Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00191 007814 15712792 na godz. na dobę w sumie
Z mężczyzną na piętrze czyli damsko-męskie odsłony - ebook/pdf
Z mężczyzną na piętrze czyli damsko-męskie odsłony - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 126
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-934435-4-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Mówili o niej, że urodziła się z piórem w ręku. Nie było tematu, na który nie potrafiłaby się wypowiedzieć, toteż bardzo często zwra-cano się do niej z prośbą o napisanie czy zredagowanie różnych urzędowych pism...(fragm.)

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Wiesława Barbara Jendrzejewska Z mężczyzną na piętrze czyli damsko – męskie odsłony 1 Wiesława Barbara Jendrzejewska Z mężczyzną na piętrze czyli DAMSKO – MĘSKIE ODSŁONY 2 Książka ta jest nową, uzupełnioną wersją z zupełnie innym zakończeniem, wcześniej napisanego i wydanego zbioru opowiadań „Z kobietą na półpiętrze”. Wiesława Barbara Jendrzejewska Redakcja, skład, projekt okładki Wydawnictwo Mart-Gra Korekta Wiesława Barbara Jendrzejewska Ilustracje Renata Brzozowska http://www.brzozowska-art.pl/ Wydawnictwo Mart-Gra wydawnictwomartgra@gmail.com ISBN 978-83-934435-4-3 3 4 ODSŁONA PIERWSZA oja miała zawsze świetne pomysły, a do tego często niezwykle orygi- nalne, a zatem i niebanalne. Opowiadała potem o nich z takim entuzja- zmem, że trudno było nie słuchać jej z uwagą, a nawet samemu nie Z popróbować ich realizacji. Ostatnio jej wielką pasją stał się Internet. Potrafiła wyszukać każdą infor- mację, każdy szczegół i to, bez wyjątku, na każdy temat. Była chodzącą infor- macją, jeśli nie już, to za chwilę na pewno, a najpóźniej następnego dnia dostar- czała zdobytą wiedzę i radość z posiadania jej płynącą. Pewnego dnia zaprosiła koleżanki na szampana. Właściwie to one, za te wszystkie dowody życzliwości, powinny jej postawić butelkę, skoro je tak lubi- ła, ale – nie, ona wpadła na ten pomysł i żadna z kumpelek nawet nie pomyślała, że Zoja ma powód ku temu. — Dziewczyny, postanowiłam zdradzić męża – powiedziała, podnosząc w górę smukły kielich pokryty szampańską pianką. — Kolejny dowcip? – spytała bez emocji Magda. — Ja nie żartuję. Wreszcie do tego dojrzałam. Dość mam tej nudnej sym- fonii małżeńskiej... — Ale, ale... – Jola nadal nie wierzyła – to może nam powiesz, z kim? — Po co to pytanie, skoro i tak żadna z nas w to nie wierzy. — Nie, nie – pokiwała przecząco Ola. — Błąd – uśmiechała się zalotnie Zoja, spoglądając na wszystkie kumpelki po kolei. — Słuchajcie – Ewa skupiła się na wyrazie twarzy Zoi – może ona na- prawdę... Popatrzcie tylko, jaki nasza gospodyni ma błysk w oku... — Nabiera nas, głowę daję – rzuciła Magda. — Nie dawaj, bo masz tylko jedną i niegłupią – odparła Zoja. 5 — A to dobre, chcesz założyć klub zdradzających żon? Ja się na to nie piszę – Ewa coraz baczniej słuchała Zoi. — Jaki klub? Żaden klub. Ja, rozumiecie, ja – tu wskazała na siebie – mam ochotę poczuć dreszczyk zdrady. Raz. Jeden jedyny raz, a na dodatek wszystko wam opowiem. I co wy na to? — Zdaje się, że ona mówi poważnie – Magda zmieniła ton głosu. — Najzupełniej – Zoja uśmiechała się od ucha do ucha. — Durna kobieto – zawołała Ola – masz takiego męża, że każda z nas ci go zazdrości, co ci odbiło? — A co wy możecie wiedzieć o moim mężu? No co? – Zoja zmieniła ton na wyjątkowo poważny. — Przecież nigdy nie narzekałaś... – zaczęła nieśmiało Magda. — Nigdy, ani razu, a znamy się już tyle lat, marnego słowa na niego nie powiedziałaś, nawet nie przeszkadzało ci to, że jest po przejściach – poparła Magdę Jola. — I co z tego? Czy to znaczy zatem, że nie mam problemów? – spytała złośliwie Zoja. — No niby nie znaczy, ale... – nieśmiało wtrąciła Ola. — Co „ale”, co „ale”? To, że nie płakałam przez niego, nie darłam szat, nie znaczy wcale, że mam idealnego. — Nie chodzi o ideał, żadna takiego nie ma, ale ty, no nie, nie ty – Ewa nie mogła zrozumieć, że Zoja mówi poważnie. — Nie będziemy tu wnikać w szczegóły. Wy nic nie rozumiecie. Przecież ja się nie rozwodzę, nie mam zamiaru go opuścić. Ja po prostu mam chęć na je- den raz z innym mężczyzną i niech mi tu żadna z was nie mówi, że nie miałaby na to samo ochoty... — Ochota to jedno, ale skąd takiego wziąć? – zamyśliła się Jola. — Żaden problem – odparła dumnie Zoja. — Może chcesz nam powiedzieć, że załatwiłaś każdej z nas faceta na ten 6 jeden raz – zaśmiała się z przekąsem Magda. — Nasza Zojka kochana... Jaka troskliwa, pomyśli o wszystkim, nawet o jednorazowej zdradzie dla swoich przyjaciółek – sztucznie cedziła słowa Ola. — Dobrze, skoro tak, to proszę bardzo, która z was nie chciałaby poczuć ramion innego... — Zoja daj spokój – Ewa była wyraźnie zdenerwowana. — A ja myślałam... — ... że co? – spytała złośliwie Ewa, patrząc w oczy Zoi. — Dziewczyny przestańcie, bo się pokłócicie i po co – odezwała się Mag- da. — Skoro tak, to rozumiem, że już masz tego faceta, czy może dopiero się rozglądasz? – spytała Jola. Nastąpiła chwila ciszy. Kobiety popatrzyły na siebie i czekały na odpo- wiedź Zoi. Ta z kolei z premedytacją trzymała je w niepewności. Po chwili na- pełniła kieliszki schłodzonym, dobrym trunkiem i odpowiedziała z pełnym za- dowoleniem: — Tak, mam i bardzo chcę mieć go blisko, jak najbliżej, nawet nie wiecie, jaka jestem podniecona na samą myśl – rozmarzyła się. Kobiety popatrzyły po sobie, potem wzrok wbiły w Zoję i oczekiwały dalszych wieści. Ciekawość była tak silna, że nie umiały ukryć zniecierpliwienia. Zoja uśmiechała się do wła- snych myśli i małymi łyczkami sączyła białego szampana. — Znam tylko jego imię – odezwała się po chwili – ale wiem o nim bardzo dużo. — No nie mówiłam, że ona nas nabiera – dumnie rozparła się na sofie Jola. — A ma dla mnie kolegę? – zapytała Magda. — On nie, ale ja mogę... No dobra. Powiem wam coś. Doszłam do wnio- sku, że nadeszła pora, aby trochę zadbać o siebie inaczej, to znaczy, tak, aby za- uważył to ktoś obcy. Nie wiem, jak wasi mężowie, ale mój nie zauważa nawet, 7 że obcięłam włosy. Nie mówiąc już o nowym ciuchu, a o innym makijażu nie wspomnę... — Zgadza się, mój też rzadko... – odezwała się Ola. Potem prawie wszystkie doszły do wniosku, że ich mężowie są typowi, nic w ich małżeństwach nie dzieje się ciekawego poza zwyczajną rutyną, obowiąz- kami i drobnymi utarczkami. — Co nie znaczy, że zaraz muszę go zdradzać – co chwila podkreślała Ewa. Po spotkaniu u Zoi kobiety zaczęły myśleć o sobie i o swoich związkach z mężami. Niejedna z nich, będąc panienką czy panną młodą, marzyła o miłości na całe życie, bez nudy, rutyny, marazmu i żadna z nich nie wierzyła, że podda się temu, czemu uległy ich koleżanki, matki i znajome. Niestety. Co- dzienność długoletnich związków ogarnęła także ich, ale przecież można z tym żyć i udawać, że nic złego się nie dzieje. Można, ale czemu nie uatrakcyj- nić sobie trochę tej prozy życia, choć na chwilę, choć na moment, na ten jeden raz. Najbardziej była oburzona Ewa. Nie mogła zrozumieć Zoi. Mąż lekarz, wy- soki, przystojny, stanowisko, forsa, dom, działka, erudyta, jak rzadko, a do tego zawsze wobec Zoi miły, opiekuńczy... Chyba jej hormony buzują – myślała bez przerwy, ale nie mogła oprzeć się myśli, któż to taki zastąpi na jedną noc jej Ka- rola. Chciała się tego dowiedzieć, a nawet temu zapobiec. Była dziewiętnasta, kiedy postanowiła złożyć Zoi niespodziewaną wizytę. Wiedziała, że jej lekarz nieobecny, więc będzie okazja, aby wybić jej z głowy takie zamiary. Długo dzwoniła, zanim Zoja pojawiła się w drzwiach: — Czyżbym w czymś przerwała? – zapytała z przekąsem. — I tak, i nie.... – rzuciła tajemniczo Zoja. Ewa była coraz bardziej zaintrygowana: Co ona kombinuje? — Mogę wejść? — No jasne. 8 — Dostanę filiżankę kawy? — Dostaniesz. Wstaw, proszę, wodę i chodź do mojego gabinetu. Ewa we- szła do kuchni, którą znała, jak własną kieszeń, wstawiła wodę, z szafki wyjęła dwie zielone filiżanki ze spodkami i po chwili zaparzyła kawę, którą zaniosła do gabinetu Zoi. Ta siedziała przed ekranem komputera. — Fajny zapach przyniosłaś – mówiła, nie odrywając wzroku od klawiatu- ry. – Zaraz się tobą zajmę, muszę coś dokończyć. — Jeśli przeszkadzam… — Nie, nie – przerwała jej Zoja – jeszcze moment. O, już. Jestem do dys- pozycji. Coś się stało, że jesteś tak nagle? — Nie mogę się uspokoić... — Przestań, chcesz? Zaraz ci wszystko wytłumaczę. Podejdź tu, do ekra- nu... Widzisz? Rozmawiam... — Jak to, rozmawiasz... — A tak… Poznałam tego faceta przez Internet i teraz ze sobą rozmawia- my i przygotowujemy się do randki. — Co takiego??? Co ty gadasz, Zojka... — Dokładnie to, co słyszysz. — Ale, jak to możliwe... Zoja spokojnie i wyraźnie, z dozą ogromnej cierpliwości wyjaśniła Ewce na czym polega czat, potem mniejszy zakres znajomych, gadu–gadu, a następnie wyznała, że od trzech miesięcy zna gościa z Internetu i ma nieodpartą ochotę go poznać. Ewka słuchała tego wszystkiego, jak kosmicznej opowieści, i tylko kiwała głową z zadziwienia. — Ty chyba oszalałaś! Facet z ekranu do zdrady Karola? Miałam cię za rozsądniejszą, to się w głowie nie mieści, co ty tu kombinujesz. — Ale mnie to bardzo podnieca i chcę tego człowieka poznać osobiście. — Boże, Zojka, nawet nie wiesz, jak wygląda… 9 — Wiem! — Z ekranu? — Tak. Z ekranu. Ewa, pojęcia nie masz o Internecie. — Nie mam, fakt... — On przesłał mi swoje zdjęcie, zaraz ci go pokażę. Po chwili obie patrzyły na wysportowaną, muskularną sylwetkę bardzo przystojnego mężczyzny. Ewa nie mogła uwierzyć. — Taki facet nie może znaleźć sobie kobiety w rzeczywistości? — W realu, mówi się w realu. — Gdzie się mówi? – Ewa wciąż nie mogła tego wszystkiego ogarnąć. Kiedy wróciła do domu, była już dwudziesta pierwsza. Głowę miała pełną zamętu i myśli rozproszone jak promienie słoneczne. Przecież to bez sensu. To wszystko kupy się nie trzyma. Taka mądra Zoja... Nie było jednak czasu na szczegółowe rozważania, bo rodzinka jeszcze nie spała. Mąż wychodził z łazienki: — Bardzo mnie boli głowa, pogoń syna, bo jeszcze siedzi przy kompute- rze. Ja spróbuję zasnąć. Wiesz, że jestem na nogach od piątej. — Jasne, nie martw się... — A jak było u Zojki? – spytał jeszcze. — Miło, jak zwykle – odparła odwracając twarz, by nie zobaczył jej wyra- zu i weszła do pokoju, w którym stał komputer: — Koniec na dziś, mój kochany – potrząsnęła delikatnie chłopca za ramię. — Mamciu, jeszcze chwilkę. — Mowy nie ma. — Muszę dokończyć, proszę... — Dobrze, za dziesięć minut jesteś w swoim pokoju – odpowiedziała zde- cydowanie i po chwili dorzuciła: — Nie wyłączaj. Dziś ja do niego usiądę. 10 Po dwóch tygodniach Ewa opanowała sztukę kontaktu z ludźmi na czacie, a nawet założyła sobie GG, gdzie wpisała co ciekawszych rozmówców. Zupeł- nie nie zdawała sobie sprawy z tego, jak wiele czasu przesiadywała przed moni- torem i przy klawiaturze. Dochodziło nawet z synem do spięć i „walki” o dostęp do komputera, czego to już zupełnie nie mógł zrozumieć jej mąż. By- wało, że niektóre kwestie tłumaczył jej informatyk z pracy, bo przecież nie chciała przyznać się Zoi, że i ją to tak bardzo wciągnęło. Internetowi znajomi byli bardzo różni, począwszy od prymitywnych totalnie, poprzez „nawiedzo- nych i zboczonych” kompletnie, do nawet znośnych i na pewnym poziomie. Jej szczególną uwagę przykuł niejaki Tomek, którego zaraz zapisała wśród najsym- patyczniejszych rozmówców. Wprawdzie nie chciał jej wrzucić na pocztę swo- jego zdjęcia, jak to dość szybko czynili inni, ale było w nim coś, co sprawiało, że nie mogła doczekać się powrotu z pracy, by znów go czytać. A było co, a jakże! Po stylu pisania wyczuwała poziom i wiedzę, a także klasę, którą okazywał w stosunku do niej jako do kobiety. Jej mąż od dawna nie mówił tak pięknie, uczuciowo i kulturalnie. Czuła, że ten wirtualny znajomy staje się jej coraz bliższy, a nawet wydawało jej się, że kiedy wystukuje jego imię, serce bije jej mocniej, a usta same układają się do uśmiechu i zadowolenia. Ewa kwitła w oczach. Zadbała trochę o figurę, sprawiła sobie nową fryzurę i dość oryginalny makijaż, czego oczywiście nie zauważył jej wiecznie zmęczo- ny mąż. Do komputera siadała jak do kolejnego spotkania. Najpierw „mówili” o swoich domach i rodzinach, nie kryjąc, że mają zalegalizowane związki, po- tem o pracy, a później o swoich wzajemnych oczekiwaniach. Określili nawet swój wygląd, co sprawiało wrażenie, że nie będzie żadnego problemu z rozpo- znaniem się, a jednak cały czas mieli świadomość randki w ciemno. Po sześciu tygodniach „gadowania” postanowili się umówić, wszak byli z jednego miasta. Mieli ochotę na spotkanie, na trochę nowego ciepła i zbliżenia, które jawiło się im coraz bardziej. 11 Trzy dni przed zaplanowanym spotkaniem Ewa postanowiła kupić sobie nowy ciuch i pokazać „swojemu” Tomkowi, jak bardzo jest elegancka i jak jej na nim zależy. Wybrała się do znanego wcześniej sklepu na odległym osiedlu. Nie chciała bowiem, aby jakaś jej koleżanka zauważyła, że kupuje coś zbyt eks- centrycznego, a taki właśnie miała zamiar. I co się ze mną porobiło – mówiła sama do siebie – tak niedawno krytykowałam Zojkę, a teraz sama nie mogę się doczekać... No czego, no właśnie, czego? Mam niezłego męża, dobrego syna... No tak, ale co z tego, kiedy brakuje mi... No właśnie, no czego... Wie. Dobrze wie, od dawna wie, czego jej brakuje. Nie chce już nudy, marazmu, powsze- dniości, bylejakości... Właśnie podjeżdżała pod pawilon handlowy, kiedy mignęła jej przed oczami postać Zojki, która kręciła się niespokojnie. Po chwili podjechał „gar- bus” i koleżanka zniknęła w jego wnętrzu. Samochodu na pewno nie prowadził jej mąż, Karol. Ewka ruszyła za nimi. Domyślała się, że to będzie internetowy znajomy Zojki, o którym nic ostatnio nie wspominała na żadnym koleżeńskim spotkaniu, a było ich kilka od tamtej, pamiętnej rozmowy. Ewa jechała w bezpiecznej odległości, aby jej nie zobaczyli, ale nie prze- widziała, że przyjdzie im zatrzymać się obok siebie na światłach. I wtedy zoba- czyła: najpierw tego przystojniaka ze zdjęcia, a potem uśmiechniętą Zojkę, która była tak rozanielona, że wcale jej nie zauważyła. Zatem szybko ruszyła na zie- lonym i po chwili wróciła pod sklep. Tak. Ja też będę taka szczęśliwa jak Zojka. Ja też chcę takiego romansu. Ja też. Ona ma rację – dosyć tej wegetacji z jednym, wciąż tym samym. Ten Karol naprawdę musi być nudny, skoro nie widziała nigdy w jego otoczeniu tak roz- promieniowanej Zojki. Znała go, i owszem, rozmawiała z nim nieraz. Wydawał jej się taki ułożony, ale widać nie miała pojęcia, jaki musi być przeciętniak, sko- ro Zoja poszukała sobie innego. Zresztą tak naprawdę, to co ona z niego miała. Kasę na pewno, bo wiecznie na dyżurach siedział, ale z niego samego pewnie niewiele. Dziś już wie, że nie będzie jej namawiać do wierności... 12 Ciekawe, jak długo już się spotykają i gdzie oni „to” robią. Zapytam. Przy okazji zapytam, no niby tak od niechcenia, ot, po prostu. Ach, żeby Tomek był tak przystojny i uroczy, jak jej facet. Ale będzie, no przecież będzie. Wszystko na to wskazuje – pomarzyła sobie i wydała tyle forsy na nowe ciuchy, że teraz ma problem, gdzie je pochowa w tych ciasnych szafach swojego „M”. Wreszcie nadszedł ten długo oczekiwany przez Ewę dzień. Nie mogła do- spać. Obudziła się o szóstej i ani mowy nie było o ponownym zaśnięciu. Wie- działa, co założy i jak się uczesze. Czuła, że z daleka będzie rozpromieniona, że on ją pozna... No a potem pojadą jego samochodem za miasto. A tam niech już się dzieje, co chce. Wstała o ósmej. Była bardzo podekscytowana, podniecona, pobudzona. Nuciła sobie wesołe melodie i z rozbrajającą miną brała poranny prysznic. Najpierw balsam do ciała, potem dziewicza bielizna: czarna tym ra- zem, koronkowe majteczki, opięte podniecająco, i tego koloru stanik, też z ko- ronki, ale taki wymodelowany. Wystarczy tylko dotknąć jej pełnych, pięknych piersi, by nabrzmiałe, brązowe sutki postawiły się sztywno na baczność. Teraz kremy, podkłady, fluidy, tusz do rzęs, róż do policzków, cienie na powieki do- brane ze smakiem, no i ta sukienka, mała czarna, opięta seksownie na jej po- wabnych, kobiecych kształtach. Do tego cieniutkie rajstopy (zupełnie nie pomy- ślała, by kupić pończochy), buty na wysokich obcasach... Stanęła przed wielkim lustrem w swoim przedpokoju i popatrzyła na siebie ze smakiem i zachwytem prawie. I kto by pomyślał, że za miesiąc skończę pięć- dziesiąt lat. Jestem elegancka, powabna i mam prawo pomyśleć wreszcie o sobie. Mnie się też coś od życia należy. Uśmiechnęła się do swego odbicia i ucieszyła, że nie ma w domu męża, który jest w pracy o tej porze, i syna stu- denta, który od rana pluska się w uczelnianym basenie. Tylko jedno ją nurtowa- ło. Nie powiedziała mu swego prawdziwego imienia, bo kiedy zaczynała przy- godę z netem, do głowy by jej nie przyszło, że dojdzie do randki. Jeśli facet jest poważny, a za takiego go miała, to chyba nie obrazi się na nią za to małe kłam- 13 stwo. Mogła wprawdzie nadal być Majką, ale nie czuła się z tym imieniem naj- lepiej. Poza tym chciała dłuższego romansu i nie będzie udawać. O jedenastej wyszła z domu. Miał być w długim, szarym płaszczu i czekać na nią obok stoiska jubilerskiego w markecie. Jego sylwetkę zobaczyła z daleka. Nie kłamał. Miał ponad 180 cm wzrostu i czekał w umówionym miejscu. Zaszła go od tyłu, gdzie w splecionych rękach trzymał długą, okazałą, czerwoną różę. Delikatnie dotknęła jego ramienia. Od- wrócił się gwałtownie: — Ewa? — Karol? 14 15 ODSŁONA DRUGA M ówili o niej, że urodziła się z piórem w ręku. Nie było tematu, na który nie potrafiłaby się wypowiedzieć, toteż bardzo często zwra- cano się do niej z prośbą o napisanie czy zredagowanie różnych urzędowych pism. Były to nie tylko podania, sprawozdania, wnioski, ale też całkiem poważne wystąpienia do wielce poważnych instytucji czy urzędów. Trzeba przyznać: miała dziewczyna pióro. Po wielu jej wystąpieniach na łamach prasy, amatorskich jeszcze, wszak studenckich, kilka ogólnopolskich periody- ków proponowało jej pracę. Mogła wybierać, ba, nawet negocjować płace, co w obecnej dobie dużego bezrobocia wydawało się być niezwykłym wprost kom- fortem. Krótko po uzyskaniu dyplomu ukończenia dziennikarstwa została kierow- nikiem jednego z ważnych działów renomowanego miesięcznika, po tygodniu posiadała już własny gabinet i kilku ludzi do pomocy. Znajomi, a zwłaszcza znajome, nie dowierzali, że można tak bez protekcji... Ludzie gene- ralnie chyba nie wierzą, że człowiek może być po prostu dobry, tak zupełnie zwyczajnie i naturalnie. Nie dowierzali, ich problem. Ona była dobra i już. Nie zamierzała się nikomu z tego tłumaczyć. Nie musiała. Praca sprawiała jej mnóstwo zadowolenia i to dawało efekty: bardzo dobre zarobki, służbowy samochód i tzw. fundusz reprezentacyjny, o którym w wielu instytucjach, poza rządowymi, dawno już zapomniano. Dyrektorzy oraz redakto- rzy cenili jej wiedzę i profesjonalizm, umiejętność pracy z ludźmi i wymagania, jakie stawiała najpierw sobie, by następnie móc oczekiwać od in- nych. Po pięciu latach pracy dziennikarskiej wydała zbiór esejów, za który otrzymała znaczącą nagrodę literacką, o jakiej marzył niejeden dojrzały twórca z wielkim, uznanym dorobkiem. Profesjonalne jury szczególnie wyróżniło jej 16 esej „Wokół trzech Ikarów”, gdzie autorka zgrabnie „rozprawiła się” ze skrzy- dlatymi młodzieńcami występującymi w prozie i w poezji, u Owidiusza i Iwaszkiewicza, a także w strofach współczesnych poetów, m.in. Grochowiaka, Bryla i Różewicza. Nowatorskie i odważne podejście do uznanych autorytetów, zwłaszcza autora „Sławy i chwały”, przetarło ścieżki rzekomej niewiedzy i pokazało nowe, tolerancyjne spojrzenie na autorów oraz ich bohaterów. Teraz nie ona, ale o niej pisały wszystkie znaczące pisma w kraju. Cieszyła się, stawiając kolejnego szampana. Przyjmowała gratulacje i uśmiechała się szczerze, chociaż dobrze wiedziała, jak osiągnięty sukces „mę- czy” jej koleżanki i kolegów po fachu. Przypominała sobie wtedy tzw. złotą myśl: Każdy może łączyć się z przyjacielem w cierpieniu, ale jakże doskonały trzeba mieć charakter, aby łączyć się z nim w jego powodzeniu. Wieczorem miała dość: towarzystwa, szampana, uśmiechów i opiętej gar- sonki. Pragnęła luzu i swobody niekrępujących ruchów. Przekręciła klucze w trzech zamkach i weszła do swego mieszkania. Koniec. Ten wieczór należy do mnie. Jest tu sama. Zadowolona po ciężkim dniu i pięknym sukcesie, który świętuje od tygodnia. Piotr pojechał do Irlandii „robić pieniądze”, bo do głowy by mu nie przyszło, przez moment nawet, że tu też można zdziałać, i to napraw- dę. Wyśle mu e–mail, w końcu i tak będzie ostatni, który się dowie o jej sukce- sie. Zsuwa buty. Zdejmuje brązową modną garsonkę, beżową bluzeczkę, tryko- towy czarny podkoszulek, wykończony szeroką bawełnianą koronką sprytnie wychylającą się zawsze spod tej właśnie bluzeczki. Siada zmęczona. Zsuwa jed- ną grafitową pończochę, potem drugą. Następnie idzie do łazienki, odsuwa ściankę prysznicową i odkręca kurek z ciepłą wodą. Ściąga czarne majteczki, odpina koronkowy stanik, wykończony tiulowym wzorkiem, i puszcza na siebie potężny strumień gorącej wody, potem zupełnie zimnej i tak parokrotnie na zmianę. Tak. To jest to. Tego jej brakowało. Pachnący żel obficie pieni się w każdym zakątku i zakamarku jej ładnego, choć dziś bardzo zmęczonego, cia- ła. Jeszcze włosy myje doborowym szamponem, potem masowanie 17 i spłukiwanie całego ciała. I już. Ach, co za ulga. Czuje się lżejsza i piękniejsza, wypoczęta i młoda. Frotowy płaszcz kąpielowy i wolnym krokiem na bosaka, tak jak lubi najbardziej, podąża w kierunku komputera. Napisze do niego. Niech sobie nie myśli... Siada przed klawiaturą, ale myszka niechcący umyka, jedno nieopatrzne kliknięcie... i na ekranie pojawiają się „Internetowe randki”. Nigdy tu nie była. A to co? Zaciekawiona zaczyna przeglądać kolejne anonse. To dopiero jest ma- teriał na artykuł! Wciąga się coraz bardziej. Ofert mnóstwo. Ludzie nie tylko z Polski, w różnym wieku, mający i przedstawiający swoje wielorakie potrzeby, najczęściej erotyczno–seksualne, do perwersyjnych prawie. Nie. Nie napisze artykułu i w ogóle, dlaczego każdy napotkany temat wciąż musi jej się kojarzyć z dziennikarstwem. To już naprawdę skrzywienie zawodowe. Nie. Żadnych ar- tykułów. Teraz ona się zabawi i zapomni o pracy, o pustym łożu, o wiecznej go- nitwie. A może by tak własny anons umieścić? Taki dla draki, na wesoło. No, chy- ba nikt tu tych ofert ani poważnie nie przedstawia, ani poważnie nie odbiera. No jasne, że nie. Niemożliwe. Próbuje pisać na wesoło, ale nie umie. Wciąż okazuje się, że pisze o sobie prawdę, że nie potrafi bajerować, i nie wie, czy to w takim kształcie ma jakikolwiek sens. Zmienia, kasuje, ale po kolejnym odczytaniu, znowu się okazuje, że wszystko, co pisze o sobie, jest poważne i całkiem serio. Po godzinnym siedzeniu przed monitorem stwierdza, że jest bardziej zmęczona niż myślała. Zostawia swój anons i kładzie się do snu. Do Piotra napisze jutro. Będzie niedziela i spokojnie, może nawet całkiem serdecz- nie, do niego napisze. Teraz po prostu zaśnie. Następnego dnia w swojej poczcie internetowej znalazła 15 listów, kolej- nego – 24 propozycje, a po kilku dobach było ich już 78. Nie. To nie do wiary. To niemożliwe. Czy ludzie szukają taniej rozrywki tak, jak ona? Czy może są samotni, tak bardzo? Tak, jak ona? Czy ona jest samotna? Nie. Bzdura. To nie był dobry pomysł, aby pisać o sobie. Chciała już wyłączyć komputer, ale posta- 18 nowiła niektórym panom odpisać. Już miała wysyłać maila do Piotra, kiedy z jednej, dość odważnej oferty, wyłonił się numer GG. Jak wynikało z anonsu, mężczyzna mieszkał daleko, był od niej dziesięć lat starszy, więc na pewno w nic się nie wciągnie, a jeśli pisze o sobie prawdę, co ona ze swą dziennikarską dociekliwością sprawdzi bardzo szybko, to może nawet porozmawiają na po- ziomie. Może okaże się, że w necie pojawiają się nie tylko oszołomy i zboczeńcy, jak powiada jej naczelny, ma się rozumieć wszechwiedzący, ale też całkiem normalni ludzie, którzy chcą po prostu, najzwyczajniej na świecie, po- rozmawiać. Ale właściwie, po co ona ma to robić? Przecież ma z kim dyskuto- wać w pracy i poza nią. Ma z kim wypić kawę i pójść na koncert. Ma wielu zna- jomych i przyjaciół, no i Piotra od zawsze, jak on zwykł mawiać. I tak w ogóle Piotr jest ok. Chce czegoś dokonać poza krajem. Ma prawo. Chociaż jej ten po- mysł się nie spodobał, obiecała, że na niego poczeka. Póki co, oprócz bardzo sympatycznych kolegów, nie pojawił się nikt, kto mógłby podziałać na nią rów- nie ekscytująco jak Piotr. Pisanie na GG z kimś obcym nie ma sensu, w dodatku dla niej, która ma tak bardzo zajęty czas, ale musi chociaż zaspokoić swą ciekawość i spróbować, czy – jak jej niektóre koleżanki zwykłe twierdzić – to tak niesamowicie wciąga. Za chwilę napisze do Piotra, a teraz wpisze numer GG do listy swoich zna- jomych i zapuka do Zbyszka. Na samą myśl śmieje się głośno. Ona „zapuka do obcego faceta”. Czy tylko dlatego, że podał swój kontaktowy numer? Nie. Ona zapuka do niego dlatego, że on – jak pisze – interesuje się literaturą. Tylko on jeden na tyle składanych jej ofert wspomniał o literaturze. Wprawdzie napisał jeszcze coś o „świntuszeniu” w necie, które też budziło jej ciekawość, jako zu- pełnie nieznane jej zjawisko, ale bardziej utkwiła jej w pamięci właśnie literatu- ra. Kliknęła. Odezwał się natychmiast. Miała nawet wrażenie, że bardzo cze- kał na jakiś kontakt, może na ten z nią. To niesamowite, jakie ułatwienia daje konwersacja netowa. Doprawdy. Mówiły jej o tym fakcie koleżanki, ale nie do- 19 wierzała. Zbyszek bardzo umiejętnie i inteligentnie wciągał ją do rozmowy. Od początku czuła, że facet jest wykształcony, ma dużo taktu i wiele czasu na „po- gawędki”, wszak spędzał go, również zawodowo, przy komputerze. Pierwsza rozmowa sprawiła, że postanowiła szefowi powiedzieć, iż nie ma on racji, twierdząc, że wszyscy w necie to „przygłupy”, ale właściwie jeszcze poczeka, może gość po prostu, stary wyga, dobrze gra i tyle. „Rozmawiała” jeszcze z in- nymi, ale na dłuższą metę nie było o czym, więc dość szybko rezygnowała mó- wiąc całkiem szczerze, że nie ma czasu, co było prawdą. Cóż jest piękniejszego niż leniwy poranek w łożu po ciężkim, za długim i zbyt pracowitym dniu? To pierwszy taki poranek z siedmiu, które zafundowała sobie w ramach \zaległego urlopu. Aromatyczna kawa, miękkie posłanie, wy- borna muzyka… Nareszcie może ją smakować – wciąż ukochany blues, czarny dobry blues, no i doskonała lektura (wyróżniona nagrodą Pulitzera) autora sfil- mowanych „Godzin”, które czytała namiętnie i prawie pożądliwie. Teraz ma w ręku jego „Dom na krańcu świata”. Nigdy nie pomyślałaby, że poza Kaza- nem, Proustem, Dostojewskim, Whartonem, Kapuścińskim, Eichelbergerem i kilkoma innymi (mniejsza o kolejność) pojawi się w jej literackim życiu Mi- chael Cunningham, współczesny pisarz amerykański. A pojawił się mocno i głęboko, bo z taką intelektualną prozą i z odwagą w poruszanych tematach, której była prawdziwą smakoszką, miał prawo zaistnieć w jej życiu. Jak bardzo potrzeba jej takiego odpoczynku, oddechu, ach… co za rozkosz dla ducha, jej słodkiej, upragnionej od dawna, samotności. Cały pokój wypełniony był jej świeżym ciałem. Leniwie roznosił się ciepły zapach nocy, w powietrzu wirowały słowa artystycznego obrazowania, łapczy- wie wychwytywane z kolejnych stron powieści, a wszystko to otoczone koły- szącymi dźwiękami muzyki dawało poczucie zwolnionego tempa w tym wciąż szaleńczym pędzeniu do... za... i po... 20 Tylko musi wysłać jeszcze tego maila do Piotra i nic więcej ją nie obcho- dzi. Włącza komputer... i nie dowierza: wiadomość za wiadomością, a wszystkie one od... randkowych wielbicieli. Są wśród nich i poprzedni, i zupełnie nowi. No nie, tego się nie spodziewała. Co ona ma teraz robić? Wszystkim odpowiadać? Ale to niemożliwe, nie po to brała urlop. Tak, ale przecież podała swój adres kontaktowy, inny ma się rozumieć od prywatnego, ale podała. Teraz ci ludzie czekają na odpowiedź... Zaczyna czytać, zwracając baczną uwagę na wiek, wykształcenie, miejscowość i sposób prezentowania tych informacji. Poza trzema, wszyscy informują, że mają wykształcenie wyższe i posługują się raczej poprawnym językiem, aczkolwiek niektórzy dość ubogim, większość mieszka tu, gdzie ona. Każdy z nich chce nawiązać kontakt, a wszyscy mieszkający „obok” – pragną chociaż niezobowiązującego spotka- nia… i to zarówno ci będący w jej wieku, nieco starsi, jak i… dużo młodsi (25 – 30–latkowie), jawnie i od razu proponujący ognisty seks… „w realu... bo lubią starsze kobiety”. Czatowała i „GGadowała” przez kilka miesięcy, próbując z tych dziesiątek profili, anonsów i autoreklam wyłuskać bratnią duszę, trochę poczucia humoru, nieco wiedzy i orientacji we współczesnym świecie. Dość długo łudziła się, że przecież ktoś, ktoś jeden chociaż spełni te niewielkie jej oczekiwania, ba, myśla- ła nawet, że może nauczy się czegoś nowego... Myślała, marzyła, łudziła się jak... nastolatka spragniona uczucia, jak kobieta dojrzała, pragnąca chwilowej ucieczki od obowiązków dnia codziennego. To już prawie kasowała swój profil i nr GG, to znów miała nadzieję, złudzenie, że popisze, podyskutuje, zrozumie w końcu, o co tu chodzi. Pewnego dnia, przyłapana na czatowaniu przez kolegę dziennikarza, tłu- maczyła się, jak smarkula, że śledzi nowe trendy netowe, by napisać artykuł o ludziach szukających rzekomej przyjaźni, miłości w necie, a wszystko de facto sprowadza się do jednego – do szukania taniego, często wyuzdanego seksu. 21 Wtedy nie wiedziała jeszcze, nawet nie pomyślała, że wypowiedziała słowa pro- rocze, że jej kontakt z rozlicznym towarzystwem netowym sprowadzi się do wyciągnięcia wniosków, jakże smutnych wniosków, na temat zawieranych zna- jomości w Internecie. Jej naiwność i wiara w bezinteresownego mężczyznę, w prawdziwą przyjaźń i merytoryczne dyskusje na tematy uniwersalne znów sięgnęły zenitu – nic z tego. Nie tu, nie w necie. Po jakimś czasie zaczęła zapisywać swoje spostrzeżenia, weryfikować je i doszła do przerażających ją samą wniosków. Spisała je i wczesnym rankiem jednego wtorku położyła na stole naczelnego roboczy materiał do swego nowe- go artykułu. NETOWE OSOBOWOŚCI CZATOWE Tu są sami Faceci (najczęściej w związkach małżeńskich), którzy szukają: – miss świata, a najlepiej Kosmosu, – z nogami do szyi albo ponad czubek głowy, – w sexi wyszukanej bieliźnie, bo on lubi, – z lokalem na jego dyspozycyjne uciechy, wskazana wanna z masażem, – ze znajomością analu, oralu, perwersji i setek innych jeszcze oryginalności, – z absolutnym zajmowaniem się jego ciałem, bo on uległy, a uwielbia pieszczo- ty, – z kasą, bo płaci alimenty, oddaje żonie, lub bezrobotny albo biedny, zawie- dziony i pocieszać go trzeba niezwłocznie, – z bryką, byle szybką, – z fotkami całości figury i elementów erotycznych w zbliżeniach, bo on nie bę- dzie się w ciemno umawiał, – z nowatorskimi pomysłami na sex, bo on już wszystko zna i woli coś nowego, – on jest albo młody, od 20 lat do 34, i wtedy gotowy na wszystko, co tam dla niego wiek partnerki, on zadowoli każdą, bo jest extra, 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Z mężczyzną na piętrze czyli damsko-męskie odsłony
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: