłości; lubiły mnie jego damy, mimo iż byłem tylko kapitanem gwardii papieskiej. Trzeba panu wiedzieć, że nie darmo Włosi nazywali go, również jak króla Wiktora Emanuela – ojcami narodu. Tak, kardynał zbyt lubił dobre związanie torsu kobiecego z silnymi biodra- mi bachanckiej Menady. Do tego była już dodatkiem głowa piękna i mądra tryumfatorki na rydwanie . – (Nie, w żaden sposób nie oczekiwał Piotr podobnego związania miste- rium o upiorach z torsem Menady! Ale słuchał, wsparłszy się o górny cokół kominka i stojąc w chłodnym półcieniu. Ogień przenikał różnobarwny witra- żowy ekran szybek, oprawnych w żelazne ramy – rzucał migoty na bibliotecz- ną komnatę, igrał klejnotami na starych voluminach, na rozwieszonej skórze jawajskiego boa, i lśnił na baśniowych tarczach – na emaliowanych starych misach z Faenzy.) – Rozpustnik, szaławiła wołyński, którzy to obywatele, jak wiadomo, w ogóle nie odznaczali się za moich czasów ani patriotyzmem, ani uczono- ścią, ale za to bałagulstwem i niby tężyzną… W tym jednym byłem odrębny, że zdążyłem otrzymać doktoraty przyrodniczy, matematyczny i filozoficzny. Słowem, ja, hrabia Apolinary – o nazwisko mniejsza i tu pan mego na- zwiska od nikogo się nie dowiesz – spotykałem się nieraz z kardynałem we czwórkę przy sarkofagu Attisa, ubranym we fiołki. Sarkofag ten służył nam za stół biesiadny nocami w kardynalskim ogrodzie przy Villa Doria Pamphili. Hm… (olbrzymi kłąb dymu wyrzucił ksiądz ze swej fajki). Razu jednego szedłem pustą uliczką na Trastevere za Fortecą Anioła. Uli- ca pusta; szabla ma wesoło dzwoniła, to znów milkła na brukowcach, poro- słych trawą. Nie było ani jednego przechodnia. Mrok, cisza głucha, mimo iż rzędy pałaców starodawnych bywają jeszcze i teraz miejscem hucznych kar- nawałów… Balsamiczny wieczór niósł zapach pinii, które mroczniały niby pagody. Jednocześnie jednak wionął mokry zabójczy wiew od wspaniałych łąk na maremmach, które ciągną się od Rzymu wzdłuż morza. 28 W takiej świeżości wonnej myśl o śmierci zaczęła kołatać cichutko – do zapomnianej maleńkiej furty mojej Jaźni. Nie było nikogo na ulicy. Nie płonęły tu latarnie. W niektórych oknach mżył blask, ale zakryte były persjanami, czyli po naszemu – żaluzjami. Wtem – upadła róża do mych stóp. Tchnęła wonią tak silną, że napo- wietrzną drogę, którą leciała, przepoiła też aromatem. Podjąłem, w mroku jej nie widząc – ale musiała być szkarłatna. Ukryłem ją na piersi, patrząc jednocześnie ku oknu, z którego mogła upaść. Pałac po- grążony był w mroku. Błysło nagłe światło w oknie parterowym – stała z latarnią w ręce za kra- tami dama nadzwyczajnej urody. Obyczajem, praktykowanym przez młodzież arystokratyczną rzymską, za- chowującą jeszcze tradycje hiszpańskie, rzuciłem płaszcz bogato wygalono- wany w smugę światła, padającą na bruk. Ugiąłem kolano przed Piękną i, dotknąwszy kapeluszem ziemi, zacząłem mówić jakąś nagłą improwizacją zachwytu i próśb. Ku zdziwieniu memu dama odrzekła mi po hiszpańsku: – Teraz jestem samotna, miej łaskę do mnie przyjść… – Nie trzeba mi było powtórzyć. Staroświecka z brązu kołatka, utwierdzona nad klamką, przedstawiała nad gniazdem wężów lecącego Feniksa. Zniknął blask od okna. W ciemnościach drzwi rozchyliły się za naciśnię- ciem niewidzialnej sprężyny, gdym ujął i machinalnie przekręcił kołatkę. Sze- dłem omackiem w mroku. Dziwny, przecudny głos zawołał na mnie po imieniu wysoko nad scho- dami. – Señor Apollino… – Nigdy w życiu nie słyszałem podobnie fiołkowego głosu. Zdawało się, że to zadźwiękła fontanna, spadając z czaszy złotej w amforę krysztalną. Taki nieziemny głos mają na wiosnę lodowce górskie, gdy metaliczne dźwięki ich łączą się z mową czarodziejek. Szedłem z wolna po schodach, przygniatało mnie wzruszenie. Na drugim piętrze już było jaśniej, drzwi od rozświetlonej sali otwarte. Postać damy wwiodła mię do wspaniałej komnaty, gdzie sufit wykładany grubymi taflami rzeźbionego czarnego dębu czy hebanu, boczne ściany okry- te arrasami – bardzo staroświeckimi. Moja dama ubrana w strój, jaki widujemy na obrazach Welaskeza. Na szczęście mówiłem biegle po hiszpańsku. Powitała mię skinieniem róży tak pąsowej, że aż czarnej. Uprzejmie wskazała miejsce naprzeciw siebie. 29 Zająłem jedno z krzeseł gotyckich, podobnych do tronu i konfesjonału zarazem. Na stole lśniła wspaniała zastawa z kryształów i najdroższych fajansów emaliowanych, talerze były z grubego srebra. Znając etykietę hiszpańską, nie ważyłem się przekroczyć jej realnymi py- taniami, lecz jedząc zamorskie i dziwnie po staroświecku korzennie zapraw- ne potrawy – mówiliśmy na temat mistyki i miłości. Mało pomnę z tej rozmowy, prowadzonej w upojeniu wszystkich zmysłów, oczekujących najwyższego momentu – jeden tylko dwuwiersz, który mi rze- kła wśród mnóstwa rzeczy przedziwnych ta Doña: La muerte y el amor, pasando el camino, la noche los tomará en una posada. To znaczy – jeśli pan nie rozumiesz po hiszpańsku – – Tak, zapewne? – rzekł Piotr: – Śmierć i miłość płynęły w gondoli – noc ich ogarnęła w ciemnych odmętach. – – Hm… masz pan wyobraźnię na niekorzyść filologii. Wiersz znaczy po prostu: Śmierć i miłość chodziły jedną drogą – noc ich zastała w karczmie. Dość, że następnego dnia – – – Jak to, kapitan przebył tam całą noc? – Nie byłem jeszcze księdzem. Zresztą cóż mam rozwlekać? Czy to, że potrawy zmieniały się szybko, że podawałem sam – biorąc je z niszy, w której obracało się okno ślepe – to jest takie, że służba dalej będąca widzieć nas nie mogła. Najlżejszy szelest nie zdradzał niczyjej obecności. Po deserach, które były istną obiatą na cześć boga Komusa, po winach – gdzie piliśmy cherez i gatta, który podobny, ale wyborniejszy od szampana – nie musuje i nie oszałamia. – – Przeszliśmy do salonu, zdobnego w olbrzymie, matowe, staroweneckie lu- stra. Na kominku palił się ogień. Podeszliśmy do wieżycowego ekieru, w któ- rym ściany i sufit były wyłożone lustrami. Tu stały taburety, maurytański stolik wykładany tęczą perłowej masy. Moja nieznajoma usiadła tu, rozświecona blaskiem płonącego kominka. Ujrzałem ze zdumieniem, iż wszędzie na ścianach, na podłodze, na suficie – odbijała się postać jej, owiana lucyferycznym czarem grozy i żądzy. 30 Wzięła mandolinę i śpiewała mi pieśni cudowne – Niepodobna tego przełożyć, bo jest to już złączone z melodią. Rozmawia szatan z mniszką: Noc mej duszy wychodzi za horyzonty tam – gdzie wyje mrok wśród piekła bram. Oto jesteśmy w Hadesach już goście – i zamiast płaczu, mamy radoście… Złam krzyża jarzmo! miła kochanko – Nad głuchą gwiazdy tu lśnią Ananką. – Zrzuć, potworze, swój czarny habit i maskę! Wejdź, miłuj – świat jest mi cmentarny!… – – Zgasimy ziemię swych skrzydeł podmuchem! w gwiaździstej szermierce wypromieniaj łaskę: Jestem Twym duchem – Tyś jest me serce! Następnego dnia wyszedłem, śpiesząc na wartę przed komnatą Jego Świą- Potem zaś o godzinie dziewiątej miałem eskortować papieża na mszę, któ- rą odprawi wobec wielkiego tłumu unickich pielgrzymów. Kodeks służbowy w Watykanie jest bardzo surowy, będąc całkowicie na tobliwości. honorze oparty. Wtem na końcu ulicy spostrzegam, że nie mam przy boku szabli. Niepodobna bez niej odbyć warty w papieskich pokojach. Wprawdzie można by kupić po drodze, ale – co za wstyd! Kapitanem będąc, który za najmniejsze przekroczenie lub choćby dystrakcję karał mie- siącem twierdzy w Zamku Anioła!… Biegłem nazad. Zacząłem dobijać się do drzwi. Milczenie. Kołatam coraz mocniej, nareszcie już z całych sił, myśląc, że w pałacu tym jest tylko moje Bóstwo i że jeszcze nie udała się na spoczynek. Milczenie. Wściekłe echa mych szamotań potężnymi dźwierzami okutymi w brąz – mogłyby zbudzić niedźwiedzia ze snu zimowego, cóż dopiero mi- łośnicę! Na koniec – najmniej po kwadransie – wyobrazić me zniecierpliwienie – wyszedł z sąsiedniego domu starzec trzęsący się. Pęk kluczów miał u pasa. – A to dlaczego Wasza Wielmożność rozwala tu bramę? – Zostawiłem tam szablę. 31 – Kiedy? – Kwadrans temu. – Być nie może. – Carajo, tonto, porco di Bacco, bougre de canaille, vieux saltimbanque! – ryknąłem wściekły, klnąc wszystkimi językami – kiedy ja, kapitan gwardii, mówię, to znaczy, że tak jest! ty wieżo z kości starego rekina! – A jednak to być nie może – odparł starzec z flegmą – pałac niezamiesz- kały od lat trzystu, należał do pewnej księżny hiszpańskiej. Obecnie jest wła- snością ostatniego jej potomka, który nigdy tu nie był, a mieszka w więzieniu dożywotnim pono aż w Czili – za jakąś nadzwyczajną zbrodnię. I nikt tu nie wchodził od czasu, kiedy byłem jeszcze młody, ani ja sam, bo mi to w klasz- torze pod przysięgą zakazano. – Osłupiałem, wglądając się w poważne, bezwarunkowo niekłamiące rysy starca. i pałac mi otworzył. Więc obłąkany? I prosiłem już bardzo uprzejmie, ale zdecydowanie, aby poszukał klucza Po namyśle wstrząsnął głową. – Ha, śmierć moja się zbliża… mogę Waszą Wielmożność przekonać i sam zobaczę, czy wszystko w porządku. Tu nocami bywają dziwne rumo- ry… muzykę słychać orkiestry, a czasem jakby sto osób tańcowało… Papieże tu chodzą i odbywają się straszne igrzyska. I tu przychodzi diabeł w postaci kobiety – – Idźmy, vamos! andiamo! – odparłem niecierpliwie na to snowidzenie starca. Z mozołem przekręcił klucz w zardzewiałym zamku, bo Feniks ów nad gniazdem węż
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Xiądz Faust
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: