Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00090 006966 13419824 na godz. na dobę w sumie
Z pijanym to tylko kłopot - ebook/pdf
Z pijanym to tylko kłopot - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 44
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-9400-3-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Facet znany jako Mały Peter jest byłym gliną i uchodzi za twardziela, ale zadając się z nieodpowiednimi ludźmi narobił sobie poważnych problemów. Wplątał się bowiem beznadziejnie w morderstwo tajemniczego Rica, do którego doszło w jednym z miast na zachodnim wybrzeżu Stanów i do skóry dobrali mu się policjanci wydziału zabójstw, podejrzewając, że to on jest sprawcą. Peter usiłuje wyjść z patowej sytuacji na własną rękę, ale poruszając się w półświatku , gdzie łamie się prawo nagminnie, trafia na wyjątkowo wrednych typów i na dodatek zadziera z gangsterami, a z nimi to już nie ma żartów. Teraz jego sytuacja staje się jeszcze gorsza niż na początku , a jego życie zadaje się, że wisi na włosku…

Opowiadanie utrzymane w stylistyce czarnego kryminału , nie pozbawione humoru.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Andrzej Malczewski Z pijanym to zawsze kłopot Z PIJANYM TO ZAWSZE KŁOPOT Andrzej Malczewski Z pijanym to zawsze kłopot Redakcja i korekta: Urszula Lemańska Skład: www.mpress-freelancer.pl Copyright© by Andrzej Malczewski, Zielona Góra 2014 Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. e-Book Wydanie I Zielona Góra 2014 ISBN: 978-83-940048-3-5 4 I Czerwony neon hotelu Fiesta świecił jaskrawo, rzucając różową poświatę na ciemne płyty chodnika. Wnet oblał, wchodzące w jego zasięg dwie postacie. Wyższy, barczysty facet w kapeluszu prowadził pod rękę osobnika w długim, rozpiętym płaszczu, którego poły rozchodziły się na boki, uka- zując pałąkowate, plączące się nogi. – Prześpisz się i jutro rano będziesz jak skowronek – rzekł mężczyzna w kapeluszu, wprowadzając pijanego po schodach do wejścia. W holu rzucił go na skórzany fotel, stojący pod ogromną palmą, zabrał z recepcji klucz i wciągnął go na górę. Pokój był jednoosobowy z małą łazienką i dwoma wysokimi ok- nami. Posadził go na łóżku. Panował tu zaduch i postanowił wpuścić trochę świeżego powietrza, otwierając okno. Zdjął mu płaszcz i rzucił na krzesło. Rozejrzał się po pokoju i wszedł do łazienki. Zmoczył kremowy ręcznik zimną wodą pod kra- nem w umywalce, wycisnął nadmiar wody i kiedy wchodził do pokoju, nagle zerwał się i skoczył w stronę okna. Złapał w ostatniej chwili za marynarkę spadającego mężczyznę, zgię- tego w scyzoryk, przesuwającego się brzuchem na parapecie i framudze okna w czarną czeluść nocy. – Chciałeś się ulotnić brachu? Nic z tego, nigdzie nie wy- fruniesz – powiedział niemal wesoło, wciągając go do środka, po czym cisnął nim jak workiem z ziemniakami na podłogę aż zadudniło. Pijany mężczyzna jęknął, usiadł wolno i wytarł sobie usta wierzchem dłoni. 5 – Zakręciło mi się w głowie… – wybełkotał blady prawie nie poruszając wargami. Mężczyzna w kapeluszu zamknął okno, mówiąc rozbawio- ny: – Nie chciałbym być w skórze tego, co akurat by prze- chodził pod oknem. A teraz pójdziemy lulu – zwrócił się do pijanego. Następnie podszedł do niego, wziął go pod ramiona i po- sadził na łóżko. Kucnąwszy przyjrzał się jego głowie. Z lewej strony czoła rosła świecąca opuchlizna, która z wolna zmie- niała się w kartoflasty guz, a z pękniętej skóry sączyła się na nią krew, dodając koloru całości. Zagwizdał z wrażenia, przyłożył mu mokry ręcznik do czoła i zawiązał z tyłu głowy na supeł. Pchnął go ręką w pierś tak, że się położył na wznak. – Jak się stąd ruszysz, to ci wyklepię miskę do końca – za- groził pijanemu, który patrzył na niego spod ręcznika coraz bardziej mętnymi i nieobecnymi oczami. Facet w kapeluszu odczekał – aż ten w łóżku zasnął – stojąc przez ten czas z rękami w kieszeniach. Nie trwało to długo. Potem sprawdził, co śpiący miał w płaszczu i podszedł do łóżka obszukać mu kieszenie spodni i marynarki. Pozosta- wił dokumenty i drobny bilon, a zabrał mu dwa grube pliki banknotów, po czym zgasił światło i wyszedł, zamknąwszy cicho drzwi. Na dole podszedł do kontuaru, za którym siedział człowiek wpatrujący się nieruchomo w telewizor ustawiony w rogu w miejscu, gdzie wiśniowa powierzchnia lady stykała się ze ścianą wyłożoną kafelkami. Na szklanym ekranie ruszały się małe postacie piłkarzy na zielonkawym tle boiska, przy wtó- rze piskliwego, drżącego patologicznie głosu spikera. Jazgot z odbiornika napełniał niepokojem cały hol i świerzbił uszy kroczącego po wytartym dywanie mężczyzny, który rzucił ka- pelusz na kontuar, oparłszy się o niego bokiem. Odezwał się do siedzącego, ale ten nie zareagował. Wtedy mężczyzna pod- szedł wzdłuż kontuaru, włożył rękę za telewizor i wyciągnął 6 kabel zasilania z gniazdka. – Ostatni raz pewnie uszy czyściła ci mama – powiedział i położył zwinięty banknot na brzegu, dodając: – Miej oko na tego przyjemniaczka z pod dziesiątki na piętrze. Wracając sięgnął po kapelusz. Facet z drugiej strony ziew- nął nie odrywając oczu od wygasłego kineskopu. Podrapał się po nosie i schował swoją jajowatą głowę głębiej między ramiona. Z kącików jego wąskich ust wychodziły, po obu stro- nach, głębokie bruzdy w kierunku brody, nadając mu wyraz smutnego klowna. Widać było, że jest jakby spięty. – Mam sprawdzić, czy umył ząbki na noc? – spytał, zerkając obojętnie na papierek leżący na blacie. Mężczyzna w kapeluszu cofnął się, sięgając ostentacyjnie ręką po pieniądze. Recepcjonista zrobił szybki ruch i banknot zniknął w jego spoconej dłoni – Mogę, co najwyżej, zgasić po nim światło – dodał po chwi- li niechętnie. – Do czego innego się nie nadajesz. – A co z meczem? – rzucił za zmierzającym do wyjścia facetem w kapeluszu. Ten odpowiedział, przystanąwszy w drzwiach: – Sprawdź wynik w porannej gazecie. Tylko nie zaśpij koleś. Barczysty mężczyzna idąc chodnikiem wciągnął głęboko świeże powietrze w swoje potężne płuca i potrząsnął ręka- mi jak zawodnik podczas rozgrzewki. Twarz miał szarą ze zmęczenia i worki pod oczami. Nie spał od dłuższego czasu. Nabierał powietrza ile miał sił, wentylując płuca jakby chciał nadrobić kilka lat. Idąc zapiął płaszcz i postawił kołnierz, a kapelusz wcisnął głęboko aż na uszy, chroniąc się w ten sposób przed chłodnym wiatrem od morza. Niebo się przejaś- niło i zaroiło od lśniących gwiazd, które przeszywały mrok niczym sztylety z hartowanej stali. Przeszedł jedno skrzyżo- wanie i skręcił w lewo pod górę. Posuwając się wzdłuż krawę- dzi parku, minął sztuczny staw ze zmarszczoną taflą, do której bezskutecznie próbował zajrzeć blado-szary księżyc. 7 Peter, którego nazywano niekiedy przekornie Małym Pete- rem, w gruncie rzeczy nie był ułomkiem. Szeroki w plecach i mocny w karku, miał nieco przydługie, lecz potężne i zakoń- czone niczym szufle dłonie, i choć nie dbał o swoją popular- ność, znany był w półświatku. Mówiono, że kiedyś był gliną. Miał do załatwienia jedną sprawę, ale już zaczął żałować, że wybrał się w drogę pieszo. Mijając szereg odrapanych zębem czasu domów był już prawie na miejscu. Gdy przechodził koło trzypiętrowego domu z dwoma wieżyczkami na jego krań- cach, na chodnik wypadł z budynku mały człowieczek, ude- rzając go głową w bark, po czym zatrzepotał rękami niczym ćma i nie mogąc złapać równowagi, wyłożył się jak długi przy lampie ulicznej, skowycząc. Peter podszedł, złapał człowieczka za kołnierz i postawił na nogi, obracając przodem do światła. Przez chwilę przyglądał się mu, po czym spojrzał na dom w zamyśleniu. Wątły i szczupły mężczyzna z siwo-czarną bro- dą, jak koza, zaczął szczękać zębami i trząść się cały. Poru- szając ustami, nie mógł wydusić z siebie słowa, wypuszczając jedynie świszczące powietrze z wykrzywionej grymasem wą- skiej twarzy. Podniósł patykowatą rękę, wymierzając palcem wskazującym w kamienicę. Wyglądał na silnie wystraszonego. Peter puścił go i wszedł do budynku. Przez chwilę stał przed wejściem na schody, a potem po ciemku zbliżył się do ściany, szukając po omacku włącznika światła. Kiedy je zna- lazł czyjaś ręka przytrzymała jego nadgarstek. – Czego szukasz leszczu? – padło ochrypłym głosem pyta- nie tuż przy jego uchu. – Ja niczego, ale zdaje się, że taki jeden zgubił tu portfel. Teraz stoi na ulicy i płacze w rękaw – odparł Peter i strącił rękę mężczyzny. Zapalił światło i oparł się o poręcz. Przyj- rzał się nieznajomemu. – Już cię wypuścili Bugs? Słyszałem, że dostałeś pięć peł- nych lat do odsiadki. Mężczyzna w rozpiętej farmerskiej koszuli przytknął z wolna do ust butelkę burbona i pociągnął z niej spory łyk, 8 krzywiąc się przy tym. – Ale cię wygina. Więzienie jednak ci nie służy. Przestaw się na kwaśne mleko – zarżał niespodzianie Peter, widząc jego reakcję na mocny trunek. – Zamknij mordę. Jeszcze niedawno inaczej nawijałeś. A tak w ogóle, to szukasz guza? Mężczyzna zwany Bugsem mówił wolno, z wyraźną trudnoś- cią, patrząc w pierś Petera. Był przysadzisty, miał gruby kark i wystające górne jedynki, które demonstrował przy mówieniu. Czarny zarost dopełniały ciemne jak węgiel, szeroko osadzone, oczy i błyszczące czernią przetłuszczone włosy. Stał na sztyw- nych nogach z bezczelnym pijackim wyrazem na twarzy. Peter nie przestając się uśmiechać, rzekł do niego, wycią- gając rękę: – Oddaj coś mu zabrał? Bugs potrząsnął butelką z resztką płynu. – Wypił swoje. Nic tu po nim – odparł sucho. – Jak skończysz z tym, to daj mi znać. Peter zeszedł po schodkach zewnętrznych i zatrzymał się przy mężczyźnie z brodą. – Spadaj. Nic tu po tobie – powiedział półgłosem. Mężczyzna zmierzył go zimnym wzrokiem, odwrócił się i mrucząc coś pod nosem, umknął wzdłuż ściany domu. Już po chwili widać było jego oddalającą się krótką sylwetkę w słabym świetle latarń. Peter włożył ręce do kieszeni, spojrzał na zegarek na ręku i zawrócił w kierunku skąd przyszedł. Postanowił zrezygno- wać ze spotkania ze względu na późna porę. Po drodze, żeby się rozgrzać, wstąpił do bistro. Zabrał leżące na stoliku w ką- cie sali gazety i popijając kawę, zatopił się w lekturze. Kiedy się dobrze wygrzał, stwierdził, że jak ma siedzieć w domu, to może równie dobrze spędzić czas tutaj i zamówił kolejną kawę, a także ciastko tortowe. Po dobrej godzinie zebrał się do wyjścia. Przechodząc koło hotelu Fiesta, mimochodem spojrzał 9 w okna na pierwszym piętrze. Okna jednoosobowego pokoju, w którym przebywał niedawno, były rozświetlone. Westchnął i skręcił w stronę hotelu. Otworzył drzwi i wszedł do ciepłe- go holu. Wchodząc na schody pokryte bordowym dywanem spojrzał w stronę recepcji. Siedzący w głębi człowiek trzymał głowę na oparciu fotela, odchyloną do tyłu. Miał zamknię- te oczy. W telewizji leciał program rozrywkowy. Regulator głośności w odbiorniku był chyba przekręcony maksymalnie. Pewnie sobie golnął z nudów – pomyślał Peter przechodząc obok. Wspiął się na piętro. Stawiał miękko i bezgłośnie kro- ki po brązowej wykładzinie, aż stanął pod drzwiami pokoju numer 10. Nacisnął klamkę i uchylił drzwi. W pokoju nadal paliło się światło. Otworzył je szeroko. Ed leżał na łóżku tak, jak go zostawił, tylko, że teraz chra- pał, a z jego gardzieli wydobywał się bulgot. Na stoliku noc- nym stała do połowy opróżniona butelka whisky z odkręco- nym korkiem. Zdziwiło go to. Gdy zrobił krok do przodu, zawadził o but. Spojrzał w dół. Na dywanie, a częściowo na podłodze, leżał na boku, z nogami lekko podkurczonymi mężczyzna w czarnym płaszczu i ciemnych spodniach. Ręką trzymał się za pierś. Na rdzawym dywanie lśniła ciemniejsza plama. Peter stanął jak wryty, zacisnął mocno szczęki. Później po- chylił się nad mężczyzną, oglądając go. Płaszcz pod ręką na piersi nasiąknięty był krwią. Podciągnął rękaw i starał się wybadać puls na nadgarstku. Nie znalazł go. Ciało powoli sty- gło. Spojrzał na jego głowę. Oczy miał półotwarte, a twarz wykrzywioną grymasem. Gdzieś już widział tę twarz. Zostawił go i podszedł do śpiącego, żeby go zbudzić. Kiedy szarpnął go za rękę zauważył leżący przy jego boku automatyczny pistolet. Usłyszał kroki na korytarzu. Po chwili do pokoju weszło dwóch ludzi w mundurach po- licyjnych. 10 II Mężczyzna po pięćdziesiątce stukał rytmicznie palcami po niebieskim blacie biurka. Przed nim leżała spora kupka banknotów, ułożona w dwóch szpaltach. Obok jego ręki stała kryształowa popielniczka pełna niedopałków po pa- pierosach z filtrem. Leżał też przedmiot w kształcie torpedy wielkości dużego cygara. Staroświeckie, nietypowe wieczne pióro, lecz nie to było w kręgu zainteresowania policjanta. Poorana bruzdami twarz była posępna i wykuta jakby z kamienia. Rzadkie jasne włosy sterczały na dużej głowie. Jasnoniebieskie oczy utkwił w przeciwległej ścianie. W po- mieszczeniu oprócz biurka i fotela, na którym siedział porucz- nik Longin, stały jeszcze, pod ścianą przy oknie, dwa proste krzesła i dwie szafki na akta, a pod sufitem jedna z dwóch lamp jarzeniowych zapalała się i gasła na przemian z cichym, mechanicznym chrobotem. Naprzeciw niego na jednym z krzeseł siedział barczysty facet w marynarce w drobną kratę, którego zastała policja w pokoju numer 10 hotelu Fiesta. Na jego zmęczonej twarzy pojawił się ledwo dostrzegalny uśmiech. Stukot bębnienia palców nagle ustał. – Nie słyszałem odpowiedzi Peter, więc powtórzę pytanie. Skąd masz ten szmal? Tylko nie mów, że dostałeś od cioci na imieniny – zakończył z sarkazmem. Peter uśmiechnął się szeroko, a w jego policzkach pojawiły się dziurki. – Mnie na twoim miejscu nie byłoby do śmiechu – porucz- 11
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Z pijanym to tylko kłopot
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: