Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00389 007856 15362627 na godz. na dobę w sumie
Z „Kuźnicy”, z rządu i spoza... - ebook/pdf
Z „Kuźnicy”, z rządu i spoza... - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 360
Wydawca: Universitas Język publikacji: polski
ISBN: 978-832-421-406-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> biografie
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Niniejszy zbiór artykułów i wypowiedzi, w tym także wystąpień oficjalnych profesora Jerzego Hausnera, pokazuje jego przemyślenia, analizy, programy i przewidywania, a także sposoby argumentacji w trzech rolach: przewodnika inteligenckiego środowiska 'Kuźnicy' i w ogóle polskiej lewicy liberalno-demokratycznej, autorytatywnego członka rządu, a wreszcie tego, który z rządem i partią rządzącą się rozstał, ale nie porzucił roli krytycznego obserwatora usiłującego wpływać na to, co uważał i uważa za nadrzędną rację państwa polskiego w Unii Europejskiej. Na ostatnią część książki składają się także fragmenty osobistych zapisków Jerzego Hausnera. Notatki prowadził najczęściej w czasie weekendów spędzanych w domu w Gorcach, w niedalekiej od Krakowa Szczawie. Obrazują zamierzenia i przeżycia osobiste, nadzieje, satysfakcje i klęski. Z tych zapisków redakcja wybrała ok. jednej trzeciej tekstu, nie dokonując żadnych skrótów wewnątrz notatek spod jednej daty dziennej, aby nie naruszyć ich autentyzmu. Nie ingerowaliśmy także w język i swobodę stylu.

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jerzy Hausner Z „Kuźnicy”, z rządu i spoza... universitas Z „Kuźnicy”, z rządu i spoza... Jerzy Hausner Z „Kuźnicy”, z rządu i spoza... Kraków © Copyright by Jerzy Hausner and Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2009 ISBN 97883-242-1406-1 TAiWPN UNIVERSITAS Redakcja Jerzy Lohman Projekt okładki i stron tytułowych Ewa Gray www.universitas.com.pl SpiS rzeczy Od redakcji ............................................................... 1117 Zamiast wstępu Zawsze z pasją – z Jerzym Hausnerem rozmawia Teresa Torańska ....................................... 1111 I. Z „KuZnIcy” ´ Transformacja i program gospodarczy .................................. 1133 Polska bliżej Unii Europejskiej .......................................... 1141 Lewica, populizm, miękkie państwo .................................... 1151 Węzły polityki gospodarczej – przecinać czy rozsupływać? .......... 1167 Nieuchronność przełomu ................................................. 1189 Integracja... na ścieżce wzrostu – z Jerzym Hausnerem rozmawia Irena Dryll ................................................. 1105 Czy przespaliśmy ostatnie 15 lat? ....................................... 1113 O wnioskach z dyskusji nad książką .................................... 1121 II. Z rZAdu ‘ Bezrobocie będzie spadać ................................................. 1141 Młode pokolenie a rynek pracy .......................................... 1153 Plan ministra .............................................................. 1161 Perspektywy i trudności polityki gospodarczej ......................... 1179 Program uporządkowania i ograniczenia wydatków publicznych .... 1195 Rządowy plan naprawy ................................................... 1205 Przełamaliśmy stagnację i gospodarka jest na ścieżce wysokiego wzrostu ....................................... 1219 Strategiczne myślenie o państwie ....................................... 1225 III. Z domu Zamierzennik .............................................................. 1235 Zamiast zakończenia Wewnętrzne pomieszanie – z Jerzym Hausnerem rozmawia Beata Chomątowska .................................. 1327 Ostrzegam rząd przed gospodarczymi konsekwencjami unikania reform – z Jerzym Hausnerem rozmawia Hanna Tobolska ....................................... 1335 Co po nas zostanie? – z Jerzym Hausnerem rozmawia Kazimierz Targosz .................................... 1345 Od redakcji Profesor Jerzy Hausner, choć członek „Kuźnicy” od jej zarania, stał się niekwestionowanym przewodnikiem skupionego w niej śro- dowiska lewicowej inteligencji w trudnym dla „Kuźnicy” okresie, kiedy niespodziewana śmierć posła Andrzeja Urbańczyka pozbawi- ła to stowarzyszenie charyzmatycznego lidera, utalentowanego po- lityka i człowieka mediów, przygotowującego się właśnie do objęcia funkcji ministra kultury. Lata 2001–2005 okazały się zarazem czasem pełnego zaanga- żowania Jerzego Hausnera w wielką politykę jako posła na Sejm, a przede wszystkim wicepremiera, podejmującego fundamentalne reformy i kierującego bieżącą polityką gospodarczą rządu, a równo- cześnie krytyka ówczesnych partyjnych obyczajów i praktyk. Jerzy Hausner ujawnił w tym okresie z wielką ekspresją, jak po- trafi łączyć pasję uczonego, analityka i twórcy z oddaniem pracy na- uczyciela akademickiego oraz z zainteresowaniem i wolą czynnego udziału w życiu publicznym i bezpośrednim rządzeniu. Jako uczony badał systemy, interesy i więzi społeczne, budował teoretyczne mo- dele zarządzania i gospodarowania, jako nauczyciel formował nie tylko studentów, ale i młodych pracowników nauki, jako minister i wicepremier stworzył sławny plan i w krótkim czasie połowę jego inicjatyw wcielił w życie. Na rzeczywiste podejmowanie wszystkich tych zainteresowań i prac, na osiąganie w każdej z tych dziedzin poważnych wyników, pozwalała mu niezwykła dyscyplina wewnętrzna, umiejętność go- spodarowania czasem własnym i współpracowników. To zaangażo- wanie i niechęć do tracenia choćby chwili, a także postawa typowo nauczycielska, jest siłą autora, ale i jego słabością. Zwłaszcza w po- lityce, w rządzeniu państwem nadmiar logiki i precyzji, organiczna niezdolność do manipulacji i demagogii, operowanie racjami, a nie  nastrojami nie sprzyjają pozyskiwaniu poklasku i nie uwodzą elek- toratu od lat skłonnego w Polsce przede wszystkim do frustracji. Niniejszy zbiór artykułów i wypowiedzi, w tym także wystąpień oficjalnych profesora Jerzego Hausnera, pokazuje jego przemy- ślenia, analizy, programy i przewidywania, a także sposoby argu- mentacji w trzech rolach: przewodnika inteligenckiego środowiska „Kuźnicy” i w ogóle polskiej lewicy liberalno-demokratycznej, autorytatywnego członka rządu, a wreszcie tego, który z rządem i partią rządzącą się rozstał, ale nie porzucił roli krytycznego obser- watora, usiłującego wpływać na to, co uważał i uważa za nadrzędną rację państwa polskiego w Unii Europejskiej. Rozważania profesora Jerzego Hausnera drukujemy w zasadzie w postaci pierwotnej (z pewnymi skreśleniami, ale bez unikania po- wtórzeń, jeżeli obrazuje to logikę wywodu, często po profesorsku drobiazgowego). Skróty w przemówieniach pochodzą od redakcji. Na ostatnią część książki składają się fragmenty osobistych zapi- sków Jerzego Hausnera. Od wielu lat prowadzi on rodzaj dziennika, który nazwał – ze względu na charakter notatek – zamierzennikiem. Dają one pełniejszy obraz podjętego przez autora zobowiązania, aby skutecznie łączyć odpowiedzialność za kilka wielkich zadań publicznych. Ale, kursując między Krakowem i Warszawą, nie zre- zygnował także z życia rodzinnego. Notatki prowadził najczęściej w czasie weekendów spędzanych w domu w Gorcach, w niedale- kiej od Krakowa Szczawie. Obrazują one zamierzenia, przeżycia i opinie osobiste – nadzieje, satysfakcje i klęski. Wszystko to dzieje się w ogromnym napięciu, w wirze inicjatyw i działań, którym to- warzyszy marzenie, aby choć trochę odpocząć przy muzyce z wiel- kiej domowej płytoteki czy to w czasie gry w ulubioną piłkę noż- ną, a także w chwilach rzadkich biesiad rodzinnych i towarzyskich. Z tych zapisków redakcja wybrała ok. jednej trzeciej tekstu, nie dokonując jednak żadnych skrótów wewnątrz notatek spod jednej daty dziennej, aby nie naruszyć ich autentyzmu. Nie ingerowaliśmy także w język i swobodę stylu. Liczymy, że książka ta pozwoli czytelnikowi poznać nie tylko sposób rozumowania i poglądy autora, ale i funkcjonowanie syste- mu oraz prawdziwe zamiary rządu, poznać gospodarkę i mechani-  zmy wpływające na jej rozwój. A także związek obecnej sytuacji społeczno-ekonomicznej z niezależną od woli polityków koniunktu- rą oraz możliwościami i ograniczeniami działań organów państwo- wych, samorządowych i pozarządowych. Październik 2008 r. Instytut Badań Społecznych „Kuźnicy”  Zamiast wstępu Zawsze z pasją Z Jerzym Hausnerem rozmawia Teresa Torańska T.T. – Jeździ pan teraz po Polsce i co mówi ludziom? J.H. –  Bądźcie aktywni! Musimy razem... Z jaką pasją!  Zawsze mówię z pasją. Musimy razem wyjść z tej epidemii szaleństwa, jaka ogarnęła Polskę. Mam dla was propozycję... Jak trybun! Pan mnie zaskakuje.  Trybunem ludowym nigdy nie byłem, ale miałem temperament działacza. Kiedyś, dawno. W Związku Młodzieży Socjalistycznej?  Tak, w liceum w Opolu i na Akademii Ekonomicznej w Krako- wie. I wtedy pięć dni aresztu?  Spędziłem je w więzieniu na Montelupich w marcu 1968 roku. Miałem 18 lat, byłem na pierwszym roku studiów. Za rozlepianie ulotek. Antyrządowych?  To były ulotki przeciwko biciu moich kolegów studentów. Ko- legium skazało mnie na wysoką grzywnę, z zamianą na 60 dni aresztu. Nie miałem zamiaru płacić. Ale moja mieszczańska ro-  Pierwodruk w: „Duży Format”, dodatek do „Gazety Wyborczej” nr 153 z 4 lipca 2005. 11 dzina – jak mnie w końcu odnalazła – wykupiła. Babcia szukała mnie po wszystkich komisariatach, nie wiedziała, co się ze mną dzieje, a milicja nie pozwoliła mi nawiązać z rodziną kontaktu. To nie były ulotki ani antyrządowe, ani antypartyjne, one wyra- żały sprzeciw wobec używania przemocy i wzywały studentów do strajku. To, co robiła wtedy władza, było nie do pogodzenia z moimi ideowymi przekonaniami. Wtedy tego tak nie widziałem. Mogę skończyć? Ale ta przemoc była przecież wpisana w tamten ustrój.  O Partii Demokratycznej?  To się musi udać! Na spotkaniach z ludźmi mówię: Partia De- mokratyczna jest partią, którą powołaliśmy po to, byście mieli alternatywę. Po to, by wam powiedzieć, że nie jesteście skazani głosować na populistów, którzy radykalną retoryką chcą kupić wasze zaufanie. A oni?  Są zniecierpliwieni. Co wynika – pytają mnie – z waszego umiarkowania? Z tego, że macie rację? Kto te racje kupi? Ech, jesteście zbyt pasywni – mówią – ludzie potrzebują wodza, który zrobi porządek. Pytam więc ich: chcecie państwa, w którym są masy i wódz, który wie, co jest jedynie słuszne i dla was najlep- sze. Przecież to mniej demokracji, mniej społeczeństwa obywa- telskiego, mniej dialogu. Podstawą państwa musi być aktywny obywatel. Bez niego nic w Polsce nie da się zrobić! Nie oczekuję oklasków. Klaszczą?  Nie lubi pan?  Niespecjalnie. Bardziej zależy mi na rozmowie. Jestem człowie- kiem dialogu, debaty, człowiekiem poszukującym kompromisu. Zastanawia mnie – co pan więc robił w PZPR przez 21 lat.  Takich ludzi jak ja było tam dużo, naprawdę. Oni może nie pyskowali na zebraniach, nie widać ich było na zjazdach. Ale 12 w tamtym nierzeczywistym systemie, w którego upadek nie wie- rzyli, próbowali, bez rozgłosu, ratować – często coś drobnego, ale rzeczywistego. Był pan komunistą?  Czy ja wiem? Wierzyłem i nadal wierzę w sprawiedliwość spo- łeczną, równość szans. Tak zostałem wychowany. Moi rodzice – bardzo młodzi, gdy się urodziłem – około dwudziestki, też głę- boko wierzyli w sens przemian ustrojowych. Należeli do ZMP, potem do PZPR. Przynależność do partii była dla mnie czymś naturalnym. Odwrotnie niż dla Mazowieckiego czy Frasyniuka?  Moja żona ma wielki szacunek dla Mazowieckiego i Frasyniuka, dla tego, co zrobili w przeszłości. Ona się ucieszyła, że wyszed- łem z SLD i jestem z demokratami. Wie pani, moja żona po raz pierwszy nie protestuje, nie mówi zdecydowanego: nie. Co mówi?  Marysia? Spokojnie – prosi – nie czuj się odpowiedzialny za całą Polskę. Bo wcześniej?  W 1981 roku, kiedy wybrano mnie na I sekretarza organizacji uczelnianej, wahała się, czy to dobrze. Przekonywałem ją, że warto. Wybory wygrałem w ostrej rywalizacji. Po raz pierwszy były naprawdę demokratyczne. Czyli? Młodym czytelnikom należy wytłumaczyć.  Nie przyszedł instruktor z Komitetu Wojewódzkiego PZPR, nie wskazał, że sekretarzem powinien zostać ten i ten, bo cieszy się zaufaniem partii, tylko odbyło się normalne głosowanie, tajne. Nie miałem trzydziestki. Na Uniwersytecie Jagiellońskim wybo- ry wtedy wygrał Jerzy Jaskiernia, a na SGH Dariusz Rosati. A szefem PAX-u w Krakowie został Jan Król, były wicemarszałek sejmu z Unii Wolności. 13  Mój przyjaciel! To jest Kraków, my wszyscy się znamy. Bardzo lubiłem rozmawiać z Jasiem o polityce. Zniesiemy ich czapkami – zapewniał mnie. W 1981 roku rozpierał go entuzjazm. Jasiu – mówiłem – ulegasz złudzeniu. W konfrontacji nie macie żadnych szans. Nie pokonacie tej siły. Wybieracie się z motyką na czołgi. Dwa razy postąpiłem wbrew jej woli. Na przekór. Żonie?  Tak. Do najbardziej ostrej wymiany zdań między mną a żoną do- szło, gdy zgodziłem się być sekretarzem do spraw nauki i oświaty w komitecie krakowskim PZPR w 1986 roku. Ona wtedy gotowa była skoczyć mi do oczu i: robisz błąd – złościła się. – Będziesz za to płacił! krzyczała, tupała. Nie słuchała moich argumentów. Moje myślenie – wtedy, przez długie lata – opierało się na prze- konaniu, że ten system jednak da się zreformować od wewnątrz. Naprawdę?  A pani pamięta, co się wtedy w Polsce działo? Konserwowanie systemu, mimo że gołym okiem było widać, że on się zapada, kompletny marazm, jakieś nieudane, nieśmiałe próby reform. Stracone lata. Prawie całe pokolenie wyemigrowało. Ich teraz w Polsce brakuje. W gospodarce, w polityce. Ten system musiał upaść. Nie miałem racji, próbując go reformować. Rację mieli ci, którzy go chcieli obalić. I rację miała moja żona. Intuicja jej nie zawiodła. Potem złościła się: wybierasz Millera?  Ona zdecydowanie przeciwna była mojemu przyjściu do rządu w 2001 roku. Wybierasz Millera kosztem mnie, prawda?  Z dramatycznym dodatkiem: Jak możesz! Znowu popełniasz błąd – mówiła – to miejsce nie jest dla ciebie, to towarzystwo jest nie dla ciebie, ja tym ludziom nie ufam. O, towarzystwo!?  No tak, bo ja przecież byłem człowiekiem z boku. Fachowcem. Dla nich outsiderem. Już żadnym działaczem. Wyszedłem z SdRP 14 w kilkanaście miesięcy po zawiązaniu. Wyrażając w ten sposób swój sprzeciw wobec bardzo – według mnie – nieczystych spraw majątkowych i koncentrowaniu wysiłków nowej partii na obro- nie majątku po PZPR. Nie chciałem mieć z tym nic wspólnego. Wierzył pan w sukces SLD-owskiego rządu?  Zawsze się wierzy. Wszyscy w to wierzyli. SLD miało znakomi- te notowania w sondażach. Znacznie większe. Prawie 50 . Jak dzisiaj prawica.  Bo ludzie mieli dość amatorów – jak mówiono – z AWS. Elektorat SLD wołał: Buzek na wózek.  A dzisiaj mają dość SLD. Politycy zawsze rozbudzają w ludziach nadzieję i oczekiwania w sposób absolutnie fałszywy, grając na naiwności wyborców. Są według mnie dwie kategorie polityków: od zdobywania wła- dzy i prowadzenia gry politycznej oraz od rozwiązywania prob- lemów. Jedni potrzebują drugich. Bo pierwsi wygrywają wybo- ry, zapewniają, że jest większość parlamentarna, jest poparcie społeczne, a drudzy, że władza, którą zdobyli, służy – czemuś, zrealizowaniu konkretnych celów. Siebie zaliczam do drugich. Jestem od rozwiązywania problemów. Przez Marka Belkę znalazł się pan w rządzie?  On mnie zachęcał do pracy w rządzie. Zaprzyjaźniłem się z nim w zespole doradców prezydenta. Belka miał być wicepremierem i ministrem finansów. Powiedziałem mu, jeszcze przed wybora- mi: musisz publicznie odkryć, jak zamierzasz naprawiać finanse publiczne. One były w rozsypce, jak pani pamięta. Musisz to po- wiedzieć jak najszybciej, tak będzie uczciwie. Powiedział, że zamierza opodatkować oszczędności.  Po wyborach aparat SLD-owski oskarżył go, że 3 głosów stra- ciliśmy przez niego. Choć Marek uprzedził Millera, że powie. Aparat stwierdził, że Belka przeholował, przestraszył ludzi, przed wyborami o przykrych rzeczach się nie mówi. 15 Aparat czym jest?  Muszę cofnąć się w czasie. Opisać życie codzienne komitetu wo- jewódzkiego PZPR w drugiej połowie lat 80. Pierwszy dzień. Wybierają mnie na jednego z sekretarzy, dziękuję i zbieram się do domu. A ty dokąd? – pyta mnie jeden z towarzyszy. Do domu. – Czyś ty zwariował! Teraz idziemy na spotkanie do ośrodka wy- poczynkowego prezydenta miasta, zawsze po wyborach się tam spotykamy, musisz. Są: prezydent, przewodniczący rady narodowej, szefowie służb miejskich, policji. Hołdy dla I sekretarza PZPR: my tu, towarzy- szu sekretarzu, lojalni, oddani sprawie. Zastawione stoły, toasty, pikantne żarty, grube dowcipy. „Po czym poznać mężczyznę”, tak?  (Uśmiech) Mija godzina, dwie, pytam sąsiada przy stole: ile to będzie trwało? Do rana. Mówię: nie zamierzam siedzieć do rana. Słyszę: nie masz wyjścia. – Jak to nie mam – dziwię się – ja po prostu wyjdę. Mówi: człowieku! Co ty wygadujesz, musisz! Więc poszedłem do pierwszego i powiedziałem: towarzyszu I se- kretarzu, umówiłem się z żoną, wracam do domu. Musisz, Jurek? – zapytał. Muszę, obiecałem. Zbaraniał. Powiedział jednak: jak musisz, to idź. Zwykle pod koniec każdego dnia wszyscy zbiegali się do gabi- netu I sekretarza. Nie idziesz? Musisz – słyszę. Raz poszedłem. W gabinecie rozmowy: Maćka się zdejmie, Marka przesunie, Włodek pójdzie tam, Janka się załatwi, Edka rzuci na rurociągi, Leszka na szkołę. I picie. Ci ludzie w ogóle nie znali świata, któ- ry ich otaczał. Wożeni byli samochodami z domu do komitetu, z komitetu na zebranie, mieszkali przeważnie razem, za ścianą mając kolegę-towarzysza, i po przyjściu z KW przewalali się od jednego do drugiego, stale intrygując. Pan znał?  Ja byłem z innej bajki. Pracowałem w Akademii Ekonomicznej, miałem swoich studentów, kolegów, uczestniczyłem w różnych konferencjach. Partia była tylko częścią mego świata, nie naj- ważniejszą. A oni cały czas tkwili w getcie. Od święta robili teatr, 16 czyli plena, na których klepało się ideologiczne formułki, a na co dzień ustawiali ludzi. Załatwiali niepokornych, awansowali po- kornych. Ustawiali w drodze uzgodnień w gabinetach, szeptan- ce na ucho oraz w nagrodę za demonstrowanie lojalności wobec I sekretarza. Kto nie demonstrował mu lojalności – był podejrza- ny. Kto z nimi nie pił – obcy. Pan?  Byłem podejrzany i obcy. Po trzech latach zmaltretowany mo- ralnie. Żonie przyznałem rację. Miałem poczucie zmarnowanego czasu. Ten aparat został. Marek pójdzie tu, Włodka się załatwi, a Leszka przesunie?  Układanie, rozprowadzanie, ustawianie oraz strach przed inicja- tywami obywatelskimi i organizacjami pozarządowymi, którymi nie da się ręcznie sterować. Z powodów doktrynalnych?  Nie, mentalnościowych. To takie wychowanie. Od młodości w ZMS, PZPR, w organizacjach, w których trzeba było udawać jakieś przekonania, wymyślać jakieś racje, wykazywać elastycz- ność, uprawiać mimikrę. Po zmianie ustroju szybko zrozumieli, że trzeba znać języki, chodzić do wyborców na spotkania, rzucić im dowcipny bon mot, nosić modny krawat i oni tę inżynierię komunikacyjną łatwo opanowali. Ale nawyki PZPR-owskie zo- stały. Ten aparat jest bardzo sprawny. Dobrze przygotowany do konstruowania list wyborczych, zdobywania zwolenników. Zna- komicie organizuje konferencje prasowe. Rozstawia się na sali własnych dziennikarzy, którzy zadadzą ładne pytanie, kiwnie na swoich ludzi, by w odpowiednim momencie tego dziennikarza uruchomili, załatwi się kamerzystów, by ich filmowali jak najko- rzystniej. Efekt: w 1993 roku – wygrane wybory w 21 , a w 2001 – w 42 .  Nieszczęście zaczyna się wtedy, gdy po zdobyciu władzy trzeba rozwiązywać problemy społeczne. Gdy trzeba oddzielić interes 1 Nie wiem, choć nie sądzę. partii od interesów państwa, a czasem dla dobra państwa nawet go poświęcić. SLD w sumie okazało się do tego niezdolne. Platforma Obywatelska jest zdolna? Prawo i Sprawiedliwość?  Bo pana reformy, np. ubezpieczeń rolniczych, partie te nie poparły. I za to zapłacą. Nie znam jednak tych partii od wewnątrz, nie  mogę się obiektywnie wypowiadać. Mogę o swojej. Nie wiem, czy pani pamięta taki moment – wybiegając w przy- szłość – kiedy lider z Podkarpacia Krzysztof Martens powiedział: plan Hausnera jest dobry dla państwa, ale szkodzi SLD. Rok temu.  Z półtora. Leszek Miller napisał mi na kartce: musisz zareago- wać. Uznał, że to atak na niego i uderzenie we mnie, a ja uznałem, że Martens mnie wspiera. Qui pro quo. Miller do mnie: broń się. A ja: po co? Miller: mów, że to jest dobre dla SLD. Powiedziałem: obowiązkiem SLD jest robić rzeczy korzystne dla państwa, bo w ten sposób SLD pokaże, iż nie boi się wziąć odpowiedzialności za państwo i dzięki temu w przyszłych wyborach będzie miało szanse. W przeciwnym razie je dokumentnie przekreśli. Wielu wtedy uznało: Martens otworzył nam oczy, plan Hausnera jest niedobry dla SLD. Miller twardo oświadczył: to, co dobre dla państwa, jest dobre dla SLD. Czyli: Martens nie ma racji, idziemy do przodu, nie ma o czym gadać. W 2001 roku wiedzieliście dokąd?  Po kolei. Pod koniec sierpnia, jeszcze przed wyborami, ostrzega- łem, że program SLD opracowany przez czterdzieści zespołów nie składa się na żadną całość, jest zbiorem luźnych pomysłów. Nie mamy żadnego programu – mówiłem. – Gospodarczego pro- gramu także nie ma – mówiłem Markowi Belce. Jak dzisiaj?  Dzisiaj – porównując – jest gorzej. Do rządzenia szykuje się ko- alicja rozdzierana ambicjami przywódców i z tego, co widać na razie – niezdolna uzgodnić żadnego wspólnego programu. 1 Wtedy do Sejmu nie zamierzałem kandydować. Sytuacja zmie- niła się po nagłej śmierci Andrzeja Urbańczyka. Krzysiek Janik oświadczył mi: jesteśmy w trudnej sytuacji, mamy dwa tygodnie do zamknięcia list. I: musisz nam pomóc, musisz kandydować. Zrób to dla partii.  Niespecjalnie chciałem być posłem. Jestem człowiekiem, któ- ry kocha mieć świat uporządkowany, zorganizowany, po prostu rozsądnie ułożony. Do stanowiska rządowego, z czym się liczy- łem, przygotowywałem się przez rok, ładowałem akumulatory. Ostatnie wakacje przed emigracją do Warszawy chciałem spę- dzić z rodziną. Nie planowałem uczestniczyć w kampanii wy- borczej. Te wakacje miały być prezentem dla mojej żony i dwóch córek. Zamierzałem je spędzić w nowo wybudowanym domu na wsi. O domu na wsi marzyłem od lat. Moje posłowanie zaczęto wiązać także z przejęciem przeze mnie innej roli Andrzeja Urbańczyka – przewodniczeniem „Kuźnicy”. Nie bardzo chciałem. Zaczęto wywierać na mnie presję. Z jednej strony ludzie z „Kuź- nicy” – taką pozytywną, dowartościowującą: słuchaj, nadajesz się, pomóż. Im na moim posłowaniu bardzo zależało, także dla- tego, że „Kuźnica” nie ma pieniędzy i Andrzej Urbańczyk utrzy- mywał ją ze swoich diet poselskich. Liczyli, że te zobowiązania po nim przejmę. Z drugiej strony poszedł nacisk ze strony kierownictwa SLD, mniej sympatyczny, bo polityczny. Usłyszałem: bezpartyjnych fachowców mamy dość, więc decyduj – albo jesteś z nami, albo no, zastanowimy się, czy jesteś nam w ogóle do czegokolwiek przydatny. Uległem. Szantaż?  Bardzo chciał pan być ministrem?  Chciałem. Było to spełnienie ważnych dla mnie ambicji. Możli- wość pokazania, co potrafię. Szansa pracy, tym razem na własny rachunek. Chciałem podejmować decyzje i za ich podejmowanie 1 ponosić odpowiedzialność. Przedtem, w latach 1993–97, byłem doradcą Grzesia Kołodki. Wicepremier Kołodko mówił, że jest pan jego prawą częścią mózgu. Byłem od strategicznego myślenia. Oraz grałem przy nim rolę  psychoterapeuty, człowieka, który ma go trochę tonować, a tro- chę osłaniać. Doświadczenia z tych lat nie były złe. Tamta ekipa zupełnie dobrze sobie radziła. Normy przyzwoitości były zacho- wane. Uważano: „nam wolno trochę mniej” i „my musimy od siebie wymagać więcej”. Został pan ministrem pracy i polityki społecznej.  Propozycja trochę mnie zaskoczyła. Chciałem być ministrem gospodarki albo wiceministrem odpowiedzialnym za reformę górnictwa. Wziąć się za najtrudniejsze zadania. Ale nie dysku- towałem. Potem się dowiedziałem, że ministrem pracy planował zostać Andrzej Piłat, baron z Mazowsza. Hausnera – powiedział Millerowi – biorę, jak najbardziej, świetny ekspert. Baronowie uważali, że to oni powinni być ministrami, a tacy jak ja wicemi- nistrami. Bo to oni wygrali wybory i zapewnili Millerowi wła- dzę. I to oni zagwarantują mu kontrolę nad aparatem, więc należą się im za to stanowiska. Miller usadził ich wtedy. Bardzo twardo się im przeciwstawił. W rządzie znalazła się tylko baronowa z Poznania, Krystyna Ły- backa. Także dlatego, że potrzebne były kobiety. Drugą była Barbara Piwnik.  Pani Piwnik nie była dla mnie żadnym problemem. Absolutnie nie przyjmowałem do wiadomości, że w tej nominacji chodziło o FOZZ czy osłanianie kogokolwiek czy czegokolwiek. Dzisiaj też nie przyjmuję. Jej nominację na ministra sprawiedliwości oce- niałem jako chytry zabieg Millera, by szeryfowi Kaczyńskiemu, który był przed nią, przeciwstawić szeryfa w spódnicy. Była w SLD-owskim środowisku osobą obcą bardziej niż ja, zagubioną. Rzadko się odzywała. A potem się okazało, że sytuacja ją prze- rosła. 20 A minister Łapiński?  Aż nie chce mi się o nim mówić. Rząd Millera nie był zasadni- czo źle skonstruowanym rządem. Byli w nim ludzie, do których Miller miał zaufanie, ale – widać było – że zależało mu także na ich kompetencjach. To miała być dobra drużyna. Posłuszna?  Nie, nie, dobra. Kompetentna, skuteczna w działaniu. Największym błędem Millera była obsada stanowiska ministra zdrowia. Łapińskiego widziałem wcześniej może na dwóch, trzech spotkaniach, gadał jakieś rzeczy, których nie akceptowa- łem, spierałem się z nim. Odniosłem wrażenie, że to człowiek, który ma uproszczone widzenie problemów, zachowawcze, wręcz prymitywne. Na pierwszym posiedzeniu rządu objawił mi się jako człowiek brutalny w obyciu, brutalny w sposobie wy- powiadania się, w zachowaniu, z nieprawdopodobnym tupetem, agresją, wręcz bezczelnością. Jak Giertych?  U Giertycha jest ideologia, przywiązanie do doktrynalnych racji, które według niego usprawiedliwiają każdą metodę walki i każde zachowanie. To bardzo niebezpieczna mieszanka. Cel uświęca środki.  A w imię tych celów – wszystko wolno. Łapiński zaś żadną ideo- logią się nie kieruje: „Postawię na swoim, moje ma być na wierz- chu”. Krążył po wszystkich gabinetach, każdego oczerniał, Bóg wie o co ich oskarżał. Wbijał Millerowi do głowy, że ten spiskuje przeciwko niemu, tamten spiskuje. Na radach ministrów docho- dziło do ho, ho! ostrych zderzeń, najmocniejszych między nim a Kaczmarkiem. Oni się nienawidzili. Łapiński miesiącami dręczył Millera, by Belkę i Kaczmarka z rządu wyrzucił. Grał jakimiś insynuacjami, zarzucał im, że są związani z tym, z owym. Ja byłem na trzecim miejscu jego listy osób do zwalczania. Rzu- cał we mnie jakimiś groźbami, lekceważyłem je. 21 Czym groził?  Dam przykład intrygi. Wystąpiłem na dużej otwartej konferencji. Mówiłem, dlaczego kolejne rządy nie umiały sobie poradzić z restrukturyzacją trud- nych sektorów gospodarki i usług publicznych, wspomniałem też – bardzo ogólnie – o nieudanych próbach reform w ochronie zdrowia i wyliczyłem popełniane błędy. Nie mówiłem nic o Ła- pińskim. Aczkolwiek wszyscy na sali domyślali się, że krytyczne uwagi odnoszą się także do reform Łapińskiego i Narodowego Funduszu Zdrowia. „Gazeta Wyborcza” napisała to wprost, bez żadnych domyślników. Łapiński poleciał na skargę do premiera. Nakrzyczał: On natychmiast musi być odwołany! Zadzwonił do mnie Marek Wagner, szef kancelarii Millera: Premier prosi – po- lecił mi – żebyś napisał w tej sprawie wyjaśnienie. Jak w PRL?  W PZPR! Notatki wyjaśniające na okoliczność, co się powie- działo, a czego nie powiedziało, bo jacyś towarzysze donieśli, pisałem, jak byłem sekretarzem komitetu uczelnianego i potem KW PZPR w Krakowie. Nagadałem Wagnerowi. Czy ty zdajesz sobie sprawę? Co robisz? Co wy robicie! Przez 48 godzin byłem wściekły. Potem napisa- łem Millerowi: na konferencji nie użyłem ani nazwiska ministra Łapińskiego, ani nazwy Narodowy Fundusz Zdrowia. Mnie cho- dziło o zasady. Prawdą jest jednak, że mówiąc o naruszaniu za- sad, myślałem także o działalności ministra Łapińskiego. Skoro jednak znalazłem się w sytuacji, że muszę powyższe wyjaśnienie złożyć, dodam, iż Mariusza Łapińskiego uważam za postać nie- zwykle szkodzącą SLD i państwu. I niedługo zobaczy pan, panie premierze, jakie będą tego skutki. Notatkę wysłałem. I sprawa zniknęła. Żadnej reakcji?  Żadnej. Nawet telefonu. Do dzisiaj nie rozumiem, skąd w Mil- lerze była taka nadzwyczajna wyrozumiałość i tolerancja wobec Łapińskiego. 22 Ucho?  Może. Ale jakież to PZPR-owskie. Łapiński do Millera przycho- dził i donosił, że ten jest z tym i tym, będę miał na nich materiały, przyniosę, bo oni to i owo. Może Łapiński zaspokajał jakąś po- trzebę Millera, choć psychologicznie dziwną, wręcz samobójczą. Każdy chyba z ludzi sprawujących władzę musi ten skompliko- wany świat jakoś ogarnąć, by go zrozumieć. Łapiński mu ten świat upraszczał. Daj dowód – powiedziałem sobie – że można zachowywać się inaczej. Nie rozpychaj się, nie rywalizuj o wpływy oraz nie włą- czaj się w żadne gry polityczne. Byłem skoncentrowany na ro- bocie. Wstaję o 5 rano, dwie godziny siedzę nad papierami, przygo- towuję się do pracy i idę do ministerstwa. Zaczynam o 8 rano, kończę o 21, wracam do pokoju w hotelu sejmowym, o 22 włą- czam telewizor, przeglądam papiery do północy. A następnego dnia znowu: pobudka o 5, gorąca kąpiel... I tak dzień po dniu, w podobnym rytmie. A wokół biegają dziennikarze. Polują na twoje potknięcie. Taka scena. Idę do Belki w sprawach budżetowych i na koryta- rzu siedzi jakiś facet, nie wiedziałem, że to dziennikarz. Z długą grzywą, uśmiecha się. Miły człowiek – myślę. Dzień dobry panu, dzień dobry. Wracam od Belki, on do mnie podchodzi, myślę: może chce mnie o coś zapytać i z uśmiechem też podchodzę, a ten z agresją: „Co panu dał Belka!?” – i zza pleców wyciąga mikrofon. – „Na co się pan zgodził?!” Wstrząs! To tak, jakby ktoś panią oblał zimną wodą czy postawił pod prysznic. Jak tak można? Nie polujcie na mnie. Nie jestem zwierzyną. Jestem pro- stolinijny, otwarty, nie kłamię, ale proszę: dajcie chwilę się zasta- nowić nad odpowiedzią, bym nie gadał głupstw. A Belka, co panu miał dać?  Nie pamiętam, chodziło o uzgodnienie jakichś spraw dotyczą- cych budżetu ministerstwa. Pamiętam, że po paru miesiącach wiedziałem, że dobrze nie idzie. Ciągle były żądania: gdzie są nasze przywileje, załatwiajcie nasze sprawy. SLD bardzo szybko 23 po wyborach stało się urzędem pracy. Gdzie są owoce naszego zwycięstwa? – pytali. Czego od pana oczekiwano?  Że będę pomagał załatwiać sprawy, które pomogą budować po- zycję SLD w terenie. Sekciarskie myślenie. Oświadczałem czę- sto: nie jestem ministrem małopolskim czy wielkopolskim, ale ministrem ogólnopolskim i odpowiadam za cały rynek pracy, a nie tylko w regionie, w którym chcecie wzmocnić poparcie swego elektoratu. Dali spokój?  Nie. Ale nie ulegałem, jeśli rzecz uważałem za niesłuszną. Uwa- żano mnie więc za technokratę i aroganta. Swoich studentów uczę zawsze: działajcie metodą pokazową. Nie nakazową czy zakazową. Jeżeli chcecie, by ludzie opo- wiedzieli się po dobrej stronie, musicie im pokazać, że można inaczej. I warto inaczej. W każdym układzie politycznym moż- na być przyzwoitym człowiekiem, można nie dać się ubabrać w żadną aferę i zachować niezależność. Bankiety?  Nie chodziłem. Ja zasadniczo na żadne obiady i rauty nie chodzę. Do ambasad także nie. Potrzeby towarzyskie zaspokajam, spoty- kając się z rodziną i moimi studentami. To Belka. Kopał się pan z koniem?  I nie wytrzymał?  Nie, nie. Marek nie odszedł z rządu sam z siebie. Jego do dymisji sprowokowano. Ten koń najpierw mocno go poturbował. Marek bardzo boleśnie odczuł smak tego turbowania. Koniem był kto?  Otoczenie premiera. Miller od początku marzył o Kołodce. Mó- wił: Belka to człowiek zbyt racjonalny – nie skoczy do oczu, za spokojny – nie walczy. Nikogo do siebie nie przekona. Nie ma w nim serca, tylko rozum. A Kołodko to pasjonat, Grzesiu nagada, 24 że „produkcja rośnie, a inflacja maleje” i produkcja rzeczywiście wzrośnie. Miller traktował Kołodkę jak cudotwórcę. Ale prezydent wolał Belkę?  Wolał. I przekonał Millera. Prezydent traktował Belkę jako swo- je wielkie odkrycie, pasjami lubił z nim rozmawiać. Ja także. Bo Marek jest miłym, dowcipnym, niezwykle inteligentnym czło- wiekiem, z którym chce się przebywać i pracować, a Kołodko jest egotyczny i próżny. Miller kiedyś go nie cierpiał i zwalczał. Ale cechą Millera jest to, że umie dostrzec instrumentalną war- tość osoby, potrafi swoje relacje z ludźmi zracjonalizować. Sły- szał wciąż: za Grzesia była Strategia dla Polski, wielkie zespoły nad nią pracowały, wzrost gospodarczy i kurczę, w ogóle wszyst- ko lepiej się układało. Marka oplątano insynuacjami. Wie pani, jak to się robi? Jednego dnia powiedziano mu: wiesz, ty masz teczkę, ale nie musisz się martwić. My to załatwimy?  Nie, nie, wszystko jest w porządku. Po trzech dniach usłyszał: wiesz, tam coś jest. Mógłbym zobaczyć? Nie, nie, nie ma żad- nych powodów i w ogóle, wiesz, przepisy nie pozwalają. Skąd wiedzieli?  No, wie pani, aparat zawsze zbierał na ludzi haki i je w odpo- wiednim momencie wyciągał. A w polityce ważny był ten, kto tych haków skolekcjonował najwięcej. Jak dzisiaj?  Dzisiaj dziwi mnie, że dawni opozycjoniści, niewychowani w aparacie PZPR-owskim, zwyczaje tego aparatu tak łatwo prze- jęli. Oni oczywiście używają innych słów i innych argumentów, ale osaczanie ludzi pozostało. Wtedy Belka tego nie wytrzymał. Wymieniony został na Kołodkę.  A Grzesio: „Ten rząd z premierem Leszkiem Millerem na czele zapewni społeczeństwu wzrost gospodarczy, zmniejszenie bez- robocia, poprawę życia emerytom...”. Otoczenie Millera było za- 25 chwycone. Polepszą się nastroje społeczne i wzrośnie poparcie dla SLD. Polepszyły się na chwilę.  Nie mogło być inaczej. Bo jaki był program tego rządu? Jaki był jego plan polityczny? Jakie miał zaplecze? Patrzyłem na Jaskiernię. Kiedyś to był błyskotliwy umysł, uwa- żałem go za najlepszego z nas młodych. To, co się z nim stało, to katastrofa. Był przewodniczącym klubu parlamentarnego. Stracił jakąkolwiek energię, jakąkolwiek zdolność działania. Wyglądał jak manekin. I nikt na to nie reagował. Zamiast poważnej reflek- sji i politycznej inicjatywy próbowano rozładować narastające konflikty upuszczaniem pary. Z kotła?  Zbierało się wszystkich pod hasłem: musimy z sobą porozma- wiać. Rozmowa polegała na tym, że ludzie skakali sobie do oczu, wyzywali się i po kilku godzinach wykrzyczenia się – rozchodzi- li. Z tego gadania nic nie wynikało. A machina rządowa napędzana kalendarzem europejskim praco- wała, strasznie szybko pracowała. Szybciej i szybciej. Miller ją napędzał. A gdy pojawiały się poważne trudności – żadnej re- fleksji, czy nie popełniamy jakiegoś błędu, który należałoby sko- rygować, żadnego zastanowienia się, jak tych potknięć uniknąć. Miałem wrażenie, że jedziemy szybko, coraz szybciej, samocho- dem, który powoli traci sterowność, a droga, którą się porusza- my, jest coraz bardziej karkołomna. Chyba na wiosnę 2002 roku dotarło do mnie, że grozi nam wyko- lejenie się. Wyraźnie już było widać, że się wykoleimy. Ten samochód jechał bez wizji. Bo ...?  Nie wiedział dokąd?  Nie miał wyznaczonej stacji docelowej. Nie było wizji Polski za 10, 15 lat. Jedynym twardym punktem, który – zresztą uspra- wiedliwia według mnie pozytywną ocenę rządu Millera – była 26 Unia Europejska i doprowadzenie nas do niej. Tutaj jego deter- minacja, konsekwencja, jego bezwzględność absolutnie służy- ły sprawie. I skoro miał Cimoszewicza, Hübnerową i Pietrasa, wszystko to zostało zrobione. Czyli plan prezydenta, by Miller w dzień po wygranym referendum europejskim odszedł, był dobry?  Bardzo dobry. Tylko sposób jego rozegrania, niestety, fatalny. Ja to im w którymś nawet momencie powiedziałem. Nie ma żad- nej sprawy z odejściem Millera. W SLD jest siedmiu czy ośmiu ludzi, którzy się naprawdę liczą, trzeba ich zebrać, ustalić, że następcą Millera zostanie ten i ten, po czym pójść do niego grupą i powiedzieć: Leszku, zrobiłeś bardzo dużo, szanujemy to, ale musisz odejść, na warunkach honorowych – po wprowadzeniu Polski do Unii. Ale do Millera nikt nie poszedł. Nie umieli się dogadać, kto będzie następcą. Bo każdy chciał być następcą?  Każdy. A odejść pan nie zamierzał?  Wiele osób mówiło mi: porzuć Millera, odwróć się od niego, a za chwilę sam będziesz premierem. Do czego wy mnie namawiacie? – pytałem ich. Ja miałbym zachować się w sposób nieuczciwy? I jeszcze mieć z tego korzyść? Namawiacie mnie, bym postąpił w sposób, którego nie znoszę i nie chcę, by stosowano go wobec mnie? To niemożliwe! Wiele jednak osób okazywało mi szacunek. I ten szacunek był dla mnie czynnikiem skłaniającym mnie do pozostania. Żeby łatwo się nie poddawać, dalej próbować. A kiedy zorientowałem się, jak funkcjonuje Polska z perspektywy „warszawki”, powiedzia- łem: Polskę ogarnęła epidemia szaleństwa. Tutaj w Warszawie co drugi to wariat. Patrzyłem, jak zachowywał się Manicki, jak za- chowywał się OPZZ, jak zaczęła zachowywać się „Solidarność”, dla mnie stało się jasne, że my jesteśmy po prostu chorzy. 2 Wszyscy?  Powszechnie. Myśli się kategoriami: my kolejarze, my nauczy- ciele, my górnicy. Góruje myślenie korporacyjne i resortowe. Zamknąłem się w małym zespole. Dzień po dniu walka z szaleń- stwem, które nas ogarnia. Szło mi. Więc zaczęli mi coraz więcej dokładać. Jurek, weź to, Jurek, weź tamto. A potem... Afera Rywina.  Jakby ktoś rzucił granat w szambo. Był taki dzień, że prasa napadła na syna Millera. Nie wytrzymał nerwowo. Wyszedł z posiedzenia Rady Ministrów. On jest głę- boko przywiązany do rodziny. Chronił ją przed mediami. Po raz pierwszy zobaczyłem Millera, który ma dość. Ten silny kanclerz załamał się. Chciał pisać rezygnację do prezydenta. Wagner po- jechał do niego do domu i go powstrzymał. Nieprawda, że afery zaczęły się za rządów SLD. Jest to totalna nieprawda. One towa- rzyszyły nam w PRL i od początków transformacji ustrojowej. To był proces. Uruchomiony nie przez jedną osobę i nie przez jedno tylko środowisko. Zaczął się od poluzowania. Dziesięć lat temu, pamiętam, Grzesio Kołodko, był wtedy wi- cepremierem, mówił, że Kulczyk zaprosił go na kolację i poda- rował mu krawat. Mnie to zdziwiło, tym bardziej że Grzegorz raczej stronił od nowobogackich. Nie oburzyło?  Nie, wtedy nie. Bo wie pani, nic takiego strasznego się nie stało. Teraz widzę: stało się stopniowe luzowanie obyczajów. Politycy, dziennikarze, społeczeństwo dawali na to przyzwolenie. Nastą- piło zblatowanie – jak teraz mówimy – i stało się normą. A gdy jest normą, to na pęczki pojawiają się Pęczaki, czyli patologia. Bo wie pani, jak Pęczak wie, że żonę Millera zatrudnia jeden biznesmen, a jego syna – drugi, to myśli: jemu wolno, a mnie nie wolno? I robi interes z Dochnalem. Bo dlaczego nie? A w chwili zagrożenia, gdy policja depcze po piętach: Jak to, koledze w trud- nej sytuacji nie pomożesz? Czyli PRL-owski standard. Ja tobie – ty mnie. W klanie obowiązuje zasada wzajemnego popierania się, słowo „nieprzyzwoite” nie obowiązuje. 2 Wszystko wolno?  Jeden z ministrów, bardzo dobry i którego bardzo lubiłem, zapro- ponował – wpadnijmy do restauracji. Jeść nie będę – powiedzia- łem – ale wypiję lampkę wina. Zamawia wino. Bardzo drogie. Nie lepiej tańsze? – zaoponowałem. „Ach, wiesz, taki miły wieczór”. Pomyślałem: stać go, ma kaprys, w porządku. Przyszedł właści- ciel restauracji i zapłacił. „Zepsułeś mi wieczór powiedziałem mu – nigdy z tobą więcej nie pójdę”. „Ten właściciel jest moim przyjacielem” – tłumaczył. „Nie szkodzi! Ty jesteś ministrem, tobie robić tego nie wolno. Nie wolno, rozumiesz?” Zrozumiał?  Przeprosił: „Masz rację, nam nie wypada”. 2 I. Z „KuZnIcy” � TranSformacja i program goSpodarczy U podstaw transformacji gospodarczej w krajach postsocjali- stycznych, której historię zamierzam przedstawić w syntetycznym skrócie, leży „waszyngtoński consensus”. To ukształtowane przez międzynarodowe organizacje finansowe (Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy) i amerykańską administrację podejście odnoszące się do sposobu przechodzenia od gospodarki o silnej dominacji państwa do gospodarki rynkowej. Ten sposób myślenia, wypracowany głównie na potrzeby krajów Ameryki Łacińskiej, leży u podstaw zmian, które zainicjowano w latach 90. w Polsce i w in- nych krajach naszego regionu. Na „waszyngtoński consensus” składa się dziesięć następują- cych zaleceń: • • • • • • • • Należy przywrócić dyscyplinę fiskalną. Państwowe subsydia powinny zostać zniesione, natomiast w wydatkach budżetowych preferować należy edukację i opie- kę zdrowotną. Konieczna jest reforma podatkowa, ukierunkowana na posze- rzenie bazy podatkowej i ustanowienie umiarkowanych krań- cowych stóp podatkowych. Stopy procentowe ma określać rynek i powinny być realnie dodatnie. Kursy walutowe ma także kształtować rynek. Potrzebne jest zliberalizowanie reżimów handlowych, nato- miast liberalizacja przepływów kapitałowych nie jest wska- zana. Ograniczenia dotyczące bezpośrednich inwestycji zagranicz- nych powinny zostać zniesione. Przedsiębiorstwa państwowe muszą zostać sprywatyzowane.  Wystąpienie na zebraniu „Kuźnicy”, 25 lutego 2002. 33 Działalność gospodarcza ma zostać zderegulowana. Prawa własności muszą być chronione i zabezpieczone. • • Ten sposób myślenia o polityce gospodarczej i działaniach sy- stemowych symbolizują najlepiej trzy pojęcia kluczowe: deregula- cja, liberalizacja i prywatyzacja. W jego ramach koncentrowano się przede wszystkim na zagadnieniach makroekonomii, a dominują- cym paradygmatem naukowym był monetaryzm. Zanim przejdę do opisu obecnej sytuacji polskiej gospodarki, pragnę postawić następującą tezę, o której słuszności jestem moc- no przekonany: formułowanie właściwego programu gospodarcze- go wymaga nie tylko analizy sytuacji gospodarczej, czyli nie tylko tego, co koniunkturalne, ale także rozpoznania stanu gospodarki, czyli jej strukturalnych cech. W tym kontekście przedstawię zestaw negatywnych cech struk- turalnych polskiej gospodarki (co nie znaczy, że nie ma ona pozy- tywnych cech). Dodam także, że te słabości polskiej gospodarki są głównie efektem transformacji, a nie spadkiem po poprzednim sy- stemie gospodarczym. Zaliczam do nich: Masowe strukturalne bezrobocie. Wysoki poziom nierówności dochodowych. Szeroką i głęboką strefę ubóstwa. Polaryzację społeczno-ekonomiczną miasto–wieś. Nadmierne obciążenie budżetu państwa wydatkami socjalny- mi. Niski poziom akumulacji i inwestycji. Niski poziom oszczędności. Podporządkowanie sektora bankowego, a nawet szerzej – fi- nansowego, globalnym sieciom kapitałowym (banki kierują się w polityce kredytowej racjonalnością, która wynika z ana- liz rynków globalnych, a nie rynku krajowego). • Bardzo niski poziom nakładów na badania i rozwój. • Niedorozwój infrastruktury technicznej i usług publicznych. Świadomie wybrałem cechy negatywne i pomijam aspekty po- zytywne, ponieważ polityka gospodarcza nie może reagować tylko na sygnały koniunkturalne i rynkowe szanse. Powinna być przede • • • • • • • • 34 wszystkim zorientowana na przezwyciężanie strukturalnych słabości, które ograniczają i hamują zdolności konkurencyjne gospodarki. Moim zdaniem nie należy przeciwstawiać rynku i państwa, a pra- widłowa regulacja gospodarcza wymaga aktywnej roli państwa. Analizując gospodarkę, trzeba więc przyjrzeć się i państwu, które jest animatorem polityki gospodarczej. Opisując stan państwa z per- spektywy, która mnie interesuje, odwołam się do koncepcji autor- stwa szwedzkiego laureata Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii – Gunnara Myrdala. To on, opisując tzw. Kraje Trzeciego Świata, posłużył się pojęciem „miękkiego państwa”, które scharakteryzował następująco: • • • • • • • • Niski poziom dyscypliny społecznej. Znaczne niedostatki w ustawodawstwie. Nieskuteczność w egzekwowaniu prawa. Rozpowszechniona korupcja. Wykorzystywanie władzy politycznej i gospodarczej do reali- zacji partykularnych interesów jednostek i małych grup. Niska efektywność wykorzystywania funduszy ekonomicz- nych. Samowola i niezdyscyplinowanie urzędników. Niska skuteczność we wprowadzaniu reform sprzyjających rozwojowi gospodarczemu i większej sprawiedliwości spo- łecznej. Trzeciego elementu syntetycznego ujęcia problemów polskiej gospodarki dostarcza „Diagnoza 2003” – opracowanie sumujące wyniki wielkiego badania społecznego przeprowadzonego przez grupę znakomitych polskich socjologów. W opisie stanu społeczne- go Anno Domini 2003 zwraca uwagę fakt, że aż 68 badanych ne- gatywnie ocenia wpływ, jaki na ich życie miały zmiany, które zaszły po 1989, a tylko 19 uważa, że te zmiany były dla nich korzystne. Przy czym zmiana ocen – z pozytywnych na negatywne – dokonała się przede wszystkim pod koniec poprzedniej dekady, a w latach 2001–2003 wzrost udziału ocen negatywnych został nieco wyha- mowany. Oznacza to, że społeczeństwo zatraciło poczucie kierunku i celowości zmian. Narasta społeczny stres oraz poczucie niepewno- ści i lęku o przyszłość. 35
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Z „Kuźnicy”, z rządu i spoza...
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: