Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00497 014125 11055616 na godz. na dobę w sumie
ZGON OLIWIERA BECAILLE i inne opowiadania - ebook/pdf
ZGON OLIWIERA BECAILLE i inne opowiadania - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 149
Wydawca: Wydawnictwo Armoryka Język publikacji: polski
ISBN: 978–83–7639–038–3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> inne
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Émile Zola (ur. 2 kwietnia 1840 w Paryżu, zm. 29 września 1902 tamże) - francuski pisarz, główny przedstawiciel naturalizmu.
Tom zawiera opowiadania:
ZGON OLIWIERA BECAILLE
ATAK NA MŁYN
POWÓDŹ
JAK LUDZIE UMIERAJĄ
Znakomicie opisane ludzkie dramaty. Opowiadania trzymające w napięciu. Zaskakujące, trudne do odgadnięcia zakończenia. Książka powinna się znaleźć w bibliotece każdego, kto uważa się za inteligenta

przełożył Zygmunt Niedźwiecki.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Emil Zola Emil Zola ZGON ZGON OLIWIERA OLIWIERA BECAILLE BECAILLE Armoryka Armoryka Emil Zola ZGON OLIWIERA BECAILLE i inne opowiadania Emil Zola Emil Zola ZGON OLIWIERA BECAILLE ZGON OLIWIERA BECAILLE i inne opowiadania przełożył Zygmunt Niedźwiecki. Armoryka SANDOMIERZ 2009 Redaktor: Włóczysław (Włóczek) Kot Projekt okładki: Juliusz Susak Copyright © 2009 by Wydawnictwo i Księgarnia Internetowa ARMORYKA Wydawnictwo ARMORYKA ul. Krucza 16 27–600 Sandomierz tel (0–15) 833 21 41 e–mail: wydawnictwo.armoryka@interia.pl http://www.armoryka.strefa.pl/ ISBN 978–83–7639–038–3 ZGON OLIWIERA BECAILLE I. Umarłem w sobotę o godzinie szóstej z rana, po trzydnio- wej chorobie. Biedna moja żona szukała czegoś od dłuższej chwili w kufrze z bielizną. Gdy się podniosła i zobaczyła, że leżę z otwartymi oczyma, bez tchu, zesztywniały, podbiegła, myśląc, że to zemdlenie, i nachyliwszy się nad moją twarzą, dotknęła moich rąk. Naraz strach ją ogarnął i tracąc głowę, jęknęła z łez wybuchem: — Boże mój, Boże!... Umarł!... Słyszałem wszystko najwy- raźniej, tyle tylko, że stłumione dźwięki zdawały się mnie do- latywać jakby gdzieś z bardzo daleka. Jedynie lewym okiem mogłem jeszcze podchwycić blask niewyraźny, bladawe świa- tło, w którym roztapiały się kształty przedmiotów, prawe me oko było zupełnie bezwładne. Było to omdlenie całego orga- nizmu, jakby od porażenia piorunem. Wola ma zastygła, wszystkie fibry ciała wypowiedziały posłuszeństwo. W unice- stwieniu tym prawie całej mojej istoty fizycznej jedna tylko myśl żyła jeszcze, snując się wolno i leniwie, choć z nieskażo- ną wyrazistością. 5 Moja biedna Małgorzata, padłszy na kolana przy łóżku, powtarzała raz po raz rozdzierającym głosem: — Nie żyje!... Boże mój!... Nie żyje!... Byłże śmiercią w rzeczy samej ten stan dziwnego zdrętwie- nia, to pogrążenie ciała w bezruchu, gdy równocześnie inteli- gencja nie przestawała ani na chwilę funkcjonować?!... A może dusza moja opóźniała się tylko w głębi czaszki, zanim i ona uleci. Podobne kryzysy nerwów nawiedzały mnie od dzieciństwa. Dwukrotnie, kiedy byłem jeszcze całkiem mały, napady ostrej gorączki omal nie pozbawiły mnie życia. Toteż otoczenie moje przyzwyczaiło się uważać mnie za dziecko sła- bowite i ja sam wyperswadowałem Małgorzacie sprowadza- nie lekarza, kiedym się uczuł zmuszonym położyć do łóżka zaraz z rana po naszym przyjeździe do Paryża, do tego hotelu przy ulicy Dauphine. Trochę odpoczynku wystarczy; to znu- żenie podróżą dało mi się nieco we znaki. Byłem jednakże pe- łen obaw. Opuściliśmy bowiem całkiem niespodzianie pro- wincję, z bardzo szczupłymi środkami, mając zaledwie o czym doczekać mej pierwszej pensji za miesiąc w biurze, w którym otrzymałem miejsce. I oto nagły kryzys zabrał mnie ze świata. Byłaż to śmierć naprawdę?... Wyobrażałem ją sobie w po- staci nocy czarniejszej, głębszego, niżeli to, milczenia. Już od lat dziecięcych śmierć przejmowała mnie zawsze szczególnym strachem. Ponieważ byłem wątły i ludzie mnie pieścili z ja- kimś odcieniem litości, myślałem więc ciągle, że długo nie pożyję i że wcześniej od niejednego powędruję na tamten świat. Nie byłem też nigdy w stanie oswoić się z lękiem, jakim mnie przejmowała myśl o znalezieniu się w ziemi, chociaż myśl o tym nie opuszczała mnie w dzień ani w nocy. Wzro- słem z tą ideą fixe. Niekiedy, po kilku dniach rozmyślań, zda- wało mi się, że przemogłem mą trwogę. Więc cóż stąd?... Umrze człowiek i skończona historia. Wszyscy przecie w końcu umrzeć muszą i trudno sobie nawet wystawić urzą- dzenie dogodniejsze i lepsze. Poweselałem niemal, doszedł- 6 szy do tej konkluzji, dzięki której mogłem odtąd śmierci spo- glądać prosto w twarz. Wtem nagły dreszcz mnie mroził, za- pędzając na powrót w jarzmo opętania, jakbym porwany ręką olbrzyma, zawisł nad czarną otchłanią. Przerażająca myśl o grobie wracała, obalając wszelkie ro- zumowania. Ileż to razy nocą, zbudziwszy się nagle, zrywałem się, nie mogąc sobie zdać sprawy, co za tajemniczy podmuch przeleciał we śnie nade mną, łamiąc rozpaczliwie ręce i ję- cząc: „Boże mój! Boże!... Więc muszę umrzeć?!...” Trwoga przytłaczała mi kamieniem piersi, a nieuchronna konieczność zgonu nabierała jeszcze więcej ohydy w zamęcie ocknienia. Z trudem jedynie udawało mi się na powrót zasnąć, bo i sen przejmował mnie lękiem przez podobieństwo swoje do śmierci. Jeżeli zasnę kiedy na wieki?... Jeżeli, zamknąwszy oczy, nie otworzę ich już więcej?... Nie wiem, czy inni ladzie przechodzą kiedy także podobne męki. Mnie one zatruwały życie. Pomiędzy mną, a wszystkim co kochałem, stała bez przerwy śmierć. Pamiętam chwile naj- większego szczęścia, spędzone z Małgorzatą. Gdy w pierw- szych miesiącach naszego pożycia spoczywała u mego boku uśpiona i kiedym, myśląc o niej, puszczał wodze rojeniom o przyszłości, zawsze obawa fatalnego rozstania mąciła moje szczęście, burzyła wszelka nadzieję. Będziemy się musieli roz- stać może już jutro? Za godzinę może... I ogarniało mnie nie- zmierne zniechęcenie, w którym zapytywałem sam siebie, na co ten raj wspólnego życia, skoro musi się on kiedyś zakoń- czyć rozbratem tak okrutnym?... Imaginacja moja poczęła się lubować w żałobnych obrazach. Kto też z nas pierwszy umrze?... ja, czy ona?... I obie alternatywy łzy wyciskały z mych oczu, roztaczając przede mną dalsze obrazy naszych zwichniętych istnień. W najszczęśliwszych okresach mego ży- cia miewałem z tego powodu napady nagłej melancholii, któ- rych ludzie nie mogli zrozumieć. Dziwili się wszyscy na widok mojej ponurej miny w chwilach, kiedy mnie spotkało coś przyjemnego. Powodom zaś tego była myśl o nicości, co nagle 7 przemknęła przez mą radość. Straszliwe „po co?” dźwięczało bez ustanku, jak dzwon pogrzebowy, w moich uszach. Co jed- nak w podobnych udręczeniach jest najprzykrzejszym, to, że się z nimi człowiek porać musi w zawstydzającej tajemnicy, nie mając odwagi nikomu wyznać swojej męki. Nieraz z pew- nością i męża i żonę, gdy zgasiwszy światło, spoczywają przy sobie, przejmie ten sam dreszcz, lecz ani jedno ni drugie nie wspomni o tym, ponieważ człowiek nie lubi mówić o śmierci, tak samo, jak nie wygłasza pewnych słów sprośnych. Wzbu- dza ona w nas taki strach, że nawet nie wspominamy jej imie- nia, kryjąc ją jak się ukrywa swą płeć. Rozmyślałem obecnie nad tymi wszystkimi rzeczami, a moja droga Małgorzata nie przestawała ani na chwilę szlo- chać. Męczyło mnie to straszliwie, że nie mogę ukoić jej żalu, ani jej dać do poznania, że nie doświadczam żadnych fizycz- nych cierpień. Jeśliby śmierć nie miała być w rzeczy samej ni- czym więcej nad to omdlenie ciała, nie miałem doprawdy ra- cji tak się jej bać całe życie. Stan to był pełen jakiejś samolub- nej błogości i pokoju, wolny od wszelkiej troski. Nad wszyst- kimi innymi władzami mej duszy pamięć moja nabrała naj- większej żywości. Błyskawicznie poczęła się przede mną prze- suwać cała moja egzystencja, niby widowisko, któremu się przypatrywałem oczyma obcęgi. Dziwny ten i ciekawy stan bawił mnie. Rzekłbyś: głos daleki opowiada ci własne twoje dzieje. Nawinęło mi się między innymi wspomnienie pewnego za- kątka wiejskiego w pobliżu Gyérande, na drodze z Piriac: la- sek sosnowy, spuszczający się na skręcie drogi bezładnie po stokach skał. Mając lat siedem, chodziłem tam często z moim ojcem do wpółzwalonego domu, gdzieśmy się posilali nale- śnikami rodziców Małgorzaty, solarzy, utrzymujących się z ciężką biedą z pobliskich żup. Potem przypomniało mi się kolegium w Nantes, gdzie wzrosłem w nudzie starych murów, wśród ustawicznej tęsknoty za rozległym widnokręgiem Gu- érande, za słonymi bagnami, ciągnącymi się jak okiem się- 8 gnął pod miastem, i za bezbrzeżnym morzem, rozesłanym w płaszczyznę bez końca u stóp niebios. W tym miejscu czarna jama przerywała tok moich wspo- mnień: mój ojciec umarł. Dostawszy w administracji szpitala posadę urzędnika, rozpocząłem teraz monotonny żywot, któ- rego jedyne jasne chwile przypadały w niedzielę, w godzinach odwiedzin starego domostwa w Piriac. Interesy szły tam co- raz gorzej, żupy solne przestały w końcu prawie zupełnie nieść dochód, okolica popadała w coraz straszniejszą nędzę. Małgorzata była wtenczas jeszcze dzieckiem. Lubiła mnie bardzo, ponieważ woziłem ją zawsze na taczkach. W kilka lat potem jednak, w dniu, w którym ją poprosiłem o jej rękę, ruch przelęknienia, jakim przyjęła te oświadczyny, powinien mnie był oświecić, że się jej wydawałem wstrętnym. Rodzice wszakże oddali mi ją bez wahania, gdyż uwalniało ich to od kłopotów. Przez dziecięcą uległość nie sprzeciwiła się ich woli, a oswoiwszy się raz z myślą wyjścia za mnie, zdaje się, że przestała się tym nawet martwić. W dniu naszego ślubu w Guérande lało, pamiętam, jak z cebra, tak, że za powrotem do domu Małgorzata musiała zamienić ślubną toaletę na zwykłą sukienkę, tak zmokła. Oto cała ma młodość. Czas jakiś żyliśmy w tamtych stro- nach. Raz jednak, wróciwszy z biura do domu, przyłapałem mą żonę na rzewnym płaczu. Nudziło jej się tam, chciała, abyśmy się przenieśli gdzie indziej W pół roku zaoszczędzi- łem po groszu niewielką kwotę przy pomocy prac nadobo- wiązkowych. Ponieważ jeden z dawnych przyjaciół mej rodzi- ny zajął się wyszukaniem mi miejsca w Paryżu, zawiozłem tam drogą dziecinę moją, by więcej nie miała powodu do pła- czu. W pociągu kolejowym śmiała się już. Za nadejściem nocy wziąłem ją na kolana, aby jej było miękko spać, bo ławki w trzeciej klasie są twarde! Wszystko to należało obecnie do przeszłości. W tej chwili bowiem byłem już oto tylko nieboszczykiem, zmarłym w cia- snym hotelowym łóżku, podczas kiedy ma żona, ukląkłszy na 9 podłodze, biadała nad moją śmiercią wśród łkań. Biała pla- ma, którą dostrzegało lewe moje oko, bladła stopniowo; pa- miętałem jednak dokładnie rozkład pokoju: po lewej komo- da, po prawej kominek, na środku którego rozbity zegar bez wahadła wskazywał godzinę dziesiątą minut sześć. Okno wy- chodziło na ulicę Dauphiné, głęboką i czarną. Cały Paryż przewalał się na nią i to wśród takiego zgiełku, żem słyszał, jak od niego szyby brzęczą. Nie znaliśmy w Paryżu oboje ani żywej duszy. Ponieważ przyspieszyliśmy nasz przyjazd, oczekiwano mnie więc w mym biurze dopiero w najbliższy poniedziałek. Odkąd le- żałem w łóżku, szczególne wrażenie wzbudzało we mnie to uwięzienie w nieznanym pokoju, do którego wtrąciła nas po- dróż, oszołomionych jeszcze piętnastoma godzinami jazdy kolejowej, otumanionych zgiełkiem ulicznym. Żona moja pie- lęgnowała mnie z tym samym co zawsze uśmiechem dobroci; czułem jednak aż nazbyt dobrze, jak bardzo musiała być stro- skaną. Od czasu do czasu podchodziła ku oknu, aby wyjrzeć na ulicę, po czym wracała wybladła, przerażona ogromem tego Paryża, w którym nie znała ani jednej cegiełki, a który huczał dokoła nas tak straszliwie. Co ona pocznie, jeśli się nie obudzę?... Co się z nią stanie w tym olbrzymim mieście, samą, bez żadnej opieki, nieświadomą niczego?... Ująwszy jedną z rąk moich, bezwładnie z brzegu łóżka zwi- sła, poczęła ją całować, powtarzając jakby w obłędzie: — Oliwierze!... Odezwijże się!... Mój Boże!... Umarł!... umarł!... Jednakże śmierć nie jest nicością zupełną, pomyślałem, skoro byłem w stanie słyszeć i rozumować. A tylko nicość przerażała mnie od dzieciństwa. Nie byłem nigdy w stanie wyobrazić sobie całkowite zniknięcie mego ja, kompletne unicestwienie tego, czym jestem, i to na zawsze, na wieki wie- ków, z wykluczeniem powtórnej kiedykolwiek egzystencji Dreszcz mnie nieraz przebiegał, kiedym napotkał w jakiej ga- zecie jedną z dat przyszłych najbliższego stulecia i pomyślał: 10
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

ZGON OLIWIERA BECAILLE i inne opowiadania
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: