Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00266 005552 13606098 na godz. na dobę w sumie
Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego - ebook/pdf
Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 335
Wydawca: Histmag Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-930226-5-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże >> literatura faktu
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

„Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego” to niezwykły, rzetelny i emocjonujący opis tego, jak wyglądało powstanie warszawskie, życie przed wojną i podczas okupacji, a także lata powojenne. widziane oczyma jednego z jego uczestników. Fragmenty wspomnień prof. Bernhardta spotkały się z żywym zainteresowaniem dziesiątek tysięcy ludzi. Dziś w pełnej wersji w formie książkowej!

Powstanie warszawskie z pierwszej ręki. Jedyna w swoim rodzaju opowieść o życiu przed wojną i podczas okupacji. Relacja niezwykłego człowieka, który w szczery i bezpośredni sposób opowiada o prawdziwych ludziach i emocjach. O perypetiach, które wydają się nieprawdopodobne. Książka, która Cię poruszy!

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Książka dostępna w sprzedaży w przystępnych cenach: — w wersji papierowej i elektronicznej — na stronach portalu Histmag.org ‹http://histmag.org›. Jeśli korzystasz z publikacji z naruszeniem praw autorskich, zachęcamy do zakupu oryginału i wsparcia jej twórców. Maciej Bernhardt Z Miodowej na Bracką Opowieść powstańca warszawskiego Kraków 2012 Redakcja językowa i merytoryczna Kamil Janicki Projekt okładki, skład i łamanie Piotr Pielach Marketing, koordynacja działań promocyjnych Michał Świgoń Wszystkie wykorzystane fotografi e zostały udostępnione przez autora i pochodzą z jego prywatnych zbiorów. Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego Copyright © 2009 by i-Press Piotr Pielach Copyright © 2012 by Promohistoria Michał Świgoń All rights reserved ISBN: 978-83-930226-5-6 Wydanie elektroniczne Kraków 2012 i-Press Piotr Pielach www: http://i-press.pl Portal internetowy „Histmag.org” e-mail: redakcja@histmag.org www: http://histmag.org Wybucha Powstanie Na pierwszą zbiórkę alarmową w dniu 28 lipca 1944 roku (pią- tek) stawiła się cała nasza sekcja, prócz Andrzeja Krupińskiego. Chyba były jakieś kłopoty z jego zawiadomieniem. Nie pamiętam jednak szczegółów. Nie pamiętam też kto mnie zawiadomił, ani po- żegnania z Rodzicami. Miejscem zbiórki była mała czynszowa kamienica, chyba dwu- piętrowa, przy ulicy Podleśnej, na dolnym Marymoncie, w pobliżu ogrodzonego lasku ciwf (obecnie awf). Spotkało się nas tam kilku- dziesięciu stłoczonych w niewielkich piwnicach. Część przygotowy- wała butelki zapalające przeznaczone do walki z czołgami. Przelewali ostrożnie benzynę z beczki do dzbanków, a z nich do butelek „mo- nopolek”. Butelki te następnie były dokładnie korkowane, lakowane i oklejane papierem nasyconym substancją, która w zetknięciu z ben- zyną powodowała — jak się później okazywało nie zawsze — samo- czynne jej zapalenie. Cała ta robota była dość niebezpieczna w związku z dużą liczbą ludzi, stłoczonych, napiętych i zdenerwowanych, kręcących się zupeł- nie niepotrzebnie. Do tego po północy rozpoczął się nalot radziecki i jak zwykle bomby sypały się gęsto i zupełnie przypadkowo. Trudno było nawet domyślić się w co celowali. Dwie bomby wybuchły nie- przyjemnie blisko. Na strychu budynku siedzieli obserwatorzy, którzy mieli nas uprzedzić przed wizytą niepożądanych gości. Na szczęście nie zauwa- żyli żadnych ruchów oddziałów niemieckich. Rano otrzymaliśmy rozkaz rozejścia się do domów i pozostawania w pogotowiu alarmo- wym. Dla wielu z nas rozkaz ten stworzył naprawdę trudną sytuację. W miejscu zamieszkania byli już „spaleni” i nie bardzo mieli gdzie wracać. Niektórzy wydobyli przechowywaną specjalnie na tę okazję „prywatną” broń i mieli kłopoty z jej ponownym ukryciem, a oba- wiali się — i słusznie — oddać pistolet służbie uzbrojenia. Wobec wielkich niedoborów broni, szansa jej odzyskania przy następnym alarmie była nikła. Wróciłem do domu z Hanką Rychłowską, moją narzeczoną. Ro- dzice przywitali nas jakbyśmy wracali z długiej i ciężkiej kampanii. Bałem się siedzieć w domu, gdyż — jak mówiła nasza gosposia Mary- nia — „cała kamienica wiedziała, że syn pana doktora poszedł do le- śnych”. Na szczęście Niemcy nie mieli głowy do zajmowania się dro- biazgami w rodzaju wyłapywania pojedynczych, zdekonspirowanych żołnierzy, a konfi denci niemieccy i nadgorliwi „granatowi” policjanci znikli z horyzontu i zapewne szykowali sobie alibi na „po wojnie” lub po prostu wiali razem z Niemcami. W niedzielę 30 lipca wczesnym popołudniem, przy pięknej, sło- necznej pogodzie, poszedłem z Hanką przejść się po mieście. Nie był to zapewne najmądrzejszy pomysł. Nie byłem jednak w stanie wysie- dzieć w domu. Pamiętam dokładnie trasę naszego spaceru. Wyszliśmy z domu przy ulicy Miodowej i szliśmy Krakowskim Przedmieściem i No- wym Światem. Skrzyżowanie Alei Jerozolimskich i Nowego Światu obstawione było wojskiem. Wolałem nie sprawdzać co się tam dzieje. Skręciliśmy w Chmielną i przez Bracką doszliśmy do Placu Trzech Krzyży. Mimo pięknej pogody ulice były prawie zupełnie wyludnio- ne. Na placu wylot Alei Ujazdowskich zastawiony był kozłami z dru- tu kolczastego i workami z piaskiem. Za nimi widać było samochód  pancerny, a dalej budy żandarmerii. Nie było najmniejszego sensu pchać się dalej. Skręciliśmy w Żurawią i przez Kruczą, Szpitalną, Plac Napoleona, Świętokrzyską, Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście, przez nikogo nie niepokojeni, wróciliśmy do domu. Podobno w poprzednich dniach Niemcy ewakuowali się pospiesz- nie z hotelu „Bristol”, wyrzucając z okien swoje rzeczy wprost na sto- jące na chodniku ciężarówki. Trzydziestego lipca nic podobnego się nie działo. Hotel był obstawiony kozłami z drutem kolczastym, okna na parterze były częściowo zasłonięte workami z piaskiem. Przed ho- telem stały wzmocnione posterunki, ale nie było śladów paniki, czy pospiesznej ewakuacji. W domu byliśmy koło godziny piątej, może wpół do szóstej. Do kolacji siedzieliśmy w stołowym pokoju i rozmawialiśmy z Mamą, która spokojnie robiła porządki w szafkach kredensu. Nie przypomi- nam sobie gdzie był Ojciec. Być może przyjmował pacjenta. Czasami zdarzało się to także i w niedzielę. Raczej zszedł chyba na dół do apteki, na pogawędkę z jej właścicielem, magistrem Dobrzańskim. Zaproponowałem, aby Hanka została u nas na noc. Przecież spo- dziewaliśmy się alarmu w każdej chwili. Mógł być także wcześnie rano, a to oznaczałoby kłopoty z powiadomieniem. Uprzedzano nas, aby starać się nie zawiadamiać telefonicznie. Telefony mogły zostać wyłączone bez uprzedzenia, a ponadto na pewno były na podsłuchu i nagły, gwałtowny wzrost liczby rozmów musiałby wzbudzić podej- rzenia u Niemców. Mama zgodziła się tym razem bez trudności, choć nie lubiła, gdy Hanka nocowała u nas. Nie miała nic przeciw niej, ale uważała, że to nie wypada, aby panna nocowała w domu narzeczonego. Chciałem zatelefonować do pani Rychłowskiej, aby ją zawiadomić, że Hanka nie wróci na noc do domu. Mama wyjęła mi jednak słuchawkę z ręki, mówiąc, że jej bardziej wypada przeprowadzić taką rozmowę. Kolacja była, jak zwykle, około siódmej. Ojciec przyniósł naj- świeższe i „murowane” wiadomości z frontu, Nastrój był dobry,  rozmowa toczyła się, jak zwykle, o codziennych wydarzeniach i kło- potach oraz oczywiście, o sytuacji na froncie. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jest to moja ostatnia kolacja z Hanką i w domu rodzinnym. Rozmawialiśmy jeszcze długo po kolacji. Później Hanka poszła do mego pokoju, który jej odstępowałem zawsze, gdy nocowała u nas. Mama kategorycznie zażądała — przy pierwszym noclegu Hanki u nas — abym nie śmiał wejść do swego pokoju, gdy nocuje w nim Hanka. Zakaz ten był zasadniczo przestrzegany, choć prawie zawsze okazywało się, że jakaś rzecz z mego pokoju była mi absolutnie nie- zbędna i musiałem koniecznie na chwilę wejść. Za pierwszym razem Mama zdecydowanie powiedziała: Ja ci to przyniosę. Powiedz tylko dokładnie co to ma być i gdzie się znajduje. Później patrzyła tylko na mnie z surową miną i stwierdzała, że ostat- nio jestem coraz bardziej roztargniony i ciągle czegoś zapominam ze swego pokoju, po czym dodawała: „Masz pół minuty. Chyba nie chcesz, abym ci pomogła szukać”. Pół minuty to mało, można jednak powiedzieć „dobranoc”… Nie pamiętam następnego dnia (31 lipca). Chyba nic specjalnego się nie działo. Wydaje mi się, ale być może było to kilka dni wcze- śniej, że właśnie wtedy namówiłem Mamę, że warto na wszelki wy- padek dokupić niepsującej się żywności. Mama była przeciwniczką chomikowania i robienia wielkich zapasów. Tym razem się zgodziła, ale chyba głównie dlatego, abym się czymś zajął. Wiem, że kupowa- łem razem z Hanką na Podwalu i ulicy Piekarskiej jakieś kasze, olej, cebulę, a także świece i baterie do latarki. Siedzieliśmy z Mamą i Hanką przy obiedzie. Ojciec był w swym gabinecie. Jakiś niespodziewany pacjent oderwał go od stołu. Przy drugim daniu wpadł do nas, dosłownie jak bomba, Jurek Miller, dowódca naszej sekcji. Spieszył się potwornie, bo miał jeszcze wiele spraw do załatwienia. Kazał nam jak najprędzej stawić się na umó- wiony punkt zborny.  Nie dokończyłem obiadu; szybko przebrałem się w przygotowane na tą okazję ubranie: solidne, cywilne spodnie, bluzę przysposobienia wojskowego z kompletem dystynkcji i ofi cerskim pasem głównym (tę samą, którą miałem we wrześniu 1939 roku)! Na epoletach bluzy miałem numer 21, przedwojennego pułku piechoty, któremu podlegał nasz hufi ec Przysposobienia Wojskowego. Solidne nowe wojskowe niemieckie buty kupiłem już kilka mie- sięcy wcześniej na Kercelaku. Moje dotychczasowe wojenne doświad- czenia w pełni potwierdzały znaną mi opinię, że najważniejszą czę- ścią munduru żołnierza są buty. Wszystkie inne części ubioru dają się czymś zastąpić lub względnie łatwo „zorganizować”. Z butami jest najtrudniej. A niewygodne, nierozchodzone buty to — jak mawiał nasz sierżant z pw — gorzej niż zacinający się karabin. Wyjąłem tylko z nich gwoździe, słusznie rozumując, że nie powinny robić niepo- trzebnego hałasu. Na bluzę pw nałożyłem szary, zniszczony, letni płaszcz. Na ra- mieniu przygotowana zawczasu torba ze zmianą bielizny, swetrem, ręcznikiem, przyborami do golenia, podręczną mini-apteczką (przy- gotowaną przez Ojca), do tego jeszcze menażka, manierka i tzw. przy- bornik (nóż, widelec i łyżka we wspólnym uchwycie) — wszystko z wyposażenia pw oraz płaska latarka elektryczna i kozik ogrodniczy, znakomity nóż przydający się do wszystkiego. Mama zapukała do gabinetu i wywołała Ojca. Pamiętam jak wy- biegł z gabinetu w rozwianym fartuchu. Był zły, bo nikt nie śmiał mu przeszkadzać w przyjmowaniu pacjentów. Pożegnał się ze mną nieco oschle — nie lubił okazywać swoich uczuć. Serdecznie nato- miast pożegnał się z Hanką, w stosunku do której utrzymywał do- tychczas wyraźną rezerwę, choć zawsze był wobec niej bardzo uprzej- my. Zdawałem sobie sprawę z tego, że Powstanie nie będzie zabawą, choć w najczarniejszych przypuszczeniach nie podejrzewałem jego rzeczywistego przebiegu. Ojciec był ciężko chory na serce. Liczyłem się z tym, że nie ma dużych szans na przeżycie emocji Powstania.  Mama trzymała twardą ręką rządy w domu. Cechowała ją duża odporność psychiczna, którą nie raz podziwiałem podczas różnych dramatycznych zdarzeń okupacyjnych. Tym razem załamała się i roz- płakała. Podeszła do swej toaletki i wyjęła z niej medalik i „święty” obrazek i dała mi je. Obrazek, zniszczony przez długotrwałe nosze- nie w portfelu, lecz starannie oprawiony, stoi dziś w moim domu na honorowym miejscu. Wyjęła jeszcze jeden ze swych pierścionków z pięknym dużym brylantem i koniecznie chciała, abym go wziął. Odmówiłem; pamiętam dokładnie swoje słowa: „ja sobie zawsze dam jakoś radę, a wam może się jeszcze bardzo przydać. Nie wiadomo co was czeka”. Mama płakała, namawiała mnie, abym wziął lepszy letni płaszcz, ten stary taki zniszczony. „Mamo, przecież on jest bardzo jasny, będę w nim zbyt dobrze widoczny, lepszy ten stary”. Mama wciąż płakała. Nigdy przedtem nie widziałem jej w takim stanie. Chyba przeczuwa- ła, że już nigdy się nie zobaczymy. Mama zginęła wraz z przybyłymi do naszego domu po kilku dniach Powstania, moją siostrą Danutą, jej małym synkiem Jackiem oraz matką Hanki — Marią Rychłowską — 26 sierpnia, gdy dom nasz został zbombardowany. Ojciec opatrywał w tym czasie rannego w piwnicy w drugiej ofi cynie i dzięki temu ocalał. Nasza gosposia była w sąsiednim domu w piwnicy, gdzie była studnia artezyjska; po- szła tam po wodę i też ocalała. Pożegnanie przeciągało się. Bałem się, że i ja się za chwilę rozkle- ję. Chcąc tego uniknąć zrobiłem się nagle nieco szorstki i cyniczny. Do dziś nie mogę sobie tego darować. Trzeba było wziąć jasny płaszcz i choćby zostawić go na pierwszej kwaterze. Dziś wiem, że pierścio- nek też nie był już nikomu niestety potrzebny. Wtedy uważałem, że nie mam prawa zabierać go Mamie. Ale pewno byłoby jej lżej, gdyby wiedziała, że mam od niej coś wartościowego, co może mnie też ura- tować w jakiejś krytycznej sytuacji. Inna rzecz, że gdybym go nosił na  palcu to i tak straciłbym go w niewoli, jak straciłem zegarek, zerwany mi z ręki przez kulturtregera w mundurze ss. Z Hanką Mama pożegnała się serdecznie, ale jakby nieobecna. Taką ją widziałem po raz ostatni. Ulica Podleśna Wsiedliśmy z Hanką w tramwaj na przystanku na rogu Miodowej i Kapitulnej. Bez przeszkód dojechaliśmy na Marymont, a następnie doszliśmy na ulicę Podleśną. Punkt zbiórki był ten sam, co parę dni wcześniej. Przeczyło to elementarnym zasadom konspiracji, ale wi- docznie nie było to już istotne. Nasza sekcja zebrała się w komplecie wczesnym popołudniem. Nie bardzo rozumiałem dlaczego zbierano nas w takim pośpiechu. Na punkcie zbornym nic się nie działo. Kole- dzy z innych drużyn przychodzili jeszcze do późnego wieczora, część już po godzinie policyjnej. Noc przeszła spokojnie. Organizacja była sprawniejsza niż po- przednio. Wydano nam gorącą herbatę, chleb i zupę. Nie wiem, czy była to inicjatywa mieszkańców tego domu, czy też działały już nasze służby kwatermistrzowskie. Czuło się, że wybuch Powstania, to kwe- stia najbliższych godzin. Nasza sekcja została zakwaterowana nie w piwnicy, a w pomiesz- czeniu, chyba na pierwszym piętrze, przypominającym werandę. Było nam dość zimno. Pamiętam, że wyciągnąłem sweter ze swej tor- by. Hanka też się przebrała. Siedzieliśmy na ławce okryci moim płasz- czem. Rano rozdano nam biało-czerwone opaski z nadrukowanym orłem, literami wp (Wojsko Polskie) i numerami plutonu (nasz miał numer 237) oraz legitymacje Armii Krajowej. Poznawaliśmy kolegów, dowódców, spotykaliśmy znajomych, o których wiedzieliśmy, że na- leżą do konspiracji (a raczej, że nie jest możliwe, aby nie należeli), ale nie wiedzieliśmy, że są w tej samej kompanii, czy nawet plutonie.  Około godziny pierwszej po południu dowódca naszego pluto- nu por. „Dunin” wezwał mnie, Waldka Misiorowskiego („Papawer”) i jeszcze kogoś z naszej sekcji, chyba Zbyszka Przestępskiego („Goz- dawa”). Gdyby to był Jurek Miller z urzędu objąłby dowództwo, a po- nadto jego energia i wybitna indywidualność musiałyby spowodo- wać, że udział jego utrwaliłby się w mej pamięci. Dunin wyznaczył mnie na dowódcę tej poważnej jednostki bo- jowej i wydał nam polecenie dotarcia na Plac Wilsona do sklepu ze sprzętem ogrodniczym i wyrobami żelaznymi (obecnie mieszczą się w tym miejscu delikatesy) i zgłoszenia się tam z karteczką o „nijakiej” treści, którą mi właśnie dał, do pana o pseudonimie, którego dziś już nie pamiętam. Mieliśmy tam otrzymać broń, którą należało do- starczyć na ulicę Podleśną na naszą kwaterę. Mieliśmy jechać jeszcze po cywilnemu i surowo nam przykazano, aby nie dać się wmieszać w żadną przypadkową akcję. Wsiedliśmy do tramwaju we trójkę. Był to wóz starego typu o otwartych platformach, prawie zupełnie pusty. Jechało zaledwie kilku pasażerów. Stanęliśmy na przedniej, pustej, platformie prze- znaczonej „Nur für Deutsche”. Na drugim, czy trzecim przystanku wsiadł na naszą platformę mocno zalany żołnierz w mundurze lotni- czym z odznakami artylerii przeciwlotniczej. Miał trochę kłopotów z utrzymaniem się w pozycji pionowej, a w kaburze szturmowe para- bellum z długą lufą; nasze marzenie z czasów okupacji! Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że rozbrojenie pijanego szkopa nie sprawiłoby nam żadnych trudności. Ale otrzymany rozkaz był dla nas święty i choć z żalem, trzeba było zrezygnować z łatwego i bardzo potrzebnego łupu. Szkop musiał coś wyczuć, a może nie wy- trzymał naszych łakomych spojrzeń (wszyscy trzej pożeraliśmy wzro- kiem jego pistolet), gdyż na najbliższym przystanku wysiadł i oglądał się niepewnie za siebie.  Fot. 8. Koledzy autora z Zawodowej Szkoły Technicznej, na pierwszym planie Stanisław Brzosko. Fotografi a wykonana na pętli tramwajowej na ulicy Rakowieckiej w roku 1940 lub 1941. Do sklepu na Placu Wilsona dojechaliśmy bez przeszkód. Sklep był dosłownie zawalony różnego rodzaju łopatami, grabiami, kilofa- mi, łańcuchami itp. Pana, którego pseudonimu nie pamiętam, nie musieliśmy szukać. Podszedł do nas sam. Nie miał wątpliwości kto i po co przyszedł. Był to postawny mężczyzna o twarzy południow- ca i czarnych, lekko szpakowatych włosach. Później zobaczyłem go w Kampinosie jako majora „Serba”” (po przejściu na Żoliborz zmienił pseudo na „Żubr”). Otrzymaliśmy od niego dwa karabiny polskie w idealnym stanie, jeszcze tłuste od resztek smaru, rozebrane, aby ułatwić ich transport oraz cztery pistolety: jedną fn-kę kalibru 7,65, dwie mocno zniszczo- ne „szóstki” i przedpotopową „dziewiątkę”. Do tego wszystkiego tro- chę amunicji. Kilka magazynków z nabojami do kb oraz garść różnej  amunicji pistoletowej. Jak się później okazało, ta ostatnia była czę- ściowo niesprawna. fn-ką „zaopiekowałem się” sam. Wybrałem kilkanaście sztuk amunicji kalibru 7,65, załadowałem siedem sztuk do magazynka, a resztę wsadziłem do kieszeni. Karabiny nieśliśmy rozebrane, za- winięte w szary papier. Pozostałe trzy pistolety wsadzili do kieszeni koledzy. Po wyjściu ze sklepu, zanim jeszcze doszliśmy do przystanku tramwajowego, usłyszeliśmy pierwsze, dość dalekie strzały. Jak wia- domo, na Żoliborzu walki wybuchły przedwcześnie. Żandarmeria natknęła się przypadkowo na oddziały harcerskie przenoszące broń. W tej sytuacji zrezygnowaliśmy z jazdy tramwajem. Nie było go zresztą widać na horyzoncie. Skręciliśmy z ulicy w ogródki działko- we. Założyliśmy opaski powstańcze, zmontowaliśmy i załadowaliśmy karabiny i ruszyliśmy na piechotę w stronę ulicy Podleśnej. Dostaliśmy się w daleki i na szczęście niecelny ogień karabinowy. Klucząc przez zupełnie nieznany nam teren, jakieś ogródki działko- we, podwórza biednych marymonckich domków, posuwaliśmy się „na nos” w kierunku ulicy Podleśnej, dostając się raz po raz w ogień. Traciliśmy powoli nadzieję na to, że uda nam się dołączyć do naszych kolegów. Sytuacja stawała się coraz gorsza. Odgłosy strzałów dochodziły ze wszystkich stron, ale nigdzie nie widzieliśmy oddziałów powstań- czych. Słyszeliśmy serie broni maszynowej, wybuchy granatów. Po- ciski świstały nam nad głowami, ale nie mogliśmy się zorientować, skąd do nas strzelają. Utykaliśmy do tego, w zupełnie nieznajomym terenie, na jakiś płotach, murkach, podwórzach bez wyjścia. Wresz- cie, gdy już zupełnie nie wiedzieliśmy, gdzie się znajdujemy, zobaczy- liśmy za rogiem ulicy „nasz” dom na Podleśnej. Właśnie wychodzili z niego gęsiego nasi koledzy. Dowódca kompanii, porucznik „Starża” na wszelki wypadek obrugał nas za spóźnienie, tak jakbyśmy zrobili sobie spacer dla  przyjemności. Przynieśliśmy jednak broń, której w oddziale było nieprawdopodobnie mało. Nasza była dosłownie na wagę złota. Prze- kazaliśmy ją „Starży”. Ja zupełnie „zapomniałem” o swojej siódemce, choć niemiłosiernie gniotła mnie zatknięta z tyłu za pasek od spodni. Na szczęście nikt nie pytał o żadne dokumenty dotyczące broni, nie żądano też żadnych meldunków. Oddział przeskakiwał małymi grupkami ulicę pod ostrzałem z ciwf-u i biegiem przesuwał się w kierunku Górnego Marymon- tu. Gdybyśmy przyszli dosłownie 5–10 minut później, nie byłoby żadnego śladu po naszym oddziale i chyba nikt nie potrafi łby nam udzielić informacji gdzie go szukać. Może szkoda, że nie spóźniliśmy się, może pozostaliby wtedy przy życiu wszyscy moi najbliżsi: Hanka, koledzy i przyjaciele… Przed Powstaniem zostaliśmy dość dokładnie zapoznani z naszym pierwszym zadaniem bojowym. Mieliśmy opanować teren i budynki ciwf-u, w których kwaterowali Niemcy i zamienili w rejon umoc- niony. Jedyną, teoretyczną szansą zdobycia tego rejonu było działanie przez zaskoczenie. O zaskoczeniu nie było już mowy. Strzelanina na Żoliborzu i Marymoncie trwała od co najmniej dwóch godzin. Do tego uzbrojenie naszej kompanii było praktycznie żadne: kilka ka- rabinów, dwa czy trzy pistolety maszynowe i może ze dwadzieścia pistoletów. Jedynie granatów było sporo. Przeważnie tzw. „sidolów- ki”, produkcji konspiracyjnej. Niezawodne i skuteczne, jako granaty zaczepne, ale mało przydatne w obronie. Atakowanie naszymi siłami i to bez zaskoczenia rejonu umocnionego, obejmującego duży, czę- ściowo zalesiony teren, mógł zamierzyć jedynie jakiś nieodpowie- dzialny fantasta. Nasza kompania nie wykonywała swego zadania i dzięki temu nie ponieśliśmy niepotrzebnych strat. Pozostałe natomiast atakowały ciwf od strony głównego wejścia i wartowni. Skutek był do przewi- dzenia: duże straty i brak powodzenia.  Ataki z różnych stron miały zdezorientować Niemców i zmusić ich do podzielenia swych sił. Dawały też większe prawdopodobień- stwo, że któryś z nich się powiedzie. Założenie było teoretycznie słusz- ne, tylko nie przy takim stosunku sił, uzbrojenia i braku zaskoczenia. Wędrowaliśmy po górnym Marymoncie i Żoliborzu zupełnie nieznanymi, dla mnie, uliczkami, przeskakiwaliśmy jakieś płoty. Trwało to do wieczora. Nikt z nas nie wiedział dokąd i po co idziemy. Przed wieczorem mieliśmy pierwszego rannego. „Władek” (Wła- dysław Brzozowski) z naszej sekcji, wystawił zza murku za jakim się schował, gdy dostaliśmy się w niespodziewany, ostrzał z broni ma- szynowej, dosłownie koniec łokcia i pocisk strzaskał mu staw łokcio- wy. Był to czysty przypadek, gdyż chyba nawet strzelec wyborowy nie byłby w stanie trafi ć do tak małego celu, tym bardziej jeszcze, że strzelano do nas z dość dużej odległości. Byłem obok Władka, gdy został ranny i w pierwszej chwili nie zrozumiałem, co się stało. Wydawało mi się, że uderzył się łokciem o mur i za bardzo się rozczula nad bolesnym, ale niegroźnym zdarze- niem. Prawda była jednak zupełnie inna. Rana była niegroźna dla życia, ale bardzo złośliwa, zwłaszcza w warunkach wojennych. Pomi- mo starannej opieki w szpitalu powstańczym (w pierwszych dniach było to jeszcze możliwe) Władkowi pozostała sztywna ręka łokciu na zawsze. Być może zranienie uratowało mu życie, gdyż dzięki niemu uniknął masakry pod Boernerowem.  Spis treści Zamiast wstępu ............................................................................. 9 Ulica Miodowa .............................................................................13 Młodość między wojnami ............................................................ 51 Wrzesień 1939 ...............................................................................89 Okupacja ....................................................................................119 Konspiracja .................................................................................141 Nauka podczas wojny ................................................................ 167 Wybucha Powstanie ................................................................... 187 Boernerów .................................................................................. 199 Dworzec Gdański. Ranny na Żoliborzu ..................................221 Po Powstaniu. Niewola i ucieczka ...........................................235 Kraków. Znów w konspiracji .................................................249 Bezdomni. Wielgomłyny ....................................................... 287 Powrót do Warszawy ..................................................................307
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: