Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00296 004750 14459753 na godz. na dobę w sumie
Za Wielką Wodą - ebook/pdf
Za Wielką Wodą - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 353
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4141-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

„Za Wielką Wodą” jest powieścią autobiograficzną w 33.33 procentach, tak sobie dokładni wyliczyłem. Wszystkie opisane w niej miejsca są to miejsca prawdziwe, w których przebywałem. Opisane sytuacje są po części tylko prawdziwe, natomiast występujące w książce postacie są całkowicie i bezczelnie wymyślone, toteż doszukiwanie się tutaj jakiegokolwiek podobieństwa do żyjących osób nie ma najmniejszego sensu. Emigracja. To jedno z najważniejszych słów mojego życia, to nie tylko słowo, to niezwykłe wydarzenie w życiu każdego, komu tego rodzaju przygoda przypadła w udziale. Tak, emigracja to również niezwykła przygoda i o tym właśnie starałem się napisać. Nie traktuję tutaj o sprawach wielkich i doniosłych, o przyczynach dla których tak wielu z nas opuściło naszą Polskę w latach osiemdziesiątych, kiedy stosunkowo łatwo można było uzyskać paszport i popróbować „wolności” na zachodzie; przedstawiam w tej książce przypadki bardziej lub mniej prawdopodobne które napotkałem, lub mogłem napotkać po rozpoczęciu nowego życia za Wielką Wodą, jak amerykańscy Indianie nazywali kiedyś Ocean Atlantycki.

Przyjemnego czytania,

Autor

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Za Wielką Wodą Andrzej Galicki ZA WIELKĄ WODĄ Andrzej Galicki Copyright ©2013 Andrzej Galicki Virtualo Edition ISBN: 978-83-272-4141-2 Projekt okładki: Andrzej Galicki Obraz autora książki pt. The Best friend of mine namalowany w roku 1998 Prawa autorskie Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora. Słowo wstępne „Za Wielką Wodą” jest powieścią autobiograficzną w 33.33 procentach, tak sobie dokładnie wyliczyłem. Wszystkie opisane w niej miejsca są to miejsca prawdziwe, w których przebywałem. Opisane sytuacje są po części tylko prawdziwe, natomiast występujące w książce postacie są całkowicie i bezczelnie wymyślone, toteż doszukiwanie się tutaj jakiegokolwiek podobieństwa do żyjących osób nie ma najmniejszego sensu. Emigracja. To jedno z najważniejszych słów mojego życia, to nie tylko słowo, to niezwykłe wydarzenie w życiu każdego, komu tego rodzaju przygoda przypadła w udziale. Tak, emigracja to również niezwykła przygoda i o tym właśnie starałem się napisać. Nie traktuję tutaj o sprawach wielkich i doniosłych, o przyczynach dla których tak wielu z nas opuściło naszą Polskę w latach osiemdziesiątych, kiedy stosunkowo łatwo można było uzyskać paszport i popróbować „wolności” na zachodzie; przedstawiam w tej książce przypadki bardziej lub mniej prawdopodobne które napotkałem, lub mogłem napotkać po rozpoczęciu nowego życia za Wielką Wodą, jak amerykańscy Indianie nazywali kiedyś Ocean Atlantycki. Przyjemnego czytania, Autor SPIS TREŚCI 1. Amadeo Garden Court 2. Waikiki Beach 3. Ukraińskie malowanie 4. Spirit of Manhattan 5. Córki Króla 6. Czekoladka 7. Jukatan 8. Pogawędki z Julią 9. Pociąg bez konduktora 10. Moje Rzymskie Wakacje 11. Cabot Trail 12. Cayo Coco 1. Amadeo Garden Court Taki napis widniał na tablicy ustawionej przy Lakeshore Av, w południowej części Etobicoke. Było ono wtedy na prawach miejskich, posiadało swój własny City Hall i Burmistrza, dzisiaj stanowi jednak tylko jedną z dzielnic Toronto, które jak wieloryb połknęło przylegające miasta stając się największym skupiskiem ludzkim w Kanadzie. Kiedyś Toronto nie było takie duże. W jego rozwoju pomogła generalnie Spokojna Rewolucja” w Quebek w latach sześćdziesiątych. W obawie przed odłączeniem sie Quebek od Dominium, ogromna liczba anglojęzycznych mieszkańców tej prowincji przeniosła się do Ontario, zwłaszcza właśnie do Toronto. Przeniosły się tu również generalne dyrekcje korporacji finansowych i banków, jak również część zakładów przemysłowych, rozpoczął się okres dynamicznego rozwoju tego miasta, pięknie położonego nad brzegiem jeziora Ontario, ogromnego, choć najmniejszego z pięciu Wielkich Jezior. Przy jego to wodach znajdował się właśnie (i do dzisiaj znajduje) Amadeo Garden Court. Wjechałem moim Gran Torino przez bramę na dziedziniec i zaparkowałem samochód. Wysiadłem, zatrzasnąłem drzwiczki i rozejrzałem się dookoła. Dwa stare budynki w stylu wiktoriańskim, jakich wiele było w Toronto, jeden duży, na lewo od alei wjazdowej, drugi mniejszy, uroczy, po prawej stronie. Być może była to kiedyś posiadłość jakiegoś miejscowego magnata, teraz cały teren wokół tych dwóch starych domów zabudowany był prostymi bryłami dużych bloków mieszkalnych obłożonych brunatną cegłą. Budynki te już wtedy były stare i podniszczone; być może tutaj uda mi się znaleźć to, czego szukam? Z powodu dużej ilości ludności napływającej wciąż do Toronto, znalezienie mieszkania w tym mieście było prawdziwą sztuką, mam tutaj na myśli mieszkanie tanie, odpowiadające kieszeni młodego i niebogatego polskiego emigranta jakim wtedy byłem i jakim zresztą szczęśliwie pozostałem przez lat trzydzieści, aż do dzisiaj, z pominięciem już niestety słowa młody. Stałem tak, oparty o drzwiczki mojego Grizzly , jak nazwałem mój pierwszy samochód zakupiony na kanadyjskiej ziemi, w Montrealu, w roku 1981 za sumę 675 dolarów. Nieźle, co? Barbie zatrzymała się przede mną na chodniku, w prawej ręce trzymała zapalonego papierosa, lewą podtrzymywała pasek torebki zawieszonej na ramieniu. Wypuściła chmurkę jasnobłękitnego dymu w powietrze i powiedziała: - Biuro jest tam - wskazała przy tym drzwi większego ze starych budynków, obok których widać było nawet z daleka tabliczkę z napisem OFFICE. - Skąd wiesz, że jestem Polakiem? - zapytałem zdziwiony. - Od razu można poznać. - Po czym? - Nie wiem po czym, ale można poznać. Pokręciłem głową zdziwiony. Po rocznym pobycie w Montrealu uważałem się za typowego Kanadyjczyka, co prawda nie bardzo ich rozumiałem, a oni mnie jeszcze mniej, ale polskie ubranko dawno już zastąpiłem eleganckimi ciuszkami z Armii Zbawienia bez targowania się o cenę, a samochód, którym tu podjechałem, wzbudziłby na warszawskiej giełdzie niemałą sensacje. Ford Gran Torino, popularny zwłaszcza wśród młodych ludzi, szczególnie od ukazania się telewizyjnego serialu „Starsky and Hutch”, mocno juz niemłody, ale w pięknym stanie, był przedmiotem mojej rozpierającej serce dumy. Silnik ośmiocylindrowy o pojemności 351 cali sześciennych i gaźnik z podwójną przepustnicą dawały mu niezłe kopnięcie na autostradzie. A komfort jazdy? Ta bryka płynęła jak po maśle, można było nawlekać igłę podczas jazdy. A do tego miałem na nogach stare kowbojskie buty z krokodylowej skóry kupione okazyjnie na wyprzedaży garażowej. A ona do mnie nawija po polsku, trochę mnie to wnerwiło muszę przyznać, ale nie dałem tego po sobie poznać, może gdyby była brzydsza, powiedział bym jej coś do słuchu, ale tymczasem tak się zapatrzyłem w te jej długie nogi i w to, do czego były przyczepione, ze wybaczyłem jej wszystkie „faut-pas” jak mawiano w Montrealu. - Myślisz, że mają wolne mieszkania? - zapytałem. - Nie mają, ale dla ciebie się znajdzie - odpowiedziała - na pewne ci się spodoba - no to na razie, powodzenia. - Jak się nazywasz? - zapytałem jeszcze. - Barbara, ale nazywają mnie Barbie. Znów wypuściła w powietrze obłoczek dymu i odeszła w stronę ulicy na tych swoich długich nogach w obcisłych czarnych legginsach, które akurat zaczynały tutaj wchodzić w modę. Od razu pomyślałem, że to Barbie, zanim powiedziała. Wyglądała dokładnie jak ta popularna laleczka, którą można było dostać w każdym sklepie z zabawkami, nawet lepsza, bo większa, i w dodatku mówi. Poszedłem do biura i zapytałem o mieszkanie. Jakiś młody facet popatrzał do leżącego na biurku zeszytu i powiedział, że akurat mają jedną wolną kawalerkę, właśnie skończyli ją odnawiać. Zaprowadził mnie nie gdzie indziej jak do tego mniejszego, stylowego budynku, tam na pierwszym piętrze ujrzałem prawdziwe cudo. Kawalerka z oddzielną kuchnią i łazienką, na podłodze położona nowa wykładzina z długim włosem w kolorze rudobrązowym, świeżo odmalowane ściany, jedna z rzędem okien wychodzących na szeroki parking, widać było dużo nieba a nawet trochę drzew i to wszystko za 350 dolarów miesięcznie. Oczywiście podpisałem umowę bez wahania. Jak już wspominałem, znalezienie mieszkania w Toronto nie było wtedy łatwe. W związku z dużą ilością ludzi napływowych, (zwłaszcza z prowincji Quebek, ale nie tylko) nabudowano co prawda ogromną ilość nowych budynków mieszkalnych, ale ceny tych mieszkań były bardzo wysokie, nie na moją cienką kieszeń. A był to rok 1982, po roku pracy w pracowni projektowej w Montrealu zostałem zwolniony a firma, w której pracowałem, przestała istnieć. Nastąpił kryzys ekonomiczny, nie było pracy dla nikogo, bez względu na wiek, zawód i wykształcenie. No nie, były wyjątki. W rubryce Help wanted w montrealskiej The Gazette , wciąż było spore zapotrzebowanie na tancerki go-go. Tańczyły one na podwyższonym parkiecie w niektórych barach wykonując przeróżne akrobacje wokół pionowo ustawionej stalowej rury. Tańce z reguły były trzy, pierwszy w bardzo skąpym przyodziewku, w drugim tańcu zdejmowana była góra, a podczas trzeciego dziewczynka pozbywała się reszty stroju i tańczyła do końca nagusieńka w rytm zmysłowej muzyki. Dla nas, z East Bloku była to prawdziwa sensacja, nie widywaliśmy takich tańców po tamtej stronie, w naszym starym kraju. Po utraceniu pracy wyjechałem z Montrealu do Toronto, głownie przez ciekawość a trochę dla podszkolenia języka angielskiego i zamierzałem tutaj popróbować od nowa mojego kapryśnego szczęścia. Trudna przygoda ta cała emigracja. Słabe jednostki załamują się, niektórzy wracają do kraju gnani nostalgią, niektórzy rozpijają się zalewając gryzącego od środka robaka, jeszcze inni wspaniale integrują się w nowe społeczeństwo nie przestając jednocześnie być Polakiem. Naszej szczerej polskiej duszy nie rozmyje pogoń za dolarem ani nie da się jej zatopić w alkoholu. Była, jest i na zawsze pozostanie polska. Przyniosłem z samochodu cały mój dobytek i ustawiłem w moim nowym mieszkanku. Oj, niewiele tego było, kilka garnków i talerzy, kolorowy telewizor, trochę ubrań i niewielkie zdjęcie papieża do powieszenia na ścianę. Pojechałem natychmiast do sklepu Goodwill , gdzie nabyłem odnowiony, podwójny materac, używaną komodę z sześcioma szufladami, którą posiadam do dzisiaj i niski stolik do kawy, który zresztą również do dzisiaj mi służy. Kiedyś meble wykonywano w Kanadzie z prawdziwego drewna i potrafiły one przeżyć każdą kawalerską libację, obecne sprzęty made in China , szanujący się polski emigrant musiał by zmieniać po każdym zakrapianym spotkaniu patriotycznym. Może były i inne spotkania, ale ja nie uczęszczałem. Zwłaszcza, gdy chłopcy zaczynali skakać sobie do krawatów w ferworze dyskusji, mniej mebli było zaletą mieszkania. Tak, emigracja nie jest łatwa. Dużo się traci wyjeżdżając z kraju urodzenia. Jest to jednak jednocześnie najwspanialsza przygoda życia, jaką można sobie wyobrazić. Ci, którzy poprzyjeżdżali tutaj do rodzin, mieli na ogół łatwiej. Tacy jak ja, którzy znaleźli się za Wielką Wodą po raz pierwszy, sami, w tak odmiennym od naszego świecie, rozumieją co mam na myśli. Wszystko tutaj było inaczej niż w Europie. Ogromne, luksusowe samochody i budowane z patyków i kartonu domy, zaledwie z zewnątrz obłożone cegłą, które byle huragan potrafi roznieść na strzępy w kilka sekund. Widziałem w telewizji niewielkie miasteczko, przez które przeszła trąba powietrzna, wyglądało to na filmie kręconym z okna samolotu jak kilka pudełek zapałek rozsypanych po podłodze. Odkryłem znajdujący się w pobliżu sklep spożywczy Red and White , czyli w kolorach flagi kanadyjskiej, lecz i polskiej jednocześnie. Należało coś wrzucić do gara i przy okazji oblać moje nowe mieszkanie. Kupiłem jakiś makaron i sos mięsny i rozglądałem się za uczciwą flaszką czerwonego wina, ale nie znalazłem. W tym sklepie nie było żadnego alkoholu. Zakląłem szpetnie po polsku myśląc, że nikt mnie tutaj nie zrozumie. Pomyliłem się. Przechodzący obok facet, starszy ode mnie o jakieś dwadzieścia lat zatrzymał się i zapytał: - W czym problem kolego? Wyjaśniłem mu, że zmartwił mnie fakt, iż najbliższy mojego nowego mieszkania sklep nie posiada półki z alkoholami. - Widać, żeś dopiero co przyjechał - wyjaśnił mi życzliwie - wino, czy wódkę możesz tutaj kupić tylko w Liquor storze a piwo w Brewers retail , w sklepach spożywczych tego nie prowadzą. Widząc moje rozczarowanie, zaproponował mi wspólne oblanie mojego mieszkania w pobliskiej tawernie znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie oparłem się tak sympatycznemu zaproszeniu. Facio wyjaśniał mi przy okazji, co znajduje się w poszczególnych działach sklepu. Spostrzegłem, że czytanie napisów nie idzie mu łatwo, zapytałem jak długo tutaj mieszka. Odpowiedział, że od dwudziestu lat. Zdziwiłem się, że wciąż ma kłopoty językowe. - Po cholerę miałem się uczyć angielskiego? Tyle ile umiem wystarczy mi całkowicie. Pracuję nocami przy sprzątaniu biur, tam nie ma z kim rozmawiać. A sklepów polskich tu nie brakuje, są i restauracje a nawet i kościół jest jeśli nagrzeszyłeś. A tutaj, zobacz tylko - wskazał na puszkę - co tutaj jest sfotografowane? - Groszek. - No widzisz, znaczy, że w środku jest groszek. A na tej fasola, znaczy, że jest to puszka z fasolą. A tutaj narysowali krowę, jak się trochę podszkolisz, sam dojdziesz do tego, że jest to puszka z wołowiną. A to? - Podniósł z triumfem do góry jajowatą puszkę z napisem Polish Ham . Poniżej widniał napis: Polska Szynka w normalnym języku. - Widzisz? Nawet przeczytać można, jeżeli kto ciekawy. - Wszystko pan wie - pochwaliłem z uznaniem. - Tylko nie pan - sprostował - Ted jestem, z Warszawy, dla ciebie Tadzik. Jakoś nie bardzo po warszawsku wyrażał się mój nowy znajomy, okazało się, że nie tak dokładnie jest on z Warszawy, raczej spod, a tak szczegółowo to z Pruszkowa, ale to przecież prawie Wielka Warszawa, nie ma co się szczypać. Dałem spokój z dociekaniem i poszliśmy do tej tawerny, która okazała się obskurną speluną, co przeszkadzało mi trochę, ale tylko do trzeciego kufla, potem stała się dla mnie magicznym lokalnym folklorem, ach jakim byłem szczęściarzem, że tak blisko mieszkam. Przy wejściu do tawerny Tadzik puścił mnie przodem, wybrał uprzejmie stolik pod ścianą i zachowywał się jak szczodry gospodarz zamawiając po dwa piwa na głowę. W momencie, gdy należało powtórzyć zamówienie, kelner zażądał żeby zapłacić za poprzednie, Tadzik nagle przestał zachowywać się gościnnie i wlepił wzrok w zamalowane zieloną farbą okno. Zrozumiałem, że nieważne kto tu gospodarz, płacę i tak ja. Szkodzi nic, polubiłam Tadzika takim jaki jest, zresztą kto tu oblewa mieszkanie? Do tawerny wparowała grupa podstarzałych Harleyowców w skórzanych kurtkach i o mocno sfatygowanych facjatach. Zrobiło się głośno, najgłośniej krzyczała jedna baba, też w starej, skórzanej kurcie i brudnych dżinsach. Widać było, że ma niezły posłuch wśród tych dzikusów. Jeden z nich jednak w czymś się z nią nie zgadzał. Dla wyjaśnienia sporu gruchnęła go pięścią na odlew prosto w czerwoną i spuchnięta bez tego nawet buźkę, aż nieborak przechylił się do tyłu i grzmotnął razem z krzesłem plecami o podłogę, tuż obok naszego stolika. Poderwałem się z krzesła, żeby pomóc mu się podnieść, ale przechodzący akurat kelner pchnął mnie z powrotem na krzesło. - Ty się synek nie wtrącaj. Tam gdzie się biją nie podchodź nawet, bo to nie twoja sprawa a i sam możesz oberwać. Takiej nauki udzielił mi po polsku, okazało się bowiem, że to też rodak, a nawet znajomy Tadzika. Nie przeszkadzało mu to co prawda skubnąć mnie na kilka dolców, ale nie żałowałem, nauki kosztują, każdy to wie. Rozstałem się z Tadzikiem jak z przyjacielem i umówiliśmy się w najbliższą niedzielę w polskim kościele przy ulicy Roncesvalles dla podbudowania naszej wartości duchowej. Wróciłem do mojego mieszkania pełen entuzjazmu dla tego wspaniałego miasta gdzie ludzie mówią po polsku i angielsku i nigdzie nie widać napisów z tymi francuskimi zawijasami jak w Montrealu, a na ulicach nie słychać tego bełkotliwego lo-lo, tak charakterystycznego dla montrealskiej ulicy. Przygotowałem sobie kolację z makaronu z sosem mięsnym i herbatą, zjadłem ją przed moim kolorowym telewizorem oglądając amerykański serial Magnum bardzo dumny z mojego nowego życia. Niewiele rozumiałem z tego, co słyszałem z telewizora, ale Tom Selleck miał pięknego wąsa, bardzo podobnego do mojego, który właśnie zacząłem zapuszczać, dziewczyny kręciły się kolo niego jak marzenie a pejzaże z wysp Hawajskich w niczym nie przypominały ulic Montrealu czy Toronto. Ciekawe czy uda mi się kiedyś tam pojechać, to jednak kawał świata, dalej niż do Europy. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, jak prędko złożę wizytę w przepięknym Honolulu. W Europie jeszcze nie byłem od mojego wyjazdu, raz byłem o krok, miałem już nawet zakupiony bilet do Paryża, ale wybuchł akurat stan wojenny w Polsce i zrezygnowałem, oddałem bilet, wszystko się pokręciło. Założyłem buty i wyszedłem na zewnątrz aby przejść się po świeżym powietrzu dla spokojniejszego trawienia. Osiedle położone było na samym brzegu ogromnego jeziora Ontario, linia brzegowa zabezpieczona nazwożonymi złomami skalnymi, dwa wielkie księżyce rozjaśniały ten wieczór, jak w Świteziance Mickiewicza a łagodna bryza od jeziora przynosiła romantyczny zapach gnijących wodorostów pomieszanych z ulicznym ściekami, jako że w pobliżu znajdowały się dwie wielkie rury, z których prawdopodobnie ściekała do jeziora deszczowa woda z ulicznych kanalizacji. Zauważyłem, że nie jestem sam. Stała na największej skale przodem do wody i wpatrywała się w srebrny talerz, ten w dole. - Cześć Barbie - powiedziałem i stanąłem na sąsiedniej skale. Odwróciła gwałtownie twarz w moją stronę i powiedziała gniewnie: - Zostaw mnie w spokoju, OK? W świetle księżyca zauważyłem, że ma mokre policzki. Głupio mi się zrobiło, odwróciłem się i ruszyłem w drogę powrotną do domu. Zaledwie jednak przeszedłem kilkanaście kroków, usłyszałem za sobą głośny plusk. Odwróciłem się prędko, duży kamień na którym przed chwila stała Barbie był pusty. Podbiegłem natychmiast w to miejsce, zdawało mi się, że jeszcze widzę okrągłe fale rozchodzące się po powierzchni wody, a może to było tylko złudzenie? Po Barbie ani śladu. - Barbie! Barbie! - zawołałem głośno. Żadnej odpowiedzi. No nie, tego tylko brakowało, co robić? Zawiadomić policje? Jak ja się dogadam? Zresztą, przecież jeszcze nie mam telefonu. Przyszło olśnienie. Osiedlowy sklepik, może jeszcze będzie otwarty. Spróbuje wytłumaczyć jakoś Chińczykowi co się stało, niech on się martwi. Wpadłem z wywieszonym do pasa językiem, chociaż wcale nie było daleko i zatrzymałem się w progu. Barbie stała przy kontuarze i kupowała papierosy. Spojrzała na mnie spod oka, zdawało mi się, że się uśmiecha. - Przestraszyłeś się? - zapytała - wrzeszczałeś jak zwariowany. - Myślałem że... - Że co? Że chcę się utopić? Zresztą może i chciałam, ale mi przeszkodziłeś. - Przepraszam, nie chciałem. - Chciałeś, chciałeś, zależy ci na mnie. - Zwariowałaś? Tutaj jest podobno siedemdziesiąt tysięcy Polaków. Jedna Polka więcej, jedna mniej, nikt by nawet nie zauważył. - No wiec co, nie zależy ci? - No... może tak trochę. Wyszliśmy ze sklepiku, Chińczyk akurat zamykał swój interes. Barbie zapaliła papierosa. - Widzę, że dostałeś to mieszkanie, a nie mówiłam? - Skąd wiedziałaś? - Wiem rożne rzeczy. Nie wiem skąd. No, więc jak będzie? Pokażesz mi to swoje mieszkanie? *** Niedziela była jakąś deszczowa, szare chmury nadciągające znad jeziora wisiały nisko nad Amadeo Garden Court, powietrze było zimne, wilgotne. Byłem sam w moim zacisznym mieszkanku o podłodze wyściełanej wall-to-wall rudo-czerwonym karpetem z długim włosem. Barbie, która od trzech dni mieszkała ze mną, zniknęła gdzieś rano bez słowa, zawsze wychodziła bez słowa kiedy chciała i wracała tak samo, niespodziewanie, o rozmaitych porach dnia i nocy i już wiedziałem, że muszę się do tego przyzwyczaić chcę czy nie, na wszelkie upomnienia, że powinna liczyć się trochę z tym, że ja też przecież tu mieszkam, odpowiadała ze zdziwieniem: - To przecież wolny kraj, każdy robi co chce. Oczywiście miała rację, musiałem w końcu się z tym pogodzić, wiedziałem, że jeżeli będę się starał narzucić jej jakieś warunki, wyniesie się i zniknie z mojego życia na zawsze, a ja nie chciałem być sam. Wyjrzałem przez okno na zewnątrz. W świetle szarego, niedzielnego przedpołudnia ujrzałem mojego Grizzly stojącego obok innych, głównie amerykańskich samochodów, w większości starych i przyrdzewiałych, jako że Amadeo Garden Court nie było zamieszkiwane przez śmietankę finansową Toronto. Niech tak stoi zadecydowałem, „pojadę tramwajem . Umówiony byłem przecież na dzisiaj w polskim kościele z moim nowym koleżką Tadzikiem i jak go zdążyłem rozszyfrować, może być coś więcej grane niż woda świecona po niedzielnej mszy. I nie myliłem się zresztą. Gdy ksiądz zakończył ogłoszenia parafialne po mszy świętej, z których najważniejsze było takie, że od przyszłego tygodnia zaleca się aby pieniądze na potrzeby kościoła zbierane były na tacę w imiennych kopertkach z wydrukowanymi nazwiskami parafian, co ułatwić miało wystawianie przez kancelarię kościelną zaświadczeń podatkowych o wysokości datków złożonych na potrzeby kościoła, siedzący dwa rzędy przede mną Tadzik odwrócił się, mrugnął do mnie i wskazał głową w kierunku wyjścia na ulicę. Podnieśliśmy się jednocześnie i wyszliśmy na zewnątrz. Słońce wciąż było nieobecne nad Roncesvalles a przeszywający ubranie zimny wiaterek zachęcał do jakiegoś działania. - No właśnie - powiedział Tadzik - mieliśmy pomyśleć o jakiejś robocie dla ciebie. Widzisz, inżynierów to ja wielu nie znam, ale mam tu jednego koleżkę, on coś tam robi przy renowacjach, to chyba zbliżone? Zaraz przekręcimy do niego. Znaleźliśmy budkę telefoniczną, Tadzik wszedł do środka i wykręcił numer. Potem słyszałem jak długo z kimś rozmawia. Gdy wyszedł na zewnątrz, minę miał zadowoloną. - Mieliśmy szczęście - powiedział - zastałem Józia w domu, zaraz tu przyjedzie. - Co to za Józio? - No, ten co mówiłem, on się kręci przy renowacjach, na pewno coś ci doradzi. Wpadniemy na razie na jakąś kawę i zaczekamy na niego, on zaraz przyjedzie. Roncesvalles to polska dzielnica Toronto. Ładnie położone miejsce, od jeziora oddziela je ulica Quinsway i tory kolejowe, od strony zachodniej przylega do High Parku gdzie stare, wiktoriańskie wille położone wśród drzew dają schronienie rodzinom dobrze sytuowanym. Znajomych w tamtych sferach Tadzik jakoś nie posiadał. Szliśmy wzdłuż Roncesvalles Av, serca tej dzielnicy, znajdował się tam nie tylko polski kościół, również inne nasze organizacje miały tam swoje siedziby. Co krok oczy moje napotykały napisy w polskim języku na witrynach sklepowych, dziwnie swojsko poczułem się w tym otoczeniu. Minęliśmy jakąś kawiarnię, ale nie weszliśmy do środka, widać serwowana tam kawa nie była na poziomie wyrafinowanego podniebienia Tadzika. Skręciliśmy natomiast w jedną z przecznic i zatrzymaliśmy się przed niewielkim lokalem, gdzie na szybie witryny przeczytałem dumną nazwę NASZA KNAJPA . O, nieźle pomyślałem szukanie roboty ostro się zaczyna”. Tadzik pchnął drzwi i swoim szczodrym gestem gospodarza zaprosił mnie do środka. - Tutaj najlepiej się rozgrzać - powiedział wchodząc za mną. - Chłodno jakoś dzisiaj przy niedzieli. - Mają tutaj kawę? - zdziwiłem się, wnętrze lokalu nijak nie przypominało wnętrza kawiarni, nazwie na witrynie natomiast odpowiadało doskonale. - Jak kto się uprze, dostanie i kawę - potwierdził Tadzik. - Ale niedzielę najlepiej zacząć po bożemu: po kościele nic tak dobrze nie robi na samopoczucie jak kufelek dobrego piwka. - Piwo z rana - jak śmietana, zapamiętaj to sobie na zawsze. Nie tak sobie wyobrażałem szukanie roboty w obcym mięście, ale Tadzik, chłopak światowy, wie pewnie co robi. Gdy ktoś sprzątał biura przez lat tyle, na niejedną mądrość mógł się natknąć. Józek pojawił się jeszcze zanim skończyliśmy pierwsze piwo, czuł pewnie telepatycznie, że może stracić kolejkę. O ile Tadzik wiedział wiele, Józio wiedział wszystko. Owszem, pracował kiedyś na konstrukcji, ale jako stróż nocny. Zwolniony został niesprawiedliwie zresztą, bo inspektor agencji w której pracował zastał go śpiącego podczas pracy z niedopitą butelką na stole. Na próżno Józio tłumaczył matołowi, że to nie jego butelka, nic to nie dało, tamten napisał raport i Józio wyleciał z roboty. Na dobre mu to jednak wyszło, bo ma teraz swoją własną firmę i pracuje dla siebie, jest sobie panem, swoim własnym kierownikiem i swoim jedynym pracownikiem i nikt mu nie będzie mówił co i gdzie wolno mu wypić. A ogólnie, to żyje z welfra, czyli zasiłku społecznego, a jak jego firma złapie jakąś robotę, to wymaga żeby zapłata była gotówką bo tylko głupi płaci podatki. Słuchałem tych mądrości życiowych z zainteresowaniem a Tadzik zamówił w międzyczasie następną kolejkę. - Dobrze się składa - kontynuował Józio - mam akurat jedną robotę rozkręconą, pójdziemy tam jutro, pokażę ci co potrzeba i ją dokończysz, a ja załatwiał będę następne kontrakty. „Rzeczywiście nieźle” pomyślałem „mam robotę już od poniedziałku, piękne miasto to Toronto, a w dodatku wszyscy mówią po polsku”. Nie pytałem nawet kto zapłaci gdy Tadzik zamówił butelkę Wyborowej, już się nauczyłem, że nauki kosztują, a im szkoła lepsza, tym kosztowniejsza, normalna sprawa. - To nie Polska - tłumaczył mi Józio wyrozumiale - tutaj wcale nie musisz pracować, jak potrafisz myśleć, pieniądze same lecą z nieba. - A to w jaki sposób? - W jaki sposób? Jest dużo sposobów. Na przykład lecisz na karczek . - Co to znaczy? - Odkręcasz tylne światła swojego samochodu, jeżeli masz starego grata, a zakładam że takiego właśnie posiadasz i tłuczesz obie żarówki stopu. Następnie przykręcasz z powrotem światła i ruszasz w miasto. Podpuszczasz blisko siebie samochód jadący z tyłu, ważne aby jechał w miarę szybko i gwałtownie hamujesz. On nie widzi twojego stopu i wpada ci w kuper rozbijając twoje światła w drobny mak. Tutaj jest takie prawo, że winny jest zawsze ten co jedzie z tyłu. A ty mówisz policji, że dzieciak przebiegał przez jezdnię i musiałeś zahamować, kapujesz? - Tak jakby, i co dalej? - Dalej to prosta sprawa, wzywasz pogotowie i meldujesz, że boli cię szyja, nie możesz ruszać głową, tak boli. Badają cię i zakładają ci taki wysoki kołnierz dla usztywnienia szyi i musisz w nim chodzić przez kilka miesięcy. Firmy ubezpieczeniowe już znają takie numery i będą ci wmawiać, że nic ci nie jest i najważniejsze to nie dać się złamać, idziesz w zaparte, mówisz, że boli i nie możesz ruszać głową. I mogą ci naskoczyć, muszą ci w końcu wypłacić odszkodowanie, możesz wydoić od nich z kilkanaście tysięcy. Jeść tutaj możesz też za darmo. - Jeść za darmo? Nie polewasz? - zdziwiłem się. - No, to na drugą nóżkę - zawołał Tadzik - Pani Kaziu! - próbował klepnąć po zadku przechodząca kelnerkę, ale dostał ścierką po wyciągniętej łapie - No dobrze, dobrze, jaka ostra dzisiaj, pani pozwoli jakiegoś polskiego śledzika. Wypiliśmy pod tego śledzika, rzewnie na sercu się zrobiło, przybliżył on nam ojczyznę i wierzby płaczące na miedzy. Niewielka knajpka była prawie pełna pomimo wczesnej jeszcze godziny, zauważyłem kilka twarzy zapamiętanych z kościoła, widać nie tylko my zaczynaliśmy niedzielę po bożemu . - No to jak tu się można najeść za darmo? - dopytywałem, chłonny tej ich praktycznej wiedzy. - No wiesz, tutaj jest dużo sklepów samoobsługowych. Idziesz do jednego z nich, ważne żeby był duży i jeździsz wózkiem pomiędzy regałami, wypełniasz powoli wózek, a w międzyczasie wcinasz coś, co nie jest hermetycznie zapakowane, jakąś kiełbasę, czy serdelki. Jak już się narąbiesz, zostawiasz wózek w kącie sklepu i wychodzisz sobie, oni nie zbiednieją, spokojna głowa, a ty jesteś najedzony. - A i wypić też możesz za darmo - dorzucił skwapliwie Tadzik. - Też w sklepie? Przecież tutaj nie sprzedają alkoholi w sklepach spożywczych. - A gdzie tam w sklepie. Zawsze znajdziesz jakiegoś przyjezdnego frajera który ci postawi... Spojrzał tutaj na stojącą na stole butelkę i nie dokończył. - No tak - chrząknąłem - to gdzie mamy się jutro spotkać? Umówiliśmy się z Józiem o godzinie ósmej rano, w poniedziałek pod polskim kościołem, żeby łatwo było mi trafić. Popatrzałem raz jeszcze na wymalowany kolorowymi literami napis wiszący w cepeliowskiej ramce obok naszego stolika: CHLAPNIJ SE ZIUTEK, MINIE CI SMUTEK , zapłaciłem pani Kazi za niedzielne piwko i wódeczkę i zostawiłem moich przyjaciół z napoczętą butelką na stoliku. Wyszedłem na ulicę i chłonąłem w siebie to rześkie torontańskie powietrze, ten powiew miasta stojącego otworem dla każdego kto potrafi wykrzesać z siebie odrobinę rodzimego sprytu, którym wszyscy przecież znad Wisły i Odry jesteśmy obdarzeni. Napotkani na ulicy ludzie uśmiechali się do mnie przyjaźnie, a łagodny wiaterek od jeziora obiecywał nieograniczone perspektywy wielkiego miasta. *** Postanowiłem pozwiedzać Toronto, pojechałem tramwajem do downtown jak tutaj nazywano centrum miasta. Połaziłem trochę po ulicach w balowym nastroju, przemyśliwując nauki uzyskane od Józia. Jakoś nie mogłem sobie wyobrazić siebie samego chodzącego z wózkiem po sklepie z tym kołnierzem na szyi i podjadającego ukradzioną kiełbasę, to chyba nie dla mnie, trzeba mieć specjalny styl, Józio niewątpliwie go posiadał, Tadzik pewnie też, może za krótko jeszcze tu jestem? Kto wie? Zwiedziłem Eaton Centre, piękny kompleks sklepowy, wypiłem kawę, zjadłem jakiegoś sandwicza, aż zauważyłem przez okno, że na ulicy robi się ciemno. Postanowiłem uczcić z Barbie zdobycie pierwszej pracy, kupiłem więc w sklepie z alkoholem butelkę białego wina musującego, jakie lubiła. Gdy dojechałem na Lakeshore i wszedłem na schody prowadzące na moje pięterko, usłyszałem głośną muzykę. Coś się u mnie działo. Wszedłem do mieszkania, było pełne dymu z papierosów i oczywiście jakiegoś innego świństwa, kilkanaście osób kręciło się po mojej kawalerce, niektórzy stali, inni siedzieli, z głośników płynęły jakieś amerykańskie hity, których nie znalem, a wszyscy popijali kanadyjski browar firmy Molson i oczy już mieli nie całkiem obecne. Barbie przywitała się ze mną machnięciem ręki. My guy rzuciła w przestrzeń przedstawiając mnie obecnym, zdaje się jednak, że nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Pokazałem Barbie wino, poleciła mi wstawić je do lodówki i wskazała na stojące w niej butelki z piwem. Wziąłem jedną, zimną butelkę, otworzyłem ją otwieraczem do kapsli zamontowanym na stałe koło lodówki i wszedłem do pokoju, gdzie rozmowa toczyła się głównie po angielsku, niewiele z niej rozumiałem, znalazłem z trudem wolne miejsce na rogu mojego własnego łóżka z Goodwill, ktoś podał mi jointa, zaciągnąłem się i długo trzymałem dym w płucach, żeby lepiej to świństwo podziałało, następnie spłukałem resztę dymu do żołądka kilkoma łykami Molsona i zaraz świat się zaróżowił przed moimi oczami, a wszyscy obecni stali się drogimi i szczerymi przyjaciółmi. Barbie stała w korytarzyku, całkiem blisko mnie (tam wszystko było blisko) i rozmawiała po polsku z Wendy, która wyglądała zupełnie tak samo jak Barbie, tylko że miała ciemne włosy. - Jeździłam tym Italiańcem jak długo się dało - mówiła Barbie - aż w końcu rodzina przywiozła mu narzeczoną z Włoch i wszystko się skończyło. Teraz pojeżdżę trochę tym Polakiem, akurat taki się trafił, co będzie dalej? Who knows? Wzruszyła mnie jej szczerość, tak, zawsze mówiła z naiwną prostotą to co myśli, i za to również ją kochałem, po swojemu oczywiście. Poznałem zresztą niewiele później tego Italiańca, zadzwonił do drzwi gdy byłem sam, Barbie kręciła się gdzieś po mieście w swoich nieznanych mi sprawach. Stał na progu konus jeden, nieduży, czarnowłosy i dopytywał się o Barbie powtarzając co chwila mio amore . Wnerwił mnie trochę, więc próbowałem mu wyjaśnić że teraz on już nie jest mio amore , że teraz ja jestem mio amore , rozpłakał się nieborak i wciąż pokazywał mi złotą obrączkę na jednym z palców, na inne też miał ponadziewane złote pierścionki, również złoty łańcuch dyndał mu na szyi a zamocowany w lewym uchu brylancik rzucał wokół szykowne blaski. Ulitowałem się nad jego rozpaczą i zaprosiłem do tej samej tawerny, gdzie niedawno popijaliśmy z Tadzikiem. On po drugim piwie zamówił grappę, ja setę Wyborowej i bełkotał coś cały czas po italiańsku powtarzając co chwila swoje mio amore , a po wypiciu grappy zaśpiewał jakąś smętna pieśń miłosną aż rozmowy w sali umilkły i wszyscy słuchali ze wzruszeniem. Ja odśpiewałem mu Góralu... , tyle ile pamiętałem a kilka pijanych głosów spod ściany dołączyło się do mojej pieśni. I na tym się skończyło, pożegnaliśmy się z Italiańcem jak przyjaciele i nigdy więcej nie ujrzałem go na oczy. Tymczasem, siedzący obok mnie na moim łóżku artysta w drucianych okularach i powyciąganym swetrze opowiadał mi coś z przejęciem. Już w Austrii się nauczyłem, jeżeli nie wiesz o co chodzi w rozmowie towarzyskiej, kiwaj głową ze zrozumieniem, nikt nie powie, że jesteś tuman i nie znasz języków, a to co on tam plecie i tak nie ma przecież znaczenia. Po trawie ma się złudne wrażenie niezwykłej trzeźwości umysłu, każdy myśli, że porusza tematy niezwykłej wagi, doniosłe, że rozumie lepiej niż inni najbardziej niezrozumiałe problemy życiowe, jest to jednak omam, przychodzi moment kiedy trawa przestaje działać, trzeba wyjarać więcej, albo sięgnąć po coś mocniejszego, a później z reguły czujemy się nie najlepiej. Już tak jest świat skonstruowany, że za wszystkie przyjemności musimy kiedyś zapłacić, nic za darmo panowie, nic za darmo. Noc już ciemna zapadła nad Amadeo Garden Court, gdy po przedyskutowaniu najważniejszych kwestii ostatniego stulecia goście nasi wynieśli się niechętnie, widać dobrze im się rozmawiało. Mnie też było nieźle, ale byłem już trochę zmęczony niezrozumiałą paplaniną, a poza tym chciałem wreszcie pomieć Barbie tylko dla siebie, to chyba zrozumiałe, prawda? Nie byliśmy przecież małżeństwem. Powiedziałem Barbie o mojej nowej pracy, którą zaczynam od jutra. - Wszyscy tak zaczynają - powiedziała. - Jak zaczynają? - No tak jak ty, od kontraktorki. Od malowania, tapetowania, potem zaczynają zakładać drywall , piaskować podłogi i wymieniać dachy. Remonty, remonty i tak w kółko. Chcieliby rozkręcać wielkie firmy budowlane i zarabiać duże pieniądze. Tylko o pieniądzach myślicie, i to o pieniądzach, których jeszcze nie macie. Każdy, kto tu przyjedzie chciałby jak najprędzej zostać milionerem. - Bo każdy przecież może. Tak nas uczyli, że każdy żołnierz nosi w tornistrze buławę. - Jaką buławę? - Hetmańską, marszałkowską, wszystko jedno, ale nosi. - A ty masz tornister? - Kiedyś miałem, teraz już nie mam. - No widzisz, chcesz znowu zaczynać od tornistra? - A czy mogę inaczej? Barbie westchnęła. - Chyba nie, tak będziesz robił, jak inni robili przed tobą i będą robić później, tak już jesteście stworzeni. - A ty, co byś chciała robić? - Chciała bym pływać po tym jeziorze. Czasem staję tutaj na brzegu i obserwuję łabędzie. Zazdroszczą im, też bym tak chciała. Myślę, że mają wspaniałe życie, nie mają wrogów i nikt na nie nie poluje. - Chciałabyś zostać łabędziem? - Tak, są takie piękne. Ale przedtem musiała bym zrobić coś specjalnego, coś niezwykłego, żeby zostać łabędziem trzeba się jakoś wyróżnić. - Co na przykład? - Długo o tym myślałam, jedyne co przychodzi mi do głowy, to przepłynąć w beczce wodospad Niagara, byłeś tam kiedyś? - Jeszcze nie. - Pokażę ci, możemy pojechać w następny weekend, jak tylko skończysz tą swoją robotę, to niedaleko stąd, kilka godzin jazdy. - A skąd się bierze taką beczkę? Musi być w niej cholernie niewygodnie? - Nie wiem jeszcze, ale się dowiem. Wiem tylko, że beczka powinna być bardzo mocna, inaczej szansa na przeżycie jest niewielka, prawie żadna. - A może łatwiej jest zostać czymś innym co pływa, na przykład kaczką? - Sam sobie zostań kaczką, ja będę łabędziem - Barbie rzuciła we mnie poduszką, ją odrzuciłem i tak się rozpoczęła nasza następna namiętna noc nad brzegiem wielkiego jeziora Ontario. *** Czekałem na Józka pod kościołem dobre pół godziny. Gdy miałem już wracać do domu zrezygnowany, zjawił się nareszcie, spocony i skacowany jak siedem nieszczęść. - Masz samochód? - zaskrzypiał. Miałem, tak się umówiliśmy. Jechaliśmy Quinswayem, Józek narzekał na świat cały, musiałem opuścić szybę samochodu do samego dołu żeby nie zaczadzieć. W końcu szczęśliwie dojechaliśmy na miejsce. Dom był piętrowy, stary, należało pomalować trzy sypialnie na górze i łazienkę. Józio zadzwonił do drzwi, gospodarz, który nam otworzył, aż zgrzytnął zębami na widok Józka, coś tam głośno szwargotali po angielsku, Józek często pokazywał na mnie, aż gospodarz uspokoił się stopniowo, podał mi nawet rękę i pokiwał głową. - Co jest grane? - zapytałem, gdy się oddalił. - Miałem już dawno to skończyć - wyjaśnił mi Józek, - więc się facet trochę spienił, ale wytłumaczyłem mu, że jesteś moim najlepszym pracownikiem i zmarła ci żona, a w zeszłym tygodniu był pogrzeb, więc nie mogliśmy pracować. Myślę, że to połknął. Tutaj masz narzędzia i farby, umiesz się tym posługiwać? - wskazał ręką na kilka pędzli i wałków do malowania, rozłożonych na gazecie, na podłodze. - Myślę, że tak - odpowiedziałem. - No to skończysz ten pokój i pomalujesz dwa następne, a na końcu łazienkę. Z reperacjami powinno ci to zająć może do czwartku, w piątek robota powinna być skończona, dasz sobie rade? - Jasne, że tak - odpowiedziałem z entuzjazmem. - Masz już telefon? Podałem mu numer telefonu, właśnie w piątek mi podłączyli, - Będę do ciebie dzwonił wieczorem zapytać jak leci. Gdyby ci coś brakowało, zapytaj gospodarza gdzie jest najbliższy sklep z farbami, wszystkie koszta zwracam. No, to powodzenia i do roboty. Umówiliśmy się jeszcze w restauracji na siedem dolarów cashem na godzinę, co było według mnie całkiem uczciwą stawką. Józio udzielił mi jeszcze paru technicznych porad na temat malowania i reperacji ścian, uścisnął mi rękę i powiedział, że jedzie załatwiać następną robotę. - Tylko pokaż co potrafisz - upominał - roboty będziemy mieli jak lodu, ze mną nie zginiesz w tym kraju, nic się nie martw. Poszwargotał coś jeszcze z gospodarzem i poszedł zostawiając mnie z rozbabraną robotą w pierwszym pokoju. Wyglądało to mniej więcej tak jakby ktoś pijanej małpie przywiązał pędzel do ogona, sufit pomalowany był jeszcze jako tako, pewnie Józio zaczął malować sufit rano, gdy sklep z piwem był jeszcze zamknięty. Ze ścianami miałem natomiast prawdziwy problem. Po dokonaniu niezbędnych poprawek po Józiu, udało mi się jednak położyć przed wieczorem następną warstwę farby, gdy pierwsza już była kompletnie sucha. Na szczęście do malowania ścian i sufitów gospodarz zakupił farbę emulsyjną, nazywaną tutaj latex, była ona łatwa w pracy i rozpuszczała się w wodzie, przynajmniej dopóki nie zaschła. Powoli zacząłem zgłębiać wszelkie tajniki sztuki malarstwa pokojowego, stara, polska szkoła nie na wiele mi się przydała, farba klejowa rozrabiana w wiaderku i pędzle ławkowce, były to elementy nieznane już na tym kontynencie. Przed wieczorem pokój był już gotowy. Gospodarz cmokał językiem zadowolony, powiedział kilka razy good, good i jego uprzedzenie do polskiej ekipy wyparowało. Równie zadowolony był Józio gdy wieczorem zdałem mu relację z postępu robót na froncie pracy. - Ze mną nie zginiesz - powtarzał w kółko z animuszem wskazującym na spożycie kilku głębszych - a roboty będziemy mieli tyle, że nie wyrobisz. Dziękowałem losowi za napotkanie tak operatywnego człowieka, w Kanadzie bezrobocie panowało wysokie, rok 1982 był szczytem kryzysu ekonomicznego. Nie bardzo wtedy rozumiałem co to naprawdę znaczy, w Polsce z której wyjechałem było zawsze mniej więcej jednakowo - dużo pracy, mało pieniędzy i kolejki przed sklepami gdy akurat coś przywieźli. Józio polecił mi zaatakować następny pokój i powiedział, że przyjdzie niebawem pracować razem ze mną. Ja mu na to, że dam sobie radę i do końca tygodnia dokończę robotę sam, on niech załatwia następne kontrakty. Bardzo był zadowolony, - ze mną nie zginiesz - dorzucił jeszcze jakby dla upewnienia się, że budujące to zdanie gruntownie utwierdziło się w mojej pamięci. Praca nieźle posuwała się naprzód, następny pokój, po przemieszczeniu mebli do pierwszego, gotowego już, poszedł mi jak po maśle. Poreperowałem dziury w ścianach gipsem według instrukcji Józia, przepiaskowałem reperacje papierem ściernym, zagruntowałem i pokój był gotowy do malowania. Zajął mi dokładnie półtora dnia, gospodarz wyglądał na równie zadowolonego jak po pierwszym pokoju. W czwartek przed południem pokazał się Józio, oczy miał trochę czerwone, ale tryskał energią i dobrym humorem. Obejrzał dokładnie moją robotę i powiedział, że po jego szkole wszyscy dobrze pracują. Następnie poszwargotał po angielsku z gospodarzem i powiedział, że zadzwoni do mnie wieczorem.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Za Wielką Wodą
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: